BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
czwartek, 28 maja 2009
Frey i Pięknowłosy

           Gdzieś tak w okolicach roku 1075 Adam z Bremy donosi, że w Uppsali stoi wielka pogańska świątynia, a w niej trzy posągi: jeden Odyna, który "prowadzi wojny i daje ludziom odwagę w walce z wrogami", drugi Thora, co "rządzi powietrzem, włada piorunem i grzmotem, burzą i niepogodą, pogodą i urodzajem", trzeci zaś przedstawiający boga z rodu Vanów (ci dwaj pierwsi to Asowie), Freya, o którym Adam powiada, że "przynosi on ludziom pokój i satysfakcję, a jego wizerunek odznacza się ogromnym penisem"... Bardzo bym chciał zawędrować w tę daleką przeszłość, by się przekonać o ogromie Freyowego przyrodzenia, ale niestety, ponieważ to niemożliwe, pozostaje zadowolić się ocalałą do naszych czasów brązową figurką tego boga płodności, jaką odnaleziono w szwedzkim Södermanland, w miejscowości Rällinge... Przyznać muszę, że lubię tego troszkę w swych zalotach nieporadnego boga, podoba mi się jego bródka, fikuśna czapeczka i ucieszna erekcja... (No, czas najwyższy, żeby się wśród tych blogowych zapisków pojawiło coś stojącego... Ach, penis - jakimże szczęściem jest jego posiadanie! Ileż radości i przyjemności potrafi on dostarczyć. I jakże jest cudny! I jaką pociechą być umie; nawet gdy się człowiekowi wszystko wali i dotykają go nieszczęścia, gdy budzi się rano z przykładnym wzwodem, zawołać może: Jeszczem nie wszystek umarł!! Nie wszystek! Jeszcze mi się jedna zabawka ostała... Każdy chłopczyk kocha swojego ptaszka! Zresztą - chłopczyk, jeśli jest prawdziwym chłopczykiem, przede wszystkim i nade wszystko kocha, uwielbia to, co widzi w lustrze, gdy przed nim stanie! On sam jest jego najżywszą miłością!)

 Ale już dość o penisach! Skoro już zaprosiłem tu tego boga z jego pogodną nagością, wypada powiedzieć o nim coś więcej, powiedzieć coś o jego związkach ze światem ludzi i wielką historią... Można by było się pokusić o jakiś długi, medytacyjny wstęp, złapać szeroki literacki oddech niczym Tomasz Mann, by porozwodzić się nad dziecięctwem ludzkości, nad tym co ludzkim będąc, boskim się stało i rozrosło w wyobraźni pokoleń w szeroki, rozbudowany niezwykle, sąsiadujący z rzeczywistością świat, a może nawet nie tyle sąsiadujący, co z nią szczelnie spleciony, nie mamy jednak za wiele miejsca, przeto wypada nam ograniczyć się do zwięzłych, w miarę możliwości, informacji...--- Trudno się czasem zorientować w przekonaniach dawnych Skandynawów czy, mówiąc szerzej, Germanów, szczególnie gdy idzie o ustalenie pochodzenia ludzi w ogóle, bowiem, o ile można napotkać w źródłach przekonanie, że wszyscy mają jakiegoś boskiego przodka (co nie jest takie od rzeczy w świetle tej iskierki, jaką tu wpuściłem przywołując Manna), o tyle stoi to w sprzeczności z mitem o Asku i Embli mówiącym jedynie o współudziale bogów w ożywianiu człowieka, wykluczającym tedy jakąkolwiek możliwość poprowadzenia genealogii sięgających świata istot nadprzyrodzonych. O tworzenie takich genealogii ludzie się jednak pokusili. Bóstwo zaczęło wystepować już nie tylko jako przodek całego ludu, ale jako protoplasta jakiejś wąskiej grupy. Taką grupę mogli tworzyć kapłani, wodzowie, no i przede wszystkim członkowie panującej dynastii. Chodziło rzecz jasna o podkreślenie odrębności od reszty społeczeństwa, podniesienie autorytetu i prestiżu.--- Czas niósł ze sobą zmiany i wraz ze społecznymi przemianami ewoluowały przeświadczenia, rzeczywiste, warto dodać, przeświadczenia, bowiem te wszystkie heroizacyjne procesy nie polegały na bezczelnym produkowaniu literackiej fikcji rozprowadzanej potem wśród ludności... --- Dysponujemy wiekszą ilością źródeł, które mowią właśnie o pochodzeniu od jakiegoś bóstwa poszczególnych postaci: bohaterów, wodzów, królów, przede wszystkim królów, którym przypisywano rozmaite właściwości, jakimi nie mogli pochwalić się tzw. zwykli ludzie - uważano na przykład, że mogą wpływać na urodzaj, leczyć jakieś choroby... Władza nabierała sakralnego charakteru. Władcy musieli pochodzić zatem od szczególnych postaci, obdarzonych wyjątkowymi zdolnościami, które przechodziły na potomków... W Skandynawii rola praprzodka rozmaitych konungów przypadła głównie Freyowi, który nam się tu tak ładnie objawia ze swym klejnotem. A z tymi szwedzkimi i norweskimi konungami spokrewniony był pierwszy rzecznik zjednoczenia Norwegii Harald Pięknowłosy. Frey jednak, występujący w charakterze praprzodka pierwszego historycznego władcy Norwegii, nosi imię Yngvi i cała sprawa jest w sumie trudnym do rozwikłania pasztetem. --- Jednym z najstarszych tekstów  traktujących o pochodzeniu rodu Haralda jest poetycka genealogia, którą stworzył skald Þjóðólfr úr Hvíni albo hvínerski, "Ynglingatal" (Wykaz Ynglingów) i sprawia on sporo kłopotów, bo sądzi się, że brakuje w nim kilku początkowych strof, których tereść dość dowolnie zrelacjonował w swej "Sadze o Ynglingach" Snorri Sturluson. W "Sadze o Ynglingach" wielki Snorri podaje, że założycielem dynastii panującej najpierw w Szwecji, w Upplandzie, a potem w norweskim Vestfoldzie był Yngvifrey. I można się pewnie pokusić o stwierdzenie, że Snorri połączył dwie postaci: Yngvego i Freya, tworząc jedną mityczną osobę. Trudno jednak powiedzieć czy wspomniany skald faktycznie uważał Freya za twórcę omawianej dynastii. Bo czemu, do diaska, ten jakże popularny bóg miałby nie wystepować pod własnym imieniem? Do tego dochodzi jeszcze niekonsekwencja samego Snorrego Sturlusona, który nie zawsze łączy te dwa imiona... Sprawa jest skomplikowana i jednocześnie fascynująca... Bo żeby było śmieszniej, skald w swym "Wykazie" o jednym z członków rodu Ynglingów mówi, że jest potomkiem boga Tyra, a przecież Tyr, który należał do Asów, nie miał nic wspólnego z pochodzącym z rodu Vanów Freyem... I cóż w takim galimatiasie począć? Wszystko się miesza, zlewa i w swej praktyce łączenia postaci Snorri nie jest odosobniony - w wierszach skaldów i w pieśniach  eddaicznych raz pojawia się Yngvi, raz Yngvifrey, to znów Frey... Czy Frey to Yngvi, czy Yngvi to Frey? Co za Yngvi...? U Tacyta pojawia się nazwa Ingewonowie. A w jednej ze strof wiersza wspomnianego wyżej skalda Szwedzi nazwani zostali ludem Yngvego. A wybitny skald Kormákr Ögmundarson pisząc o jarlu Sigurdzie z Hlaðir nazywa go czcigodnym władcą nad potomkami Yngvego, określając w ten sposób Norwegów. A jeszcze poemat anglosaski "Beowulf" sugeruje, że Duńczycy to przyjaciele Yngvego... W świetle tego zdaje się, że w Skandynawii Yngve uchodził za mitycznego przodka całych ludów, ale nic nie świadczy o tym, by był on traktowany jak bóg (imię jego pojawia się nawet wśród imion karłów)... Ale jak już wspominaliśmy - ów proces heroicyzacji zadziałał i mityczna osobowość Yngvego uległa przemianom. Już nie lud był potomkiem Yngvego... Ale królowie tak... Tak powiadano np.: o norweskim królu Haakonie Dobrym, królu duńskim Eryku Sveinssonie, także bohater Eddy, Sigurd z rodu Völsungów został nazwany potomkiem Yngvego... I może stąd to połączenie postci? Być potomkiem kogoś takiego znaczyło bardzo wiele! To wyróżniało z grona wszystkich innych ludzi.

 Tak więc od Freya (Yngvifreya) wziął się i Harald zwany Pięknowłosym. Skald w swym poemacie ród Ynglinge wyprowadza przez trzydzieści pokoleń od legendarnego założyciela sławnego rodu królów Uppsali - Yngve, a jednocześnie umiejscawia go w vestfoldzkim Borre. Ynglingowie zrośli się z Vestfoldem, a szereg tamtejszych grobowych kopców zapewne miał podkreślać władzę tego rodu, który dał ziemi norweskiej Haralda - władcę Vestfoldu, co zdobył się na pierwszy krok na drodze do zjednoczenia ziem na zachodnich krańcach Skandynawii. I dopiął swego zwyciężając w bitwie pod Hafrsfjord w pobliżu Stavanger. Utworzone przez niego państwo nie było wprawdzie politycznym tworem przypominającym w swym kształcie obecną Norwegię, bo pod jego berłem znalazły się jedynie rejony przybrzeżne nie sięgające dalekiej północy, niemniej jego działania zapoczątkowały proces wzmacniania centralnej, królewskiej władzy nad całym obszarem "północnej drogi". Innym wielkim zdarzeniem tamtych czasów, wynikającym z dążenia do ograniczenia władzy lokalnych norweskich wodzów i królików, była wielka ekspansja Norwegów na zachód, która zapoczątkowała kolonizację Wysp Owczych i Islandii, którą zasiedlili członkowie wybitnych i możnych rodów nie chcących poddać się władzy króla Haralda. Tak więc dzięki tym stanowczym działaniom królewskim zaczęło się wyłaniać całkiem nowe skandynawskie państwo - Islandia, z której pożeglowano nawet na pobliską Grenlandię oraz do Ameryki... --- Harald zwyciężył. Potomek Yngvifreya. Zwyciężył i wreszcie mógł się stać pięknowłosym. Bo nie zawsze pięknowłosym był, gdyż obiecał swojej żonie, że dopóty nie obetnie i nie uczesze sobie włosów, dopóki nie osiągnie swego politycznego celu. Historia potoczyła się po jego myśli. I wreszcie pozwolił doprowadzić swoją głowę do porządku. I jaki cudny król się pojawił, z jakże pięknymi, umytymi, obciętymi i uczesanymi włosami!

 Harald z rodu boga płodności. Trzeba przyznać, że spisał się na medal, bo sam wykazał się przednią, imponującą płodnością - miał wiele żon i ponad 20 dzieci... I zaczął się nowy rozdział w dziejach Norwegii... Harald przekazał władzę swojemu synowi, Erykowi, którego nazwano Krwawym Toporem, ale to już rzecz na inną opowieść...

 Bogowie i ludzie, ludzie i bogowie... Zastanawiam się, jak by to było, gdybyśmy wszyscy nie zostali zatrzymani w samym środku barbarzyńskiego politeizmu, który - przez kilka wieków i nie tak dawno temu - był brutalnie tłumiony i tepiony? Nasz duch został paskudnie rozdarty. Wiemy przecież, jak bardzo groźne potrafi być to, co stłumione, wyparte w dalsze obszary ducha, jak bardzo potrafi być groźne dla jednostki, ale też dla zbiorowości, o czym świadczy przecież cały dwudziesty wiek, wiek barbarzyństwa na niespotykaną skalę. Człowiek uległ rozszczepieniu na osobowość świadomą i nieświadomą, został wyrwany z naturalnej całości istoty prymitywnej. Jesteśmy racjonalni, a z drugiej strony jesteśmy ujarzmionymi, prymitywnymi istotami, odciętymi od wychowania i kultury. Nasz umysł sięgnął nieba, nasza dusza zeszła do piekła. Jesteśmy dumni ze swych osiągnięć, ale jednocześnie we wszystkim jest coś, czego musimy się wstydzić... Pewnie bylibyśmy w innym miejscu, gdybyśmy mogli rozwijać się z naszymi bogami, by dojść wreszcie do przekonania, że sami nimi jesteśmy - prawdziwie wielcy, wspaniali, a nie, jak teraz - mali, zależni od zewnętrznych mocy i spragnieni ich łask: Boga, pieniędzy, władzy... - wszystko jedno... Żebyśmy mogli tak osiągnąć emocjonalne piękno! Oddaliliśmy się od korzeni i nasz umysł został rozszczepiony na wiarę i wiedzę - co, jak mówi Jung, jest psychologiczną przesadą, która zawsze wyłania z siebie taką absurdalną parę przeciwieństw. Jung powiada, że Europejczykowi potrzebny jest powrót do natury - nie namiętność do natury, jaką głosił Rousseau - lecz powrót do własnej natury. Czy nam się to kiedyś uda?

 I co jeszcze. Skoro zacząłem od penisów, na penisach może skończę... Za sprawą Pięknowłosego dotarliśmy na Islandię, a tam... Kiedyś w Reykjaviku zwiedziłem Muzeum Penisów (teraz niestey, po tym jak owa zdumiewająca instytucja zmieniła siedzibę, trzeba udać się aż do miejscowości Húsavík na północy, by obejrzeć kolekcję członków przedstawicieli rozmaitych gatunków ziemskich stworzeń www.phallus.is ) i muszę przyznać, że w porównaniu z innymi istotami zawartość męskiego rozporka jest prawdziwym dziełem sztuki!! --- Gdyby ktoś się w tamte strony zapuścił, by spotkać się na przykład z wielorybami, przy okazji może odwiedzić ten zbiór osobliwości... A na koniec tylko zawołam:

 Troszczcie się, chłopaki, o swoje siusiaki!!!

15:38, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 25 maja 2009
Sucha, przyjaźń, pętla, Boyesen, draug, Lie, Stavern

 I tak to sobie z czasem płyniemy. Tydzień za tygodniem, bez wytchnienia. Pośród zdarzeń rozmaitych. Bo dzieje się przecież wiele. Na południu na przykład powiało ostatnio groźnie. Tu drzewo złamało, tam urwało rynnę albo nawet i dach cały... A tak poza tym normalna ludzka krzątanina, mniej lub bardziej pechowa... Tak to już jest... A obok jeszcze toczy się przedwyborcza kretyniada... Zwykłe ludzkie sprawy...

 Szczęśliwie nas nie wywiało. Nałykaliśmy się tylko świeżego powietrza, ponapawaliśmy się pejzażami, pochichotaliśmy z przyjaciółmi, pogadaliśmy o duchach (z mojej inicjatywy), także trochę pogrillowaliśmy - początkowo z lekko mieszanymi uczuciami i obawą, że potrawy nie będą nam smakowały, jako że dowiedzieliśmy się przecież niedawno, iż możliwość grillowania to dar dla Narodu od Jarosława Kaczyńskiego; na szczęście jednak odwołaliśmy się do naszych wspomnień i z ulgą prawdziwą stwierdziliśmy, że jeszcze przed czasami, gdy rządził w naszym kraju ten tytan intelektu i genialny strateg z Żoliborza, oddawaliśmy się tego rodzaju zabawom kulinarnym, ba - zgodziliśmy się nawet, że pomysł z opiekaniem żywności nad rozżarzonymi węglikami jest całkiem stary, by nie powiedzieć - całkiem prastary, tak więc, uradowani tą wiedzą, z wielką ochotą i już bez najmniejszych obaw jęliśmy wesoło przygotowywać ucztę...

 Zajrzeliśmy przy okazji beskidzkiej wycieczki do Suchej... Tak, zdecydowanie traktuję tamte strony i tamto misateczko jak strony niemal rodzinne, bo trochę splatają się one z moim życiorysem, stanąwią dla niego część tła... Bo i skrawek dzieciństwa, bo i liczne wędrówki po szlakach górskich, bo i też jedne z pierwszych kroków, jakie poczyniłem, by wejść w świat białego szaleństwa (lata temu... jakaż to była fascynująca atmosfera... śnieżny stok, niżej kotlina, w niej kolejowy ruch, gwizdy i dymy parowozów... tak, tych parowozów szkoda - tyle w nich było czaru... specjalnie jeździłem wtedy do Żywca, żeby poczuć smak ginącego zjawiska - podróży kolejowej z ciuchcią na przedzie, pośród węglowych aromatów i wszędobylskich drobinek sadzy...), bo i niegdysiejsze moje zachwycanie się Gulbranssenem, właśnie w tamtejszych okolicznościach przyrody, bo moje spacery z babcią nad Skawą... A teraz to wszystko, nieco przez czas odmienione i pomniejszone, podziwiane na przechadzkach z moim ukochanym... Takie człowiek robi pętle, krąży tak na swym szlaku życia - to wśród swoich ulic, to znów nad Oslofjordem, to wśród beskidzkich albo tatrzańskich wyniosłości... To wszystko zalicza się do rejonów, z którymi się zrosłem, tworzy mozaikę miejsc, gdzie wszystko co najważniejsze się odbyło... Do tego jeszcze można dodać sandomierskie okolice, powiązane najściślej z najświeższymi doświadczeniami, z moim partnerem...

 Znów z przyjemnością umknęliśmy na natury łono. Na chwilę... Tak... Uciec precz od miasta, od sztuczności, od wyczerpującego i upokarzającego pośpiechu, głupich rozrywek i towarzystwa żywych trupów. Schronić się wśród przyrody, wśród opiekuńczych duchów... W wielu z nas tkwi taki mały poganin. Urządzamy sobie wycieczki i mówimy, że chcemy pooddychać świeżym powietrzem, pogapić się w dal, posłuchać śpiewu lasu, grania wiatru. Nie myślimy, że tak naprawdę szukamy korzeni, że żyje w nas istota z pradawnej epoki, gdy człowiek egzystował jako część natury, z którą zawarł był umowę, którą znał i czcił, z której korzystał i której składał ofiary.

 Uszczknęliśmy sobie trochę czasu, by się skryć, by posiedzić, by nastawić uszu w poszukiwaniu tajemnego szeptu... Dwaj mali bogowie w wiosennym przepychu... Dwie drobinki, jakże uskrzydlone własnym szczęściem...

 No i przyjacielskie pogaduchy... W serdecznej atmosferze... Ja przy lekko zakrapianej okazji wywołałem trochę duchów... Tak mnie naszło, bo wziąłem ze sobą tom esejów Hjalmara Hjortha Boyesena, pozycję, którą niedawno wyszperałem na półce życiowej towarzyszki mojego kuzyna z krainy trolli... Chciałem pożyczyć, a zostałem obdarowany. Stara rzecz, dziewiętnastowieczna... O piszących Duńczykach i Norwegach... Pióra wspomnianego Boyesena, amerykańskiego pisarza i profesora germanistyki, urodzonego w norweskim Stavern, w Vestfoldzie, który zasłynął jako pierwszy znaczący pisarz norweskiej emigracji w Ameryce, głównie dzięki książce "Gunnar: A Tale of Norse Life"... Znalazłem godzinkę, żeby wreszcie trochę przejrzeć ten starodawny dar... Wielcy tamtych czasów, a wśród nich niesamowity Jonas Lie, wspaniały norweski pisarz, tworzący razem z Henrikiem Ibsenem, Bjørnstjerne Bjørnsonem i Alexandrem L. Kiellandem tzw. literacką "wielką czwórkę". Lie - stary i dobry znajomy... Jedna z dziwniejszych postaci wśród literackich gwiazd Północy... Postać, która pomogła mi ostatnio wywołać duchy...--- Ilekroć pomyślę sobie o Jonasie Lie, myślę także o Tomaszu Mannie. Nie przypadkowo te postaci ze sobą sąsiadują. Lie znacząco wpłynął na Manna, głównie poprzez swoje powieści opisujące sfery urzędnicze i handlowe, które przez jakiś czas stanowiły tło jego życia (chodzi o takie, znane również u nas, rzeczy jak np.: "Otchłań", "Na manowcach"), bez których być może nie byłoby "Buddenbrooków". Ale jest jeszcze jedna rzecz, która sprawia, że w moich oczach stoją ci dawaj literaci blisko siebie, a mainowicie pewna wspólnota charakterów, cech wypływających z ich pochodzenia, z rodzicielskiej mieszanki sprawiającej, że potomek nie jedno miał oblicze, że, obok realizmu i trzeźwości, tkwiła w nim także głebia nieokiełznanej fantazji... Tomasz Mann twierdził, że to dzięki jego egzotycznej matce przejawiał skłonnośc do przepaści, do marzycielstwa, do sztuki, skłonność, którą równoważył wpływ ojca - człowieka rzeczowego, zdyscyplinowanego, przedsiębiorczego... Trochę podobnie było z Jonasem Lie - jego ojciec był trzeźwo myślącym prawnikiem, jego matka zaś miała w sobie coś odmiennego, egzotycznego, co przelało się do Jonasa wraz z kroplą jej fińsko - cygańskiej krwi... Boyesen wskazuje na te dwie natury Jonasa Lie, mówiąc, że to trochę taki dr Jekyll i mister Hyde...--- Dla przyszłego pisarza przełomowym momentem życia był wyjazd na daleką północ, do Tromsø, którego okolice stały się scenerią jego dzieciństwa i wczesnej młodości. Niesamowity był to czas, jego czas w niesamowitej, ciągle jeszcze wtedy niesamowitej epoce. I tak się właśnie na tym tle, na tle opisywanej przez Jonasa Lie rzeczywistości, którą przyjaciołom pokrótce przedstawiłem, zastanawialiśmy nad naszym życiem, zubożonym dziś wielce, często upływającym w naukowym otępieniu, życiem, które kiedyś wypełniały całe tabuny najprzedziwniejszych istot, przyjaznych i wrogich, niekiedy prawdziwie przerażających, o których snuto jeżące włos na głowie opowieści... To było jeszcze nie tak dawno temu... Jeszcze nie tak dawno temu, gdy zapadały ciemności, robiło się rzeczywiście ciemno, nie tylko tam, daleko, ale i również tutaj... Choć tam... Pierwsza powieść Lie, "Den Fremsynte eller Billeder fra Nordland" (Jasnowidzący, czyli obrazy z Północy) opowiada o tamtych czasach i o pięknie dalekiej północy. O zapachach, o lecie, gdy słońce nie zachodzi, o krajobrazie, który pod piórem autora owiewa mgiełka tajemniczości. I pisze też o zimie, o nieustannym mroku i migotliwym świetle świec ledwo przenikającym przez przystrojone mrozem okienne szyby... Jakże odmienny, choć nie tak odległy w czasie, był to świat. O ile trudniej wówczas się podróżowało po skomplikowanym norweskim terenie, jak bardzo odizolowane od świata bywały drobne społeczności i ci wszyscy dumni panowie w swoich głębokich dolinach (Chyba do dziś w odległych zakątkach tego kraju podchodzi się z nieufnością do tych, co tam w stolicy próbują wszystkim kręcić, i mawia się: A cóż oni mogą wiedzieć o naszych sprawach? I pewnie w tym też tkwi niechęć do przyłączenia się do UE, wszak Bruksela jest jeszcze dalej.), szczególnie wtedy, gdy panowała śnieżna zima. Bo dziś pełno tuneli, olśniewających mostów, a w kieszeniach komórki, a na biurkach komputery i internet... Kiedyś zapadały na długo ciemności, w których ledwie tliły się wątłe kręgi światła, jeszcze bardziej podkreślające grozę i nierzeczywistość otoczenia, w którym budziły się upiory, zjawy... Lie nasiąknął jak gąbka opowieściami zasłyszanymi od ludzi, od miejscowych, od Norwegów, Lapończyków a także od przybywających na handlowych statkach Rosjan czy Finów... Wszystko to pobudzało niesamowicie wyobraźnię i rzucało wyjątkowe światło na ludzkie życie, ziemię i na morze, w którym także egzystowały wstrząsające zupełnie istoty, których głosy można było czasem usłyszeć przy sztormowej pogodzie, a ich widok mógł być zwiastunem nieszczęścia... Niebywała duchowa przygoda, sprawiająca, że człowieczeństwo zaczynało oddychać w pełni dwoma płucami... Przesądy, zjawy, tajemnicze postaci i cienie wypełzające z otchłannej psychicznej przestrzeni... --- Opowieści o morzu, życie ludzi z nim związanych wzbudziły w Jonasie chęć zostania marynarzem, przeto udał się do szkoły morskiej w Stavern. Jednak najwyraźniej nie miał odpowiednich warunków, by zostać człowiekiem morza, bo po krótkim czasie opuścił wspomnianą szkołę i postanowił po studiach w Christianii oddać się karierze prawniczej. Został adwokatem w Kongsvinger. Nadto zaczął oddawać się rozmaitym spekulacjom w handlu drzewnym, które niestety doprowadziły go do bankructwa i utraty posady adwokata. Po tych przygodach przyszedł czas na literaturę. Lie pisał dużo o morzu, o prostych ludziach, o ich pracy, która była źródłem radości życia. Pisywał także, o czym już wspomniałem, o sferach handlowych i urzędniczych. Upominał się też w swoich pismach o prawa kobiet, walczył ze światem konwenansów... Nie zapomniał jednak o drugiej stronie swej duszy, gdzie żyły draugi, trolle, krasnale. Z biegiem czasu świat północnych przesądów zaczynał odgrywać w jego twórczości coraz większą rolę. Pogłębiała się w nim wiara w mistyczne, irracjonalne siły. Było w nim coraz więcej baśni, w których zaroiło się od nadprzyrodzonych istot symbolizujących to wszystko, co w człowieku niezrozumiałe, te wszystkie tajemne siły, jakie potrafią nim czasem powodować... Niezwykły był to pisarz, którego artystyczna wędrówka wiodła przez romantyzm, realizm, fantastykę i symbolizm... Zmarł w 1908 roku w urokliwym w nienachalny sposób Stavern, do którego pod koniec życia powrócił. (Zamieszkał tam w domu nazwanym "Elisenfryd" przy Larviksveien 22.) Pochowany jest razem ze swoją żoną Thomasine na cmentarzu przy krzykliwie pomalowanym Stavern kirke.  Lie, co niejedno wiedział o trollach i straszliwych draugach... --- Sami staraliśmy się ostatnio poprzypominać sobie zasłyszane opowiastki o duchach i wyraziliśmy żal, że nie znamy ich zbyt wiele... Nasz świat stał się lekko pustawy. :)) Można by zażartować, tak jak uczynił to Oscar Wilde w jednym ze swych listów: "Wczoraj byłem na mszy, a potem kąpałem się. Do wody więc wszedłem już nie jako poganin. W rezultacie nie byłem kuszony ani przez Syreny czy Dziwożony, ani przez jakiegoś zielonowłosego stwora z orszaku Glaucusa. Doprawdy to nadzwyczajne. Za czasów mojego pogaństwa w morzu zawsze roiło się od Trytonów dmących w muszle i różnych innych nieprzyjemnych stworów. Teraz wszystko się odmieniło." Pradawne wierzenia, pomosty wiodące w atmosferę życia przodków... Gdzieś się to jeszcze kołacze, powraca, przemyka przez myśli, o czym zwykle mówi się jednak, że to tylko takie wytwory fantazji, wyobraźni... Tylko... W ogóle dzisiejszy człowiek to nic, tylko... Tylko wzruszyć ramionami...

 Draug. Potworna zjawa. Często odziana w olejak, z głową z wodorostów. Tego rodzaju istoty, wiara w które sięga epoki wikingów, z czasem zaczęto kojarzyć z duchami tych, co zginęli na morzu. W sztormową pogodę można usłyszeć ich krzyki. Uważajcie, będąc nad morzem, by nie wszedł wam w drogę ten upiór!!! :)

14:00, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (3) »
piątek, 22 maja 2009
Martinson

 To może znowu coś skandynawskiego?

 Harry Martinson (1904 - 1978). Można by o nim opowiadać i opowiadać. Swoją z nim znajomość (a ściślej z jego twórczością) zawarłem dawno temu. Echa zafascynowania nim pojawiły się nawet w postaci "Artura z blaszanego pudełka" - tego przygłupiego znaleziska, które czas jakiś temu tutaj z czułością wklepałem... Do dziś chce mi się śmiać... :))

 Martinson zasługuje na sporą notkę i może przy najbliższej okazji coś wystukam na jego temat. Ale dziś, jako że nie mam za wiele czasu, ograniczę się do kilku słów i jednego wiersza...

 Martinson. Poeta, prozaik, eseista, dramaturg, malarz... Wychowany w przytułkach bardzo wcześnie zaczął zarabiać na życie. Był robotnikiem, palaczem okrętowym, prowadził też życie włóczęgi... Należał do grupy literackiej Fem Unga. Pozostaje jednym z najciekawszych twórców w literaturze szwedzkiej... A teraz wiersz:

***

Światło pada na wyblakłe kępy,

trafia na życie w korzeniach,

łaskocze poczwarkę, wywołuje owady

z zimowego snu do wiosny i poranka.

Pora przygotować się do porannych ćwiczeń,

napiąć czułki,

ogrzać swój instynkt,

znaleźć właściwe znaki swego bytu,

związać to co było z tym co będzie.

Teraz skoro świt powróciła biegłość.

Teraz jest ciepło, teraz jest czas.

Przezroczyste skrzydełko układa się delikatnie

i wydany rozbudzonym instynktom

o brzasku owad unosi się do słońca.

                             przekład Barbara Kobos - Kamińska

***

Ja też powoli rozwijam skrzydełka. Jutro, o świcie, śmigamy w góry. Na powietrze, na słońce.

Udanego weekendu, moi Drodzy!

14:01, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
czwartek, 21 maja 2009
Chłopaki i tato

 Co mi tam. Rzucę znów luźnego słownego pawika. Kilka osób, rozsianych po świecie, uwielbia przecież, jak tu nawijam, więc co im będę żałował. Czasu trochę jest, bo nieuporządkowane misie mają czas na wszystko - no, może z wyjątkiem roboty - zatem, nie widząc przeszkód, przystępuję, a właściwie już przystąpiłem, do kolejnego "popisu". --- Wieczór wczorajszy pełen był przyjemnych wrażeń. Można powiedzieć - estetyczna uczta się przytrafiła. Piłkarska na dodatek. Bośmy się na mecz z Frankiem wybrali. Taki szmaciany, w dwudziestorzędnym klubiku, ale na ładnej murawie i przy sztucznym oświetleniu. Poszliśmy zobaczyć, jak się mój kolega jeden bawi w piłkarskiego sędziego. Frankowi się wprawdzie nie bardzo chciało wychodzić, bo był trochę zmęczony po podróży, ale tak już nudziłem, że w końcu się poddał i ruszył ze mną na małą rowerową przejażdżkę, do chłopaków! --- Jakkolwiek piłka jest czymś niewymownie nudnym i bardziej odpowiednim dla dziewczynek, to jednak przyglądanie się ruchliwej, energicznej młodości ma w sobie niezaprzeczalny czar. Sama przyjemność! Na boisku biegała gromada młodzieńców, zakwitających uroczo. Wszyscy jeszcze tacy gładcy, nieskazitelni - słowem - czyste piękno, jego najwznioślejsza i jednocześnie najpowabniejsza postać w sportowych pląsach. Z radością patrzyłem sobie na ten trochę kanciasty, prostacki balet tych szczególnych tworów Natury, jakimi są nogi młodych mężczyzn, którym z największą ochotą wystawiłbym świątynię pełną najprzedniejszych posągów jako wyraz mojego bezgranicznego uwielbienia! --- Wbiło mnie to wczorajsze oglądanie w drobną zadumę, w zadumkę taką, nad upływającym czasem, bo jeszcze trochę fikołków ziemi i człowiek chyba z coraz większą tęsknotą będzie patrzył na takie widowiska, z tęsknotą za własnym, minionym powabem, za własną nieskazitelnością, za tym okresem, kiedy sam bywał obiektem westchnień takich lekko już przyprószonych sreberkiem panów... Franuś powiedział tylko: - No cóż. Taka to kolej rzeczy. - Ani się człowiek obejrzał i... - już nie dokończyłem, żeby się zanadto nie przygnębiać... Ech, młode chłopaki! --- Po meczu musiałem naturalnie zerknąć do szatni... - No, jak to żeście sobie urządzili? - spytałem sędziowskiego ważniaka. Że niby taki zainteresowany byłem dolą tej być może wylęgrni piłkarskich talentów... Szatnia była bardzo ładna, świeżo wyremontowana, rzecz jasna jednak bardziej zajmowała mnie jej hałaśliwa, spocona, obnażona zawartość... Nabrałem w płuca dużo powietrza, niemal wyssałem je całe z pomieszczenia! Cóż za odurzający, bydlęcy zapach!... Franuś tylko westchnął: - Oj Misiu, Misiu... --- Co poradzić. Mało może jestem taktowny, że tak otwarcie, w jego obecności, okazuję entuzjazm na widok takich czarujących zjawisk, ale nie umiem zdobyć się na powściągliwość... No i przecież nic wielkiego za tymi zachwytami się nie kryje. Ja po prostu wdzięcznym jestem estetą. Tylko tyle... --- Tak mi się przypomina przy tej okazji coś jeszcze z norweskich czasów. Małe ożywienie w obezwładniającym półśnie zadupia w postaci rozgrywek w siatkówce plażowej... Chociaż może bardziej odpowiednią konstrukcją słowną byłaby nazwa: siatkówka na paskudnym piachu, bo, choć misateczko było nadmorskie, ulokowane na końcu głęboko w ląd wcinającego się jęzora fiordu, w całej okolicy nie było typowej, piaszczystej plaży, tylko albo wyrastające prosto z wody skały, nad którymi stroszyły się szpilkowe laski, albo sterty głazów, tak więc boisko do owej siatkówki usypano na miejskim placyku, usypano z jakiegoś potwornego, ciemnego, burego piachu... Ach, byłem wiernym obserwatorem tych energicznych rozgrywek z podziwem wielkim pożerającym wzrokiem tych bosych, norweskich sportowych świrów. Piękne, potężne, wysportowane sylwety tych wszystkich Lavransów! Duże, umięśnione bosko nogi, stopy oblepione brudnym piachem! Prawdziwi mieszkańcy Walhalli na ćwiczeniach przed zapowiadaną walką z olbrzymami! --- Razu pewnego byłem umówiony z moim dobrym i mile opiekuńczym duchem. Mieliśmy jechać na pewne spotkanie. Przedtem jednak postanowiłem skorzystać z wolnej chwili, odpaliłem więc samochód i zjechałem do miasteczka, żeby sobie jeszcze trochę popatrzeć. No i odrobinę się zasiedziałem. Nagle patrzę, Kamil nadjeżdża. Idzie! Już widziałem po jego gestach, że był wściekły jak diabli. - Ty, kurwa, poważny jesteś? - O jej, no sorry. Ale przecież mamy jeszcze czas. - Jaki czas?! Ile? I tak w tym stroju chcesz jechać? Trzeba by się chyba trochę przebrać, co? Już cię tu nie ma! - Że też wiedziałeś, gdzie mnie szukać... Bardzo ciekawy mecz - zauważyłem. - No, widziałem właśnie. - Naprawdę? Dostrzegłeś to? - Ja ci kiedyś wpierdolę - usłyszałem. He, he - jeszcze jeden drobiazg całkiem mojego drogiego przyjaciela rozsierdził. Biedak zaparkował samochód w uliczce, gdzie były parkometry. Nie uiścił niestety żadnej opłaty. Kiedy dotarł do samochodu smutni panowie wypisywali mu właśnie mandat. Jak potem klął: - Skurwysyny! Skąd oni się tam wzięli! Jak spod ziemi! Przecież to chwila tylko była! Co za kraj! Co za ludzie! --- Ale nie, nie, kraj jest w porządku i ludzie czasem zaskakujący. Jak ciotka mojego ówczesnego dobrego kumpla. Starsza pani mieszkająca w małym czerwonym domku, w zaciszu - zresztą tam było jedno wielkie skupisko chwytających z gardło zacisznych miejsc (w przestrzeni, przestrzeni, o której jeden z moich znajomków mawiał - przecież tu nie ma gdzie pójść) łagodnie pofałdowane, z majaczącymi na horyzoncie wysokimi górami i z kałużą fiordu, czasem gładką jak lustro, co robiło, szczególnie w jasne noce, niemal przerażające wrażenie - takie obrazki potrafią gdzieś w środku człowieka poruszyć zupełnie nieznane, nie przeczuwane nawet struny... Starsza pani cieszyła się już spokojną emeryturą, żyła samotnie w fantastycznych, niemal muzealnych, przytulnych wnętrzach. Była z wykształcenia psychologiem czy kimś w tym rodzaju i przez całe życie zawodowe zgłębiała problem alkoholizmu. Z jej domu nie można było wyjść trzeźwym! Była zawsze doskonale zaopatrzona w napitki pochodzące chyba z najlepszych bimbrowni Trøndelagu! Doprawdy, w życiu nie piłem tak dobrego bimbru jak tam właśnie. Gościnna to była pani...--- Razu pewnego wpadliśmy z kolegą do niej. Przywieźliśmy jej trochę zakupów, bo coś tam chorowała i nie chciała za bardzo ruszać się z domu. Zapukaliśmy. Cisza. Nic. Ale drzwi były otwarte. Więc weszliśmy. Myślałem, że się przewrócę, kiedy wszedłem do kuchni, bo moim oczom ukazał się obrazek zupełnie zaskakujący, oto bowiem starsza pani leżała bez ruchu na podłodze, półnaga. Pierwsza myśl - umarła! Ale nie. Nie umarła. Odpoczywała sobie, spała. A jeszcze kawałek dalej, za jej głową, leżała sobie beztrosko sztuczna szczęka!--- Waliło od niej jak z gorzelni i obawiam się, że gdybym zapalił wtedy papierosa, wylecielibyśmy wszyscy w powietrze. Nie mogliśmy jej podnieść. Ja zresztą czułem się zakłopotany całą sytuacją i chciałem stamtąd uciekać. Strasznie się czułem skrępowany, bo to tak jakoś głupio targać cudzą ciotkę z wielką, kalafiorowatą gołą dupą i wyleniałym kotkiem... Koleś jednak był zupełnie niewzruszony. Jego ciocia po prostu czasem tak miała... Później już nie bardzo chciałem zaglądać do tej cioci... Bogowie! Z taką ciocią... --- No, a tak poza tym... Wdepnąłem tez wczoraj do taty. Cieszę się, że u niego w porządku. Trudno nam się wprawdzie gada na trzeźwo, ale... Wydaje mi się, że dopiero teraz jest jego szczęśliwy moment życia. Jest sam, ma krąg swoich przyjaciół. To jest chyba najbardziej zgodne z jego naturą. Sądzę, że rodzina, którą założył, była pewnego rodzaju wymuszeniem. Nie był dość silny, by sprzeciwić się oczekiwaniom. I wyszło, jak wyszło. Miał przez te wszystkie lata jedno schronienie - w pracy, której był bardzo oddany. Tam był w swoim żywiole. To był świat obok, gdzie odzyskiwał życiowe siły, gdzie działał z zapałem... A dom był złym snem... Kiedyś bardzo mi go brakowało. Zawsze tkwił za takim przeźroczystym murem. I często na jego ustach pojawiał się drwiący uśmieszek.--- Odkąd wie, kim jestem, nie żartuje z homoseksualistów. W ogóle nie ma o tym mowy. Nie zajmuje w tej sprawie żadnego stanowiska...--- Kiedyś jego drwiny raniły mnie... I nie chodzi tu o pedalstwo. Chodzi o to wszystko, czym się interesowałem, zajmowałem... Czułem się w jego oczach śmieszny. Jego postawa zawsze zbijała mnie z tropu. Nie wiedziałem nigdy, czego ode mnie oczekiwał... Nawet moje skandynawskie peregrynacje go głupio bawiły. Tak jakby były one częścią mojego idiotyzmu... No, ale w kuchni, za szbką w szafce tkwi pocztówka, jaką mu kiedyś wysłałem z Finnmarku... Taki typowy obrazek. Złoty dzień w środku nocy...--- Czemu on taki był? Hm... Ale pewnie lepiej tego nie ruszać. Bo i właściwie po co?... Nie wiem czy miałbym odwagę zapytać się go wprost: - Tato, co ty w ogóle o mnie sądzisz? Tylko tak szczerze... Pies drapał. Ja się nie gniewam... W końcu w pijanym widzie jestem fajnym gościem... Więc może i na trzeźwo, gdzies tam w myślach, kołacze się podobny sąd?... Kocham swojego tatę... 

16:08, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
środa, 20 maja 2009
Bowie & Corgan

 Drugi dzień do rozwalenia. Jestem już po spacerze. Słonko świeci. Czytam trochę o Strindbergu i Swedenborgu...

 Jednak dziś się nie rozpiszę, bo mi się nie chce. Powiadomię więc tylko, że rozkoszuję się lekko urlopowym czasem i czekam na weekendowy wypad w góry. No i mam w planie jeszcze wizytę u ojca. Wypada mi do niego zajrzeć. Mam nadzieję, że będzie w dobrym humorze. Ech, ten mój tato... Jedno muszę powiedzieć - bez względu na wszystko mam dla niego w środku taki dobry, ciepły, coraz cieplejszy zakamarek...

 No... A teraz wrzucę jeszcze trochę wrzasku... Dwa stare kawałki Bowiego: "All the Young Dudes" i "Jean Genie". No to ciach! David Bowie i Billy Corgan:

12:41, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 19 maja 2009
Okamgnienie i nieśmiertelność

 Boże drogi... No, co ja tak sobie jęknąłem?... Hmm... Mam dzień do roztrwonienia. Franek wyjechał na dwa dni do stolicy, a ja szczęśliwie cieszę się luzem. Odrobiony jestem i tak sobie słucham deszczu... A wcześniej byłem z kundlami (dolało nam jak cholera). A jeszcze wcześniej nagotowałem cały gar botwinki. Nażarłem się jak bąk! --- No i co... Mam czas, który mogę swobodniej wykorzystać na wrzucenie kolejnego tekstowego klocka na blożka, a tu nic mi się chyba do jakiej takiej kupy nie zlepi. --- Co słychać? Ano - nie ma już zacieku w kuchni. Twardy był z niego zawodnik, bo nie bardzo chciał znknąć, ale w końcu daliśmy mu radę. Była też kapustka z koperkiem. Franio był zachwycony! Och jej, on to ma dobrze! Jak u mamy! Doprawdy jak u mamy! Ale ja też mam dobrze, bo lubię swojemu ukochanemu dopieścić brzusio:) I - Boże kochany, tyle było życiowych poszukiwań, a tu - okazuje się - spełniam się z radością wśród bardzo domowych spraw! Wkładam rzeczywiście dużo wysiłku w to, by w domu gościło ciepło, żeby panowały w nim dobre zapachy, żeby był w nim cały ten przyjazny, spokojny, przytulny klimat, żeby się w nim pokołysać łagonie jak w takim zacisznym porcie. Buduję po prostu to, czego mi w życiu zawsze brakowało. I tak właśnie powinno być. Nie wolno jojczeć, uskarżać się, biadolić nadmiernie nad zimnymi i niezbyt udanymi początkami życia; lepiej powiedzieć sobie: trudno i zastosować się do prostej rady - Dawaj innym to, czego tobie poskąpili, bo zawsze jest szansa, że ktoś ci się z wdzięcznością zrewanżuje. --- Trudną sztuką jest życie. Ta niezmiernie maleńka chwilka, ten moment... (Bardzo lubię norweskie słowo oznaczające chwilę: øyeblikk...) Ta chwilka, która potem rozbudowuje się - albo lepiej powiedzieć - może rozbudować się w mgiełkę pamięci poruszaną znanymi zapachami, dźwiękiem, pejzażem - ale najbardziej zapachami... Przypomina mi się scenka z "Doktora Faustusa". Jest już po pogrzebie Schweigestilla. Żałobnicy wracają do domu, gdzie wzruszają się mało przecież osobliwym zjawiskiem, że pomimo śmierci starca ciągle czuć machorkowy aromat jego fajki, który przesyca ściany świetlicy, korytarza, wypełnia sobą atmosferę domostwa. Leverkühn zauważa: - To przetrwa. Długo; być może dopóki dom będzie stał. Ta chwila naszego przetrwania później, krótsza nieco lub dłuższa, nazywa się nieśmiertelnością... Takie to zaglądanie duchów w naszą rzeczywistość... Sam nieco otrząsnąłem się z woni kojarzącej się z radosnymi chwilami dzieciństwa, woni, którą przez jakiś czas starałem się podtrzymywać. Przy remoncie zniknęło trochę uciążliwych mebli, a wraz z tym zwracającym przestrzeń ubytkiem uleciał też aromat zwietrzałej kawy, tak jednak dobrze zapamiętany, iż nie ma obawy, że zapomnę kiedykolwiek związaną z nim postać. Nadal będzie jednym z moich ulubionych zapachów, przywołującym dobre wspomnienia o tej odrobinie ciepła i życzliwości, których deficyt bardzo mi w tamtych zamierzchłych czasach doskwierał. Jednak częściowa zmiana wystroju mieszkania sprawiła mi ulgę. To niby drobiazg, dający jednak poczucie przewagi nad przeszłością. Nie ma co się bowiem nad nią ani roczulać, ani jej podziwiać, ani się nią zadręczać... Rzec by się chciało - dajmy pospać temu, co było! --- Naturalnie pozostają drobiazgi, przydatne w codziennym życiu, mniej już jednak obciążające głowę, po które zazwyczaj sięga się bez cienia refleksji. Jest na przykład dziadkowa łyżka, którą jadłem dziś botwinkę albo czajniczek, w którym od niedawna parzę herbatę. Czajniczek mojej babci, który po jej śmierci znalazł się u mojej mamy, a teraz ma schronienie u mnie. Ten czajniczek był bodaj pierwszym przedmiotem, który zabrałem z domu mamy... Niewiele zresztą zabrałem z jej domu...--- Hm - nie sposób zapomnieć takich pośmiertnych wyprowadzek. Wyglądają jak brutalna eksmisja, tyle że temu, którego rzeczy wywleka się z domu, szczęśliwie nie jest dane przyglądać się temu prawdziwie żałosnemu widowisku... I po nas ktoś kiedyś wszystko wyniesie. I być może większość pozostawionych przez nas rzeczy uznana zostanie za kupę nieprzydatnych, zupełnie bezsensownych śmieci... I zapachy się ulotnią, być może nawet zupełnie nie zapamiętane... Być może po mnie i po nim pozostanie pustka, której nawet nikt nie zauważy. Sami ciągu dalszego nie zostawimy, tak więc i może nasze szanse na nieśmiertelność są mniejsze - taką nieśmiertelność, o jakiej wspominał bohater książki Tomasza Manna. Bo pozostawione jakieś tam efekty prac, jakieś słowa, jakieś papiery, dźwięki, cokolwiek, niejako odklejają się od człowieka, zdobywają własne życie i wyczarowywać mogą jedynie pewne wyobrażenia o ich twórcy, mogące daleko odbiegać od rzeczywistości; będzie więc już tylko cień cienia. To jednak jest mało istotne. To wręcz obojętne... Bo w końcu wybieganie myślami aż poza granice własnego życia jest już niepotrzebną przesadą... Istotniejsze i nie od rzeczy jest pytanie czy zdołamy się przecisnąć razem aż do końca. Oczywiście odpowiedzi udzieli samo życie, a człowiekowi pozostaje tylko wierzyć i ufać, wierzyć w tę zagadkową, niezgłębioną przestrzeń, jaką jest drugi człowiek. Wierzyć weń i z całej mocy się starać. Poświęcać uwagę, słuchać, nawet gdy czasem nudno, pokłócić się niekiedy ostro, co bywa lepsze od ugrzecznionych rozmów... Czyny, słowa, gesty... I dotykanie. Jak najwięcej dotykania. I patrzenia sobie w oczy... W oczy tego dziwnego, złożonego stworzenia, jakim jest człowiek... --- Ile w nas postaci!... Czyśmy zmienni? Czy zawsze tacy sami, jako cembrowina studni, jaką zdaje się być człowiek, gdzie mieszkańców rozmaitych bez liku, którzy, raz po raz, stosownie do okoliczności, niczym głębinowe ryby, wydobywają się z wiecznej nocy naszego wnętrza, by przez chwilę pobyć w promieniach słońca. Jeden Misio, dający twarz całemu pochodowi osób: komuś głupiemu, komuś mądremu, odważnemu, to znów drżacemu ze strachu... Misio, a wnim i ktoś grzeczny, i opryskliwy, i przyziemny, i patrzący w gwiazdy, i prozaiczny, i poetyczny, i łagodny, i wściekły, i młody, i stary, i lubieżny, i zapobiegliwy, i uległy, i stanowczy, itd, itd... Ale główna postać jego to ten, który się stara i w którym litościwie rozumek jest niewielki acz wystarczający. I to chyba dobrze. To lepiej! --- Jest coś w tym, co napisała Virginia Woolf - Intelekt, choć boski i wszelkiego uwielbienia godny, ma zwyczaj gnieździć się w najnędzniejszej powłoce i połykać inne ludzkie cnoty. Często zatem, gdzie umysł jest największy, tam serce, zmysły, wielkoduszność, miłość, wyrozumienie, życzliwość i cała reszta ledwie mają czym oddychać. Im dłużej chodzę po ziemi, tym więcej potwierdzenia znajduję dla tych słów... O bogowie - wdzięczność wam wypada okazać za mały rozumek, bo dzięki temu przed człowiekiem rozchyla się kurtyna, za którą rozgrywa się pełna przepychu baśń życia... --- Ludzie czasem cały żywot marnują na myślowe fikołki, na intelektualne rycie, by w rezultacie swych uczonych wysiłków pleść opowieści o jednorożcu... Zdumiewające! Dużym skrótem ku tajemnicy życia jest ludzkie serce... Pewnie dlatego poecie wystarczy ledwie musnąć papier, by być zawsze o krok naprzód przed ociężałą głową filozofa... --- I tak się plecie prostemu Misiowi w dzień pochmurny, w przytulnym zakamarku, któremu wykwitła głęboka wiara, (który to już raz), że stan obecny jest już jego solidnie ustalonym losem. W szczęściu to nie lada wyczyn! Tak sobie myślę... Jakże wybornie dziś smakuje mi kawa. I - bardzo mi przykro - papieros. (Od czasu do czasu zdarza mi się puszczanie dymka. Po prostu lubię smak papierosa. I postanowiłem nie rozstawać się tak całkiem z tą namiętnością. Nie paliłem przez ostatni tydzień, przyszedł więc czas i na tę drobną przyjemność. Dobry moment. Dobra chwila. Maleńka drobinka w drobince jaką jest życie...)

15:42, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (3) »
piątek, 15 maja 2009
Piątkowe pleple

 Doooobrze jest. Bo... Ogólnie chodzi o to, by nie być idiotą. I by nie spać z byle hołotą. Do tych zaleceń się stosuję - póki co udaje mi się nie być idiotą i już od dawien dawna nie sypiam z byle hołotą. Zatem musi być dobrze. Ale nie powiem, że mi się tak znowu wszystko chce. Chwila zniechęcenia wprawdzie się rozwiała, ale jest rzecz, którą trzeba załatwić, do czego jednak nie mam serca. To ten pieprzony zaciek w kuchni. Jego widok mnie wkurwia, ale myśl o jego likwidacji również. A ta chwila jego usuwania zbliża się wielkimi krokami. Franek powiedział - W sobotę się za to weźmiemy. - A mógłbym się jakoś wymigać? - A ja już sobie przygotowałem ponętne przebranie... Ech, i jeszcze mi okiem mruga... No cóż, dla robociarskich klimatów wykrzesam może z siebie nieco entuzjazmu do mazania po ścianach...

 Mam straszną ochotę na młodą kapustkę z koperkiem! Trzeba będzie zrobić... Mniam... Zakosztowałem też przed chwilą pierwszych truskawek, ale nie były za dobre...

 I co jeszcze. Wieczorami ślęczę nad książkami. I nad nimi przysypiam. Ale kiedy się kładę, senność mnie opuszcza. I jakieś głupie, psie myśli mi się roją pod czaszką. A mój najdroższy sobie śpi swoim dobrym chłopskim snem. Jak on to robi?

 W końcu chyba mój zgermaniony kuzyn do nas zjedzie, a właściwie zleci. Zwlecze to swoje zgrabne dupsko. Żeby odwiedzić ojczyznę przodków. Nareszcie. Bo w końcu co to znaczy, żebym ja tylko tam do niego latał. Latanie jest zresztą okropne. Ostatnio w samolocie przeraźliwie rozbolało mnie ucho. Myślałem, że zwariuję.

 W wakacje na szczęście wybierzemy się na Północ samochodem - z pinklami, betami... Najchętniej już bym ruszył, bo stęskniłem się za taką daleką jazdą, za postojami o świcie w przypadkowych miejscach, za jakąś przydrożną lurą udającą kawę itd, itd... Ach, wbijemy się w las! Liczę, że będą chmury, deszcz...

 Takie jazdy potrafią być przyjemne i czasem zdarzają się przemiłe drobiazgi, po których zostają drobniutkie pamiątki. Takie choćby jak mój breloczek przy kluczach. Używam go od pewnego czasu, bo stary mi się rozwalił. Franek twierdzi, że jest przeraźliwie tandetny, okropny... Rzeczywiście - jest tandetny - taka duża "łezka" z zatopionymi w niej maleńkimi muszelkami i ziarenkami piasku. Leżała sobie przez dłuższy czas w rogu szuflady, aż wreszcie przyszedł na nią właściwy moment... Tę łezkę z muszelkami dostałem kiedyś od małego chłopca... Pędziłem raz z Oslo do Malmö i gdzieś tak w okolicach Göteborga nawiązałem osobliwy kontakt z młodą kobietą i jej chłopczykiem... Wiuut - wyprzedziło mnie żółte, stare volvo. Po jakimś czasie - wiuut - ja wyprzedziłem stare, żółte volvo. I tak się ścigaliśmy. Chłopcu się to podobało i co chwilę machał do mnie ręką. Ja też mu zacząłem machać. I przyłączyła się też do tego jego mama... Wreszcie spotkaliśmy się na stacji benzynowej. To było takie samoobsługowe ustrojstwo, które wg projektu mądrych ludzi miało połykać pieniądze i wydawać paliwo w stosownej ilości. Niestety - urządzenie tylko połykało pieniądze i natychmiast je wypluwało, odmawiając jakiejkolwiek współpracy. - To co, nie zatankujemy! - Popsuło się. - Uznaliśmy całą sytuację za zabawną. Kobieta, szalenie sympatyczna i roześmiana (robiły jej się takie urocze dołeczki w policzkach), stwierdziała, że jej się fajnie jechało w moim towarzystwie. I mnie się też podobało. I podobało się też chłopcu... Chłopczyk był trochę dziwny. Inny - powiedzmy najogólniej. Strasznie go zainteresował mój breloczek. To też było coś zatopionego w jakiejś żywicy. A tym czymś był mały parowozik. Chłopczyk popędził do auta, skąd przyniósł te swoje muszelki. Chciał się zamienić. Nie widziałem przeszkód. Chłopczyk się ucieszył... Taki drobiazg... Po jakimś czasie nasze drogi się rozeszły. Oni skręcili na wschód, gdzieś w głąb Szwecji, a ja pojechałem dalej wzdłuż wybrzeża... I mam małe muszelki w łezce, na łańcuszku. Taka bezcenna tandeta. Po kimś, kogo już nigdy nie spotkam... Przechowuję takie okruszki w swojej pamięci. Same się przylepiają i nie pozwalają o sobie zapomnieć...

 Trwam ciągle... Jeszcze nie umieram, co może będzie dla niektórych czytelników pocieszające... Chociaż, gdybym miał już teraz umierać, to nie byłoby tak źle, bo mógłbym sobie powiedzieć, mimo wszystko: kurwa, ale miałem cudne życie!! A jak tak pociągnę, Bóg wie, jak długo, to już tak cudnie może nie być... Bo tam dalej stroszy się starość... Hm... Im dalej w czas, tym może być przecież gorzej... O jej... A ja nie będę umiał być stary...

 Franek mi powiedział, że czasem czuje się przy mnie trochę jak na jakiejś szkolnej wycieczce... Nie wiem, co mam sobie myśleć... 

15:00, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (3) »
czwartek, 14 maja 2009
14 maja 1912

     

     LECH SOKÓŁ

"Ostatni spacer Augusta S."

W kwietniu 1912

W Sztokholmie pada śnieg

Który zaraz topnieje

August S. schodzi w dół

Drottninggatan do Kungsgatan

Kiedy robią mu zdjęcie

Głowę ma lekko pochyloną

Podniesiony szalowy kołnierz

ciężkiej szuby

Nieskazitelny cylinder na głowie

Który przez szacunek

należy nazywać:

Chapeau haut de forme

Śnieg na ukos

Europa jeszcze trwa

August S. ma raka żołądka

Właśnie skończył 63 lata

Ale uważa, że jest stary jak

brontozaur

Twierdzi, że nie ma złudzeń

Tryska jadem

Rozpowszechnia truciznę w druku

Ale głęboko ma ciepłe miejsce

Ponad żołądkiem gorącym jak lawa

W 1908 chciał ponownie

Ożenić się ze swoją trzecią żoną

Emancypantki nazywa trybadami

Ale kocha kobiety kobiece

O stromych piersiach

Zatonięcie Titanica przeżywa

głęboko

Zatrzaskuje wieko fortepianu

Ubrany jak żałobnik

Martwi się kwestią rozbrojenia

Studiuje język chiński,

japoński i hebrajski

i wyciąga nieoczekiwane wnioski

Zwycięża w batalii

przeciwko wszystkim

Na ostatnim spacerze nie wie

Że umrze 14 maja po południu

Wie, że będzie tulił do piersi Biblię

Że będzie z nią pochowany

Że na jego grobie stanie krzyż

Z napisem:

O crux! Ave spes unica.

                     Oslo, 1 stycznia 1993 r.

CIĄG DALSZY PONIŻEJ

13:30, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
14 maja 1912 (ciąg dalszy)

 August Strindberg. Dziś mija kolejna rocznica jego śmierci. Już 97. I tak mi przyszło do głowy, żeby coś przy tej okazji napisać. Chociaż nie wiem czy nie jest to decyzja nazbyt pochopna, bo tak w blogowych warunkach trudno raczej pomieścić coś sensownego, co jednocześnie streszczałoby jakoś tę moją przygodę pod tytułem August...

 Zaczęło się dawno temu. Jeszcze w latach osiemdzisiątych ubiegłego stulecia (ach, jak to brzmi, jak się człowiek przy takim wyznaniu nabrontozaurzyć może!:)) Zaczęło się od biograficznego filmu o Auguście i od niewielkiej książęczki Lecha Sokoła, teatrologa, znawcy twórczości Witkacego i wspominanego dziś Szweda, a także byłego ambasadora RP w Królestwie Norwegii.

 Po obejrzeniu filmu pomyślałem sobie - co to za szalniec? Akurat w tym czasie ukazało się pierwsze wydanie powieści "Spowiedź szaleńca"! Jakże znakomity tytuł na początek przyjaźni, jakże zbieżny z mym ówczesnym zdaniem o tym zdumiewającym, wszechstronnie utalentowanym człowieku... A zatem tamta powieść. W sumie wyznania dość małostkowego pana, lieracki ekshibicjonizm, osobiste małżeńskie sprawy wywleczone na światło dzienne, pisane pod wpływem silnych emocji, którym pisarz przez całe życie się poddawał, a wszystko to podane w mistrzowskiej formie.

 Szaleniec, wariat... Nie jestem psychiatrą, zachowuję więc ostrożność używając tych słów. Jednak specjaliści, jak choćby Antoni Kępiński, dopatrują się w pismach Strindberga oznak prawdziwego szaleństwa. Dla wspomnianego w poprzednim zdaniu uczonego język Strindberga stanowi właśnie przykład schizofrenicznej ekspresji słownej, bowiem jego mowa, choć nie sprzeciwająca się regułom języka normatywnego, niesie odmienne treści i zdradza paranoidalny bądź magiczny sposób myślenia. Widać to szczególnie w jego autobiograficznych dziełach, choćby w "Spowiedzi", w "Synu służącej", w "Samotnym", a szczególnie w utworze "Inferno" - doraźnie sporządzonym dzienniku psychozy, gdzie autor ukazuje niezwykle bogaty opis swoich psychotycznych przeżyć... Strindberg w jakiś niezwykły sposób wpisał się w tamten mój szczeniacki czas i stawał się coraz bardziej ineresujący, zachwycający na tle mojego dziwaczniejącego coraz bardziej życia... Wokół robiło się coraz bardziej schizofrenicznie, szczególnie gdy zjawił się obok mnie ktoś, kto stał się drugim w moim życiu powodem potężnych miłosnych poruszeń, ktoś, kto z całego serca marzył, by dotknęło go szaleństwo. Klimaty były wówczas niesamowite. Odlatywanie od rzeczywistości, jakieś przemądrzałe dyskusje, nielegalne używki, samobójcze sny itd, itd... I w tamtych oparach dziwacznych zaczął się trwający do dziś spacer ze Strindbergiem.

 Nie sposób opowiedzieć o nim wyczerpująco w blogowej notce, o tym wrażliwcu, nerwowcu, o tym trudnym, bogatym w talenty człowieku. Zresztą znana to postać, nie ma więc może sensu rozwodzić się przynajmniej nad tą stroną jego życia i twórczości, która spowodowała przyklejenie doń etykietki wroga kobiet i bluźniercy, chociaż gdy idzie o ten drugi zarzut, to nie odmówię sobie przyjemności zacytowania jednego z moich ulubionych strindbergowskich zdań... A zatem bluźnierstwo i szyderstwo... Strindberg, który zawsze bał się uwięzienia, musiał się razu pewnego zmierzyć z tzw. wymiarem sprawiedliwości, bowiem po ukazaniu się noweli "Nagroda za cnotę", wytoczono przeciwko niemu proces (ponoć paluszki maczała w tym sama królowa Zofia). Chodziło o kilka zdań. Tych właśnie: "Na wiosnę został konfirmowany. Długo tkwiła w nim ta wstrząsająca scena, kiedy to klasa wyższa przyjmowała przyrzeczenie na członki i słowa Chrystusa od klasy niższej, że ta ostatnia nigdy nie będzie się zajmować tym, co czyni ta pierwsza. Bezwstydne oszustwo, odgrywane za pomocą wina "piccadon" Högstedta po 65 öre za litr i opłatków Lettströma po koronie za funt, podawanych przez kler za krew i ciało straconego przed 1800 laty Jezusa z Nazaretu, który podburzał lud przeciw władzy, nie wzbudziło jego refleksji, gdyż w owych czasach nie zastanawiano się, lecz popadano w nastroje".

 Strindberg. Jeden z najbardziej subiektywistycznie nastawionych pisarzy. Niestrudzony twórca swej własnej legendy. Wpadający w rozkosz w swych "zabawach" w kozła ofiarnego. Nękany prześladowczymi maniami, który żył w przedziwnym świecie ubarwionym bogatą wyobraźnią. Twórca zaangażowany, wielostronny, zafascynowany postępem (wszystkie nowinki techniczne natychmiast pojawiały się w jego utworach). Chciał wyczarować sobie w laboratorium złoto, co pomogłoby mu rozwiązać jego, no, legendarne, legendarne problemy finansowe. Nieśmiały lew. Człowiek z dużym czołem, z burzą włosów na głowie, małymi stopami i niezbyt imponującym penisem. (Kiedy August miał dobry humor, lubił rozwodzić się w swoich listach nad problemem wielkości tego przecudnego wprost organu. Pocieszał się, że mały penis jest charakterystyczny dla człowieka cywilizowanego i utworzonego przez wysoką kulturę. Wielkie fujary znamionować miały natomiast ludzi dzikich, prymitywnych, niekulturalnych... [Patrzę sobie w gacie... Hm... Na podstawie krótkiego badania stwierdzam, że jestem ucywilizowany, ale bez przesady, bez przesady. :))] Twórca dotknięty, o którym można nieco poetycko powiedzieć, że zatrudnili go sami bogowie. Trapiony niedostatkiem, źle lokujący swe uczucia, siekł niezmordowanie, aż do śmierci. Łoił piórem jak prawdziwy zwierz literacki.

 Łoił piórem. Ale robił sobie też przerwy, by zanurzać się w świecie, który prawdziwie kochał. W szkiery - jego prywatny raj, w tę prawdziwą perłę Bałtyku, w świat rozsypanych u brzegów Szwecji wysepek, tysięcy, tysięcy wysepek. Jak pisał, ani Alpy, ani gaje oliwkowe nad Morzem Śródziemnym, ani klify Normandii nie zastąpiły mu sztokholmskich szkierów. Mówił o nich, że to miejsca idylliczne; wystawione na wiatr, nieregularne wysepki z szarego kamienia, porośnięte świerkami, porozrzucane w wielkich burzliwych zatokach z nieskończonym morzem jako tłem oddalonym na bezpieczny dystans. A jego najukochańszym miejscem była wyspa Kymmendö, którą nawet u schyłku życia wspominał z wielką czułością pisząc: "O, moja wyspo zielona, Koszu kwiatów na falach morza! Wonna sianem świeżo skoszonym, Zobaczyłem cię we śnie".  Spod jego pióra wyszło wiele tekstów o szkierach, a jego ulubiona wyspa stała się tłem powieści "Mieszkańcy Hemsö", o której w jednym z listów napisał: "Wygnałem kwestię kobiecą, wyjąłem spod prawa socjalizm, politykę, wszelką bzdurę i postanowiłem napisać prawdziwie szwedzką i zabawną, konkretną, śmieszną książkę, pokazującą jak parobek o silnych nerwach i dobrym usposobieniu, bez żółci, przebija się przez życie, biorąc co mu wpada w ręce, zostawiając bez jednej łzy to, czego nie może zatrzymać."

 Wspomniana wyżej powieść to jedno z największych osiągnięć Strindberga - rzecz napisana dla prawdziwej przyjemności, pełna wspaniałych obrazów przyrody, pogody i humoru, która do dziś ma prawdziwe rzesze wielbicieli.

 Strindberg to jednak nie tylko pisarz. Realizował się bowiem ten człowiek także w innych dziedzinach. Fascynowała go fotografia, chemia, nawet ogrodnictwo, a także malarstwo, które było zawsze bardzo ściśle powiązane z morzem i z ukochanymi szkierami. Strindberg - obok swych skłonności do psychologicznych wiwisekcji - interesował się szalenie także światem zewnętrznym, fizycznym. Miał wielką wyobraźnię plastyczną. Malarz szwedzki Richard Bergh tak opisywał sztukę Strindberga: "Widział on w ten sposób, w jaki widzimy my, malarze. Jego bogate kolorystycznie i ascetyczne formalnie obrazy przedstawaiły się podobnie żywe i jasne naszej wyobraźni jak obrazy, które naszym malarskim okiem dostrzegaliśmy w szwedzkiej przyrodzie. On, człowiek o gorącej wyobraźni i dociekliwy psycholog, nie zapominał w swojej twórczości ani na chwilę o otoczeniu, scenerii natury. To, co widzialne i wyraźne, było wszechobecne przed oczyma czytelnika, jakkolwiek głębokie i zmienne były sytuacje. Tajemnica leżała prawdopodobnie w tym, że Strindberg widział osoby i wydarzenia we wzajemnej izolacji. Widział je jako części pewnej całości, widział je na konkretnym tle, w konkretnym oświetleniu, w określonej porze dnia i roku - zupełnie jak widzą je malarze".

 Wspominam przy tej rocznicowej okazji o jego malrskiej wyobraźni, dotykając pobieżnie jego literackich dokonań związanych z morzem oraz jego obrazów, bowiem znalazłem filmik, w którym pojawiają się plastyczne prace autora "Panny Julii". Ich kopie nie są doskonałe, i przemykają trochę za szybko, jednak jak na warunki blogowe nie będzie to chyba najgorszy przegląd cząstki jego dokonań, tych dokonań, o których najmniej się pamięta, przynajmniej poza Szwecją... Warto poznać i tę stronę aktywności artystycznej Augusta Strindberga... Dla zaciekawionych niech będzie to zachęta do dalszych poszukiwań.

 Strindberg. Tak ze mną sobie jest. A z nim niezapomniane przeżycia, twarze, sceny... Widziałem mnóstwo jego sztuk. Niektóre z nich, mimo upływu lat, tkwią niezachwianie w mojej pamięci. Mógłbym je tak wymieniać  i wymieniać, ale ograniczę się do kilku... Twarze... Do końca życia będę pamiętał mojego ukochanego Tadeusza Łomnickiego w roli Ojca. Nie zapomnę Romana Wilhelmiego jako Jeana w "Pannie Julii". Widzę też jak dziś jednoaktówkę "Silniejsza" w reżyserii Andrzeja Wajdy. Z Krystyną Jandą i genialną Teresą Budzisz - Krzyżanowską, która fenomenalnie poradziła sobie z niemą rolą. Pamiętam jej gesty, mimikę. I przedstawienie "Do Damaszku" w adaptacji i reżyserii Marcina Jarnuszkiewicza w teatrze Szwedzka 2/4, w pierwszej połowie lat dziwięćdziesiątych (niby teatralne zdarzenia to rzeczy ulotne, a jednak o niektórych pamięta się ze szczególną wyrazistością)... Ale już dość wymieniania. Teraz obrazki. A na koniec cytat ze Strindberga, z "Gry snów" w filmie Bergmana "Fanny i Alexander":

CIĄG DALSZY PONIŻEJ
13:30, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
August Strindberg

 Wszystko może się wydarzyć, wszystko jest możliwe i prawdopodobne. Czas i miejsce nie istnieją. Na błahej podstawie rzeczywistości fantazja snuje i tka nowe wzory: mieszaninę wspomnień, przeżyć, swobodnych pomysłów, nonsensów i improwizacji. Osoby rozdwajają się i podwajają, są dublowane, roztapiają się, zagęszczają i jednoczą. Lecz ponad wszystkimi stoi jedna swiadomość: Poety. Nie ma dla niego żadnych tajemnic, żadnych niekonsekwencji, żadnych skrupułów, żadnych praw. Nie wydaje wyroków ani nie uwalnia, tylko relacjonuje. I tak jak sen najczęściej jest bolesny, rzadziej zaś pogodny, ton smutku i współczucia dla wszystkiego co żyje, przewija się przez zwiewne opowiadania. Sen - oswobodziciel, często bywa męczący, ale gdy męka jest najbardziej dojmująca, przychodzi przebudzenie i godzi cierpiącego z rzeczywistością, która - bez względu na to, jak bolesna - w danej chwili wydaje się rozkoszą w porównaniu z męczącym snem.

                                                                             August Strindberg, ze wstępu do "Gry snów" (1901)

 (...)

NIEMIEC Gdyby matka widziała was teraz! Z tymi łzami w oczach!

WINDRANK Ach, jestem słabym grzesznikiem! Wiem o tym, ale, widzicie - mam serce, niech mnie diabeł porwie! Jak przyjdzie jakiś biedak i powie, że głodny, tobym zdjął z siebie koszulę.

NIEMIEC Napijemy się jeszcze miareczkę?

WINDRANK Nie, chyba już nie!

Słychać uderzenia w żelazne drzwi. Ogólne poruszenie.

WINDRANK Oj, oj, oj!

NIEMIEC Nie bójcie się! To nie jest brama do królestwa niebieskiego!

WINDRANK Już nigdy więcej nie będę pił! Święcie przyrzekam!

NIEMIEC ( do Duńczyka) Czyż wódka to nie błogosławiony trunek, skoro potrafi wzruszyć takiego łotrzyka, że aż myśli o wstrzemięźliwości?

DUŃCZYK Macie słuszność! Drugiego takiego trunku ze świeczką szukać!

NIEMIEC Otwiera serce na oścież i zamyka głowę. To znaczy, robi z nas ludzi dobrych, bo dobrzy to tacy, co mają wielkie serce i małą głowę!

DUŃCZYK Ja pójdę jeszcze dalej. Wódka czyni nas religijnymi, bo zabija rozum, a rozum to rafa, która przeszkadza religii przeniknąć do serca.

NIEMIEC Wódka święty trunek! (...)

***

 Nie odnoś się nigdy z nieufnością do wzruszeń, które wstrząsnęły tobą do głębi, gdy widzisz, jak ktoś cierpi skutkiem duchowego lub fizycznego gwałtu. Gdyby nawet świat cały mówił, że nie masz słuszności, wierz zawsze swemu sercu, jeśli nie braknie ci odwagi.

                                                                              August Strindberg, fragmenty "Mistrza Olofa" (1872)

13:29, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2