BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
wtorek, 31 maja 2016
Księżyc, Timo, Ólafur

 Tak na koniec maja... Mars świeci. Ale ja księżycowo. Z jakimś uspokojeniem... Żeby nie było, żem zły i zdruzgotany - bo mi Koffie gada, że jak do niego zaglądam, w te wszystkie polityczności, to dostaję szału. Przyznać muszę, że mnie dzisiejsza rzeczywistość wpienia, ale - no - bez przesady...:)

 Tak - ostatnimi czasy było mało muzycznie tutaj, więc można coś poodrabiać, jednocześnie zachowując jakąś aktywność blogową, na którą zwykle brakuje czasu, niestety.

 Księżyc jest moim milczącym kolegą... Szkoda, że milczącym - no, ale taka już jego uroda... Dość, że się zmienia, odmienia, to jest, to znika, to się srebrzy, a czasem upodabnia się do mandarynki... Kapryśny, zmienny, ale jednak niezawodny...

 Jestem księżycowym chłopczykiem... Prawie jak tato Tima... O, gdybym Tima z opowiadanka nie wygnał precz do domu, do nory, to pewnie kontynuowałby on pracę ojca - poemat jednosłowny i rysowanie stokrotek, w oknie, za którym chojaki i troll przemieniony w kamień... Mógłby dodatkowo słuchać tego, by się już całkiem uksiężycowić... A jakże: Tunglið. I Ólafur Arnalds. Tak w ramach uzupełnienia "Uprzejmości":

09:54, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
czwartek, 26 maja 2016
Czcij

Czcij matkę, ojca... Taa - bezczelna gadka, kiedyś bardziej sensowna, kiedyś, gdy nie było żadnych systemów emerytalnych. Rodzaj ubezpieczenia... Bo jak nie - to przyjdzie bozia i cię zje... Ludzie się nawzajem straszą, szantażują - taka to już dola.

 Mnie się za bardzo czcić nie chce. Choć jak mama żyła, to naturalnie zanosiłem jej kwiatki. Dużo kwiatków, pachnących. Mama się cieszyła, choć naturalnie zawsze, tak czy siak, bardziej przywiązana była do swych fantazji na mój temat, niż do mnie prawdziwego... Nieudane dziecko, pederasta, którego najlepiej byłoby gdzieś schować.

 Matka - gdyby poszukać zbieżności z literackimi przekazami - stoi najbliżej tej, jaką znam ze Strindbergowskiego "Pelikana"... Gdy myślę matka, myślę jednocześnie o kłamstwie, oszustwie, o obelgach... A pamięć o życiu w świętej, czci godnej rodzinie, każe mi być dziś zapiekłym wrogiem jakichkolwiek legalizowanych prawnie związków. Bo takie legalizacje tworzą zatrważającą przestrzeń dla bezkarności, dla dziejących się za zasłoną przestępstw, których najczęściej nigdzie się nie zgłasza. Ludzie dzięki takim uroczystym potwornościom bardzo często nabierają przekonania, że oto dostali innych ludzi na własność - żonę, dzieci, albo męża i dzieci... U mnie to raczej matka dostała na własność zabawki, którymi szybko się znudziła...

 Dzisiaj mama żyje we mnie, w oczach najwięcej, o zgrozo - w pewnym osamotnieniu wspominana, bo zerwałem wszystkie kontakty, które mogłyby mi ją jeszcze jakoś przypominać. Przegnałem znajomków, kochasiów... Jest tylko tata, ale dla niego ta cała żona jakby nie istniała. Nic nie było, nic się nie stało. Precz, sio... Taki to był głupi wypadek. Bo koledzy się stukali z koleżankami, więc on też się postanowił postukać... Wybrał szaleństwo. I polały się na nas pomyje. A na mnie to w zdwojonej racji. No bo tata też ma do mnie jakieś pretensje. Jest wściekły, że musi liczyć w swym osamotnieniu na moją pomoc, pomoc tego kolesia, który dlań w najlepszym wypadku był po prostu śmieszny... A ja jestem wściekły na siebie za dobre serce i zadziwiającą cierpliwość.

 Truciciele, co struli mi duszę. Osaczony w samotni... A można było się zabezpieczyć, można było wyskrobać... Najszczęśliwsze są fantazje - coś, co nie istnieje, coś co by mogło być, ale na wszelki wypadek nie zostało wprowadzone w życie i utknęło w snach... A tu ja musiałem stać koło takiego snu, być z nim nieustannie konfrontowany. Zawsze wypadałem niekorzystnie... Szczęśliwe wyskrobki i inne w porę wydalone niedokończoności... Ale życie tak za szczęściem raczej nie przepada. Zło wszak rządzi. I wiecznie jest głodne tryumfu. Czasem tak się miota, że nie chce niczego poczętego oddawać. Ryczy, że ma się nawet rodzić bez głowy. Z jego punktu widzenia lepiej, gdy unicestwienie ma drastyczniejszy przebieg, gdy na przykład ofiara ląduje w plastikowej beczce...

 Mnie tylko ducha wepchnięto do beczki... Dzieciństwo. Ledwie parę oaz na bezbrzeżnej pustyni. Raczej myślę o nim z odrazą. A na myśl przychodzi mi Bergman, który na starość dotknął szczególnie głęboko swego dzieciństwa. Tam było znacznie więcej do dotykania... A ja, z tą pustynią? Mam z biegiem lat znów na nią wstąpić? Niezbyt przyjemna to perspektywa...

 Łzy, smutek, permanentna myśl samobójcza... Chciałem umrzeć i chciałem straszyć swoją mamę, miałem ochotę doprowadzić ją do szaleństwa... Szczęśliwie byłem jednak zbyt dużym tchórzem. Milczałem tylko... I spełniałem swe obowiązki... Bez czci, ale - z nędznym współczuciem. Z nędznym - bo współczucie po prostu jest czymś nędznym. Coś kazało... "Jakkolwiek by było - że tak znów pojadę Schopenhauerem - wierzymy, że w każdej chwili jesteśmy panami swych czynów. Ale gdy spoglądamy wstecz na przebytą drogę życia, przyglądając się zwłaszcza swym niefortunnym krokom, a także ich następstwom, często nie potrafimy pojąć, jak mogliśmy uczynić to czy tamto albo zaniechać tego czy tamtego; i odnosimy wrażenie, jakby naszymi krokami kierowała jakaś obca moc. Stąd Szekspir powiada: Nie rządząc sobą, mam w Losie obronę: Niechaj się stanie to, co przeznaczone...." (Tak - Schopenhauer - co by lepiej wyglądało. Ten, co był kiedyś objawieniem... Przeczytałem potem "Buddenbrooków" Manna, książkę, w której Schopenhauer jest też takim objawieniem, godnym zaakceptowania wyjaśnieniem życia... A poza tym jeszcze - jeśli o wspomnianą powieść idzie - ten Hanno mały - naraz tyle podobnych myśli, przeżyć... Ciekawe czy teraz chciałbym do tego wrócić... Bardziej na chłodno... Ach, te duchy zaklęte w papier, na swój sposób pomocne...)

 Los nasz taki. Bywa parszywy. Parszywe bywają początki życia, które potem miewa na szczęście swe polepszenia.

 Potomkiem jestem ludzi nieszczęsnych, pogubionych, przypadkowo sparzonych, bezmyślnie i bez uczucia, udręczonych, co dla mnie pozostali parką raczej mało poznanych istot. Mama umarła już dość dawno temu. Tata z wściekłością przeżywa swe zniedołężnienia i chwyta pomocną moją dłoń z wyrazem bezgranicznej pogardy...

 Małe powroty? Czemu nie. Chęć straszenia mamy. Przywołam raz jeszcze islandzką piosnkę z opowieści o złej tanecznicy, co to swoje dziecko porzuciła gdzieś na pustkowiu. Upiór dziecka do niej wrócił... Chciała iść na zabawę, ale nie miała dobrej sukienki... Akurat była w owczarni, zła na cały świat, kiedy przyszedł do niej duch i śpiewając oznajmił, że chętnie udostępni jej swoje szmatki, by miała w czym zatańczyć... Piosnka w tym wykonaniu jest bardzo klimatyczna... No, chyba osobę o nieczystym sumieniu mogłaby doprowadzić do obłędu. :)

poniedziałek, 23 maja 2016
Niewielkie to życie nasze...

... sen spowija wokół... Że tak zacznę dziś Szekspirem, co to w "Burzy" powiedział o nas, że jesteśmy tym, z czego rodzą się sny...

 Poeta wie najlepiej. No i filozof, co w przeciwieństwie do zwykłego człowieka, który, jak uważa Platon, żyje tylko we śnie, stara się czuwać... Nie jestem filozofem - śnię więc nieustannie...

 Małe jest to tu i teraz, w tych wszystkich tajemniczych magnetyzmach, dzięki którym wszystko jakoś kupy się trzyma, małe, maleńkie, właściwie bez wymiaru... Za to całe wcześniej i całe później to istne oceany, w których kąpać się można jedynie marzeniem - wspomnieniem, bądź marzeniem - planem względnie pragnieniem...

 Życie i sny są stronicami jednej i tej samej księgi - powiada Schopenhauer. - Czytanie po kolei zwie się zwykłym życiem. Kiedy jednak wyznaczona do czytania godzina, czyli dzień, dobiega końca i nadchodzi czas rozrywki, wtedy często kartkujemy jeszcze leniwie i otwieramy bez ładu i składu to tu, to tam jakąś stronę. Często jest to strona już przeczytana, często jeszcze nie znana, lecz zawsze z tej samej księgi. Taka pojedynczo czytana stronica nie ma wprawdzie związku z systematycznym czytaniem; ale przez to nie pozostaje jeszcze bynajmniej tak bardzo za tamtym w tyle, jeśli zważyć, że również cała systematyczna lektura zaczyna się i kończy w przypadkowej chwili, a zatem może być traktowana jako większa nieco pojedyncza strona.

 Chociaż więc pojedyncze sny różnią się tym od rzeczywistego życia, że nie uczestniczą w powiązanym doświadczeniu, które stale przez życie płynie, a przebudzeniem nazywamy tę różnicę, to jednak ten związek w doświadczeniu należy już do rzeczywistego życia jako jego forma, a sen wykazuje również związek z życiem...

 Nie ma właściwie wielkiej różnicy...

 Chodzę sobie. Tu i tam - natykam się na przeszłość. Depczę po swoich śladach, coraz częściej, coraz mocniej. Dotykam tych miejsc będąc już gdzieś indziej - w sferze, w której brak już intensywności przeżywania. Może z jednym wyjątkiem - kiedy wracają te dawno zapisane zdania, te senne zapamiętania, przeżycie jest równie intensywne, choć wokół tylko cienie nie do pochwycenia... Wszelkie powtórki w rzeczywistości, w dzisiejszości, nie potrafią szczególnie ekscytować...

 Krótkotrwałe wstrząsy, małe sny na jawie, zakłócenia w lekturze karty życia - może nawet lepiej właśnie karty niż księgi, bo zbyt szumna to nazwa dla mojego niewielkiego życia... Na tej karcie dwa, trzy istotne zdania, zapisane już dość dawno temu, w czasach weny... Już z pewnością mówiłem coś o tych najistotniejszych drobiazgach - bardzo niepozornych, a tkwiących w sercu z całą wyrazistością... Jedna noc ciemna, jedna fiołkowa, jedna, dwie postaci nie do podrobienia i nie do zastąpienia...

 Wraca się stale do tych ważnych zdań w piśmie życia. Tak jak wraca się do ukochanych książek, które też są jakimś snem - plecionką snów cudzych i własnych...

 Książką, do której zawsze chętnie wracam, jest "Dzwon Islandii"... Wchodzę w ten sen, uroczo zapisany, utrwalony, i przypominam sobie myśli...

 W owym "Dzwonie Islandii" Halldór Laxness pisze, iż: "W życiu każdego człowieka jest chwila, która trwa, choć wszystko przeminie. W blasku tej chwili dokonujemy naszych czynów, dobrych czy złych, toczymy nasz życiowy bój... choć wszystko to może dziać się w sprzeczności z ową chwilą (...) W takiej chwili nic się nie dzieje, nie pada żadne słowo".

 Są tylko nieudolne wyrazy, bo człowiek musi sobie coś opisać, mieć jakieś narzędzie...

 Tak, w najważniejszych momentach wcale nie ma słów...

 Niewielkie to życie nasze, które sen spowija wokół. Które się w sen nieustannie przemienia...

13:30, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
czwartek, 19 maja 2016
Po islandzku

 Dobrze - żeby nie było, że się lenię... Trochę się ogarniam po małej podróży. Jeszcze się dodatkowo oswajam z nowym komputerem... Bogowie, ja się tak łatwo przyzwyczajam do różności, a tu przyszło mi żyć w czasach, kiedy wszystkie rzeczy bardzo szybko zmieniają się w przestarzałe rupiecie, które trzeba ciągle wymieniać na coś nowocześniejszego...

 Taa, można sobie ponarzekać. Jest na co. Kraj spada w jakieś doły ciemne ponurej i niebezpiecznej śmieszności. Dodatkowo sam jeszcze mam garść życiowych kłopotów, z chorym ojcem na czele... Tak sobie czasem myślę, że gdy nadejdzie czas, kiedy będzie mi dane powiedzieć sobie, że żyję wyłącznie dla własnych przyjemności, to będę miał akurat tyle siły, żeby machnąć na wszystko ręką... Męczę się ostatnio. Mam wprawdzie pocieszyciela, ale mimo to się męczę.

 Że po islandzku... Tak mnie naszło dziś na małą powtórkę z rozrywki. "Á Sprengisandi"... Kiedyś coś tam pisałem o przeprawie przez niegościnne strony islandzkiego interioru... Pęd przez Sprengisandur, do utraty końskiego tchu... Podobnie jest przecież w ogóle w życiu... Często przyjazny start, przynajmniej na pierwszy rzut oka, a potem - szorstkie pustkowie, słońce kryjące się za górami i chmurami, może duchy, może elfy, a nawet ich królowa, chyba groźna królowa, dzikie stworzenia oraz bandziory, złodzieje, co się kryją po różnych kątach - pustkowie, pustkowie... Byle to jakoś przebiec, nawet płacąc słono na odczepnego. Byle już być po drugiej stronie, byle już znaleźć się w Kiðagil... Najlepiej nie za późno!

 Urocza piosenka. Którą każdy Islandczyk i każdy miłośnik Islandii winien znać jak paciorek:))

 Zatem jeszcze raz:

czwartek, 05 maja 2016
Królewski syn spod znaku Luny

 Tak w skrócie wielkim, w tym nieustannym braku czasu... O czasie przeszłym, o życiu, co poszło w las, ze swymi talentami, być może dużymi, co zgasło w pewnego rodzaju oszołomieniu...

 Wolności i niewole. Różnego są rodzaju... Mogę, mogę mogę - mogę to, tamto. Chcę... Ale to jak chcę...(?)Wolna wola... Kto kogo ma? My ją? Czy ona nas?... Sam skłaniam się ku temu drugiemu... To wolność w pewnej niewoli...

 Przeciętności albo królewskości. To ma swoje konsekwencje. Takie rzeczy dają życiu ramy... Choć naturalnie z motłochu można wskoczyć w królewskość, choć na chwilę. Jak córka więziennego strażnika, Karin, co na chwilę, na miesięcy parę stała się szwedzką królową, a na wieczność, na całą wieczność, czyli aż po ludzkości kres, panią z sarkofagu w fińskiej katedrze w Turku, panią jednak w zaszczytach i we wdzięcznej pamięci... Bohaterka z sercem...

 Eryk XIV uchodził za najzdolniejszego z potomków Gustawa Wazy. Przepełniały go sny o potędze. Światem chciał władać. W sztuce Strindberga korona, którą chce, tak dla przymiarki, ozdobić głowę Karin, kryje w sobie zapowiedź istnych fantastyczności. Eryk wierzy, że się ożeni z Elżbietą I, królową Anglii... "Brytania i moja królowa - dziewica! Gdy nasze dłonie splotą się przez morze, schwycimy w kleszcze Norwegię i Danię, a wtedy cała Europa będzie nasza..." Były i plany awaryjne... Bo i Maria szkocka, Renata lotaryńska, a ostatecznie i Krystyna heska... 

 Został guzik. I narastająca melancholia, a w końcu szaleństwo. Złe podszepty Görana Perssona (cóż za duch zły, makiaweliczny, z motłochu także...), zbrodnie, wściekłości i skruchy... Szaleństwo stojące czasem w opozycji do zdrowego, wyrachowanego zła... W tym wszystkim Strindberg znalazł materiał dobry do opowiedzenia o tym, jakie to dziwne siły i głupie przypadki rządzą historią... Los, dziwaczny los, przypadki, niedorzeczności... Można się nad tym zadumać... (Jakież to fantastyczne pokłosie głupkowatego a tragicznego wypadku obserwujemy dzisiaj w Polsce... Parszywy los, co poprzez wypadek stworzył magnes dla przeróżnych postaci zła, którym zawiaduje dziś pewna ludzka nieforemność... Osobliwe rzeczy, doprawdy!!!)

 Nic z planów królewskich nie wyszło, z planów małżeńskich. Żoną więc, koronowaną żoną, stała się Karin Månsdotter... Tego już było za wiele... Środowisko panów, pogruchotane co nieco, podniosło pięść... Królewską parę zdetronizowano. A królem stał się niegdysiejszy Erykowy więzień, jego przyrodni brat Jan, małżonek Katarzyny Jagiellonki, co to w niewoli, na zamku w Gripsholm, stworzył nam z oddaną małżonką (się jej udało, bo Eryk chciał ją swego czasu oddać w prezencie przyjacielowi carowi Iwanowi Groźnemu) tego straszliwego dewota Zygmunta...

 Wszystko się odwróciło. Szalony Eryk stał się więźniem. Był zesłany do Finlandii. Potem zaś w tym samym Gripsholm przebywał i, jak powiadał nasz kronikarz Marcin Kromer: "tamże sobie pisze, czyta na księgach, a iż jest wielki matematyk, tedy dziwne sobie około astronomijej zabawki czyni. A iż jest podziwnie misterny złotnik, tedy na miedzianej tablicy hecuje, jako bitwy wiódł z bratem"... W wymienionym zamku przebywał do 1573 roku, potem zaś zamieszkał w Örbyhus, gdzie w 1577 przy pomocy odpowiednio spreparowanej grochóweczki postanowiono się go pozbyć... Niedawno przeprowadzone badania jego szczątków potwierdzają opowieści o otruciu...

 Łaskawiej los obszedł się z Karin. Ta znalazła miejsce w Finlandii. Żyła w majątku Liuksiala aż do śmierci w 1612 roku... 

 Eryk i Karin dorobili się potomstwa. Czworo dzieciaków przyszło na świat, choć tylko dwójka dożyła lat dorosłych - Gustaw i Sigrid... Gustaw był następcą tronu, zatem po detronizacji ojca nadawał się właściwie do odstrzału. Bo przecież mógł z niego wyrosnąć mściciel... Gustaw jednak przeżył... Przemienił się w Polaka. Zdecydowano, że ma się w Polsce rozpłynąć. Katarzyna łożyła na utrzymanie... Sebastiana Bąka... Miał to być sobie taki drobny szlachcic... Ponoć, gdy się dowiedział, iż jest bękartem i przybłędą, uciekł od swych opiekunów. W gospodzie, gdzie usługiwał, miał go znaleźć Olbrycht Łaski... Tak było całe życie - raz pod wozem, raz na wozie... Królewski syn, wygnaniec, igraszka losu... Człowiek bez korzeni, który naraz stanął przed ważnym pytaniem - kim właściwie jestem? I co powinienem robić?... Czasem wydawał się przydatny, czasem niebezpieczny... Ale nie był ani taki, ani taki... Odnaleziony, znalazł się pod opieką siostry Katarzyny, Anny Jagiellonki... Chował się u jezuitów, kształcił w Wilnie, także w Italii, gdzie był uczniem Galileusza. Myślał o Szwecji, wolny jednak całkiem od politycznych ambicji... Był chyba delikatny, o spojrzeniu lękliwie pytającym... Miotał się po obrzeżach wielkiej polityki. Musiało to być dlań fascynujące, że interesowały się nim rozmaite dwory... Gdy po śmierci Batorego na tronie polskim zjawił się krewniak, podążył do Krakowa... Tam poznał siostrę, która czas jakiś przebywała w otoczeniu Anny Wazówny... To, kim był, stwarzało mnóstwo barier, ale też i mnóstwo możliwości... Biedy mieszały się z przepychem... Dla koronowanych rodzinnych głów był jednak zagrożeniem, w ich myślach, bo przecież koronowane głowy sądziły według siebie, chciwe władzy...

 Odrzucony znalazł przyjaciół wśród zwolenników arcyksięcia Maksymiliana, konkurenta Zygmunta... Praga... Cesarz Rudolf, alchemia... Gustaw Eriksson posiadł jakąś tam wiedzę: medyk, alchemik, astronom, do tego dochodziły i talenty plastyczne... Ale jakoś tego nie wykorzystał... Tułacz... Wszak to człek spod znaku Luny, skazany przez los na rozpoczynanie wciąż od nowa nie kończącej się wędrówki... Kusiła go Szwecja, ale akurat od niej miał się trzymać z daleka... Choć on nie chciał korony... W ogóle nie wiedział, co począć z sobą... Ciągle się nie mógł określić...

 Bywało i tak, że lądował w więzieniu (żeby się może jakoś życia choć trochę do siebie upodabniały - Zygmunt wszak rodzony w więzieniu, więc czemu i inny królewski syn nie miałby zakosztować niewoli - odpędzony od szwedzkich koronnych klejnotów, tak zresztą jak i Zygmunt, bo wszak jeszcze przecież jeden wujcio pozostawał chętny...). Bywało, że szalał jak ojciec, wył jak wilk... Z niezłym mimo wszystko umocowaniem, był skazany na to, by być ciągle dla kogoś rozczarowaniem... A dla siebie stale jakąś niewiadomą... Człowiek mgławica, skrzywdzony, wszędzie obcy, niezdecydowany, ulegający pokusom wielkiego świata... Ostatnią był Borys Godunow... Jego poprzednik przyjaźnił się z Erykiem... W Gustawie widział jakąś szansę. Liczył, że wykorzysta go do zyskania jakichś wielkich wpływów w Skandynawii... A Gustaw był słaby i bez ambicji, i nie chciał słyszeć o proponowanych mariażach. Szczodrze początkowo obdarowany, po śmierci Godunowa stał się jakby więźniem, pozbawionym większego znaczenia...

 Dziwności i rozczarowania. Członek dynastii panującej, na rozdrożu, igraszka w rękach różnych władców... Śnił o Szwecji i o spotkaniu z matką. Z oporami umożliwiono mu w końcu spotkanie z Karin, w Rewlu w Estonii... Też było rozczarowujące. Karin umiała tylko po szwedzku, Gustaw ze szwedzkiego niewiele rozumiał... Miał ledwie kilka lat, gdy stał się przestraszonym wygnańcem...

 Ostatnim punktem jego życia był Kaszyn niedaleko Moskwy. Gustaw ponoć lubił włóczyć się po lasach. Nie wolno mu było chodzić za daleko, ale czasem udawało mu się wymknąć na dłuższe eskapady... Raz zbłądził, przemarzł... Życie poszło w las...

 O tym życiu napisała kiedyś powieść Jadwiga Żylińska. W powieści ukazała właściwie dwa życia, dwa życia, dla których najważniejsza była droga... Były w nich wprawdzie jakieś cele, ale ich nie udało się osiągnąć... Gustaw chciał się jakoś określić. A Allard był jak cień. Francuz, dworzanin Eryka XIV, pamiętał tylko przestraszonego dzieciaka... Chciał wywalczyć dla Gustawa szwedzki tron, tyle że Francja nie bardzo przejmowała się Gustawem i mrzonkami Allarda, o którego istnieniu Gustaw nie miał pojęcia... Wielki świat, walka o władzę, szarpanina o spadek po królowej Bonie, wojenki, sny o potędze i sprawiedliwości, pogubieni w meandrach życia ludzie, wytrwali w swych poszukiwaniach, dążeniach...

 Życie to taka gonitwa, w której rzadko coś się łapie. Ale może o to chodzi??... Ci w każdym razie nie ustawali... Kierowani różnymi pobudkami... Jeden miał do rozwikłania ważne pytanie o swe miejsce na ziemi, drugiemu przyświecało poczucie honoru, miłość...

 Ciekawe pobocze wielkiej historii. Naszej, polskiej, ale też i Europejskiej. Pewien drobiazg w naszych relacjach ze Skandynawią... Warto, myśląc o tamtych czasach, sięgnąć i po Strindberga (ach, te tajemne a złośliwe moce, co i nasze dzieje, tu i teraz, kreują), też i po książkę Miki Waltariego o Karin, córce Monsa, no i po książkę Jadwigi Żylińskiej, co mówi o tym, jak to błyszczące gwiazdy czasem spadają...

 Bliscy mi ludzie, co są mgliści, niedookreśleni, co się rozpływają w lasach, gąszczach...

Jadwiga Żylińska

"Gwiazda spadająca"

Czytelnik, Warszawa 1985.

11:49, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (6) »