BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
piątek, 27 maja 2011
Mamuśki

 Mam sekundkę, więc zablożę. (Oj, co znaczy siła rozpędu. Nawet nie pomaga świadomość, że ten blog jest już stary, wyleniały i całkiem do niczego...) Pomyślałem przez chwilę o "Uprzejmości", ale do tego wrócę może jutro, bo jutro będę się obijać. A jak się człowiek obija, to tym bardziej ma ochotę na robienie niepotrzebnych rzeczy. :) W tym jest nawet jakaś przyjemność drobna. Przyjemność po tych wszystkich użytecznościach, w jakie beznadziejnie zabrnąłem... Bogowie - taki bywam potrzebny. Coś niesamowitego! A przecież na mój gust jest raczej bezsensowne i bezużyteczne gapienie się... Ech, i gdy jeszcze jest coś na oku zniewalającego... Ot - takie Akureyri nad wciśniętym w puste górzystości morskim gardziołkiem. Można przepaść... Kraina dzieciństwa Nonniego... (Pamięta ktoś u nas jeszcze tego jezuitę?). To jest od dawna jedno z miejsc, które budzi we mnie starego dobrego kompana, którego mam w środku, małego ludka w czerwonej koszulce... Ktoś mógłby pomyśleć, że objawia mi się mój anioł stróż, ale mój anioł stróż wygląda inaczej - być może go tu nawet kiedyś przedstawiałem: ma postrzępione rękawy i potyka się o rzemyki od swoich sfatygowanych bucików, i rzadko jego głowa spotyka się z grzebieniem. Czerwony ludek natomiast jest schludny i przypatruje mi się uważnie. Z błyskiem kuszącym w oku... - Zapominasz o mnie!... - Tak, rzeczywiście, bywa, że o nim zapominam. Uciszam go, wiedząc, jak przy całej swej malowniczości jest niebezpieczny.

 I co? Wczoraj mieliśmy Dzień Matki. Ja już go nie obchodzę, bo nie mam mamy. Mogłem wprawdzie iść na cmentarz, ale tam rzadko się pojawiam. W zasadzie odwiedzam jej grób dwa razy do roku - jesienią i wczesną wiosną. Robię jakieś tam porządki, kładę kwiatki i zmykam. Cmentarz to miejsce, w którym człowiek nie ma czego szukać... Poza cmentarzem też jej zresztą nie szukam. Nie oglądam zdjęć... Jedynie taka zgrabna statuetka, którą mam koło biurka, mi ją przypomina. Kiedyś stała u niej w domu. To jedna z nielicznych rzeczy, jakie postanowiłem zachować. Jakiś czas leżała w szufladzie, ale odlew wydał mi się przyjemny, więc sobie stoi na widoku... Zrobił ten odlew jeden z jej przyjaciół... To też jedyna pamiątka po jej wesołym towarzystwie, z którym szczęśliwie udało mi się zerwać kontakty... Chociaż nie, bo plącze mi się w kuchni jeszcze jeden otwieracz do butelek z rączką w kształcie męskiego organu. Jest niezbyt udany... To nawet dość osobliwa pamiątka, gdy się weźmie pod uwagę, jak bardzo była nieprzychylna moim erotycznym zamiłowaniom...

 No, tak że święta nie obszedłem, w ten świąteczny dzień obszedłem się natomiast z cudzą mamusią, obszedłem się dość stanowczo.(A mamusia obeszła się ze mną na wulgarną nutę.) Krew mnie omal nie zalała... Szła sobie mamusia młoda z małą córeczką. Córeczka rozradowana ściskała jakąś lalę i podskakiwała sobie wesoło. Wesołość jej jednak szybko minęła, by ustąpić miejsca zdziwieniu, wywinęła bowiem orła na trawce i uzieleniła sobie rajstopki. No i zaczęło się. W mamusię jakby demon wstąpił - wyzwiska, jakieś upokarzające uwagi... Coś potwornego. Dziecko zostało dokumentnie zmieszane z błotem, bo się pobrudziło. Nie podarowałem. Zawróciłem, by mamusi zwrócić uwagę. Jestem jak cholera przeczulony! Płaczące upokarzane dzieci sprawiają, że wszystko się we mnie gotuje. Bo sam byłem dzieckiem, na które wylewało się pomyje, bezmyślnie. Doskonale to pamiętam, doskonale mogę odtworzyć ten zamęt, w jaki wpadałem słysząc rozmaite potworności na swój temat. Z powodu byle bzdur. Kobieta była agresywna, kiedy wtrąciłem się w jej plugawą gadkę... Co za wstrętny typ, rozdygotany, wyżywający się na dziecku... A przecież nic się nie stało. Bywa, że się dzieci przewracają. Ot, mają taką szkołę życia, także na własną rękę się dowiadują, że trzeba być ostrożnym... Wszyscy się przewracamy... Ja nawet teraz się przewracam i miewam nauczki... O, choćby tej zimy, kiedy to bardzo uroczo wyrżnąłem na stoku...

 Od rozkrzyczanej i rozchwianej mamuśki dowiedziałem się, że jestem palantem... Brawo! Tylko tak dalej!

 Takim jestem palantem, co się czasem wtrąca. Tak jak raz, kiedy inna mamusia zaczęła mną straszyć swojego synka. Gadka typu: - Uspokój się, bo ten pan cię zabierze... Moja odpowiedź była natychmiastowa: - Nie bój się, nigdzie cię nie zabiorę... Pani miała wręcz pretensje do mnie, że popsułem jej cała sprawę... Prawda? Toż to zamach na autorytet! Mamcia wyszła na kłamcę! W obecności dziecięcia. Odpowiedź mogła być tylko jedna - Trzeba być prawdomównym i nie straszyć dziecka ludźmi. Pani się wdała w dyskusję ze mną. Była zdania, że ludźmi wręcz trzeba straszyć. Starch jej się pomieszał z brakiem zaufania... Dobrze, gdy dzieci i dorośli nie są bezgranicznie ufni względem innych, ale brak zaufania to jeszcze nie strach... W końcu jakoś trzeba żyć, jakoś trzeba wychodzić z domu... Mamusi nie udało się zrobić ze mnie potwora zabierającego dzieci do ciemnej piwnicy... No i nie była agresywna... Heh - a gdyby to był ktoś pokroju mojej pokręconej mamy, albo tej rugającej dziewczynkę... No, ta druga pojechała palantem, natomiast od mojej mamci można było usłyszeć na przykład: Spier..., ty tyfusie plamisty... Bo przecież mamusia wiedziała wszystko najlepiej i nikt nie miał prawa jej pouczać.

 Mamuśki... czułe słówka, piosnki rzewne, ciepły piec i - bo ja wiem - ciasto z niepowtarzalnym zakalcem... Wszystko to piękne... Ale bywa, że na hasło mamusia chce się człowiekowi zawyć... Gdy się odchodzi od takich mamuś cało, ma się poczucie, jakby z człowieka zlazł boa dusiciel, który szczęśliwie zrezygnował z duszonej przekąski...

 A tak w ogóle to jest cudownie. Jest już botwinka - właśnie zeżarłem dwie michy... :)) No i czerwiec się zbliża - jedna z tych pór, na które czekam z utęsknieniem... Są rzeczy, o jakich wiemy, że na pewno się zdarzą, i dzięki temu możemy być spokojni. Trzeba tylko cierpliwości... Zawsze jest na co czekać. Ja czekam każdego roku na cztery rzeczy: na pierwszy śnieg, potem na czerwcowe, gęste od zapachów jaśminowe noce, a później na sierpniowy księżyc, i wreszcie na pozłacane dni wrześniowe (jestem szczęśliwy, gdy udaje mi się je spędzić w Tatrach, chociaż trochę...) 

15:19, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
niedziela, 22 maja 2011
Zakurzyło znowu

 To już się rodzi jakaś tradycja wiosennych wybuchów... Czyżby pan Obama znów miał nie dolecieć??

 Wczoraj spędziliśmy popołudnie na wsi. U znajomych. Byliśmy na malowniczym spacerze, podczas którego dopadło nas lekkie gradobicie... (Rety, mój kudłaty Niedźwiedź obsychał po tej przygodzie do rana!)... Pomyśleliśmy - o, to musi mieć coś wspólnego z końcem świata (w chwilach takich złowrogich zapowiedzi, w nawet najbanalniejszych rzeczach człowiek dopatruje się znaków :-D) Jednak do szóstej było jeszcze daleko i w rezulatacie zapomnieliśmy o całej sprawie; o wyznaczonej przez dziadzę - wizjonera porze byliśmy szalenie zagadani i rozweseleni... I potem, gdy wracaliśmy z Franiem do domu, przyszło nam na myśl, że chyba coś przeoczyliśmy... Ja zauważyłem złośliwie, że Bozia zawsze rozczarowuje... No, ale za to natura stanęła na wysokości zadania - skoro już ma się coś dziać... Jak ślicznie fuknął Grímsvötn... Tak że aż się Keflo zamknęło z rana... Całe szczęście, że to się teraz porobiło. Huh wulkaniczny jest ponoć imponujący. Lepsiejszy od zeszłorocznych zapyleń... No, zadziało się...

http://www.icelandreview.com/icelandreview/daily_news/Iceland_Eruption_The_Ash_is_Thickening_(pictures)_0_378078.news.aspx?cat_id=1656&ew_8_r_f=168&ew_8_r_t=30&news_category_id

13:20, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
piątek, 20 maja 2011
...og stranda er inga strand...

 Można odjechać. Miałem zamiar... Ale już po wszystkim. Okna są pootwierane, bo gorąco się zrobiło. I wszystko byłoby w porądku, gdyby się nie zeszli chłopcy ze spalinowymi kosiarkami... Tak napier... tym sprzętem, że... że słów brakuje... Ale przynajmniej dzięki temu mogłem odwiedzić kilka blogów. No i oczywiście do swojego też zerknąłem...

 Uleciałem na chwilę... Hm, aż żal teraz palić papierosy, bo jeszcze mam gdzieś w zakamarkach płuc resztki atlantyckich przeciągów... : ) Och, jak to dobrze czasem strząsnąć z siebie dosłownie wszystko. (Bogowie - teraz gość chwycił za dmuchawę i zdmuchuje źdźbła trawy z chodnika - jest coraz gorzej... jeszcze pięć minut i stanę się najwścieklejszym wrogiem techniki...) Strząsnąć i zostawić na karku innych. A właściwie innego... Tak więc się inny pomęczył przez kilka dni, podczas gdy ja chwilami ulegałem rzeczom całkiem niebezpiecznym...

 Człowiek się czasem przyłapuje na myślach niby to niewinnych, a jednak całkiem samobójczych. Bo człowiek czasem chce być pożarty przez chwilę. Bowiem tak niekiedy jest dobrze, że się przepędza wszystkie myśli o odmianie, a co za tym idzie, przepędza się myśli o życiu... Żeby tak już było zawsze, marzy człowiek, tak jakby już nie chciał dalej żyć... Nic już nie robić, nie ruszać się...

 Po raz któryś tam przekonałem się, że nieustanne posiadanie Vadlaheidi w charakterze sąsiadki skurczyłoby moje myśli do mało przestronnego teraz. Wszystko, co tkwiłoby poza tą nieprzestronnością, byłoby ponad moje siły. Wybiłbym się poza czas.

 A tak jeszcze na marginesie czytałem trochę wierszy Vesaasa... (Tak się przyjemnie złożyło, że gdy jeszcze mi chodził poeta po głowie, natknąłem się wczoraj w księgarni na jego "Dom w ciemności". Ucieszył mnie fakt, że Tarjei Vesaas pojawił się znów na naszym rynku. Kiedyś jego powieści były u nas czytane z zainteresowaniem, ale jakoś z czasem o nim zapomniano, choć może nie tak całkiem. W każdym razie teraz został przypomniany książką, która nigdy dotąd nie była u nas wydana...) Vesaas - poeta chyba u nas zupełnie nie istnieje. Nie wiem, czy to dobrze czy źle... Nie wyrobiłem sobie zdania. Nie znam się na wierszach. Niemniej przekoślawię tu taki kawałek z tomu "Leiken og lynet" z 1947 roku. Tak ze względu na drzewa, bo mi się skojarzyły z jego "Ptakami"... Mattis porównywał siebie i swoją siostrę do dwóch drzew, które rosły nieopodal domu... W jedno niestety trafił piorun... Biedny, piękny i wzruszający Mattis... Ale o tym może kiedy indziej...

TARJEI VESAAS

Ty i ja całkiem spokojni

Jak deszczowy wieczór

po długiej letniej suszy -

Zwiędłe przywrotniki

wracają z wolna do życia

w chwili takiego zdarzenia.

Niebo i ziemia -

Czym jest ono, czym zaś ona?

Druga przepełniona pierwszym

w takiej godzinie,

w takiej powodzi dobra.

Aromat, którego człek nie poznał

w ciągu wszystkich lat nauki,

teraz jest tutaj,

tuż przy mojej twarzy.

Gdy się wilgotny mrok pogłębia,

niewyraźne ścieżki rysują się na jeziorze,

jakby dla wędrówki, gdy wszystko skończone,

a drzewa przy brzegu

to nie drzewa,

tylko ty i ja całkiem spokojni,

i brzeg to już nie brzeg ani żadna granica.

                                         przełożył z norweskiego Kiljan Halldórsson

15:25, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (5) »
czwartek, 05 maja 2011
Galdra - Loftur, czyli islandzki Faust

Loftur hét skólapiltur einn á Hólum (...) Ekki létti Loftur, fyrr en hann hafði lært allt sem var á Gráskinnu, og vissi það út í hörgul; leitaði hann þá fyrir sér til ýmsra galdramanna, en enginn vissi þá meir en hann.

Oj, boję się, że znów popadnę w rozgadanie, co raczej blogowi nie służy, jako że blog winien raczej zawierać notki krótkie i lekkostrawne, a tu na nic takiego się nie zanosi...

 Dajemy nurka w przeszłość dziwnej Islandii obrośniętej grubą warstwą legendy... Znów będzie o czarach i o osobliwym przypadku, jakim był niezbyt posłuszny centrali tamtejszy Kościół Katolicki, chętnie zgłębiający tajniki pogańskich czarów i niewiele sobie robiący z nakazów o czystości... (o, tak, z pewnością chodzi po świecie trochę ludzi, którzy mogą wywieść swe genealogie choćby od ostatniego biskupa katolickiego, Jóna Arasona, który, do czasu ścięcia w religijnej awanturze, wiódł otwarcie udane życie rodzinne...)

 Cóż powiedzieć na wstępie... Może pytanie: Warto zaglądać pod podszewkę, czy nie warto? Warto być ukołysanym przez nieświadomość, czy lepiej może zaniepokoić się, mając jednak jakąś wiedzę... Poczarować, pogmerać w naturze, czy mieć lichy, ale jednak święty spokój? Poczarować - cóż to znaczy? Gdybyż to ograniczało się do jakichś tajemnych znaków i zaklęć, do wiedzy o nich... Przecież od nory czarownika już tylko krok do swobody ducha, który, gnany ciekawością, skory jest do zawołania: Pokażno mi się Naturo! A ta Natura to przecież...

 Pobożność miała dobre przeczucia, o ile nie przekonanie, że za zasłonką pogodną kryje się coś, co posiać może niebezpieczne i nieopłacalne, z jej punktu widzenia, zwątpienie, starała się więc stawiać ograniczenia, wpadając jednak w wyraźną sprzeczność, bo już samymi zakazami i własnymi klątwami sugerowała, że twór samego wielbionego Boga jest czymś moralnie podejrzanym... Ach, nie patrzcie głęboko i ufajcie naszym uładzonym bajeczkom. Człek jednak nie dał się namówić, i spojrzał... I co wyszło? Ciemny kosmos, w którym dzieją się rzeczy niesłychane! Toż to pieczara czarnoksiężnika! Toż to loch bezdenny, przepastny, naszpikowany osobliwościami, gdzie jak na dłoni widać pracę zręcznego magika, której efekty są urzekające, acz straszliwe i śmiercionośne, choć owa śmiercionośność potrafi tak ładnie sprzyjać życiu, którego pochodzenie - o, cóż za dziwaczność piekielna - posiada to samo niesamowite źródło, bo jest przecież odpryskiem złowrogich, gwałtownych działań; osiadłe cienką warstwą na płynącej po oceanie ognia skale, nie ostanie się jednak na wieczność - jego los jest przesądzony: to, co mu dziś sprzyja i pozwala rozkwitać, obróci się w końcu przeciw niemu. Ale póki co kwitnie, tak bardzo, że aż pozwoliło sobie na twór żądny kosztowania wszystkiego i dociekania rozmaitych prawd. Przy tej okazji zatracił ów twór nieco swą wielkość i ważność, bo zgubił gdzieś opiekuńcze siły, pozostał sam, na lichej planetce, która przestała być pępkiem Wszechświata... O, do licha! O, do Diabła nawet!!! Do Diabła?... Hm, czy abyś Ty nie jedyny?... Jak nie Ty, to po prostu nic... Mały płomyk mozolnie kształtowanego życia otulony w ulotną formę starzejącego się szybko gnoju, który, posłuszny raz na zawsze ustalonym prawom, runie zdmuchując go bezpowrotnie, by - licho wie czemu - stać się materiałem na otulinę innego płomyka, tym razem być może szczęśliwie bezrozumnego i prostego... Duch człowieczy, uwolniony, na nowo okiełznać się nie da - na nic bogobojne ciemnoty jednych, skoro drudzy pragną przekraczać wszelkie granice, bo chcą wiedzieć, bo chcą władać, chcą ulepszać i swej małości przywrócić na własną rękę wielkość, na co patrzy się raz z podziwem, a raz z przestrachem, wszak wszystko ma swoją cenę, tam bowiem, gdzie znajduje się rada na bolączki, tam też bez liku skutków ubocznych, nowych kłopotów i niebezpieczeństw natłok... Wszelka broń zdaje się być obosieczna, zważać więc trzeba na to, jak się nią posługujemy. Człek już zgrzeszył swoją ciekawością i pokutuje za to swymi niepokojami, bezsensami, zwątpieniami, są jednak tacy zuchwalcy, którym się zdaje, że i na to znajdą lek! Niepoprawni optymiści! Wierzą, że odkryją kiedyś coś, co da im bezgraniczne szczęście i moc tak potężną, że żadne wielkie zło ich nie dosięgnie... Poznać wszystkie tajemnice, aż do samego spodu, obnażyć Czarodzieja, zedrzeć zeń gwiaździsty płaszcz! Czyż tajemniczy Nieznajomy nie stałby się wówczas oddanym sługą? Sen o wszechpotędze! Zastąpić najwyższego Czarnoksiężnika, którego już trochę przecie znamy. Bo już spadła z wielu powiek łuska pozwalająca wcześniej śnić o wymagającym, acz dobrotliwym, a nawet dziwacznie ofiarnym Ojcu, któremu miły nasz znój i zgięte kolana oraz szepty proszalne w pyle pokory. Wielu z nas wie, że działając zręcznie trzeba też krzyczeć i żądać, by już tu i teraz spadła nagroda; luksusy, rozkosze, gładka skóra, powodzenie, pyszna władza... Wszak już jesteśmy w Niebie, wszak przez Nie płyniemy, w Nim wirujemy, wszak Czarodziej je wyczarował i niczego poza Nim nie ma, niechże więc w pełni zasługuje na swe miano!... Nie taki Diabeł straszny!!! To nasze największe odkrycie. Diabeł jest dostępniejszy niż można było przypuszczać. Jest on nawet całkiem miły i szczodry, a życie, które daruje, to wielkie rozpieszczenie, z jakiego trudno się wymknąć do potulnej i zbawiennej przeciętności... Niczego on jednak nie odda za darmo. A im tęższą ma przed sobą głowę, tym pewniej się czuje, bo wie, że wszystko będzie mu zapłacone... Zważ, że będziesz nieśmiertelny! Wielbiony albo przeklinany - wszystko jedno. Tyś w każdym razie nieprzeciętny, więc dla ciebie żywot aż po kres dziejów! Tyś nieporównywalny! Dla ciebie wielkie uczucia, dla ciebie legenda lecąca ponad wiekami! Ty dla innych będziesz inspiracją, o tobie będą myśleć! I być może cię pokręci, być może się pomęczysz, może i zwariujesz, ale użyjesz życia, jak mało kto!! Że cię diabli wezmą, przecież to dopiero za jakiś czas... Patrz na przeciętniaków - męczą się i harują, i wyznają szeptem swe grzeszki... Wiedz, że przepadną, przepadną bez echa...

 Loftur bez echa nie przepadł. Żył krótko, ale echo brzmi doniośle i leci już prawie przez trzy stulecia. Trwa w ludowych podaniach, w literaturze, jest nawet na islandzkim znaczku pocztowym... Zuchwalec, który chciał się wywyższyć ponad miarę i uniknąć zapłaty... Jednak diabli go wzięli!... Istnieją o nim dwie ludowe historie: jedną spisał Jón Árnason - ta jest bardziej niesamowita i fantastyczna, drugą zaś zanotował inny folklorysta, Ólafur Davíðsson - ta z kolei brzmi bardziej prawdopodobnie... Oczywiście nas interesuje ta fantastyczniejsza. Choć tu wypada, odwołując się do pewnych ustaleń, napomknąć o tej drugiej, bo rzuca ona trochę światła na prawdziwego Lofta... Kim był Loftur? Najwyraźniej chłopakiem, który oszalał i popełnił samobójstwo. Co mu się zwidziało i co kombinował, trudno dociec. Prawie nic o nim nie wiemy. Urodził się w 1702 roku. Nazywał się Loftur Þorsteinsson i był synem sokolnika z Vördufell w Skógarstrand, Þorsteina Jónssona oraz Ásty Loftsdóttir. Studiował w Hólar. I tam ponoć zapoznawał się pilnie z tajemnymi materiałami... Można powiedzieć, że w kościelnej szkole zaprzedał Diabłu duszę...:) No i stał się bohaterem opowieści, potem zaś zainteresował się nim szukający inspiracji w ludowych podaniach sławny dramaturg Jóhann Sigurjónsson, którego świat pokochał za sztukę "Fjalla - Eyvindur", o której już tu pisałem, jak i o samej postaci legendarnego wywołańca, i napisał w 1915 r. dramat, najpierw po duńsku, pt.: "Ønsket" (Życzenie), potem po islandzku, pt.: "Galdra - Loftur" (Czarownik Loftur). Nie powtórzył on sukcesu "Eyvinda", w samej Islandii jest jednak do dziś cenioną i ważną sztuką... Pasowała mu opowieść o młodzieńcu pochłoniętym czarnoksięskimi sprawami, bo zawsze zajmowały go postaci o wybujałych ambicjach... W "Lofcie" mamy tęsknotę za byciem nadczłowiekiem. Loftur to niegrzeczny chłopiec, wyniosły, traktujący ludzi z góry, oczytany... Brakuje mu tylko jednego drobiazgu, by osiągnąć najwyższą władzę - władzę nawet nad samym Diabłem...

 Loftur to grzesznik, czego wcale się nie wstydzi. Bo, powiada, ten, kto nigdy nie zgrzeszył, nie jest człowiekiem. W grzechu tkwi tajemna radość. W grzechu człowiek staje się sobą. Grzech jest początkiem nowego. A pragnienie czyni cuda!... Mocna była jego wiara w pragnienie! Uniezależnię się od ciebie, Diable!!!

 W Hólar ponoć po Lofcie zostały wypalone ślady w podłodze - pamiątka po pakcie z Diabłem, tego jednak oglądać nie możemy, bo kiedyś tam oczyszczające płomienie pożaru połknęły i unicestwiły ten tajemniczy znak, musimy tedy wierzyć tym, co tak opowiadali... Niezwykłe jest to Hólar. I ładne, położone w uroczej, zacisznej dolinie, niedaleko od fiordu Skagi w północnej Islandii. Miejsce o wielkich tradycjach, którego historia sięga daleko w głąb średniowiecza. Dawna siedziba biskupa (Islandia miała niegdyś dwa biskupstwa - jedno na południu, w Skálholt, i drugie właśnie w Hólar) była kiedyś ośrodkiem niemal książęcej władzy, a także pełniła donisłą rolę kulturalnego i edukacyjnego centrum, ważnego, bo, mimo wielkich trudności z dojazdem, nie omijali go uczeni ze świata... Zacni i święci tam zasiadali panowie, ale też i mniej zacni i mniej święci... Najsłynniejszą postacią z Hólar był bez wątpienia Jón Arason, ostatni biskup katolicki, którego ścięcie razem z bodaj dwoma synami w Skalholt w 1550 roku stanowi przełomowy moment w dziejach Islandii -ostateczne zwycięstwo Reformacji na jej terenie, której Jón z całą mocą się przeciwstawiał (ten jego opór, i to nawet zbrojny, uczynił zeń narodowego bohatera, bowiem walka z luteranami oznaczała po prostu sprzeciw wobec duńskiej dominacji)... Jego szczątki, chyba nie bez trudności, powróciły do Hólar. Pamięta się o Jónie, o tym, że był dzielny, że zapoczątkował w Islandii drukarskie rzemiosło i że poniósł męczeńską śmierć... W czterechsetną rocznicę jego ścięcia, w 1950 roku, wzniesiono w Hólar na jego cześć wysoką dzwonnicę. W kościele zaś można podziwiać ołtarz, do którego istnienia się przyczynił... Ma on też swoją rolę w niezwykłej opowieści o Lofcie. Podobnie jak i inni dawni biskupi z Hólar, łacznie z najbardziej interesującym Lofta, Gottskálkiem grimmi Nikulássonem, właścicielem czegoś, czego Loftur pragnął z całego swego grzesznego serca... Biskup o przydomku grimmi... Brzmi groźnie i adekwatnie... Grimmi znaczy okrutny... Tu zazębiają się dwie legendy, bowiem pan "okrutny", przedostatni katolik w Hólar, sam obrósł niesamowitymi opowieściami. O czarach wiedział on ponoć strasznie dużo, i powiadali, że niezwykłą księgę posiadał. Nazywała się ona Rauðskinna, bo oprawiona była w czerwoną skórę ozdobioną złoconymi literami... Loftur słyszał o tym wiele. Problem był tylko taki, że ową księgę i jej niesłychane jakieś tajemnice biskup zabrał do grobu. Dwieście lat po śmierci tajemniczego biskupa Loftur postanowił upomnieć się o tę cenną rzecz... Bo to przecież nie wypada, by tak brać wielką wiedzę do ciemnego grobu...

Wypada natomiast zamknąć tę część i sklecić drugą część w osobnej notce:

Część druga poniżej

Galdra - Loftur, czyli islandzki Faust 2

 Loftur uczył się w Hólar. Był niezwykle pilnym chłopcem, szczególnie jeśli idzie o wszelką wiedzę związaną z magią. Zrobił się z niego nie lada czarownik, po tym jak pochłonął wszystko, co zgromadzone było w Gráskinna, tak że właściwie nikt nie mógł z nim konkurować, bo też nikt nie wiedział więcej niż on.

 Pewnego razu, jakoś tak wczesną zimą, zagadnął Loftur jednego ze swych kolegów szkolnych, o którym wszyscy mówili, że był bardzo odważny, i poprosił go, żeby pomógł mu przywrócić do życia pradawnych biskupów. Odważny student zrobił wielkie oczy i zrazu odmówił, szybko jednak zmienił zdanie, bowiem jego odwaga miała swe granice; wiedział wszak, że Loftur żyje w jakichś dziwnych diabelskich układach i że jego groźby wypadało traktować poważnie. A groźba była nie byle jaka, gdyż Loftur zapowiedział koledze, że jeśli ten mu nie pomoże, jego dni będą policzone. - Jak jednak mam ci pomóc? - zapytał przymuszony do współudziału w potwornościach student. - Przecież ja nic nie wiem o magii! - Mówią, żeś odważny. To wystarczy. Będziesz jedynie stał w dzwonnicy i trzymał linę od dzwonu. Tylko pamiętaj, masz się nie ruszać, jeno patrzeć na mnie. Uruchomisz dzwon, jak tylko dam ci znak ręką. - Ale po co to wszystko? Po co naruszać spokój grobów? - By zguby uniknąć. Moja wiedza jest niewystarczająca, gdy jednak posiądę to, co jeden z grobów kryje, takiej mocy nabiorę, że Diabeł żadnej władzy nade mną już sprawować nie będzie, a jeno sługą mym się stanie. Uzyskam wolność absolutną! Jednak wiedzę, tak mi potrzebną, trudno zdobyć odkąd zamknięto Czarną Szkołę. A na dodatek biskup Gottskálk kazał się pochować ze swą Rauðskinna. I dlatego chcę go zbudzić i zabrać mu księgę używając do tego wszystkich swych czarnoksięskich zdolności.

 Kiedy wszyscy udali się już na spoczynek, śmiałek i jego towarzysz wyszli w księżycową noc, by zakraść się do kościoła. Gdy już się w nim znaleźli, przymuszony do tego niesamowitego wybryku student zatrzymał się w dzwonnicy, natomiast Loftur wspiął się na ambonę i tam zaczął swój mrożący krew w żyłach śpiew. Dawno zmarli biskupi poczęli wstawać ze swych grobów i jeden po drugim błagali zuchwalca, by zaprzestał swych niecnych śpiewów. Loftur pozostawał jednak głuchy na ich prośby i kontynuował swoje złowrogie pienia, jakże nieprzystojne w szacownych murach świątyni. Zaroiło się od biskupich zjaw, a wśród nich trzy postaci miały na głowach korony: pierwszy biskup w Hólar Jón Ögmundsson, wielce świątobliwy i przedobry Guðmundur góði Arason oraz sam Jón Arason, który walczył z Duńczykami.

 Jedynie Gottskalk się nie zjawił! Ten potrzebował najwyraźniej mocniejszej zachęty, tak więc Loftur zaczął śpiewać jak nigdy dotąd. Przekręcał przy tym starannie wszystkie słowa psalmów, tak by Diabłu stały się miłe, a także wyznawał ze skruchą wszystkie swoje dobre uczynki, gorąco za nie przepraszając. Ukoronowani biskupi stanęli jak najdalej od Lofta i patrzyli nań ze zgrozą unosząc wysoko ręce, jakby chcieli go powstrzymać, inni zaś odwrócili swe oczy od tego plugawego widowiska. A Loftur śpiewał jak wariat. I w końcu dał się słyszeć przeraźliwy grzmot! Oto upragniony umrzyk powstał! W całej okazałości. W lewej ręce trzymał laskę, pod prawą pachą zaś ściskał upragnioną Rauðskinna. Jego piersi nie zdobił krzyż. Spojrzał nieprzyjaźnie na innych wywołanych z grobów biskupów, potem zaś popatrzył na Lofta, który nie ustawał w bluźnierczym śpiewie. Gottskalk postąpił krok naprzód i przemówił pogardliwie: - Nieźle śpiewasz, mój chłopcze, nadspodziewanie dobrze ci idzie. Ale nie dostaniesz mojej Rauðskinna. - Na to Loftur, jakby cała swoją istotę wywrócił na drugą stronę, zawył jak szaleniec. Bezcześcił wszystkie święte słowa, Ojczenasza na modlitwę do Diabła przerabiał, aż się kościół cały zatrząsł w posadach, zadygotał niby źdźbło na wietrze. Na to wszystko patrzył student z dzwonnicy. Widział, jak Gottskalk znów zbliżył się do Lofta, który zdawał się już dosięgać czerwonej księgi. Tak, tak, już dotykał jej rogu!! Już mu ją złowrogi biskup podawał. Cały czas dygotał ze strachu, ale teraz ogarnęło go już dzikie przerażenie. Był pewien, że Gottskalk podał księgę Loftowi i począł z całych sił targać za linę, by jak najprędzej rozkołysać dzwon. Serce uderzyło i metal głośno zadźwięczał, i naraz całe ponure widowisko zapadło się pod podłogę z cichym szelestem.

 Loftur stał jak sparaliżowany na ambonie. Wreszcie jednak zdołał się otrząsnąć i zeskoczył na dół, by dołączyć do swego kompana. - Stała się najgorsza rzecz - powiedział - ale o nic cię nie obwiniam. Mógłbym wytrwać do rana, a wtedy zostawiłby mi księgę, ale... Był dla mnie za mocny. Doprowadził mnie na skraj szaleństwa. Gdybym jeszcze silniej zaśpiewał, kościół bez wątpienia by się zawalił. Liczył na to. Liczył, że runie i mnie pogrzebie. Widziałem twarze biskupów z koronami... Przeląkłem się, ale jakoś wiedziałem, że nie wytrzymasz i uderzysz w dzwon. Książka była już tak blisko. Myślałem, że ją pochwycę. Robiłem wszystko, co w mojej mocy i nawet udało mi się dotknąć jej rogu. Nie mogłem go jednak złapać, mocno chwycić. Tak musiało się stać. Najwyraźniej. Mój los jest przesądzony.

 Loftur nie czuł się dobrze. Odtąd bał się przebywać sam, nie mógł też znieść ciemności; gdy tylko nadchodził zmierzch, szybko trzeba było zapalać lampę... - Którejś niedzieli umrę - powtarzał. Z dnia na dzień jego stan się pogarszał. Widząc, jak złe rzeczy z nim się dzieją, przyjaciele poradzili mu, by natychmiast wyruszył na półwysep Snæfellsnes do Staðarstaður, gdzie żył pewien zacny pastor. - To bardzo religijny człowiek i pomógł wyjść z opresji niejednemu biedakowi. On otoczy cię odpowiednią opieką i modlitwą. - I stało się tak, jak doradzali przyjaciele. Zły jednak nie dał się zwieść żadnym wybiegiem. Pewnej niedzieli, akurat wtedy, gdy pastor, z którym się nigdy nie rozstawał, musiał wyruszyć z posługą do swego starego przyjaciela, Loftur poczuł się bardzo źle i musiał zostać w domu. Zmartwiło to opiekuna. Obiecał jednak, że wróci najszybciej, jak to możliwe. Pozostawiony z błogosławieństwem Loftur nagle ozdrowiał. Jakby uciekał przed samotnością; poszedł do sąsiada, z którym wybrał się łodzią na ryby. Nigdy z tego połowu nie wrócił. Nikt nie wie, co się stało. Chociaż pewien człowiek opowiadał, że widział wszystko... Ponoć, gdy wypłynęli w morze, jakaś przerażająca szara łapa wynurzyła się z fal i pociągnęła łódź w oceaniczną otchłań.