BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
sobota, 31 maja 2014
Na Dzień Dziecka

 Miałem już wpisać coś o naszej rzeczywistości, o bezzębnej nienawiści gotowej zakłócać nawet pogrzeby, ale przecież nie warto takich rzeczy komentować... Na ratunek przyszło przypomnienie sobie, że jutro Dzień Dziecka... Wypada więc być pogodnym. Wszyscy jesteśmy dziećmi i wszystkim wypada życzyć samych najlepszości i wszelkich możliwych odczarowań, by jak najmniej trucizny było w każdym z nas... Obyśmy umieli odczarowani małe dzieci wychowywać tak, by wyrosły z nich fajne duże, mądre i odpowiedzialne dzieci... By już za młodu twarze nie zamieniały im się w wykrzywione mordy, jak u takiej jednej siedemnastolatki...

 Na Dzień Dziecka piosenka dziecinna. O zaczarowanej krowie... Bukolla to taka niezwykła gadająca krowa z islandzkiej bajki (można ją znaleźć na moim blogu). Bardzo lubię tę bajkę. I bardzo chciałbym mieć taką krowę, bo ona umie ochronić człowieka przed trollami... Stado takich krów by nam się tu przydało, biorąc pod uwagę to, jak wiele potworów chodzi po naszych ulicach... Można trochę pomarzyć słuchając młodziutkiej Björk...:)

15:43, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
wtorek, 27 maja 2014
Seeberg...

 i może parę innych rzeczy... Czasu mało. Zaraz muszę lecieć... Ciągle gdzieś latam... Żebym to jeszcze latał jak jaka latawica, z przyjemnością... Ale... Zresztą, nie ten czas, nie ten czas... Czas, co leci... Ostatnio miałem okazję spotkać swego chrześniaka. Kilka lat go nie widziałem, a w tak młodym wieku zmiany u człowieka są ogromne. Tak więc spotkałem wyrośniętego ziomka z łapami w kieszeniach, znudzonego zgredami. Jeszcze chwila i będzie z tego mężczyzna. Całkiem ładny... Ma w sobie coś mojego - mam wrażenie, że już lubi sam trzymać za stery... Jest dobry w sporcie i ma zdolności plastyczne - te dwie rzeczy już nas różną... Rośnie chyba jakiś trudny okaz... My z kuzynem gadaliśmy jak starzy, o kłopotach życiowych. Ciężkie wapno, na które chłopiec patrzył z pewnym zniecierpliwieniem... Spadówa - jeszcze trochę i nas pogrzebią...

 Mam święto było, tak? Tych osobliwych kobiet, które obdarowują się nowym życiem. Nie proszone się poświęcają. Oczekują wdzięczności od osób trzecich za swe przyjemnostki z osobami drugimi. Czasem niewyjaśnialne starają się wyjaśniać - żeby kto miał na starość podać ową nieszczęsną szklankę wody... Aż się chce drzeć aorty.

 Konsekwencja stęknięć małżeńskich trwa. Żyję. W mieszaninie zachwytu i najwyższego obrzydzenia. Człowiek lawiruje wśród przeciwności. Szczerzę zęby jak wilkołak i staram się być dobry, potrzebny. W miarę możliwości... Żyję w kraju, w którym są i tacy, którzy, ubiegając się o stołek, mówią mi precz, chcą mnie wykluczyć. No cóż...

 I po wyborach... Zaskoczenia nie ma. Błocko zaskorupiało. I na nie skazani jesteśmy na jeszcze chyba długie lata... Mikke może odtrąbić sukces. Człowiek z receptą. Gdyby ją zastosować, podusilibyśmy się chyba od trupiego odoru. Kuśkała wąsata chłopina, kuśkała i ukuśkała. Po latach... Mały dodatek do wyłonionego chwilę temu niepokojącego zoo...

 No i na koniec może ten Seeberg. Peter Seeberg. Mała książeczka "Pasterze", którą ostatnio czytam. Osobliwa, nie do streszczenia. Jakby o tym, że etyka jest czyś wrodzonym i nie potrzebuje żadnych sankcji... Kiedyś Seebergiem zachwycał się u nas Iwaszkiewicz. Trafnie powiedział, że w "Pasterzach" pisarz kroi tkankę życia w byle jakim miejscu, a przekrój ten demonstruje jako niespodziewaną prawdę o ludziach. Fabuła jest dziwna, nie ma tworzenia bohatera utworu... Warto zajrzeć. W ten przekrój...

 A ja lecę... Zaraz chyba będzie burza... Znowu.

14:13, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
sobota, 24 maja 2014
Zły za murem

 Z doskoku... O złym. Złe widać, złe się pleni. Dobre jest malutkie, kuli się i nie ma żadnych skarbów ozdobnych - te, jeśli gdzieś są, tkwią gdzieś głęboko ukryte i w gruncie rzeczy próźno ich szukać... Złe swymi skarbami się pyszni. (Gdy zły taki skarb zdobędzie, taki skarb posiądzie, życie jego staje się pełne.) Na wierzchu jest, choć oczywiście ma też swoje tajemnice... Przy okazji róznych zdarzeń wschodnich na myśl mi przyszedł wierszyk. Z Islandii...

STEINN STEINARR

 KREML

Sama śmierć

sam diabeł

wznieśli te mury wielkie jak górskie ściany.

Mroczne, zimne, niezgłębione,

otaczają

ogień nienawiści,

źródło łgarstw,

wizerunek zbrodni.

Mroczne, zimne, niezgłębione

jak Graal

- Graal złego.

                         przełożył z islandzkiego Kiljan Halldórsson

środa, 21 maja 2014
Majowe truskawki

 Wybitne doprawdy. Znakomite jako rozjaśniacz depresyjnych nastrojów... Bo takie mnie coś dopadły. Zmieszały się ze zmęczeniem i troskami... Czasem przeszłość wbija mi szpikulec pod żebra. Do tego jeszcze tato pogrążający się w dziwacznościach psuje mi humor... Przerażeniem napawa mnie myśl o czasie, gdy weźmie i zniedołężnieje. Już teraz wymaga pomocy. Na razie wszystko jest dobrze zorganizowane. I byle się tylko nie pogorszyło... Pamiętam jak nieco ponad rok temu aż mi w oczach pociemniało, gdy miał miejsce ten przykry incydent. Nagle normalny człowiek, a za chwilę ktoś, kto nie może mówić i nikogo nie poznaje. Pierwsza myśl - ruina, dewastacja. Mam warzywko na karku, nie istnieję. - Na szczęście wszystko jednak dobrze się skończyło. I ja istnieję, choć nie w takiej pełni, jak bym sobie życzył. W pełni beztroski...

 - Ile ona miała lat? - dopytywał się ostatnio o zmarłą niedawno siostrę swego koszmaru, czyli żony pamięci nieświętej.

 - Tyle co ty.

 Tato się zamyślił... - Hm, no tak, no tak.

 No, no, tylko bez głupich rozmyślań. Dość na razie tych trupów. Przecież to, do licha, nie wojna!

 Bogowie - niedawno facet w jego wieku przepłynął kajakiem Atlantyk... 

 No ale nic. Są truskawki, młode kapustki... I jeszcze radości naszych przyjaciół... Najbardziej ostatnio cieszył się nasz drogi Duszek. Zadzwonił kiedyś, żeby nas zaprosić na... pustułki. - Musicie to zobaczyć! Przylatują do nas na balkon pustułki i chyba chcą się zagnieździć. Powiedz, powiedz, że przyjdziecie!!

 Mąż Duszka już był bliski załamania. - Słuchajcie, to szajba. Nie pozwala mi wychodzić na balkon, każe mi poruszać się po domu na palcach. Zwariuję, jeśli się u nas zagnieżdżą.

 Przyszliśmy zobaczyć owe pustułki. Akurat ich nie było. - Ale zaraz przylecą, zaraz. Co chwilę tu są... 

 Rzeczywiście. Przyleciała. Zapiszczała. Potem zjawiła się druga. Prześliczne. Zainteresowały się tym ich usytuowanym na wysokościach balkonem i dość sporą stojącą tam donicą do połowy wypełnioną ziemią. Duszek dopatrzył się w tym dobrego znaku. - Będą miały jajeczko!

 - Dość zastanawiający entuzjazm. Zrób mu dziecko - doradziłem koledze.

 Niestety. Pustułki po jakimś czasie zrezygnowały z miejsca rozczarowując tym naszą słodką pociechę. Ale przynajmniej pozwoliły popatrzeć na siebie z bliska. Niezwykle urocze ptaki. Coraz bardziej zaprzyjaźniające się z miastem...

*

 Stwory na jawie, stwory w snach... Nie tak dawno temu przyśnił mi się mój dawny grzeszek z...  z małym lemurkiem (?)... Sen częściowo jakby z Dostojewskiego. Jest taka scena w "Biesach", w której Lizawieta Nikołajewna z całym towarzystwem udaje się do hotelu, by dla ponurej rozrywki zobaczyć trupa samobójcy. Panie nigdy jeszcze czegoś podobnego nie widziały, a tu nadarzyła się okazja, bo jakiś dziewiętnastolatek przehulał pieniądze na zakupy i się zastrzelił. Skromny i przyzwoity chłopak nagle zaszalał... Całe towarzystwo było chciwie zaciekawione tą scenerią śmierci... Coś podobnego mi się przyśniło. Kółko dawnych znajomych w miejscu jakiejś zbrodni, rozbawione i podekscytowane... Kto był ofiarą? Nie wiem. Chociaż grałem tam dość ważną rolę. Leżałem w jakiejś kanciapie w rogu ogromnej i pustej hali. Jacyś faceci mi się przyglądali, omiatali mnie pędzelkami. Byłem rozciągnięty na materacu, oblany ostrym światłem, w pozie Bowiego z okładki płyty "Lodger". A później zmieniłem miejsce i bawiłem się przy winku z przyjaciółmi... Wśród nich była ta jedyna kobieta w moim życiu... Chyba nigdy mi się wcześniej nie śniła. A tu nagle... Potem byliśmy sami. Pogrążeni w coraz ostrzejszej rozmowie...--Dziewczę kiedyś wytrwale się we mnie kochało, głuche na donosy życzliwych, którzy z radością ją informowali, że właśnie wyrwała sobie radosnego pedryla... Użyteczni życzliwi!!... Szczerze mówiąc wcale nie łatwo przychodziło mi wychodzenie z szafy. W sumie pozwoliłem się z niej wytargać... Ale dziewczę miało to gdzieś. Chociaż coś jej musiało nie dawać spokoju po zerwaniu, w którym nie padły żadne wyjaśnienia... Minęły lata. Odszukała mnie kobieta dzieciata już, z ogromną chęcią zobaczenia się ze mną. I zjawiłem się pod redakcją, w której wtedy pracowała, ukryty za kwitnącym krzakiem, aż do przesady domyty i wyszukanie pachnący... W gruncie rzeczy cała nasza znajomość była czymś fantastycznym. Jakbyśmy byli stworzeni dla siebie. Wszystko grało, oprócz jednego szczegółu... Zagrało też po latach. Było przyjemnie, chociaż może cała prawda pozostawiła w niej kropelkę goryczy. Coś tam się działo w jej spojrzeniu...-- Raptem wskoczyła mi w senne majaki. Momentami pociągająca. W końcu nieprzyjemna, drwiąca... Nawet z cierpkimi uwagami na temat jakiejś tam mojej forsy. Jakby w niej żal był, że się do niej nie zdołała podczepić. Okropność jakaś... Miała za sobą dziwne zwierzątko, któremu osobliwie pęczniały oczy... Poszliśmy do jakiegoś hotelu. Betonowy klocek. Do wejścia prowadziły strome schody... Chcieliśmy po kłótni i opryskliwościach wynająć pokoik na kilka godzin?... Jednak tylko ona weszła do środka. Jakiś babsztyl, który otworzył drzwi, nie pozwolił mi wejść, dając do zrozumienia, że tutaj nie wpuszcza się parek na szybkie pieprzoty... I może dobrze, że nie zostałem tam wpuszczony, bo zawartość tego budynku wydała się mało apetyczna, oto bowiem z małego okienka pod schodami gramolił się na zewnątrz odziany w piżamę lekko już nadgniły staruszek opieprzany srogo przez jakiegoś stróża... Asfaltowa alejka prowadząca do tego niby hotelu pełna była podobnych, półżywych staruszków w pasiastych piżamach. Być może zmierzali oni do tego samego okienka, by dostać się do środka?... Wreszcie znaleźliśmy się u mnie w domu, w dawnym domu, w którym mieszkałem kiedyś z rodzicami. Wychodziliśmy. Najwyraźniej chciałem ją odprowadzić i wyjść przy okazji z psami. Czekaliśmy na windę. Gdzieś podział się lemurek. Wróciliśmy do mieszkania, by go poszukać. Lemurka zmasakrowały psy. Jeden pies to mój Budrek. Drugi był jakiś dziwny, biały, krótkowłosy, pokryty okropnymi, w oczach rozrastającymi się liszajami. Lemurkowi zrobił się jakiś dziwny, rybi pyszczek. Zaczął strasznie beczeć i ten bek wyrwał mnie z tego okropieństwa...

 Że też to się ludzie tak muszą plątać po nocach... Ciekawe, ilu ludzi śni o mnie w towarzystwie dziwadeł, żywych trupów czy rybioustych lemurków... Człowiek wiedzie sobie swoje życie, gotuje młode kapustki, martwi się o to i tamto, je truskawki, kocha się, robi pranie, próbuje się wgryźć - jak to czynię ostatnio - w poetyckie twory Inger Edelfeldt (bez wstrząśnień niestety) - a jednocześnie snuje się jak upiór po wspomnieniach, po snach... Ciekawe, gdzie też tam przechadzam się nocami jako cień...

16:17, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 08 maja 2014
Uprzejmość XXXII

Zmysły jakby przestały służyć. Martwota nie odczuwana już radośnie... Tak, tak, nie ma przecież na rachunki. To jak rak. Ktoś przyszedł i powiedział - koniec. Do końca rzeczywistego zostało wprawdzie jeszcze trochę czasu, ale w gruncie rzeczy nie ma to już większego znaczenia. Koniec to koniec. Coś do uszu napchało waty. Oczy nie są już przejrzyste, tylko jak szyba okienna w kiblu, przez którą widać jedynie nieforemne cienie. Nadto człowiek jest jakby zakatarzony, wszystko więc zdaje mu się pozbawione aromatu. Nie ma też mowy o smaku. A dotyk - informuje, że coś jest, ale jakie jest, to już bez znaczenia... Nic nie jest ani twarde, ani miękkie, ani gładkie, ani chropowate, ani ciepłe, ani zimne, ani suche, ani mokre... W samych niewyraźnościach jedna tylko rzecz wyraźna - myśl o tym, że to koniec... Nawet złe samopoczucie po zmartwychwstaniu na cmentarzu przestało mieć znaczenie... Gdyby tak teraz, już, zanim to, tamto, siamto... 

 Los bywa złośliwy. Jest jak bezwzględny bachor, który rzuca o ścianę małym kotkiem. Dla Inger może taki być. Wyjęta z grobowca może tam szybko powrócić. Szczęśliwie nie zawsze jest taki uważny w swej dokuczliwości. Siggemu okazał łaskawość. Sigge wielu spraw nie był świadomy. Chociaż wiedział, co to zło. Było go pełno. Bał się dwóch rzeczy - własnego ojca i pustki. Przyglądał się tym strachom. Stale głupiejącego ojca, dawnego, cichego bohatera lat wojennych, obserwował chętnie, gdy wiedział, że tamten na niego nie patrzy. Zerkał też przez okno, w ludne w niektórych porach dnia wielkie nic. Ufał chyba, że szyba nigdy się nie stłucze. Wprawdzie mógł się za nią znaleźć, ale tylko wtedy, gdy trzymał za rękę swego udręczonego brata... Timo pomyślał, co by się stało, gdyby brat odszedł przed nim... Mogłoby upłynąć trochę czasu zanim zacząłby krzyczeć. Odór śmierci, niepokojące zmiany w człowieku będącym już tylko rzeczą, narastający głód, pustka wdzierająca się przez wcale nie stłuczone szyby... Sigge umiał niesamowicie krzyczeć i wyć. Aż skóra cierpła i włosy stawały dęba. Umiał wydawać dźwięki, które zabobonnych ludzi mogły skłonić do robienia większych zapasów w obawie przed jakąś straszliwą katastrofą: wojną, upadkiem komety, rozszalałą zarazą...

 Miał dziwną zdolność zapamiętywania rozmaitych informacji. W zasadzie w nic się te informacje nie zlepiały. Lubił popisywać się wyliczankami. Cieszył się, gdy ktoś udawał zainteresowanie, gdy ten ciurkiem wymieniał na przykład nazwy rzek albo miast na literę "R"... Uwielbiał błądzić po geograficznym atlasie. Był dumny ze swoich geograficznych odkryć. Timo, ilekroć do niego przyjeżdżał, czuł się zawsze zobowiązany do wyrażania zachwytu nad spostrzegawczością osobliwego krewniaka. - Zobacz - wołał Sigge uroczyście otwierając olbrzymi atlas na właściwej stronie - w Ameryce też jest Bergen. I jeszcze tu - dodawał wędrując na powrót do Europy - na Rugii. Tu, takie malutkie... Tam, gdzie widniało jakieś Bergen, rogi kart atlasu były szczególnie upaprane.

 Sigge często był lepki. Sam nie zadbałby o higienę. Ale gdy ktoś przypominał mu o istnieniu wody, bardzo się z niej cieszył, prawie tak samo jak z amerykańskiego Bergen. Chichotał też, gdy brat wycierał mu serwetką usta. - Sigge to świnka!

 - Tobie też śmierdzą nogi?

 - No pewnie.

 - Jens, Jens, Timowi też śmierdzą nogi!!!

 Zawsze to pocieszające, gdy są w pobliżu jacyś podobni nieszczęśnicy... Braterstwo śliny bez piany i cuchnących skarpet.

 Sigge zawsze szukał zapewnienia, że każde Bergen ma swego Siggego... Na pewno każdy przekonujący go o tym, iż tak jest w istocie, nie był daleki od prawdy. Wszak wszędzie przecież mieszkają wyolbrzymione strachy, wszędzie rozkwitają promienne uśmiechy dużych dzieci, nie mówiąc już o śmierdzących skarpetach.

 Wystarczało to, co łaskawie podrzuciło życie. O żadnym więcej Sigge nie myślał. Był przekonany, że tam, daleko, inny Sigge z Bergen robi to samo. Istniała tajemna wspólnota ponad górami i morzami. To cieszyło, to wystarczało. Są tam wszyscy i myślą o sobie nawzajem. Każdy w bezpiecznym pęcherzyku.

 Przechodzili koło jakiegoś wymuskanego płotu. Timo usiadł pod nim. Kolanami objął czerwone malowidło.

 - Nie idziemy dalej? - spytał Vernick przecierając dłonią lekko spocone czoło.

 - Przepraszam, że tak się... No...

 - Że co?

 - Pomyślałem, że zasłonię nim tę dziurę, tam, w moim, tam, w ojca pokoju. Tyle że chyba to niczego nie zmieni. Przecież... Ta czerwień. Przecież to samobójstwo. Nadal będzie to samo.

 - Co? Jak?

 - Nic. Wszystko to samo. Myślałem znów o Siggem - głuptasku. Timo musiał ci opowiadać. Sam stuknięty, o stukniętym bracie. Pomyślałem, że jestem taki sam. Chociaż może bardziej podpadam pod normalność, bo przekłułem sobie balonik. Idź, rusz się, zmień coś! Ale w co ja się mogę zmienić. Za słaby jestem... Co za lekkomyślność. Chociaż to może bzdura. Nie wiem. Naraz mi się zdaje, że kogoś kocham... Jestem taki sam, tyle że nie potrafię krzyczeć... Nie mogę być nawet szczery. Nie mogę... Głupio mi jest.

 - Tylko nie zacznij płakać.

 - Właśnie, że będę! - ryknął Timo.

 - Jednak umiesz krzyczeć. Chodź - powiedział Vernick próbując podnieść Tima.

 - Jezu, nie lep się tak do mnie!

 Paul jednak nie posłuchał i przylepił się do Tima obejmując go po przyjacielsku.

 Jakaś kobieta wyszła do ogródka, wysoka, z końską twarzą i ustami pełnymi wielkich, szarych zębów. Nieustannie się uśmiechała.

 - O, to ty - zawołała widząc Vernicka.

 - A tak, tak.

 - Coś się stało?

 - Ten biedak, zdaje się, wszystko stracił.

 - O, doprawdy?

 - Chociaż nie wiem jeszcze, czy to dużo.

 - O... A co z Marie?

 - Ona też wszystko straciła.

 - Tak, to bardzo przykre. Wszyscy się zastanawiamy, co się stało.

 - Wojny się kiedyś kończą. Tu pomału kończy się już druga wojna światowa i jeszcze jedna...

 Tima aż poderwało.

 - Powiedz, co przypuszczasz! Do cholery!!

 Kobieta za płotem nadal się uśmiechała, choć już z wyraźnym zakłopotaniem.

 - Chyba powiedziałem za dużo...

 - Nic nie rozumiem.

Vernick machnął ręką.

 - Proszę pozdrowić męża.

 Kobieta - koń znów się rozpromieniła: - Tak, dziękuję. Niedługo wybieramy się do Indii.

 - Naprawdę? -udał zainteresowanie Paul.

 - Zawsze o tym marzyliśmy.

 - To pięknie, że marzenia się spełniają.

 Mężczyźni ruszyli w swoją stronę. Kobieta zza płotu przez chwilę patrzyła za nimi. Trochę zdziwiona tym spotkaniem wzruszyła ramionami. Nieco zamyślona weszła z powrotem do domu.

 

 Vernick wgramolił się za kierownicę. Na tylnym siedzeniu rozlokował się Timo w towarzystwie plecaka z piwem i malowidła.

 - Aż się prosi, by domalować tu wisielca - mruknął uwalniając z butów swoje stopy. - Przyłóż sobie do nosa mojego trampka. To cię otrzeźwi. 

 - Nie jestem wcale pijany.

 - A rozwalmy się. Chociaż ty zmieniłeś zdanie. Gdybyśmy się rozpierdolili nie tak całkiem na śmierć, to jednak miałbyś swoje Dimmuborgir. Ale nie - artysta jeszcze nie skończył. Jak to jest z tym Haydnem?

 - Nie słuchałeś? Może lubisz?

 - Nie wiem, nie interesowałem się jego muzyką.

 - To posłuchamy... A, jeszcze się zastanowię, o co chodzi... W każdym razie słucham i się wkurwiam. Ale czas płynie wolniej. Chciałbym, żeby czas płynął wolniej, kiedy jest przyjemnie.

 - Ale dzisiaj mamy słuchać Schumanna.

 - Jeśli Inger zechce nam zagrać.

 - Może być z płyty. Jak mnie dowieziesz żywego... Ocalenie przychodzi każdego dnia... Może po coś? Jesteś stary, ale mnie zadowala moja własna, jeszcze nie taka przekwitła młodość... Może uda się jakoś zapomnieć... O końcu.

 - Dawaj tego buta. - Vernick zaciągnął się głęboko. - Niech cię cholera! - westchnął głośno i trzepnął nim Tima w pierś.

 Ruszyli z powrotem na Bakken.

CDN

16:16, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
niedziela, 04 maja 2014
Na Wyspę Bouveta

 Przeczucia znowu? Coś jakby koło tego. Myśl, tak pod wpływem muzyki z lat osiemdziesiątych zrodzona, przy której ostatnio się bawiliśmy troszkę. Zjawił mi się w głowie kuzyn z czasów, gdy byliśmy dzieciakami i gdy wszyscy jeszcze żyli... Tak jakoś znienacka się zjawił, a na drugi dzień do mnie zadzwonił... Umarła siostra mojej mateczki nieboszczki albo piekłoszczki - ciągle się waham i nie mogę ustalić jej pośmiertnego tytułu... Aż mi ręce opadły. Rodowy licznik zbliża się do zera (tak, tak - cała nadzieja w kuzynowym potomku - będzie się musiał sporo natryskać w te poczciwe damskie otwory, chcąc zachować trochę naszej krwi!!)... Jakaś nagła sprawa... Nie da się ukryć, że już od jakiegoś czasu była dla mnie zamkniętą przeszłością, bo ja się odkleiłem. Ona zresztą też się ode mnie odkleiła mocą niechęci wyrosłych na jakichś mało określonych podstawach... Tak czy owak przykra to sprawa... Mimo całej tej narastającej obcości...

 Dziwnie jakoś ze mną gadał. Jakbym był jakimś księciem, on zaś przepraszająco dziękującym poddanym. Straszny dystans. Porażający... - Oj, Misiu, Misiu, za dostępny to ty przecież nie jesteś - powiedział Franio. - Tym większy twój sukces, skoro przy tobie zdejmuję spodnie i daję się łaskotać - odpowiedziałem.

 Wśród bliskich - obcych jedynym łącznikiem zdają się być ponure spacery cmentarne...

 Kiedyś natknąłem się na swoje komunijne zdjęcie, z jakiejś książki mi wyleciało - bogowie, z czego ja nie robię zakładek - kawałki srajtaśmy, okrawki z gazet, zdjęcia, papierowe chusteczki, banknoty... Skwerek pełen kwitnącego mniszka, na nim ja w bieli, jakiś taki szczurowaty, a w tle członkowie rodzinki. Teraz tylko ja na tym zdjęciu należę do żywych. Sytuacja kiedyś tam niewyobrażalna. Jak piorunująco, jak szybko zawinęli się ci ludzie.

 Kiedyś tam pisałem o innym starym zdjęciu. Jestem na nim jeszcze mniejszy i siedzę na kucyku. Pomyślałem sobie wtedy, że gdyby ten malec wiedział, jakie czekają go przygody, to spadłby trupem z tego milutkiego konika... No tak, są jednak równoważące przyjemności... Chłopaki, wszelkie zmysłowe sprawy, pejzaże... Chętnie bym na tym tylko poprzestawał. Chyba by mi się życie nie rozchwiało. Cenię sobie dni bez szczególnych zdarzeń... Samczyk lubi się uwalić i mieć święty spokój. Zmiany mogłyby ograniczyć się do wschodów i zachodów słońca... Raz wiatr, raz cisza... A ja bym tylko mówił - O, popatrz, dziś nie wieje. Albo zauważałbym, że wieje, itd, itd... Najmilsze bywa to, co dalekie, obojętne, nieludzkie i długowieczne - góry, woda jak lustro w cichym fiordzie, tryskający wesoło gejzer... Bo my się tak szybko zmieniamy, starzejemy, znikamy. Tacy jesteśmy widmowi. I kłopotliwi.

 Życie byłoby przyjemniejsze bez wielkich zmian. Mogłoby trwać tysiąclecia... Żywić się w wiecznej wiośnie słodkim sokiem wysysanych trawek, leżeć, gapić się na las i błądzić łapą gdzieś tam po wewnętrznej stronie uda kochasia... A potem, po tysiącach lat wreszcie spać, słodko spać...

 Czasem miałbym ochotę zwiać od kłopotów najdalej, jak to możliwe... Najdogodniejszym miejscem byłaby Wyspa Bouveta - najsamotniejszy ląd na ziemi. Malutka, bezludna norweska wysepka, ot - otulony lodem wygasły wulkan wystający z oceanu. Jej najbliższą sąsiadką jest oddalona o grubo ponad tysiąc kilometrów Antarktyda. Mając tam na mocy jakiegoś cudu ogrzewany domek, mógłbym nawet zrezygnować z wiecznej wiosny. Trochę książek dobrych do czytania na okrągło, muzyka i zapas żarcia na sto lat - tak na wszelki wypadek... No i fiolka z trucizną, żeby mieć przewagę nad życiem, czyli nad sobą, nad własnym organizmem. Byłbym w pełni usprawiedliwiony, no bo przecież ten ocean. Ale myślami gorącymi byłbym szczególnie blisko całej ludzkości. Ludzkie kłopoty miałbym z papieru. A do czarującej nieludzkości wychodziłbym każdego ranka z życzliwym zapytaniem - No, jak tam, moja droga, urocza ziemio?

14:09, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
czwartek, 01 maja 2014
Jasnowidz i trzmiel w trybuli

 Ach, te przeczucia! Nie ma w tym niczego przyjemnego!... To jakaś pozostałość po wróżbiarskich praktykach chyba. Okadzone papierosowym dymem karty. O krok od szklanej kuli, czarnych kotów, sowy, nietoperza. Skłonności wyssane z jadem matki...

 Zdarza się, że coś przczuwam. Ostatnio też mi się zdarzyło drobne przeczucie. Jechaliśmy do znajomych. Wskoczyliśmy w tramwaj, żeby podjechać parę przystanków. - W sumie to mogliśmy się przejść - powiedziałem, gdy pojazd ruszył. - Ach, tak będzie szybciej. - Coś mi się zdaje, że nie... Rozpanoszyła się w mojej głowie myśl, że zaraz się z czymś zderzymy! - Coś się zaraz stanie...

 Bęc!! Jakiś mały dostawczak wjechał prosto pod nasz tramwaj... Kilka osób uważniej mi się przyjrzało. A Franio tylko westchnął. Na szczęście sytuacja była raczej zabawna, straty bowiem należały jedynie do tych materialnych.

 No i jednak musieliśmy się przejść. - Martwisz mnie, Misiu - rzekł mój najdroższy.

 Jasnowidz... O, do kitu z takim jasnowidzeniem. Bo zwykle jasnowidz widzi dość czarno. To tylko dowodzi, że światem włada zło... W to nigdy nie wątpiłem, wolałbym jednak, żeby te prorocze śnienia dotyczyły jakichś miłych spraw... Że też nie mam na przykład wizji liczb pozwalających zgarnąć jakąś zgrabną kumulację... Tylko nieszczęście umiem wywęszyć.

 Nic, tylko uciekać, uciekać pod jakiś baldaszek. W kwiatuszki - gwiazdki. Zapomnieć o straszliwościach. Uwierzyć w kosmiczną dobroduszność...

 Mamy już maj. Ładny, kwitnący, rozzieleniały solidnie, z brzęczącymi trzmielami... Taki więc wierszyk dobry na tę porę wyszperałem, wierszyk norweskiego poety:

Harald Sverdrup

"Mikrokosmos"

Prowadź mnie za rękę, dziecko

 

Siądźmy sobie w trawie

pod trybuli białym wszechświatem

i pomódlmy się do prostodusznego boga

co lata jak trzmiel pośród gwiazd

 

Prowadź mnie za rękę, dziecko

                                   przełożył Kiljan Halldórsson

17:40, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »