BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
wtorek, 26 maja 2015
Wpis nieco wulgarny

Zatem wszystko jasne... Nieprzewidziane zwycięstwo. Po którym naturalnie wszystko wygląda jak dawniej... - Leżysz sobie bezsennie? - spytał Franek wyłuskujący się ze snu w powyborczy poranek. - No, tak korzystam z przyjemności dolegiwania, bo się pies jeszcze o nic nie upomina. - Bo gdyby jakieś zmartwienie, to jest coś optymistycznego. Chcesz zobaczyć? - Optymistyczne rzeczy o poranku, kiedy człowiek nie jest nawet w stanie uwierzyć w wieczór? - Czemu nie? - A, to to... Mówią na to wzwód. - Popatrz, jak ty wszystko wiesz. - Mądry ze mnie Misiek. A to miało być tak na znak, że wszystko w porządku, żadnych nieprzyjemnych niespodzianek? - A ty jak? - A ja już byłem sikać i jakoś mi jest tak na miękko. Żeby jednak nie było, to robię tak... No, zrobiłem, podniosłem ręce do góry, dając w ten sposób do zrozumienia, że nie tak wszystko opada. - No wiesz, ale tak ręce do góry... - Poddaję się rzeczywistości, która w dowolnym rozstrzygnięciu wywołałaby we mnie lekki niesmak.

O, ta optyka. Za dobrze nam i coś się w oku najwyraźniej odkształca... Ja się w każdym razie nie gniewam, choć naturalnie czuję się rozczarowany, bo władza dzisiejsza to lawirantka i kłamczuszka, ale też i nie w takich sprawach, żeby mnie to aż przewracało. Póki co się nie przewracam, a nawet jak mnie najdzie jakaś przewracanka, to też przyczyn po gabinetach pałacopodobnych nie poszukam, bo nie wydaje mi się, by tam szykowały się jakieś kataklizmy.

Kraj nad Wisłą jest trochę jak taki pijak. Można było otrzeźwieć, można było pognać, zrobić sporo susów naprzód, ale nie. Ciągle jest to samo. W głowie kukuły. I jak zwykle - dwa kroki do przodu, trzy do tyłu. A pod drodze jeszcze a to gołoledź, a to skórka od banana, a to gówno... Trochę szkoda czasu na takie tańce pijanicy, chociaż - no tak - historia to w końcu bieg prosto donikąd, cóż więc czas...

Całe te wybory to właściwie skandal. Wszyscy w zasadzie przewidywali, że wygra K, więc kandydatury wysunięto groteskowe. Pojawiła się gromadka istot raczej z gabinetu osobliwości. Zwycięstwo D. było niespodziewane dla jego środowiska. Chociaż po znakomitej kampanii. D. jest trochę jak dziecko wpadkowe. Miało być tylko takie baju, baju - a tu raptem prezydentura... I zgryz. No bo za plecami nie lada chlewik, i jeszcze nietoperzowisko, i bal wampirów. Czy pusty bębenek zacznie wystukiwać własny rytm? Chlewik może się pokrzywić. No i ile teraz przyjdzie zrobić wycofań, tłumaczeń po kampanijnym ple ple bez wyobraźni. Miało nic nie wyniknąć, a tu pasztecik. Niektórzy się cieszą, bo uważają, że dzięki temu za plecami pana D. wszystko szybciej rypnie. No, gwarancji żadnych dla placyku zabaw Prezesa nie ma. Nic nie jest przesądzone w kwestii wyborów parlamentarnych... W bajorze żab naczelnych może się zrobić w jesieni całkiem interesująco... Chociaż ta interesującość może być zasmucająca... Tak jak zasmucający jest wynik ostatnich biegów - no bo co sobie wystawiamy, co sobie hodujemy? Co na pudle stanęło? Raz - bębenek pusty, gładki, ot, przechodzień, o którym mało wiemy; dwa - śnięty Niedźwiadek, którego pognębiła jego własna pycha oraz drużyna istnych dup wołowych; trzy - poczciwa pokrywka brzęcząca licho wie od czego... No cóż - wypada tylko zawołać: Gratuluję! A zawołanie to dwie ma barwy i temperatury. Wszystko w zależności od adresata. Gdy jest nim pan D. - to w wykrzykniku jest tylko blada, pusta grzeczność i uznanie należące się za skuteczność jego oraz jego sztabu (brawo pani Sz.). Zaś gdy jest nim ludność - wykrzyknik wypełnia się ironią.

                                           ***

A teraz z beczki innej. Irlandzkiej. Tamtejsze referendum. O radosnym wyniku... Wspaniale przeobraziła się ta wyspa. Kiedyś to przecież było takie przykościelne kartoflisko, biedne i chłodne... Przykład Irlandii pokazuje, jak można się wspaniale zmieniać, dojrzewać, dorośleć... Ojczyzna Oscara Wilde'a... Jakże daleko poszła... Chociaż to już nie czasy na takich Oscarów... Dzisiaj wszyscy tak się wyróżniają, że już nic nie widać. Ludzie są dziś tacy do siebie podobni. Nawet mundurkowi Chińczycy z czasów Mao bardziej się różnili od siebie.

Cieszą mnie cudze radości. Chociaż te małżeństwa... Ja to bym już poszedł dalej i w ogóle bym taką instytucję zlikwidował... To było dobre kiedyś, i to dla pań, które szły na utrzymanie. Żeby ich nie odsyłano do tatusia po użyciu. Zaangażowano nawet religijne siły, żeby straszyć ciemnotę: Co demon złączył, niech się człowiek nie waży rozłączać... Ale w dzisiejszych czasach, gdy każdy dąży raczej do samodzielności... Ja jestem za przyjaźnią... Dwóch, dwoje - całych ludzi... A z przyjaźnią nie lata się do urzędu... Cholera - ja bym chyba nie miał śmiałości zaproponować najdroższej mi osobie małżeństwa... Ja wiem, ja jestem tak uprzedzony, bo ja się naoglądałem, i zawsze mi się wydaje, że za pieczętowaniem miłości kryje się jakieś świństwo, skurwysyństwo... Ludzie sobie strasznie komplikują życie... A ja nie lubię żadnych batów nad człowiekiem... I nie lubię związków - bo to mi się kojarzy ze zbrodniczym, dusicielskim węzłem... Lubię natomiast parzystość - życie koło kogoś... Człowiek jest cholernie samotny, makabrycznie, czego nic nie zmieni... Ale życie w bliskości pełnego człowieka, niezależnego, jakoś łagodzi ową samotność... Na szczęście człowiek też nie za bardzo ma czas, by sobie tę samotność jakość szczególnie boleśnie uświadamiać - bo przecież tyle tego absorbującego pieprzenia w bambus ma się od świtu po zmierzch...

No, ale cieszę się, że są kraje, w których każdy obywatel, bez względu na orientację, może w pełni wybierać. Nawet małżeństwo... Nie lubię małżeństwa, ale wypada mi je akceptować, tak jak akceptuję prostytucję, która też mi się specjalnie nie podoba... Akceptując jedno, muszę akceptować drugie... Zjawiska to przecież nieodległe... I dużo generują zła...

14:13, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
piątek, 22 maja 2015
Poza kręgiem

 To może jeszcze coś od Steina Steinara...

Steinn Steinarr

Poza kręgiem

Zataczam krąg

wokół wszystkiego, co jest.

 

Wewnątrz tego kręgu

jest twój świat.

 

Mój cień przelotnie padł

na okienną szybę.

 

Zataczam krąg

wokół wszystkiego, co jest.

 

Na zewnątrz tego kręgu

jest mój świat.

                  przełożył Kiljan Halldórsson

środa, 20 maja 2015
Zatrzymania

 Można się zatrzymać, żeby trochę pomyśleć. Na przykład o wyborze. No - wybór wprawdzie lichy, acz prosty... Pierwsza możliwość - machnięcie ręką, może być, bo co innego? Czymś innym jest już tylko, w tym rozdaniu naturalnie, polityczne gnojowisko... Jasne... Można więc iść dalej. W inne jakieś zatrzymania...

Oj, pewne rzeczy się nie zmieniają. Razu pewnego dzwonimy sobie miseczkami. Wyskrobujemy resztki deserku... - Patrz - mówi Franio - jak te wszystkie archeologiczne wykopaliska odsłaniają tę okropną prawdę odwieczną. Dzieła sztuki dziełami sztuki, ale poza tym to nic, tylko te gary... - No, idzie ocipieć. Niezmiennie my w garach, miskach, dzbankach...

Pewne niezmienności. Nawet mnie bawią. Ostatnio wyprowadzam psa o jednakowej porze, wieczorem. Mijają nas te same autobusy - jakie wszystko punktualne... No i spotykam tych samych ludzi... Wystarczy być po prostu na czas, by w wielkim mieście natykać się na jedno wielkie ciągle to samo...

Franio wie, kiedy zaczyna się pora letnia. Wszystko zależy od Miśka. Bo jak Misiek zaczyna słuchać Mahlera - to znaczy, że już lato. Zaraz też zacznie na powrót czytać Tomasza Manna... Bo Misiek lubi poważniejsze rzeczy latem. Bo te wszystkie wiosny, lata, to sama ciężka powaga, uperfumowana sprośnie, owadzio rozbzyczana, rozrodczo skupiona, napęczniała, soczysta... Jesień, zima - to pory niepoważne, lekkie, frywolne, bo to zdzieranie szat, to golizny, prześwity... Nagie prawdy roztopowe! Tak to jest właśnie! Nasrane, napieprzone!!

Tak, tak, ja w różne powtórki, ja w różne przeżycia powracam. Mam w sobie wiele zatrzymań. I tak mam się z lekka schizofrenicznie... Nie bardzo trzymam się w kupie. To znaczy trzymam się, ale jednak nieco się rozłażę... Nie jestem pojedynczym kwiatkiem, tylko bukietem, chwaścików... Trochę reykjavikowy, trochę oslowiański, na dodatek krakowski i zakopiański, a i ostanio z lekka sandomierski... A jeszcze te wszystkie drobiazgi pomiędzy, bardziej prowincjonalne... Nie bardzo się to klei... Ale do tego jestem przyzwyczajony... Kiedyś mnóstwo musiało być udawania, że się jest kimś innym, że się kocha przepisowo... Tak więc idzie z tym żyć... W podróżach i w myślach wracam często do rozmaitych Miśków... Wszyscy w jednej skórze. Dużo nas. Nie spieramy się, tylko się sobie przyglądamy... Zastane istoty w pewnych odkryciach, emocjach, ważnych przeżyciach, wesołych i tragicznych.

                                                           ***

- Nowe domy w Płocku? To ja te domy budowałem - powiedział Michał.

- Ale kiedy? - wykrzyknęła Nanka.

- A no tak, dawno, w 1905 roku.

Niedawno stwierdziłem - pisze Miron Białoszewski - że takie przesunięcie czasu na starsze lata robi się samo. W 1945 roku wprowadziłem się na Poznańską do bardzo starej, secesyjnej kamienicy. Ma na murze napis: 1912. Więc miała wtedy trzydzieści trzy lata. Właśnie tyle zaczynają mieć nowe domy powojenne, w których niby nie tak dawno znajomi dostali przydział.

Pamiętem kiedyś te otchłanie czasu... Rok kiedyś, rok dzisiaj. Nie do porównania... Z czasem jakby bardziej patrzy się z góry. To, co było, niby jest coraz odleglejsze, ale jednak coraz bardziej widoczne. Jest się wyżej, zatem horyzont odsłania to i owo... Ach, to prezecież to! I to tuż obok!!!

Nagle na starość można głęboko wniknąć w dzieciństwo, dotknąć go bardziej niż kiedykolwiek, jak Ingmar Bergman w "Niedzielnym dziecku"...

W ogóle gdzieś tam ciągle jest ten mały człowieczek... Te same zmysły... W nim może ta odczuwana mimo wszystko jedność, to trzymanie się w kupie...

Nad morzem zawsze jest tak samo... Morzu się nie urośnie... My przy nim... Inni o nas i my o innych często inaczej niż my sami o sobie...

Steinn Steinarr

"Dziecko"

Byłem małym dzieckiem

bawiącym się na plaży.

Dwaj panowie ciemno odziani

przechodzili obok,

pozdrowili mnie:

Dzień dobry, mały,

dzień dobry.

              Byłem małym dzieckiem

              bawiącym się na plaży.

              Dwie panny jasnowłose

              przechodziły obok,

              szeptały:

              Chodź, młody,

              z nami chodź.

Byłem małym dzieckiem

bawiącym się na plaży.

Dwoje dzieci roześmianych

przechodziło obok,

zawołały:

Dobry wieczór, dziadku,

dobry wieczór.

                przełożył z islandzkiego Kiljan Halldórsson

piątek, 15 maja 2015
Spadło

jakiś czas temu ciało, ludzkie, z wysoka, na chodnik. Można rzec - sprawa została dość gwałtownie położona. Tak że skupienie mundurowe mogło się odbywać przy niskim parawaniku. Śmiertelna pozycja nie przepada za pionem. Pośmiertność jest taka drobna i łatwa do zasłonięcia... Ponoć bez ceregieli poszło. Okno na oścież, hyc, bez korowodów, szopek, występów i negocjacji... Bach, i koniec... Życie najwyraźniej było już skończone. Brakowało tylko tej ostatniej kropki, żeby trup już przestał chodzić...

No, no - pięknie. O, nagle przejścia nie ma. Policyjne taśmy... Co do licha! Znowu? Koło nas stoi wysoki budynek, z którego co jakiś czas wyskakuje jakiś mężczyzna. Ostatnie dwa takie wypadki znalazły finał w dokładnie tym samym miejscu. Rzadkość...

Ileż to ja razy marzyłem o skoku. Chociaż wyobrażanie sobie tego wyrywa mnie gwałtownie z makabrycznej marzycielskiej drzemki... Naturalnie nie tak łatwo się umiera! Człowiek, jeśli tylko ma jakąś furtkę, natychmiast z niej korzysta, byle tylko trwać przy tej makabrze zwanej życiem. Bo czymś jeszcze straszniejszym jest śmierć, jej niewiadoma... Może wszystko staje się prostsze, kiedy już po prostu nie można? Zawsze uważałem, że życie trwa, dopóki jest możliwe.

Taki skok budzi mój podziw... O kur..., sobie powiedziałem. Tak na łeb...

- Ale to nikt od nas... Wszedł tu specjalnie... Ja to go widziałem dziś... Jak to musiało być źle człowiekowi... Ludzie to lubią - jak tylko odpowiednie służby zrobiły porządek, już ktoś poleciał po świeczkę...

Trwały czynności, a wokół toczyło się wieczorne życie. W oknach paliły się światła, psy poszczekiwały na siebie. Tu kolacja, tam może kopulacja... Ta ostatnia to pewnie z tych bezpieczniejszych. U nas prawie nie ma dzieci. Nie rodzą się. Widać je tylko w przedszkolu, ale to zwożą ja z miasta - a potem wywożą, rodzice, i się rozpierzchają na wszystkie strony, rozpraszają jak dym. A na osiedlu cicha bezdzietność... Panie - kiedyś mi mówiła baba - koleżanka zakupowa - warzywniakowa, jak się o tym zgadało - dawniej to tu był jeden pisk. Jeszcze jak się ciepło zrobiło, jak to wszystko wybiegło na podwórka! Ho. W podstawówce to na dwie zmiany dzieciaki obrabiali... - O, to i ja pamiętam, bo żem chodził często na popołudnie do budy, do nocy. - A widzi pan... Tylko stan wojenny wprowadzić, wyłączyć prąd...

W ciemnościach i nudzie człowiek staje się mniej higieniczny... Ale dzisiejsi dorośli często sami są porażająco dziecinni, tak że może to dobrze, że nie mają dzieci. W tym wszechstronnym papu i pustej adrenalince jest im tak dobrze...

Tak - nie zrobiłem sobie kuku - i się przekonuję. Co dalej. I liczę zyski. I straty... Chyba strat więcej. Ale do przejścia... W "Donosach rzeczywistości" Miron Białoszewski zanotował: Lecę do wyjść na Śródmieściu, migają, patrzę, co za stary chłop wchodzi mi w drogę, a to - ja, w szybie... Ten moment. Jeszcze człowieka oczekuje jakiś pierwszy raz... Ja tak patrzę w odbicia, w takie inne, przypadkowe, okienne, w niełaskawym oświetleniu, i - no - już mnie raz, dwa stuknęło, żem, cholera, dorosły. Kiedyś człowiek usłyszy też o sobie - jakiś starszy pan... Miron usłyszał i uznał, że to za wcześnie. Myślał, że zejdzie jeszcze trochę lat... O... Tak czy owak ciągle jeszcze myślę, jak tu prześlizgnąć się dalej, w słońcu - mniej o wybrnięciu z całej tej sytuacji... Chciałbym tylko, żeby wyłuskiwanie się z życia nie było za ciężkie...

14:28, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
piątek, 08 maja 2015
Listonosz w śniegu

Ludzie listy piszą... No, coraz mniej. Raczej klepią na tych swoich elektronicznych zabawkach. I chyba - mimo ułatwień komunikacyjnych - coraz mniej mają sobie do powiedzenia... Kiedyś może mieli sobie więcej do powiedzenia i byli w tym staranniejsi... A może to takie tylko wmówienia, tak żeby pogrążyć bardziej jeszcze czasy dzisiejsze... W każdym razie bardziej się trzeba było nachodzić, by coś przekazać...

Listonosz w dawnej Islandii, na zlodowaciałym koniku, sam zlodowaciały... Albo przemarznięty piechur. Zawiane śniegiem pustacie dzielące ludzi, którym przyszło żyć w absurdalnych odosobnieniach.

Jón Kalman snuje swoją opowieść o marzycielskim chłopcu którego tak jakoś wszystko odumarło. Tym samym chłopcu, którego poznaliśmy w "Niebie i piekle"... Bardzo mnie ta pierwsza część kiedyś poruszyła. Ta druga już mniej. Ale nie brak jej pewnego uroku i pewnej niesamowitości.

Dawne już dość czasy, czasy, kiedy nowością i wydarzeniem był Knut Hamsun, kiedy to pisało się na papierze, który trzeba było później poroznosić... Na krańcu świata chodzi listonosz. Wielki, silny, odporny, milczkowaty, śmiały, gdy idzie o wędrówkę pośród nieprzyjaznych zjawisk przyrodniczych, zmagający się jeszcze z pewnym sercowym zjawiskiem, z którym nieco trudniej sobie poradzić... To kobieta, skrzywdzona, której życie poprzetrącała domowa przemoc... I w chłopaku młodym krew mocniej krąży, gdy pomyśli o Ragnheiður... Chłopak nie jest taki na zimę, ale mniej lęka się morza, więc ze swej wygodnej kwatery, którą mu dał los jakby w ramach rekompensaty za wcześniejsze okrucieństwa, wypada mu ruszyć w drogę z listonoszem... Listonosz rzetelny może wędrować po niegościnnym lądzie, lecz  niegościnne morze śmiertelnie go przeraża... Gaduła i milczek, po przepłynięciu straszliwej zatoki udają się w dalszą drogę... Są skarajnie różni, ale we wściekłej niepogodzie, wśród niebezpieczeństw stają się sobie bliscy. W żadnych innych warunkach aż tak blisko siebie by nie byli... Trudna pogoda wokół nich, trudne pogody w ich sercach... Chłopak balansuje na granicy życia i śmierci. Może zamarznąć i znaleźć się w świecie, do którego nawet jakoś bardziej przynależy, do świata umarłych, bo tam już są jego bliscy, tam jest też Barður, jego najlepszy przyjaciel... Ale jest listonosz. I są naturalnie zjawy, duchy, które też mają swoje cele... Tu i ówdzie żyją ludzie, co wręcz wydaje się nieprawdopodobne. I wszędzie są jakieś niespodzianki - jak to wśród ludzi...

Choć jest już kalendarzowa wiosna, nad islandzkimi fiordami niestrudzenie hula zima. Jest wściekła... Jedna chwila i cię nie ma. Giniesz w śnieżnym tumanie, znikasz z oczu towarzysza, przemieniasz się w opad, zabiera cię ziemia... Islandia połknęła mnóstwo ludzi... Nic dziwnego więc, że dużo duchów tam się snuje...

 Kalman opowiada o życiu, śmierci, miłości. O ludzkim losie, jego zawiłościach i kaprysach. Ubrał to wszystko w śniegi - w ten smutek aniołów. Przeniósł do Islandii z przeszłości, Islandii sprzed stu lat, jeszcze bardziej przez to egzotycznej... Jón Kalman, pisarz, który zdobył już sobie międzynarodowy rozgłos, poszedł sprawdzoną drogą. Nie jest może jakoś specjalnie odkrywczy, ale wygrywa poprzez to wszystko, co jest takie jego, ojczyste, islandzkie... Literatura islandzka, mająca wspaniałe tradycje, podnosiła się z upadku wraz z nasilającymi się ruchami niepodległościowymi w XIX wieku. Coś się w narodzie zaczęło budzić. I bardzo szybko świat, coraz bardziej zainteresowany literackimi zabytkami z Północy, usłyszał także o nowych pisarzach, dramaturgach, poetach. W drugiej połowie dziewiętnastego stulecia Jón Thoroddsen dał początek islandzkiej powieści, a już w pierwszej połowie następnego wieku mała wyspa wydała tworców światowego formatu...

Był czas, kiedy liczni islandzcy twórcy starali się gorączkowo wyskoczyć ze swej islandzkiej skóry, chcieli pozbyć się islandzkiej odrębności, odskoczyć od tradycji, ale ci, jeśli osiągali jakieś sukcesy, to tylko na lokalnym gruncie. Wygrywali ci, którzy - nawet idąc w wymyślne eksperymenty - nie rezygnowali z islandzkości. Bo w końcu by być zrozumiałym wszędzie nie trzeba wcale stawać się człowiekiem znikąd... Trzeba tylko umieć opowiadać. I mieć w sobie coś uwodzicielskiego, co pozwala wabić ludzi na swoją zadziwiającą prowincję... Dobra zasada - iść do innych ze swoim własnym światem, ze swoim pejzażem, swoją kulturą, historią i z wplecioną w to wszystko opowieścią o sprawach ogólnoludzkich. Znał ją doskonale choćby znakomity Halldór Laxness. Zna ją i Jón Kalman Stefánsson.

 Dwaj myślący ludzie wędrujący w taką pogodę to wcale niemało, jeśli sobie uświadomić, że człowiek zużywa całą energię tylko na to, by posuwać się naprzód, przemieszczać z miejsca na miejsce i nie umrzeć, a więc myślenie i szukanie sensu życia na dodatek to materiał na wielką opowieść. Posuwają się naprzód, brnąc przez śnieg i zawieruchę, dwaj ludzie poszukujący samych siebie, czy odnajdą złoto, czy jedynie wytarte kamienie?

Jón Kalman Stefánsson, Smutek aniołów, W.A.B., Warszawa 2015

środa, 06 maja 2015
Uprzejmość XXXVIII

Spał? Chyba tak. Bo z czego wystrzeliłby jak z procy? Jeśli nie ze snu? Jakby coś całą chałupą zatrzęsło. Jakby wielki złośliwy troll zawadził o nią. Aż Timo zerknął z ciekawości, czy przypadkiem góra nie ożyła. Bo kto ją tam wie? Czy w tamtym świecie też są nieodwracalności? Taki troll słońcem zmieniony w kamień. Może się odrodzić czy nie?

Szybko! Taka była myśl u nagle otrzeźwionego. Jakie to smutne. Takie szybko. Bo dalej przecież pustka. "A choćby i Nisse! Niech mnie zabije, jeśli on zabijać potrafi! Czy potrafi?"

Namiot? Nie, już nie zmrużyłby oka w namiocie. Żarty się skończyły. To chyba jakby ucieczka i nic się plątać niepotrzebnie nie może... I aż strach myśleć o pieniądzach. Ile zostało w banku? Ile jeszcze jest gotówki? Tego kieszeniowego siana?

Bez namiotu. I bez obrazu. W końcu tyle rzeczy dzieje się po nic. Może nawet wszystkie... Timo przerwał na chwilę pakowanie.

- Góra jednak rośnie. - Z całą mocą okazuje nieprzychylność. Aż coś się z niej kurzy... Nie, nie, to nic pylistego. To przecież chmura. Nachmurzyła się góra. I taka nachmurzona rośnie!

"U Strindberga rósł chyba zamek - pomyślał Timo. - Rósł! Zamek. Tak, przecież..." - Zawsze go sobie wyobrażał jako nadmuchiwaną monstrualną zabawkę.

 Dom, przez pustkę, stał się obcy, odmieniony... Kilka banknotów w małej szufladce przy wieszaku, koło wejścia. Setki. Wszystko się przyda. I uspakajające czasopożeracze. Papierosy. I jeszcze bibułki. Znów Timo musiuał pomyśleć o plującym Siggem. Jego brat, kiedy trudził się nad translatorską robotą, dużo palił. Lepianek, skrętów od Halfdana Petterøe. Sigge ślinił bibułki... Sigge ślinił i ślinił, a tłumacz palił i palił, tkwiąc w dymach o kadzidlanym stężeniu... Zabrał jeszcze trochę jedzenia...

 Przecież nic się nie stało. Jakby się nic nie stało... Timo zostawia za sobą skałę umarłych. Za jego plecami podnosi się troll. Jest coraz większy i większy.- Skoro to bajka, czemu nie mam czarodziejskiej krowy? Bukollo, Bukollo!!! - Kiedyś słyszał tę historyjkę. Potrzeba budzi tyle wspomnień, pragnień i pomysłów. Jest zły troll - trzeba dobrej, zaczarowanej krowy... Ale to islandzka krowa... Islandia. Dimmuborgir. Więc jednak Vernick je ma. Jeśli jeszcze żyje. Może czeka go ciężkie, chropowate umieranie? Tak jak sobie to przy Dimmuborgir wymyślił. Człowiek ma to, czego chce. A człowiek chce tak, jak chcieć musi. Czasem są to straszliwe chcenia...

 Marie. Jedyna żywa... Czy ona tu nie zwariuje? A może zwariują razem z Inger... Chyba że pojadą do miasta... Timo myślał o tylu ludziach, których raczej już nie zobaczy... Troll coraz bardziej się rozpędzał. Chciałby nie oglądać tu Tima.

Przydrożny stolik, ławki, pety, śmieci... Ach, to tu! Jakby na nowo odkrywał to miejsce... Tak, tak, starzec ze źle zrobioną szczęką miał chyba rację... W każdym razie troll zniknął za drzewami. Skoro Timo znalazł się już poza granicami Bakken, mógł sobie podarować dalszy pościg. Zapewne wrócił do wygodnej skamieniałości.

Nic nie jechało. Aż do samego dołu nie minął go żaden pojazd... Znów ujrzał morze, tym razem z właściwszej pozycji, z pozycji płaza, pełzacza... Czarniawy palił przed sklepem papierosa. Tima obrzucił dalece nieufnym spojrzeniem. Aż Timo zapragnął go uspokoić... - Nie poddaję się pladze, już nie! - Miał na myśli miłość, głupią i demolującą...

Cisza i spokój. Za przystankiem autobusowym przystań. Pusta. Nikt nie zawinął... Tylko dzieci próbowały wydostać z morza coś żywego. I im się udało, o czym zakomunikowały całemu światu nieprawdopodobnymi krzykami i piskami. W tem sposób przywołali do siebie też mnóstwo życia lądowego, płci męskiej. Aż dziw, jak ludna okazała się miejscowość - nie wiadomo skąd zjawili się nagle mężczyźni, najwyraźniej poodrywani od rozmaitych prac, sądząc po ubiorach. Wszyscy chcieli zobaczyć rybę, ogromnego dorsza, co mu los zgotował lądowanie na betonowym brzegu. Timo też patrzył na tę jeszcze żywą żywność... Nie, żywność ocalała. To była tylko zabawa. Chłopcy postanowili jedynie zrobić rybie zdjęcie. I ją wypuścili... Tylko jeden mężczyzna pożałował tej żywności... Trzeba było zanieść to mamie. Mogłaby zrobić dobrą kolację... Timo przypomniał sobie poławiacza morskich dziwadeł z wakacyjnych czasów, kiedy jeździł w brudy matczynych rodziców. Jeśli nie szukał polany ze snu, biegł nad wodę, by czekać na poławiacza - milczka... Pozwalał oglądać rozgwiazdy, muszle... To, co do zjedzenia, oddzielał od zdobyczy niejadalnych. Wszystko miało osobliwe, zabawkowe kształty. Można by było sobie przy tym porozmyślać o poziomie stwórcy... Infantylne wzornictwo, doprawdy infantylne... Wstydliwie skrywane w głębinach...

Zniknęło życie morskie, zniknęło lądowe, w większości. Bo dzieci pozostały jeszcze nad wodą.

Warto by było dobrać się do zapasów. Najpierw papieros. Dający poczucie, że czas nie leci tak bezsensownie. Można go troszkę przyłapać, przydepnąć. Jesteś tu, na odsapie. Możemy posiedzieć. Pobyć, bardziej trzeźwo, z równym oddechem... Jak dobrze, gdy niczego nie brakuje... Życie wokół tak całkiem niepotrzebne - przyjacielskim okiem można nań spojrzeć.

Troll wrócił na swoje miejsce. Rozchmurzony. Teraz Timo dał mu chmurę, swoją, błękitną, papierosową. Wydmuchał chmurę i popatrzył przez nią na garbatą skałę... Może trzeba było wszystko podpalić? Nie został tam żaden ogień? Timo nigdy nie dowierzał swoim oczom. Zawsze myślał, że idąc do pracy, zostawi jakiś płomień, jakiś żar... Sprawdzał i sprawdzał zawsze, nawet się wracał, by jeszcze raz się przekonać czy wszystko w mieszkaniu jest w porządku... Tym razem, w ucieczce, o niczym takim nie myślał. Z pewnością jednak nic się nie stanie... A może trzeba było spalić wszystko? Żeby i samego Vernicka uwolnić z tego cichego szaleństwa? Jeśli żyje, naturalnie... Byłaby to przysługa... Wróciłby z Inger do stolicy...

Nie zabrał obrazu. Nie zabrał księżyców, nie zabrał też książki... Trudno... Może uda się zapomnieć. Bo to warte zapomnienia...

Ruszył w kierunku domu Jana. Grenlandzkiego. "On ma chyba poczucie przewagi nad życiem. Ale czy tak jest w istocie?" Czy wróci? Bo przecież go nie ma. Timo ma poczucie, że ma dokąd pójść. Ma to poczucie, bo wie, że Jan przebywa w Nuuk. Skąd może wcale nie wróci?

Jeszcze jedno opuszczenie. Tym razem przyjazne. Roślinność jeszcze bardziej się rozrosła. Aż ledwo widać było mercedesowe truchło. Gdzieś tam pofrunął telefon. Na kilka chwil przed Ragnarökiem.

- Włamać się?

Wszystko pozamykane. Okna skryte za okiennicami. Może dół? W wysokiej podmurówce znalazł pomalowane na czerwono drzwi. Łatwo puściły. Kibel, pralka, warsztat stolarski, stare gumy samochodowe, narty, dwa zdechłe przedpotopowe komputery, stara kanapa, dziurawa. Timo położył się. Głowa zawisła za oparciem, głęboko odchylona do tyłu.

- Mieć przewagę nad życiem. Nad tym. - "To jest mną, gdy spełniają się wszelkie zachcenia. Tego. To żre, to śpi, to strzyka spermą, to pije. Ja żrę, śpię, strzykam... Ale zdarzają się okropne rozdwojenia. Zawsze jest to i nic innego, ale są takie obłędne poczucia... To będzie chciało, a ja nie będę mógł nic zrobić. Wydobyć się z podporządkowania. Całkiem cielesny twór, który nagle, w jakimś duchowym obłędzie, zwraca się przeciw ciału..." - Zapadł w drugą część snu.

CDN

14:29, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »