BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
niedziela, 24 czerwca 2007
Okruszek staroskandynawski

 Skoro już włączyłem komputer, by się odrobinkę porozglądać, to może dokonam jakiegoś drobnego wpisu. W chwili obecnej nie mam nic do powiedzenia, niech więc przemówi Óðinn. Słowo z Pieśni Najwyższego (Hávamál).

 

         Na skale sosna umiera,

         Nie chroni jej kora ni igliwie;

         Tak też jest z człowiekiem, którego nikt nie kocha,

         Po cóż ma on żyć długo?

 

Hrörnar þöll,

sú er stendr þorpi á,

hlýr-at henni börkr né barr;

svá er maðr,

sá er manngi ann.

Hvat skal hann lengi lifa?

 

piątek, 22 czerwca 2007
Okna, truskawki, ciastka...

 Ostatnio uczepiła się mnie piosenka "Saviour Machine". Tak się nagle odświeżyła w mojej pamięci i ciągle powracała. W sklepie, na spacerze, w łazience. Nie pozostało mi nic innego, tylko sięgnąć w zakamarki płytoteki, by odszukać dawno odrzucony krążek Davida Bowie "The Man Who Sold the World", gdzie się wspomniana prześladowczyni znajduje. Wrzuciłem płytkę w odtwarzacz, posłuchałem na nowo... Tak, coś mi się od pewnego czasu znów zaczyna podobać wczesny David Bowie.

 Odkryta na nowo płytka jakoś mnie pobudziła do działań porządkowo odświeżających. Bo skoro powracają do mnie stare fascynacje, warto zmienić coś w najbliższym otoczeniu. I tak "The Man Who Sold the World" stała się przygrywką do... malowania okien. Biedne okna, już od dawna domagały się odnowienia, wybrałem się więc wreszcie do sklepu po niezbędne rzeczy i przystąpiłem do niespiesznej pracy. I tak, racząc się od czasu do czasu truskawkami, pouzupełniałem wszystkie ubytki kitem i szpachlówką, pomazałem obficie pędzlem i - przejaśniało. I siedzę sobie teraz owiewany zapachami świeżości, wiaterek lekko porusza dopiero co upranymi firanami (chociaź świeżością firan nie nacieszę się zbyt długo, o co postarają się psy - w sąsiedztwie drzwi balkonowych będzie firana za chwilę straszyła czernią; a i szyba w owych drzwiach za chwilę przymatowieje, bo zdobić ją będą poodbijane nosy)... Milutki, czyściutki salonik. Można spokojnie wystawiać tu Zapolską. Za chwilę wynagrodzę sobie tę swoją odnowicielską pracę dobrymi ciachami - uśmiechnęły się dziś do mnie w cukierni fantastyczne kremówy. Jedną już zeżarłem przed obiadem, teraz pochłonę jeszcze dwie i całkiem spokojnie wypiję trzecią kawę.

 Ach, jestem strasznym łasuchem. I nawet mi to jakoś nie szkodzi. Nie przybieram z tego powodu na wadze - ku mej wielkiej radości nigdy nie udało mi się przekroczyć 78 kilogramów. A poza tym nie jestem przeintelektualizowany, mogę więc objadać się słodkościami bez żadnych zahamowań.

 I co by tu dodać. Wpadnę dziś jeszcze do mamuśki. Wprawdzie dzwoniła, że niczego nie potrzebuje i żebym tak nie gonił, ale ja i tak wpadnę, bo wiem, że się ucieszy. Biedaczka. Że też ją musiało dopaść nowotworowe cholerstwo. Mam paskudną "powtórkę z rozrywki". Szczęście jedynie, że cała ta choroba została bardzo wcześnie wykryta. Rozmawiałem jakiś czas temu z lekarzem i pocieszył mnie bardzo jego duży optymizm. No i tak mamcia walczy bohatersko i specjalnie się nie zamartwia. Proponowałem jej nawet, żeby przeniosła się na jakiś czas do mnie, ale odmówiła. W domu jest jej najlepiej, ma blisko do lekarza, i nic się wielkiego nie dzieje. A więc OK. Jestem i tak spokojny, bo jej serdeczny przyjaciel otacza ją opieką, bardzo się przejmuje i jest jak zwykle uleczająco zabawny. Moja mamuśka jest dla niego najprawdziwszym skarbem i najcudowniejszą przyjaciółką. To prawdziwie fantastyczny człowiek - i dziwi mnie tylko jedna rzecz - jakim cudem jego żona zamieniła się w zdewociałego potwora. Zamienić się w coś takiego u boku tak uroczego i pogodnego człowieka? Jego żona jest podręcznikowym przykładem religijności wyrodzonej w makabrę. Kocha to kobiecisko Boga żarliwie, ale nie przeszkadza jej to w zianiu nienawiścią do wszystkiego, co ten jej umiłowany Bóg stworzył. Wierzy, nieszczęśnica, na zdziczałą nutę. I zapewne, jak to bywa w takich przypadkach, uważa się za lepszą od innych.

 No i tak. Wierzę, że będzie dobrze. Trzeba się jakoś pchać. Unikać złych żon, mężów. A jak przyjdzie choroba, leczyć się cierpliwie. No bo cóż innego...

18:17, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (3) »
niedziela, 17 czerwca 2007
W DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ISLANDII

 W początkach XIX wieku w Islandii, będącej od stuleci krajem niesuwerennym, powiało duchem niepodległości. Stało się tak za sprawą pewnego duńskiego awanturnika, syna kopenhaskiego zegarmistrza. Ów poszukiwacz przygód nazywał się Jorgen Jorgensen. Los sprawił, że w 1809 roku znalazł się on na wyspie w charakterze tłumacza towarzyszącego w nieoficjalnej misji angielskim kupcom, mającym wielką ochotę na przejęcie handlu z Islandią, do tej pory zmonopolizowanego przez Danię (Islandczykom za handel z innymi krajami groziła nawet kara śmierci), znacznie wówczas osłabioną po ataku Brytyjczyków na Kopenhagę w 1801 roku, podczas którego zniszczeniu uległa duńska flota wojenna, zaś flota handlowa została uszczuplona o wiele jednostek. W czasie tej islandzkiej eskapady sprytnemu Jorgensenowi zaświtał w głowie pewien malowniczy pomysł. Ponieważ Anglikom, z którymi przypłynął, towarzyszył okręt wojenny, postanowił wykorzystać ten fakt do swych planów. Co było jego zamiarem? Rychło okazało się, że chodziło o... przejęcie władzy na wyspie! Kupcom angielskim zaproponował możliwość nawiązania korzystnych kontaktów handlowych w zamian za pomoc w zorganizowaniu małej rewolucji. I stało się! Z grupką marynarzy pomysłowy trzydziestolatek aresztował gubernatora, skonfiskował mienie duńskich kupców i ogłosił się protektorem Islandii (okraszając się przy okazji czarującymi tytułami, które brzmiały: Jego Ekscelencja Protektor Islandii i Naczelny Dowódca na Wodzie i Lądzie), a jej mieszkańcom obiecał wolność i niezależność od Danii. Krajowi podarował też flagę przedstawiającą trzy srebrne dorsze na błękitnym tle...  Naturalnie Islandczycy do tej awantury odnieśli się z nieufnością, a do wielu z nich pewnie nawet nie dotarły szczegółowe wieści o zdarzeniach w Reykjaviku... Cała ta wolność i niepodległość trwała raptem miesiąc, a zuchwały oswobodziciel trafił do angielskiego więzienia (zresztą nie pierwszy raz w życiu), później zaś był agentem angielskiego wywiadu, objawił się jako autor geograficznych książek o Afganistanie i Persji, wreszcie znalazł się w Australii, dokąd go deportowano, gdzie pracował w policji. Śmierć dosięgnęła go na Tasmanii w 1844 roku.

 Ten niezwykły i groteskowy epizod z pewnością zrobił pewne wrażenie i być może przyczynił się w jakiejś mierze do ożywienia ruchu niepodległościowego w Islandii. Zdano sobie jednak sprawę, że urzeczywistnienia marzeń o wolności nie da się przeprowadzić drogą gwałtownych przewrotów i starć - przeciwnik był zbyt mocny, a Islandia kompletnie bezbronna. Niełatwa walka musiała przybrać inny zgoła charakter. I tak pokojowy nacisk i stały opór przez całe lata, niczym krople drążące skałę, powoli przynosiły pożądane rezultaty... Wiek XIX, który rozpoczął się dość operetkowym zdarzeniem, przyniósł prawdziwe przebudzenie - zaczęła powoli na nowo rozkwitać literatura, wzrastało zainteresowanie badaniami filologicznymi, a żywa pamięć o świetnej przeszłości kraju wzmagała pragnienia powrotu do wolności. Naród, pod kierunkiem swych przywódców, mobilizował się do działania. Wielką postacią tamtej epoki był ogromnie zasłużony w walce o niepodległość Islandii Jón Sigurðsson (1811 - 1879), filolog, historyk, polityk, człowiek, który, można powiedzieć, jest dla Islandczyków tym, kim dla Brytyjczyków Winston Churchill czy George Washington dla Amerykanów... To w głównej mierze dzięki jego wspaniałym talentom dyplomatycznym po przeszło czterdziestu latach przerwy rozpoczął pracę isl. parlament (althing), to jego zasługą jest zniesienie w 1854 roku duńskiego monopolu handlowego, i za jego sprawą Islandia otrzymała z rąk Christiana IX konstytucję. Te znaczne osiągnięcia przynosiły owoce, choć miało upłynąć jeszcze wiele lat, nim kraj stał się niezawisły. Nastąpiło to dopiero w roku 1918, choć Islandię łączyła jeszcze unia personalna z Danią. Jej kres położyła II wojna światowa i brytyjska okupacja, kiedy to Islandia formalnie zerwała unię z Danią. Dnia 17 czerwca 1944 roku, po uprzednio zorganizowanym referendum, w Thingvellir ogłoszono niepodległość. Ani miejsce, ani data nie były przypadkowe. Thingvellir to wszak kolebka islandzkiego państwa, miejsce powstania althingu, zaś na dzień 17 czerwca przypada rocznica urodzin Jóna Sigurðssona... I tak na mapach Europy pojawiło sie nowe, w pełni wolne państwo (choć z tą obecnością na owych mapach bywa różnie, o czym żartobliwie wspomina Hallgrímur Helgason w powieści 101 Reykjavik. Hlynur, bohater książki, ogląda wiadomości pakistańskie, by dowiedzieć się, czy Islandia istnieje na mapie świata. Spiker na chwilę schyla głowę i odsłania stosowny zakątek Atlantyku. Tym razem Islandii nie ma."Islandia to taki kraj, który czasem jest, a czasem go nie ma. Zależy od tego, w jakim nastroju był grafik. Czy chciało mu się umieszczać  tam tę wyspę na szkle w lepkiej od potu agencji reklamowej w centrum Karaczi, w której faks nadal nie działa, i już dwa tygodnie minęły od czasu, gdy zerwała z nim narzeczona. Stąd te terytorialne kaprysy. Ale nie jestem aż tak wielkim patriotą, żeby się tym przejmować. W pewnym sensie nieźle się czuję, zamieszkując wyspę, której nie ma na mapie. Takie tymczasowe wakacje. Nie uczestniczymy. Przyglądamy się, a nikt nas nie widzi").

 Islandia. Od 63 lat znów wolna. Wyspa jak cudowny, surowy klejnot. Z jeziorami, błękitnymi górami, kwitnącymi polami, wodospadami, rzekami pełnymi pstrągów, z rozległymi lodowcami, rozbrzmiewająca ptasim krzykiem... Niech jej się darzy. Teraz i zawsze...

 

 Íslands minni

Þið Þekkið fold með blíðri brá,

og bláum tindi fjalla,

og svanahljómi, silungsá,

og sælu blómi valla,

og bröttum fossi, björtum sjá,

og breiðum jökulskalla -

drjúpi' hana blessun drottins á

um daga heimsins alla.

                              Jónas Hallgrímsson, 1839.

wtorek, 12 czerwca 2007
W pokoiku na pięterku

 Biedne te moje kudłate psy. Nie lubią, kiedy jest gorąco. Wtedy szybko załatwiają swoje psie sprawy i czmychają czym prędzej do domu, żeby zaszyć się w chłodnym mroku łazienki, gdzie śnią zapewne o swej ukochanej porze roku, o zimie, najlepiej śnieżnej i mroźnej. I nie ma mowy o błagalnych spojrzeniach, kiedy widzą, że zamierzam wybrać się gdzieś bez ich chuligańskiej asysty. Raczej łypią na mnie z wyrazem politowania. Ach, cóż za głupiec! Żeby w taki upał grzać się na dusznych ulicach... Od stada trzeba jednak czasem odpocząć. --- A tak nawiasem mówiąc, dwa psy w domu to lekka przesada, małe szaleństwo. Ale co zrobić. Dwa lata temu trafiła mi się przybłęda i niewiele się zastanawiając, włączyłem ją do grupy. Mój stary rudy Niedźwiedź trochę się boczył na początku: powarkiwał, obrażał się, pourządzał trochę scen zazdrości i przećwiczył młodego kolegę (było kilka podtopień w misce z wodą, parę prób wgniatania w ścianę i jeszcze garść innych "atrakcji" typu: stanie na baczność w przedpokoju, przygryzanie ryja, no i oczywiście do tego dochodziły- tak w przypływie dobrego humoru -warkliwe próby gwałtu, które zresztą przytrafiają się do dziś), ale zbawienna moc przyzwyczajenia ustanowiła nowy, w miarę harmonijny porządek. Nowy piesek otrzymał imię Budrek i został zaakceptowany. Stał się członkiem stada. Szeregowym, ma się rozumieć, bardzo szeregowym, o co postarał się stary Niedźwidź, niezbyt skory do ustępstw. No i tak sobie trwamy, choć czas nas ociupinę przetrzebił. Jest to sytuacja nieco obciążająca. A właściwie totalnie obciążająca. To absolutne uwiązanie. Ale nie ma tego złego. Towarzystwo jest w końcu przednie. Ja sobie po prostu nie wyobrażam domu bez psa. A że są dwa. No cóż. Czasem jedynie żartuję, kiedy tak brnę przez miasto z watahą, że do kompletu brakuje mi już tylko dziadowskiego wora.

 No, ale czasem trzeba wybrać się tak solo. Wczoraj zdecydowałem się na biel, nieco mandarynkowy aromat i wiek podeszły. Z kosturem przez placyk i trzy uliczki. Z głową zaciekawioną. Kolega wielki sprzed lat zadzwonił do mnie tak ni w pięć, ni w dziewięć. Wywiedział się jakoś tak via Punta Arenas - co zupełnie naturalne w wielkim mieście - że od pewnego czsasu stacjonuję trzy przecznice od niego. Z jakiegoś niezrozumiałego powodu uznał, że to fantastyczne. A ja się trochę zdziwiłem, bo sądziłem, że on dawno gdzieś wybył i robi karierę w jakimś artystycznym zawodzie. Ech, miasto - możesz człowieku mieć nawet pod nosem znajomych i nic o nich nie wiedzieć. Takie dziwne są te miejskie odległości. Tu dwa kroki, tam trzy, a bywa, że znaczy to: dwa, trzy lata świetlne. I czasem dochądzę do wniosku, że całe to przeludnienie miejskie wytwarza wokół człowieka najzwyczajniejszą pustynię. Wszystko wiruje jak niesiony wiatrem piach. Kiedy porównuję to, co dziś mnie otacza z tym, co miałem wokół siebie, gdy mieszkałem na norweskiej prowincji, widzę jedno: tam, gdzie były dwa kroki na pustkowia, jakoś bardziej dostrzegałem ludzi, tu zaś, gdzie są dwa kroki do tłumu, widzę pustkowie. I tam, na Północy, spotkaniom z ludźmi towarzyszyła szczególna aura. Dobrze to opisał Witold Leszczyński: im dalej na północ, tym spotkanie z drugim człowiekiem ma większą godność (tak to jakoś chyba brzmiało). Ale nic, skoro się odnaleźliśmy, nawet bez udziału Czerwonych Krzyży Wszystkich Krajów, pobiegłem z zainteresowaniem. Czego też oczekuje ten chłopiec? - myślałem. Myślałem o chłopcu, tym sprzed lat, z którym namiętnie wagarowałem, słuchałem skowronków. Wszechwiedzącym, z zalążkami rozmaitych talentów. I znalazłem... chłopca. Znalazłem chłopca, który utknął w dziecinnym pokoju, u mamusi. Wrażenie było tak piorunujące, że w pierwszej chwili miałem ochotę po prostu uciec. Dwa niewypały naraz?! Toż to groziło ewakuacją całej dzielnicy! Ten sam chłopiec. I jakbym odbicie w lustrze zobaczył, i to na dodatek takim z wesołego miasteczka. Boć to też nieudacznik, tylko jeszcze bardziej! Wszystko to samo, wszystko, tylko razem z mamusią draśnięte zębem czasu. Co robisz? - Żyję-mówię ja. Co robisz? - Bawię się-mówi on. A więc nic. Zero zero. Mniej niż nic. Gdy wychodzi, żeby przyrządzić zwyczajowy napar, przeglądam porozrzucane tu i ówdzie wydawnictwa. O, chłopiec na ścieżce religijnych poszukiwań. Spragniony sensów, czy może wymówek dla swej bezradności? Rezygnuję z zadawania wszelkich pytań. Wizyta waży dwie tony. (Coś się knoci, ale pozostanę chwilę przy czasie teraźniejszym, ot tak sobie.) Jest jakoś tak drętwo i niegramatycznie. Przyszli na chwilę jacyś goście. Młodzieniaszki. Czekam - może poda im ciastka? Ale nie. Co za ulga. Jeszcze tego by brakowało. Młodzieniaszki myślą o zarabianiu. Zastanawiają, czy nie warto by odnotować w CV, że potrafią łopotać uszami i jakoś tak niezwyczajnie kiwać lewą nogą. Wyłoniła się też z jakiegoś kąta panieneczka słodka. Obserwuję, że kolega darzy ją pewnymi względami. A właściwie chyba ją kocha. Bo pewnie chłopiec, który chwyta dziewczynkę za brodę, unosi jej twarz, by przemówić do niej jak do szczeniaka i pstryka ją w piersi... Ach, cóż za klasa i galanteria. Po jakimś czasie znikają chłopcy, co ciastek nie dostali, znika też panieneczka, a ja robię się trochę złośliwy. I zastanawiam się odrobinę, kim on jest tak naprawdę dla tych młodzieńców i owej panieneczki (widać są takie, których nie przerażają nieco już podstarzali syneczkowie swych mamuś?). Nie, nie, to wszystko nie jest czarujące. Razem z włączonym komputerkiem, przy którym pewnie chłoptaś spędza całe dnie. W komputerku są jego prace. Nie komentuję ich. To są same panie z gołymi cyckami. Czuję się jak w szatni gdzieś na budowie. Nie rozumiem, czemu jestem w tej norze. Robi mi się niedobrze. Dusi mnie dziecinny pokoik. Mówię do widzenia. On też. Zaprasza mnie znów. Ja nie zapraszam. Choć on mnie zapewnia, że do mnie wpadnie. Daję lekko do zrozumienia, że nie jest to konieczne. Uciekam. Jak najdalej od starych koni z pokoików na pięterku.

 Nie spodziewałem się, że to właśnie on, taki obiecujący, utknie, zwinie się... Otrzymałem kolejną lekcję. Nie odgrzewaj starych znajomości. Jeśli się skończyły, nic z tym nie rób. Przechowuj w pamięci urokliwe wspomnienia i nie psuj ich straszydłami, w jakie bohaterowie owych wspomnień potrafią się z czasem przemienić.

 

17:11, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
czwartek, 07 czerwca 2007
Ryki i trzaski

 Ciepło, więc powracają stadami. Mają trochę wolnego i z tego powodu muszą się czymś zająć. Szmaty, gacie, giry gołe aż po paluchy i pożółkłe pięty. Szukają gwaru i rozrywek jak nędzarze wieści o lokalnych zasiłkach. Nie jest istotne, skąd są - czy przybywają z tej tam narożnej kamienicy, z podmiejskich albo przedwiejskich pudełek, czy wysiedli z podniebnego, pstrokatego pekaesu. Wszystkich kupił ktoś w jednym sklepie i wszystkim wpakował to samo oprogramowanie. Trzeba im zaklekotać i dać powody do radosnego wycia. Na powietrzu. Trzeba, by nikt po zdjęciu słuchawek z czaszki nie został zaskoczony przez ciszę. Tu bębenek, tam dwa, tu ryknąć, tam kwiknąć, a dla urozmaicenia brzdąknąć na ludową nutę (hoc hoc, zawalił się sroc). Zabytkownia, co się tanią piwochlejnią stała. Otwierają się podwoje wszelakich pijalni, rozkwitają parasole i zapraszają spragnionych. Tryskają zdroje i brzęczy gotówka. I żegnaj, zapachowa ciszo! W powietrze znów wciskać się będą odory piwska i frytury. Zlepią się z nim na długie tygodnie, ciężkie, których żaden wicher nie rozpędzi. Ucieczka na nic się nie zda. W dziupli własnej nie lepiej. Okna domagają się otwarcia. A tam, parę metrów niżej, zwyczajny zakład pracy. Trawa wyrosła bezgłośnie, rżnięcie jej kłosów odbywa się już z hukiem. (W takiej sytuacji wolałbym, żeby trawniki stały się plątaniną zarośli. Chętnie zrezygnuję z zapachu świeżego siana). Naprzeciwko znowuż, w nowo wystawionym domiszczu, zagnieździła się - chciałem napisać młodość, ale to mi wygląda na jakiś chroniczny stan przedemerytalny; dziś z przedwiośnia wpada się prosto w monstrualnie długą jesień, powiem więc, że to zagnieździła się hałaśliwa, nieuleczalnie poddziecinniała starość na dopingu, oddająca się z lubością czemuś, co niektórzy omyłkowo nazywaja zabawą. Gdy tylko zapachnie dniem bez roboty, w ruch idzie wszystko, co zdolne wytworzyć jazgot. Barki zaopatrzone, progi gościnne. Balkonowe nasiadówki. Echo pracowicie roznosi dźwięki. Stały, ograniczony repertuar wulgaryzmów i ambitnych dyskusji, dzięki którym, gdyby ktoś chciał się w nie wsłuchać, dowiedzieć się można, co kto i za ile kupił. A potem już tylko coś na kształt muzyki, wywrzaskiwania opanowanych strzępków refrenów, rechot, krzyki, wreszcie kłótnie i... policja. I tak w kółko. W miejscu, gdzie kiedyś rosły kwiaty, krzewy agrestu, porzeczek...

 Siły witalne - ileż ich ludzie używają, by zastukać, zabuczeć, zawarczeć, zatrąbić, zaszumieć, zaryczeć, zarżeć, ponawoływać. Można się pieklić do szaleństwa - nic na takich nie zadziała. Są - ze złośliwością licho wie czego - wkomponowani na stałe w rzeczywistość, by ją zakłócać na wszelkie możliwe sposoby. Jak automaty do przeszkadzania. Aby tylko ducha gdzieś jeszcze drzemiącego pokopać, zsiniaczyć, rozedrzeć na strzępy.

 Ze mnie, rzecz jasna, duch żaden. Ot, ledwie mgławiczka drobna, tycia, ale i ona spragniona kojącej ciszy w miejscu swego pobytu. Tak samo, jak te duchy wielkie, żyjące w porządku. Biedny Schopenhauer, któremu myśli rwały bicza trzaski i harmider ulicy. Stała i miarowa wrzawa, dla wielu zwyczajna i obojętna, niczego nie przerywająca, może tylko nudę, tę straszliwą, drugą po materialnej nędzy, plagę.

 Na hałas narzekało wielu. Mnie w oko wpadła Stanisława Przybyszewska. Kiedyś w jej barakową solitude wplątał się wirus wrzaskuństwa. Czasowe, trudne do zniesienia sąsiedztwo, na które pisarka poskarżyła się w jednym ze swoich listów. "Wrzask - musi być hałas, podtrzymywany jak święty ogień". Towarzystwo zza ściany hołdowało temu przekonaniu. Przybyszewska zanotowała: "Jest coś niewysłowionego w ich chamstwie, w ich bydlęcej głupocie. Ta niewypowiedziana ohyda krzyczy z każdej infleksji głosu, z każdego niezgrabnego ruchu. Ciekawam, jak by takie bydlę zareagowało psychicznie, gdyby raptem stanęło twarzą w mordę z własnym odbiciem w moich myślach. Prawdopodobnie nie poczułoby się nawet trafione. To poziom tak niski, że nawet sama próżność nie rozwinęła się do pozorów miłości własnej. Swoją drogą nie umiem wmyśleć się w te mózgi. Nie mogę zrekonstruować procesu, na mocy którego bydlę takie potrafi wrzeszczeć i wyć przez cały dzień, aż mu literalnie cielesnych sił zabraknie. Rozumiem, że się rozbijają, że grają w football dziesiątkami godzin, ale po co ryczeć? Wyją. Wyją. Nawet śpiewać nie potrafią. Ciągły ryk jest dla nich zabawą. To jest jak obłęd! To niepojęte".

14:14, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »