BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
wtorek, 28 czerwca 2016
Dokopanie

 O rety!!! Nie jestem jakimś wielkim miłośnikiem piłki, ale na mecz Anglia - Islandia czekałem z ogromną ciekawością... - Dokopali bydlakowi - powiedział mój Franio. - Aż sobie jeden paznokieć wygryzłem boleśnie, odliczając sekundy doliczonego czasu - Jezuuu, żeby tylko teraz nie stracili bramki! Bo szkoda sił i nerwów na dogrywkę... I wreszcie końcowy gwizdek... Jest!!! Brexit jak ta lala... No to do domu... Bez was się pobawimy.

 Od razu mi się przypomniały wojny dorszowe... Duńczycy kiedyś pozwolili łowić Angolom koło Islandii w zamian za możliwość sprzedaży swojej wieprzowiny w Albionie. Świński to był układ... Angole poczuli się tacy tam zasiedziali, ale niepodlegli już Islandczycy postanowili zawalczyć o swoje terytorialne wody i łowiska... Na islandzkie pływające pierdziawki Albion posłał swoją Royal Navy...Obrzydliwy skandal... To nawet nie była walka Dawida z Goliatem, bo islandzki Dawid nie miał przecież procy - tak czy owak jednak pognał potęgę, niby to sojuszniczą... A teraz radosna kropka nad i - futbolowo nawet z procą - bo tym razem Dawid się postarał i uzbroił - dobrze do walki przygotowane chłopaki, ze skuteczną obroną... Brawo... To był chyba pierwszy mecz piłkarski, który tak mnie ucieszył... Aż zakląłem radośnie!

 No, no, no - jakiś dołek nad kredową skałą... Ogłupienie zafajdanym populistą, skopanie jeszcze widowiskowe przez Maluśkiewicza...

 Jakaś drobna satysfakcja... W tym coraz bardziej dziwnym świecie... Martwiące mnie wieści - tryumfy głupoty, bezmyślności, braku wyobraźni, idioternie, które łatwo można kupić, i to za ich własne pieniądze - tak, to już takie zabiegi z naszego podwórka... W poważniejszych obszarach życia jest też trochę tyłków do skopania, i obyśmy my, zaniepokojeni, byli w tej kopaninie skuteczni, by nas nie pochłonęli czciciele zła... Cynicy, oszuści, których nie powinno się przepuszczać za próg - można ich nakarmić, ale na schodach, zupą w blaszanej misce... Teraz zostali wpuszczeni za próg - z cała nabzdyczoną bezmyślnością, wszawicą... Gdyby się tak zastanowić, to czy wypada czcić jakiekolwiek cuda nadwiślańskie?... Bolszewik znów przyszedł, tym razem na głupie życzenie, sprytny, wycwaniony, bo dziś przebrany w ornat dzwoni ogonem na mszę wierzącym w duchy...

 Sprawy błahe przywołują sprawy poważniejsze. Niby to piękne epoki nam się przydarzają, ale już wiemy przecież, że potrafią rodzić one potwory... Dziś rodzi się wśród nas coś potwornego - a wizją tego czegoś jest chaos... U nas już prawie wszędzie nasrane... Ten lekki futbol spycha me myśli w mroki naszej codzienności. Czy się w porę ockniemy na naszym kunsztownie rzeźbionym kontynenciku, czy w porę zatrzaśniemy klapę i spuścimy wodę?? Hm, kiedyś, nie tak bardzo dawno temu, byliśmy gotowi uwierzyć, że oto dla historii nadeszły ciężkie czasy, że to już właściwie jej kres, że złe moce już pokonane, że oto już to ostatnie, historyczne, zwycięstwo... Historia to głównie spis paskudztw... Liczyliśmy, że to koniec, paskudnica jednak poddać się nie chce...

 Czasem mniejszy, słabszy może sprawić niespodziankę... Byle na poważnie i odważnie podjąć grę, bez onieśmielenia... O, żeby tak można było rzeczywiście strzelić historii tego pognębiającego gola... I nie dać się jej aż do końcowego gwizdka... A kysz!

10:59, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
piątek, 24 czerwca 2016
Teori er når man forstår alt...

 Teori er når man forstår alt... Teoria jest wtedy, gdy się wszystko rozumie... Ale to nie koniec mądrości, jaka została wypisana u wejścia do stacji badawczej na arktycznej wyspie Jan Mayen...

Teori er når man forstår alt, men ingen ting virker.

Praksis er når alt virker, men ingen forstår hvorfor.

På denne stasjonen forener vi teori og praksis slik at ingen ting virker og ingen forstår hvorfor.

Teoria jest wtedy, gdy się wszystko rozumie, ale nic nie działa.

Praktyka jest wtedy, gdy wszystko działa, ale nikt nie rozumie dlaczego.

Na tej stacji połączyliśmy teorię i praktykę, tak że nic nie działa i nikt nie wie dlaczego.

 Uroczy dystans do swej roboty u naukowego towarzystwa... No - ale w tej naszej naturze, a jeszcze na tych dzikich pustaciach, dzieją się rzeczy najosobliwsze...

 W sumie to takie bardzo życiowe... Niby wszystko jasne, a jakieś popierdzielone, i nawet jak idzie, to nie tak, jak by się chciało, jak podpowiada rozsądek... A czasem gra i bucy, jakoś tak... Ani się lepiej w to nie wgłębiać, bo się popierdzieli...

 Ludzie robią czasem rzeczy niemożliwe... Wiszą w mrozie na samych palcach, by gdzieś wyleźć, gdzie nikogo przedtem nie było... Mało już takich miejsc, ale jeszcze tu i ówdzie, w najdzikszych dziczach i najnieprzyjaźniejszych nieprzyjaznościach, można je odnaleźć... jakiś czas temu oglądaliśmy dokument o wyłażeniu na antarktyczną skałę Ulvetanna... Wilczy Ząb w paśmie zwanym przez Norwegów Szczęką Fenrira... Tak, tak nazewnictwo norweskie, bo niby Antarktyda taka bezpaństwowa, ale pewien kawał lądu i Norwegia sobie - jak by co - zaklepała.:) Rzeczywiście - jak szczęka tego mitycznego wilka - potwora... Stamtąd wszędzie daleko... Skądkolwiek by się było, do domu niebywały szmat drogi... Mroźne samotności... Jak ci sportowi szaleńcy robią takie rzeczy? -... Pną się, latają, zdają się nie znać lęku... Dzieją się rzeczy, które trudno pojąć... Trochę im pozazdrościłem... Goście robili rzeczy dla mnie raczej niewykonalne, ale we wszystkim była jakaś prostota... W tym najprostszym szaleństwie, najprostszym ryzyku to oni wiedzą, że żyją...

 W bardziej okiełznanych realiach, pośród ziemskich łaskawości, łagodności, ludzie jednak też robią dziwactwa... Europa, ten dom w miarę wygodny, już taka śmieszna, że aż się dookolna lumpiarnia pokłada ze śmiechu. Ja mam takie wrażenie, jakbyśmy wszyscy tu postanowili tak na złość mamusi odmrozić sobie uszy... Wysililiśmy się w tej niegdysiejszej rzeźni, by stworzyć coś naprawdę wartościowego i obiecującego... I dziś to wszystko zdaje się osypywać... Mnie to smuci... Jakaś emerytalna drgawa przedśmiertna?

 Ale dobra - niech działa, co ma działać, bez nadmiernego zastanawiania się... Niech się dzieją cuda, choćby w piłce nożnej... Ja mam nieźle, bo sympatyzuję z dwiema drużynami. Życzę jak najlepiej Polsce oraz Islandii... Chłopcy z Północy sprawili fajną niespodziankę. Po zwycięskiej bramce w meczu z Austrią Reykjavik zwariował... Ale bym się cieszył, gdyby Islandczykom udało się pokonać Anglię... Olimpijskie srebra w piłce ręcznej odlały sobie na srebrno swoje fallusy... Bardzo piękny sposób świętowania, do podziwiana w muzeum penisów... Może teraz kolej na tę drużynę??... Trzymam kciuki za Islandię...

 No i cóż - nie łączmy może wszystkiego ze wszystkim, to się jakoś tajemniczo sprawy ułożą... Na ostrzu, albo lepiej na krawędzi...

12:56, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
wtorek, 21 czerwca 2016
Z trupim akcentem

 Lepiej być nie może... Nie mogło by być, bo przecież same doskonałości, harmonie... Hałasy, co nie mącą ciszy... Jak blaski księżycowe, które nigdy nie kłócą się z mrokami nocy.

 Szepty w liściach. Odległe brzęczenia ogrodowych prac, co niosły ze sobą aromaty soków skoszonych traw... Piękności, spokojności wczesnoletnie... Jak tylko mogliśmy, to urywaliśmy się na wieś podmiejską. W przyjacielskie pogaduchy, byczenie się i wspólne gotowanie, czy raczej pieczenie wyżerki nad żywym ogniem... Tak więc i dymy wonne. Spokojności okadzone... Żeby tylko tak można było ciągle... Tak z dala, na uboczu, w krzakach..

 Wonie stały się gęste... Wieczorami, w podeszczowych zaduchach wloką się zapachy jaśminowe, odurzające. A do tego jeszcze te akcenty ligustrowe... Aż wiercą w nosie, z tą swoją ciężką bardzo, niepokojącą, drażniącą nieco nutą trupią... Z lekka słodkawy zapach zdechu... W wiosenno - letnich nastrojach takie małe memento słane od flory... Zaniedbane żywopłoty, rozczochrane, pachną śmiercią... Jednak pachną... Śmierć poperfumowana... O której to coś stale myśli - może nie stale, dość jednak często... Ciepło, opowiada "Czarodziejska góra" - wytwór cieplny czegoś, co utrzymuje formę, choć samo jej nie ma... Gorączka materii... Rozkład i odradzanie się... Dziwaczna kunsztowność... Coś, co nie powinno, nie może istnieć, a jednak jest, i chwieje się między bytem a niebytem... Płomyk... W małych szczęściach...

 Znowu się coś zaczyna. Znowu lato - nowe. Tak sobie przyszło. Ani się człowiek obejrzał... Czy odchodziło w ogóle?... O każdej porze tak się myśli - wieczne lato, wieczne: jesień, zima, wiosna...

 Przepych. Zapachy i robactwa. Muchy tańczące koło wiszących lamp, z zapamiętaniem, z wariackim zapałem... Koła i koła... Ni początku, ni końca... Stałe spadanie, stałe wznoszenie się... Teraz wznoszenie się zmienia się w spad ku jesieni i zimowemu mrokowi, ale tylko po to, by zaraz zmienić się we wznoszenie... W kółko i w kółko... Wypada jednak przystankowo poświętować. Upić się jakoś uroczyście i pohałasować... Tak dla lata, tak dla przemiany, którą tak przepowiadają ligustru kwiecia... Karby, by uniknąć monotonii... Jak powiada Castorp: Przeżyliśmy w pełni świadomości Boże Narodzenie, potem był Nowy Rok... Potem jeszcze Niedziela Palmowa, Wielkanoc, Zielone Świątki i wreszcie najdłuższy dzień w roku - przesilenie letnie, po którym znów zbliżać się zaczniemy ku jesieni...

 Czarodziejska góra, o której zawsze sobie przypominam w chwilach roku najjaśniejszych... Sanatorium śmierci... Jak życie chętnie poddaje się śmierci, gdy tylko wyczuwa komfort... Tam, na Górze, nie brakuje niczego... Gdyby nie święta wszystko byłoby jednym dniem i jedną nocą. Wśród przyjemności i powierzchownych, kalejdoskopowych fascynacji... Lepiej by może było tylko, gdyby Hippe w sanatoryjnych zaświatach nie przybrał kobiecej postaci Kławdii Chauchat. :)) W nieco humorystycznej odpowiedzi na ciężary miłosne "Śmierci w Wenecji" namiętność rozpanoszyła się wokół istoty, co wyrosła na kobietę... No, ale my wiemy swoje... Tomasz Mann puszcza oko... Trochę udręczony... Choć jak najbardziej zwycięski...

 Zaczarowane wyniosłości są kuszące... To trochę jak nordyckie opowieści o ludziach uprowadzonych przez trolle do wnętrza góry - gdy powracali do zwykłego świata, byli bardzo odmienieni... Hansa Castorpa, straconego dla zwykłego życia, porwała niezwykłość wojny światowej. Gdzieś nam ta ludzka zwykłostka ginie z oczu pośród wytworów zdziczałej nauki, w eksplozjach i dymach oszalałej polityki... Gdyby przeżył - nic nie podważyłoby mocy zaczarowanej góry - był już tylko materiałem na artystę...

 Może sam znów się dam zaczarować... Jakże chętnie dałbym się porwać, tak na zawsze, na taką górę... Ech, gdzieś mi uleciała lekkomyślność, i gdy dzień odsłania po mrokach nocy zwykłe przedmioty, nie patrzę już na nie z beztroską ciekawością...

 Zawsze wszystko jest takie krótkie...

 No dobra - zaczynamy spadać, ale z nadzieją, że załapiemy się na jeszcze jeden obrót... I tak dalej...

 I wdycham sobie zapachy lata wczesnego... Truskawkowe świeżości. No i kwietne ciężkości, z tą trupią nutką... Się, cholera, nie wywiniemy. Ale i tak pięknie jest... Choć życie tak wiele razy mordę obiło...

 I jeszcze co? No - Polska gola!!! - Bo czemu by nie!?

11:36, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
środa, 15 czerwca 2016
Nad stawem

Dobrze - ale nie poddawajmy się za bardzo znużeniom... W końcu przecież wiosna. Próg lata właściwie... Jerzykowy, truskawkowy, jaśminowy - tutaj... Pi,pi, pi - jazgot jerzyków... Ptaki, ptaki wyśpiewują, albo wykrzykują nam pory roku...

 Pójdźmy na Północ teraz...

 Kría, kría - okrzyk wiosny i lata na Północy... Taką onomatopeiczną nazwę dostała w Islandii jedna z rybitw... To radosny krzyk wiosennych przebudzeń... Wiosna, lato - właśnie na Północy jest to pora najradośniejsza, najkrzykliwsza... Ptaki miłośnie uziemia... Mówią czasem chyba, że miłość uskrzydla... Ale w miłości raczej chce się chodzić po ziemi... Na kochanie się ptaki lądują przecież, krzyczą, gadają, śpiewają... No i to gniazd budowanie. Jedne się nie wysilają, wystarczy zagłębienie w ziemi, kilka patyków, inne zaś siadają w puchowych kołdrach... Tak, tak - choćby te mięciutkie edredonki... Luksusy, panie, luksusy... Przecież miłość przyziemia - bo ziemia piękna wtedy i przyjazna... Tylko w smutkach i znużeniach człowiek chce ulatywać... Być jak ptak - zapominając, że to latanie ptasie, to ptasia codzienność i życiowe trudy... Ech - te wolności i szczęścia - to tylko, wiesz pan, chwile, minuty ledwie... Ale korzystać z nich trzeba, jak najintensywniej... W pięknościach...

 Skoro Północ, skoro piękności... Żeby było pięknie, dobrze, żeby było czarująco... A najbardziej czarujący na Północy jest Reykjavik, tak szalenie zaskakujący w swych szczegółach, i tak miło przytulny w tych całych subarktycznościach... Zwłaszcza gdy niepogoda, gdy szarości, ale też i gdy wiosna radosna, ptasia... Wystarczy spacerując z Garðastræti wejść na Kirkjugarðsstígur i zejść nią ku Suðurgata... Najmilszy ziemski widok, na reykjavicką miasteczkowość, nad stawem Tjörnin, w sąsiedztwie starego cmentarza... Tak - Steinn Steinarr - cichość śmierci, która w pamiętaniu i nas samych, żywych, po części porywa... Hólavallagarður... Lubię ten stary cmentarz, założony w pierwszej połowie dziewiętnastego wieku... Zapewne nigdy na nim nie spocznę, ale tam to mógłbym sobie poleżeć, bo ładnie, bo tuż obok najprzyjemniejszych widoczków... Tak sobie myślę czasem, że pośmiertna nagroda, nagroda po tych wszystkich trudach życia paskudnych, to nieskończone a beztroskie spacerowanie po ulubionych miejscach, które nigdy się nie nudzą... Chodziłbym sobie jako łagodny upiór... I gawędził ze strażniczką tego miejsca, Guðrún Oddsdóttir... Strażniczka... To ponoć pierwsza lokatorka tego cmentarza... Kiedyś zrobiłem tu krótki wykład o islandzkich duchach... Vökumaður - to właśnie duch pierwszego nieboszczyka cmentarza... Ale zostawmy duchy... Póki co - życie, w sąsiedztwie. Z piosenką. Życie lubi śpiewać. Śpiewają ptaki. Aż się Jónas Hallgrímsson zasłuchał w śpiewne poematy drozda... Ptaki i zakochani wiosennym wieczorem nad śródmiejskim stawem. Tjörnin spokojny w blaskach wieczornych. Na ławeczkach chłopcy tulą się do dziewcząt. A dalej góry jak fiołkowy sen... Nigdzie nie jest piękniej... Między innymi o tych urokach traktuje piosenka. Taka szwedzko - islandzka, bo do szwedzkiej melodii autorstwa Everta Taube islandzkie słowa napisał chyba gdzieś z początkiem lat sześćdziesiątych Sigurður Þórarinsson (1912 - 1983) - glacjolog, wulkanolog, geolog, a z doskoku także poeta - tekściarz... Taka sobie piosnka - melodyjka... Z końcem lat osiemdziesiątych po swojemu zagrał ją Gildran. Dał jej energetycznego kopa... Gildran - miłe to dla mnie wspomnienie... Pewnie już tam się gdzieś plącze pośród dawniejszych wpisów - niech się wplącze jeszcze raz...

 Śliczne wieczory wiosenne w Reykjaviku:

 

(...)

Tjörnin liggur kyrrsæl í kvöldsólarglóð,

kríurnar þótt nöldri og bjástri í hólmanum.

Hjúfra sig á bekkjunum halir og fljóð,

hlustar skáldið Jónas á þrastanna ljóð.

Dulin bjarkarlimi á dúnsins mjúku sæng

dottar andamóðir með höfuð undir væng.

Akrafjall og Skarðsheiði eins og fjólubláir draumar.

Ekkert er fegurra en vorkvöld í Reykjavík.

(...)

piątek, 10 czerwca 2016
Znużenie

 Ogólną sytuacją... I domową przy okazji. Akurat jestem w końcówce remontu. Na łapach jeszcze ślady farb rozmaitych, na grzbiecie przepocony podkoszulek... Błe... Właściwie to trzeba tylko posprzątać. Z grubsza już sprzątnięte, ale mimo to panuje rozgardiasz, bo trzeba jeszcze wstawić do kuchni nową lodówkę, na którą właśnie czekam - jak ją przywiozą, to będzie można już uporządkować resztę gratów... Czekam i urozmaicam sobie czas komputerkiem... Ale jakoś mi się nie chce sprawdzać, co w trawach piszczy... Mniej więcej wiem przecież co i jak, a na szczegóły nie bardzo mi się zbiera, bo to zwykle są paskudztwa...

 Żeby się dobrze ukokosić w nastrojach z lekka niesamowitych, biegnę myślami do Młodej Polski... Poetka jak znalazł... Zapomniana dość... Młoda, wcale zamożna pani z dworku, co w ten Kraków poetycki, artystyczny uciekała, młodopolska do szpiku kości... Kazimiera Zawistowska. Razu pewnego, jak znów przyjechała do Krakowa, to wróciła z niego do domu w trumnie. 28 lutego 1902 roku padł strzał. Czy to było samobójstwo, wypadek?... W ogóle nie wiadomo zbyt wiele o pani Zawistowskiej. Kochał się w niej Stanisław Wyrzykowski, i pisał o niej, że w jej oczach migotało coś, co wyglądało na udrękę chybionego życia. Może to jednak była tylko przesada mojej wyobraźni. Sam uważałem się za chybionego, za straceńca, więc tej fatalności dopatrywałem się także u innych.

 Może tak było, że życie chybione, może nie do końca... Właściwie powinna była stać się głośną legendą tamtych lat. Wcale utalentowana poetka, z tęsknotami, i śmierć tragiczna, w młodym wieku... Chwilę wcześniej, w 1901, odszedł samobójczą śmiercią Stanisław Korab - Brzozowski, przepadła też Dagny Przybyszewska... Niektórzy widzieli w tym kolejne ogniwo śmiertelnego łańcuszka... Nic jednak nie jest pewne. Wszystko to stara, tajemnicza historia sprzed wieku...

 Ja o Zawistowskiej pamiętam wcale wyraziście. W pewnym krakowskim zaułku jej duch zawsze szepcze mi coś do ucha... Nie chwytam do końca słów, ale wiem, że to ona... Nic nie wyjawia, bo widocznie lepiej, żeby było wokół niej tak bardziej po plotkarsku. Wyraźniejsza jest poezja, i tak ma być. To starczy...

 Tak mi jest trochę od dłuższego już czasu ciężkawo... O, ja to jestem chybiony. Tak...

 Teraz wiersz, który bardzo lubię:

 Kazimiera Zawistowska

 "Znużenie"

Czerń skrzydeł Twoich kładziesz mi na lica -

A przez tych skrzydeł okiennicę czarną,

Miast patrzeć w słońca ulewę pożarną,

Ja w chłodne srebro patrzę fal księżyca.

 

Jaki tam spokój i jaka tęsknica! -

Ponad tą ziemią wystygłą, cmentarną

Cisza swą lampę roztliwszy ofiarną

Światłem ją próchen poi i podsyca.

 

Jaki tam spokój - bez miary - bez końca,

Siedziba duchów odesłanych z ziemi.

Duchy, co ziębły wśród powodzi słońca,

 

Cisze te chłoną oczyma sennemi

I, zaświatowy czując wiew błękitu,

Zastygłe, martwe przędą sen niebytu.

***************************************

Ech, ten księżyc, księżyc...

14:06, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (3) »
wtorek, 07 czerwca 2016
Albert Dam. Siedem obrazków

 Tak na szybko... Oj, coś z niechęcią coraz większą człowiek klepie... To znaczy ja. Bo człowiek w ogóle to pierdzieli jak najęty... A jest taka wizja, w której strzępy, na których coś nagryzmolone, są tylko ponurą pamiątką po dawnych czasach, do których lepiej nie wracać... Ach, myśli rozbudowane i uczucia porozpalane we łbach, z których tylko nieszczęście i niewola się wykluwa...

 Cóż człowiek... To tylko życie, co popadło w przesadę... Potworności wiar najprzeróżniejszych, w najdziwaczniejsze rzeczy...

 Był sobie kiedyś pisarz, co nas wyprowadził z piekła, w swej fantazji. Trochę naiwnej, ale która przyniosła mu sławę i uznanie niegdysiejszych młodych... Coś podobny do Karen Blixen. Też tak brał pióro, rzucał pióro. Karen czas jakiś była w Afryce, a Dam piekł ciastka w swym duńskim gniazdku... Albert Dam (1880 - 1972) był takim sobie oryginałem, nie dbał o rozgłos, nie udzielał wywiadów... Prawdziwą sławę zdobył dopiero wtedy, gdy był już po osiemdziesiątce. Wtedy, w 62, młodzi uznali go za swojego. Stał się gwiazdą współtworzonego przez znakomitego Villy Sørensena "Vindrosen"...

 Mówią, że Dam to taki pisarz skrachowany. Bogactwo wiedzy i doświadczeń kazało mu opowiedzieć krótko, zwięźle o ludzkim wczoraj, dziś i o ludzkim dniu jutrzejszym...

 "Siedem obrazków". Pierwszy - "Rozwiązłość". Zbiegi okoliczności rodzą mity w prehistorycznej hordzie. Horda wydobywa się ze zwierzęcości, karze kazirodztwo, w strachu marzy o władzy, panowaniu nad światem. Chce się wyzwolić z koszmaru surowej egzystencji. -- Obrazek drugi - "Posiadanie". To już czasy rzymskie. Inny rodzaj zniewolenia, któremu poddani są wolni i niewolnicy. Majątek. Jedyne, co pozostaje, to poddawanie się władzy rzeczy i ludzi. -- Obrazek trzeci - "Alrauna" - marzenie o prawie i sprawiedliwości. (He - he)... Wszystko kończy się tępym używaniem, w bagienku idiotycznego zbytku... Alrauna usycha... Los może nawet sprzyjać, ale i tak gówno z tego, zdaje się mówić Dam... -- Obrazek czwarty - "Ogrodnik", co czyni cuda i ziemię odmienia w twór ludzki, co jednak wcale człowieka nie rozwija... -- Obrazek piąty - "Być i sądzić" - z porażającym wnioskiem bohaterki, że nie da się ani żyć, ani umrzeć, trzeba jedynie tracić i rezygnować... Narasta pustka i bezsens w sztucznościach... Obrazek szósty - "Wykorzeniony" pokazuje ukatrupionego bohatera, któremu przyszło żyć w rzeczywistości, w której nie ma on innych praw ponad to, które przyznaje mu otoczenie. -- Obrazek siódmy - "Za wiele lat" - W końcu ludzie się rozchodzą. Idą w śmierć. Osobno... Dość tego wszystkiego, co sprowadziło życie na manowce!... Jest powrót do początku, ale z pamięcią o tym wszystkim, co było, o kulturze, cywilizacji... Życie jest uparte, więc trwa w ludzkich drobiazgach, w grupkach, gdzie każdy żyje i umiera osobno, gdzie trwa swoista beztroska, gdzie się nie robi ceregieli wokół śmierci czy innych dawnych straszliwych potęg, jak choćby miłość... Dość uczuć, dość bogów, nikt nie chce bzdurnych podpórek - bo to wszystko ulega wyolbrzymieniu, wynaturzeniu, staje się przyczyną niewoli, moralnej demolki i narastającego w niesamowitym tempie cierpienia... Nie trzeba się przywiązywać do rzeczy, i utrwalać żadnych treści... To świat tylko jednej wiary - że nowe miejsce w nieskończonej wędrówce da to, czego człowiek tak naprawdę potrzebuje... Wiara w cokolwiek innego jest zabroniona. Bo nie trzeba mącić czystych głów.

Po piekle człowieczej historii ludzie się rozchodzą... Idą przed siebie, na jagody można powiedzieć. I zrzucają łachy... Potomkowie ocaleńców pamiętają, że życie kiedyś przesadziło... Są obok siebie, ale zawsze zachowują dystans... Plotkujących się rozgania - bo nie trzeba zbyt wielu słów.

 Żyję w świecie przesadyzmu. On ciągle trwa. I wizja rozejścia się ludzkości w cholerę bardzo jest kusząca. Zawsze to działało na moją wyobraźnię... Może to już czas, by się rozejść??

 Przypomnijmy sobie Alberta Dama... Wygrzebmy z zakurzonej półki.:)

 Albert Dam

 "Siedem obrazków"

 Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 1973.

15:52, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
środa, 01 czerwca 2016
Dzień dziecka

 Ta... Poświętuję raczej jutro, jak Franek weźmie urlop. Zerwiemy się gdzieś, by się po dziecinnemu wytarzać...

 My już takie lepsze dzieci. Bo małe dzieci to potwory, a my już wyrośliśmy, mamy więc w sobie trochę poprawności i nieszczerości w kontaktach ze światem. Ta - tylko jakoś otoczenie dziecinnieje wokół nas, dryfując niebezpiecznie w sfery wyuzdanej szczerości. Żeby tylko nam łbów nie pourywali, wszak naczelne dziecko dużogłowe zapowiada wolność nieskrępowaną, w swej nienawiści...

 Wolę dziecinności umiarkowane, obrosłe w piórka...

 Dzieci. Lubią misie... Ja bardzo... W każdym razie...

 I inne lubienia - miłości... (Uu - te wielkie słowa...) Rodzice kochają swoje dzieci. Dzieci swoich rodziców. A potem są rozjazdy... Pewne miłości wypada pozabijać - tak najlepiej...

 Dziecięctwo to czas wielkich oszustw, wielkich cierpień...

 Tryumfy zwycięskiego plemnika w krainie zła. Owo zwycięstwo w śluzowatościach matczynych to na dobrą sprawę koszmarny niefart... Sam swoim plemnikom daję wyłącznie efemeryczne szczęście. Wszystkie, co do jednego, biegną radośnie donikąd... Ale nie powiem, żebym trochę nie zazdrościł tym, co mają jakiegoś potomka. Tylko ja bym chciał, żeby mój potomek zawsze był dzieckiem - takim małym, żeby owo dziecko nie musiało stawiać czoła temu potwornemu światu. Żeby nie musiało stawać się mężczyzną, albo - o zgrozo - kobietą. (O zgrozo, bo świat stawia im dziś takie wymagania, że aż można się zarumienić w skrępowaniu). Ja jestem za wrażliwy na życie... Świat bym chciał zamieniać w bajkę i przez nadopiekuńczość stworzyłbym kalekę, nieszczęście do sześcianu...

 Życie, życie - zdrowy rozsądek podpowiada: uciekaj odeń jak najdalej, bo tu tyle nieszczęścia i wszystko niemal na lichwiarski procent...Ale strachów tyle na straży! To mówi, jak bardzo jest ono bezwartościowe... Uciec nie tak łatwo. Więc z chęcią pooddaję się jeszcze jego przyjemnościom. Dam się poobłapiać, upiję się, pobrudzę się. Mimo smutku.

 Jestem trochę jak Churchill. On swoją depresję nazywał chyba wiernym czarnym psem. Moja jest kałamarnicą. Wolę kałamarnicę, pewnie ze względu na jej niesamowite oczy... Ich spojrzenia są najbardziej zadziwiające na całym świecie. I płyną one z głębin niezmierzonych, z wielkich ciemności... Do Churchilla pies przychodził w chwilach bezczynności, czy w chwilach jeżdżenia po bocznym torze - u mnie to jest obojętne - czynność, bezczynność - kałamarnica po prostu się zjawia, i puszcza atrament... Już się do tego przyzwyczaiłem, muszę z tym żyć, musi to też przyjąć mój partner...

 Od dzieciństwa tak jest. Dość smutnego dzieciństwa. Trudno... A i tak się czasem doń tęskni. Bo czas tak wiele wygładza... Chciało znaleźć tam, w przeszłości, ale tej pamiętanej, a nie w tej prawdziwej... Każdy sen jest podbarwiony - być może bez tych snów popadlibyśmy w ciężką rozpacz... A rozpaczać przecież się ciągle nie da - świat na to nie pozwala, bo tyle jest przecież spraw, którymi zawraca tę utrudzoną dorosłą głowę...

 Jeszcze dziś wlepię piosenkę. Dziecinną. I naturalnie islandzką...

 Tak - mimo wszystko - przecież było fajnie, chłopcy się bawili i mnóstwo było beztroskiej radości... Gromadka wesoła, co na zawsze zostanie w sercu... Kumple z dawnych, szczenięcych szkolnych lat... Dziecko w kokonie dorosłego typa...

 Kiedyś to było fajnie:...

 Fyrr var oft í koti kátt,

krakkar léku saman.

Þar var löngum helgið hátt,

hent að mörgu gaman.

(...)

Því vill hvarfla hugurinn,

heillavinir góðir,

heim í gamla hópinn minn,

heim á fornar slóðir.

 

10:44, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »