BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
niedziela, 26 czerwca 2011
Zło

Niech będzie najpierw Tarjei Vesaas...

Pisarza za bardzo nie trzeba przedstawiać, bo znamy go już od dawna. Od lat sześćdziesiątych, kiedy to pojawiły się "Ptaki", zekranizowane chwilę potem przez Witolda Leszczyńskiego. "Żywot Mateusza" - taki tytuł nosi owa ekranizacja - okazał się pięknym spotkaniem norweskiego piśmiennictwa z polską sztuką filmową. Sam pisarz był zachwycony tym spotkaniem. Po raz pierwszy ekranizacja jego prozy w pełni go zadowoliła. Wspomina o tym w posłowiu do "Domu w ciemności" Anna Marciniakówna. Vesaas początkowo się martwił, że znowu będzie niewypał, kiedy zobaczył zdjęcia Franciszka Pieczki, odtwórcy głównej roli, który najwyraźniej odbiegał od wyobrażeń pisarza o swoim bohaterze. Bo przecież Mateusz to taka wrażliwa i bezradna istota, aktor zaś, wtedy jeszcze młody, był silnym, rosłym, dobrze zbudowanym mężczyzną... Jego wątpliwości szybko się jednak rozwiały, gdy obejrzał film w Warszawie. Leszczyński się nie pomylił. Pieczka znakomicie wywiązał się ze swojego zadania. A pisarz powiedział: - "To właśnie tajemnica wielkiej sztuki. Olbrzym zniknął, pojawił się prawdziwy Mateusz - zagubiony i niezaradny, podobny do pięknego ptaka, pełen poetyckich wizji i nieziszczalnych marzeń". Kruchość w tężyźnie. Delikatność w rosłości i mięśniach. Poeta okryty mocnym ciałem... Mylące pozory. Trudno sobie wyobrazić lepszego Mateusza, tego pięknego i tragicznego nadwrażliwca... (A na marginesie warto jeszcze dodać, że Vesaas dzięki temu obrazowi zakochał się w naszych Mazurach...)

Vesaas zachwycił i wkrótce pojawiły się w księgarniach kolejne jego książki. A potem trochę o nim zapomniano. Jeszcze w latach osiemdziesiątych wyszedł tom opowiadań "Koń z Hogget" i dopiero teraz został przypomniany.

Vesaas. Chłop z Telemarku. Ale i światowiec. Bo ze swoich przepięknych norweskich zarośli, z którymi był nierozerwalnie związany, wyruszał z wielkim sukcesem w świat, by stać się jednym z nasławniejszych Norwegów. Kochany, nagradzany, podziwiany. Niezbyt urodziwy pan żyjący w pisarskim stadle, bo jego żona, Halldis, córka Svena Morena, pisarza z lasów Hedmarku, także sięgała po pióro, by pisać o miłości i szczęściu, o macierzyństwie i przemijaniu, a także po to, by tłumaczyć na norweski Szekspira... Pisali małżonkowie i pisali... Nasiąknięci literackimi zamiłowaniami przodków...

Vesaas to wrażliwiec. Szybko dał się poznać jako mistrz nastrojowych opisów, mistrz niebywale przywiązany do tej całej olśniewającej norweskiej przyrody, której pozostał wierny aż po grób. Z początku był dość sentymentalny, romantyczny. I dużo miejsca poświęcał tej ładniejszej stronie życia. Potem jednak doszedł niepokój. Tak jak w "Nocnym czuwaniu" - rzeczy o złych mocach tkwiących w każdym człowieku, w której znakomicie przedstawił psychozę tłumu... Złe czasy skłaniały do zgłębiania natury zła. Rozszalała się wojna. I już nie można się było wyswobodzić od tematów takich, jak zagrożenie, walka ze złym, wyobcowanie, poczucie winy... Chociaż z drugiej strony tkwiły nadal w jego pisarstwie pochwały dla prostego życia i miłości... 1945 rok był dla jego sztuki przełomowy. Wtedy ukazał się wydany teraz u nas "Dom w ciemności", takie błyskawiczne przypomnienie o tym, co było chwilę temu, zanim wreszcie wzeszło słońce. A potem przyszły wszystkie najciekawsze powieści, w tym niesamowity "Pałac lodowy" będący mistrzowskim ukazaniem świata widzianego oczami jedenastoletniej dziewczynki, która po raz pierwszy przeżywa wielką, egzaltowaną przyjaźń i po raz pierwszy spotyka się ze śmiercią; "Wiosenna noc" - rzecz także o dzieciach, które raptem wpadają w świat dorosłych z jego problemami i są pewnej nocy niejako pasowane na ludzi dojrzałych; no i te "Ptaki" - jedno z najwybitniejszych osiągnięć prozy norweskiej XX w., przpełnione poezją, ukazujące tragedię nadwrażliwca. To opowieść o odmienności, w której narasta lęk i poczucie niższości. Świat zdaje się być stworzony dla marzyciela, poety, dla wszelkiej dziwności przypatrującej się temu wszystkiemu, czego pracowita przeciętność zupełnie nie dostrzega, a tu raptem na tym świecie, w jego przestrzeniach, nie ma dlań miejsca. Mattis to w oczach innych dziwak, który do niczego się nie nadaje. Jego bogactwo dla innych nie ma większej wartości... Mattis umie pływać łódką... Zdarzy mu się przewieźć nią kogoś, kto jeszcze bardziej rozbudzi w nim strach... Wyszydzana odmienność widzi ratunek już tylko w śmierci... I już na zawsze ten wzruszający człowiek zaczarowany jest w sylwetce genialnego Franciszka Pieczki.

A ostatnio mamy "Dom w ciemności". Powieść zajmującą szczególne miejsce w norweskiej literaturze odnoszącej się do czasów wojennych... Nie mogło być inaczej - czas okupacji, zagrożenia, walki musiał przynieść liczne opisy, wspomnienia, także rozmaite fikcje bazujące na dramatycznych przeżyciach ludzi uwikłanych w wojnę... Norwegia po 1940 roku zajęła dziwną pozycję. Opanowana przez hitlerowców miała swój rząd z Vidkunem Quislingiem na czele, którego nazwisko na całym świecie jest dziś synonimem zdrajcy i kolaboranta, a jej społeczeństwo wyraźnie się podzieliło. Jedni, sprzyjający okupantowi, fantazjowali o przyszłej wielkiej roli dla Norwegii, drudzy zaś zeszli do walecznego podziemia... Nadszedł czas próby i wielkich rozczarowań, wśród których największym był Knut Hamsun nawołujący do zaprzestania oporu względem Niemców, dla których z uporem żywił podziw, razem zresztą ze swoją rodziną - jeden z jego synów, Tore, był członkiem Nasjonal Samling, drugi zaś, Arild, płomiennie przysięgał wierność Hitlerowi i walczył na wschodnim froncie... Ludzie pióra, zaangażowani w walkę bądź schwytani i uwięzieni, byli zdruzgotani tym faktem... Zastanawiano się potem nad problemem zdrady, kolaboracji, szukano motywów, jakimi kierowali się ludzie skłonni do współpracy z najeźdźcą, jawnie występujący przeciwko swoim rodakom... (Zresztą jedni się zastanawiali, inni zaś szukali sposobów, by ukarać winnych i niewinnych - wśród tych drugich były dzieci, jakie pozostały po miłosnych wyczynach norweskich hożych dziewuch i niemieckich blondasów spragnionych amorów, którym się w "centrali" nie sprzeciwiano, bo przecież Norweżki rasowo były całkiem bez zarzutu... Smutny los zgotowała Norwegia tym wojennym dzieciom - to jedna z paskudniejszych kart w najnowszych dziejach tego kraju...) Można by mnożyć nazwiska literatów piszących o wojennych doświadczeniach. O kolaboracji (Sigurd Hoel, Johan Borgen), o organizacji ruchu oporu (Sigurd Evensmo), o straszliwości człowieka odpowiedzialnego za wojnę, broń masowej zagłady i obozowe krematoria (Tore Ørjasæter), o ucieczce i emigracyjnych przeżyciach (Sigrid Undset), o obozie w Grini (wielu pisarzy tam trafiło, m. in: Arnulf Øverland, Johan Borgen, Nils Rud, Sigurd Evensmo...), o wyrównywaniu rachunków po latach (Jens Bjørneboe), o odmianie człowieka kierującego się w czasie wojny ku brutalności i zbrodni i o trudnym powrocie do pokojowej normalności (Nils Rud), o poczuciu winy (Solveig Christov), o ideowych różnicach rozsadzających rodzinne relacje (Ronald Fangen), o wojennych spekulantach (Øivind Bolstad)... A oprócz tego nie brak naturalnie podniosłych, patriotycznych poezji pisanych choćby przez niezłomnego bojownika o wolność, Nordahla Griega, i przesyłanych w czasie wojny na falach eteru ku pokrzepieniu serc... W ten wojenny nurt wpisał się także Tarjei Vesaas ze swoją niezwykłą alegoryczną powieścią "Dom w ciemności"...

Norwegia to wspólny dom, nad którym zapanowała ciemność. To dom spoczywający jakby na samym dnie głębokiego oceanu, poddawany przeraźliwemu ciśnieniu, przez co gnie się, wypacza, trzeszczy. A w nim żyją ludzie, najprzeróżniejsi... Wojna wsysa ludzi w spiralę zła. Wojna deprawuje. Społeczność jest jakby uprowadzona przez trolle, które w ludowych opowieściach lubią więzić ludzi we wnętrzach gór (człowiek, który z takiej góry wracał do zwyczajnego świata, był już na zawsze odmieniony). Jest ciemno, tylko złowrogo połyskujące strzałki w korytarzach wskazują drogę do tajemniczego "Centrum", gdzie urzęduje zło, co więzi, przesłuchuje, katuje, zabija. Stamtąd codziennie wyrusza siejący postrach wózek porywający ludzi. Tylko z pozoru jest normalnie, tak jak tylko z pozoru normalnie wyglądała wojenna Norwegia, w której działał rząd, szkoły, wydawnictwa... Zło czaiło się pod przykrywką, terror nie był tak bardzo widoczny... Na takim tle ukazał Vesaas wszystkie postawy ludzi, jakie ujawiniły z całą wyrazistością człowiecze charaktery. Pokazał też różnorodność motywacji do takich czy innych działań. Bo nie chodziło tylko o wielkie sprawy, wielkie wartości, gdyż obok tego tliły się małe interesiki zwykłych ludzi, które można było załatwić korzystając z takiego uproszczonego modelu życia, jaki sprowadziła wojna... Mamy tam waleczne podziemie, gdzie są tacy, co w walce znajdują po prostu prymitywną przyjemność, a także tacy, co stosując metody wroga, mają jednak wątpliwości i przestrzegają, by w tym, co w normalnych warunkach jest zwykłą działalnością przestępczą, po prostu bandytyzmem, nie podniecać się nadmiernie zachowując przy tym swoje człowieczeństwo, normalnie brzydzące się przecież zbrodnią... Jest duchowny wspierający walczących, też znajdujący się w kłopocie, bo konieczność nakazuje zawiesić piękne przykazania, zamieniając je tym samym w jedynie marzycielskie pobożne życzenia... Jest i postać, która ma jakieś wyższe cele, która zagaduje swoje lęki, usprawiedliwia się przed samym sobą, ma donioślejsze zajęcie, istotniejsze od brutalnej walki, chce się więc od wszystkiego odseparować, udać się na wewnętrzną emigrację, by powrócić z niej, gdy będzie już po wszystkim, by służyć w nowych, pokojowych czasach, w jakich nie może przecież braknąć mądrych i wykształconych... Są tacy, którzy nie szukają wartości, za które warto oddawać życie, bądź brak w nich tej męskiej histerii, tego "co o mnie powiedzą", tej zapobiegliwej skłonności do bohaterstwa nagradzanej potem uznaniem i przychylnością krwiożerczych kobiet, nie czują żadnych powinności, którzy nie mogliby być ani po stronie wroga, ani w szeregach ruchu oporu, którzy chcą tylko przetrwać... No i jest Czyściciel Strzałek, słaby, chwiejny, pracujący rzetelnie, uczciwie, tyle że za pieniądze okupanta, musi więc być kimś podejrzanym i potencjalnie niebezpiecznym. On tylko chce wyżywić dzieci i dać im wykształcenie. Marzy jednak potajemnie o Stigu, bohaterze, chciałby się przyłączyć do podziemia, tyle że Stig go lekceważy. Kiedy Czyściciel Strzałek czuje się przezeń dotknięty, udaje się do "Centrum", by na niego donieść, za cudownie wielkie pieniądze. To oznacza koniec Stiga, ale też koniec zgniecionego wyrzutami sumienia Czyściciela, na którego podziemie wydaje wyrok śmierci...

Okupantów i podbitych wiele łączy. Jedni mają ujście dla swych bandyckich zamiłowań. Innymi kieruje konieczność wynikająca z posiadania jakichś ideałów. Jeszcze inni mają wakacje od przeciętnego życia. A do tego dochodzą ci, co znajdują sposobność, by zemścić się gładko na sąsiedzie, odegrać się za swoje nieudane życie... No i masy nieboraków...

Życie trwa. Wojny w końcu wygasają, życie znów wchodzi na bardziej skomplikowane ścieżki. I Vesaas stawia pytanie - na ile ci, których uprowadził troll zła, są zdolni do budowania przyszłości? Bo przecież wojna niszczy obie strony, wszyscy są przegrani, połamani, umoczeni, strąceni w zbrodnię... Ich czas zdaje się kończyć z chwilą ostatniego wybuchu... Pozostaje już tylko cień pełen strasznych wspomnień i strachu, jakiego pokojowy człowiek nie zna... Pokojowy człowiek może się tylko nim zainteresować, tak jak interesuje się wszelkimi sensacyjnymi opowieściami, może zamieniać historię w podwórkową zabawę... Każdy porządek ma swoich ludzi... I tu znów myślę o moim dziadku, człowieku ukształtowanym w innym porządku. Słuchałem go z wypiekami na twarzy, tego człowieka, który, mimo że odnalazł się w pokojowym porządku, w jakim nie było już obozów zagłady, pozostał człowiekiem oburzającym się na niemądre, jego zdaniem, grymasy nowych czasów... "Gdybyś był w obozie, inaczej byś śpiewał!"... Życie jednak nie zawsze jest aż tak bardzo surowe, chociaż w każdej chwili mogą nadejść jakieś straszliwe chmury... Sam się czasem zastanawiam, co by było, gdybym został wplątany w szaleństwo wojennej przemocy? Czy mógłbym powrócić potem do zacisznego domu, do spokojnej wygody? Co mógłbym robić dalej? Jak przemawiać? Powrót z piekła do nieba? To chyba niemożliwe. Niebo już na zawsze byłoby zamknięte - pozostałaby tylko przestrzeń między jednym i drugim, z niezatartym obrazem piekła w pamięci... Nie, jakkolwiek brzmi to niesprawiedliwie, bohaterowie wcale nie mają wielkich praw do kształtowania czasów po pożodze!!

 Wydawca informuje, że "Dom w ciemności" ze względów cenzuralnych nie mógł być opublikowany w PRL -u. Rzeczywiście, książka ta pasuje jak ulał i do naszej historii, tej historii, która zakończyła się w 1989 roku. Podziemie, kościół, nielegalne drukarenki, bibuła, a także legendy o czarnych wołgach, zaś obok tego ludzie całkiem niezaangażowani, borykający się z codziennymi trudnościami, polujący po sklepach na jakieś ochłapy, a nad wszystkim wróg, którego wypadałoby przepędzić razem z jego donosicielami, sługami, przekupnymi łajdakami... Tylko imiona powieściowych bohaterów sugerują, że rzecz dzieje się w Norwegii. Gdyby je zmienić, niektóre stronice tej książki mogłyby doskonale przeobrazić się w opis stanu wojennego w Polsce.

[Tak sobie jeszcze pomyślałem... Dzieje wymagają czasem od człowieka, by stał się bojownikiem o wolność. Ale gdy już przychodzi spokój i wolność, bojownikowi, o ile się nie odmieni, wypada ucichnąć. Zdarza się jednak tak, że na skutek jakiejś mózgowej zawieruchy zjawia się taki bojownik nie w porę. Chociaż miał okazję działać wcześniej, wyskakuje poniewczasie, bo być może kiedyś zabrakło mu odwagi albo ma problemy z refleksem, i warczy do swoich upiorów, i chce być bohaterem, gdy nic mu już nie grozi, zupełnie jakby sobie tanim kosztem chciał to bohaterstwo odfajkować w nędznym życiorysie... Znamy takiego: jest po sześćdziesiątce, nigdy nie wyprowadził się od mamy, pewnie nigdy nikogo nie kochał, nie umiałby zrobić nawet podstawowych zakupów, nie przyrządziłby sobie posiłku, ale bardzo chce sprezentować nam swoiście pojmowaną wolność, nauczyć nas, jak powinniśmy myśleć i dać nam receptę na osobiste szczęście...]

Warto sięgać po Vesaasa, chociaż nie jest pisarzem łatwym. Jego utwory pełne są symboli i poetyckich zawiłości. Vesaas jest osobny, ma swój własny styl, a także i język, bo tworzył w nynorsk wycieniowanym jeszcze dodatkowo dialektem z Telemarku. Stał zawsze poza wszelkimi prądami i modami. Wyjątkowy mistrz!

Tarjei Vesaas, Dom w ciemności, PIW, Warszawa 2011.

16:08, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 21 czerwca 2011
Wpis

 Się dwoję i troję. Jak zwykle nie ma czasu... A w każdym razie dość go mało, by regularnie, dzień po dniu, blogować... Odwieczny powód do narzekań... Dni uciekają. Czas leci. Na szczęście jednak udaje się tu i tam złapać chwilę. Najczęściej wieczorem... Jakiś czas temu mieliśmy śliczne zaćmienie księżyca, które wspaniale było widać z naszego balkonu. Takiego spektaklu nie można naturalnie przegapić... Księżyc jest w końcu najważniejszy! Tak więc rozłożyliśmy sobie na balkonie turystyczne foteliki, ja zaparzyłem dzbanek dobrej herbaty, i gapiliśmy się na cień naszej rodzinnej kulki kładący się na rumianej twarzy zapatrzonego w nas towarzysza... Ileż cierpliwości jest w naszym księżycu. Jest taki niezmordowany w tym przypatrywaniu się naszym poczynaniom i w wyczekiwaniu na nasze pozdrowienia... Ja nigdy go nie zawodzę. I doceniam jego uwagę... Urwałem też nieco czasu na to, by pobyć trochę z muzyką Mahlera... A wczoraj w pociągu skorzystałem z bezczynności i doczytałem do końca "Niebo i piekło" Jóna Kalmana Stefánssona... Muszę powiedzieć, że trochę mi się chciało płakać, bo ta rzecz trafiła ostrą strzałą w moje własne przeżycia... Ta rzecz zasługuje na osobną notkę. Podobnie jak inna powieść - "Dom w ciemności" Vesaasa... Mam zatem plany na blogowanie.:))

Teraz już muszę kończyć, bo mam jeszcze dzisiaj kocioł... Ale zaraz długi weekend! Co za ulga! Może mi się więc uda wrócić jeszcze w tym tygodniu... Na bloga, w którym... No właśnie. Z tego co się mogę zorientować, ludzie często szukają tutaj czegoś o Islandii, a oprócz tego o łaskotkach i... zmazach nocnych... Od Sasa do lasa... :)

14:13, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
czwartek, 09 czerwca 2011
Bóg spotkał chłopca na Sylcie

Wypada może zawrócić w okolice, co się już tu kiedyś przewinęły... Zapewne było coś o zielonościach przyjemnych, o prastarych butach i kosztownych gatkach wikinga - strojnisia, a może nawet i o Nilsie, co od stuleci rusza na polowanie, o Nilsie nic sobie nie robiącym z faktu, że już od dawna nie żyje... Tuż przy niegdysiejszej bramie, za którą już Północ najprawdziwsza...

Teraz - a za nim to, co było wczoraj, przedwczoraj, dawno temu, bardzo dawno temu... Chociaż takie wyliczanki nie mają chyba znaczenia. Wystarczy wczoraj, w którym wszystko, co się zdarzyło, miesza się ze sobą. Można dowolnie przeskakiwać z epoki do epoki myśląc raz za razem o tym, czego już nie ma... Po drugiej stronie, na zachód od wikingowej rupieciarni, rozciąga się turystyczny wypas. Watt, przybrzeżne wyspy, wrzosowiska, klify i przewspaniałe, ciągnące się kilometrami plaże. No i morski żywioł, i wiatr tak chętnie wykorzystywany przez tych, co uparli się, by się ślizgać szybko po wodzie, a nawet latać... (Zawsze mnie ogromnie dziwi ludzka tęsknota do unoszenia się w przestworzach, chociaż przez chwilę, tłumaczona najczęściej nieodpartym pragnieniem wolności. Przyznam, że nie jest to ten rodzaj wolności, który byłbym skłonny potraktować ze zrozumieniem. Człowiek jest jak głaz i może jedynie spadać, ma on jednak głowę nie od parady i poradził sobie jakoś z problemem nieustępliwego spadania - wynalazł najrozmaitsze urządzenia, mniej i bardziej skomplikowane, pomagające unosić się nad ziemią oraz osiadać na niej z ocalającą kości i wszelkie narządy łagodnością. Lecz co to za wolność, kiedy jest się zależnym od jakiegoś sprzętu, który zawsze może zawieść albo poddać się ludzkiemu błędowi? Tak, wprawdzie potknięcia na ziemi też mogą być groźne, zawsze to jednak pewniej się stworzenie czuje, gdy tkwi we własnym środowisku, a nie gości w sferach nie dla niego przeznaczonych... Ależ naturalnie, że staram się jakoś zagadać swoje lęki... Nikt mnie nigdy nie namówi na żadne lotnie, spadochrony, latawce i tym podobne rzeczy. Mogę się co najwyżej unosić nad chmurami w samolocie pasażerskim, i to bez szczególnego entuzjazmu... [Bardziej śmiałe jest latanie na takich wielkich wysokościach, ale dla pasażera to przecież żaden wyczyn...] Za oknem jest ładnie, a nawet więcej niż ładnie, lecz już po ledwie trzech kwadransach siedzenia w fotelu ogarnia mnie tęsknota za spacerem po trawie albo nawet po miejskim chodniku. Jest jednak coś przerażającego w samolotach - wolę ich z bliska nie oglądać i lepiej mi, gdy siedzę już w środku [podobnie zresztą jest z morskim statkiem - nie prezentuje się tak straszliwie, kiedy stoję na jego pokładzie], siedzę i się poddaję, pozostaję całkowicie w cudzych rękach, we wnętrzu absurdalnego urządzenia, czekając z niepokojem na moment, kiedy zacznie mnie rypać w uchu [jak ja tego nie znoszę!]... Ledwie na tyle potrafię się zdobyć. A poza tym jestem całkowicie wolny od pragnienia pokonywania barier - wystarczają mi doskonale te, które przyszło mi pokonywać pośród żywiołu - że się tak wyrażę - obyczajowego... Nawet samochód nie daje mi poczucia wolności. Bardzo szybko chce mi się z niego wysiadać, by poczuć się wreszcie swobodnie [ma to chyba coś wspólnego z moim zniechęceniem zrodzonym przed laty w chwili kretyńskiej wywrotki - ach, to była kupa przeraźliwie nerwowego śmiechu i rozdygotania]... A dodatkowo jeszcze nie nadaję się na wodnego ślizgacza. A tym bardziej na nurka. Podwodność też mnie straszy... A gdybym jeszcze spotkał się tam z rybą większą ode mnie, umarłbym natychmiast! Jestem tedy całkowicie naziemnym stworzeniem, stworzeniem zupełnie ze swoją naziemnością pogodzonym, czasem tylko rozpędzającym się na nartach i zapuszczającym się na górskie wyniosłości, z lekkim strachem i czcią dla groźnego ogromu, lekko może tylko zaciekawionym podwodnością, co jednak nie ma nic wspólnego z tamtejszym życiem - wręcz przeciwnie; pociąga mnie dziwnie utonięcie... I w tym świetle woda ma w sobie coś obiecującego. W morzu nikt nie oczekuje człowieka, poza śmiercią...) Nadmorskość. Opalenizna, golizna, chłopcy czasem tak doskonali, że człowiek odruchowo rozgląda się, w którym miejscu ten, co się nimi zabawia radośnie, wpina im nad ranem kabel od ładowarki. Turystyczny uprzyjemniacz życia potrafiący wyssać trochę kasy, promenady, uroki zasobności, przyrodnicze ciekawostki... Zakątek naszego starego już, zabytkowego świata. Focze rozwalanie się nadwodne. Morsokształtne człowieczyce, jakby zapatrzone w rubaszną Wilhelminę. No i historie osiadłe cicho wśród fryzyjskiego wypieszczenia z przewijającymi się przez nie postaciami, złowrogimi i całkiem przyjaznymi. Sylt. Wyspa uczepiona stałego lądu groblą, przez co przypomina nieco nadziany na stylisko oskard. Wybierając drogę lądową, w Niebüll trzeba załadować się z autem na specjalny pociąg śmigający do serca tej zadziwiającej krainy bijącego w Westerland. Jakoś tak tam swojsko. Kolejowe uroki. Miłe dla ucha mruczenie spalinówek. I pejzaż coraz bardziej skłaniający do zamykania się we własnej skorupce. Grobla, a wokół niej jakby podtopione pola. Zupełnie odmienny świat od tego otwierającego się na właściwe morze, spokojniejszy... Morze zaś pofalowane... Rzeczywiście działa jak magnes, bo morze dziwnie każe się odwaracać od ziemi, by patrzeć na doskonałą obojętność, pośród której nikt nie czeka... O ziemi wprawdzie też można powiedzieć, że cechuje ją obojętność, ale... O ile sobie przypominam, Islandczyk Guðbergur Bergsson w powieści "Svanurinn" zanotował, że ziemia z jej życiem wybiega jednak człowiekowi na spotkanie, wybiega w postaci rozradowanego psa. W morzu natomiast nie mamy szans nikogo ani niczego ucieszyć swoją obecnością... Tak to jest - milczą góry, milczą drzewa, oczy kwiatów są zupełnie ślepe, takie też często bywają oczy ludzi, zawsze jednak jest niezawodny pies, który nigdy nie uda, że nas nie dostrzega, który nigdy się swym przyjacielem nie znudzi, który nie przechodzi obojętnie wobec naszych nastrojów...

Sylt od dawna już przyciąga turystów. Wśród nich także i sławy. (Choć może kiedyś był bardziej przez nie oblegany.) Jedną z tych sław był Tomasz Mann, który zaglądał do położonego na północ od Westerland uroczego Kampen... (brzmienie tej nazwy budzi dość miłe skojarzenia... :)) Miał tam ten swój pejzaż, ukochane morze, fantastyczne, groźne, pachnące, pachnące także śmiercią... Ślad Syltu pozostał w "Czarodziejskiej górze", we wspomnieniu Castorpa w rozdziale "Śnieg"... Morze było wzburzone, kipiały w nim niebezpieczne siły niczym w klatce z lwem. Castorp zuchwale chciał podejść pod zbliżającą się burzę... Odprysk opadającego bałwanu uderzył go po karku, jak łapa zwierza. Szczęście i upojenie, jakie przynosi lekkie miłosne zetknięcie z potęgami, których pełny uścisk byłby unicestwieniem... Mały krok, przelotna schadzka z żywiołem nieco drewnianego Hansa... Albo Hansa - jak się kiedyś wyraził pewien krytyk - z zupełnie gipsowym przyrodzeniem... Sylt pozostawił też i inne ślady, niezapomniane... Do żywiołowej wody, do słodkich snów nadmorskich, zastukała jeszcze jedna potęga - miłość. Ostatnia namiętność - najszczęśliwsza. Najszczęśliwasza, choć była też tylko małym krokiem... Siedemnastolatek rozgrzał go tak, że aż w księdze gości skrobnął informację, że "nad rozfalowanym morzem żył głęboko". Było to w sierpniu 1927 roku... To z niego kpiła sobie trochę Eryka, gdy po wielu latach powrócił z Chin i po raz ostatni, 1954 roku, spotkał się z Tomaszem. Mann skrzętnie odnotował, iż Heuser się nie ożenił, co córka skwitowała słowami: Nie mógł mieć Czarodzieja, więć w ogóle zrezygnował... Po wakacjach 1927 widywał Klausa od czasu do czasu, zawsze oczarowany, wstrząśnięty. I pogrążony w fantazjach. Pisze o pocałunkach, o czułościach, o spełnieniu życiowej tęsknoty... Mijały lata, a on raz za razem przeżywał swoje zakochanie. "Długo czytałem stare dzienniki z okresu Klausa Heusera, kiedy byłem szczęśliwie zakochany. Najpiękniejsze i najbardziej wzruszające pożegnanie w Monachium, kiedy po raz pierwszy wykonałem skok w marzenia i oparłem swoją skroń o jego. No, tak - żyłem i kochałem. Te czarne oczy, które wylewały łzy przeze mnie, te ukochane usta, które całowałem - tak było, miałem to, będę mógł sobie powiedzieć na łożu śmierci". Trudno dociec, jak było w rzeczywistości... Klaus, o ile nie chciał niczego ukrywać, zaprzeczał czułościom i pocałunkom. I najprawdopodobniej nie zdawał sobie sprawy, jak wielkie miał znaczenie dla pisarza. Był miły i przyjacielski. Nic więcej. A resztę dopisała wyobraźnia podrażniona pragnieniem... Zasilił szeregi chłopców w kolekcji Manna. I zagrzał miejsce w jego twórczości. W studium "Amfitrion Kleista"... Tomasz przebrał się za Jupitera, Alkmene zaś stała się Klausem. Jupiter pod postacią Amfitriona przychodzi do Alkmene i zostaje przyłapany przez prawdziwego Amfitriona. Alkmene stoi zakłopotana między bogiem i człowiekiem. Bóg musi jednak ustąpić, choć taki wspaniały. Bogu wypada odejść do swej boskości, dla niego niedostępna jest ludzka miłość. Bóg może być czczony. Bóg zabiegający o życie, musi zostać odrzucony. Alkmene okazuje szacunek, ale trzeba jej odejść z wyżyn... W życiu jednak nic cię nie stało. Gdyby prawdziwy Jupiter przespał się z Alkmene - Klausem, runęłaby życiowa konstrukcja... Bóg był zrezygnowaną ofiarą. Ale umiał też w małym znaleźć szczęście. Jednak żył i kochał, on, bóg - artysta, mimo że nie zakosztował tak całkiem tej prawdziwej, ludzkiej miłości, w takiej formie, w jakiej pragnął... Był tak bardzo z tym samotny, w dziwnym położeniu, w roli wielkiego ojca, męża kobiety, mimo że kobieta to przecież "taka niepoważna sprawa", za fasadą domu zamożnego mieszczanina... Za tą fasadą był jednak niezły artystyczny światek, dość skomplikowany, który przyniósł niezbyt szczęśliwe istnienia, choć w kilku przypadkach ciekawe i utalentowane; wszystkie dzieciaki jednak, gdy podrosły, miały kłopoty, coś łykały i siedziały z ręką w kieszeni taty... Głowa musiała się natrudzić, by to swoje szczęście mimo wszystko jakoś przeżyć... Żywioł, podobnie jak fala morska, tylko go rozkosznie musnął... A samotność - różne ma oblicza... Klaus Mann, ten najzłotszy ze złotych chłopaków w swoich czasach, skoczył w żywioł bliski swemu ojcu, a jednak też był bardzo samotny i zbyt szybko się spalił...

Tak to bóg wpadł kiedyś na Sylt i zakochał się w chłopcu... Dobre miejsce na zakochanie... A już dziś, gdy tam tak przyjaźnie dla bogów i ich chłopców...:)

15:44, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
wtorek, 07 czerwca 2011
Jak się nic nie dzieje...

to jest oczywiście najlepiej... Nic, tylko dyndać na hamaku... Niedziela była śliczna. I nadarzyła się okazja, żeby z Franiem pójść pod moje drzewo. To znaczy nie drzewo, które sam zasadziłem, tylko takie, które podziwiałem, gdy byłem mały... Drzewo odwiecznie wielkie, stareńkie, z dziurami... Dąb. Stoi sobie, zieleni się. Bóg wie, który to już raz. Kiedyś nawet mieszkały w nim pszczoły dzikie... Nic takiego. Zwykła miła sytuacja... Niegdyś chodziłem sobie po starym parku i myślałem o przyszłości. No i oto jest ta przyszłość. Całkiem niezła... Trudno sobie przypomnieć, co wtedy, dawno temu, plątało mi się po głowie, ale chyba nie wyobrażałem sobie, że jak się zacznę powoli srebrzyć, przyjdę pod drzewo z mężem... Już odwiedzaliśmy razem moje drzewa. Rozkręcaliśmy się przy moich topolach. A potem przyszła kolej na dębowy ogrom... No i oczywiście na całą masę innych wyrośniętych drzew: buków, grabów, brzóz, jesionów, klonów, lip, modrzewi... Pozostały jeszcze do odwiedzenia drzewka, które sam kiedyś sadziłem, ale to musi poczekać do kolejnego wypadu na Islandię... No i słońce było. Letnie. I piłka do siatkówki... A potem przyszła chmura ciemna, która chciała nas przestraszyć. Ocieniła nas, zamruczała srogo, sprowadziła z sobą wiatr... Jednak nie daliśmy się wypędzić. Duża chmura pokropiła nas jak ksiądz kropidłem... Piwonie ślicznie kwitną... I truskawki coraz bardziej smaczne... Nic, tylko siedzieć i korzystać z darów życia. W poczuciu przynajmniej chwilowej bezużyteczności... O, prawdziwie cywilizowany człowiek nie przejawia przesadnych skłonności do pracy... Złapałem już trochę opalenizny! Nawet nieco piekącej. Szczególnie na nosie... Zmieniając w słońcu ubarwienie opowiadałem, jak kiedyś lubiłem bawić się sam... Snułem się jak gadająca do siebie zjawa, płochliwa jak kura. Zapuszczałem się w zarośla i czyniłem bohaterskie wypady do wąwozu porośniętego wielkimi krzakami o owocach podobnych do tych, jakie mają niecierpki - gdy osiągały dojrzałość, były niesłychanie wrażliwe i pod najmniejszym dotykiem pękały wypuszczając z impetem ukryte wewnątrz nasiona. Strasznie się bałem tych roślin. Jeśli któryś z owoców trzaskał w pobliżu, odskakiwałem z piskiem... Chyba dobrze, że nikt mnie wtedy nie oglądał, bo cóż to za chłopiec, co piszczy przestraszony czymś tak niegroźnym... Coś mi jednak z tamtej lękliwości zostało - tak jak kiedyś, tak i teraz wpadam w panikę, gdy do pokoju wleci ćma... Słodko - gorzkie czasy... Chłopczyk przemykający wśród gałązek i liści... Dla niektórych mogłem być jak przywidzenie. Umiałem znikać...

 No, kilka słów takich na blogu...

15:47, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
sobota, 04 czerwca 2011
Głowa

Dość ryzykowny tytuł. Bo gdzie mi tam do jakiejś głowy. Głowa to się od razu kojarzy z mądrościami, intelektami albo nawet i z wydelikaconym duchem, upiornie wzniosłym czy wyniosłym... Mój duch mieszka raczej w innej części, która mogłaby być tu nazwana, a nawet stać się tytułem, co z pewnością wpłynęłoby dodatnio na stopień zainteresowania notką... Mój duch, by spotkać się z głową, musi się trochę powspinać, musi się pomęczyć, by zetknąć się z rozumem i odbyć z nim naradę. I dobrze, że tak jest, bowiem w takiej sytuacji głowa jest studzona gorącym ciałem - taka dziwność tu zachodzi - rozpalona reszta chłodzi to nadęte Centrum, które rości sobie jakieś pretensje do absolutnej władzy. Dobrze, że tak jest, bo w przeciwnym razie głowa nadmiernie rozgrzana oziębiłaby zupełnie ciało. Słowem duch mieszkający bliżej parteru, ma zbawienny wpływ na całość, którą utrzymuje we właściwej temperaturze - daje gorącość ciału, głowie zaś, dzięki swej rozwadze, ciepło lekko przewiane ożywczym, chłodnym zefirkiem. Gdyby bowiem zagnieździł się w głowie i nie chciał jej nigdy opuszczać, sprowadziłby do niej duchotę, upał nieznośny i ziałby naokoło siarką złych słów, potępień i przekleństw, i plugawiłby, wykpiwałby ciało, kopałby bezlitośnie jego pragnienia, sprowadzał nań udrękę i mróz piekielny... Ciało daje się dość łatwo zaspokoić. Najedzone, napojone i dopieszczone leży sobie w słodkim zmęczeniu i perli się od wesołego potu, w głowie zaś szumi kojąco pośród radosnych wyładowań. Pada w niej majowy deszczyk. W głowie lęgnie się zadowolenie odsuwające ciężkie myśli. Głowa widzi, głowa czuje, głowa słyszy. Obok intelektualnego żołądka ma też wrażliwy naskórek, dla którego śpiewają skowronki, pachną i smakują łakocie, spływają promienie słońca i ukazują się ładni chłopcy... Nie sposób przeżyć radośnie życia, gdy płomień życia pali się tylko w głowie, gdy głowa umyka od reszty ciała...

 To prawda, że ucieleśnienie wiąże się z okropnościami, bo pod skórą kryją się zjawiska mało apetyczne. W żyłach płynie krew, widok której potrafi doprowadzić mnie do omdlenia. Nerki produkują siuśki. Pokarmowe resztki z rury straszliwej wypadają kupą, tam gdzie się w potrzebie przykucnie. I wszędzie jakieś śluzy. A do tego jeszcze ślina, poty, pierwsze i siódme nawet, łzy, sperma... Ciągle się trzeba myć, by nie przemienić się w zwykłą, cuchnącą kupę gnoju. A do tego jeszcze cała ta potworność uwikłana jest w namiętności, w gniewy, w rojenia, zazdrości, zwątpienia... Tyle brzydkich rzeczy można odnaleźć w życiu, tyle cierpień, tyle rozmaitych strat... Można się przestraszyć. Jest co trzymać w tajemnicy przed kandydatem do ziemskiej wędrówki, by go nie spłoszyć... A jednak wszystko to blednie, gdy jest coś, co się nazywa miłością. Pędzi się do niej z otwartymi ramionami, ze swoją głową zaklętą jakby przez jakiś narkotyk, ze swoją okropną, cuchnącą metalicznie krwią, z potem, śliną i spermą... Człowiek oddaje siebie - ten przeciekający worek z podrobami, tę krwawą kaszanę... Kaszanę - ale o jakim pochodzeniu! Gwiezdnym przecież... Cóż za posrebrzana pociecha!...

 Matka Wszystkich Światów - przynajmniej u Tomasza Manna - huknęła, gdy się Sita chciała powiesić: Wyciągnij zaraz głowę z pętli albo dam ci po buzi! Mam powyżej uszu bredni myślicieli, którzy twierdzą, że ludzka egzystencja jest chorobą! A ty mi tu jeszcze, wariatko, urządzasz takie hece!

 Toż się porobiło z ciałami w "Zamienionych głowach"... Dwóch sobie było chłopców. Nanda i Szridaman. Pierwszy miał śliczne ciało, wesoło - pospolite ciało o dobrodusznej sile, harmonijne, zadbane, nacierane olejkami, z "puklem szczęścia" na piersi. Głowę zaś miał taką sobie - dość ujmującą, ale naiwną, prostą i z wyglądu może trochę zbyt grubo ociosaną. Ten drugi zaś ciało miał niezbyt olśniewające, ale za to głowę miał poważnie uzdolnioną, poważną, płomienno - delikatną... Wielkimi byli przyjaciółmi. Cudownie się uzupełniali. Ale się narobiło kłopotów, bo raz nagą Sitę ujrzeli, gdy się kąpała i w mądrej głowie zalęgła się miłość... Ach, coż za dziwaczna sytuacja! Życie, te złudy jego! Ach, co się ze mną dzieje, kto w mej ułożonej głowie mąci? Ileż słów niepotrzebnych, na które prosta głowa Nandy miała takąż odpowiedź: - Przecież ty się zakochałeś!... Nanda pomógł przyjacielowi i dzięki niemu Szridaman ożenił się z piękną Sitą... Tak się jednak żyć na dłuższą metę nie dało. Bo Nanda, przyjaciel, taki był piękny i Sita taki pociąg czuła do niego... To inaczej się powinno było się ułożyć... Uciął sobie głowę Szridaman. A gdy Nanda to ujrzał, nie mógł dalej żyć bez przyjaciela i w jego ślady podążył... Te żądze okropne... Dość już rozbudzonych pożądliwości, do których przywiódł Sitę Szridaman... Nic, tylko się powiesić, skoro przez tę przeklętą miłość obaj sobie życie odebrali... W bajkach się jednak dzieją cudowności i przyjaciele powrócili do życia, tyle że z zamienionymi głowami. I tak umiłowana głowa Szridamana otrzymała pożądane ciało Nandy, głowa zaś Nandy otrzymała niezbyt zadbane ciało Szridamana... Cóż za nowych znaczeń wszystko nabrało! Czyje będzie dziecko Sity? I ciała, i głowy okazały się równie ważne. Głowa Szridamana powiedziała: moje. Ale i Nanda nie był daleki od prawdy, bo przecież z ciała, które przydano jego głowie, wzięło się w łonie Sity... Czas płynął i wiele się pozmieniało. Cudowne ciało Nandy pod głową Szridamana nabrało niedbałych sadełek, oponek, natomiast ciało Szridamana pod głową Nandy stało się bardziej krzepkie, ponętne, ozdobione wyrosłym "puklem szczęścia"... Mędrzec powiedział - Głowa jest ze wszystkich członków najważniejszą. Ale ciała poodmieniały się, gdy pozamieniano im głowy, a też i głowy stały się inne, gdy osiadły na nie swoich ciałach... Tak, głowa jest najważniejsza, ale nie dla tego, że się może wyswobodzić ze złud i omamień. Ona jest najważniejsza także i wtedy, gdy zię w tym zwiewnym czarze zanurza - ona stanowi o postaci i o wartości ciała. Sita była zachłanna i chciała jeszcze większego upojenia, dlatego do ładnego pyszczka dodała piękniejsze ciało. Ciało Nandy się jednak trochę odmieniło... A duch ciała i w głowie trochę poodmieniał... W Szridamanie zrodził się pewien smutek - jego głowa tak się kiedyś zachwycała pięknem, pięknem Nandy, a także pięknem Sity. Gdybyż pozostał w swoim ciele! Gdy dostał na własność to, co podziwiał, zatracił miłość, zgubił gdzieś swoje duchowe piękno. W całej swej cielesnej i duchowej rozciągłości nie był już prawdziwy... Przeto znowu, jak dawniej, zwróciła się Sita do Nandy, tego, co miał ciało Szridamana... W końcu zrobił się nierozerwalny trójkąt w całym tym pomieszaniu. Aż wreszcie Sita, jako podwójna wdowa, poszła w śmierć za przyjaciółmi, których tak, mocą swej pożądliwości, poodmieniała... Pozostał po nich chłopiec, któremu z czasem wyrósł na piersi "pukiel szczęścia". Chłopiec ten miał bardzo słaby wzrok, więc uchroniło go to przed prymatem ciała i skłoniło do duchowych zaintertesowań... Był mądrą głową... Osadzoną na ślicznym ciele...

 Głowa ważna. Gdy oczy ma dobre, ciało patrzy przez nie jak przez lornetkę... Ducha oddzielić od zmysłów? A, do licha! To się nie godzi. Niech się wszystko ze sobą układa. Ciało nie powinno być przeszkodą dla ducha - i w ciele mu trzeba dać mieszkanie, by ów duch był też i trochę jak zwierzątko kosmate. Musi być w człowieku miejsce na miłość, tę, która rozgląda się za ciałem, za pyszczkiem... Byleby nie być nazbyt zmysłowo zachłannym, co by całkiem głowy nie zmrozić! I byle nie rozpalać głowy obraźliwymi dla życia "mądrościami", co by ciała nie zmarnować... Duch i ziemskie piękno, to, które się szybko rozpływa, znika... Ale co z tego, że znika... Cóż się obrażać na złudy, cóż się straszyć rozczarowaniami, które zawsze mogą się przydarzyć... Cóż tam rozszczepione błogości... Droga do doskonałości to spacer przez życie głowy w stałym dialogu ze spragnionym ciałem... Jaki piękny! - mówi głowa, mówi głośno to, co szepcze w swym tajemnym języku duch ciała, samo życie...

16:50, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »