BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
środa, 27 czerwca 2012
Coś porobić

Coś, coś... Tak, żeby tylko jeszcze chęci były. A mnie w uszach szumi... Odpaliłem komputer z myślą, że się zajmę pilną dłubaniną, ale jakoś tak mi nie wyszło z nawiązaniem kontaktu ze swoim rozumem, nawiązałem więc kontakt z internetem... I tak wpadłem do kilku sklepów, zerknąłem na witryny wydawnictw, zrobiłem prolongatę w bibliotece, przeczytałem kilka przypadkowych inforamcji na stronach paru gazet, no i odwiedziłem kilka blogów - doprawdy, bardzo zaniedbałem swoje odwiedziny (na niektórych blogach nie byłem chyba od roku), ale trochę to naprawiam, od wczoraj:))... I czas płynie. Czas spokojny, z drzemiącymi psami, sytymi i szczęśliwymi... Chociaż może czas nie jest za spokojny, bo biomasy przybywa i znowu mam pod oknami kosiarzy. Krew może człowieka zalać... A jeszcze mi szumią w głowie rozmowy nocne z moim kuzynem, który wpadł do nas na trochę, urządzając sobie w naszym gniazdku punkt wypadowy, bo robi sobie wycieczki to tu, to tam... Porządny z niego gość, bo sam się o siebie troszczy... Teraz wypadł na Śląsk. Ale za dwa dni znowu do nas zajrzy i jeszcze trochę posiedzi, zanim odleci do swej ukochanej czarownicy... I znowu będziemy trajkotać jak baby. W każdym razie Franek twierdzi, że tak trajkoczemy... Tak że jest miło. W pogodnym rozgardiaszu... Kuzyn stwierdził, że - hm - coś w tym jest... Bardzo mu się przyjemnie mieszka z gejami. Nic dziwnego. Bo w końcu - bogowie - gejowskie domy to najlepsze domy w mieście.:) Chłopcy wiedzą, co to radocha i idą przez życie ze smakiem.

Trochę sobie powspominaliśmy nasze ostatnie spotkania i zaplanowaliśmy kolejne... Wypada mi po raz kolejny stwierdzić, że upływa mi cholernie dobry czas... Wprawdzie miałem trochę różnych kłopotów, zwłaszcza w zimie, ale i tak nie przyćmiły one poczucia szczęścia... Brzmi to okropnie, niezbyt ludzko, ale od śmierci matki czuję, że zły duch odstąpił. Świadomość, że ona już nie istnieje, po prostu przydaje memu życiu jakiejś lekkości. Kiedyś rozmawiałem nawet o tym z tatą. Wcale go to nie zdziwiło. Uważa, że najrozsądniej będzie, jeśli o wszyskim zapomnimy... I nawet to się udaje. Jest jakiś mglisty obraz i kilka względnie znośnych scenek. Ledwie kilka. Ale może to tak właśnie jest, że po tych, o których potykaliśmy się zbyt często, najmniej pozostaje... Od lat już nie oglądałem nawet jej zdjęć. I obawiam się, że nigdy w życiu tego nie zrobię. Jednak ich nie wyrzucę, bo to już może byłoby zbyt brutalne... Chociaż znam takich, co są w stanie pozbyć się wszystkiego. Pewien mój znajomy po śmierci ojca wymienił w domu nawet klamki, by pozbyć się wszystkiego, czego tamten dotykał...

Tak więc to i owo okrywa się bezpieczną mgłą... Psychika postępuje czasem szlachetnie... Jakoś i Adri daje spokój... Choć ciągle nie odwiedzam kilku miejsc... Może to też tak zostanie... Za to jego kwiatek żyje na oknie, i kwitnie... A Niedźwiedź właśnie sygnalizuje, że trzeba coś przekąsić... Ten psi starzec jest na całe szczęście nie do zdarcia!

Chyba ta pierwsza i największa ulga przyszła kiedyś w Oslo. Pierwsze kroki w starej - nowej rzeczywistości... Uff - żyjemy! Dziwnie pocieszający był moment w poświacie pomiędzy dniami, tam, wtedy... Wydaje mi się, że sobie pomyślałem, iż tak naprawdę nic się nie stało... Dobrze czasem nie spać w jasną noc...

Myślę, że kiedyś, kiedyś, gdy się już całkiem zestarzeję, będę nazywał te biegnące od roku 2008 lata ozłoconymi... Bo potem oczywiście będzie już na srebrno... I może z lichą potencją... Choć może będzie inaczej - będę się cieszył, jak Tomasz Mann, ze starczych erekcji swego zucha...

Kosiarze się uspokoili.

I co jeszcze... Mam ociupinkę więcej informacji o swoim dziadku. O ojcu ojca. Kiedyś tu o nim wspominałem. Wiele się już nie da odtworzyć. Ale widziałem miejsce jego urodzenia, pejzaż. I wiem teraz, że był szewcem. Rozmawiałem nawet z pewnym wiekowym jegomościem, który mi pokazał, gdzie był zakład, w którym pracował... - A tak, panie szanowny, był tu kiedyś szewc. Ale to ja młodziutki wtedy byłem. Ponoć był to zawołany karciarz... Zastanwawiam się czy jego pomagier, czyli mój dziadek, też grywał w karty... Ojciec mi powiedział, że ponoć jego umieranie zaczęło się w tym całym zakładzie, po którym dziś nie ma już śladu, i to w dodatku w kiblu. Nieprzytomny trafił do szpitala, gdzie wkrótce zmarł. Tak ponoć słyszał, bo sam pamiętać tego nie może, gdyż był zbyt malutki... Przemierzyłem na piechotę drogę, którą dziadek pokonywał idąc do pracy. Nie miał daleko. O ile to właściwa droga. Bo nie ma zgodności między tym, co mówi tato, a co mówią dokumenty. Ojcec utrzymuje, że mieszkali w jednym miejscu, a inne miejsce, inny ostatni adres zamieszkania figuruje w urzędowych księgach. Żeby było śmieszniej, miejsca te są od siebie bardzo oddalone. Przeciwne krańce miasta... Tato się dziwi... Czy ja wiem, czy podczas swoich przechadzek choć trochę zbliżyłem się do tego kompletnie zapomnianego człowieka, zupełnie wymazanego, po którym nie ma nawet śladu fotografii... Zresztą to chyba mało ważne. Ze mną, z ostanim ogniwem, wszystko uleci w niebyt, w niepamięć...

Nie tak dawno temu spojrzałem w ślepia swojej norweskiej chałupie. Jakoś się tego wcześniej obawiałem, a tu przecież... No jasne - nic przecież, przecież nic to. Asfalt kończy się tam, gdzie się kończył, bo do mojego zakamarka prowadziła już szutrowa droga... Łosie sobie chodzą. Stary kościół wspomina nadal średniowieczną bogobojność, może z chciwą tęsknotą... Woda w morzu nic ze swej mokrości nie straciła... Chmury po swojemu fantazjują... Jakże świat doskonale bez nas sobie radzi... O tym przekonują się powracające duchy...

16:31, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (3) »
piątek, 22 czerwca 2012
Uprzejmość XIV

...i co by tu dalej... Hm...

- Zaraz ta filiżanka stanie się w twoich rękach plastyczną masą - zauważył Paul.

Timo długo milczał. Siedział ściskając w dłoniach porcelanowe naczynie, którego brzeg pocierał bezwiednie kciukiem. Łzy już wyschły i w środku coś odtajało. Poczuł się naprawdę dobrze.

- Dam ci coś do poczytania. Na wieczór.

Timo odebrał to jako ostateczne potwierdzenie zaproszenia.

Zawsze z pewnym trudem przywykał do nowych sytuacji i przestrzeni. Jednak owe trudy nie zabierały mu zbyt wiele czasu. Potem natomiast, ilekroć już przywyknął, miał poważne problemy, by się odzwyczaić... A przewcież zawsze człowiek musi być gotowy na to, by się odzwyczaić. Póki co jednak...

Paul zaprosił Tima na piętro, do swojej pracowni.

Gabinet pisarza okazał się obszernym pomieszczeniem, bardzo jasnym. Panowało tam iście po królewsku przeogromne błyszczące biurko ustawione pod ścianą pyszniącą się skierowanym ku zachodowi rzędem okien. Można się było poczuć tam jak na mostku kapitańskim. Wrażenie to potęgował widok rozciągający się za szybami - w oddali, ponad świerkami, widać było morze, tak więc łatwo było sobie wyobrazić, że za opadającym stromo lasem znajduje się ogromny dziób statku prujący spienione, niespokojne fale.

Poza tym władczo wyglądającym biurkiem nie było tam jakiegoś szczególnego umeblowania - ledwie dwa fotele (jeden zapewne dla gościa), mały stolik z pustą karafką na wodę oraz staroświecka umywalka, czyli wysoki biały taboret z dziurą na miednicę... Tak, wszystko było na miejscu - i miednica, i lekko poobijany emaliowany dzbanek; całość być może stanowiła osobliwą dekorację i przypomnienie o tym, jak to dawniej bywało, jak kłopotliwą sprawą było dbanie o higienę... A poza tym... Poza tym wszędzie panoszyły się książki. Grube i cienkie, stare i nowe. Szaty eleganckie i całkiem byle jakie. Od sufitu do podłogi książki. Uwiecznione myśli w łatwopalnym ładunku.

A ozdoby? Było ich kilka. Timo od razu spostrzegł umieszczoną nad biurkiem, w przerwie między oknami, reprodukcję autoportretu Muncha z ręką kościotrupa. Nadto na samym biurku znajdowała się cała kolekcja fotografii w czarnych ramkach.

- Dla mnie ten mroczny autoportret ma w sobie trochę optymistycznego ładunku - powiedział Paul widząc, że dzieło zwróciło na siebie uwagę Tima.

- Tak?

- Tak. Popatrz. Jestem trupem. Wprawdzie jeszcze oddycham, chodzę, ale jestem tym, co kiedyś złożą do grobu. Ręka, która to wykonała, zostanie obżarta z mięsa do kości. Ale te przyszłe zwłoki mają moc, zdolną przebić pancerz czasu... Jego już nie ma. On już nie istnieje. Ale ciągle żyją emocje. Wystarczy spojrzeć na artystyczne pamiątki, a one włażą w nas i szarpią nasze wnętrza.

- To i ty jesteś w tym gronie.

- Na pewno szybciej o mnie zapomną.

- Ale zawsze ktoś może zdmuchnąć kurz. I stać się medium dla twojego przyczajonego pod pajęczyną ducha.

- Timo ma w tym jakiś udział - powiedział Paul biorąc z półki niewielką książkę w białej obwolucie. - To definitywnie ostatnia rzecz. Jak widzisz, biurko już posprzątałem. Panuje na nim połysk i muzealny porządek. Sam już czuję się tutaj jak gość. Wprawdzie coś jeszcze notuję, lecz nie tutaj. Nie tutaj...

Timo wziął do ręki książkę.

- To prezent.

- Wobec tego napisz mi coś.

- Poczekaj. Muszę wobec tego rozpisać któreś z piór... O, to będzie najlepsze. To podarunek od Ljana. Nim szkicowałem libretto do naszego Wolunda... Najbardziej udane dzieci mogą mieć tylko dwaj mężczyźni. Wprawdzie krytyka nie odniosła się doń z szacunkiem, ale mimo to...

- To on - powiedział Timo podnosząc z biurka jedną z ramek z fotografią.

- Tak, to twój ojciec.

Timo starszy. Ale całkiem młodzieńczy. Zdjęcie zrobione zostało chyba tutaj. Timo trzyma w ręce siekierę i zdaje się być rozanielony. Ma wzruszająco piękny uśmiech. Oblewa go ostre słoneczne światło, przez co jego postać nabrała jakiejś dziwnej widmowości. Timo, który urwał się z życia, Timo na wiecznych wagarach, Timo, który w nadmorskim zaciszu pieprzył się z jakimś Augustem, podczas gdy... Timo powrócił myślami do wizyty u Rainera... Beztroski, a jednocześnie zatroskany, udręczony, kaleki Rainer... Nie, doprawdy, to, co się stało z całą pewnością nie mogłoby zostać opisane przy użyciu słów takich jak miłość czy erotyzm... To była jakaś zafajdana pomoc pielęgniarska... Niemniej jednak coś się tu powtarza. Coś poszło dalej.

Czy on o mnie myślał? Pytanie o to nie miało sensu. Bo przecież nikt nie może wiedzieć, o czym ktoś inny myśli.

Timo długo myślał, fantazjował, o kontynentach odległych i papugach kolorowych... Potem nie myślał... "Ten długi, ciągnący się tygodniami dzień... Jakby nie do stracenia. Nieroztropność, lenistwo. Potem noc... Minęła polarna noc. Pewnego razu Timo się zbudził..."

Paul doprowadził do stanu używalności urządzenie, którym pomógł Ljanowi spłodzić dziecko. Zielonym atramentem wpisał coś na tytułowej stronie.

- Proszę.

Timo podziękował za podarunek. To była jego pierwsza książka z dedykacją od pisarza.

- Opowieść banalna - przeczytał na głos tytuł podarunku. - To jakieś takie asekuranctwo? - spytał z uśmiechem.

- Cóż może zrobić głupiejący coraz bardziej człowiek... Myślę - dodał z uśmiechem - że powienieneś zwinąć to swoje obozowisko. Lubią przyłazić tu takie wścibskie psy. Dwa rozbrykane wyżły. Jesli natkną się na twój otwarty namiot, będziesz potem szukał jego zawartości po całej gminie.

 

"A może psy już tu były?" W każdym razie ktoś chyba dłubał w jego plecaku... "O, jest ładowarka"... Nóż. Jeszcze jedna, ostatnia kulka czystych skarpet. "Dla ciebie, drogi pisarzu." Kvikklunsj. "Nie, to chyba jednak nie były psy, skoro to zostawiły... Może to ten buc, Nisse?" Ruska latarka na dynamo. Ktoś mu powiedział, że napis na niej głosi "ZIŁ" Dziwne te litery. I zadziwiający patent. Światełko osadzone na końcu wygiętej szyjki wyrastającej z pudełka z umocowanym u spodu wihajstrem wprawiającym w ruch ukryty wewnątrz mechanizm. Wystarczyło go tylko odbezpieczyć przesuwając do tyłu malutki biały dzyndzelek. Wtedy odskakiwał. Naciskakjąc nań energicznie wytwarzało się żółtawe, mdłe światło. Bardziej chyba dla dziecinnej uciechy niż dla jakiegoś użytku. Dobra rzecz do ćwiczenia mięśni dłoni... Timo przyłożył sobie chłodny reflektorek do czoła. Efekt osobliwej myśli technicznej zawibrował delikatnie...

Powrzucał wszystkie klamoty do plecaka. Na chwilę zatrzymał się przy książce, którą zabrał ze sobą. "Opowieść banalna". Zerknął na tytułową stronę, by zobaczyć, co też takiego wpisał mu Paul.

Jeśli zabijesz swego psa, zamkniesz wszystkie przejścia do przyszłości.

CDN

15:50, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 12 czerwca 2012
Sunna Gunnlaugs

To niech dalej będzie islandzko. Trochę miłego jazzu z wyspy:

17:08, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 10 czerwca 2012
Kronika z Brekkukot, czyli tolerancja w torfowej chatce

"Vitur maður hefur sagt að næst því missa móður sína sé fátt hollara úngum börnum en missa föður sinn."

Takim to osobliwym zdaniem rozpoczyna się urocza książka Halldóra Laxnessa "Kronika z Brekkukot" (Brekkukotsannáll) znana u nas pod tytułem "Czysty ton". Ma to być powiedzenie pewnego mądrego człowieka, który stwierdził, że dobrze będzie, jeśli dziecko, które utraciło matkę, utraci także ojca. Myśl to może pełna rozgoryczenia, ale... Żeby sieroctwo było jakimś szczęśliwym rozwiązaniem życiowym... No, w każdym razie nie musi być rozwiązaniem nieszczęśliwym, zwłaszcza gdy ma się dziadków, choćby i przybranych... I tak u przybranych dziadków zjawił się malutki i całkiem nagusieńki Alfgrimur... Jego matka... Nią już nie ma się co zajmować. Zniknęła. I to jej strata. Nie Alfgrima...

Cóż za urokliwy maleńki świat mu się otworzył przed oczami. Z dziwnym zwierzem w starym zegarze, z warzywnikiem, z bujnymi chwastami, z krówką, z muchami, z cmentarzem, z miasteczkiem w pobliżu... To miasteczko to Reykjavik - jeszcze całkiem malutka dziura, z której dopiero zaczyna wyrastać przyszła stolica... Tak, tak, nie tak dawno temu krowa w Reykjaviku nie była zjawiskiem niezwykłym, podobnie jak bezpańskie psy... (Potem tamtejsza okrzepła miejskość na jakiś czas zabroniła psom wstępu do miasta. Tak się chciała odciąć od wsiowości). I dwa kroki od Brekkukot, od budowlanej starożytnoski, od torfowej chatki pączkowało sobie islandzkie mieszczaństwo, z całkiem jeszcze chłopskim obliczem, za to w natłoku zdobnych bibelotów i kokardek... Elegancja miasteczkowa... A obok stara, torfowa, ubożuchna Islandia z pogodą w sercu, z chłopską i rybacką mądrością i wyrozumiałością. Stara Islandia, można powiedzieć odwieczna, zanurzona w swojej legendzie, żyjąca pośród dawnych bohaterów, dawnych, a tak jednocześnie bliskich, tak żywych dzięki opowieściom płynącym przez pokolenia. No i oczywiście Islandia rymowana, Islandia rymowanych pojedynków, rymowanych pyskówek.:) Jakoś tak niby religijna, ale nie do końca... W końcu dobroć ludzka nie z religijności się bierze, i też chrześcijaństwo nie ma co przesadzać ze swymi moralnymi zasługami. Żadnej tam Ameryki ono nie odkryło, a Laxness doskonale w osobie Alfgrimowego dziadka, Björna, przedstawił ten charakterystyczny rys islandzkiej duszy, naskórkowość jej chrześcijańskości... I owszem, dziadzio czytywał na głos różne religijne pleple, całkiem bez zastanowienia, mową inną, przypominającą bełkot obłąkanego... Ale w życiu codziennym trudno byłoby znaleźć u niego jakieś ślady pobożności. Nigdy nie nawiązywał do czegoś, co miałoby cokolwiek wspólnego z jakimś świętym pisaniem... Miał zresztą tylko postyllę, a Biblii ani śladu... Raz miał okazję dostać jej egzemplarz, ale nie chciał, bo było to coś dziwnego, wydrukowanego na cieniutkim papierze... Nie, prawdziwa Biblia została wydrukowana przecież w szesnastym wieku w Hólar...

Młode życie Alfgrima. Z jednej strony literacka fikcja, zawierająca w sobie jednak wspomnienia autora z dawnego Reykjaviku. To świat drogiego, słodkiego dzieciństwa, w biedzie, za to pośród szacunku, w otoczeniu różnych ciekawych ludzi, których wyobraźnia dziecięca przemianiała w niezwykłe osobistości. Torfowa chatka Brekkukot jest domem otwartym, mającym wielu lokatorów, bardziej lub mniej osiadłych albo całkiem tylko przelotnych. To dom gościnny, to progi pomocne, to schronienie dla niszczęśników, włóczęgów, handlarzy, to dom dla tych, co wybierają się zaraz do Ameryki albo na tamten świat. Ten dom to też uboga, ale pełna ciepła przytulność, do której w czasie srogiej niepogody drzewko puka zmarzniętą gałązką w okienko... Nieopodal jest cmentarz. A na nim odbywają się pogrzeby. Bogate i całkiem biedne. Czasem trzeba i pochować kogoś bezimiennego, wyłowionego z morza. Mały Alfgrimur zaczyna śpiewać dla zmarłych biedaków. Miły stary pastor twierdzi, że umie rozpoznać czysty ton... Alfgrimur wchodzi na ścieżkę własnych życiowych poszukiwań... Bo trzeba nadać swemu życiu jakiś wyraz, własny... Gwiazdą jego dzieciństwa jest Gardar Holm, syn ciotki Krystyny mieszkającej przy drugim końcu cmentarza. Gardar obrósł niezwykłą legendą, niby to miał być sławnym na cały świat śpiewakiem...

W tle jest śpiewak, który jednak ciągle rozczarowuje, przez co jeszcze bardziej staje się zagadkowy... Ale mniejsza z tym... Czas płynie, a wraz z nim świat się poszerza. Przychodzi moment najdroższy, który potem stanie się najmilszą pamiątką i wspomnieniem - połowy zajęcy morskich razem z dziadkiem, przed świtem, gdy jeszcze wszyscy spali i gdy tylko w oddali świeciło się jakieś samotne światełko. Czas bezpieczeństwa, który chciałoby się zatrzymać. Gdyby tak mogło być zawsze. Warzywnik, plac zabaw na cmentarzu wcale nie strasznym...  Dziadkowie postanowili jednak kształcić swego przybranego wnuka. A więc szkoła. Nowi ludzie. I uczucia. Nieuchronności. Bicie serca i paraliże nieśmiałości, potajemne podchody, by skaraść najdroższy cień...

Gardar to było oszustwo. Jego szykowne walizki kryły tylko cegły. Jego śpiew był zawodzeniem starej panny... Ale jednak... Gardar był jedną z wielu mądrych lekcji, jakie odebrał w tym zabawnym Reykjaviku... To nic, że to, co obudziło twoją duszę, wskazało ci drogę, okazało się oszustwem... Jeśli przynosi to piękno i nie wyrządza krzywdy... "A jeśliby dowiedziono, że fakt zmartwychwstania opierał się na zeznaniach mało wiarygodnych świadków, to nie uznałbyś mszy h-moll za arcydzieło? Wolałbyś zamknąć bazylikę Świętego Piotra, gdyby okazało się, że jest symbolem fałszywego światopoglądu? (...) Historia Najświętszej Marii Panny to oczywiście bajeczka jak wiele innych, które wymyślili różni szarlatani - lecz nie jest szarlatanem ten, kto odważa się westchnąć: Pietà Signor!"

Bądź kimkolwiek, bylebyś tylko nie krzywdził innych. Proste przesłanie. I nic to, że bohaterowie twej dziecinnej bajki nie są tacy wspaniali i wielcy... Gardar był spreparowanym oszustwem, Inspektor siedział ledwie przy portowym kibelku... Nic to. Zawsze ta dobrotliwość zapamiętana z dzieciństwa jest najdroższa. Wracał do niej Alfgrimur, wrócił Laxness.

Torfowe domki rozpłynęły się we mgle. Ci, których najbardziej kochaliśmy, od początku, najszybciej znikają, bo zbyt są starzy... Dobrzy dziadkowie... Jakże czasem lepsi od własnych rodziców... Wiem coś na ten temat... Nie mam żadnych dobrych wspomnień związanych z rodzicami, a z dziadkami i owszem.:)

No i tak. Nad stawem w Reykjaviku nie spacerują już krowy. Zabawne miasteczko jest dziś taką metropolią - ale że jest w Islandii, ma jednak rozmiar kieszonkowy, jak wszystko tam, wszystko, co ludzkie. Taka sama jest tylko szpetota morskiego zająca. No i te same mewy latają - pijane anioły nad Reykjavikiem, jak powiada Hallgrimur Helgason.

*

Gdyby przyszła do mnie mysz i powiedziała, że chce frunąć przez morze, albo gdyby orzeł powiedział, że chce wykopać norę w ziemi, odpowiedziałbym: "Proszę bardzo!" Jeśli już nie można inaczej, to trzeba przynajmniej pozwolić wszystkim żyć tak jak chcą, dopóki innych nie zmuszają, żeby żyli, tak jak oni chcą. Wiem, najwygodniej twierdzić, że najlepiej byłoby, gdyby wszyscy żyli tak jak glisty w ogrodzie: ale nikt by w to nie uwierzył, ani mysz, ani orzeł. Czuję się w tym samym stopniu związany z orłem, który wierzy - niesłusznie oczywiście - że jest królem ptaków, co z myszką, która ma tak mały móżdżek, że zadowala się norką wykopaną w ziemi. Mam sympatię dla ptaków przelotnych, chociaż ich stosunek do życia budzi, łagodnie mówiąc, zastrzeżenia, jeśli nie nazwać go całkowicie błędnym. Choć to nierozsądne, a nawet niebezpieczne, porywać się na lot nad morzem na wątlutkich, nieprzystosowanych do takich trudów skrzydłach, jest równie piękne jak dźwięki fletu, jakimi na wiosnę przyzywa chmury zaklinacz złotego deszczu, o którym taki piękny wiersz napisał Jonas Hallgrimsson.

                                                                Halldór Laxness

"Czysty ton". Śliczna to książeczka. Warta przypomnienia.

 *

Halldór Laxness, Czysty ton, PIW, Warszawa 1966.

sobota, 02 czerwca 2012
Uprzejmość XIII

- Patosu - szepnął Timo.

- Może już wspominałem albo... Zresztą... Po prostu ludzie się spotykają. Timo miał łobuzerski uśmiech i był dość tajemniczy. Nie bardzo wiedzieliśmy, z czego żył, ale żeby się nie kłopotać, zakładaliśmy, że żył po prostu z przyzwyczajenia... Ljan go fascynował. Zresztą kochaliśmy się w nim wszyscy.

- Pan też?

- Tak, tak. Za coś naturalnie. W każdym razie ja. Zawsze bardziej interesowały mnie umiejętności. Dopiero one, splecione z urodą, przydawały smaku i budziły uczucia. Ale to był czysty zachwyt i przyjaźń. A przez pewien czas także współpraca - jedyna rzecz, dzięki której akceptowałem bliskość drugiego człowieka... Bo tak poza tym człowiek stojący nazbyt blisko jest obezwładniająco beznadziejny... Tych, których podziwiamy, powinniśmy sobie dawkować ostrożnie i z rzadka... Na codzień można mieć jedynie służbę.

- A Timo?

Paul wzruszył ramionami z mało czytelną intencją.

- Napoleon Bonaparte zza Vatnajökull? - wypalił Timo z pewną ostrością w głosie.

Paul zmienił się na twarzy. Zamigotał jak jakieś morskie głębinowe stworzenie i wstał gwałtownie. Spojrzał w okno, za którym zakołysał się na wietrze przygarbiony iglak.

- Przecież to tylko literatura - bąknął usprawiedliwiająco Timo.

- Tak, tak, cieszę się, że mnie doceniasz... Może być i tak. Celnie! Kim ty jesteś?

- Powiedzmy, że kimś, kto żyje z przyzwyczajenia.

- W wychłodzonej wichrami chałupie na krańcu świata... - szepnął do siebie Paul wodząc wzrokiem po sobie tylko znanych dalach.

- Proszę?

- Nie, nic... Albo tak... - Nagle zwrócił się w stronę Tima rzucając badawcze, przenikliwe spojrzenie. - Statek większy od wszystkich innych. Na oceanie lśniącym i nieskończonym jak ludzkie pragnienia. Cóż losy ludzkie, cóż więzy dnia codziennego... Tylko żeby tak jeszcze umieć coś...

- Żeby tak jeszcze umieć coś.

- Będąc nieobdarowanym trzeba by było się trochę nakrzesać, prawda?

- I tu znalazł dziurę.

- I zajęcie. Mam wyrzuty sumienia... Ale chyba miałbym je, cokolwiek bym względem niego uczynił. Miał zajęcie, nie miał pracy. Ze światowego punktu widzenia to chyba nawet dobrze. Chronąc człowieka przed pracą, dajesz światu łyk wytchnienia... Robił, co chciał. Krążąc wokół czarnej dziury, którą uleciała dusza młodego samobójcy... Usiłowałem się w nią nawet wpatrywać, ale nie dostrzegłem w niej niczego fascynującego...

Timo chciał dorzucić do rozmowy coś na temat swoich dziwnych odczuć, jakie go nawiedziły, gdy położył się był na chwilę na łóżku ojca, pomyślał jednak, że cała ta gadanina była już dostatecznie dziwaczna i chaotyczna, nie miało więc sensu dokładanie do niej kolejnej porcji dziwaczności. Postanowił jednak zapytać o Dimmuborgir, postępując w ten sposób niezbyt konsekwentnie, bo przecież nie spodziewał się, że Paul podzieli się z nim jakimiś zwyczajnymi spostrzerzeniami przeciętnego turysty.

- To moja dziura, drogi Timo.

- Pana fascynują dziury.

- Skoro Timo znalazł swoją... Nie będzie w tym niczego wyszukanego ani eleganckiego. To gówno - tu wskazał na siebie klepiąc się dość gwałtownie jedną ręką po brzuchu, a drugą po biodrze - musi się jakoś wydostać. Wszystko musi się jakoś rozprysnąć, rozwiać razem z chmurą smrodu. Każde gówno szuka dziury. Ta z Dimmuborgir pasuje do moich wyobrażeń. Malownicza, ale w ostrych, całkiem jeszcze świeżych skałach. Podejrzewam, boję się, że moje umieranie będzie powolnym i bolesnym sraniem.

- Podobno Luter nie srał zbyt lekko. Ale chyba tylko do czasu, gdy uznał, że samo trzepanko to haniebnie mało.

- Cóż ty tu wtrącasz? Ale skoro już tak. Zdaje się, że nie dalej jak kilka godzin temu nakryłem cię na trzepanku.

Timo pożałował tego wtrętu i poczuł, jak jego twarz oblewa rumieniec. 

- To chyba nie jest temat...

- Dlaczego? Twoje trzepanko to nie jest temat, ale trzepanko Lutra już tak. Tak?!

- Może po prostu nie trzeba się bać - rzucił Timo nieco podniesionym i nerwowo piskliwym głosem.

- Bo ty się oczywiście niczego nie boisz.

- Nie boję się - powiedział roztrzęsiony jak szczeniak. - Nisse! - rozpaczliwie wyrzucił z siebie ratunkowe słowo jak pocisk, jak ktoś, kto chce oddalić od siebie niebezpieczeństwo napaści.

Paul usiadł i dolał sobie kawy.

- Nie wysilaj się, panie onanisto.

- Przepraszam.

- Wszystkiego mógłbym się spodziewać... - mruknął po chwili Paul. - Że też raptem syn, z którym o mało się nie pokłóciłem.

- Z ojcem pan się nie kłócił?

- Nigdy... Czy Timo coś ci obiecał? - spytał po pauzie.

- Dlaczego pan pyta?

- Powiedzmy, że to tak w kontekście tego Napoleona.

- Nie.

- Jak go zapamiętałeś?

- Kojarzy mi się z wyprawą w poszukiwaniu krowy, która polazła na bagna. Trzymał mnie za rękę i tak szliśmy razem. Co jakiś czas odrywałem się od niego, by pałaszować bagienne borówki. Tato nastraszył mnie, że są trujące. Choć zapewniał mnie po chwili, że to żart, myślałem, że w nocy umrę. Ale nic się nie stało. Tylko krowa umarła. To było u jego rodziców... Moja babka była trollem, a dziadek w młodości straszył ludzi kinem. Pamiętam, że tato umiał rzeźbić.

- Rzeźbić? - zdziwił się Paul.

Timo zacisnął palce u nasady nosa. Zebrało mu się na płacz, który usiłował z całej siły powstrzymać.

- Dlaczego starasz się tamować łzy? Płacz... A ja ci powiem na pocieszenie, że przynajmniej na swej wyprawie, przez swój Vatnajökull, miał dobre buty.

CDN

18:41, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »