BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
niedziela, 19 maja 2013
Gieorgija Gulii niewymyślna saga o wikingu

 Upajam się świętym spokojem. Chociaż, jak widać, nie wychodzi mi to najlepiej, skoro tutaj jestem. Najwyraźniej absolutne nieróbstwo mi nie służy...

 Najdroższy wyjechał na kilka dni, więc sobie jestem sam z psiarnią, która wywlokła mnie dziś na poranny spacer już za kwadrans szósta. Zapytałem się tylko: - Czy naprawdę teraz właśnie musimy iść? Może jeszcze chociaż z pół godziny? - Niedźwiedź i Budrek postawili jednak na swoim: - Są rzeczy nagłe, których nie da się odłożyć na później. Hau, hau!!!

 Poranna, niedzielna cisza majowa ma w sobie niezaprzeczalny urok. Aż człowiek marzy o tym, by w ten sposób wyglądała cała doba, by tak wyglądały wszystkie dalsze doby - bez zadyszek, wściekłego warczenia, upokarzającego pośpiechu, pracy, wielkomiejskich korków, nawet bez mamrotań i śpiewów błagalnych po świątyniach...

 Ale cóż te cisze poranne czy wieczorne...

 Pewien książeczkowy wiking o imieniu Kari, młodziutki i jeszcze czysty, patrzył na swój fiord przedwieczorną porą i wszystko wydawało mu się takie bajkowe i piękne. Szczyty gór okrywał ciągle słoneczny blask, wypełniona zaś wodą dolina tonęła już w wieczornym zmierzchu i w lekkkich oparach. Drugi brzeg spowijała błękitna mgiełka. Świat wyglądał na cichy, spokojny, wolny od gwałtownych namiętności, zatopiony w kontemplacji własnego istnienia. Wszystko, wobec tej przeogromnej ciszy, wszytstkie sprawy i uczucia, które dotąd wydawały mu się bardzo ważne, stawały się maleńkie... Sam Odyn zażywał pokoju i zsyłał go na ziemię...

 Jego starszy i doświadczony, ponad miarę doświadczony przyjaciel, skald Tejt, miał inne zgoła zdanie o wszystkim. Nic dla niego nie zmierzało ku lepszemu, żadne spokoje nie zdołały go uśpić. Ten spokój był dla niego kruchy, nic nie znaczący wobec nieustającego nurtu życia i niestałości bytu. Cisza i spokój są złudne - powiadał - zdolne tylko przesłonić oczy zasłoną podobną do tej, która zawisła nad przeciwległym brzegiem. Na człowieka - dodawał - wali się nieuchronnie jedno nieszczęście za drugim.

 Skalda musiała spotkać jakaś wielka tragedia. Zapewne dlatego tak bardzo przepełniała go gorycz. Ale gdy ktoś ciekawski zaczynał tego samotnika wypytywać, milkł albo zmieniał temat rozmowy. Był tajemniczy ten samotny poeta i niezrównany wytwórca mieczy, i wszyscy uznali, że wziął się on znikąd i przepadnie kiedyś tak, jak się zjawił - niepostrzeżenie.

 W głębi duszy skald zazdrościł jednak każdemu, kto patrzył na wszystko oczami dziecka i wierzył w dobro... Kari był jak małe kocię, ślepe kocię... Chociaż takie porównanie było może zbyt proste. Życie wszak rozmaicie się układa. Nie, nie zawsze przecież jest takie złe, okrutne. I nie zawsze to, co kryje się za urokliwymi, złudnymi mgiełkami psuje doszczętnie człowieka.

 Tak czy owak z biegiem czasu człowiek coraz bardziej skłania się ku opinii starszego skalda... Dobrze, zapewne dobrze układać pieśni i tworzyć coś porywającego wyobraźnię, by z młodszych, czystych jeszcze dusz wyszło coś dobrego i pożytecznego... Ale na zło trudna rada... (Mądry Schopenhauer uczy, że nawet nie ma żadnej rady, i wszystko, co można uczynić, to tylko go nie potęgować...) Z biegiem czasu widzi się, że jest niebezpiecznie, że padło się ofiarą oszustwa, że to wszystko nie dla nas; nie na nasze liche ciała, nerwy i siły świat z robactwem, niepogodą, choróbskiem, cudzą okrutną wolą, piekłem innch ludzi, którego powiew dusi swym gorącym odorem... I piękno natury - jakże ufny był wobec tej barwnej mateczki Laxnessowy Ljósvíkingur, lecz po jednej nocy całkiem mu ta ufność przeszła... No, północne rejony tej bestii - mateczki to już w ogóle nie przelewki.

 Tak, z porannego spaceru można dojść do prastarego świata wikingów. I do książeczki... Podobno ludziska nie chcą dziś sięgać po książeczki. Już któryś raz czytam w gazetach, jaki to kryzys czytelniczy nastąpił. Że nawet ogromny, ogromny procent ludzi z wyższym wykształceniem niczego nie czyta... Nie wiem, czy trzeba się tym tak bardzo martwić. Chyba zawsze po świecie chodziło pełno ludzi nieczytatych i niepisatych. Książek jednak pełno na półkach. W księgarniach i bibliotekach jednak dość ludno. I chyba nigdy nie braknie takich, dla których czytanie ma jakiś sens. A obok nich będą sobie żyli wszyscy nieczytaci, którzy w ślęczeniu nad książką nie będą widzieli sensu... Zresztą pytanie o ten sens jest dość trudne. Dziś ponoć uczniowie częściej pytają o sens czytania, o to, co z tego będą mieli w przyszłości, a panie nauczycieleczki jakoś nie bardzo umieją na to odpowiedzieć. (O, jak to dobrze, gdy ludzie nie pytają, tylko robią to, co im się każe!!) Coś tam się papla o tym, że jak się tak zbiorowo naczytamy tego samego, to będziemy mieli swoje kody, będziemy mogli też błyskać cudzymi myślami -  dajmy na to - przy kawusi... Bywają ludzie, co niezmordowanie umieją sypać cytatami, co rodzi obawę, że nie mają w głowach niczego własnego, oryginalnego - przykładem takiej chodzącej rupieciarni jest dla mnie poseł Iwiński - doprawdy boję się pomyśleć, co by z niego zostało, gdyby nagle wyleciały mu z głowy wszystkie cudze złote myśli i przysłowia z nawet dalekich a egzotycznych stron, jaką myśl przesłałaby nam wówczas ta osobliwa katarynka??... Nie, szkoda gadać. Można się zaczytać i przeczytać... We wszystkim potrzebny jest umiar. A powody... Sam nigdy nie myślałem o szyfrach i kodach - to w końcu dziecinada. Zbyt źle mi kiedyś było na świecie, a z książkami poczułem się nagle bezpieczniej i zrobiło się piękniej i rozbudziły się różne pragnienia... I tak już zostało ze mną to czytanie. Chociaż nie szukam w nim dziś jakiegoś szczególnego schronienia... Dziś to już nie ma takiego doniosłego znaczenia. Lubię dziś wracać. Tak jak wracam do miejsc, tak też wracam do starych książek i książeczek. Chociaż nie stronię też od nowości.

 I tak to sobie przypomniałem o książeczce o starych czasach, gdy wszystko było prostsze, kiedy nie było jeszcze książeczek, kiedy częściej może spotykało się mędrców (dziś raczej łatwiej natknąć się na mądralę albo na ludzi cierpiących na umysłową otyłość, których zwie się intelektualistami [niektórzy ludzie tak obrośli tłuszczem zbędnych słów, że do wypowiedzenia kilku banałów potrzebują całej grubej księgi - i żeby choć w tych tłustych żonglerkach był jaki skaldycki urok, ale gdzie tam...] i kiedy zło nie było nadmiernie wyrafinowane (w przeciwieństwie do poezji - czy dziś nie jest przypadkiem na odwrót??)... Przypomniałem sobie o opowieści napisanej przez rosyjskiego pisarza o abchaskich korzeniach... Można powiedzieć - taka ciekawostka wydana u nas przed laty. Oryginalny tytuł książeczki brzmi "Wiking", a u nas ukazała sie ona pod tytułem "Saga o Karim, synu Gunnara". Ów pisarz, Gieorgij Gulia, w swej twórczości sięgał do czasów dawnych, do starożytnego Egiptu, Grecji, Rzymu, a także uległ fascynacji dawną Skandynawią, co skłoniło go do napisania niewielkiej powieści trochę tak w stylu staronordyckiej sagi.

 Zachwycił się kiedyś Gieorgij Norwegią. Z nutą szcunku wspomniał o groźnym krajobrazie oglądanym podczas morskiej wycieczki z Bergen ku Ålesund. I podziwiając surowe piękno myślał o dawnych ludziach, którzy tam mieszkali, o ich życiu, kłopotach i radościach, o pogoni za przygodą, o ich wyprawach i o wielkim morzu, za którym kryły się tajemnice, kuszące tajemnice. Myślał o przyczynach, które pachały ludzi do wędrówki. Ich życie rozgrywało się na ogromnych przestrzeniach lądu i morza - od Islandii po północną Afrykę, od Morza Kaspijskiego po Amerykę... (Tak, w przypadku tej ostatniej, obudzili wikingowie głęboki szacunek nawet u Oscara Wilde'a, który powiedział o dzielnych skandynawskich żeglarzach, że udali się oni do Ameryki, ale mieli dość rozsądku i zaraz stamtąd wyjechali...:-)) Podziwiał tych ludzi za ich odwagę. "Jakie uczucia - pisał - władały żegalrzami wypuszczającymi się w daleki rejs? Postanowienie, żeby płynąć i płynąć? Zuchwałość? Ocean był nieznany i pełen tajemnic. Może czegoś podobnego doświadczą ci z naszych potomków, którzy pierwsi polecą na odległe planety, żeby osiąść tan na stałe? W każdym razie, niezależnie od czasów, nieznane pozostaje nieznanym, przetartych szlaków w nim nie było i nie będzie. To wcale, ale to wcale nie jest proste, a dla duszy i serca - prawie nie do wytrzymania.

 A jednak płynęli".

 Bywają różne niewygody, które czynią z człowieka emigranta: bieda, chciwe i okrutne władze, osobiste zawikłania, od których nic, tylko uciekać... O różnych staronorweskiech bolączkach opowiedział Gulia snując historię swych bohaterów.

 Młody Kari przygląda się światu. Wszystko wydaje się dobre i opiekuńcze, choć jego przyjaciel, Tejt, ma wiele gorzkich słów pod adresem świata i ludzi. Rychło Kari ujrzy czym jest głupota, przemoc, gwałt, hańba. Szybko poleje się krew. Szybko ludzie splączą się w waśni... Kariemu nie w głowie czynienie krzywdy, ale banda brutalnych berserków terroryzujących okolicę (ot - średniowieczni dresiarze) uczyni zeń odważnego, krwawego mściciela... Jest tak, jak to się dzieje w sagach - ktoś czyni krzywdę i za nią krzywdziciel musi odpowiedzieć. Zasady są proste - kto mieczem wojuje, od miecza zginie.

 Historia jest prosta. Kari się zakochuje i tym samym wchodzi głównemu bandziorowi okolicy w paradę, bo ów bandzior ubzdurał sobie, że urocza Gudrid to już jego własność. Gudrid jednak żadną własnością być nie chciała, za co spotkało ją i Kariego najgorsze z możliwych upokorzeń. Kari został pojmany i przywiązany do drzewa, by stać się świadkiem zbiorowego gwałtu.

 Po oszołomieniu, poczuciu bezsilności i chęci popełnienia samobójstwa, przyszedł czas na zemstę... Po tym nie było już miejsca dla ukochanych w starym kraju.

 Byle być jak najdalej od bezprawia, szaleństwa nakręcającej się spirali zła, chciwych i bezwzględnych konungów, jarlów, hersirów i ich brutalnych przydupasów... Dołączyli do ludzi szukających odmiany za horyzontem... Popłynęli w nęcącą dal, w niewiadome... W tej chwili wszystko, wszelkie niebezpieczeństwa zdawały się lepsze od ziemi pełnej tak okropnych wspomnień i kto wie, jak wielu chętnych do pomszczenia hasającego w poczuciu bezkarności bandziora...

 No, taka sobie prosta historia skandynawska spod rosyjskiego pióra. Bardzo zgrabna. Do poczynania. Na marginesie codziennych spraw. Tak żeby zajrzeć do jakiegoś świata obok, co żyje sobie między twardymi albo miękkimi okładkami. Tak, żeby było coś ciekawszego od życia za oknem... (Och, prawdę mówiąc nie lubię czytać o tym, co widzę za oknem, bo to już pachnie grubaśną przesadą.) Tak że to może jest dobry i wystarczający powód... Bo te bardziej wzniosłe, wydumane powody... Że mądrości w księgach zawarte... Mogą się one przylepić do głowy, ale też przelecieć tylko przed oczami. Że w nich jest jakieś światło... W świetle różnie bywa. Mówią, że książki kształcą i oświecają. I że jak ktoś już jest taki oświecony, to się dobrym staje. Ale też ile zła dzieje się właśnie w świetle. Jakież zło bywa rozumne i wykształcone. A dobro ciemne i małomówne, niezbyt sprawne w paplaniu i liczeniu. Kto wie, może trzeba tyleż światła, co ciemności. Tak chyba prawiła gdzieś Sigrid Undset, że nie ma się co bronić przed ciemnością, w niej wszak też dzieją się dobre rzeczy, bo przychodzi odpoczynek po tych wszystkich światłach dnia, bo nocami lubimy się kochać, a że gdzieś tam jakieś nierozumne zabobonne drżenie... Może to bardziej owo drżenie sprawia, że jesteśmy lepsi... (Tylko niech mi tu nikt nie podaje przykładów w postaci obwieszonych dewocjonaliami smoleńsczyków - w nich nic nie drży - oni są w świetle takiego jednego oczytanego, który nimi kręci, nic w nich nie drży - oni gniewają się na życie i oczekują sprawiedliwości, czyli prezentów, tutaj... Oczywiście się ich nie doczekają.)

 Czytać? Nie czytać? Może jednak czytać. Tak troszkę. W sam raz. Choćby o wikingu.:))

 Gieorgij Gulia, Saga o Karim, synu Gunnara, Czytelnik, Warszawa 1985.

18:26, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
czwartek, 09 maja 2013
O muzykalności szczęściarza i o tym, by nie być nazbyt gorliwym w lęku przed dzikiem

 Można powiedzieć, że się blogowo opuściłem. Ale co poradzić, czasu zazwyczaj mało, a też i blogerska energia gdzieś powoli uchodzi. Nic, tylko zamknąć kramik. Bo też i człowiek mało ma do powiedzenia...

 Kręci się. Czas płynie. Tato się pilnie leczy i co jakiś czas zdaje mi z tego relacje, co jest dla mnie piekielnie nużące.

 Czas płynie i z owym płynięciem cholerny Niedźwiedź robi się w swej starości upiorny - waha się w swych nastrojach. Albo śpi, albo wpada w psie euforie. Od czasu do czasu pada z nóg - nie wiem, jakby dotknęła go starcza epilepsja. Teraz znów w okolicy ruja, więc upiorną i prawie bezzębną już starość ogarnia pełne podniecenia rozweselenie. I pomyśleć, że w trakcie długiego weekendu byliśmy przekonani, że Niedźwiedź nas już opuszcza. Jednak się jeszcze pozbierał.

 W kwietniu zrobiłem sobie malutkie wakacje. Udało mi się na moment uciec w jeszcze przedwiosenne szarości, w łachy brudnego śniegu, w spokój okalający moje drogie Børgin,  w miejsce, gdzie morze, siegające daleko w głąb lądu, wlało się w idylliczną dolinkę przez wąziutki i wiecznie dzięki pływom niespokojny przesmyk, który sprawia wrażenie niezdecydowanej, przetaczającej swe wody pod mostem raz w jedną, raz w drugą stronę rzeki.

 Czasem budzi się we mnie uciekinier. Co by było, gdybym przepadł sobie więcej niż na chwilę... Niekiedy mam ochotę poudawać, że nie wiem, kim jestem... Niepoprawne marzycielstwo... Ale prawdziwych marzeń się przecież nie spełnia, o ile się ma choć odrobinę instynktu samozachowawczego.

 Targanie bagażu po lotniskowych halach. Patrzenie, drapiąc się za uchem, na rozkłady jazdy. Dłubanie butem w żwirku na przystanku. Z przypadkowym celem w myślach. Bez obowiązków, bez terminów, bez zbędnych ciężarów... (Mhm - tu otrzeźwienie - z coraz cieńszym portfelem...)

 Ale człowiek wraca, jak to jojo. I już znowu jest w łapach swego ustalonego życia, gdzie zawsze czekają jakieś musowe sprawy... I tak człowiek tańczy. Ech, czy to rytmy rozkładów jazdy pojazdów wszelakich, czy też rozpiska przemyślanych zadań, zawsze trzeba odpowiednio szybko stawiać kroki, żeby się nie pogubić, żeby dotrzeć do końca, który z kolei jest początkiem jakiegoś nowego tańca... W życiu ciągle gra jakaś muzyka, której za cholerę nie można wyłączyć - to znaczy można by było ją wyłączyć, ale to wiązałoby się z rozwaleniem w pył całej dyskoteki, lecz do tego potrzeba odwagi szczególnego rodzaju...

 No tak, to mi przyszło kiedyś na myśl. Nic w tym oryginalnego. To w zasadzie już dawno podpowiedział mi Choromański... Och, coż za niestosowność przywoływać teraz myśl z książki tak cholernie, tak skrajnie zimowej. Bo przecież "Biali bracia" to zimowe szaleństwo. A u nas ostatnio tak wielu ludzi narzekało na zimę. Trudno więc polecać dziś, kiedy radośnie kwitnie mniszek, tę ukraińską zawieruchę... No, ale myśl celna - o tym, że jak się wypadnie raz z rytmu, to trudno ustalić, gdzie może się skończyć łańcuch zgubnych przykrości. Bo w każdym niepowodzeniu kryją się w stanie embrionalnym jakieś następne i nie wiadomo, w jaki sposób można by ich uniknąć. Cała więc rzecz w tym, żeby w życiu dobrze deptać w tańcu, nawet gdy wokół dzieje się źle, bo jak się człowiek zgubi, to już może nie złapać rytmu. A człowiek zawsze jakiemuś rytmowi podlega, i tylko jego wyczucie zapewnia mu szczęście. Szczęście po prostu tkwi w muzykalności. I nawet jeśli melodia nie zawsze nam odpowiada, przy dobrym tanecznym wytrenowaniu i przy niej możemy znaleźć radość, zadowolenie oraz wszelkie możliwe zaspokojenia.

 Czasem trzeba użyć brzydkiego słowa... Tak więc użyję: - Kurwa, jak mi często nie pasowała melodia! Ale jakoś je wszystkie przetańczyłem. Łapałem zadyszki, potykałem się, ktoś mnie czasem musiał podprowadzić, ale jakoś nie wypadłem z parkietu, choć momentami myślałem, że mnie już zawał bierze... Muzyka nadal gra. I jeszcze się trzymam...

 Wypada więc powiedzieć: - Starajcie się być muzykalni! Bo jak się człowiek porusza nie do taktu, jego życie jest stracone.

 Heteryckie splątania przywiodły mnie na ten przeklęty bal. Myśli w głowie jak cienka warstwa rzęsy na powierzchni bezdennego, zagnojonego bajora. Barek zaopatrzony. Ale na wszystko trzeba sobie zasłużyć. Oświetlenie jest punktowe. Czasem bywasz trącany i zataczasz się w mrok. Ludzik boi się mroku, myśli, że mieszkają w nim potwory. Ale nie ma się co bać na wyrost. Wypada się powstrzymać. Na ucieczkę zawsze jest jeszcze czas... Jak powiada lord Hastings w "Ryszarzie III" Shakespeare'a: "Umknąć przed dzikiem, nim dzik ścigać zacznie, to prosić dzika, aby ruszył w pościg i gnał za nami, choć nie chciał nas ścigać"...

15:15, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »