BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
czwartek, 18 czerwca 2015
Uprzejmość XL

 Nawet się nie obejrzał na do widzenia. Zresztą - miejsce z pewnością wydałoby się nad wyraz obce, w upiorny sposób obce. Takie są zwykle te miejscówki, w których przed chwilą jeszcze byliśmy zadomowieni, a których coś gwałtownego nas pozbawiło...

 Timo wędrował przez las, zmarznięty i dość nieporządny. I taki nieporządny trafił na to, co kryło się za lesistym grzbietem. Na małą osadę z małym hotelem. Przed wejściem parskał konik, do którego ktoś doczepił dwukółkę. Konik zabawka. O uroczym i jakby trochę błagalnym spojrzeniu... Timo kiedyś lubił konie, ale raz widział, jak koń uległ wypadkowi, po którym nie udało się go uratować, przez co nabrał do całego rodzaju jakiegoś dziwnego wstrętu. Nigdy już nie chciał się do nich zbliżać. Wolał nie mieć z nimi nic wspólnego. Stanowiły dlań niedorzeczną mieszaninę siły i przesadnej delikatności. Coś oszukańczego kryło się w ich organizmach... - Absurdalna kłopotliwość - mruknął mijając zwierzę - zabawkę. - Już dawno minęły czasy, kiedy konie pomagały człowiekowi w robocie i może najwyższy czas przepędzić je na wolność... Każda potworność po czasie staje się zabawą, atrakcją... Koń przy domu to dziś trochę taka maskotka. Dawne dzielnice biedy to dziś miejsca luksusowych gniazdek dla dobrze zaprojektowanej i oprogramowanej ludziowatości... Aż miło przy winku, na dziko drogich parkietach myśleć o przymieraniu głodem, jakie się kiedyś przydarzało w historycznych bryłach... Zawsze są miejsca, w których gnieździ się przesada... Miło myśleć o wielu rzeczach. Miło być w wielu stanach z dreszczykiem, gdy się wie, że jest w nich sporo nieprawdy... Przyjemne strony samotności, gdy wie się, że w domu czeka przyjaciel... Miłe gadanie, że pieniądze to nie wszystko, gdy ma się ich bezlik... Miły sen na leśnej ściółce, gdy bezdomność to bujda... Miłe bajanie, że się nic nie umie, gdy wszystko idzie jak z płatka...

 W recepcji siedziała morda serdeczna. Choć morda najchętniej opromieniłaby serdecznością jakąś porządną doskonałość. Timo najchętniej na tę grubą germańskość nałożyłby kapelusik z małym piórkiem. Ale dobre były i kanclerskie okulary w cienkiej złotej oprawie... No, ale może bez żartów - zdawała się mówić hotelowa postać na widok człowieczka, którego jakby już zaczynała nadgryzać dzika natura.

 - Nie ma w tym niczego strasznego. Jestem bardzo podobny do swojej babki. - Timo ciężko się zdziwił swym wesołym tonem. Zupełnie jakby był człowiekiem, którego czeka jeszcze jakaś daleka przyszłość. - Ja po prostu przeceniłem swoje możliwości.

 - Pan to tak chyba z bieguna północnego.

 - Tak, tak, prosto tutaj... Królestwo za jedynkę.

Timo został opromieniony serdecznością... Dziś trudno na szybko oceniać ludzi... Dno miewa gwiazdorskie oblicze - wyżyna zmienia się dla kaprysu w trolla... Gdy człowiek już nic nie musi... Timo mógł jeszcze odrobinę poudawać.

Już czysty i nakarmiony pomyślał sobie o przeszłości... Gdzie jednak ta przeszłość? Nie był przecież żadnym posiadaczem. Nawet drobiazgów. To, co miał przy sobie, było dokładnie tym, z czym przyszedł na Bakken, co już miał wcześniej... A nawet były pewne ubytki, które wymusił popłoch... To już nie do uzupełnienia. Nie ma odwrotu. Głupio by było popatrzeć w oczy Inger. Pewnie nie odezwałaby się słowem, co by było szalenie wymowne, jednak. Tak między innymi wygląda palenie mostów...

Rezygnacja? Myślał, że ktoś jednak doniósł na policję. Spodziewał się, że zaraz ktoś się zjawi i będzie domagał się wyjaśnień w sprawie włamania, a może nawet i gorszych rzeczy...

Powrócił do przeszłości, która się całkiem już rozwiała... Przeszłość to zbytek posiadacza - uważał Sartre. - Trzeba mieć gdzie trzymać przeszłość. Timo wprawdzie posiadał kąt, ale żaden czas go nie wypełnił. Wszystkie dni były takie same... - Do licha, przecież o to chodzi... - Zdziwił się teraz. - Po co ta cała wycieczka?

Przeszłości nie da się schować do kieszeni. To pewne. Przeszłość buduje rupieciarnię, której potrzeba coraz więcej przestrzeni. Mieszkalnej przestrzeni... - Timo ma tylko ciało, przez które wszystko przepływa. Nic się nie może zatrzymać...

Wszystkie dni takie same... Czekanie... Jak się człowiek doczekuje, to jakoś mu się robi gorzko. Jak się czeka, to jeszcze się mało wie, a tak wiele sobie człowiek wyobraża, aż mu motyle fruwają w brzuchu... 

- Można by było stłamsić czas, stojąc tu, w oknie... Wszystko naraz by było, w swej pustce. Wszystkie pory dnia, wszystkie dni tygodnia, wszystkie miesiące, pory roku...

- Małość. Maleńkość. Wypada się przyznać do tej gorzkiej pestki. A to przecież sam środek absolutnie wszystkiego. I nikt nic sobie z tego doniosłego faktu nie robi - powiedział Timo i dmuchnął papierosowym dymem w wieczorną wilgoć. - Poranek może być srebrny. - Pomyślał, że powinien wysłać pocztówkę Rainerowi.

 Rano na stojaku znalazł taką z Namsos... Wybrał specjalnie, żeby coś więcej powiedzieć, a nie tylko zdawkowe pozdrowienia, słane bardziej dla przechwałki niż z sympatii do adresata.

Z miejscami jak z ludźmi - niektórzy mają większego pecha... Ten organizm z obrazka narodził się dość późno. Ale zdążył już swoje przeżyć... Kiedyś tam dwaj chłopcy bawili się zapałkami. Wszystko poszło z dymem. Całe miasteczko... A potem przyszli uskrzydleni wysłannicy innego podpalacza... Zniszczenie miasta jako prezent urodzinowy. I takie rzeczy potrafią się zdarzać... To zjawisko legło kiedyś w strzępach i gruzach w prezencie, na cześć Adolfa Hitlera. Można chyba popaść w zarozumialstwo... Tyle się kryje w maleńkościach... Ale to wszystko nie jest na kartkę...

Pewnie nikt nigdy nie pisywał do Rainera. Poza jakimiś urzędami, które lubują się w prześwietlaniu i przewiercaniu wszelkich upokorzonych już dość nieszczęsności...

Śniadaniarnia. Mleczności, serowatości... Jakaś para podstarzałych turystów dopijała w milczeniu kawę... Timo też sobie nalał. Lura... Liznął znaczek i nakleił go na pocztówce... 

Sama przyjemność kreślenia długopisem. Miękki, maślany taki, o mocnym zapachu... Chciał już coś nagryzmolić na karteluszku o księżycu, ale się powstrzymał... Samobójstwo... Tak sobie pomyślałem. Sam też chciałem, tylko że kogo by to poruszyło... I to już było. Stale tylko te powtórki... Jeszcze większa samotność, w śmierci... Ci cholerni wszyscy... OK - ale ja jestem poruszony... Chciał zmiąć kartkę, zmienił jednak zdanie i schował ją do kieszonki na piersi.

Wymeldował się. Czysty, choć ciągle nieogolony. I najwyraźniej nieposzukiwany...

Małe nic w drodze. Pośród płochliwego północnego lata. Już właściwie siedzącego na walizkach... Kilometry pożerały nieznośnie czas. Wszędzie daleko. Zakamarkowość doprowadzona do absurdu...

Coś się przypominało. Ten sen, z książki, wojenny trochę... Zatoczki - ta, ta, tamta? Wszystko piękne, jakby zatopione w krysztale... Dalekości się niebieszczyły. A w wodach głębokich, zielonych, jakby ktoś rozpuścił odrobinę mleka.

- A przecież to było wtedy. Droga na Lund, tak... - Jechali na wycieczkę. On, z tatą i mamą. W strasznym napięciu. Ojciec chciał popłynąć do Rørvik... Już dawno obiecywał. Czy miało tam być coś szczególnego? O tym się Timo nie przekonał... Matka była wściekła, bliska wybuchu. Ojciec burczał. I patrzył daleko. Często patrzył daleko... Żył w czymś, czego nikt z nas nie umiał dostrzec... Przepraszam to tak mało. Pewnie czasem lepsze po prostu nic...

Darował sobie nieosiągnięty wtedy cel... Może wtedy jakiś drobiazg, może czas oczekiwania na prom... Ojciec po prostu kazał się matce zamknąć. Powiedział, że dość, i że wracamy...

Drogowskaz na Jøa... Zapamiętał go... Nie mogło się nic zmienić, bo w końcu nikt wyspy nie ukradł... Zdziwiło go nieco podniecenie, z jakim przebierał nogami na pokładzie "Geisnes". Sunął przez cieśninę wierząc, że na drugim brzegu ktoś na niego czeka... - Ja w to uwierzyłem? Uwierzyłem, do cholery!

CDN

15:05, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
piątek, 12 czerwca 2015
Pęcherze i literacka mruczanka

 Bo sobie popielgrzymowałem. Więc dlatego te pęcherze. Na stopach... Schodzone mam nogi, bo tak czasem lubię sobie podreptać do miejsc, w których mogę się postraszyć starzejącym się ludziskiem, sobą jako pozostałością, resztą z przyjemnych niegdyś sum...  Buty miałem ostatnio złe, szmaciane i gryzące. I teraz muszę odpocząć. I trochę się schować przed gorącem.

Gorącości rozmaite nas dopadają. Przed zwykłą pogodą jeszcze można się schować. Mniej się można schować przed trującymi gorącościami politycznymi. No, można się nie interesować. Tylko gorzej, gdy takie czy inne gnojowisko zainteresuje się niezainteresowanym - jego pieniążkami na przykład.:)

 Dziwności - ludzie w dość dużej liczbie skłonni dziś są zaufać czemuś nieistniejącemu. Aż to zawstydzające jest. Ja, tu, otoczony takimi wierzeniami??... To znaczy - to może nie jest takie dziwne, bo ludzie wierzą w różne niesłychane rzeczy - że bóstwo im pomoże, że miłując sztukę staną się lepsi, i takie tam... No ale żeby w polityce, w tej sferze, gdzie się decyduje o wielu ważnych dla życia sprawach, taka mgławica... Z tej chmury podobno wyłażą mordy zakazane, zatem... Że śpiewak jest uczciwy, porządny - nie śmiem w to wątpić, tyle że różne ładności ludzkiego charakteru mogą być ożenione z głupotą... Obawiam się, że tu właśnie mamy do czynienia z takim mariażem. Z czegoś takiego może się nakitwasić dużo złego... Wydaje mi się, że najbliższe wybory wyłonią taki szajs, że szybko, może już nawet za rok, pobiegniemy do urn, dopiero oburzeni, na wszystko, łącznie ze śpiewakiem i frankoidioternią... Może rzeczywiście trzeba nam prysznica, tylko takiego specyficznego, z rzygowinką... I dopiero po tym jakoś się domyjemy, gdy cały ten syf uleci w diabły... Się porobiło - po lewicy wszelki ślad zaginął, prawa strona też taka jakaś pogubiona, jakaś zmańkuciała z akcentem dewocyjnym... Wszystko jak majaczenia bardzo ciężko chorej istoty, psychicznie chorej.

 Będzie chyba burza... Ale ja dziś w ukryciu domowym... Pójdę znów w Białoszewskiego... Już wspominałem kiedyś, że tę literacką znajomość odnawiam. Bardziej się dziś rozkochuję w jego prozach... Uwielbiam je. Są jak mruczanki. A ja jestem jak kot, albo pies... Jest nawet u niego taka uwaga, że koty i psy to lubią słuchać. Jak się zejdzie parę osób i tak gadają, szumią, to pies słucha, przysypia, siedzi - jest mu dobrze. Koty też tak robią - usiądą jak posążki, zamykają oczy, i słuchają ludzkiego gadania... Jak czytam Białoszewskiego, to się czuję jak taki zwierzak. Płynę wśród tych fascynujących zwykłości, przez tę prywatność, jak w jakimś transie. Jestem pozytywnie ukołysany przez te literackie mruczanki... Dobra - idę się bujać po jasnych stronach istnienia.:)

14:24, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 01 czerwca 2015
Uprzejmość XXXIX

Dałby sobie głowę uciąć, że w sąsiednim pomieszczeniu ktoś się kręcił, ktoś szeptał, a nawet palił światło. Ale to z pewnością był sen... Choć czemu o tej właśnie piwnicy, w której się znajdował? Może jednak ktoś tu był? O, znów coś jakby... Nie, za uchylonymi lekko drzwiami panowała ciemność. Z trochę mocniej bijącym sercem uniósł się z niewygodnego posłania, żeby się upewnić. Nie, w sąsiednim pomieszczeniu nikt się nie czaił. Był tam tylko Jan, na ścianie, na takim samym plakatowym zdjęciu, co na górze, z siatką REMA 1000, w brudnych spodniach, niedopiętych, brzuchaty, niezbyt - mówiąc najoględniej - staranny... Abnegat w drodze z zakupów, na tle skołtunionej przyrody. Tak jakby ta przyroda kipiała nad czymś niszczonym właśnie, nad jakimś ludzkim wytworem. Tak jak kipi wokół starego grata przed domem. Względem naszych konstrukcji i upiększeń natura jest siłą wyłącznie niszczycielską, przed którą nieustannie trzeba się chronić... Jan chronił się niezbyt uważnie... Na ile mogło to w nim wywoływać dreszcze? W samotności?

 Timo wydeptywał ścieżkę. W paprociach i malinach, i w trawskach rozmaitych. Jan, gdy wróci, może się zdziwi?... Że ktoś chodził. Chyba że inni też korzystają z tego przejścia? Tu jednak mało kto chodził piechotą... Jeżeli już ktoś poruszał się na własnych nogach, to wyłącznie na sportowo, żeby w zbiegach i podbiegach oblewać się potem i wpadać w radosne zadyszki. I raczej nie w takich zaroślach...

Zuchwałe rozmyślania o zimie! Timo aż się uśmiechnął. Z pewnym smutkiem... Zima w końcu nadejdzie. To oczywiste. I raczej nie zastanie go w Janowej piwnicy... A jednak Timo myślał o przedzieraniu się na dół w zimowym pejzażu... Tu, na ścieżce, jest zbyt stromo, i kto by to wszystko odśnieżał... Trzeba chodzić naokoło, bliżej ludzi, żywych i martwych, bo uczciwa droga szła koło licznych okien oraz okalała cmentarz, na którym jakiś czas temu się przebudził... Przebudzenie cmentarne... Do innego życia. Po życiu może... Czy istotnie można wtedy kogoś spotkać? Może tylko tych żywych, tak po ziemsku żywych i naturalnie okropnie przestraszonych... Wielka samotność to nic złego - jeśli człowiek nie musiałby dbać ani o przyodziewek, ani o pożywienie i napoje, a nawet o dach nad głową... Timo z przyjemnością by spacerował, wiedząc, że nic szczególnego go nie czeka... Inaczej jest w tym normalnym życiu - tu zwykle człowiek spodziewa się rzeczy szczególnych. A one zwykle rozczarowują... Timo jeszcze spotyka duchy, które szepczą, mrugają światłem, w najlepszym wypadku. Jest żywym - straszonym... Poza tym nie jest specjalnie straszny i zawsze można przecież wezwać na pomoc policję... Jest żywy, chociaż już tak samotny, jak umarlak - tak jak to sobie wyobraził... Jest żywy w tak paskudny sposób, że musi się odżywiać i spać na w miarę miękkim i suchym posłaniu...

Dom jednak pozostał niedostępny. Chciał się dostać na górę, lecz ciężki właz tam, u góry, został solidnie zabezpieczony...

Może po prostu ktoś powinien wezwać policję? Ale żeby aż tak spełniać przepowiednie Vernicka? Cóż miałby zrobić? No, wprawdzie włamanie, ale drobne, ledwie piwniczne, podmurówkowe. Jak robak wpełzł...

A jednak nie tylko on wydeptuje ścieżkę. Żartobliwy pan uznał, że Timo odbywa inspekcję...

 - Wszystko w porządku!

Człowiek jeszcze się obejrzał. Kto to jest? Timo postanowił ruszyć. Nie niepokoić już swoją obecnością czarniawego ze sklepu, do którego zachodził po tytoń.

 - Ta zatoka! - Timo przypomniał sobie opis pewnej morskiej zatoki, opis w książce Vernicka. Była śliczna, jej brzegi tonęły w uroczym kwieciu wierzbówki. Stodółki w kolorze krwi. Bardzo w swym kształcie regularna. Jakby ją ludzka ręka wygrzebała... Choć wielkie by być musiało to dziecko...

  - Tylko co z tego? - mruknął w uchylone drzwi do pomieszczenia z plakacikiem. - Nie ma już nic. To, po co się zjawiłem, zdążyło się rozpłynąć. Zanim jeszcze dotarłem na miejsce...

Maliny okazały się smaczne. Ładnie dojrzały owiane falą upału. Nabrały słodyczy... Timo zaczekał na nie. Rzeczywistość mu na to pozwoliła... Na pana inspektora nie nasłano policji... Bredesen pewnie zrobiłby oczy, gdyby znalazł Tima w roli jaskiniowca ochlapanego ledwie w zimnej wodzie, brodacza jedzącego maliny i konserwy... Jan chyba chciał być gotowy na wszystko, także na koniec świata, bo jego piwniczka okazała się zasobna w zakonserwowane żarcie... (Takie życie okazało się uprzejme...) Długo by wprawdzie Jan nie przetrwał, ale trochę mógłby popatrzeć, zadowolić swe oko lubujące się najwyraźniej w zniszczeniu...

 Ktoś się jednak wreszcie zainteresował intruzem. Na dłuższą metę niczego nie da się ukryć. Jednak nie wszystko w porządku!... Ktoś zastukał do drzwi. Coś podobnego! Ileż tu przedmiotów, którymi można by się bronić - piły, noże, śrutówka, łańcuchy... - Mógłbym zabić!! - Wizja Rainera spadającego ze swym wózkiem z nabrzeża starego portu została wyparta przez kogoś tam podźganego całym tym warsztacikiem...

- Siekiera!

Obcy nie spodziewał się aż tak widowiskowego przyjęcia. Chciał, by mu otworzono, i tak się stało.

- Zajebię cię, jeśli tylko tu wejdziesz! Jeden krok i następną noc spędzisz już w Valhalli!

To by była śmierć! Jak za dawnych dobrych czasów. Bogowie łaskawym popatrzyli by nań okiem.

Przysypany siwizną pan pobiegł z krzykiem w górę, tam, gdzie za niewielkim laskiem kryło się spore  gospodarstwo. Timo też był gotów do oddalenia się ze swojej pieczary... Jeszcze tylko w połowie drogi mały popłoch - zatrzepotał jak ptak złapany w sieć, po wariacku poprzebierał w sobie: - Pieniądze, kurwa!... O są - co za ulga... Siatka naraz się rozpłynęła i ptaszek mógł polecieć dalej, w noc sierpniową...

Półmroki, krwawe spektakle na niebie, koniec żartów... Czy to nie była Jøa? - pomyślał kryjąc się na noc pod leśnym, świerkowym parasolem.  Ja i tata - jeszcze jeden wspólny kąt... Być może że tak... Gdzieś tam ta zatoka...

Vernick w swym gadulstwie też coś mówił... Wspominał przeczuwającego światową katastrofę Duuna... Co on to mówił o miłości? Że świat wygląda jak wygląda przez miłość... Nieszczęście. Które zamienia ukochaną osobę w lalkę. Lalkę się ubiera i rozbiera, aż przestaje być człowiekiem... Coś się jeszcze zamajaczyło w głowie Tima, aż stracił wreszcie przytomność... Ale jeszcze ta sama noc panowała, kiedy pognał dalej przed siebie... Z ciężkiego snu znów wyrwało go jakieś straszydło. Coś głośno zahukało mu do ucha, coś musnęło po twarzy...

 - Jøa. Ale co mi po niej? Wszyscy przecież nie żyją... To już tylko kraina duchów...

CDN

15:17, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »