BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
poniedziałek, 30 czerwca 2008
Okruszek staroskandynawski VI

 Człowiek winien być mądry,

 Ale nigdy zbyt uczony;

 Serce mędrca rzadko jest szczęśliwe,

 Gdy wiedza jego nie zna wątpliwości.

 

    Meðalsnotr

    skyli manna hverr,

    æva til snotr sé;

    þvi at snotrs manns hjarta

    verðr sjaldan glatt,

    ef sá er alsnotr, er á.

niedziela, 29 czerwca 2008
Echa i cienie 7

 Poganka. Którą można palić w kominku. Przyjechała swoim starym, lekko stukniętym volvo. (Rozkoszna niedbałość - w żadnym innym samochodzie nie natknąłem się na równie bajeczny bajzel!) Czarno-srebrna zjawa ogolona na jeża o kształtach zdecydowanie nie kojarzących się z poczciwym macierzyństwem. Ostre rysy, nierozłożysta przystojność. Nie mogłem odmówić sobie małej złośliwości, gdy mi się ten obiekt kuzynowych uczuć objawił. Kurwa mać - jak u Johna Waina. - Stary, jesteś pewien, że ona jest pełnoletnia? - W odpowiedzi dostałem całusa w czółko. Nie wiem, kto tu kogo sobie przygruchał. Może Poganka w swej nie wiem już której wiośnie? Czas w końcu szybko biegnie, trzeba więc czujnie, trzymając rękę na pulsie, wybiegać na łączkę, gdzie pasą się równie czujne i wypatrujące ogiery. Bo jakież to przecież szczęście, gdy można sobie poujeżdżać takie kunsztownie utoczone piękno! -- Trzeba przyznać - konik niczego sobie, lekko przechodzony, ale ciągle jeszcze młody, o pięknym, sprężystym ciele. Bez dwóch zdań - jest co poklepać, tak więc co najmniej trzy razy dziennie winna Poganka chwalić wszystkich bogów miłości świata za tak osobliwe i zaskakujące zamiłowania swego zwierzaka. A ja chcę wierzyć, że nie kryją się tu żadne wredne kalkulacje umiłowanego...--- Coś mi się tak od razu do łba rzuciło wspomnienie pewnej damy, którą śliczna, kudłata młodość nieźle poszarpała... To była znajoma mojej mamy (Boże, ciągle nie mogę uwierzyć, że jest ona już definitywnie zamkniętą przeszłością). Kiedy ją poznałem, była zgnębioną, ziemistą wdową czule wspominającą swego zmarłego małżonka, który, nawiasem mówiąc, wedle słów mej mamy, dawał jej ponoć solidnie w dupę, przy czym cała rzecz nie miała nic wspólnego z seksem - albo inaczej - był w tych zwięźle a dosadnie przez mamę opisanych poczynaniach małżonka seks, ale dodatkowy, w którym nasza przyczerniona żałobą dama nigdy nie partycypowała. Należała owa pani najwyraźniej do typu żon o skłonnościach do męczeństwa - lwią część swego przedsiębiorczego żywota spędziła na przykładnym zbijaniu fortunki i chrześcijańskim wybaczaniu. Cóż - mąż był słaby i pokusy mogły być pewne, że im się nigdy nie oprze. Zawsze jednak wracał do swej pracusiowatej żony, nawet publicznie okazywał jej względy, co naturalnie zawsze budziło najgorsze podejrzenia, a na koniec dał jej się też ukołysać do snu wiecznego; zdychał podobno długo i boleśnie, ona zaś troskliwie go doglądała, a gdy robiła sobie małe przerwy w tym pełnym współczucia pielęgniarstwie, kompletowała żałobną garderobę, roztrząsała problemy cmentarnej flory, jaka miała w nieodległej przyszłości porastać miejsce wiecznego spoczynku umiłowanego i snuła mroczne fantazje o swych przyszłych posiadach na drewnianej ławeczce. I jej wyobrażenia ciałem się stały: pogrążona w kłamliwych wspomnieniach o wspaniałym i wiernym, najcudowniejszym w świecie mężu snuła się zakwefiona po cmentarnych alejkach przemieniona w lekko dupniętą stworę, użałobioną aż do nieprzyzwoitości. Ale pewnego razu przeszła absolutnie zdumiewającą metamorfozę. Nagle wdowie czernie i szarości poszły w kąt i żałobnica poszła w drugą skrajność, objawiła się bowiem jako śmiało ukazująca swe obwisłości kochanica. Okazało się, że stary fortepian, z deka odkurzony, potrafił wygrać jeszcze niejednego poloneza, a w porywach nawet wesołą polkę. - Jezu - wołała mama. - Gdybyś ją zobaczył! Lata po mieście jak wariatka, cycek na wierzchu, kiecki kwieciste z rozpierdakiem po pas! I rzeczywiście - pewnego dnia ujrzałem u niej damę zupełnie odmienioną, uszczęśliwioną, może bez cycka na wierzchu, ale z obnażoną odważnie nóżką (dobrą - wg mej kąśliwej mamci - na galaretę), rozbawioną... Taak, była rozbawiona, ona, dama... Ale nie za darmo, o nie, wszak, no cóż, jest pewna zasada - bawiny się... jak damy, bo jak nie damy, to się nie bawimy... Okropnie typowy przypadek. Życie sobie przypomniało, że ominęła je przygoda, postanowiło tedy zaszaleć, płacąc przy okazji słoną cenę. Dała dama wszystko, co miała, a że przeceniać swych wdzięków już nie mogła, musiała wykorzystać również całą ich oprawę. Zjawił się Kocurek, przed którym rozwarła swe uda udostępniając mu swój przywiędły kwiatuszek i otworzyła swą szkatułkę z kosztownościami... Kiedyś na imieninach mamy spotkałem tę czarowną parkę: ona kolorowa jak tęcza, a on, ten rozrusznik dla jej starszawego serca - cacuszko - postawny, włochaty brunet, cwaniackie ciacho o łobuzerskim uśmiechu.-- Romans płomienny trwał czas jakiś, w trakcie którego Kocurek został ładnie ubrany, ozłocony, dostał też przyjemny samochodzik w prezencie... Kiedy jednak włochate cudo zassało ostatnią perełkę ze skarbczyka majętnej wdowy, przygoda znalazła swój dramatyczny koniec. Kochaś nagle wzgardził kalafiorkiem jej pupci i odszedł w siną dal, a właściwie odjechał za kierownicą kosztownego podarku zabierając ze sobą swój czar i wdowią majętność... Czas tęczowych kiecek i rozanielenia minął bezpowrotnie i kobiecinę - co zgodnie z mamą przewidywaliśmy - trafił szlag. Jedynym ratunkiem okazał się dla niej szpital psychiatryczny... Nie wiem, co się później z nią stało, czy żyje jescze, czy zagryzła się może na śmierć... Ale co sobie użyła z pięknym, to jej. A że za pieniądze... W końcu one są po to, by je wydawać... ----- Mam tylko nadzieję, że kuzyn nie jest do tego stopnia beznadziejny i że w jego przypadku inne pobudki doszły do głosu. Póki co, ma u mnie spory kredyt zaufania, spory, bo wydają się być parą, w której gości jakieś głębsze uczucie, że nie ma w ich związku udawania... Być może po prostu trafili w swoich poszukiwaniach - ona na krzepką i pod wieloma względami ciekawą młodość, on natomiast odkrył może, iż sens ma życie z kobietą dojrzałą, doświadczoną, co swoje już przeżyła. Sprawiali wrażenie ludzi dobrze zgranych. Szczególnie ich sprzeczki podpowiadały mi, że sprawy nieźle się układają. Trochę mi zresztą przypominały starcia, do jakich dochodziło między mną i Adrianem... Potrafiliśmy obdarowywać się uprzejmościami do tego stopnia, że lądowaliśmy w końcu pod stołem kwicząc ze śmiechu... ---- Tak, Oslo to też Adrian, bo zawinęliśmy do tego miasta podczas podróży, na którą dał się naciągnąć. Fruwaliśmy po nim zaliczając atrakcje, od Bygdøy po Tøyen, od Holmenkollen do twierdzy Akershus. Wtedy, tak wręcz po dziecinnemu uszczęśliwiony, znalazłem się tam, żeby ukazać pejzaż współbrzmiący z moją duszą i by popatrzeć na przeszłość z góry, jak sądziłem solidnej, której nic zagrozić nie mogło... Ostatnie, niedawne chwile były już raczej spojrzeniem z boku, okiem kogoś pokonanego, pobitego, kto jednak mimo to może sobie jeszcze pozwolić na chodzenie z podniesioną głową... --- Lubię patrzeć w przeszłość, zdumiewać się jej zmiennym kolorytem... Zresztą może wszyscy lubimy od czasu do czasu spojrzeć za siebie, czasem, gdy teraźniejszość przepełnia zło, by przeżyć wszystko, co było lepsze, a czasem, gdy teraźniejszość nie straszy tak bardzo, rzucić okiem tam, skąd niosą się echa burz, by bardziej docenić to, co mamy. ---- Spojrzenie z bliska na skrawek kraju, który dla pewnych natur zdaje się być wielkim, niebezpiecznym wyzwaniem. Aksel słusznie twierdził, że to idealne miejsce do wędrówki w głąb siebie, dalekiej wędrówki, aż do małpy, z której wyrastamy - a ja bym dodał, że można tam, właśnie tam, ze szczególną łatwością dojść dalej, minąć zwierzęce straszydło i dotrzeć do miejsca, w którym z przerażeniem przekonujemy się o własnej widmowości... Czasem też strach spojrzeć tam przez ramię w obawie przed ujrzeniem samego siebie. Osobliwa, surowa ziemia pod nie mniej osobliwym niebem, piękno niekiedy wręcz groźne, wśród którego ratunkiem bywał bieg albo głośny śpiew niemal bez udziału woli wydobywający się z gardła, będący obronną reakcją, muzycznym lekiem na trwogę graniczącą z szaleństwem.--- Kiedyś sobie myślałem, że gdy nadejdzie TEN moment, to właśnie tam się wybiorę, żeby coś zażyć w hotelowym pokoju albo rzucić się z jakiejś kilkusetmetrowej skały... Prwadziwy magnes dla samobójców. --- Przypominam sobię pewną niezwykłą historię, która wydarzyła się jakiś czas temu. Jakaś studentka, bodajże z Wiednia, postanowiła się rozstać z życiem, chciała jednak koniecznie znaleźć kogoś, z kim mogłaby umrzeć. Z pomocą przyszedł jej internet. Szybko dotarła do człowieka, młodego chłopaka o takich samych pragnieniach. Umówili się w Oslo. Dziewczyna, nie wzbudzając żadnych podejrzeń, powiadomiła bliskich, że wybiera się na kilka dni do Norwegii, by odwiedzić znajomego. Czekał na nią. Oboje byli absolutnie zdeterminowani. Spotkali się i natychmiast wsiedli w pociąg, który powiózł ich na zachodnie wybrzeże. Nigdzie się nie zatrzymywali, nie zwlekali. Pozostało im tylko wykonanie planu. Szybko, bez ociągania się, gdy już byli na miejscu, znaleźli odpowiednią skałę i skoczyli w przepaść. Raz-dwa, bez gadania... ----------Poganka mnie prawdziwie zachwyciła i to też każe mi żywić ufność, że barwność jej osobowości stanowi dla Eryka tę wielką siłę przyciągającą...--- Mocny uścisk dłoni, głośne powitanie, szeroki uśmiech, duże, białe zęby, ładne, cienkie zmarszczki wokół oczu, wnikliwych, ciekawych, żywych... Dużo jej Eryk o mnie opowiadał... No, ciekawe, co? Cóż można powiedzieć o kimś tak nieokreślonym? - Podobno spędziłem tu trochę czasu? - Tak, tu trochę, więcej nieco dalej na północ... ----- Eryk, jakby zaskoczony z początku moją prezencją, bo przecież... - Kurwa, życie się przejechało odrobinę po tobie. Niech to szlag! - Ale co mam robić?... Nadal muszę mieć na sobie czystą koszulę, świeże majtki, a od pewnego czasu chodzę nawet z ryjkiem gładkim jak niemowlęca pupa, bo zarost mi się zrobił okropnie siwy. (Niekiedy tylko robię drobne ustępstwa i pozwalam podrosnąć troszkę igiełkom, bo Franek lubi takie drapiące mordy). - A nie ciągnie mnie przypadkiem za powrotem? Tak na dłużej? - Uchowaj Boże! Jakiś czas temu wziąłem udział w quizie z wiedzy o Norwegii i wynik, jaki osiągnąłem, okazał się mało zachwycający. Nie wyszło mi, że jestem jakimś wielkim przyjacielem Norwegii, dowiedzialem się natomiast, że jestem typowym Norwegiem, tak że w tej sytuacji... Być typowym Norwegiem i mieszkać w Norwegii? Nonsens! Wolę być nietypowym Polakiem i mieszkać w Polsce. Jestem już tak wsapaniale przywiązany. Bo tu mam Franka, psy, hodowlę asparagusów, swoje książki, panią z warzywniaka, z którą uwielbiam gawędzić i która karmi moje kundle orzechami włoskimi, i mam panią kwiaciarkę z paluszkami jak serdelki, kioskarkę, co na pamięć zna gazety, jakie czytam, fascynująco brzydką i przekochaną panią sprzedawczynię z piekarni, która wyszukuje mi najładniejsze chlebki, wspaniałe panie bibliotekarki zawsze chętne do pomocy, no i jest jeszcze cała ta ludzka fauna, z którą żyję na przyjacielskiej stopie: zbieracze złomu, lumpy, cwaniaczki, łotrzyki, niebieskie ptaki... Pełne zadomowienie! Tak więc jedynie kataklizm zdołałby mnie wypędzić z domu... Podjęta kiedyś próba przesiedlenia zakończyła się nader dziwacznie. I zupełnie niepotrzebie, swą chęcią rozstania się z tymczasowością w tamtych własnie okolicznościach, zapaprałem sobą coś, co zawsze otaczałem uwielbieniem. Pewnym miejscom nie robi się takich rzeczy! I dostałem wyraźny znak, że powinienem uciekać, uciekać przed szaleństwem, przed obłędem... Pewnego razu zobaczyłem w lesie, w zapadającym mroku coś, co tylko przyspieszyło moją decyzję o wyjeździe. Jak byłem zalany, tak wróciłem do hytty zupełnie trzeźwy i biały jak ściana... Kamil zerwał się na równe nogi: - Co się, kurwa, stało? - Nie wiem. Zdaje się, że po prostu wariuję... --- Kiedyś siedzieliśmy z Aud na werandzie, pałaszowaliśmy lody truskawkowe i wzięło nas na rozmówki z dreszczykiem... Zapanował zupełnie zdumiewający klimat rodem z opowieści Tryggve Andersena... Ludzie widują różne dziwne rzeczy... Nie spodziewałem się, że sam rychło się przekonam, co, kurwa, świr potrafi zobaczyć w lesie!... Nigdy wcześniej ani później przed niczym tak nie spierdalałem... ------ W pierwszy wieczorek, taki, można powiedzieć, zapoznawczy, nie brakło niesamowitych rozmówek... Paplaliśmy dziwaczną mieszanką językową, były ciary, a potem kilka bezsennych godzin, cichych i zastanawiających... Poganka była świetnym kompanem. I, co przyjąłem z zadowoleniem, bardzo chętnym do wysokoprocentowego smarowania... I było z kim zapalić, jak za dawnych czasów, skręta. Tego mi brakowało. Tych ciężkich strzałów w płuca. Aż się Eryk krzywił, ten sportowy obłąkaniec... Za grosz szacunku dla naszych odważnych, z lekka samobójczych praktyk... Mała, zgrabna, gustowna maszynka, która umiała ślicznie upakować siano w bibułkę. Wystarczyło tylko liźnięciem pobudzić klej... - Czyż to urządzenie nie jest doskonałe? Ach, bądźmy wszyscy tacy sami!!

CDN

15:01, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (3) »
wtorek, 24 czerwca 2008
Książka

 Zazwyczaj o książkach, których się nie czytało, pisze się w szkole, bo potem to już raczej nie wypada robić takich rzeczy, poza tym z wiekiem człowiek, wyszkolony w sztuce zwodzenia, swe nabyte zdolności przenosi na inne obszary życia. Ale dzisiaj słów kilka wokół książki, której nie przeczytałem i pewnie nie przeczytam, a już na pewno nie nabędę. Książką tą jest rzecz o przeszłości Lecha Wałęsy. Prawdę mówiąc nie specjalnie interesują mnie poczynania tego człowieka w odległej już przeszłości, nie zastanawiam się nad jego możliwymi błędami, słabościami, nie obchodzą mnie te wypominania, te rewelacje, które ponoć oparte są na li tylko poszlakach wypełniających to dzieło, co w jednych wywołuje gniew i sprzeciw, innych zaś wprawia w euforię. Może się ten człowiek kiedys pogubił - cóż z tego jednak? Jest wszak i będzie postacią szczególną, ważną, pomnikową, o niewątpliwej charyzmie i z pewnością ta wydana w IPN książka mu specjalnie nie zaszkodzi - zapaprze natomiast nieco wizerunek samej Polski, którą wiecznie musi żreć jakiś przebrzydły robak konfliktu i wrednego plucia małych i zakompleksionych. To chyba prawda, że istnieje w naszym osobliwym narodku taki niedobry gen, gen autodestrukcji, uaktywniający się szczególnie w rozmaitych małych zgniłkach, co szarpią zajadle za nogawki, wszędzie wietrzą potajemne i złowrogie porozumienia i domalowują z ochotą na wizerunkach co lepszych i większych a to wąsy, a to rogi, a to pryszcze...

 Przyzwyczajony jestem do obrazu człowieka jako istoty pełnej sprzeczności, bo codziennie patrzę w lustro i widzę w nim żywy zlepek dobra i zła, i martwią mnie ludzie, którzy usiłują nam wmówić, jak bardzo są prawi, uczciwi, patriotyczni, moralnie doskonali, by przekonać wszystkich, że tylko oni posiadają legitymację uprawniającą do wydawania sądów i sprawowania władzy, czyniąc to jednocześnie, o zgrozo, nadzwyczaj marną polszczyzną.

 Nie chcę wędrować zbyt daleko i wyrażać z poczuciem absolutnej pewności, że publikacja ta ukazała się na polityczne zamówienie, po to, by udowodnić jakąś tezę, zastanawiające są jednak pełne satysfakcji wypowiedzi paru nikczemnych, niskich ludzików (Boże, te fizjonomie! Jestem przekonany, że Schopenhauer spuściłby im po prostu wpierdol, za wygląd, bo jednak są pewne granice, za którymi jest już tylko obwoźne panopticum. [Wiem, że człowiek w zasadzie nie powinien naśmiewać się z wyglądu innych, istnieją jednak takie twarze, których rysy z pełną wyrazistością ukazują marnego i koślawego ducha - i z takimi mamy tu do czynienia - liche duchy, co na ryje wypełzły, widoczne jak na dłoni!]), że oto odsłaniają się kulisy zgniłej III RP, że objawia się jakaś potworna zdrada i jaki to cios został zadany establishmentowi. Pełen tryumf!... Dziwne, że zadowolenie osiągnęli ci, co kiedyś wypychali Wałęsę w kierunku prezydentury. A teraz co - wielkie zapomnienie?... I znowu te idiotyczne kłótnie, bredzenia...

 Jakoś tak osobiście mnie to dotyka. Nie lubię, gdy ludzi w ten sposób się szarpie, obmawia, powołując się na rozmaite domysły i niepewne dowody, z których nader ochoczo wyciąga się daleko idące i obciążające wnioski - żeby zaplamić, żeby może coś na tym ugrać, żeby się po kimś przejechać, żeby się odegrać, żeby choć spróbować wgnieść kogoś do poziomu swej małości - a szczególna to gratka, jeśli można obskoczyć i obszczekać kogoś, kto jest w świecie rozpoznawany, kto urasta do rangi symbolu czy się to komuś podoba, czy nie... Wielcy moraliści pozujący na mężów stanu, co zapominają spojrzeć w lustro.

 Chciałoby się zawołać do obecnego Prezydenta, który też swe trzy zabrudzone grosze do sprawy dorzucił: Zły to obyczaj, gdy się sra na swego poprzednika na urzędzie, szanowny cnotliwcze. Nie bierze, biedak, pod uwagę, że daje w ten sposób przyzwolenie innym, aby srali na niego. A jestem pewien, że gdy srać zaczną, będzie wielce w swym nastroszeniu oburzony i w swym poczuciu dozna wielkiej niesprawiedliwości.

 Szkoda, że tak się dzieje. Może najlepszym rozwiązaniem byłoby przyzwolenie, by o osobistościach pisać już na spokojnie po długich, długich latach, żeby uniknąć zacietrzewień, by rewelacje, mniej lub bardziej udokumentowane nie stanowiły leku na cudze kompleksy.(I pewnie lepiej by było, gdyby książki ocierające się o publicystykę nie ukazywały się w państwowych instytucjach, tak dla zachowania czystszej atmosfery). W gruncie rzeczy najistotniejsze są przecież te dokonania, które przyniosły prawdziwy pożytek, one w końcu przyćmiewają wszelkie błędy, od których popełniania nigdy nie będziemy uwolnieni, a także wszelkie małe, średnie i duże wady, co chronią nas wielkodusznie przed największą z nich, przed idiotyzmem doskonałości.

13:44, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 23 czerwca 2008
Świt

 Za bardzo wysilać bym się musiał, kombinować, do czego zawsze nas zmusza potrzeba bycia nieszczerym, gdyby mi trzeba było opowiedzieć, po co żyje człowiek, pewnie więc dobrze, że nie podarowałem światu nowych istnień albowiem to, co szczerze mam w tej kwestii do zakomunikowania byłoby - pewnie wielu się ze mną zgodzi - niezbyt wychowawcze, wszak najpierw człowiekowi trzeba, tak przynajmniej się umówiliśmy albo, biorąc pod uwagę ten indywidualny przypadek, jakim jest moja okazjonalnie skromna osoba (a tak właśnie, okazjonalnie - wypada mi to powiedzieć mając na względzie miłość - i to nie tę, która na mnie spadła, ale tę, którą mogę obdarowywać, ta bowiem właśnie posiada szczególną moc, zdolną przemienić nas w bogów, a oni przecież nie zawsze umieją być skromni), która z nikim umów specjalnych nie zawierała, co uprawnia ją do stwierdzenia - tak się jacyś ludzie poumawiali, powiedzieć z naciskiem o celach wzniosłych, powołaniach, o osiągnięciach, o ambicjach wszelakich, o pożyteczności, o nagrodach, jakie dostać można na ziemi i tam, w Niebie, u małostkowego Stwórcy, by utudnić mu w przyszłości, ku pożytkowi doczesności łaknącej wiecznego, dzikiego rozkwitu, odkrycie, iż od marzyciela więcej złudzeń ma tylko człowiek czynu (o czym wszyscy, jestem tego pewien, przekonają się dopiero wtedy, gdy odkryjemy już wszystkie prawa Natury) i że w gruncie rzeczy powód naszego pobytu na trzeciej planecie od Słońca - co wyrażam zawsze z pełnym przekonaniem - ogranicza się do kilku przyjemnych drobnostek. Sam wpadłem na Ziemię ledwie na kawę, papierosa, kieliszek koniaku, a także po to, by się zachwycić, by zapłakać, no i żeby objąć ramieniem rozkoszne stworzenie, co się potłukło ze swoim bratem (hm - rodzeństwo - zawsze byłem zdania, że lepiej je mieć, a tymczasem są ludzie, którzy skłonni są wręcz ukrywać fakt posiadania tegoż) oraz po to, by czasem coś przeczytać, a nawet rozkochać się w czymś, co litościwie, o co dziś tak trudno, nie naśladuje życia. Życie to także oczekiwanie, oczekiwanie na rzeczy prawdziwie wielkie i czarowne. Na co czekam z utęsknieniem każdego roku? Po pierwsze na czerwcowe świty, a po drugie na sierpniowy księżyc. Teraz mamy czerwiec, jest więc już ten pierwszy wyczekiwany czas, który trzeba, koniecznie trzeba wykorzystać, by nasycić się pięknem wczesnego świtania, tej wczesnej jasności tak bardzo kontrastującej ze spokojem i ciszą pozwalającą nieść się swobodnie ptasim trelom, tej jasności, której nie towarzyszy obłęd człowieczej zapobiegliwej bieganiny.

 Nie dałem spać Frankowi w ową najkrótszą noc, ale nie dlatego, by ciągnąć go na jakąś hałaśliwą zabawę, tylko żeby powitać zielone lato (hm - w sumie szkoda, że lato jest tak monotonnie zielone... Majgull Axelsson napisała gdzieś, że gdyby to od niej zależało, podarowałaby latu barwy jesieni... Kto wie czy nie byłoby mu rzeczywiście bardziej do twarzy w złocie, czerwieni, brązach, żółciach zieleniejących ku jesieni...) w ciszy, we dwójkę, z dala od miasta. Ucieszyło mnie to, że przystał ten śpioch na moją propozycję.

 Należę do tych dziwolągów, którzy potrzebują jak powietrza trochę romantycznych, trochę niesamowitych, nastrojowych scen, tego wszystkiego, czym karmi się taki sentymentalny duszek jak ja. (Kiedyś, dawno temu, jedna z moich szkolnych koleżanek, dla której byłem księciem, powiedziała mi: Oj, ty piękny, śniący duchu, nie będzie ci lekko w życiu. Więcej - boję się, że świat ci nie daruje! O, co to była za dziewczynka! Absolutna, skończona prymuska, która darzyła mnie dość szczególną sympatią, mnie - notorycznego wagarowicza zdolnego zgromadzić w porywach nawet do siedmiu luf na półrocze, człeka coraz bardziej wewnątrzsterownego, posądzanego przez nobliwych nauczycieli o niesłychane rzeczy z narkomanią na czele [Mój wychowawca pofatygował się raz nawet do mojego domu, by podzielić się swoimi obawami z mymi rodzicielami. Myślałem, że się przewrócę, gdy wszedłem do domu i pierwsze, co zobaczyłem, to pana profesora kopcącego papierocha, popijającego herbatkę i wesoło gawędzącego z moją mamcią]; jedynie moja polonistka, przecudowna kobita, z mojej epoki, która już wówczas była skrajnie niedzisiejsza, doceniająca mnie, rozkochana w moim charakterze pisma (to najcenniejszy dar, jaki odziedziczyłem po mamie), którą, jako jedyny z całej hołoty, potrafiłem wzruszyć i oczarować - nigdy nie pozwoliła robić ze mnie potwora i broniła mnie ponoć jak lew na pedagogicznych radach... Dla koleżanki byłem różnym od wszystkiego zjawiskiem, kimś z innej planety, zagubionym w tym brzydkim i głupim świecie, tak że nic, tylko opowiadać o mnie dzieciom na dobranoc, by miały słodkie i marzycielskie sny. (I jak tu nie być zepsutym, kiedy człowieka traktują czasem jak istotę z książeczki dla dzieci. I - Boże drogi - jak się w takich okolicznościach zestarzeć? Przecież to nie do pomyślenia). Mam po niej pamiątkę w postaci pełnego uwielbienia wpisu na wymiętoszonym maszynopisie skleconego przez nas scenariusza. Kiedy po raz pierwszy przeczytałem jej słowa byłem, jako człowiek absolutnie już spełniony, gotowy pójść nawet pod gilotynę! {I może nawet wielka szkoda się stała, że nikt mi wtedy łba nie uciął? Ech, życie się tak tylko ze mną głupio zabawia, jakieś takie niezdecydowane - jak rzuca we mnie kamieniem, to tylko żeby mi zrobić dziurę w pysku; jak przewraca samochód, to tylko po to, by mnie nastraszyć i poturbować; a gdy psuje samolot, to akurat wtedy, gdy za sterami sama tylko trzeźwość umysłu...})

 Hm, doprawdy - człowiek czuje się dziwnie, gdy pomyśli, że snuje się po świecie jedynie dzięki przytomności jakiegoś rosyjskiego pilota... Tak niewiele w sumie trzeba, by wszystko przekreślić - tak też niewiele, by ocalić. Jestem, bo widocznie muszę być - taka konieczność, spleciona nierozerwalnie z przypadkiem. Niezła krotochwila! Przypomina mi się Heinrich von Kleist - jego kiedyś omal nie zabił... ryk osła, który spłoszył konie ciągnące powóz. Ten drogowy incydent wręcz wywołał w nim moralny kryzys. Pomyśleć - życie, które tak przeceniamy, dorabiamy doń jakiegoś boga - lepiglinkę, a tu raptem osioł, co swym niedorzecznym, głupkowatym kwikiem potrafi wywołać lawinę śmiertelnie niebezpiecznych zdarzeń! Kupa smiechu! A żeby było jeszcze smieszniej, to cudem ocalone życie później po prostu wzięło się i zastrzeliło! I co, kurwa, w świetle takich rzeczy można powiedzieć o świecie, jak nie tyle, że jest to zwykły sen idioty - więcej - skończonego pojeba! Począć z tym jednak nic nie możemy! Mamy tylko jedną moc - możemy upiększać, uwznioślać, czynić święto. I pomyślałem sobie, że nie zaszkodzi nam trochę świątecznego klimatu, specjalnej scenerii, uroczystej, wyjątkowej oprawy do powiedzenie sobie kilku ważnych rzeczy... Słowo, by poczuć i zrozumieć jego wagę, wymaga niekiedy dekoracji niecodziennej, najdoskonalszą zaś scenografię daje nam sama Natura, zwłaszcza obserwowana w okolicznościach, w jakich niezbyt często ją oglądamy... Najpiękniejsza jest świeżość i rześkość świtu, tak często przez nas przesypiana... A wtedy wszystko wydaje się inne, niemal nierzeczywiste... Tak więc zjedliśmy dobrą kolację na świeżym powietrzu, a potem ruszyliśmy w drogę, by znaleźć się z dala od ludzi i tam zaczekać na pierwsze promienie słońca. Wspaniale tak patrzeć, jak młode światło wydobywa z mroku kształty, które, coraz wyraźniejsze, z wolna upodabniają się do znajomych zjawisk i odzyskują swą barwę...

 On mówi, że jakoś nigdy wcześniej nie jeździł z nikim oglądać wschody słońca. I nigdy się na nich specjalnie nie skupiał. Ot - po prostu robiło się jasno. Po raz pierwszy potraktował to zjawisko jako coś odświętnego i poruszającego. Taki drobiazg.

 Tak niewiele w gruncie rzeczy musimy upiększać, bo to, co nam jest do tego potrzebne, znajduje się przecież wokół nas. Nas... Hm - jakie to wspaniałe, gdy sens słówka "my" zawęża się do "ty i ja", gdy mówiąc: jestem, słyszysz potwierdzającą twe spostrzeżenie cichą odpowiedź: jesteś, padającą z jednych tylko ust, tych najcenniejszych... Jesteśmy! I będziemy! [Żeby tylko on, do cholery, nie dostawał małpiego rozumu za kierownicą! Zawsze mu się spieszy, a ja się martwię. Choć i tak dobrze, że nie ma ciągotek do - bo ja wiem - latania na paralotni, bo już wtedy bym chyba zwariował. Jego żywioł jest jednak bardziej przyziemny - to woda, do której i ja się przekonuję, choć najbardziej lubię ziemię. Wystarczy, że duszę mam w chmurach... Tak, a w uszach mi brzęczą słowa koleżanki - świat ci tego nie daruje!]

16:01, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
piątek, 20 czerwca 2008
Brian Eno "By This River"
14:56, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 19 czerwca 2008
Samobójcy, Tomasz Mann, strach... (Echa i cienie 6)

 Wszystko ładząca substancja. "Hipokratyczny lek" dający przewagę nad życiem, jakim dysponowała Klaryssa z Doktora Faustusa , której pierwowzorem była siostra Tomasza Manna... Klaryssa, szantażowana przez prowincjonalnego lowelasa, pseudodemonicznego dziwkarza, któremu raz uległa i który był wręcz spragniony tego, by, jeśli już nie dla niego, to przynajmniej z jego powodu umarła ludzka istota... Wstrząsająca scena w powieści jest wiernym odtworzeniem tego, co stało się z siostrą pisarza. Kobieta, z przelotnym, ślepym uśmiechem, na oczach swej matki zamyka się w swojej sypialni, gdzie po chwili łyka truciznę w ilości "jaka wystarczyłaby chyba na wytrucie całej kompanii żołnierzy". Zanim umiera, płucze wodą poparzone gardło. Przerażona matka dobija się do drzwi... -------- Trucizna jako ubezpieczenie, śmierć jako, paradoksalnie, najbardziej rozpaczliwy akt oszczędzający życie, które ma swoją dumę, które może upadać, ale tylko do pewnego momentu, bo zawsze istnieje taka granica, nieprzekraczalna, oddzielająca świat możliwy do zniesienia od najniższych, najpotworniejszych poziomów piekła... Śmierć dająca poczucie bezpieczeństwa - najostatniejsze i poruszające oblicze nadziei. Hamulec, który można zaciągnąć, by ustrzec się przed budzącym trwogę szaleństwem, przed niekontrolowaną jazdą. Hamulec, z którego niektórzy korzystają w zupełnie zaskakujących momentach. Jak sympatyczny Ricky Hallgarten, malarz, przyjaciel i chyba kochanek Klausa Manna - od początku naznaczony - jak i ten drugi zresztą. Ricky'ego jakoś trzymał chaos, włóczęga, ruch - kiedy jednak przyszła stabilizacja: domek z ogródkiem, pies, przyszła też tragedia. Nikt nie traktował go poważnie, gdy mówił ze smutkiem: Jaka szkoda, że musi się to stać właśnie teraz, kiedy mam domek i Wolframa... Trudno byłoby znaleźć w pełni zadowalającą odpowiedż na pytanie, co takiego tak naprawdę przepłoszyło to urocze, młode życie, ten nie do końca pewny siebie talent? Krew rozpryśnięta na ścianie była ostatnią wiadomością, przesłaniem niemożliwym jednak do odczytania.-- Domem Mannów wstrząsnęła wiadomość o jego śmierci - szok, niedowierzanie, rozpacz. -- Ricky skrupulatnie szykował się na śmierć i dawał przyjaciołom, Eryce i Klausowi, subtelne sygnały, zbyt jednak niejasne, tak że nie budziły, nie mogły budzić podejrzeń, obaw. Dopiero po jego śmierci uzmysłowili sobie całą tę jego rozczulającą, taktowną, dyskretną, ukrytą w znakach smutną zapowiedź, jaka przewijała się przez radosne przygotowania do jakiejś kolejnej, wielkiej podróży trójki przyjaciół. ------- Śmierć, pęd ku niej, stanowi, przynajmniej dla niektórych, kolosalną pokusę. I mając ją w sercu łatwiej zapewne przebiec przez życie w poddaństwie wobec wszelkich nastrojów, pragnień, łatwiej skorzystać do wiwiatu z owego życia, łatwiej sprawdzać je z odwagą, szalenie ryzykując. A jeszcze gdy w otoczeniu nie brak takich okrutnych zejść... --- To zastanawiające - wydaje się, że pewne skłonności, niebezpieczne, przygaszone w jednym przejawie życia, są na tyle uparte, że znajdują dla siebie ujście kawałek dalej, w potomku. To wszystko, co przeczuwał w sobie Tomasz Mann i co zdołał obudować potężnym i solidnym gmachem życia, uaktywniło sie właśnie w Klausie. Stał się przciwieństwem ojca - nie ukrywał swojej sympatii do miłości, śmierci i nałogu: "Pederastia. Rausz (nawet smiertelny rausz) zawsze jako wzmocnienie życia, akceptowane z wdzięcznością; nigdy jako 'nawiedzenie'". Ojciec patrzył na to z niepokojem, ze złością nawet ze swojego przedsiębiorstwa, z artystycznej, egzaltowanej jaskini w mieszczańskim przebraniu. On, chyba jednak szczęściarz, cierpiący, ale z wdzięcznością przyjmujący fakt, że innego rodzaju instynkt zadziałał silniej, instynkt ocalający (w swych notatkach zapisał, iż gdyby stało się inaczej, uległby zniszczeniu), chociaż przynoszący nowe istnienia, których domaga się życie, ale które również, to w ludzkim wydaniu, zadaje kłopotliwe pytania i wyraża obawy. Miłość Tomasza do Klausa nie była wolna od erotyzmu, zapisuje on, z jaką fascynacją obserwuje swego dorastającego syna, cieszy się, że jest taki piękny, że w ogóle ma ładne dzieci, ale na tego jednego zwraca szczególną uwagę, ten bowiem w swych zachowaniach przejawia pewne zastanawiające skłonności. Kim będzie, co z niego wyrośnie, jaki w tej odsłonie życia rozegra się dramat, tego życia, powołanego przez kogoś, kto może jednak nie powinien się rozmnażać... --Klausa porwała przepaść - podobnie jak ojciec pieprznął tradycyjną edukację i oddał się pisarstwu, ale też poddał się całej reszcie, temu wszystkiemu, co drzemało w ojcu, co było jednak spychane. -----Tomasz Mann tkwił pomiędzy dwiema siłami, między systemem wartości reprezentowanymi przez jego ojca - uosobienie rzetelności, odpowiedzialności, surowych zasad, pracy - tego wszystkiego, co składało się na ducha kupieckiej Lubeki, świata, z którego Mann się wyemancypował, ale któremu jednak do pewnego stopnia pozostał wierny - on - twórca, artysta, człowiek z fantazją, zwany Czarodziejem, z tym wszystkim, co reprezentowała jego egzotyczna matka, której wpływowi przypisywał tę stronę życia, gdzie króluje sztuka, wybujała wyobraźnia, rozmaite szały, promiskuityzm i miłość homoseksualna, zawsze naznaczona dla niego śmiercią, ponieważ cechuje ją bezowocność i niewierność, która jednak go tak bardzo, tak bardzo, aż po życia kres, pociągała. W życiu poszedł ku wygodnemu stylowi życia, rodzinnej obudowie z kochającą żoną, której zawsze był wdzięczny za jej wyrozumiałość okazywaną niejasnościom jego seksualności. (Ech, te cudowne kobiety, wytrzymałe, miłujące, poświęcające się - kierowniczki literackich przedsiębiorstw... Kim byłby Mann bez swej Katii - on, rozrzutny Czarodziej, zupełnie bezradny wobec zwykłej codzienności? Albo taki Dostojewski? Chyba ma rację Stanisław Cat-Mackiewicz, że gdyby nie Ania, to być może dziś nieliczni tylko pamiętaliby o Dostojewskim jako o autorze poprawnych wypracowań literackich. Bo to przy niej (ileż miłości, brązowniczej miłości tkwi w jej wspomnieniach) powstały jego potężne dzieła, to ona, ze swym praktycznym zmysłem, zorganizowała mu życie, to dzięki niej umierał jako człowiek wolny od długów).Przy jednej skłonności sobie pofolgował - literaturze, która, ktoś mógłby powiedzieć, wyrosła niejako na mocy przesunięcia mrocznych instynktów w inną sferę, w co jednak nie bardzo wierzę, bo pieprzenie o jakichś sublimacjach, o zwycięstwach duchów to li tylko pocieszeń mowa, cóż bowiem mają powiedzieć te wszystkie nieboraki z ochotą ulegające swym instynktom, swej naturze, w których nie brak mimo to pary i twórczych zapałów. W końcu ludzie nie są chyba jak pies z pewnej islandzkiej powieści, któremu chłopaczyska zwaliły konia, w wyniku czego pies pozostał wprawdzie psem, ale już nie pasterskim, bo jakoś tak stracił raptem entuzjazm dla roboty. Pierzchnął, bał się czarnej dziury, bał się tragedii, ale... tak, tak... Miał to, szczątkowo, jednak, miał to - jak gdzieś zawołał. Był ktoś, kto ronił miłosne łzy... I na tym poprzestać musiał, bo Czarodziej nie dał sobie przyzwolnenia. W żadnej tego typu ralacji. - O! Jakże to znam! - notował, kiedy pisał o żonie Putyfara, która była dlań Paulem w kobiecym przebraniu. Nie udało jej się uwieść Józefa (i za karę oskarżyła go oczywiście o molestowanie), cudnego, który tak ślicznie, młodzieńcem będąc, ukazywał swą nagość srebrnemu księżycowi... Tak, on miał, jak Józef, swoją rolę do spełnienia i jeszcze jako siedemdziesięciolatek mamrotał, jak to by się tatusiowi, mimo, że taki artycha, podobał. Im starszy, tym bardziej spragniony, tym bardziej otwarty, tym bardziej oczarowany owym największym pięknem, którego nigdy nie tknął (ech, Tomaszu, może tam, w Niebie, poszedłeś w końcu, jak Gustaw, za swym pięknym - i to nie ku przepaści, bo tam przecież jest ponoć tak doskonale...), o którym mówił z czułością, z zachwytem, z miłością, z wrażliwością - choć pod nią z pewnością było to, co wyświntuszył Verlaine:

Och, nie nudź, poeto, a przypomnij sobie!

Jak często jest pięknie leżeć przy kobiecie

I przyciągać do siebie jej miękkie ciało;

Czasem szczęście to i mnie dosięgało.

 Cudnym miłosnym gniazdem jest jej tyłek!

 Na klęczkach dam poigrać w nim językowi,

 Palcom pogrzebać w drugiej dziurze,

 Poczochrać gębę jej jak świnia.

Cóż z tego, skoro z męskim tyłkiem nieporównywalny,

Bo ten daleko więcej rozkoszniejszy,

Opiewają go zwyciężeni i niewolnicy,

Boć kwiatem radości jest i piękna.

CIĄG DALSZY PONIŻEJ

 

14:56, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
Samobójcy, Tomasz Mann, strach (Echa i cienie 6) ciąg dalszy

 Rozwlekłość się z tego zrobiła, coś, czego blog chyba nie lubi, rozwlekłość mimo całej, koniecznej skrótowości - ale cóż, o Mannie można by tak godzinami... O kimś, kto jest mi tak cholernie bliski ze swymi sprzecznościami, w swej walce człowieka ze skłonnością do "słodkiego snu" o życie, w swym spojrzeniu na człowieka, na świat, w swym bezgranicznym zachwycie dla tego, co sam otaczam kultem, i któremu wdzięczny jestem za humorystyczny spacer po wieczności. To duch pokrewny - przeglądam się w nim, mimo że sam nie zawahałem się wysłuchać potrzeb, sumienia swego ciała i niczego mu nie zabroniłem, co nie zawsze było takie wspaniałe, co pachniało czasem zimnym dołem, co bywało też niekiedy bezgranicznie, bezgranicznie smutne - jak wszystko, co sprowadza się do ledwie zaspokojenia potrzeby, do płytkiej zabawy, o jaką w tym osobliwym światku, jeśli tylko człowiek ma ochotę, tak niezmiernie łatwo... To całe wzmocnienie życia, pokusy, szukanie nastrojów, miotanie się w jakimś bezkształcie, naiwna ucieczka i ciągły sen o samobójstwie, o zniszczeniu, już tak od szczenięcia właściwie - sen może jako straszydło dla losu, tak okropnie kapryśnego - ale też jako rozwiązanie, ujście ze świata, który nie szczędzi obelg, kopniaków... Bywałem boleśnie przekreślany i sam przekreślałem, paliłem mosty lekkomyślnie lecąc na oślep wśród malowniczych krajobrazów, często na zimno, bez konkretnej, dobrej przystani, sam, sądząc, że skoro nic się nie da ułożyć, to przynajmniej można sobie z hukiem zjechać... U mnie też są dwa światy - ojciec i matka - ten pierwszy, raczej daleki, ale rozpoznany jako ktoś lubiący spokój, porządek, obowiązkowy - i matka - zwariowana, nieobliczalna fantastka, nieodpowiedzialna, bezczelna, która też tak wpadła, żeby się przejechać wesoło... --- Zawsze miałem za mało ciepła, za mało kojącego spokoju... I pewnie też dlatego otaczam się przedmiotami, które symbolizują, przypominają mi tę niewystarczającą odrobinę, której zaznałem, pewnie dlatego chlipię zupy starą łyżką dziadka, taką, nie wiem, jak się to nazywa, z wojskowego niezbędnika (?) - jego wojenną pamiątką... Przez całe lata, barwne, ale jednak rozpaczliwe, pragnąłem po cichu domu... Takiej obudowy, spokoju... O ironio, jestem człowiekiem o rodzinnych instynktach... Wyjść im naprzeciw do końca jednak nie mogę, bo byłoby to nieuczciwe i zbyt bolesne, ale zawsze chciałem stworzyć coś stałego, trwałego, o co nie jest tak łatwo, a co w moim pojęciu jest jedyną drogą ku życiu... Owo życie jakoś tak zawsze się upominało o mnie i w beznadziei podawało mi rękę, którą chwytałem, mocno, bo wszystko, kurwa, w moim życiu odbywa się tak mocno, do bólu, do szaleństwa - jak wpaść do gówna - to po czubek głowy, żeby zabulgotać, jak wzlot - to do gwiazd, żeby potem, niestety, pierdolnąć z całym impetem o beton... Ale mimo tych uścisków ciągle się coś waliło, a w tej dekadzie niemal wszystko poleciało jak z wywrotki. To mnie wpędziło w rezygnację i w sumie nie wiem, co by było, gdyby nie pojawiła się nowa szansa, którą początkowo chciałem odrzucić...-------Trochę tak gadaliśmy łażąc nad wodą z Erykiem - o moim rozbudzającym się strachu. To chyba Christensen w jednej ze swych powieści pyta, czy do dramatu potrzeba nieszczęść, chorób. Może starczy szczęście? Przeraźliwie boję się straty, nowej straty. Tak na wyrost. Że się koło ratunkowe wyśliźnie i pójdę na dno. Czasem powracają myśli, że ciągnę za sobą jakieś nieszczęście. Powracają też podobne sny, które, według mojej interpretacji, wyrażają mój strach przed samotnością, izolacją. W snach wędruję po jakichś przestrzeniach, które, najpierw ludne, stają się puste - krajobrazy po bankietach, niedopite wino, pozostawione jedzenie, puste krzesła, albo leżące po kątach bezgłowe ciała... Mój Boże - nie ma zadnych rys, pęknięć, ale przyzwyczajony do myśli o pechu, budzę jakiegoś potwora... Czasem mam ochotę zniknąć, wniknąć mu pod skórę i tam zostać... Bez tego podarunku od losu nie umiałbym chyba żyć... Miałbym już dość.

14:56, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
wtorek, 17 czerwca 2008
Echa i cienie 5

 Na wstępie muszę siebie pochwalić, bo byłem dziś wczesnym rankiem bardzo dzielny. Poszedłem na badania i wszystko przebiegło gładko i bezboleśnie. Pani pielęgniarka była nad wyraz miła i z wielką wprawą wtargnęła igłą w moją żyłę. I ja, przerażony wewnętrznym życiem ciała, litościwie skrywanym przez skórę, odważyłem się jednak przyjrzeć temu małemu i prostemu zabiegowi. Patrzyłem na własną krew spływającą do zbiorniczka i... kompletnie nic się nie wydarzyło!! Kolejny strach, ot tak sobie, został przełamamy! I, nie wiem, może to wpływ minionych przepraw jakoś mnie uodpornił na tkwiące w nas potworności...? ---- A teraz do rzeczy... Tak, dobre sobie - jak tak dalej pójdzie, zejdzie mi z tym do grudnia, coż jednak poradzić, nie mam zbyt wiele czasu i, prawdę mówiąc, trochę mnie to drażni, bo, biorąc przy okazji ten odprysk zwany blogiem, na który przeznaczam raptem jednorazowo góra kilkadziesiąt minut, widzę, jak bardzo traci on poprzez takie pisanie na żywca (i jeszcze to klepanie na klawiaturze, trudne do zniesienia, bo w żaden sposób nie potrafię przy niej mysleć, tak więc wszystko, co się tu jawi, jest jedynie obrazem mojej bezmyślności)... A jeszcze do tego dochodzi temat - coś, co właściwie zasługuje ledwie na krótką notkę, gdyż w gruncie rzeczy nic się przecież wielkiego nie wydarzyło: jedno małe zadławienie, dwie dyskusje po świt, jeden zawrót głowy i jeden atak spazmatycznego szlochu... ---- Podróżujemy dla nowości. I także powrót wynika z tej potrzeby, bo chodzi o to, by ujrzeć coś znanego okiem już kogoś całkiem innego, przybywającego z innego czasu, wymiaru, i by doznać swego rodzaju opętania - swym własnym duchem, którego pozostawiliśmy w osamotnieniu poza tą granicą, za którą zaczyna się cała wieczność tego wszystkiego, co było. Nagle gubi się gdzieś cały ten przebyty czas, jaki dzieli nas od naszej ostatniej bytności w danym miejscu i mamy chwilami poczucie, że na powrót jesteśmy tym dawnym sobą. Wchodzi w nas ktoś, kogo nie ma już wśród żywych... Bolesna świadomość upływającego czasu, posiadanie przeszłości, której obrazy wypełniają pamięć - przypuszczalnie równie zdeformowane, jak obrazy naszych snów, z których usiłujemy coś odczytać. Ile z tego, co przeżyliśmy lub prześniliśmy, a co drzemie w naszej pamięci, zawiera w sobie prawdy, ile pozostało z prawdziwego kolorytu, a co jest jedynie dopowiedzeniem, niezdarnym przypisem... Dawny ja, w nieco starszym ciele, a nawet dawni my, w innym ciele, ozdobionym tu i ówdzie siwizną, niestety, która pojawiła się tak nagle, niemal z dnia na dzień! Poczułem się raptem strasznie stary, gdy dreptałem przymulony czekoladą wzdłuż Frederiks gate... Łapałem gwałtownie powietrze i przyciskałem palcami kąciki oczu, żeby jakoś powstrzymać napierające łzy... Tłukł się we mnie ten podskakujący, szukający przygód chłoptaś, wypełniony sprzecznościami i lękami, uporczywie jednak ciekawy, wiecznie podekscytowany, pokonujący przeszkody, niebotyczne góry, składające się w istocie z rzeczy dla wielu niezmiernie małych (tak to jednak jest - co dla jednych stanowi błahostkę, dla innych jest niebezpiecznym stąpaniem po linie zawieszonej nad przepaścią)... Moje przyjaciółki łzy... Nie ma prostego życia ktoś, kto wszystko przeżywa nazbyt intensywnie, kto wpada w skrajności, kto wystawia swe nerwy na ciężkie próby i kto się szybko i łatwo wzrusza. Moje życie jest kurewsko wprost opłakane! Nawet szczęscie każe mi ronić łzy! Nawet te proste, pieszczotliwe gesty Franka, który, gdy czasem grzebię do późna przy biurku, skrada się po cichu, żeby po chwili, stojąc za fotelem, władowac mi łapę pod koszulę i położyć podbródek na ramieniu... - Można się jeszcz dziś spodziewać ciebie w rzeczywistości? - Można, z przyjemnością! :) I ciągle ten sam dreszcz, i ciągle to samo wzruszenie. Pocałunki droższe niż złoto. Cała poruszająca tajemnica życia! Spora jego część (tego mojego życia) legła w gruzach, a ja, mimo to, czuję się jak prawdziwy bogacz! Jego zapach, jego dotyk, jego ciepło, jego spojrzenia, cały on, cała ta intrygująca człowiecza nieskończoność - dla mnie! A ja dla niego. Cały ja! Czego można jeszcze oczekiwać?... To potrafi wzruszyć do łez... Chciaż te łzy... One są nieco zastanawiające. Rozmawiałem trochę o tym z kuzynem spacerując nad wodą. Dobra była to rozmowa - daleko, na neutralnym gruncie, z kimś z zewnątrz, tak więc mogły paść i swobodniej popłynąć słowa może trochę odważniejsze i to bez budzenia niepotrzebnych niepokojów... --------Szedłem oczywiście na Holbergsplass - tam, gdzie kiedyś, lata, lata temu spędziłem pierwszą noc w Oslo - żeby, ot tak, rzucić okiem, uśmiechnąć się mgliście do wspomnienia, do czasów, kiedy świat był pełen obietnic i nieograniczonych możliwości, gdy tkwiłem jeszcze ciągle w dogodnym do zmiany południka miejscu. Ile było wtedy apetytów i o ile mniej rozczarowań na koncie... --Po tym pierwszym rzucie oka, po melancholijnym powitaniu z kilkoma kątami, dobrnąłem w końcu do kuzyna... Trochę sobie poczekałem pod drzwiami... No jasne - akurat musiałem go wyciągnąć z klopa. Człowiek to ma wyczucie! Uff! Postąpiliśmy według wcześniejszych ustaleń - udaliśmy potworne wręcz zaskoczenie i padliśmy sobie z krzykiem w ramiona. KURWA!!! NARESZCIE! Obklepał mnie w swoim stylu na wszystkie możliwe sposoby, wytarmosił, ciągle ten sam. Radosny bzik, niemal hebefreniczna wesołość, wcielona pogoda życia - typ nie do pognębienia, nie do przewrócenia - krewniak, swój chłop, przyjemniaczek, przystojniaczek... I przy okazji jedyna osoba w rodzinie nie czyniąca żadnego problemu z mojego pedalstwa, które w rodzicach wzbudziło wstręt, oburzenie i poczucie katastrofy, o jakiej absolutnie nigdzie i nikomu nie powinno się wspominać!! (Owo pedalstwo jednak krąży gdzieś w sferze domysłów - szczególnie w rodzinie przedsiębiorczego syna siostry mej mamy, który poprosił mnie kiedyś, chyba z braku laku, na chrzestnego dla swojego dzieciaka! Od pewnego czasu temat homoseksualizmu nie jest wywoływany w rodzinnych obgadywankach. A kiedyś pojawiał się on w postaci niewybrednych żartów, jeśli tylko rozmowa schodziła na osobę jednego z kuzynów mamy, starego kawalera, o którego osobistym życiu nie mam nic do powiedzenia, podobnie pewnie jak rozplotkowane rodzinne babsztyle, ale dla nich to pedał, zasługujący na kilka obowiązkowych prześmiewczych słówek, świństw, kpin. A teraz, jeśli przypadkiem coś na ten temat wskoczy, padają na mnie ukradkowe spojrzenia, usta wykrzywiają się w tajemnicze uśmieszki, ale na żarty już nikt się nie zdobywa. Raz tylko, przypadkiem, podsłuchałem drobną wymianę myśli na swój temat: On to chyba jest ten... Tak myślisz? Nie wiem, ale tak mi się zdaje... W każdym razie nie jestem odwiedzany przez rodzinę... Ostatnio - ja wiem, poza mamą i ojcem, co się czasem potrfi przemóc, chyba z półtora roku wpadła do mnie ciotka, tylko dlatego, że była w pobliżu i strasznie jej się chciało sikać!! Tak że jesteśmy tylko na telefon - a jeśli wizyty, to u nich, bo wiadomo, co u mnie można zastać?? A dla Eryka na szczęście nie ma problemu, jemu to zwisa. I nazywa mnie żartobliwie gejem, co mnie nie drażni, bo w jego ustach brzmi to zabawnie. [Tak na codzień jednak nie lubię być tak określany, bo, nic na to nie poradzę, słówko to brzmi dla mnie strasznie infantylnie. Było, nie było, jestem dorosłym mężczyzną i jakoś mi to nie pasuje. Wolę dosadniejsze określenie - wolę być po prostu pedałem, co mnie wcale nie obraża. I mogę być też straszliwym, potwornym, świńskim grzesznikiem - to w końcu tak schlebia człowieczej próżności! Poza tym owa niechęć ma też pewne podstawy natury estetycznej...) Lubię, lubię go bardzo, za tę jego zmienność, za ten cały tłum ludzi, którzy zamieszkują jego wnętrze, za jego sztubackie żarty sąsiadujące z powagą, za jego pogodę, za to, że ma w sobie dużo odwagi, za jego ryzykanctwo, za jego zdolności i za jego tajemniczość (bo są rzeczy, o które nie trzeba go pytać). No i lubię go, bo mi się po prostu podoba jako facet. Ma ładne, wysportowane ciało, ma przepiękne nogi - trzeba przyznać, ładniejsze od Frankowych (no, ale Franek to nie tylko nogi, które w sumie też są niezłe)... Tak, nie ma co, piękno, które objawia się w męskim ciele, jest ostateczną estetyczną wypowiedzią natury! To był jej jedyny cel! Po to jest to całe szaleństwo zwane ludzkością! I nic doskonalszego w świecie się już nie pojawi! W mężczyźnie natura wyczerpała całą swą fantazję!-------------Do pewnego czasu nie wiedzieliśmy o swoim istnieniu. Nie znam się na tym i nawet nie próbuję dociekać, jakie nazwy noszą ludzie będący naszymi bliższymi i dalszymi krewnymi, z tej czy innej gałęzi - mało mnie to obchodzi i wszystkich ze swego pokolenia nazywam kuzynami. Eryk to wnuk siostry mojej babki, syn Polki i Szweda. W dzieciństwie coś tam słyszałem o jakiejś krewnej, co uciekła do Szwecji, jednak bliższych informacji na jej temat nie miałem. Aż pewnego razu przyjechała do kraju ze swym synem na zawody sportowe i wtedy padł pomysł, że musimy się poznać. Od razu się polubiliśmy. I tak już nam zostało. Sportowy krewniak. (Kiedyś tam próbował nawet zrobić ze mnie tenisistę, aliści zupełnie mu się to nie udało. Wyszło, że jestem tenisowym antytalentem. No, ważne jednak, że miałem ładne spodenki i podobałem się dziewczętom, którym posyłałem nieśmiałe uśmiechy). ------ Pierwszy wieczór spędziliśmy przy butelce wina i świecach - sami, bo jego poganka - co za cudowna baba!! - miała wrócić dopiero następnego dnia z Rjukan. Błyszczały nam oczy, z ust płynęły potoki słów, a z głośników sączyły się jakieś przypadkowe radiowe dźwięki. Czas! Ustaliliśmy ponad wszelką wątpliwość, że znamy się już 21 lat! To był dokładnie 1987 rok... Ech, gdy tak pomyślę - chociaż żyłem w domu nie do życia, chociaż chodziłem do szkoły, której szczerze nienawidziłem, to był to jednak cholernie dobry czas, szczeniacki dobry czas: gitara, okopy z doskonałą literaturą, poezja, Tatry, próg pierwszych, o kurrrr... dystan, szaletowych przebudzeń wiosny (Kiljanie, czy to do ciebie dociera, że stary z ciebie pedał?) i osssstra faza Bowiefilii... Te jego płyty... David, Thin White Duke i jego muzyka to prawdziwe znaki na ścieżce życia, punkty orientacyjne, kapsułki czasu... Tamten punkt to było "Never Let Me Down" - kompletny muzyczny niewypał, najgorszy moment kariery - coś, co jednak, ze względu na wspomnienia, ogromnie, ogromnie cenię... Kurde, kiedy tak wracam teraz do tamtych nagrań, wyłaniają się rozmaite postaci, rozbrzmiewają echa dawnych namiętności... Kiedy odkrywałem "Low", była ona, ta fantastyczna zołza, koleżanka z roku, która mnie straszliwie uwiodła i którą tak głupio potraktowałem, czego do dziś się wstydzę (pomyśleć, że tak depresyjna płyta, pełna użalania się nad sobą, towarzyszyła memu związkowi z kobietą)... W 89 słuchałem naturalnie Tin Machine - a to wybitnie kojarzy mi się ze wspaniałą przyjaźnią, najtrwalszą, bo trwającą do dziś, przyjaźnią z kobietą. To pełna ciepła i szczerości relacja na odległość i najczęściej wymieniamy ze sobą ogromne, tradycyjne, papierowe listy... A"Black Tie, White Noise" - R! Kumpel ze studiów, w którym kiedyś dopatrywałem się cudów... Do dziś jeszcze trudno mi pojąć tamto szaleństwo... Chciałem go mieć na wyłączność... Dziś mijam czasem ten zaprzepaszczony beznadziejnie muzyczny talent na ulicy i pozdrawiam go beznamiętnie... A kiedyś omal nie zapłakałem się przez niego na śmierć. Jezu, zakopiański wrzesień, ja już bez niego, sam w tym póżnoletnim pięknie, wszystko już stracone, nic, tylko w łeb sobie strzelić. Nocami wałęsałem się po Spyrkówce i wyłem dosłownie z bólu... Za tym czymś ciągle niepewnym swej tożsamości... Zafascynowałem go kiedyś tak z miejsca - bo potrafiłem bawić kobitki (Tak - pierwsza zasada - bawisz damy - i wszystkie chłopaki twoje! Pełen sukces towarzyski!). No i trochę wcześniejsza bomba z licealnych czasów. Przy "The Man Who Sold the World" - kiedy mój wielki przyjaciel, kolega od czasów przedszkolnych, stał się moim takim pierwszym, stałym chłopakiem. Rośliśmy obok siebie: całe przedszkole, cała podstawówka, bratnie dusze, i po wszystkich przeobrażeniach, kiedy już wychynęliśmy na świat z kokonów jako młode motyle, pomalutku odkrywaliśmy, w co wyradzały się nasze uczucia. On nie był pewny mnie, ja nie byłem pewny jego. Dostrzegałem jednak w jego sposobie patrzenia na mnie coś, co pozwalało mi sądzić, że kryło się w tym pożądanie. Ale niewiele się działo. Do czasu, do pewnej sylwestrowej nocy. Wyszło jakoś tak, że obaj nie mieliśmy żadnych planów, więc zaprosiłem go do siebie. Moi wiecznie naburmuszeni, inteligenccy rodzice gnili w swoich barłogach przy telewizorze, my zaś zamknęliśmy się w moim pokoiku z butelką i muzyką. Wtedy na porządku dziennym była właśnie ta stara, stara płyta... Nawety M. przypadła do gustu - zresztą nie miał wyjścia - każdy musiał u mnie słuchać Bowiego, obowiązkowo! Bowie śpiewał swym metalicznym głosem, jego zespół łoił, a my leżeliśmy na podłodze, lekko odurzeni alkoholem. Rozsadzało mnie. Dotykaliśmy się nogami... M. momentami się wyłączał, zapadał się w sobie. - Boże, niech się to stanie, niech się stanie! Żeby to było możliwe! I... Niebiosa okazały się nader łaskawe! To było coś najfantastyczniejszego, co wspominam zawsze z radosnym uśmiechem. Spojrzeliśmy sobie w oczy po raz tysiąc sto pięćdziesiąty - twarz przy twarzy, w kręgu ostrego światła lejącego się z sufitu, jeszcze jakiś znak zapytania, dystans zdawał się jednak zmniejszać, jeszcze, jeszcze kawałek... Nie! Cholera! TU nie może być pomyłki. Czytam to, co jest napisane w jego oczach! TAK! I... spotkały się dwa glonojady! Chałupą aż zatrzęsło. Rzuciliśmy się na siebie jak wygłodniałe psy na padlinę. Krótki, wściekły numerek, zaskakująco krótki, gdy weźmie się pod uwagę poprzedzające go, długie oczekiwanie, pełne napięcia, podchodów, nie do końca jasnych sygnałów... Ale była to dla nas wielka ulga. I był to wielki przełom w naszej przyjaźni - niestety przełom nieszczęśliwy... Z dobrze zgranych kumpli, którzy sądzili, że bądą nimi być może na całe życie, przerodziliśmy się w żyjącą w podziemiu parę kochanków... Po raz pierwszy wtedy odprowadziłem go do domu i pożegnałem zmysłowym pocałunkiem... Cały ten potajemny związek trwał niecały rok i zakończył się smutną katastrofą... Zostałem dośc podle odrzucony... Do dziś nie bardzo wiem, dlaczego tak się stało. W nim szybko nastąpiła niekorzystna zmiana - robiło się momentami mało przyjemnie, a ja nie miałem siły, by z tym skończyć... Coraz częściej spotykałem się z oznakami pogardy... W końcu nastąpił czas wrogości, brutalnych ataków, obmów, aż wreszcie nastąpiła cisza.----- Widuję go od czasu do czasu, najczęściej w sklepie. Robi wszystko, by dać mi do zrozumienia, że nie życzy sobie żadnego kontaktu z moją osobą. Kiedyś spotkałem go w miejskim parku. Szedł z jakąś kobietą i pchał dziecinny wózek. Nie wiem, czemu był taki straszliwie skrępowany, kiedy go mijałem. Powiedziałem cześć, ale on odwrócił wzrok, czerwony jak burak. Ktoś mi też powiedział, że M. miał w życiu jakiś drobny kryminalny incydent, nie wiem jednak, ile w tym jest prawdy... Tak czy siak przyjaźń z nim wspominam ciepło, z sympatią - te nasze wszystkie noce, nasze rozmowy z dreszczykiem, nasze wspólne dorastanie, odkrywanie literatury... Wspaniale się zapowiadał, był niezwykle inteligentny, zajmujący, szalenie dowcipny... Zastanawiam się czasem, jak ułożyłyby się nasze relacje, gdyby w życie nie wtargnął dość burzliwy i mocny seks...

 I co, poszło w cholerę - w spis kochanków... Ale dobrze, wcześniej był łyk historii, to teraz...

CDN

15:02, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (5) »
niedziela, 15 czerwca 2008
Senna niedziela

 Leniwy weekend. W piątek wieczorem trochę poszaleliśmy, a teraz oodpooczyynek! To znaczy ja odpoczywam, bo Franek ma dzisiaj małą gonitwę... Nie ma co - wygląda dziś baaardzo reprezentacyjnie po wczorajszych występach... w postaci spotkania z bratem, z którym się pobił... ( A ja narzekałem zawsze, że nie mam rodzeństwa...) Przyjechał dziś rano, taki coś gniewnie wyciszony... I tak się jakoś skradał po mieszkaniu... -No co? - No nic. Widzę tylko ślady na ryju. - No i dobra! -W porządku. Tylko czy jesteś pewien, że widziałeś się z kimś bliskim?... Tematu nie drążyłem dalej, bo nie był w tej kwestii zbyt rozmowny... Pięknie, pięknie... Wyraziłem jedynie nadzieję, że to tylko taki jednorazowy wyskok... Bo nie chciałbym, żeby wdawał się w jakieś bijatyki, na Boga! Wszsystko jedno z kim... Czasem mam ochotę usiąść na nim jak kwoka i pilnować, żeby mu się coś złego nie przytrafiło... Zawsze, gdy ma jakiś wyjazd, bardzo się denerwuję - uspokajam się dopiero wtedy, kiedy po dotarciu na miejsce do mnie dzwoni... To tak chyba przez poniesione w życiu straty, przez te doświadczenia, które mi unaoczniły, jakie wszystko jest kruche... Jezu, jak by mu się coś stało, to ze mną koniec, ze mną i z moimi pchłami! Zrobiłem się doprawdy przewrażliwiony. ----------- Ech, te rodziny! Ja, pamiętam, też się raz pobiłem z bliskim - z własnym ojcem. To była moja słodka zemsta, za to, że, bywało, prał mnie jak ostatnie bydlę. (Mówi się, że ludzie bici w dzieciństwie, gdy dorastają, biją potem swoje dzieci - u mnie jakoś jest inaczej - wprawdzie dzieci nie mam, ale nie wyobrażam sobie, bym mógł dziecko skrzywdzić. Bić kogoś bezbronnego, słabego, upokarzać? Coś takiego jest zwyrodnialstwem. Sam niestety zakosztowałem w dzieciństwie takiego traktowania. Bywałem prany rzemienną smyczą, chłostany, tak że ciało zdobiły mi sine paski. I jeszcze byłem posyłany do szkoły, w nadziei, że tam spotkają mnie kolejne upokorzenia, kiedy rozbiorę się na wf-ie. Naturalnie, gdy przypominałem zebrę, wcale się nie rozbierałem. Ojcu wydawało się, że zostanę jeszcze dodatkowo ukarany za jakieś głupie, dziecinne przewiny - nie przychodziło mu do głowy, że moje siniaki jego okrywały hańbą, nie mnie...) Już nie pamiętam o co poszło, ale nastąpiła pewnego razu eksplozja. Byłem już wyrośniętym gówniarzem i skorzystałem ze swojej siły. Doszło do takiego starcia, że poszła szyba w drzwiach... Końcówka była zaskakująca... Najpierw byłem przerażony, bo gdy wybiłem ojcem szybę, spodziewałem się krwawej tragedii, ale na szczęście obeszło się bez ran ciętych... A potem zapanował spokój i pojednanie. Kiedy uprzątnęliśmy pobojowisko, ojciec oznajmił: - Jak przyjdzie matka, powiemy, że był przeciąg... To mi się bardzo podobało... Rąsia! Matka przyszła i oczywiście od razu zauważyła, że w mieszkaniu nastąpiły pewne zmiany. Patrzyła na nas podejrzliwie, ale my twardo, że był przeciąg... W letni, upalny, bezwietrzny dzień...

 No i tak - sobota upłynęła pogodnie. Zrobiłem większe zakupy, troszkę posprzątałem, żeby nie pierniczyć się za bardzo z żarciem ugotowałem gar rosołu, przeczytałem "Burzę" Strindberga, poszperałem trochę w sieci, a wieczorem poszedłem z psami podziwiać zachód słońca... Na szczęście po drodze nie natknąłem się już na żadną obleśną goliznę...

14:25, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (5) »
sobota, 14 czerwca 2008
Rosensfole
 A dziś znów trochę dźwiękowo. Coś z Norwegii. Agnes Buen Garnås i Jan Garbarek - "Rosensfole" z płyty Rosensfole. Medieval Songs from Norway...
15:00, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2