BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
sobota, 29 maja 2010
W zachmurzoną sobotę

Niepewność w pogodzie. Przyszły takie chmury cholerne i zdaje się, że lunie... Moje kundle przysypiają, Franek, jak słyszę, ogląda w tv jakiś bokserski pojedynek... Prawdę mówiąc nie wiem, co on w tym widzi. Dla mnie to obrzydliwe i za bardzo spocone... Co innego zapasy w stylu wolnym. Czasem oglądamy z Franiem i mamy ubaw. Lecą wtedy świńskie komentarze... Ach, te włochate Wschody, te wszystkie Azerbejdżany i co tam jeszcze!!! Miodzio misie!!!... :)

 Dzisiaj wieczór zapowiada się piłkarsko. Bo się daliśmy namówić na kopaninę. Tak więc dobrze by było, gdyby nie padało... Bogowie, będę ganiać za piłką!!!

 Słonko mnie trochę za ryjek złapało! W czwartek cały ranek i przedpołudnie spędziłem w plenerze. Rozpogodziło się ładnie, przygrzało i zaraz nabrałem wiosennych kolorków.

 Ogólnie się kręci. W moich włościach jest już nowa brama!! :)

 Znajomy mi powiedział, że jestem taki rozpromieniony! Super! Jak ma być inaczej!? Czym mam się martwić? Zauważyłem w sobie jedną ważną rzecz - przestałem, chyba na dobre, obawiać się losu. Taki pogodny spokój we mnie zapanował. Przyszedł czas na równowagę. Życie pokazało mi swoje różne twarze. Pokazało mi swoje blaski i swoje najstraszniejsze mroki, które jednak nie zdołały zamienić mego pobytu na ziemi w koszmar, nie zgasiły we mnie światła...

 Uważam się za człowieka szczęśliwego. Pewnie dlatego, że kroczę we własnym rytmie, do własnej melodii.

  Znam smak powodzenia i smak katastrofy i porażki. Wszystko da się przełknąć. I każdej trucizny można się pozbyć.

 Jakiś Hamlet mógłby mi może teraz powiedzieć: Bo jesteś kimś, kto cierpieniu rzuca w twarz cierpliwość, kto znosi ciosy i dary Fortuny z równym spokojem. :)

 Franek ujmuje rzecz całą o wiele prościej: Misiek jest nie do zdarcia. :)

 Bo Misiek po prostu kocha ten okropny, pieprzony świat!!! I stara się, by ci, co są wokół, też go pokochali.

14:33, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
środa, 26 maja 2010
Mamo moja

 Powróćmy jeszcze na Islandię, w świat duchów, o których tyle nasłuchał się kiedyś Jón Árnason...

 Tak bywało w dawnych, dawnych czasach, że niechciane dzieci porzucało się po prostu na odludziu, by umarły. Tak też zrobiła pewna młoda matka...

 Pewnego dnia została zaproszona na tańce. Nie miała niestety porządnej sukienki. I została w domu w złym humorze. Wieczorem wyszła do zagrody, by doić owce, głośno się skarżąc, że nie ma co na siebie włożyć. Gdy tylko to wyrzekła, usłyszała śpiew. Przyszło jej na myśl, że to głos jej dziecka, że przybył do niej jego duch... Zjawa zaśpiewała jej: Moja mamo w owczarni, owczarni... Nie martw się. Pożyczę ci swoje szmatki i będziesz mogła tańczyć, tańczyć...

 Starch ją ogarnął wielki, tak wielki, że popadła w obłęd i już nigdy nie wróciła do równowagi.

Oto ta piosenka... "Móðir mín í kví, kví"

wtorek, 25 maja 2010
W rozmyciu

Kochałem się w tobie, Naturo, aż zrozumiałem kim jesteś. Zasmuciło się moje serce podrostka, kirem oblekło się słońce - powiada Czesław Miłosz... Tak, i potem Schopenhauer, wędrowiec wpatrzony w rzekę istnień jednodniowych, co się rodzą i umierają bez świadomości. I tylko ten człowiek pojmujący, współczujący, poddany i niepoddany kamiennemu prawu.

 Boski zwierz (nękany jak wszystko inne). Jakieś jego wieczne, boskie na przekór...

 Ale dziś to całkiem z prądem. Spływ sił Natury, bezwzględnej, obojętnej. Bo się nalało, więc i wylać się musi. Jak zostało ustalone w jakiejś nieodgadnionej ciszy, tak się dzieje. Przełamują się ludzkie życia, ginie dobytek, w gnoju, mule, zgniłej wodzie. I człowiek tylko patrzy na to przerażony... Stało się, i jest. Cholerna nieodwracalność losu...

 Mieliśmy się wybrać z Franiem w sandomierskie okolice. Ja nabrałem sentymentu do tamtego miejsca. Taki świeży mam sentyment, trzymając w nowych zakamarkach pamięci miodowe dni po przejściach... No i do diabła!... Część Frankowych stron zatonęła. Jakichś tam jego krewnych pozalewało... O jego mamę się martwiliśmy, ale ona na szczęście została przez żywioł oszczędzona. I u jego sympatycznej ciotki też w porządku, choć ma lekkie urwanie głowy, bo koczują u niej jacyś znajomi z małymi dziećmi.

 Dzwoniłem też do przyjaciół, jak tam u nich. Nie najgorzej. - Pompujemy wodę z piwnicy.

 Powiało grozą. Jak sobie pomyślę o tych wszystkich, co teraz będą musieli odgrzebać się z popowodziowego gnoju... Jak sobie pomyślę... Trudno sobie coś pomyśleć o sytuacji, w której nie bardzo wiadomo, za co na początku się zabrać...

 Jakiś niedobry czas nastał. Wyjątkowo nieprzyjazny jest ten maj. Deszcz zamienił ziemię w musztardę...

15:21, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 23 maja 2010
Fjalla - Eyvindur

Urodziłem się 19 czerwca 1880 roku na dużej farmie w północnej Islandii, na której żyło i pracowało blisko 20 osób. Szeroka, łososiodajna rzeka; po obu jej brzegach, pośród skał gnieździły się tysiące edredonowych kaczek; wspaniały widok na Atlantyk i wysokie klify pełne morskiego ptactwa, pola lawowe latem pokryte niezwykłymi kwiatami; w oddali pasmo błękitnych gór. Pejzaż mojego dzieciństwa i sceneria moich pierwszych, dziecinnych teatralnych fantazji oraz miejsce, gdzie powstały moje pierwsze poetyckie próby.

 W czternastym roku życia wysłano mnie do szkoły w Reykjaviku, po której pragnienie dalszej nauki zawiodło mnie do Kopenhagi, gdzie postanowiłem studiować weterynarię. Pracowałem gorliwie, zdałem egzaminy wstępne i uczyłem się potem pilnie. Uczyłem się, ale tylko do pewnego momentu, kiedy to spaliłem za sobą wszystkie mosty decydując się na karierę dramatopisarza. Początki były bardzo trudne. Musiałem zacząc pisać w obcym języku. A poza tym moje wiadomości na temat ludzkiej natury ograniczały się ledwie do niekompletnej wiedzy o samym sobie i kilku moich kompanach. A do tego doszła jeszcze bieda.

 Moim pierwszym tryumfem był pochwalny list od Bjørnstjerne Bjørnsona, w którym obiecał zarekomendować mnie w wydawnictwie Gyldendal...

 Wstawiennictwo Bjørnsona przyniosło efekty i w 1905 roku wyszedł drukiem niezbyt udany dramat "Dr Rung". Jóhann z dworu Laxamýri musiał jeszcze trochę poczekać na swój wielki sukces i życiowy przełom. Jeszcze musiało upłynąć trochę lat w nędzy i samotności. Aż wreszcie pojawiła się w jego życiu Ingeborg (zwana Ib), którą poślubił i która stała się modelem jego słynnych kobiecych postaci. Rok 1911 był niebywale szczęśliwy, bo obok radosnego ślubu przyszedł czas na teatralne tryumfy. Światło dzienne ujrzała sztuka o Fjalla - Eyvindzie i jego towarzyszce - chyba najsłynniejszych islandzkich kochankach. Ogromny sukces w Reykjaviku, potem w Kopenhadze, i dalej - w Europie, a wreszcie w USA. Do tego doszedł jeszcze film niemy zrealizowany przez Victora Sjöströma "Berg - Ejvind och hans hustru", a nawet opera, której jednak Jóhann już nie mógł zobaczyć, bo powstała 20 lat po jego śmierci - skomponował ją bardzo związany z Islandią Austriak Franz Mixa, ten sam Mixa, który zadbał o muzyczną oprawę tysiąclecia Althingu w 1930 roku. Owa opera nosi tytuł: "Eyvind und sein Weib".

 Jóhann Sigurjónsson stał się sławny, jednym tchem wymieniano go z takimi gigantami jak: Bjørnson, Ibsen, Strindberg... Później już nie powtórzył tego sukcesu. I zmogła go gruźlica. Zabrała go, gdy pełen zapału zajmował się budową śledziowej przystani w północnej Islandii, by dzięki niej zdobywać środki na działalność teatralną. Odszedł 31 sierpnia 1919 roku.

  By z jak największym realizmem oddać w swej sztuce rzeczywistość, w jakiej poruszali się bohaterowie, przeszedłem pieszo Islandię z północy na południe oglądając miejsca pośród górskich pustaci, gdzie żyli Eyvindur i Halla. Agonię samotności poznałem wcześniej w mojej małej mansardzie.

 Wywołańcy. Już tutaj kiedyś przywołani. Opowieści o nich snują się od pokoleń, od czasów pradawnych sag. Najsłynniejszym wywołańcem był średniowieczny Grettir. Do dziś żyje w ludzkiej wyobraźni. A obok niego żywot swój wiodą obrośli legendą kochankowie z XVIII wieku. Zdumiewająca para, o której nazmyślano malowniczo z biegiem lat...

 Miłość, pasja, może rzucony czar... Wszak mówią, że Eyvindur z klątwą poszedł na tułaczkę, więc jeśli mu miłość wyszła naprzeciw, musiało być to uczucie tej, w której to, co u Eyvinda żyło jako przekleństwo, było naturalną, upartą potrzebą czekającą tylko na jakiś sygnał, na ułatwienie podjęcia decyzji o porzuceniu zwyczajnego życia...

 Jak było w rzeczywistości? Kto tam może wiedzieć! Kto może wyłuskać prawdę z fantazyjnych ubarwień, dla których zawsze znajdzie się pożywka, bo przecież człowiek to zwierz tajemniczy, targany namiętnościami, pozostający w mocy niezbadanych sił. Jest sobie, a zaraz może zniknąć, by wnet przemienić się w jakiegoś budzącego trwogę ducha, tak że strach potem wsiąść na konia, kiedy się trzeba przedrzeć w pilnej sprawie przez góry i pustkowia. Opowiadałem tu już o tym trochę pisząc o Sprengisandur i okrytym złą sławą otoczeniu górskiej królowej Herðubreið... Wybierzcie się tam kiedyś i pozostańcie choć trochę sami w tej odwiecznej dziczy, a przekonacie się rychło, iż wasza samotność to tylko iluzja, bo wnet jeśli nie zobaczycie, to usłyszycie... duchy, duchy pierwszych osadników, i tych, których skazano na wygnianie oraz wszystkich tych, co powędrowali w dal, by nigdy do żywych nie wrócić, po których gdzieś na zawsze urwał się ślad... Islandia to istne siedlisko duchów, strachów i wszelkich nadnaturalnych istot, choć nie wszystkim z pewnością dane jest je ujrzeć. Mnie się to zawsze udaje tak jedynie kątem oka; gdy się w ich stronę odwracam, natychmiast umykają, by jednak powrócić, ale znów ledwie na sam skraj pola widzenia. Na ziemi islandzkiej jest się ciągle obserwowanym, chociaż często jest tak, że pewien niepokój z tym związany znika, kiedy człowiek się przekonuje, iż wpatrujące się weń oczy należą do ciekawskiej owcy. Lecz i owce islandzkie mają niezwykłe zdolności, potrafią bowiem doskonale znikać; chcesz do niej podejść, a jej już nie ma, i to tak bardzo jej nie ma, jakby jej nigdy wcześniej nie było. Dopiero pod jesień okazuje się, że nie są wcale takie widmowe - wraca im uchwytność, co jest całkiem rozsądne, bo przecież w tamtych warunkach trudno byłoby im przetrwać zimę bez ludzi... Naturalnie nie wszystkie owce się po letnim wypasie znajdują, zawsze gdzieś jakaś zniknie na dobre, bo jakiś wypadek, bo coś tam... A dawniej zdarzało się, że znikały owieczki za sprawą tych, co sami zostali zmuszeni do zniknięcia poprzez wyjęcie spod prawa. Tacy ludzie, by przetrwać, musieli kraść. I chować się ze zdobyczą umiejętnie, bo przecież gospodarze dobrze wiedzieli, w jakich okolicach mogą się skrywać budzący lęk wywołańcy.

 Takim złodziejaszkiem był i Eyvindur. Sprawnym - trzeba dodać - złodziejaszkiem czy to za sprawą własnego sprytu, czy rzuconego nań zaklęcia... Muszę powiedzeć, że osobiście wolę tę drugą możliwość - wybieram czary rzucone w gniewie.

 Cóż było robić w czasie długich wieczorów? Gdy było mniej pracy, wypadało usiąść, by poopowiadać trochę historii o dziwnych zdarzeniach i takichże ludziach, co się w wyobraźni przemieniali w postaci nie z tego świata. Ten opowiadał tak, ów nieco inaczej, i z latami jedna historia rozpełzała się wśród ludzi w rozmaitych wersjach.

 Powstało mnóstwo opowieści, bajek, które w ciągu XIX stulecia, w chwili narodowego pobudzenia i odradzania się literatury islandzkiej, zaczęto skrzętnie gromadzić i zapisywać. Ogromnego przełomu w tym zakresie dokonał folklorysta Jón Árnason, absolwent Szkoły Łacińskiej w Bessastaðir, nauczyciel w domu filologa Sveinbjörna Egilssona oraz kustosz księgozbioru przemienionego w 1881 roku w narodową bibliotekę Landsbókasafn, który razem ze studentem Magnúsem Grímssonem zaczał w 1845 roku gromadzić wszelkie podania, legendy, opowieści, baśnie krążące wśród ludu. Efektem tej pracy jest sześciotomowe dzieło "Íslenzkar þjóðsögur og ævintýri" - wspaniały, staranny literacki monument, z którego czerpać można inspiracje całymi garściami. Jest tam wszystko, co charakterystyczne dla folkloru islandzkiego: opowieści mitologiczne, historie o duchach, czarownikach (ciekawe, że w Islandii, inaczej niż to było na kontynencie, czarownica to raczej rzadkość - o czary najczęściej posądzano mężczyzn!) i naturalnie o wywołańcach, wśród których, rzecz jasna, nie mogło zabraknąć miejsca dla Eyvinda i Halli i historii ich życia, która zainspirowała Jóhana Sigurjónssona do napisania sztuki" Fjalla - Eyvindur"...

 Losy rozmaitych wywołańców na pełnych inwencji językach. Dla większości z pewnością słuchanie takich historii było tylko rodzajem rozrywki; w niektórych być może przywoływały jakieś tęsknoty za czarownym przygodowym życiem w sielankowej krainie wiecznej niedzieli; zaś pewna grupa gotowa była nawet wierzyć, że gdzieś na pustkowiach żyją jakieś osobliwe społeczności odcięte od kłopotów zwykłego świata i urządzała wyprawy poszukiwawcze, niczego jednak nie odnajdując, bo tam, daleko błąkają się jedynie duchy... A jeśli już ktoś umykał w głąb wyspy, by skryć się przed prześladowcami, nie wiódł czarodziejskiego życia, bo nie pozwalały na to skrajnie nieprzyjazne warunki.

 Udramatyzowana wersja Jóhana opowiada o wielkiej pasji, wielkiej miłości, dla której poświęca się wszystko. Eyvindur, bohaterski typ, któremu tak się złożyło, że musiał się stać pospolitym złodziejem, wyjęty spod prawa, uszedł w góry, gdzie ogromnie doskwierała mu samotność. Pędzony tęsknotą za towarzystwem podąża aż pod Hornstrandir w Fiordach Zachodnich, gdzie, ufając, że nikt go nie rozpozna, najął się do pracy pod przybranym imieniem u bogatej wdowy, Halli, która, gdy tylko wyszło na jaw, kim naprawdę jest przybysz, zakochała się w jego prawdziwym charakterze, bo się zbiegł z jej tęsknotami. Nękana przez szwagra, który myślał, by się z nią ożenić, poszła za głosem serca postanawiając dzielić los wygnańca. Uciekła z Eyvindem do jego starego legowiska w górach... Mieli dzieci, które jednak matka, wyrzekająca się z miłości wszystkiego, i je porzuca (jest chyba nawet taka smutna piosenka o tym, jak Halla głodne dziecko wrzuca do wodospadu), by dalej i dalej uciekać. I wreszcie przychodzi ich koniec - w ostatnim akcie uwięzieni w samotnej chacie przez potężną śnieżycę, pozbawieni dostępu do choćby odrobiny żywności, szaleni kochankowie stają ze sobą twarzą w twarz udręczeni głodem i skrajną nędzą pełni wątpliwości i wzajemnych wyrzutów, a wreszcie idą, razem, poszukać zguby w śmiercionośnej śnieżycy...

 Miłość wygnańcza, miłość pełna poświęceń, aż po samo dno i śnieżną śmierć. Wielka namiętność. On i jego przeklęty los z bohaterską, wytrwałą towarzyszką u boku.

 Życie Eyvinda to Islandia cała. Od Arnessýsla po Jökulfirðir i Ódáðahraun. Są po nim ślady rozsiane po kraju: w nazwach, ruinkach... Wędrując przez Kjölur mija się gorące żódła Hveravellir - jedno z nich nosi nazwę Eyvindarhver, zaś dalej na północ rozciąga się obszar Eivindarstaðaheiði. A w drodze ku Sprengisandur, nad rzeką Þjórsá, obok Arnarfell podróżny mija jego kolejne miejsce - Eyvindarkofaver. No i naturalnie okolice Herðubreið, gdzie w oazie Hvannalindir, na skraju lawowego pola znajdują się ruiny jego kryjówki. Odkrył je w 1880 roku Þorgils gjallandi - wieśniak - literat, który później na lokalnym gruncie zasłynął opowiadaniem "Upp við fossa" ukazującym potęgę żywiołowej miłości w kazirodczym związku dzieci pastora, a potem, w 1941 roku, badał je archeolog Kristján Eldjárn, późniejszy długoletni prezydent Islandii...

część druga poniżej

Fjalla - Eyvindur (część druga)

 Co zawiodło Eyvinda do lawowej nory? Przypisywali to niektórzy czarom, które uwięziły go w jego skłonnościach. Nie mógł się, biedak, poprawić... Urodził się w 1714 roku. Wiódł sobie pogodne dzieciństwo, ale posiadał niemiłą skłonność do kradzieży. Zaczynał od drobnych rzeczy. A potem sięgnął po cudze owce. Kiedy znaleziono u niego pokaźne stadko, Althing ogłosił go wywołańcem. Bardzo surowo z nim postąpiono. I w sumie skazano na dalsze kradzieże. Ale skoro został rzucony nań czar... Podanie mówi, że raz napadł na biedną babę i ukradł jej ser, co się okazało jego największym życiowym błędem, bowiem ofiara postanowiła nie być bezczynną i rzuciła klątwę: Odtąd już zawsze będziesz kradł i zawsze będziesz uciekał... Na szczęscie wiedźma nie zakazała mu kochać. Kto jednak mógł pokochać złodzieja skazanego na wieczną tułaczkę? Okazało się, że chętna Halla, młoda wdowa z dwójką dzieci, której jakoś nie w smak było przyzwoite życie w dalekim Hrafnfjarðareyri... Pochłonął ją żywioł ciężkiej przygody wśród dziczy. To, co on musiał robić, ona robić najwyraźniej chciała... (Ktoś powiadał, że to ona była złą połówką związku... Bodaj Althing się wypowiedział, że była okropna, wręcz odrażająca) Porzuciła dom, dzieci. Dla gór. Nie dało się z nią żyć w jednym miejscu. Pociągał ją bezdomny włóczęga - Arnes... Za nim poszli oboje w góry, bo pod Eyvindem zaczął się palić grunt... Zawsze miał być przecież ścigany i zawsze miał uciekać... (Mogli go nawet więzić - i tak okoliczności mu sprzyjały... Ponoć raz cudowna mgła pozwoliła mu wymknąć się z niewoli...) Losy Eyvinda i Halli połączyły się już na zawsze. 20 lat trwała ich włóczęga złodziejska. Ich domem stały się góry Islandii, nory, pustynne oazy, lawowe pola... Nie zabiła ich śnieżyca - zresztą i sztuka Jóhana ma alternatywne, łagodniejsze zakończenie - chyba takie, że zjawia się zabłąkany koń, który jest dla nich ratunkiem... (A jeśli już mowa o koniu - opowiadano niestworzoną historię, że raz, w czasie najcięższej zimy, Eivindur miał w swej norze dach na głową w postaci padłego konia, którego mięsem się żywił. Kiedy nastała wiosna, przez obgryzione żebra przeświecało słońce. Miała to być zima 1774/75... Okropność!!)...

 Eyvindur i Halla. Pędzili przed siebie przez lata. Gdy deptano im po piętach, zmykali w interior. Aż wreszcie wybaczono Eyvindowi i rząd uchylił karę... Bo też i wywołańcem nie można było być dłużej niż 20 lat... Powrócili po tym niezwykłym czasie na północ, do Hrafnfjardareyri, gdzie Fjalla - Eyvindur w wieku 69 lat zmarł w roku 1783... Jest tam mały, zatopiony w trawie poświęcony mu kamyk... A Halla? Nie wszyscy uważają, że i ona tam dokończyła swój żywot. Ponoć w jakiś czas po śmierci Eyvinda, w pewien jesienny dzień, miała powiedzieć: Jak pięknie musi być teraz w górach... I poszła w te góry, by już nigdy nie powrócić...

 

Eyvind z gór i jego Halla.

 Kamienie przy wspomnianych ruinach kryjówki Eyvinda i Halli, odnalezionych w 1880 roku. A obok fragment poematu "Áfangar" (Etapy) Jóna Helgasona poświęcony tej ruince na Kreppą i górskiemu złodziejowi...

wtorek, 18 maja 2010
Celna leworęczność 5 (Duży Książę)

 Okoliczności są powodziowe. Małopolska tonie. Wygląda to nieciekawie. Jedyne, co mogę zrobić, to zmusić deszcz, by przestał padać w opowiastce. Zatem czary - mary, i już nie pada...

 - Ależ ty się guzdrzesz! Myślałam, że od dawna cię już nie ma - woła lady widząc Księcia siedzącego na dębowej ławie tuż obok wyjścia. - I co widzę? - dorzuca. - Widzisz swojego Księcia wpatrującego się we wnętrze swojego buta. - Jest tam coś interesującego? - Owszem. Coś mnie uwierało, sprawdziłem więc i znalazłem mały kamyk. Zupełnie nie wiem, skąd się tam wziął. Odczytuję to jako znak... - Znak? - dziwi się lady. - Nie chcę słyszeć o takich nonsenasach! Znaki, symbole - one czynią życie niemożliwym. - Mówisz Wildem, moja droga. - Doskonale! Zawsze warto powtarzać myśli mędrców. - O, nie posuwajmy się aż tak daleko. Czy mądrzy ludzie fundują sobie takie katastrofy? - Mój drogi, był dostatecznie rozsądny, by wiedzieć, że dzięki swej inteligencji i swadzie ma wszelkie warunki, by przemienić się w starego nudziarza. Trzeba było coś zrobić. Nie po to piął się tak wysoko, żeby ugrzęznąć. O nieśmiertelność trzeba zawalczyć. Był dostatecznie odporny i płytki uczuciowo, by przejść przez taką burzę. - No tak, są ludzie, którzy muszą ze swojego życia zrobić dzieło sztuki. - A to zajęcie dla mocarzy - mówi lady i dodaje: - Nadmierna wrażliwość to nie cecha artystów. - Chyba masz rację, moja droga. - Rozpogadza się... Nie wiem, jeśli nie zdążysz na obiad, to już teraz chciałabym cię zaprosić na przyszły czwartek. Mam taką ochotę posłuchać Bernsteina z twoim towarzystwie. - Stawiasz mi ogrmne wymagania. - Zrób mi tę przyjemność. - Dla mnie jest zbyt hałaśliwy. - Skoro przetrzymałeś Wagnera? - Całą noc mnie potem prześladowały walkirie. Nie spodziewałem się, że są takie ogromne. - Z pewnością doskonale sobie z nimi poradziłeś. -- Książę sznuruje but. Wstaje, by jeszcze przejrzeć się w lustrze: - Dobrze wyglądam? - Jak na wizytę na stacji - doskonale. Tylko ten krawat. - Też mam wątpliwości. Moje krawaty zawsze wiązał Howard. - Tak, z pewnością w ten sposób wyrażał swoje uczucia. - Z każdym dniem coraz mocniej się przekonuję, że moje życie bez niego jest po prostu absurdalne. - Jeśli dalej tak będziesz wiązać swoje krawaty, ludzie nabiorą podejrzeń, że stajesz się jakimś religijnym reformatorem. - Wiesz, że podobnie sobie pomyślałem. To niebezpieczne. I budzi takie przykre skojarzenia. - Co masz na myśli? - Och, pomyśl, jak wielkie przemiany sprowadziły kiedyś śmieszne wyrzuty sumienia spowodowane uporczywym i zupełnie niewinnym onanizmem. Te napady ciężkiej melancholii, bolesne obstrukcje... - Coś już mówiliśmy o znakach. Ich problem można łatwo, jak się przekonaliśmy, rozwiązać. Wystarczy powiedzieć: dosyć! - Tak, tak, ale nie chcę, żeby ktoś poprzez krawaty dochodził do przekonania, że niepotrzebnie zadręczam się błahostkami. - Myślę, że znajdziemy na to radę. - Oby! Więc uważasz, że nie jest źle. - Wyglądasz jak zwykle czarująco! - Cieszę się. - Mój Boże, strach pomyśleć, co by się stało, gdyby naraz wszyscy mężczyźni zaczęli się w życiu kierować wyłącznie względami estetycznymi... Ziemia wkrótce znów stałaby się królestwem zwierząt i roślin, a nasz upiorny Bóg starciłby figurki do swej niedorzecznej zabawy w zbawianie. - Dlatego będzie się bronił wszelkimi sposobami. Zabawa to dobre wyjaśnienie. Gdy się świetnie bawimy, nie chcemy iść spać. Martwi mnie tylko jedno - że też zaryzykował z tym naszym rozumem... - Bez niego nie byłoby tego dreszczyku. - No tak, to wszystko mi wyjaśnia, przynajmniej na jakiś kwadrans. A zatem do zobaczenia - tu albo na tym nieszczęsnym koncercie. - Ach, zobaczysz, że będzie wspaniale. - O, że zobaczę, to nie mam wątpliwości znając twój talent do otaczania się zdumiewającymi kobietami płci obojga. Jak ty to robisz, że tak doskonale wykopujesz żywe dziewiętnastowieczne okazy. - O, dobrze wiesz, że właśnie wtedy miał miejsce koniec świata. W tym przekonaniu wcale nie jesteśmy tacy odosobnieni. - Tak, tak. Wiesz, że mnie to cieszy. Jak cudownie zastygliśmy. Umknął nam gdzieś cały wiek. - Wiesz, że zauważyłam, iż coraz więcej ludzi ma skłonność do przeoczania ostatniego stulecia. - Naprawdę? Będziemy musieli o tym porozmawiać. Zbyt rzadko wyściubiałem nos ze swojej złotej szkatułki. Okazuje się, że zupełnie niepotrzebnie... Nie widziałaś gdzieś mojej laski? Nie ruszam się bez niej przed południem. Gdy jestem trzeźwy, potrzebuję podpórki. - Skąd ja mam wiedzieć? - Dobrze by było, żeby szybko się znalazła, bo Kiljan już się zaczyna niecierpliwić. - Kto? Obawiam się, że powozić ma jakiś Dino. - Dino? Nie uważasz, że to takie pornograficzne imię? - Wobec tego musi brzmieć obiecująco. - Nie jestem pewien. Po tym, co mi się tu przydarzyło, marzę o czymś mniej profesjonalnym. - Jesteś nieznośny. - Dobrze, nie będę rozszyfrowywał intencji Luki. Chcę, żeby życie stało się czymś możliwym. Zapomnijmy o niedorzecznych skojarzeniach. A kamyk... - Kamyk możesz mnie podarować - mówi lady. - Tylko nie mów, że zachowasz go dla prawnuków... A ten oto kamień, moje drogie dzieci, spoczywał kiedyś w bucie Jego Wyskości Aleksandra i przedziurawił mu skarpetę... Zdajesz sobie sprawę, jak podniecające potrafią być skarpety? Nie przeczuwałem nawet, że mogą być aż tak pobudzające... Aubrey... Ach... - To ciekawe. Słyszałam, że skarpety potrafią czynić coś wręcz przeciwnego... - Niedorzeczne pogłoski. - Ciągle jednak nie wiem, kogo miałeś na myśli, wymawiając tamto zdumiewające imię... - Kiljan? Trudno powiedzieć... Mam z tym pewien kłopot. Wiem jedynie, że zaczyna się nami powoli nużyć. Nie mam pojęcia, czy powinienem się tym martwić. - Nuży się nami? Więc także mną? - Obawiam się, że tak. O! Jest moja laska! Do zobaczenia, moja droga. Ten poranek był doprawdy czarujący! Mam odwagę sprzeciwić się w swym sądzie opinii Kiljana. - Ach, więc on ma jakieś zdanie na ten temat? I nie jest zachwycony? - Takie mam przeczucie. --- Powóz już czeka. Książę gramoli się na siedzenie. Czeka przez chwilę zdumiony, bo pojazd nie rusza. - Dlaczego stoimy? - Bo nie wiem, dokąd mamy jechać - słyszy odpowiedź wyrażoną w mało uprzejmym tonie. - Nie wydajesz mi się być - Boże kochany - Dinem. -- Woźnica odwarca się ukazując szpetną, ospowatą twarz z ustami wykrzywionymi drwiącym uśmiechem. - Co to ma znaczyć? - woła Książę. - Kim ty jesteś? - Dokąd każesz? - Co takiego? - Książę nie posiada się z oburzenia. --- Ogromny oprych odwraca się i spluwa przed siebie. Zdaje się czekać na dyspozycje. Książę przypomina sobie, że siedzący przed nim pleczysty i pozbawiony szyi osobnik pasuje do opisu, jaki przedstawił mu Aubrey opowiadając o nieprzyjemnym incydencie pod bramą wjazdową. - Czy to ty ośmieliłeś się grozic bronią mojemu gościowi? -- Potwór znów się odwraca za siebie i patrzy badawczo na Księcia. - Dlaczego nic nie mówisz, bandyto? To jest twój ostatni dzień! -- krzyczy Książę, na co szkaradny ogrom reaguje wzruszeniem ramion. Tego już jest za wiele. Książe bez zastanowienia bierze laskę i z całą mocą wali straszydło w głowę. Rozlega się krzyk. Uderzony mężczyzna łapie się za głowę. Spod palców wypływa cienka strużka krwi. I Książę nie może powstrzymać się od okrzyku, bo naraz spostrzega, że osoba, którą uderzył różni się znacznie od tej, która teraz przed nim krawi. - Nie do wiary, nie do wiary - mamrocze i zrywa się, by jakoś pomóc rannemu. Wyciąga ręce nie bardzo wiedząc, co powinien w tej chwili uczynić. - Mam nadzieję, że nic panu nie jest... - Nie, to chyba tylko małe skaleczenie... -- Z dworu wybiega przerażona lady. - Co tu się dzieje? Czyś ty oszalał? Szybko, szybko, trzeba go opatrzyć!! Co w ciebie wstąpiło? -- Wkrótce na dole pojawia się Emma. Ma przy sobie niezbędne materiały opatrunkowe. Zdaje się nie być zdumiona całą sytuacją. Książę drży ze zdenerwowania i prosi, by lady podała mu szklankę wody. - Na co ci teraz woda? - Nie wiem, widziałem na filmach, że w podobnych momentach prosi się o wodę. Albo się o nią nie prosi, bo ktoś już wcześniej wie, że szklanka wody jest niezbędna. - Wcale mi nie jest do śmiechu - oznajmia lady i wychodzi do salonu, Książę zaś, bliski chyba omdlenia, siada na dębowej ławie przy drzwiach. - Proszę, oto ta twoja woda - woła już z oddali lady niosąc kieliszek napełniony brandy. - O, dziękuję ci. Możemy używać dowolnych słów, a i tak się doskonale zrozumiemy. - Powiesz mi, co ci strzeliło do głowy? - Moja droga, nie wiem, co tu się dzieje. Obudziłem tu jakieś upiory. Na moich oczach człowiek przeszedł zdumiewającą metamorfozę. Najpierw siedział przede mną opryskliwy stwór, jakiego nigdy nie chciałbym spotkać, a po chwili ujrzałem tego młodzieńca, którym zajmuje się teraz Emma, zupełnie zresztą nieporuszona całym zajściem. Tak jakby się spodziewała, że zaraz będzie potrzebna pomoc medyczna! Nie do wiary! Daję sobie głowę uciąć, że widziałem kątem oka ją i tę twoją nieszczęsną przyjaciółkę, jak patrzyły z okna na piętrze. Patrzyły w napięciu, w oczekiwaniu. - Konfabulujesz, mój drogi. - Chyba nie sądzisz, że zwariowałem!! - Póki co, zachowam jeszcze pewną rezerwę. - Jestem ci za to wdzięczny. Nawet nie wiesz, jak mnie to zdenerwowało. Był taki okropny... --- Zjawia się Dino z niewielkim opatrunkiem na czole. - Drogi chłopcze - woła Książę podnosząc się gwałtownie z ławy - proszę mi wybaczyć. Po prostu nie wiem, co się stało. Musimy o tym pomówić. - Nic się nie stało. - Nie, nie, proszę tak nie mówić. Mogłem pana zabić!! - To tylko niewielkie zranienie. Możemy już jechać. - Jest pan pewien? Nie wybaczyłbym sobie, gdyby coś się panu stało. Nie mam wprost słów, by wyrazić swoje ubolewanie! - To naprawdę drobiazg. Zawiozę Waszą Wysokość dokądkolwiek sobie zażyczy. Będzie to dla mnie prawdziwy zaszczyt. - Skoro wyraża pan gotowość. Jeszcze raz przepraszam wszystkich za ten niedorzeczny wypadek... Chyba przez tydzień nie zasnę, nie zasnę... - słowa Księcia nikną za drzwiami. Po chwili słychać już stukot końskich kopyt na asfaltowej alejce... - Nie do wiary - wzdycha lady - i pojechał. Z kieliszkiem w dłoni! No tak, ale skoro ma kieliszek, nie jest potrzebna mu laska...

CDN

14:40, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
sobota, 15 maja 2010
Berjamó i inne powroty

 No to co, żeby nie było, że blog nie jest już taki ważny... Brr - no tak, czas jest - mam go tylko dla siebie, bo moje kochanie bawi dziś u swojej "wesołej" rodzinki (ech, te rodzinki przebrzydłe - w jego rodzince jest równie olśniewająco jak w mojej!!) - jednak jakoś brak natchnienia...

 Ale dobrze - wróćmy na chwilę do wiersza Vilborg Dagbjartsdóttir i do młodego rybaka... Czego się chciało rybakowi? Jagód! Nagle zapach od lądu przywołał w nim wspomnienie owego "berjamó"... Pójść na "berjamó", pójść na jagodowe pola... Tak jak kiedyś, w czasach dziecinnej beztroski, kiedy jeszcze nie trzeba było kołysać się na łajbie, kiedy jeszcze nie było nadmiernych obowiązków, zarobkowania... Dobre, słodkie wspomnienie, że się aż łezka kręci w oku... Pewnie wielu Islandczyków ma takie wspomnienia z dzieciństwa, kiedy brało się coś do jedzenia, jakiś termos z czymś ciepłym do picia i szło się na cały dzień na jagody, których tam zatrzęsienie... (Są nawet trdycyjne, dziecinne urocze piosenki na temat takich jagodowych wypraw)... I oto cała owa "ættjarðarást" - miłość do swoich stron... Do krainy swej pamiętnej beztroski. Mała tęsknota. Dziecinne życie, zazwyczaj bezpieczne - dziecinny świat, czyli taki, w którym jeszcze wszyscy żyją... Świat, z którym idzie się dalej w życie, świat już na zawsze z nami związany... Nasze dobre miejsca, nasze dobre chwile, nasze słodkie wytchnienia... Każdy coś takiego ma. Małe punkty na drodze ku przyszłości...

 Nie wiem jak inni, ale ja mam poczucie, że człowiek leci przez czas jakby przyczepiony do gumy, która może się rozciągnąć do pewnych granic, a gdy już to zrobi, zaczyna człowieka ciągnąć z powrotem. Ot - takie życiowe bungee... Człowiek zaczyna dreptać po swoich śladach, przeglądać to, co zdobył, czego doświadczył. I chce na powrót zajrzeć tam, gdzie kiedyś odkrywał życie, gdzie się zdarzały rozmaite pierwsze razy... Mnie takie powroty sprawiają radość, może nieco melancholijną, ale jednak radość... Bo to są powroty do momentów szczególnych... Bo przecież chętnie wraca się do tego, co było dobre i niezwykłe... Tak, u mnie, choć moje wczesne lata nie należały do najszczęśliwszych, nie brakuje dobrych wspomnień... Jest tyle fantastycznych okolic, po których spacerują duchy dawniejszych Misiów... Jego małe prywatne raje, jego małe ojczyzny: od tatrzańskich ścieżek, poprzez ulice Oslo, port w Steinkjer, aż po północne krańce Islandii - by wymienić tylko tyle, by nadmiernie nie bawić się w wyliczanki... Jest takie miejsce - pewnie już o tym pisałem... Reykhólar na południowym krańcu islandzkich Fiordów Zachodnich... Zastałem tam kiedyś zdumiewającą, obezwładniającą ciszę... Gdybym miał wtedy pistolet, walnąłbym sobie w łeb, żeby już tej ciszy nigdy nie utracić. Rozpływałem się wtedy. Miałem ochotę, by to rozsłonecznione w tamtym momencie do obłędu miejsce było ostatnim punktem mojej drogi... Nie wiem, może kiedy już się całkiem zestarzeję, kiedy będę miał poczucie, że wszystko mam za sobą, pojadę tam, by znów stanąć nad morzem i by się przekonać, czy warto było ruszać się stamtąd... Wielokrotnie wracałem w tamte okolice, ale w samym Reykhólar byłem tylko raz... Tak, może sobie to miejsce zostawię na deser, na pożegnanie - kto wie??

Własne miejsca, własne zakątki w pamięci. Jak domy...

Znów pozwolę sobie na wiersz we własnym przekładzie. Hallberg już tu gościł. Dziś go jeszcze raz przywołam:

Hallberg Hallmundsson

"HEIM"

Og þegar morgunninn gægðist

gegnum skýjaflókann

tók ég saman pjönkur mínar

og lagði af stað yfir fjallið.

Með sól í hádegisstað

hélt ég norður heiðina hinum megin

og fann hjartað svella í brjósti mér

af fögnuði:

Ég var aftur kominn

á leið til framtíðarinnar

lands æsku minnar.

"DO DOMU"

I gdy poranek wyjrzał

zza ciemnych chmur

rzeczy swe spakowałem

i ruszyłem w drogę przez góry.

Ze słońcem w połowie dnia

przeszedłem na drugą stronę ścieżką ku północy

i poczułem jak serce rośnie mi w piersi

ze szczęścia:

Byłem znowu

na swej drodze do przyszłości

do krainy swych młodych lat.

------------

Odgrażałem się, że się zaczną pojawiać penisy... Niech będzie taka falliczna ciekawostka. Centrum handlowe Smáralind w przylegającym do Reykjaviku Kópavogur. :))

 

(cabinetmagazine.org)

16:54, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
piątek, 14 maja 2010
Deszczowy maj

 No i w sumie dobrze. Niepogoda całkiem mi pasuje. Deszcze majowe mają sporo uroku, o ile oczywiście nie podtapiają niczego... Ja na szczęście podtopiony nie jestem. Bardzo sobie chwalę tę sytuację...

 Czasu w ostatnich dniach miałem jak na lekarstwo. Ale to żadna krzywda. Bo mi się szczęści i darzy!

 A dzisiaj mam luzik przyjemny. Trochę się pokrzątałem. Upichciłem gar wiosennej zupy. Wyczyściłem Niedźwiedziowi ucho - omal mnie skurwiel przy tym nie pogryzł, bo zapomniałem nałożyć mu ochraniacz na ryj... Bogowie - postarszył mnie zwierzak miną wkurwionego żarłacza ludojada... Biedny pies, nie rozumie, że dłubię mu w uchu i wlewam doń krople, żeby mu pomóc.

 Cóż jeszcze dodać. Jakoś nie mam wielkiej potrzeby wypisywania się... Złote czasy nie bardzo domagają się opisów... Tak że nie wiem... No, jak się zaczną tu pojawiać zdjęcia penisów, będzie to znaczyło, że dni bloga są już policzone. :)

 Trochę sobie przed chwilą poczytałem pierdółek różnych, w ramach relaksu po wtrąbieniu trzech talerzy zupy... Ot - na przykład natknąłem się na ciekawostkę, na relację Edvarda Muncha o trzęsieniu ziemi w Norwegii... Munch dotarł do Horten i stanął w hotelu. Na drugi dzień, w niedzielę 23 października 1904 roku, zadrżała ziemia... Ludziska mieli pierdla. Akurat to się stało w porze, gdy wielu mieszkańców okolic Oslofjordu podreptało do kościołów. Wstrząsy o sile 5,4 stopni w skali Richtera objęły miejscowości po obu brzegach zatoki: m. in.: Fredrikstad, Moss, Horten, Tønsberg... I także Oslo (nazywa się nawet tamten sejsmiczny wypadek mianem Oslo - skjelvet)... Kilka dni później, 30 października, już ze swojego ukochanego Aasgaardstrand Edvard Munch zrelacjonował swoją przygodę w liście do swojej ciotki...

 Trzęsienie ziemi to nie jest przyjemna rzecz, szczególnie wtedy, gdy wypędza człowieka z łóżka. Mnie się coś takiego przydarzyło w 1985 roku nad Balatonem, gdzie bawiłem na obozie sportowym. Najbardziej niesamowita była to pobudka. Z początku nie wiedzieliśmy, co się dzieje. Szał. Wszystko tańczyło przed oczami... Natychmiast zostalismy ewakuowani... Na szczęście budynki nie ucierpiały - posypało się tylko trochę tynku. Ale potem był strach, bo pojawiały się lekkie wstrząsy wtórne. Raz się to zdarzyło, kiedy siedzieliśmy w takiej ogromnej jadalni. Nagle wszystko zadygotało i rozległ się charakterystyczny, dziwny, głuchy dźwięk, którego nie sposób zapomnieć i nie sposób z czymkolwiek porównać. Jezu, jak się dziewczęta rozdarły. Jeden zwierzęcy kwik! Sam dygotałem ze starchu... Do końca obozu spaliśmy na łóżkach zsuniętych do kupy na środku pokoju, tak żebyśmy byli jak najdalej od ścian... Każdej nocy się modliłem, żeby znów się nie zatrzęsło. (Nawet nie ten dygot był taki przerażający, starszliwy był ten okropny pomruk ziemi). I ponieważ się modliłem, wstrząsy przyszły i nocą ciemną. Delikatne... Paskudne uczucie... Potem miałem jeszcze okazję zetknąć się z takimi dreszczami, ale tamto pierwsze doznanie było najbardziej emocjonujące.

 I co dodać... Fajnie jest... Gdy się ochładza na zewnątrz, robię się Misiem rozerotyzowanym... Ech - korzystamy z Franiem z życia, ale korzystamy z wyczuciem. Trzeba tak robić, koniecznie. Bo człowiek w życiu karany jest bezlitośnie za dwie rzeczy: za brak umiaru i za wyrzeczenie. Warto o tym pamiętać...

 Nie wiem, ile jeszcze pociągnę z tym blogiem. Trzeba dokończyc jeszcze Księcia, bo głupio by było go tak zostawić w połowie zdania... Jeszcze się wstrzymam ze zdjęciami penisów... Ale niech będzie coś o tym wesołym organie, tym stworku kochanym, tym dostarczycielu niezwykłych przyjemności:

No, majster penis ma swoje dziwactwa

I nie pozwala sobą rozkazywać, ani gardzić,

Daje naraz znać o sobie i w cichości ducha

Wznosi się w świetnościach wielkich (...)

                                                 Goethe

15:29, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 10 maja 2010
Patriotyzm

 Weekend przeleciał po częsci pracująco, po części rozrywkowo.

 Przyjemnie. Trochę głupiego gadania - tej czynności oddaję się ostatnio z prawdziwym zapałem! I płytkim figielkom. Byle by było trochę rechotu, który jeszcze bardziej rozjaśnia wiosnę...

 Wiosenny duszek bardzo by chciał, żebyśmy się z Franiem wybrali latem nad morze. Bo on się ze swoim przyjacielem wybiera... Byłoby tak wesoło.

 Polubił nas bardzo wioseny duszek. I my polubiliśmy duszka. Ja się tylko troszkę martwię patrząc na niego... Żeby tylko czas nie zrobił mu krzywdy. Ktoś taki absolutnie nie może się zestarzeć! Jego przyjaciel powinien natychmiast podjąć jakieś poważne studia, by wynaleźć odpowiedni eliksir.

 (Jejku, żebyśmy tylko duszka nie popsuli!)

 Ależ jest pięknie!! Moje oczy cieszą żółte tulipany. A na zewnątrz... Na trawnikach istne kobierce jaskrawych mniszków. I bez taki śliczny. I złotokap już szykuje się do kwitnienia (złotokap zawsze mi się będzie kojarzył z Hamsunem, który, będąc już staruszkiem z wielką, siwą brodą, siadywał ze swoją Marie na ławeczce pod takim właśnie krzewem). I pigwowiec japoński okrył się już jasną, trochę przybladłą czerwienią. I jarzębina rozwinęła swoje mało efektowne i trochę śmierdzące, białe koszyczki... Ach, nie ma co na nią narzekać - teraz nie jest olśniewająca, ale przecież szykuje powoli swoje śliczne koraliki...

 No i jest już młoda kapustka! Dodać tylko cebulki zielonej, koperku... To jeden z najpyszniejszych wiosennych smaków.

 Jak dobrze się wokół tego wszystkiego przechadzać... Patrzeć w oczy niezapominajkom, sycić oczy jasną zielenią... I radować się młodością... Po deszczach ziemia jest taka pachnąca...

--

 Dołączę dziś jeszcze wiersz. Znowu wiersz z Islandii.

VILBORG DAGBJARTSDÓTTIR

"Ættjarðarást"

Ættjarðarást -

gef ekkert fyrir svoleiðis fínt kjaftæði

sagði sjómaðurinn ungi

og hellti í glasið

Og þó -

við höfðum verið að lóna dögum saman

sá ekki til lands fyrir þokkumollu

allt í einu stóð vindur af landinu

og sterk lykt - angan af lyngi -

lagðist yfir dallinn

ég fleygði mér á dekkið

og grenjaði

eins og smákrakki

mig langaði svo

mig langaði svo mikið

í berjamó!

"Patriotyzm"

Patriotyzm -

do diabła z tym szykownym nonsensem

rzekł młody rybak

i napełnił szklankę

Chociaż -

byliśmy na wodzie już od wielu dni

przez mgłę nie widzieliśmy brzegu

nagle zerwał się wiatr od lądu

i mocny zapach - aromat wrzosu -

otulił naszą starą łajbę

rzuciłem się na pokład

i rozpłakałem się

jak małe dziecko

miałem ochotę

miałem tak wielką ochotę

pójść na jagody!

              przełożył z islandzkiego Kiljan Halldórsson

Wiersz z książki: Vilborg Dagbjartsdóttir, Klukkan í turninum, Reykjavik 1992.

piątek, 07 maja 2010
Bez tytułu

  Można usiąść.

 Właściwie chciałem usiąść do roboty, ale postanowiłem wcześniej zajrzeć na blożka, tak żeby w miarę możliwości odłożyć na bok to, co najgorsze...

 Deszcz mnie zlał... Taki figlarz z niego.

 Dzisiaj przed południem trzeba było jeszcze załatwić pewną sprawę... Życiu trzeba po prostu pozapinać trochę guzików. Fala realizmu... Do mnie też czasem przypływa... Bo gdyby coś... Porządek jakiś musi być.

 O umówionej porze wizyta u notariusza... Urzędowa skrupulatność w gabinecie pachnącym woskowymi kredkami... (Miły to zapach. Taki powiew dzieciństwa, kiedy to zdarzało mi się rysować z wywalonym jęzorem takimi właśnie kredkami...)

 Sympatyczny gość z tego notariusza... Po sporządzeniu odpowiednich dokumentów wdaliśmy się niespodziewanie w pogawędkę o... Adamie Polewce i o islandzkich wulkanach. Odległe tematy, ale tak jakoś śmiesznie wyszło.

 Ostatnio miałem sporo takich różnych urzędowych spraw na głowie. Przebijałem się przez biurokratyczne absurdy, za które jeszcze trzeba było płacić... Zawsze po takich przepychankach papierkowych trochę dochodzę do siebie. Bardziej dziwi mnie zwyczajny świat, który nie musi się pogrążać w prawnych zawiłościach. Zaskakują mnie - powiedzmy - płynąca rzeka, kwa-kwa wykrzykiwane przez ptaki, które po niej pływają i ćwir-ćwir ulatujące z ptaków, które wodę tylko ostrożnie piją stojąc na brzeżkach kałuż... Przyroda, a w niej my pośród rozmaitych utudnień przez nas samych powymyślanych...

 Franio mnie podrzucił pod dom, a sam jeszcze pojechał na jakieś spotkanie... Wpadłem jeszcze do sklepu po pieczywo. I w drodze powrotnej napadła na mnie ulewa... A w domu zwykłe rzeczy. Po wiosennych porządkach nie ma już śladu. Niedźwiedź trzepie łbem, bo znowu ma infekcję ucha... Takie to życie...

 Myślę sobie teraz o "Latach" Virginii Woolf... Ludzie płynący przez czas, przez zmieniającą się rzeczywistość. Niby ciągle jest jakoś inaczej, a jednak zawsze tak samo... Ludzie się szybko przyzwyczajają. U niej na przykład przyzwyczajają się do metra albo do samochodów, tak jak ja się przyzwyczaiłem do komputera... Pamiętam dobrze czasy bezinternetowe... Były tak samo zwyczajne jak te internetowe... Bo przecież zawsze są: wiatr, który bawi się zasłonami, obrazy, które czas pokrywa kurzem, strzępki podsłuchanych rozmów, muzyka u sąsiadów, słońce, księżyc, jakaś niedoczytana książka, zapachy powietrza, gruchanie gołębi, świeże pączki na krzewach podobne do pazurków, niedokończone rozmowy, chłopak spałakany na brzegu łóżka, mówcy w Hyde Parku, stary pies, co nie pachnie już zbyt ładnie, niepotrzebni, podenerwowani starcy, śnieg szybko szarzejący na miejskim bruku, bezszelestny lot sowy nad żywopłotem, cwaniacki kelner, wchodzenie, wychodzenie, narodziny, pogrzeby, ojcowie pełni tajemnic, znienawidzone matki... I ciągle te same pytania: Po co to wszystko? I ku czemu zmierza? I jakie też powinno być to nasze życie...

 No i zawsze też palą się w ludziach jakieś płomyki... Zawsze jakaś promienność czyichś oczu...

 Mam dobre samopoczucie. Lekko mi jakoś... Może znów jakiś wierszyk. Z Islandii?

 Był sobie kiedyś taki poeta. Nazywał się Páll Ólafsson. Żył w latach 1827 - 1905. Był farmerem, był nawet członkiem parlamentu... I był dwukrotnie żonaty: z Þórunn Pálsdóttir, a po jej śmierci z Ragnhildur Björnsdóttir, z którą miał piątkę dzieci. Ragnhildur niesłychanie zawładnęła jego sercem i dla niej przede wszystkim pisał swoje rymy - długie i krótkie... Taki wdzięczny, malutki wybrałem wierszyk... I troszkę sobie sam przy nim porymuję... Nic nie poradzę, lubię takie rymowanki... :) Mam powody!

 Páll Ólafsson

   "Án titils" *

Ástar minnar eldur hreinn,

augnaljósi kveiktur þínu

lifa skal um eilífið einn

óslökkvandi í hjarta mínu

    "Bez tytułu"

Płomieniem czystym jest moje kochanie

oczu twych blask tak go rozpromnienia

żywym w mym sercu zawsze pozostanie

żywym płomieniem nie do ugaszenia

                                               "przerymował" Kiljan Halldórsson

--

 No, i niech mi będą wybaczone te rymy.:) Dodam jeszcze, że bardzo lubię słowo "ást" oznaczające miłość, kochanie... A gdzieś tam z tym związana jest rzecz, której islandzka nazwa bardzo mnie zawsze bawi - tą nazwą jest wyraz "smokkur", czyli prezerwatywa. :)

--

*) Wiersz pochodzi z książki: Páll Ólafsson Fundin ljóð, Reykjavik 1971.

 
1 , 2