BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
sobota, 28 czerwca 2014
Złość zawodząca

 Złość jęczy, zawodzi, kracze. Czasem chce też podrapać, a nawet obić czyjąś twarz. Zagniewany człowiek. Że też taki jest na tym najlepszym ze światów... Człowiek się gniewa, bo mu jakoś źle. Często nie wie, czemu mu źle, bo pomyśleć mu się nie chce. A jak już pomyśli, to dochodzi do przekonania, że winni tej sytuacji są gdzieś indziej. (To już tak idzie od szkoły - pani dała dwóję, bo jest głupia, zła i się uwzięła)... W swej złości człowiek czyni zło, chociaż myśli, że robi dobrze. Robi dobrze dla siebie, bo nikogo innego nie ma na uwadze. Stara się odpędzić złego ducha, co się wciela w niepokojące zjawiska. Sięga po najprostsze rozwiązania, rodem z dziecinnego pokoju. Otaczają go nadprzyrodzoności jakieś, więc wydobywa ze swej głowy miłe im i wspomagające je zaklęcia, które ustami jadowitymi wypluwa przed siebie... Uczyli go o miłości. Ale pozostało puste słowo. Świątynia powinna się go wstydzić. Ale świątynia - której poziom spadł już do tego, jaki zaoferować może jedynie marna zawodówka -  sama jest sobie winna. Świątynia oczekuje korzystnej dla siebie bezmyślności. Ale bezmyślność, gdy się rozgniewa i gdy jest taka w sobie jedynie zatopiona, wywala kły i staje się bluźniercza, pokazując spektakle, którym najbardziej nawet szokujące i świętokradcze dzieła sztuki nie są w stanie dorównać.

 Ciekawostka. Niektórzy mają skłonność do oprotestowywania rzeczy, których nawet nie widzieli. I zabierają różańce, świątki, a nawet państwowe symbole i ustawiają się w walecznej pozie. Grają rolę osaczonych, prześladowanych. I jest im z tym przyjemnie. Bo tak naprawdę nic im nie zagraża, nikt ich kosztem nie urządzi sobie krwawych igrzysk, nikt im nie zabroni stylu życia, jakiemu chcą hołdować. Ale oni w innej atmosferze najwyraźniej żyć nie potrafią. A jeszcze gdy im źle, biednie, gdy życie innych tak bardzo kłuje po zawistnych oczach... Wszystko jasne. Wystarczy zaczarować i spłyną wszelkie łaski. Wiedzą, czego oczekuje od nich Nadprzyrodzoność...

 Chrześcijaństwo jakoś się nie przebiło do masy rozmodlonych głów. Jest zbyt wymagające. Pozostaje więc jedynie urocza dekoracyjność przywodząca na myśl całkiem pogańskie tradycje rodem z egzotycznego lasu. Strach pomyśleć, co by się stało, gdyby do tych protestujących udał się sam Zbawiciel obleczony w ciało. Ciało by się nie ostało - kibole zajęliby się nim z najwyższą wściekłością. Nie uszedłby żywy... Nauki poszły w cholerę.

 Płytka, bezrozumna, drażliwa uczuciowość. Łatwo nią zachwiać. Łatwo dotknąć uczuć nikłych... Ja w swych uczuciach tkwię mocno, więc nikt nie jest w stanie mnie obrazić. Jeśli ktoś mnie wyzwie od takich czy owakich, to nie znaczy, że jestem taki czy owaki. Ten kto pluje i obraża tylko sobie wystawia świadectwo.

 Pewnie ludzi nie tak łatwo przeprogramować. Trzeba się z tym pogodzić. Gdybym się uparł, to może znalazłbym powód, dla którego mógłbym udać się na plucie i bijatykę. Ale w moim oprogramowaniu są pewne braki. Inaczej jestem usposobiony. Umiem się cieszyć wśród przeciwności. Umiem sam swoje życie ozłocić. I nie chodzi tu bynajmniej o pierścienie lśniące... 

 Tam, gdzie nic się nie da zrobić, gdzie nie ma miejsca na rozmowę, wypada wezwać policję, dla porządku. Ale rzecz nie jest, jak się okazuje, taka prosta. Są jakieś paraliżujące lęki, które spychają na bok obowiązujące prawo. I państwo zdaje się nie działać... No, może to za dużo powiedziane - państwo działa, jednak jakoś tak punktowo. Najbardziej mu się chce ruszać do akcji, gdy ma do czynienia z jednostką, jednostką samotną, słabą, bezbronną. Wtedy nieugięcie straszy armatą, a gdy w grę wchodzą, powiedzmy, sprawy pieniężne, potrafi nawet radośnie skazać na śmierć, tyle że - ponieważ chce uchodzić za obszar wysoce ucywilizowany -  ten i ów nieborak o egzekucję musi zadbać we własnym zakresie... Nic się nie klei. Nic się nie układa.

 Ludzie troszczą się o swoje dusze. Czasem idą tak daleko, że stają się okrutni i niebezpieczni. Tacy to egotyści... Inaczej można powiedzieć - tacy to ludzie specyficznie religijni. Jak jeden profesor, który, zdaje się, szaleńczo się nawrócił. Nagle zatroszczył się o własną duszę i w tej trosce sterroryzował cały szpital. Nie wahał się brać gaży za swoją funkcję, nie wahał się łamać przy tym prawa. Nie ma niczego złego w trosce o swoją duszę, ale jest źle, gdy ktoś zaczyna swą duszę ratować cudzym kosztem... Bo co mi tam - myśli pewnie. - Ja przecież ubiegam się o Niebo, a to rzecz niebagatelna, winna zginać kolana wszystkich bez wyjątku. Pan profesor zdaje się niczego nie rozumieć... Dziwne, że naraża się na takie konflikty moralne. Mógłby przecież zająć się czymś innym albo po prostu praktykować w jakiejś przyświątynnej placówce, gdzie przychodzący człowiek wie, czego się może w niej spodziewać, mógłby żyć stale w jawności, skoro raz już się częstochowsko zdeklarował... Ale profesorowi dziękują. Także panie. Już wprawdzie niezbyt reprodukcyjnie usposobione, lecz jednak. Ukształtowane w ciężkim, ołowianym patriarchacie... No, ale przecież ołowiany patriarchat ma trochę miłych łaskotek... Gilu, gilu, malutka! Całuję rączki, przyniosłem pączki!

 Droga do Nieba zdaje się taka prosta. Trochę pacierzy, trochę złorzeczeń, pobieżnych spowiedzi, trochę opłatków i pieniążków dla Bozi, domagania się od innych heroizmu (zwłaszcza kobieta winna być nieustająco heroiczna - każdy, kto na niej coś takiego wymusi ma w niebiańskim dzienniczku plus z serduszkiem)... Hulaj dusza - w takim układzie piekła nie ma!!! A najprostsza droga jest dla tych, co spełniają dwa fundamentalne warunki. Co trzeba?

1) Trzeba być mężczyzną.

2) Trzeba na wszelkie możliwe sposoby dokuczać kobietom.

A kobieta? Hm... No, jeśli pośród kopniaków przejdzie potulnie na czterech kończynach przez życie, to może zabrnie gdzieś w okolice szatni. Albo nawet, w drodze wielkodusznego wyjątku, znajdzie się dla niej na niebiańskiej widowni skromna strapontena. 

14:26, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 26 czerwca 2014
Dwa dni, dwie noce. O powieści P. O. Sundmana

Często to, czego się nie mówi, jest bardziej pełne treści, niż to, co się powiedziało.

Niska temperatura. Mimo że to początek lata. Zmarzły mi stopy w trampkach... Skoro zimno, niech będzie i zimna powieść norrlandzka, powieść wczesnozimowa.

O Sundmanie, jednym z moich ulubionych pisarzy, już tu kilkakrotnie wspominałem. Przybliżyłem też jego sylwetkę we wpisie Sundman i Hrafnkatla. Bardzo to wybitna postać, okrzyknięta nawet kiedyś (dokładnie w 1972 roku) mianem najlepszego pisarza Europy.

Dwa dni, dwie noce. Tyle trwa akcja. Taki jest też tytuł. Tytuł książki oszczędnej, niejasnej. Tak niejasnej, jak niejasny jest człowiek, bo przecież nigdy nie wiadomo, co on sobie naprawdę myśli, jaki jest wewnątrz swojej skorupki...

Po odludziu biega jakiś wariat - morderca. I trzeba go schwytać. Miejscowi organizują pospolite ruszenie. Wśród nich są Olle i Kalle. Pierwszy jest nauczycielem w wiejskiej szkole, drugi policjantem.

Listopad. Początek zimy w północnej Szwecji. Chmury są niskie, gęste, ołowiane. Ziemia już zmarzła i co chwilę pada śnieg, który już się nie topi.

Góry i doliny. W każdej dolinie podłużne jezioro. Można się zgubić. Wielu miejsc człowiek nie zdołał oszpecić swoją działalnością. Bezludne doliny są dziewicze i niesamowite.

Gdzieś pustkowia przemierza groźny przestępca. Zebrani ludzie dzielą się na grupy i ruszają na poszukiwania.

Ty i ja... Nauczyciel i policjant oddzielają się od swej grupy. Idą we dwójkę. Wszystko już obmyślili w nocy, podczas której trochę się znietrzeźwili. Właściwie Kalle wszystko obmyślił. Miał nosa.

Olle i Kalle. Kim dla siebie są? Obaj są żonaci. Żona pierwszego jest także nauczycielką i w przeciwieństwie do męża nie lubi miejscowości, w której przyszło jej mieszkać. Żona drugiego jest pielęgniarką i nie uśmiecha się tak często jak jej mąż. Coś jest między nią a nauczycielem. Brzydka sprawa. Czy Kalle o tym wie? Może...

 Mija dzień. Mija też noc w skleconym naprędce szałasie, przy ognisku.

 Są różni. Nauczyciel to taki nieznośny besserwisser. Musi się ciągle popisywać swoimi wiadomościami. Policjant raczej milczy. To nie milczenie wypracowane - on po prostu nie za bardzo umie formułować myśli, brakuje mu słów. A poza tym nie jest przesadnie obciążony wiedzą. Są różni i jakby wadliwie obsadzeni. W nauczycielu przejawia się skłonność do brutalności, przemocy, która, jak uważa, czasem jest konieczna. Policjant zaś to raczej misio, który się waha i stara się przemocy unikać. Jest raczej opiekuńczy i lubi się dzielić... W tej niecodziennej sytuacji zdają się być konieczną parą. Olle, niczym krwiożercza kobieta, musi budzić mężczyznę do akcji, do wykorzystania swego potencjału. Jest prowokujący i ironiczny. Kalle raczej milczy...

Natknęli się na mordercę, tam, gdzie przypuszczali, a raczej tam, gdzie przypuszczał Kalle, który, stymulowany przez kolegę, jednym strzałem unieruchomił zbiega. Rana była niewielka - niegroźne draśnięcie...

W pobliżu stoi rzadko używana chata wędkarzy. Tam targają ze sobą rannego. Muszą przeczekać kolejną noc... Na chwilę wyprawa przemienia się w chłopacką zabawę, w wycieczkę - ucieczkę. Chluśnięcie wodą w twarz kolegi - policjanta. Pogoń. Tarzanie się w śniegu. Wesołe nawoływania. O co chodziło z tą wodą? Dziwne zachowanie, niespodziewane...

Byłoby całkiem uroczo - bo za drzwiami ciemna noc i raz po raz zjawiające się śnieżne zadymki, a w środku gorący piec i kominek, świece i lampa naftowa, coś ciepłego do zjedzenia, kawa, trochę alkoholu... Można tak sobie siedzieć i rozkoszować się nastrojem. Trzeba było jednak czuwać i walczyć z przyjemnym zmęczeniem, by nie dać się zaskoczyć człowiekowi, który strzelał do ludzi... Schwytany zbieg został troskliwie opatrzony przez Kallego. Długo czuwał, odmawiał rozmowy i nie chciał jeść... W powietrzu jest dużo napięcia, raz z powodu więźnia, dwa - między mężczyznami jest jakiś żarzący się węgielek... W całym przyjacielskim, doskonałym współdziałaniu jest coś, co uwiera... Nie wiadomo co. W tej prostej opowieści jest coś skomplikowanego. Jest ogromne pole, które można wypełnić najprzeróżniejszymi domysłami, śledząc strzępki rozmów, gesty, spojrzenia, momenty milczenia z jakąś tajemniczą treścią...

Znów musi dojść do przemocy. Coś trzeba zrobić z więźniem. Oni są zmęczeni. Krzepki mężczyzna zaś dobrze wypoczął... Nie można ot tak wezwać pomocy. To jeszcze nie era komórek. Póki co, wszyscy trzej są w pozycji zaginionych, bo przecież nikt nie wie, gdzie się znajdują. Kalle chce unikać starcia. Olle wyprawia rzeczy niekonieczne. Dochodzi do ostrej walki... 

Pozostaje gęsta chmura niedomówień. Kim są nauczyciel i policjant? Co tak naprawdę znaczy: Ty i ja... Mężczyźni ruszają po posiłki. Zabrali rzeczy niebezpiecznego zbira i zbędne koce. Gdy odchodzą, ten stoi w progu, wystarczająco nagi. W spodniach i siatkowym podkoszulku, bez butów i skarpet jest pośród norrlandzkiej zimy kompletnym golasem...

Powieść trochę jak sen. Sen nastrojowy, mroczny, listopadowy. Jak osobliwe przeżycie, o którym nie bardzo wiadomo, co myśleć. Trudno o niej zapomnieć. Nie sposób do niej nie wracać... Mało który pisarz potrafi tak przywiązać do siebie czytelnika...

Per Olof Sundman, Dwa dni, dwie noce, Czytelnik, Warszawa 1974.

15:17, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
sobota, 21 czerwca 2014
110 lat Kulawca

Jestem, proszę pana, bardzo realny. Nie uznaję w ogóle ekstaz mistycznych, zawartych w poezji. Dla mnie pisanie wierszy przypomina pewne intymne, erotyczne ciągotki... nic więcej... bez żadnej realizacji... Dla mnie poeta, jak to ktoś powiedział, jest człowiekiem balansującym po sznurze rozłożonym na podłodze. Rozumiałbym go, gdyby ten sznur był zawieszony w przestrzeni...

 To już był człowiek pełen sił. Dawne przywoływania śmierci już się rozpierzchły. Zatryumfowała proza, która na pewien czas zaowocowała choromanią...

 Michał Choromański, w zakopiańskich czasach zwany Choromandrem i Kulawcem, przyszedł na świat w Elizawetgradzie 22 czerwca 1904 roku, tak więc jutro stuknie równo 110 lat. Dość to już dziś zapomniany pisarz. I być może tak już pozostanie. Ale zapewne ciągle jeszcze tu i ówdzie będzie zapalało się małe ognisko choromanii, bo zawsze znajdzie się przecież jakiś miłośnik jego klimatów i niezbyt łatwej prozy.

 Osobliwy był to człowiek. Życie postanowiło się z nim nie cackać, ba - było wręcz dlań okrutne, co jednak umiał przyjmować z dużą dozą humoru. Musiał się jakoś ugodzić z własnym ciałem, z nękającymi go choróbskami. Sytuacje patologiczne go wciągały i umiał się wśród nich poruszać. Życie się z nim nie cackało, i on nie cackał się z nim. Głodujący, zjadł swe chorobliwe wysięki. I wyżył.

 Przyszedł w trudnych czasach, które bardzo gmatwały mu życie i pracę. Do literatury wstępował właściwie trzy razy. Pierwsze rzeczy popełnił jeszcze po rosyjsku. Bo nie umiał po polsku - tego dopiero musiał się od podstaw nauczyć, co zrobił znakomicie, bo niezwykle błysnął w czasach przedwojennych...Potem przyszła wojna, emigracja, niemoc twórcza. Wreszcie powrót do kraju, a z nim nowa twórcza eksplozja.

 Początki były pogodne. Jednak rzeczywistość zaczęła się zmieniać, a wraz z tym przyszła tragiczna śmierć ojca. Choromański musiał wejść gwałtownie w dorosłość, bo nagle, wśród niebywale trudnych warunków, musiał zająć się swoimi bliskimi. I przyszła choroba, groźna dla życia gruźlica, która rzuciła mu się na kości. Sanatoryjna tułaczka, nędza, krańcowe wyczerpanie, okropne cierpienia. Bieda wręcz śmieszna... Zakopane. To był złoty czas. Znalazł się pod skrzydłami Nieboszczykowej Kasprowiczowej i w sferze wpływów Witkacego, który tego rozpieszczonego przez kobiety młodzieńca traktował trochę tak po ojcowsku i starał się naprowadzić go na tory, jakimi winien iść człowiek uczciwy. To była piękna przygoda w znakomitym kręgu, z narkotykowymi eksperymentami, dyskusjami, popijawami. No i eksplodował talent, który młodego pisarza wywindował wyżej od znacznie przecież bardziej głębokiego i profetycznego wychowawcy. (Ale w życiu rozmaicie się układa - sztuka Witkacego musiała poczekać i stała się głośna w świecie, gdy o Choromańskiego nie dbał już pies z kulawą nogą...) Najpierw byli "Biali bracia" - strasznie śnieżna powieść, w której ludzie przeżywają w zadymce jakieś nowe, zaskakujące stany... I tak będzie już dalej - ludzie będą wpadali w jakieś klatki, intrygi, tajemnice, dopadać ich będą osobliwe odmiany... Pierwszy sukces. A potem drugi - "Zazdrość i medycyna", dzięki której Choromański stał się już sławny i to sławny nie tylko na gruncie lokalnym, bo druga jego powieść natychmiast doczekała się licznych przekładów (w sumie ukazała się chyba w 18 językach). Niektórzy dopatrują się w niej wpływów poczytnego niegdyś u nas islandzkiego pisarza Gunnara Gunnarssona i jego powieści "Siedem dni ciemności". "Zazdrość..." jak sam tytuł wskazuje, jest to studium zazdrości. Oto Bogaty Widmar podejrzewa, że piękna Rebeka zdradza go z szanowanym chirurgiem Tamtenem. Obsesyjnie szuka prawdy, montuje intrygę, stara się wytropić kochanków. A wokół hula halniak, który krzyżuje plany i miesza ludziom we łbach... Choromański stara się w tej książce ukazać najgłębsze uwarunkowania ludzkich postępków, niedostępne refleksji, poznawalne dopiero poprzez zachowanie. Książka zachwyciła czytelników i krytyków. I spłynęła kasa. Oraz Nagroda Młodych PAL.

 Choromański to było panisko z gestem. Trochę się chyba zachłysnął sukcesami. Ale przyszły też wątpliwości. Pisarskie. Przed wojną opublikował jeszcze trochę dwuznacznych opowiadań i napisał powieść "Szpital Czerwonego Krzyża", która jednak w postaci książkowej ukazała się dopiero w latach pięćdziesiątych... 

 Obok tego sam przyciągał do literatury. Jego trochę ukształtował Witkacy, on sam zaś wziął pod skrzydła Tadeusza Kurtykę, któremu wymyślił pseudonim Henryk Worcell i którego nakłonił do napisania "Zaklętych rewirów"... (Było trochę plotek wokół tych dwóch pisarzy... Raczej to bajki... [Worcell potem zgłaszał dość płaskie krytyki pod adresem dawnego przyjaciela, chyba pod wpływem powieści "Schodami w górę, schodami w dół", gdzie Choromański podotykał z humorkiem Kasprowiczową...])

 Partnerką Choromańskiego była Ruth Sorel, tancerka, którą wraz z dojściem do władzy Hitlera z dnia na dzień wyrzucono z opery berlińskiej. Pogmatwany był ich związek, ale przetrwał i w osobie żony znalazł pisarz ostatecznie najlepszą opiekunkę.

 Hitler parł do przodu. I znów musiała uciekać. Razem z Choromańskim. Zabrnęli aż do Brazylii, by ostatecznie osiąść w Kanadzie. Czasy tułaczki były okropne. Jakieś emigracyjne afery rozwaliły jego psychikę. Nabawił się rozmaitych fobii, zaczął poważnie cierpieć na bezsenność, popadł w lekomanię, nie mógł tworzyć, tęsknił...

 Wreszcie zapadła decyzja o powrocie. Dla kariery Ruth był to już koniec. Dla Choromańskiego - nowy początek. Inaczej niż jego zakopiański przyjaciel Rafał Malczewski, także osiadły w Kanadzie, który w Polsce niczego już dla siebie nie odnajdywał, postanowił znaleźć w ojczyźnie dla siebie miejsce. Nie było mu łatwo. Nawet chciał wracać do Kanady, ale o ile władze pozwoliły mu wywieźć za granicę ocalały księgozbiór, o tyle nie zgodziły się na zabranie obrazów Witkacego i Rafała Malczewskiego. Więc został. W Warszawie. I z trudem rozpoznawał Polskę. Władze z początku cieszyły się z jego powrotu, ale on dla nich ze swym piórem był zupełnie nieprzydatny. W Polsce zaczął Choromański pisać jak szatan. Całkiem opasłe książki. Jakoś się nimi leczył, przy ich tworzeniu odzyskiwał humor. Wiele echa z tego jednak nie było. Związał się jedynie z Wydawnictwem Poznańskim, które niestrudzenie wydawało jego powieści, a także "Przekrój" udostępnił mu swe łamy dla jego ciekawych tekstów wspomnieniowych, które już po śmierci pisarza ukazały się w postaci książki "Memuary", pełne zdarzątek, opowiastek w zasadzie bez pointy (co szczególnie cenię, bo nie za bardzo lubię pointy)... Był osobny. Ale nie dał wypchnąć się na margines. Krytyka w zasadzie milczała, ale książki sprzedawały się nieźle. Jechał więc bocznym torem, tkwiąc w świecie przedwojennym albo sięgając do czasów emigracji, do upałów, oszalałej egzotyki czy niemiłych chłodnych zamgleń i tajemniczych afer i pomówień ("Głownictwo, moglitwa i praktykarze", "Dygresje na temat kaloszy")...

 Marek Sołtysik w swej książce "Świadomość to kamień" nazwał Chroromańskiego pisarzem potężnym... Coś w tym jest. 

 Kiedyś o Choromańskim pisano: Jeśli można być zdrowym w patologii, to udało się to właśnie Choromańskiemu. Widać to w męskim stosunku autora do patologii. Fala czwartego wymiaru życia nie ponosi pisarza. On ją obserwuje, notuje jej wzruszenia i upadki. Ani śladu łatwej afektacji, z lubością zanurzającej się w odmęt potworności i stamtąd czerpiącej natchnienie. Choromański ma patologię życia wciąż przed oczyma, obserwuje ją jak sędzia śledczy, lekarz, ale nie jak kochanek. Lubi swój temat - oto wszystko. Ale nie wchodzi z nim w niebezpieczne przymierze. Jest czujny, uważny, zaciekawiony, ale mimo wszystko zewnętrzny. Zewnętrzny - ale nie chłodny. Wszystko ma więc uczuciową temperaturę.

 I temperatury nie stracił aż do końca. Czasem nawet w późniejszych czasach zbliżał się do poziomu z lat sukcesów, jak choćby w książce "W rzecz wstąpić", gdzie bohater w przerażający sposób zmienia się w człowieka nieznośnie dobrego.

 Trochę sensacji, tajemnicy, dziwaczności, zdziwień, tu i ówdzie coś godnego zacytowania, pozostawianie czytelnika z jakimś niedosytem (no, ale w końcu nie takie ważne jest, kto zaciukał ciocię)... Coś do niego przyciąga. Coś wciąga. Jak w obrazy jego przyjaciela Rafała Malczewskiego. Ma też ta jego proza swoją muzykę. To prawdziwie kompozytorskie dzieła... W jego magazynie postaci nie było dużego tłoku. I może to pewna słabość?... Był nadto zamknięty w przeszłości, w przebrzmiałościach.

 Mówił o sobie, że jest ostatnim pisarzem Młodej Polski... Przyzwyczajeni jesteśmy do tego, co mówiła pani w szkole. Odtąd - dotąd. Ale epoki mają swoje macki, które mogą sięgać daleko w przyszłość. Tak więc dawne czasy zabrnęły aż po lata siedemdziesiąte. Żywa skamielina? Której spod pachy wystaje coś, co naopowiadali kiedyś a to Weininger, a to Strindberg, Wilde, Przybyszewski... Są tam te echa. Można więc się przespacerować w przeszłość, a nawet zaprzeszłość, trochę dziwną, choromańską, w atlasy miłosne, zadziwiające halniaki; wstąpić w rzecz, w szare scandalie na miarę czasu, popatrzeć osłowatym okiem na zawiłości życia, otrzeć o ludzką tajemniczostkę znającą sekrety arystokratycznego próżnowania, o Wilde'owskiego pedzia albo o wyrafinowanego miłośnika prostackich jeźdźców pachnących stajnią (o, tylko nie daj boże, gdy prostak zaczyna rosnąć do poziomu swego wielbiciela - jakże czar wtedy pryska!!)... To wszystko okrywa już kurz... Ale jest, czeka...

 Dziwny Choromański dziwnie też odszedł. Jego zdrowie szwankowało. Serce, bezsenność, z którą walczył na różne, niekiedy osobliwe sposoby... Był w szpitalu na przeglądzie. Nagle, w 1972 roku, umarł, mając w kieszeni lek, który mógł mu uratować życie. Jakieś to niejasne, podejrzane... Niektórzy skłonni są chyba podejrzewać, że może odezwała się tajemnicza przeszłość, ta z lat emigracji... Licho wie... I może ta nagła śmierć zamknęła drogę do kolejnego dobrego okresu? Choromański nie doczekał premiery świetnego filmu Janusza Majewskiego "Zazdrość i medycyna"... To mogło nadać jego życiu nowej jakości... Ale stało się, jak się stało.

 

16:14, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
czwartek, 19 czerwca 2014
Uprzejmość XXXIII

 Pisk opon. Cóż za zdecydowanie. Jakby chciał zaimponować kretynowi.

 - Dziadku, nie za późno na takie wybryki?

 Dość często usiłujemy strząsnąć z siebie nieznośną trzeźwość, by potem, po wypitce, usilnie ową trzeźwość udawać.

 - Widziałeś gnoja?

 Jakaś ciężarówka omal nie otarła się o ich samochód.

 - Pojechała we właściwym kierunku - zauważył dość obojętnie Timo. - Zawsze wiem, jaki kierunek jest właściwy, a podążam w przeciwną stronę. Jakbym liczył na odsiadkę.

 - Sam się o to teraz proszę. Chociaż nadzieje mam inne. Ale to liczenie... Był sobie raz taki Tom, co postanowił stać przy płocie, licząc, że ktoś podejdzie. Bo przecież zawsze ktoś musi podejść. Nie ma tak, żeby nikt nie podszedł. A jednak nikt nie podszedł.

 - Co?

 - Pewien duński archeolog tak napisał.

 - A... I co było dalej?

 - Żarcie na kredyt, gniew geszefciarzy, dziurawe buty i niesłabnąca arogancja.

 - Tu mi zaczynają pękać. Podeszwy, tu, na zgięciu.

 - Przykra sprawa.

 Vernick skręcił gwałtownie i wjechał na szutrową drogę do Bakken. Timo poprosił, by się zatrzymali na małym parkingu obok drewnianego stolika, gdzie przed laty jego ojciec zawiesił w próżni swoje małżeństwo.

 - Jak miło rozprostować kości.

 - Przecież dopiero żeśmy wsiedli - powiedział Vernick.

 - Usiądźmy tu na chwilę.

 - Mam tu usiąść? Znowu, z kimś tak podobnym do Tima?

 - Mam na imię Timo. Masz może ogień?

 - Co?

 - Ogień - powtórzył podnosząc z ziemi spory niedopałek.

 - Czyś ty zdurniał? Chcesz to palić?

 - Czemu nie? Nabrałem ochoty. A że nie mam teraz niczego lepszego... Ten mi pasuje. Jakbym się sobie przyglądał. Mówiłem już chyba o czymś podobnym... Hamsun patrzył na siebie obserwując walącą się szopę.

 - Gdy dobiegał dziewięćdziesiątki...

 - No i co?

 - Ech... W samochodzie jest zapalniczka.

 - Wszystko dobrze się składa. Masz chęć na piwo?

 - A daj - sapnął Vernick siadając na ławce.

 Timo, kopcąc sfatygowanego kiepa, wrócił z butelkami.

 - Czuję się tak, że aż tęsknię za suwakiem na plecach. Dobrze by było tak móc zdjąć z siebie ciało, choć na chwilę. Tyle się truje o duszy i jej niezwykłym życiu, a ciągle trzeba wlec ze sobą to skurwysyństwo i w nim cierpieć oraz nim świecić... Moja dusza tak się w nim trzepotała kiedyś, że aż się rozpalałem do czerwoności. Musiałem długo prażyć się na słońcu, chcąc zrobić coś nieprzyzwoitego.

 - Timo, Timo...

 - Z czego się śmiejesz?

 - Z niczego specjalnego... Przypomniał mi się czerwony jak burak Timo, którego pobiła raz prostytutka. Zrobił nam na złość. Panna Lula miała przyjemny domek, papużkę, pianino i mnóstwo interesujących napitków. Gościnna istota, która nas lubiła. Nie wiem czemu Timo pewnego razu nabrał na nią ochoty, a właściwie ochoty na to, by jej dokuczyć. Głupią miał minę, gdy spadał z pięterka otoczony fruwającą garderobą. Kazała nam się wynosić i Ljanowi odpadła jedna klawiatura do brzdąkania. Lula miała pościel w różyczki i gdy znalazła się w tych różyczkach razem z Timem, została raptem dość dziwacznie potraktowana, bo oto Timo udał zaskoczenie: - A to co? Niechże panna Lula pokaże, bo, Bóg wie, co to może być!! - Co, co? Gdzie? - No tu. A więc to tak? To chyba nie wypada. Jak tak można, panno Lulu!... Ja miałbym w to cokolwiek... Czy jej byłoby przyjemnie, gdyby ktoś do niej z czymś takim? - Co nie wypada? Z jakim? - Niechże Lula weźmie lustro, położy na podłodze i nad nim stanie, ja poświecę... Zaświeciły się gwiazdy w głowie Tima. Dość dotkliwie go poturbowała za te żarty...Wyglądał potem jak sowa, którą ktoś spoił serwatką... Lula opowiedziała mi to po jakimś czasie. Bardzo ją to chamstwo gówniarza wtedy rozeźliło... Kto lubi, gdy mu chłystki w oczy sypią drwiny na temat warsztatu... Ale wspomnienie mordobicia bardzo ją bawiło.

 - I wychodzi, że ja też jestem z taniej złośliwości - rzekł Timo rozdeptując niesmacznego kiepa.

 - Tak pewnie nie miało być... Ale zaufajmy Bogu - zaśmiał się Vernick.

 - I tak jest mało poważnie.

 - A cóż nam po tych wszystkich powagach.

 - Może w pewnych okolicznościach warto byłoby się oprzeć na czymś sensownym i właśnie poważnym... Ciekaw jestem, jak Sigge reagował na mgłę. Szkoda, że tego się nie dowiedziałem. Czy gdyby nie widział w niej przedmiotów i ludzi, byłby w stanie iść bez trzymania się brata? Gdyby wiedział, że zawsze może umknąć? Nie mamy czarodziejskich okryć, ale miewamy mgłę... Ktoś sobie stroił żarty, a ja się potem zdobywałem na odwagę dopiero we mgle... Do dziś pamiętam ten wspaniały poranek, kiedy podszedłem pod sam pałac nie ukradkiem, ale idąc prosto, bez lęku, nie na ugiętych nogach...

 - Co za pałac?

 - Pałac. Może zbyt wielkie słowo. Pałacyk otoczony pięknym parkiem i lasem, w sąsiedztwie małego gospodarstwa rodziców matki. Zagnojone podwórko, jakiś taki mysi zapach, babka przyrośnięta do kuchni, dziad wiecznie dłubiący w polu... Był dość osobliwy, nieskrępowany, prawie jak zwierzę. To dziecko natury miało monstrualne przyrodzenie.

 - Więc stąd ten imponujący rozmiar?

 - Może bez przesady... Chyba ich kiedyś lubiłem. Ale dziś raczej nie chciałbym ich spotkać. Na szczęście już nie żyją. Z radością ich odwiedzałem jako dziecko. Bo lubiłem przypatrywać się pałacowi. Nawet czułem się trochę jak jego mieszkaniec, gdy tak spacerowałem parkowymi alejkami czy po przypałacowym lesie. Dęby, brzozy... I piękna, posrebrzana kolumnada bukowych pni. Bawiłem się we władcę i byłem okrutny dla mnóstwa niewidzialnych istot... Przed widzialnymi istotami zawsze byłem gotów zwiewać na najwyższym biegu. Jak zebra, która niby beztrosko się pasie, a jednak zawsze pozostaje czujną i gotową do biegu... Starałem się być niewidoczny. Wcale taki nie byłem, ale naturalnie wystarczało samo poczucie. Kusił mnie ten pałac i starałem się doń jak najbardziej zbliżyć. Dotknąć jego murów, zajrzeć przez okno... Był taki idylliczny, jasny... Pewnego letniego poranka ujrzałem najgęstszą w życiu mgłę. Można ją było krajać. Natychmiast wybiegłem z domu i pognałem do pałacu. Mogłem wtedy naprawdę znikać, mogłem więc wędrować wokół pałacu, całkiem blisko. Chodziłem jak po swoim... Dziki i szczęśliwy... Pałacowa pani kupowała u mych dziadków owoce. Naturalnie wiedziała, że jestem częstym gościem, żywą, półdziką, gadającą do siebie ozdobą jej parku... Bałem się jak Sigge, niemal jak Sigge, bo tamten poszedł w przesadę czy raczej został weń przez coś wepchnięty... Kiedyś natknąłem się wreszcie na panią tego pięknego domu. Nogi rwały mi się do ucieczki, ale wypowiedziałem życzenie, że chciałbym zwiedzić wnętrze. I o dziwo zostałem wpuszczony w te wspaniałe amfilady, na pokoje urządzone w przeróżnych stylach. Było jak w muzeum, po którym dreptałem w zabłoconych butach. Okropnie się zawstydziłem z powodu tych butów, choć nikt nie zwracał na nie uwagi. Ale jak na złość w tej uroczystej chwili miałem na podeszwach po kilogramie gliny.

 - Przełom w życiu małego Tima?

 - Czy ja wiem? Pałac zdobyty już więcej nie nęcił.

 - Idiotyzm życia. Upragnione i dalekie nagle staje się bliskie, dostępne, wypełnione zwyczajnym powietrzem. Niewiele wynika z naszych podchodów do rzeczy. Strachliwe łaskotanie przed niczym...

 - Nie stałem się specjalnie odważny.

 - Czyli że czegoś żałujesz?

 - Nawet nie wiem czy chce mi się szczerze o tym gadać... Jak ma być jak z tamtym pałacem? Ależ to kłopot... I jakie zwyczajne powietrze. Pal licho taki czy inny zapaszek... Ale jest tam coś, skoro już opowiedziałem tę pałacową bzdurę, co mnie zaciekawia... Czy rzeczywiście to przeżyłem, czy też to po prostu sen, który omyłkowo wepchnąłem do szuflady z pamięcią o zdarzeniach na jawie... Snując się kiedyś wśród buków, dotarłem do słonecznej polanki. Stanąłem na jej brzegu, bo starałem się być niewidoczny. Na polance ktoś rozłożył dwa drewniane leżaki. Były puste. Ktoś jednak był na polanie. Jakaś kobieta. Chyba młoda. Jakoś tak nie współcześnie odziana. Nigdy już tej polany nie odnalazłem. Mimo że las w tym miejscu jest wąski. W tej niewielkiej przestrzeni zagubił się gdzieś ten drobiazg. Zacząłem się nawet zastanawiać, czy przypadkiem nie stanąłem w progu bramy wiodącej w przeszłość, ale... Bardzo byłem kiedyś skupiony na tych poszukiwaniach. Gdzie do cholery zapodziało się to miejsce?... Chciałbym tam jeszcze wrócić...

 - Wiedząc, że nigdy jej nie znajdziesz? Tak... Niewyjaśnialne sprawy. Pytania bez odpowiedzi, nieosiągalności... Są po to, jak chce Mehren, by nas stawiać we właściwym miejscu, w świecie i w nas samych... Więc pewnie dobrze się stało, że Tima tu nie ma...

 - Mógłbym wyjść z niczym...

CDN

15:33, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 16 czerwca 2014
Na siedemdziesięciolecie wolnej Islandii

 To jak by tu zacząć... Może od tego, że matka jest jedna. To w zupełności wystarcza, to dość. Bo wszędzie jej pełno. Wszędzie, gdzie się człowiek znajdzie, widzi tę oszalałą, rodzącą mamę, ziemię, naturę. Cały czas chodzimy po mamie, aż w końcu zje nas ona ze smakiem, choć oddamy jej ledwie naszą zgniliznę. Dla niej to jednak drobiazg. Ona nie jest obrzydliwa. W postaci mamy - kobiety kochała też przecież nasze potworne niemowlęce kupki, siuśki, rzygowinki... Moc popędów... Albo też i innych rzeczy, które wymyśla się tam, gdzie kobiet jakoś się nie lubi i gdzie się je ciągle kłuje szpileczkami. Przydaje im się instynkty macierzyńskie, które w istocie też są szpileczkami, tyle że dla odmiany ozdobionymi ucukrzoną wisienką. (Znacznie rzadziej mówi się o instynktach ojcowskich - w ich przypadku jest zdrowy, prozaiczny popęd... I tak jest lepiej. Czasem warto uciec od poezji.) Z samą mamą - naturą nie byłoby najciekawiej. Coś tatowego musi się znaleźć: wychowawczego, nauczającego, uwrażliwiającego, wymagającego... Wypada być czymś więcej niż tylko łonową wypluwką... Jest wprawdzie jeden ojciec, sprawca ciąży, ale do niego dochodzi tylu innych. Ojców można sobie wybierać... Jak życie okazuje się sukcesem... Tak, wiadomo nie od dziś, że sukces ma ojców wielu. I nie musi być to od razu sukces rozumiany jako bogactwo i powodzenie, ale po prostu zdolność do uwagi, fascynacji, miłości, pasji... Ludzie - płeć już nie ma znaczenia - ludzie - ojcowie: nauczyciele, rozmaici, przeróżnych fachów, z przeróżnych stron i tradycji... Ojczyzna - trochę to jednak złowrogie słowo, nawet przeklęte... Można by to złagodzić, zastąpić miejscówką... Miejscówek można mieć wiele na tej matczynej ziemi. W tych miejscówkach żyli i żyją ludzie, którzy wołają do ciebie: - Chodź, coś ci opowiem!... 

 Polska, Norwegia, Islandia. To moje miejscówki. W jednej zwykle nie czuję się odświętnie. I tak jest dobrze. Tak ma być. Dwie zaś są nieustająco uroczyste. I z większą radością obchodzę ich święta. Islandia...

 Świat się jeszcze palił, gdy odległa atlantycka wyspa po wiekach wybiła się na całkowitą już niezależność. Stało się to 17 czerwca 1944 roku. Stuknie więc już siedemdziesiątka. 

 To wyzwalanie się szło pomalutku. Drogą pokojowych nacisków. Niebywale długi był czas zależności, ciągnął się od średniowiecza. Pamięć o utraconej wolności była jednak silna. Wypadało więc do niej powrócić. Wojna okrutna pomogła. Przyjechała Ameryka. Wyspa stała się ważna. I wyspa zaczęła się gwałtownie odmieniać... Skulona kiedyś pod uciskiem Duńczyka, była jak ziarenko czekające na ożywczy deszcz. Jej wspaniała niegdyś kultura zaczęła na nowo kiełkować w XIX wieku. I nabrała niebywałego rozpędu wydając ponownie mnóstwo interesujących kwiatków...

(...) Vár var heldr kalt. Þá gekk Flóki upp á fjall eitt hátt ok sá norðr yfir fjöllin fjörð fullan af hafísum. Því kölluðu þeir landit Ísland (...)

 Tak powiada Landnámabók. Chwila, gdy bezimienna ziemia otrzymuje nazwę. Flóki Vilgerðarson widzi fiord pełen lodu. Wiosna jakoś nie chce nadejść. To kraina lodu... Takie były początki, pierwsze obmacywanki, pierwsze, nieśmiałe zbliżenia... Fantastyczny dar od losu. Hen, na oceanie, na styku dwóch kontynentalnych płyt, natura upluła z lawy wyspę. Rozrosła się ona, dość jałowa, tu i ówdzie jednak zazieleniona, porośnięta nawet przyjemnymi laskami. Czekała na uchodźców, na ludzi spragnionych ziemi i wolności... Historia opowiada, że gdzieś tak koło 874 roku gość imieniem Ingólf postanowił się na nowej ziemi osiedlić. Było to w okolicach dzisiejszego Reykjaviku. Trzymając się tej daty mamy kolejną okrągłą rocznicę - 1140 lat od początku fantastycznej historii... Wprawdzie Księga o Islandczykach wspomina o żyjących tam wcześniej Paparach, ale oni uciekli od pogan, zostawiając po sobie irlandzkie księgi, dzwony i pastorały... Zajmowanie nowej ziemi nie trwało zbyt długo, jakieś 60 - 70 lat... To musiały być fantastyczne uczucia - żadnych zasranych królów, wolność, swoboda, wszędzie nowe zakamarki, upiorne pustacie, w sam raz dla ludzkiej wyobraźni oraz osobliwe zjawiska naturalne... Zrodził się zupełnie nowy twór polityczny, nowe państewko z wałsnym parlamentem, własnymi porządkami, kraina poetyckich mistrzów, opowiadaczy i dzielnych zabijaków... Żyło się na Islandii dobrze. Kilka setek lat upłynęło w wolności. Świat zewnętrzny jednak patrzył na wyspę z apetytem. No i też nowa, jakże smutna religia zaczęła dybać na wesołych bogów... W końcu przyszła i smutna religia, i król, najpierw norweski, potem duński, gdy sama Norwegia utraciła swą wolność. Wyspa była jednak daleko, więc i weseli bogowie znaleźli na niej schronienie... To dzięki Islandczykom tak wiele o nich wiemy, to dzięki nim wiele też wiemy o życiu w miejscówkach, które kiedyś opuścili, bo w nieznane powieźli przecież swoje historie, zwyczaje... Przez lata oddawali się wspominkom o złotych czasach, z czego wyrosła niezwykła, jedyna w swoim rodzaju literatura.

 Starzy bogowie, elfy, upiory, draugi i co tam jeszcze... Wszystko to jest, oddycha. Kraina mego ulubionego demona Lokego, niezbyt przywiązanego do jednego kształtu i jednej płci. Gdy jem łososia, zawsze o nim myślę.

 Doświadczony kraj. Mający w swych dziejach piękne wzloty i spektakularne katastrofy. W średnio przyjaznym zakątku świata. Jej ludzie pokazali, jak wielką moc ma człowieczy duch. Twarde sztuki z poetycką duszą i fantazją...

 I życie płynie. Raz w dolinie mrocznej, raz na słonecznej wyżynie. Raz na prostej, raz na zakręcie... Jak zawsze. No - tylko jedno się zmieniło - już nie taka daleka jest ta wyspa...

 No i co - wypada pożyczyć wszystkiego najlepszego... :)

14:50, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »