BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
czwartek, 31 maja 2012
Tommaso del Cavaliere

Sonety nie wysłane, żądza jak oszalały koń, tęskonoty i już tylko artystyczne niedomówienia, niedopowiedzenia, niewykończenia...  

 

Grzechy, ten szalony pomysł! Bogowie drodzy - jakże one często nic wspólnego nie mają ze złem.

 

Ciągle się człowiek brudzi i poty wylewa, żeby był jakiś efekt, żeby wyrastało coś pięknego i coś na dłuższy czas, albo na czas przekraczający jednostkowe życie, albo na dłuższy czas w tym życiu się zamykający.

 

Robotniczy wysiłek artysty. Tygodnie spędzane w jednym odzieniu, w butach niemal zrośniętych ze stopami. Pył z łupanego kamienia, umazanie farbą, pot i kark bolący, i oczy wypatrzone. Do pewnego czasu wszystko było po to, by dojść do końca, do pięknych gładkości, do ostatniej barwnej kreski, do ostatniego szczegółu. Skorupa czasu została przebita. Na wieki wspaniały, wielki... Ale obok trwających przez wieki sparaw zakończonych pozostały sprawy nie zamknięte, pozostało na wieki bijące serce. Do śmierci trwał czas nieziszczenia. Po niej pozostały artystyczne niedokończenia z najbardziej nieskończoną Pietą. Starzec pracował nad nią jeszcze osiem dni przed śmiercią... Mijają wieki, a jednocześnie jest jakby ciągle tych ledwie osiem dni po ostatnich zadrapaniach dłuta, jest oczekiwanie na dokończenie, na spełnienie...

 

Kiedyś Tomasz Mann budował sobie różne pomocnicze teoryjki, różne podpórki, wywyższające drobne gesty, ledwie zaznaczone czułości, mając jednak w sobie - co do tego nie można mieć wątpliwości - jakiś piekący ból biorący się z niespełnienia, z braku tego zanurzenia się w tym wszystkim, co uznawano za brudne, wynaturzone, z niemożności przekroczenia szlabanu ustawionego przez wychowanie. Nie mógł się uwolnić od tego straszliwego pojęcia grzeszności. Dodawał też siły marzeniom, równał je z prawdziwymi przeżyciami - i te, i te w końcu przemijają, wszystko blaknie, niknie siła przeżyć, tych wyobrażonych i tych prawdziwych. Powiadał, że substancja marzenia nie jest gorasza od substancji prawdziwego przeżycia. Wszystko, co zapada w przeszłość, staje się w gruncie rzeczy marzeniem, snem. Tak że nawet to, co się nie wydarzyło, z biegiem czasu jest jakby wspomnieniem chwil przeżytych... Może i tak jest. Na pewno nie można odmówić siły jego przeżyciom. Chociaż jego największe życiowe "Kocham cię" nie zostało - że się tak brzydko wyrażę - skonsumowane, to było czymś wielkim, było kołem zamachowym twórczości, dało owoce, było romansem na całe życie... Ale... Ale ten brak tego drobnego szczegółu... Były jeszcze niemal u progu śmierci uda tego wysportowanego tenisisty wzbudzające tak palące pragnienie... Kto by nie chciał ich pieścić - tak mniej więcej zanotował... Ech - goń, człowieku, naturę widłami, a ona i tak powróci i postawi swoje żądania, bez względu na to czy się to komuś podoba, czy nie... Na nic poezje i rozprawy o czystości, na nic... I na nic widły...

 

Gdy w życiu Michała Anioła pojawił się młody Tommaso, skończył się czas dzieł dokończonych.  Żywa doskonałość... Zakochanemu starszemu już człowiekowi wszystko zaczęło szeptać, prosić i namawiać, by go kochał. "Wszystko, co nie jest tobą, jest dla mnie nic nie znaczące i tęsknię do ciebie, słońce moje, goreję nie tylko tobą, ale tym, co ma ślad podobieństwa z twymi brwiami i oczami..." Jeśli nie Tommaso, to już tylko noc.

 

Udręczony artysta. Wiecznie się z kimś mocujący. Nieokrzesany. Ze skłonnościami do ucieczek. Z ojcem nieudacznikiem na karku. Bogaty, choć wyglądający jak biedak. Bolejący nad swoją szpetotą, bo to i w rysach było coś plebejskiego, a jeszcze ten nos złamany po dotkliwym ciosie, który na całe długie życie podarował mu twarz bokserską... Talent fenomenalny mieszkający w człowieku łączącym w sobie ogień i wodę. Odważny w sztuce, trochę mniej w życiu. Można powiedzieć, że to artysta nowoczesny, bo ukazywał życie bez osłonek, pokazywał je takim, jakie ono jest (gdy pojawił się okrutny pomysł, by w Kaplicy Sykstyńskiej zatrudnić osławionych "krawców", zapropononował, by w takim razie papież uczynił świat innym... ale papież jakoś nie dał rady).

 

Nagości nie należy się wstydzić - powiadał. Bóg nas stworzył nagimi, a więc dał nam kształt doskonały. Nagość to Piękno. Nagość to prawda sztuki.

 

Można rzec, że było to życie od Piety do Piety. Ta pierwsza, przewspaniała, ukończona w 1500 roku, to dzieło młodości, jest cudem. Skończona, gładka, wypolerowana. Cud, jaki się objawił w wyklętym przez Savonarolę papieskim Rzymie, w stolicy zepsucia i zbrodni. Cud, co się zjawił pośród kardynalskich bękartów i sprośnej piosenki, pośród bluźnierczych dostojników Kościoła. Cud nieskazitelnej, niebiańskiej twarzy Matki Boskiej. No i cud fizycznego piękna Chrystusa. Obiekt, który z różnych powodów można otoczyć czcią. Zjawisko niemal nieziemskie, pośród grzechu, z "grzechu"... Bo i niezbyt przyzwoite było studiowanie martwych ciał, choć tak potrzebne, by się z nimi wnikliwie zapoznać. Bo też i sam artysta znał grzechów wiele. Bo jego duszę przepełniały różne miłości: i ta niebiańska, i ta ziemska, "grzeszna" właśnie i "brudna".

 

Bliski mu był świat pogański... Leda, Bachus, Kupido... Słuchał dysput platońskich... A z drugiej strony słuchał Savonaroli, fanatycznego mnicha, aż tak fanatycznego, że w końcu, przeholowawszy, wpadł w języki ognia na stosie... Michał Anioł ponoć do końca życia pamiętał brzmienie głosu zapiekłego wroga czasów odrodzenia... Dwie potęgi się w nim ścierały. W tym rzeźbiarzu nad rzeźbiarzami, malarzu nad malarzami i architekcie nad architektami. Do czasu umiał nad sprzecznościami zapanować. Umiał jakoś akceptować "grzechy" i jednocześnie schylać się pod gromami Savonaroli. I w sztuce wszystko szło do końca. Do czasu...

 

W starym człowieku zawrzało... Już tylko nieukończenia. Już tylko poczucie, że czegoś w życiu zabrakło, tego, czego nie brakło w sztuce... Takie piękno, piękno, któremu się chce nadskakiwać, któremu się wszystko wybacza, daje fory... Poetyckie słowa skrywane. I ta szpetota własna... Czy to by się godziło wyciągać ramiona do tak doskonałego stworzenia?

 

Czas płynął. Starzał się udręczony artysta. Starzał się i Tommaso... Każde piękno kiedyś przygasa, łysieje itd... Chociaż Tommaso w duszy artysty nie starzał się wcale...

 

Życie nie zechciało urwać się wcześniej... I może gdyby nie Tommaso, pozostałyby same ukończenia doskonałe... W kamiennym bloku, w kawałku skały, widział uwięzioną postać. Trzeba było tylko umiejętnie odłupać zbędny materiał, by ją uwolnić. Umiał to doskonale. Jeszcze jako starzec radził sobie świetnie z kamieniem. Ale od czasów Tommaso pozostało już tylko oczekiwanie na uwolnienie.

 

Dusza ulatuje z ciała. Niech i tak będzie... Może być to i pocieszenie... Mann snuł kiedyś fantazje, że tam będzie lepiej. Że i tam będzie ten piękny. Już może bez barier, oporów wynikłych z - powiedzmy - duchowej tresury i bez świątobliwych przebrań, w jakich lubi kryć się ziemskie bestialstwo... Nic, co drugiego nie krzywdzi, choćby brudne nawet było, nie może być zwane złem...

 

Złe klimaty wpędzają w udręki... No i też tak to bywa, że się czasem nie wie, kim tak na prawdę było się dla drugiego człowieka... Tak to bywa, że i nawet wśród własnych nieśmiertelnych dzieł odchodzi się w połowicznym ledwie spełnieniu... Bywa, że pocałunki przybywają spóźnione... Czy gdyby "grzeszne" pocałunki zjawiły się w porę, piękno zostałoby oswobodzone z tego ostatniego kamienia? Nowy cud dla wielbicieli sztuki i nowa wspaniałość dla pobożnych?

 

Tragicznie trudne życie sławnego artysty... O tym to napisał Julian Stryjkowski. O tworzeniu, o kochaniu, o śmierci. Wchodząc trochę w żywioł własnego życia - trudnego, skomplikowanego, w którym sam dość dramatycznie przeżywał swój homoseksualizm.

Julian Stryjkowski, Tommaso del Cavaliere, PIW, Warszawa 1982. 

19:26, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (6) »
środa, 30 maja 2012
Jeden dzień, jedna noc

Wystarczy gdzieś się ruszyć, a już po powrocie człowiek dostrzega zmiany. Czegoś nie było, a tu raptem jest. Na pewno nie było pod moimi oknami dziury. A teraz jest. Trwają jakieś monstrualne wykopki koło mojego domu, przy okazji których życie starcił piękny krzak bzu, co mnie bardzo rozzłościło. Dodatkowo jeszcze gdzieś w oddali ktoś tnie uparcie jakieś drzewo... No tak - tam ktoś tnie, tu ktoś ukatrupił bez. Nie lubię, gdy niszczy się zieleń, chociaż z utratą bzu wypada się pogodzić, bo zwyciężył jakiś wyższy interes. I nowy bez zawsze można zasadzić... Na szczęście żyją inne rośliny, o które jakiś czas temu toczyła się batalia, bo w jakiejś osobliwie pojętej dbałości o zieleń w mojej okolicy zaczęto ją bezmyślnie dewastować. Tak że zabawiłem się nieco w obrońcę krzaków i drzewek. Niestety nie wszystko udało się uratować i do dziś żal mi pięknej kępy starych krzewów, w których uwielbiały gromadzić się zanikające już wróble. I szkoda mi jednego pięknego drzewa, ale je niestety trzeba było ściąć, bo jakaś ekipa "fachowców" tak kiedyś je okaleczyła podczas przycinki, że zaczęło obumierać... Była z tego powodu swego czasu afera, i niszczycielska firma zniknęła. Ale drzewo poległo, a tak lubiłem na nie kiedyś patrzeć i słuchać przyjemnego szumu liści... Doprawdy, ludzi niszczących drzewa własnoręcznie smagałbym batogiem...

A tak poza tym... Znów się musiałem gramolić tu i tam... Męczące trochę to było, ale nie ma tego złego, bowiem udało mi się chwycić trochę czasu, by posiedzieć samotnie nad morzem. Tak, tak, ciągle raduję się drobiazgami. Cóż może być przyjemniejszego od gapienia się na morze w środku tygodnia, w zwykły dzień, poza sezonem, w tzw. godzinach pracy... Ach, te godziny pracy, ach, ta ludzkość przemianiona w lud pracujący. Ileż to zmarnowanego czasu! Całe oceany, niezmierzone oceany... Ale cóź - trzeba pracować... Ja tylko liczę, że przyniesie to owoce w jakiejś wielkiej liczbie olśniewających fortun, na której wyrośnie czarujące próżniactwo zajęte głębokim oddychaniem i zajęciami bez dbałości o rezultaty, za jakimi tak się dziś bezprzytomnie goni...

Moi bogowie drodzy - dzikie bogactwo... Ach, gdybym był dziko bogaty, mógłbym sobie pozwolić na tak wiele, mógłbym sobie pozwolić na to, by nic nie posiadać!! Jestem jednak tylko średniakiem - z biblioteką, kinem domowym, ekspresem do kawy i innymi pierdołami umieszczonymi pod własnym dachem, o który wypada trwożliwie dbać... Na głowie mam coś do utrzymania... Dzikie bogactwo uchroniłoby mnie przed tymi uciążliwościami przemianiając mnie w powiewnego przechodnia... No, oczywiście można nic nie mieć i bez pieniędzy, ale to byłaby przesada, to byłaby tragedia, więc o takich rzeczach nie myślę... Zawsze powtarzam, że wpadłem tu tylko na papierosa i kawę. To jest jeszcze, w moim przekonaniu, bardzo sensowne. No - by jeszcze kogoś pokochać, ponieważ to jest bardzo przyjemne i radosne... Ale reszta... Czasem aż się nie chce palić...

Gdybym był dziko bogaty, poigrałbym z czasem... Przeżyłbym tylko jeden dzień i jedną noc. I ani on, ani ona nie mieliby końca ni początku. To stworzyłoby jeszcze większe bogactwo, z jakiego nie dałoby się się utworzyć życiorysu...

Bardzo się z morzami pogodziłem. Z północnymi, bo ich otoczenie ma w sobie elegancję, bo stworzył je diabeł ze smakiem, po to, by targać ludzkim duchem. Południe to pusta cizia. Północ to pan wytworny o skomplikowanej, tajemniczej naturze.

Snułem sobie przy wtórze plusków dziecinne fantazje. Przez chwilkę. Czułem się bez wieku, bo tak się zawsze czuję będąc blisko natury. Morze jest ciągle takie samo... Tak, tak, choć pewnie nie należy bagatelizować spraw ciała, łaskawego, dodam z ulgą... Kiedyś słyszałem, że jak mężczyznę w okolicach cztertdziestki nic nie boli, to znaczy, że mężczyzna już nie żyje. Okazało się to szczęśliwie bzdurą. Czuję, że żyję i nic mnie nie boli... Ale może to dlatego, że żadnych ról nie traktuję zbyt poważnie, że niczego nie daję sobie wmówić, przez co nie spinam się w sobie... Wszystko naraz: kołyszę w sobie dzieciaka, z dorosłą powagą i odpowiedzialnością myślę o pieniądzach, bywam mężczyzną o surowym obliczu, ale co mi też szkodzi poczuć się kobietą - ba, to nawet całkiem fajne, bo daję opiekuńcze ciepełko bez macierzyńskich tłuszczyków i na dodatek zawsze jestem do użytku i nie muszę każdego ranka malować sobie twarzy z przodu głowy. Czasem czuję się strasznie mocny, a czasem wydaje mi się, że jestem najbardziej kruchą istotą na świecie... Pozwalam sobie na wściekłość i na łzy. Chociaż ostatnio bardziej bywam wściekły niż boleśnie zapłakany, bo nie ma ku temu powodów.

Ależ ludzie hałasują tą swoją techniką. Mam kilka metrów pod sobą zapracowany ciężki sprzęt... Dobrze przynajmniej, że nie ma trębacza. Franek mi opowiadział, że jak mnie nie było, pojawił się na ulicy facet z trąbką i napieprzał nią bez opamiętania krakowski hejnał. Wreszcie ktoś, cały w obłoku niecenzuralnych wyrażeń, wyprosił grajka... Ale ponoć grzecznie, mimo że wulgarnie. Miało to być coś w rodzaju: Ja cię, k....a, błagam, idź z tą pi... trąbą gdzieś na łąkę...

Mimo robót w rozoranym trawniku i pod rozebranym chodnikiem słyszę jeszcze w sobie gadanie morza... Rozkoszna i lekko niebezpieczna ta śpiewka... Dla odmiany w przyszłym tygodniu będę blisko gór, więc to, co niebezpieczne, zagłuszy mi może jazgot jakiegoś potoku... Morze się buja, przeciąga przypływem, bawi się słońcem - to leniuch, co śni psotne sny i jest mieszkaniem poważnych duchów, a w brzuchu swym kryje niebywałe dziwactwa... Morze ciągnie ducha ku myślom o sprawach ostatecznych... A rzeka - im dalej od morskich brzegów, tym bardziej jest rozbawiona, rozkrzyczana, beztrosko spieniona... Rwie, rwie w dół i nie myśli o mrocznych zaświatach, o migotliwej kałamarnicy, dziwacznym połykaczu i przeźroczystych potworach kłopotliwie uzębionych... Ile jeszcze jej się przydarzy, nim wpadnie do morza... Z iloma innymi rzekami się jeszcze zwiąże, ile jeszcze wirów miłosnych przed nią...

16:17, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 21 maja 2012
Quarashi

A dziś trochę muzyki. W nawiązaniu do poprzedniej notki. Islandzka grupa Quarashi i dźwięki napisane do sztuki wg powieści Halldóra Laxnessa "Duszpasterstwo koło Lodowca"... Wcześniej powieść doczekała się ekranizacji, a w 2001 roku została przerobina na sztukę. Po tym wydarzeniu pozostał album "Kristnihald undir jökli" I z niego dziś kawałek "Primus"...

14:41, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
sobota, 19 maja 2012
Halldór Laxness

Bo jest wreszcie trochę czasu... Mam chwilę błogiej ciszy i słomianego wdowieństwa i wpadło mi na myśl, by zdmuchnąć pajęczynkę z bloga. Tak rzadko ostatnio zaglądam do komputerka, niech więc się biedaczysko trochę potrudzi... A ja razem z nim... Chociaż nie, nie będę się trudzić i pozostanę przy brudnowpisach, bo nie ma co odbiegac od konwencji. Jak coś jest darmo, musi mieć kiepską jakość. Rady nie ma... Tylko o czym popaplać?? Nie ma tytułu? Może niech będzie... O, już wpisałem. Niech tym razem będzie Halldór Laxness. Znowu... A czemu? No bo jest okazja. Obchodzę tu różne rocznice krągłe. A Laxness właśnie ma swój czas, z rocznicową krągłością, bowiem nie tak dawno temu, w kwietniu, minęła 110 rocznica jego urodzin... Zatem święto, taki "Laxnesshátíð"... Laxness i Islandia - zaczarowany kraj, sen wariata słodki, ptaszydła chętne rąbnąć dzióbskiem w czachę, ryby i wieloryby (podobno bliskość monumentalnego ich cielska dobrze działa na babią płodność), duchy, co chętnie siadają okrakiem na spadzistych daszkach, zupełnie odjechane zmierzchy... Islandia - kraj bajek bez morału i olśniewających pejzaży... Jego letnie noce - jak powiada pisarz w opowiadaniu "Júdít Lvoff" - chłodne od rosy, przesyca zapach ziemi, a krajobrazy oblekają się w barwy osobliwe, zaś góry majestatyczne pierś człowieka wypełniają dziwnymi myślami, podobnie jak sen czy nabożeństwo...

Kiedyś w Polsce Laxness był pisarzem lubianym, zwłaszcza na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Miało to naturalnie związek z przyznaniem mu Nagrody Nobla w 1955, po której stał się pisarzem sławnym na cały świat i uchodzi dziś za najwybitniejszego pisarza skandynawskiego starszego pokolenia. Prawdziwa duma Islandczyków, którzy po tak znaczącym  wyróżnieniu wznieśli się ponad podziały w swym szacunku dla jego bez wątpienia wybitnej osoby... Bo wcześniej bywało różnie, bo nie dla wszystkich przecież był bohaterem ich bajki... Islandia nie wolna była od ostrych sporów politycznych, w których pisarz brał chętnie udział, nie wszycy podzielali jego poglądy, nie wszystkim podobały się jego sympatie dla tego wszystkiego, z czym my walczyliśmy aż po rok 89... Ale tak to było, że wielu twórców i intelektualistów z Zachodu ulegało "czarowi" komunistycznej Rosji... Długie było życie tego pisarza, bogate w wydarzenia i zmiany... Do szkoły za bardzo się nie nadawał, nie zdał matury, ale debiutował już jako nastolatek i przez resztę życia pozostał wierny pisarstwu, dzieki któremu wspiął się na szczyty. Podróżował po wielu krajach i kontynentach. I podróżował też duchowo; odszedł od protestantyzmu, by stać się katolikiem, a potem oddać się światopoglądowi marksistowskiemu... Szalenie się zmianiał, każda jego książka jest inna. Czasem jest Laxness nieco toporny, czasem bardzo wzruszający, czasem pretensjonalny,  czasem wręcz przeciwnie, niekiedy złośliwy i kpiarski i zawsze do bólu islandzki. Laxness to wycieczka przez islandzkie dzieje, to przygoda poszukującego ducha, to egzotyka odległej wyspy, w którą jednak zawsze wplątywał treści bliskie ludziom żyjącym wszędzie... Laxness - by wymienić kilka punktów - zafascynowanie Hamsunem na początku, a potem klasztor i Bóg, wreszcie rybackie spółdzielnie, Bjartur, co - jak powiadał Iwaszkiewicz - miał takie szczęście Frania, biedny i wrażliwy poeta czuły na krzywdę ludzką, łotrzyk Jón, a wreszcie wariactwo spod lodowca, a właściwie Lodowca, bo przecież nie o byle jakiej lodowej czapie tu mowa...

Koszmar ciasteczkowy... Ilekroć pomyślę o ciastkarskim kunszcie Tory - tłuczek, zjawia mi się w głowie mój własny ciasteczkowy islandzki koszmar w towarzystwie pięciu trajkoczących kobiet i dwóch mężczyzn, z których jeden nie mał zwyczaju strzępić sobie języka, drugiego zaś nigdy w życiu nie widziałem w butach... Tak, wtedy w ogóle nie byliśmy w butach - wszyscy paradowaliśmy po luksusach w skarpetkach, po luksusach zupełnie absurdalnych, bo wyrastających pośród kompletnej dziczy, wyludnionej, w której prawdopodobnie nie było nawet żadnych duchów, bo były to wakacje, więc szkoła, przy której znajdowały się nauczycielskie, wysprzątane do obłędu przytulności, świeciła pustkami, a z okolicznych dwóch, trzech domków wszystkich wywiało gdzieś w świat... Wszystko to stało się przez koleżankę, która stwierdziła, że byłoby miło, gdybym pojechał z jej rodzinką w odwiedziny do brata, na urodziny jego któregoś tam dziecięcia - drugiego albo trzeciego - zawsze jestem mało spostrzegawczy, gdy idzie o dzieci, za którymi nie przepadam. Z grzeczności nie odmówiłem. (Lói tak się ucieszy! To zapewnienie mnie zdumiało, bo tylko raz widziałem go przelotnie w saloniku w domu jego rodziców, gdy siedział, bez butów, na sofie... Podaliśmy sobie ręce i zamieniliśmy dwa słowa... No, ale skoro miał się ucieszyć...) Tak więc pojechaliśmy na kraniec świata - bo dalej już nic, już tylko zagubienie i śmierć... Na wykładzinach przeczystych stanąłem w sakrpetach, sztywny. Zupełnie jakbym kij połknął. Pielesze domowe tradycyjne, obce - coś, czego nie lubię... Jakiś zapaszek pranka, cudzej sypalni, żarełka, kobiety, dzieci... Nie, nie, nie! - Przyjęcie z okazji urodzin dziecięcia miało zupełnie dziecinny charakter, mimo że dzieciarnia zajęta była głównie zabawą w sąsiednim pokoju. To było coś... mlecznego. To była mleczarnia połączona z cukiernią... Żona młodego nauczyciela stanęła na głowie, by ugościć nas iście po królewsku słodyczami. Wszystko było po prostu przepyszne - w życiu nie raczyłem się równie wspaniałymi tortami, ciasteczkami, tyle że wszystko to mnie niemal na śmierć zamuliło... A że jeszcze niektórzy sięgnęli po mleko (!)... Miałem wrażenie, że to wszystko mi się śni. Na stole panował cukierniczy obłęd... Na szczęście pojawiła się jeszcze kawa. Wypiłem, z mlekiem... I miałem ochotę uciekać. Bo gdy nikt nikomu nie ma nic do powiedzenia, gdy panie tylko kłapią o bzdurach domowych i dzieciach, przy mleczkach i lukrach... W mojej myśli tylko coś krzyczało - Reykjavik! Reykjavik, daleki, z utęsknioną, oczyszczającą gorzałą i moim dryblasowatym, kochanym przyjacielem, którego nigdy nie miałem dość... A tu koszmar trwał, a nawet się przepoczwarzał w coś jeszcze gorszego, bo raptem, po słodkim obżarstwie, doszło do mojej skołatanej świadomości, że pora zdjąć z siebie także i skarpety oraz całą resztę... W pobliżu był basenik z wodą ciepłą... Czułem się jednak uratowany, bo nie miałem ze sobą żadnych kąpielowych gaci, jeno zwykłe białe slipy, a w nich nie miałem zamiaru się taplać w czymś tak okropnym jak basen. Rada jednak zaraz się znalazła - przecież po szafkach plątało się tyle gaci. Myślałem, że zemdleję. Gościnność posunęła się trochę za daleko, przerażająco daleko... Moje pokłady uległości zostały wyczerpane. Desperacko szukłem jakiegoś wyjścia - Tu jest tak pięknie... Wolałbym rozejrzeć się po okolicy... Lói podszedł ze mną do okna - A, skoro tak, to podejdź sobie tam. Wspaniale widać morze i drugą stronę zatoki... Bliskość Lói'ego i propozycja z gaciami... Ten, którego zawsze widziałem w skarpetach, należał do rodzaju tych facetów, jakich zwykłem obsypywać pocałunkami... Ładny blondasek z urzekająco przeciętną twarzą (tak, tak, bo w przeciętności właśnie kryje się piękno - reszta to już zjawiska oryginalne, charakterystyczne, wokół których można toczyć spory)... Bezspornie ładniutki. Z wysportowaną figurą... Gdyby było inaczej, gdybyśmy byli tylko my i te ciastka... Wtedy moglibyśmy przedyskutować sprawę dzielenia się majtkami... Doprawdy, gdybym włożył jego gacie, mógłbym się poczuć na tym baseniku nadmiernie rozmarzony, pobudzająco rozmarzony...--- To były czasy, kiedy miałem dość spore wahnięcia - nie byłem pewny czy chcę dalej żyć. A jeśli już żyć, to gdzie mieszkać... Dziwny gość - przeciętny Islandczykonorwegopolak... --- A dziś chcę żyć... I w zeszłym roku, W Akureyri, już patrzyłem na pejzaż Północy z tą pewnością. Nie jedząc słodyczy w nadmiarze... Taką czekoladkę tylko zjadłem. No, może dwie. Bo to już taka tradycja moja, że jak gdzieś przybywam, muszę zjeść coś słodkiego... Ale nie tyle, co nad fiordem szerokim...

No właśnie - bo Tora i jej ciasteczka. Tak jak Debi (w oryginale chyba Umfi), myślałem, że zwariowałem... "Duszpasterstwo koło Lodowca". Laxnessowy koszmar ciastczkowy. Co się zbiega z moim. Choć oczywiście u Laxnessa jest ciekawiej, bo w ogóle literatura jest ciekawsza od życia... "Duszpasterstwo" odstaje nieco od innych jego produkcji - tu nagle, w tej późnej już powieści, odbił w stronę surrealizmu i persyflażu... To spostrzeżenia młodego teologa, którego biskup Islandii posłał na przeszpiegi pod lodowiec Snaefell, bo działy się tam rzeczy zupełnie niesłychane. Bo miejscowy pastor zdawał się szydzić z chrześcijaństwa, bo kościół był zabity dechami, bo były problemy z pochówkami, bo ktoś coś wywiózł na lodowiec, może jakieś zwłoki, bo nie wiadomo, jak to było małżeństwem pastora Jona Prymusa, bo ponoć utrzymuje jakąś babę, o której mówią ni mniej, ni więcej, tylko Tora - tłuczek, bo ktoś postawił przy samym kościele bungalow... Rzeczywiście. Sprawy parafii nie wyglądały najlepiej. Debi znalazł się w osobliwym świecie, jakby w jakimś śnie... Został ugoszczony ciasteczkami, Himalajami ciasteczek, bo przecież tak zacnemu gościowi nie wypada podawać ryby... I oni, i mały cielak, spojeni kawą i zamuleni ciasteczkami. I on, i mały cielak półżywi od tego... A tu niespodzianka goni niespodziankę... Świat kolebie się między wiarą i racjonalizmem. I to i to jest w gruncie rzeczy jakimś bzikiem. Ma ponoć dojść do jakiegoś zmartwychwastania. Ale chrześcijaństwo ma już przecież jedno. To może już dość! Czy to drugie mogłoby powalić pierwsze? Tak swoją drogą? Wierzymy w coś, ale wolimy się bronić przed tym, gdyby miało okazać się możliwe... Świat chyba jeszcze nie został ukończony... W każdym razie pastor, spec od naprawiania prymusów i podkuwania koni, nie uważa, by nadszedł czas na słowa. Lodowiec i lilie milczą. A pastor wyrósł z modlitw. Parafianie się zresztą nie skarżą... Kościół to pobojowisko... Pastor jest mądry i jest jak dziecko - wierzy... w moc fantazji i poezji... Co raz zjawiają się postaci i opowieści, które Debi spisuje z narastającą obawą, że biskup, gdy zapozna się z raportem, pomyśli, że zupełnie zwariował... I tak by można było jeszcze dalej, w blogowym skrócie telegraficznym...

Dodam obrazek. Fragment filmu nakręconaego wg tej powieści... To scena z rozdziału "Dwanaście ton". Przybywa Jodinus i nowi goście... Nie, Debi tak szybko nie odjedzie. Jodinus - kierowca, co ma trzy podstawaowe wady: że jest prostym człowiekiem, robotnikiem i Islandczykiem. No i jest oczywiście poetą, autorem poematu o palisandrze. (Kto tam nie jest poetą!! Na Islandii.) Z nim są goście - wdówka wesoła i trzej faceci, których obecność niepokoi wysłannika biskupa, zwłaszcza po tym, jak zapowiedzieli, że utną zmarłemu Godmanowi głowę, by ją zasuszyć. Debi musiał być czujny, pilnować, by pogrzeb odbył się zgodnie z przepisami i by nie wykorzystano kościała do jakichś nieprzyzwoitych praktyk... Co się miało dokonać, jednak się dokonało... Na lodowcu była ryba, a przed tajemniczym bungalowem zjawiła się żona pastora, Ua, której nie było przez dzieięciolecia i która, jako że była katoliczką, miała pełne kwalifikacje, by między innymi przez jakiś czas prowadzić burdel za oceanem...  Całe to wariactwo zawiedzie go w końcu na zamglone bagno... Rozlegnie się śmiech tylko... Była prawdziwa czy duchem tylko?... Moc wielka objawia się w małym śnieguliczku, któremu żaden wicher nie straszny... Nad małym śnieguliczkiem - Debim przeszła istna burza potęg... W Islandii - kraju tak charakterystycznym, że aż chce się śmiać... Śmieszna może być bieda, śmieszne bogacenie się, śmieszne są wafelki Prince - Polo, śmieszne są duchy i umrzyki, co wstają, by żałobnikom przygotować jedzenie, barany zaczarowane i co tam jeszcze... Islandczycy potrafią z siebie żartować. Potrafił to też i Laxness. I śmiech umiejętnie mieszał z poważną refleksją na temat człowieka, życia...

Lodowiec milczy. Ten lodowiec, który jest bohaterem wędrówki do wnętrza ziemi Verne'a. Czasem tonie we mgle, to znów skrzy się w słońcu. Bywa też brzydki i brudny. Albo pieknie barwi go słońce. Czasem zdarza mu się być jakąś bezcielesną, dziwną zjawą. A czasem naczyniem z cienkiej porcelany o złoconych brzegach. Tajemniczy lodowiec. Jak wielka, odwrócona waza na zupę... Może kiedyś zdradzi swe sekrety... Co to będzie? Może tylko mała mysz? Za nim, ku wschodowi, ciągnie się górskie pasmo - każda góra jest inna, tak jak ludzie są inni... Żyjemy w chaosie myśli, światopoglądów, pośród tajemniczych potęg, my, malutcy, jak śnieguły... Nic innego nie wypada, jak po prostu jakoś w tym szaleństwie uczestniczyć szukając dla siebie najodpowiedniejszych dróg i miejsc... Może największa siła tkwi właśnie w poezji i fantazji? W zaczarowanych baranach i duchach... W życiu pośród przyjmowanych ze spokojem sprzeczności...

No, to pamiętajmy o Laxnessie. O pisarzu, który nas bardzo lubił. Kiedyś tak go go cieszyło, że był u nas rozpoznawalną postacią. Symaptyczny to był człowiek. O osobliwym uśmiechu, o którym wspominała kiedyś Maria Dąbrowska, o tym, że miał taki pionowy uśmiech, który odsłaniał końskie zęby.

środa, 09 maja 2012
Liciński

Trzeba coś dorzucić do tego stareńkiego bloga... Ależ się przyzwyczaiłem.:)

Niech będzie zatem znowu coś odkurzonego. Jakoś tak ostatnio wspomniałem Licińskiego, zajrzałem więc na półkę - puff - poleciało trochę kurzu. Jest. Buntownik totalny sprzed lat stu. Wzór konsekwencji. I talent niebanalny.

Niezbyt wiele wiemy o Licińskim - garsteczka faktów, a reszta to legenda. Barwna legenda. Poza skąpym literackim dorobkiem niewiele po nim zostało. Dochowało się do naszych czasów bodaj jedno mało wyraźne zdjęcie, na którym widać go w jakimś straszliwym czarnym, grubym płaszczu i wielkiej czapie. Duży ciemny wąs, jakaś zaciętość malująca się w obliczu, jakiś pogłębiający bruzdy na czole gniew... Wypada tu poskarżyć się na okrutną i głupią historię, która w naszym kulturalnym życiu powypalała tyle dziur. Potworne efekty powstania warszawskiego - pożary niszczące bezpowrotnie bezcenne papiery, do których chętnie by się dziś zajrzało. Wśród nich były pamiątki po Licińskim, które posiadała jego przyjaciółka Zofia Nałkowska. Kiedyś tak intensywnie ze sobą korespondowali - nie ma po tym śladu...

Liciński jakoś tak nie miał szczęścia. Zasilił grono tych zapomnianych. Po 1917 niczego nie wznowiono. Planowano wprawdzie wydobyć go z cienia, ale wszystkiemu przeszkodziła wojna. Później, już po wojennym zamieszanu, Zofia Nałkowska planowała wydać dzieła swego przyjaciela, pracowała nawet nad przedmową do nich, ale jakoś do niczego nie doszło. Dopiero Wydawnictwo Literackie z Krakowa wyciągnęło go z powrotem na światło dzienne w 1978 roku.

Ludwik Stanisław Liciński. Wyklęty i przepędzany. Bezdomny włóczęga, pachnący biedą i brudem, przepojony liryzmem kronikarz warszawskiego lumpenproletariatu, buntownik, człowiek z sercem, porównywany do wielu, wielu wielkich piór, polskich i światowych. Słusznie!

Gość z Lubartowa. Rocznik 1874. Ten, którego wypieprzali z hukiem. Najpierw z lubelskiego gimnazjum, do którego chodził m. in. ze Stanisławem Brzozowskim i Andrzejem Strugiem. Pan dyrektor, późniejszy osławiony cenzor warszawski, precz mu powiedział, za nieprzystosowanie do systemu. Niesubordynacja, wrogość wobec władz carskich - Precz! Tak mu jeszcze powiedziano i w Radomiu, i w Zamościu, i w Chełmie. Miast matury dostał wilczy bilet. Trzeba więc było wiać poza tereny zaboru rosyjskiego. Dotarł do Krakowa, gdzie jednak też nie zagrzał miejsca zbyt długo - przez rok był wolnym słuchaczem na Wydziale Filozoficznym UJ, po czym precz powiedziała mu administracja austriacka... Wszędzie ten indywidualista był podejrzany. Włóczykij, co pośród halucynacji szukał swej drogi, własnej postawy wobec świata... Po krakowskim epizodzie przybywa nielegalnie do Warszawy, na jej bruki. Poznaje tam wiele znakomitych postaci, zaprzyjaźnił się ze wspomnianą już Zofią Nałkowską, Januszem Korczakiem, Ludwikiem Krzywickim... No i pisze, współpracuje z lewicową prasą, daje się poznać też jako etnograf. I niszczy go gruźlica... Brał udział w demonstracjach 1905 roku. Śledzony przez policję próbował uciekać ponoć aż na Syberię, by się na miejscu zapoznać z piekłem życia więźniów politycznych, ofiar carskiej przemocy i okrucieństwa... To jednak raczej można między bajki włożyć... Wacław Nałkowski odnalazł go wycieńczonego w rodzinnym Lubartowie i zabrał ze sobą do Warszawy, a jego córka, Zofia razem z Leonem Rygierem poczyniła starania, by umieścić go w sanatorium przeciwgruźliczym w Otwocku przy wsparciu finansowym Bolesława Prusa. Było już jednak późno - po kilku miesiącach, 22 kwietnia 1908, całkiem jeszcze młodziutki Liciński zmarł... Świadkiem tego umierania była Nałkowska. Było to dla niej jedno z ważniejszych doświadczeń życia. Licińskiego i jego umieranie uwieczniła w powieści "Narcyza". A i potem jeszcze wracała do jego osoby, niezwykłej osoby.

Idzie Chrystus, nogą depce maluczkich, głodnym każe się sprzedać w niewolę, skrępowanym błogosławić powrozy. Jednym tylko bogaczom dłoń podaje przyjazną, siada z nimi przy stole jak rajca, Boga z nimi szachruje... Za Chrystusem - giełdziarzem tłoczy się ciżba biskupów, stada proboszczów się cisną... Przywlekli z sobą zgraje utrzymanek i bękartów: płaszczem swoim osłoń je, Chryste!... Poustawiali wory zrabowanych pieniędzy: pobłogosław je, Chryste... Poustawiali stosy zabitych ewangelią i karabinami ludzi: potęp ich, Chryste!... Chrystus z twarzą przesłodką na swych ukochanych proboszczów spogląda: co wy zwiążecie na ziemi, sam szatan nie rozwiąże... A więc wiązać ramiona i ręce!

*

Chciałbym was uczyć Boga. Ale wyuczcie się pierwej Człowieka. Jednego w drugim odnajdziecie.

O sztuko! Ty do nich gadaj! Ty - potężna i wszechogarniająca, jak Bóg przez poetów śniony. Bo jeśli Ty im nie rozświetlisz mroków, któż je rozświetli.

*

Nie bój się ludzi, do których mord krwawy i kał wszelki przysycha, bo oni braćmi są twoimi; nie lękaj się krwi i śmierci, bo one są dzieckiem człowieka; nie pysznij się cnotą tchórzliwej sytości, bo ona te zbrodnie stworzyła.

Ot tak, kilka cytatów tego solidaryzującego się z nizinami człowieka, ze skrzywdzonymi i poniżonymi, z tymi, których życie solidnie poprzycierało. Nie tylko tak papierowo, ale całkiem na poważnie, w rzeczywistości, bo jego ludźmi, bo jego przyjaciółmi, dla których miał w swoim sercu najcieplejsze miejsce, byli nożownicy, szybko niszczące się prostytutki i wszystkie nocne warszawskie ćmy, sowy, nietoperze...

Rzeczywistość miesza się ze zwidami... W oczach tego, który odkrył, że od dzieciństwa używano go dla jakichś obcych zasad, jakichś niedorzecznych paragrafów i nie swoich celów... Precz ze stadem! Precz z narzuconą normą! Wierzgający wykopał się na margines, w piekło okaleczonych. Nędza, podłe noclegownie, mieszkania po byle jakich kątach, nocne życie, wisielcy, wiślane topielice, księżyc, błyskawice i cmentarze... A świat naciska, stara się wymyslić mu rolę, zawody, by go stłamsić i unicestwić, by zniszczyć niezależność oburzonego outsidera i współczującego ze społecznością wydziedziczonych, wykluczonych włóczęgi. Zaborca, kler i "porządny obywatel" - to trzej wrogowie, to trójca rąsie sobie ściskająca... A więc rzucić trochę światła, na człowieka... Snop jego poszedł w niziny, do lumpa, do kurwy - tam znalazło się serce, tam pod nieprzyjaźnie wyglądającą skorupą biły źródła uczuć, tam znalazło się piękno, ukryte w świecie sterroryzowanym przez polityczne bezprawie, przez konwencje codziennych międzyludzkich gierek, w świecie wiecznie kłapiącym zębatą paszczą, gdy tylko natknie się na jakąś odmienność.

Liciński, drwiący i sarkastyczny, i kochający ten porąbany świat. Odmienec, inny, żyjący pośród sprzecznych emocji... Totalnie zbuntowany włóczęga, który swój literacki drobiazg skończył "Burzą" opisującą rewolucyjny zryw bez przywódcy... Liciński, co sądził, że należy unicestwić państwo i jego instytucje.

 Stare, młopdoplskie pisanie. Może to brzmieć odstraszająco, ale proza Licińskiego broni się do dziś. "Halucynacje. Z pamiętnika włóczęgi" -te dwa zbiorki zebrane w jednym tomie należą do tych nielicznych przejawów literackiej twórczości z tamtej epoki, o których można powiedzieć, że i w naszych czasach zachowują czytelniczą wartość... I choć wszystko dzieje się w świecie, którego już nie ma, to jednak pewne rzeczy ciągle są aktualne - problem ludzi wykluczonych z takich czy innych powodów, ludzkiej głupoty... no i ten bezczelny klechistan... Zwłaszcza te uderzenia w kleszy syf mi się u Licińskiego podobają - w durnotę, w chęć władania ludźmi, wbijania ich w nieuzasadnione poczucie winy, w to kropienie brudną wodą, drogocenną, jak się okazuje, te kosztowne pogrzeby, pustotę obrzędów (mówi o tym choćby świetne opowiadanie "Po śmierci" - drastyczny przykład uprzedmiotowienia człowieka. Patrzymy w nim oczami... wisielca... Jeszcze jakoś tak ujdzie, gdy idzie o różne formalności policyjno - lekarskie, gorzej gdy już go do trumienki wsadzą i wetkną pod łapkę martwą "papierowego Lojolę"... Zaczynają się pertraktacje z księdzem... Robienie śmierci. Niesmak... Z samobójcą to kłopot. Ale i przeciez wdowę po nim można oskubać... O, a jeszcze i coś zadrgało pod sutanną... Chętnie by jej się i cycki obmacało... Jest już tylko trup - przedmiot, zabawka dla bezdusznych ceremonii, bo takie obyczaje... I świetny, acz wyuzdany sposób na zarobkowanie...) Byle tylko się uczepić, już w szkołach sączyć bajeczki do małych główek, już z ledwo wyklutego pisklęcia robić grzesznika, by się tarzał u stóp w poczuciu winy i szukał przebaczenia, i wdzięczny był za łaskawą pokutę, byle by posiać w nim trujące ziarenko, aby był naszym klientem, nawet dla picu, dla zwyczajów wynikłych z zasiedziałego od dzieciństwa przesądu... Bo jeśli jednak?

Przychodzi mi na myśl inny, nieco późniejszy pisarz walący w nieznośny klechistan - Zegadłowicz, który słusznie zauważa, że na świecie byłoby o wiele mnie zła, gdyby ludzkości nie motano w sieci wyznaniowych kultów.... Pal licho, że zabiją jakiegoś pocziciwca głoszącego idee przeciwne naturze ludzkiej - zła to rzecz, smutna, bo lepiej takiego zostawić a zastanowić się może, czy czegoś w człowieku nie trzeba zmienić - ale jeszcze gorzej jest, gdy z zadręczonego poczciwca robi się boga, a jego idee rozpuszcza się w przepisach, w nonsensownych praktykach i przykazaniach... Wtedy nie zmienia się nic. Jedynie stary kubeł pomyj wzbogacony jest o kroplę czystego spirytusu. Przez kult i klepanie zaklęć człowiek ani na jotę nie staje się lepszy. I im mniej umundurowań, tym lepiej. Także tych czarnych, powłóczystych... Bo czymże mundur? To przecież fikcja znaczenia, zarozumialstwo nic nie znaczącego... A ludzie się ciągle nabierają...

Poszedł więc Liciński na dół, by poszukać człowieka... Można powiedzieć, stara ramotka... No ale... Skoro są takie ramoty, którymi wiecznie muszą się posługiwać egzaminatorzy przy okazji tych uroczystych klasówek zwanych maturami, to może i tę ramotkę warto by było przypomnieć, by i przy takiej okazji, przy całkiem zjadliwej książce, sobie pogwarzyć o tym, co też nas przestało gryźć, a co gryzie nas nadal...

Tak jeszcze sobie pomyślałem troszkę o równowadze, przy okazji Zegadłowicza. O ile mnie pamięć nie myli, Zegadłowicz otrzymał kiedyś tytuł honorowego obywatela Wadowic. A potem, gdy opublikował "Zmory", tytuł mu ten klechistan odebrał. Podejrzewam, że takim tytułem cieszy się w naszych czasach niedawny jeszcze pierwszy lokator Watykanu. Byłbym usatysfakcjonowany, gdyby jednak przywrócono ten tytuł pisarzowi. To byłby miły gest. Dla klechistanu pewnie ten dawno zmarły pisarz to dalej jest szkodnik. Ale z kolei na przykład dla mnie większym szkodnikiem pozostaje kapłan. Jakaż piękna równowaga by była, gdyby jednak w tym "papieskim" mieście zapanowało takie tytularne sąsiedztwo...:)

To tyle o starych ramotach... Kłania się omszały Miś.:)

17:22, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »