BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
czwartek, 08 czerwca 2017
Stjernene synger en selsom sang

Złoty pierścionek, w który miał wpatrywać się mały Zenon... - Złoty. Jesteś bogata... Jak ja będę bogaty, będę miał całe łóżko ze złota... Będzie się błyszczeć i w nocy, i we dnie. Będzie kosztowne. Będę wtedy spokojny. Nie będę się niczego bał. Gdy się coś stanie, sprzedam złote łóżko i nigdy nie będę głodny... Tak pisze o Zenonie Przybyszewskim Ewa K. Kossak, dodając: - Przemówiła jego ustami matka, nie zabezpieczona przed troskami jutra, nieustannie na krawędzi głodu i nędzy. Przemówiło też jego, Zenona, doświadczenie i wiedza o życiu... To było wtedy, gdy czekał na rozstrzygnięcia losu u Laury Pytlińskiej, córki Marii Konopnickiej...

No, skandynawskim dzieciom Przybysza szczęśliwie się powiodło... Chociaż tyle. Inaczej było z matką, co skoczyła w życie jak w ogień... Sztuka, świat... Świat, na który przyszła w Kongsvinger 150 lat temu... Przyszła z wiosną, z wiosną też odeszła, niezbyt długo po przyjściu. Trzeba jednak przyznać, że ta garstka przeżytych lat jest niesłychanie treściwa. No i cóż za geograficzna rozpiętość... I jakie nazwiska wokół tej damy z norweskiego zacisza - Edvard Munch, Sigbjørn Obstfelder, Gustav Vigeland, August Strindberg, Stanisław Przybyszewski, Stanisaw Wyspiański, Tadeusz Żeleński - Boy... To tylko część gromadki, te najsławniejsze perełki... Ideał północny - tanecznica, latawica, nieskrępowana, z własnym zdaniem i urokiem... Jak to powiadał Franz Servaes - W tej pani wypadało się kochać! - No i kochali ją, fascynowali się nią panowie i panie, o bardzo różnych orientacjach...

Była piękna? Na swój sposób... Ma rację Józef Hen pisząc w swej książce o Tadeuszu Żeleńskim, że stare fotografie krzywdzą ludzi... Jakoś niepięknie się prezentują ludzie z dziewiętnastego wieku na zdjęciach. Są inni - światło, inna technika, łachy, fryzury... Z naszego punktu widzenia - dziwadła... No - ale oczywiście znamy i Dagny bez dodatków - u Muncha... I z podobizn twarzy u innych, z udanych, uroczych i zastanawiających podobizn, gdzie widać, jak szybko się zmieniała, jak szybko szła w przepaść... Smukła, czysta i wolna - Dagny w ołówku Hugo Höppenera - Fidusa z 1894 - śliczna - jeden z moich ulubionych jej wizerunków... Medal Nalborczyka - szlachetna królewskość - też ładna rzecz... Wyspiański - krakowska Dagny - już z troską, z niepokojem, zmęczeniem... I wreszcie jakby zapowiadana tragedia w warszawskim portrecie pędzla Konrada Krzyżanowskiego - już ostatnie miesiące, 1901 rok...

Dagny Juel... Moja ukochana z zaświatów... Z hedmarskich poziomek, smreków, ze świata wzruszającej architektury norweskiego miasteczka, z ciszy, jasnych nocy i nienazwanych tęsknot...

Pierwszy punkt jej życia - drewnianość udająca miejską kamienność - czerwone deski domu na rogu dzisiejszych ulic Øvre Langelandsveg i Alfs gate. Stamtąd niedaleko do kościoła o nieco wschodniej urodzie, gdzie ją wprowadzono w gromadę chrześcijan... W jakiś czas potem rodzina doktora Juella przeniosła się w pobliże lokalnej twierdzy - pamiątki po pełnych wojowniczego napięcia czasach...Spacerek ku Kirkebakken i Vestre Solørveg, na Jonas Lies gate i jej przedłużenie Løkkegate, przy końcu której do dziś stoi Zacisze, Rolighed, będące przez jakiś czas przytulnym gniazdem rodziny kochanego doktora Hansa... (udało się willi przetrwać - podobnie jak wspomnianej wcześniej budowli Schüsslera - bo od tego to Niemca wywodzą się owe architektoniczne twory - podobnie jak i wiele innych budowli w tym rejonie Norwegii - choć jej losy były trudne, bo po zniknięciu Juelów z Norwegii, dom ten był i zakładem stolarskim i warsztatem samochodowym, i z czasem popadał w ruinę, z której szczęśliwie został podniesiony stając się obiektem muzealnym poświęconym emancypantkom...)

Hans Lemmich Juell był w Kongsvinger i w ogóle w całym Hedmarku trochę jak doktor Chałubiński w Zakopanem, bowiem ten mianowany na przybocznego lekarza królewskiego człowiek z ogromnym poświęceniem i troską pochylał się i nad każdą ludzką drobnicą i nędzą - miał serce, śmigał ratunkowo po całym rozległym okręgu, był przyjacielem miejscowej ludności i odpędził na dobre od niej złowrogie widmo cholery...

Dagny - już bardziej wytwornie - Juel... Jedna z wielu córek doktorostwa - straszne dziecko, od pewnego czasu w chmurach, w których chyba i gdzieś tam w skrytości szybowały myśli niby to konserwatywnego doktora...

Przy tej rocznicy nie będę streszczał życiorysu mej bohaterki - można o tym poczytać przecież w książkach... Wspomnę tylko o pewnym drobiazgu... Gwiazdy już od pewnego czasy śpiewały dziwną pieśń, coraz dziwniejszą... Stille! Stille! Cicho! Cicho! W tym wierszu pisała Dagny Juel o owym dziwnym, zagadkowym śpiewaniu... Różane ogrody, potem dogasająca, kopcąca świeca, i śnieg opadający na serce... Taki spokój... Jakieś wołanie, miłość miniona, gwiazdy spadają...W Obstfelderowskiej muzyczności...

Ostatnio byłem taki okołozakopiański, więc wspomnę urodzinowo o Dagny Juel Przybyszewskiej w Zakopanem... "Mara blada, cień zwiewny" - rozdział z książki Joanny Olczak - Ronikier "W ogrodzie pamięci", której babka miała okazję spotkać Dagny... Niejasne zarysy... Starzy ludzie lubią opowiadać, młodzi nie zawsze chcą słuchać... Dopiero gdy jest już za późno, człowiek sobie myśli - Boże, przecież to ta Dagny... Ówczesne Zakopane - salon literacki, wspaniałe nazwiska, ich wielbiciele, śmietanki towarzyskie, osobliwości, przyszłe legendy...

Była i Dagny... Zakopane jej się podobało. Dobrze się czuła wśród tej przyrody, pośród iglaków... Janina Mortkowicz wspominała pisząc: - "Była sama z dwojgiem małych dzieci i oczekiwała przyjazdu męża. Niezależnie od rozgłosu, jaki ją otaczał, oczarowała mnie pierwszą rozmową i nie dającym się opisać urokiem postaci. Do dziś nie umiem sobie wytłumaczyć jej upodobania w rozmowie ze mną. Rozmawiałyśmy podczas wszystkich wspólnych obiadów i nie zabrakło nam nigdy tematu. Sądzę, że łatwość porozumienia się ze mną w języku niemieckim była jedną z przyczyn tego zbliżenia się. Czuła się zresztą, jak wiadomo, w tym czasie bardzo samotna... Pamiętam jedną z czysto kobiecych rozmów na temat słynnej piękności warszawskiej, Sieni Reichman, córki znanego lekarza warszawskiego, która siedziała naprzeciwko nas. Dagny nie podzielała zachwytów nad jej urodą. Jest banalna - mówiła - banalne niebieskie oczy, banalna różowa twarzyczka, nawet niebieska bluzka jest banalna. Tu wskazała moją, także niebieską, twierdząc, że jej kolor ma charakter. Prawiła mi komplementy w tym rodzaju, pochlebiając mi niezmiernie..."

Pryncypialna panna Janina daleka była w swej filozofii życiowej od dekadentów, kobiet fatalnych, młodopolskich otchłani, ale do Dagny czuła sentyment i szczyciła się tą przelotną znajomością, która zresztą miała i warszawski ciąg dalszy, w czasach pozowania Konradowi Krzyżanowskiemu. Nie wiemy już jednak, o czym rozmawiały... Bo chyba już nie o bluzkach?... Kilka tygodni potem Dagny już nie żyła...

Miała rozgłos, ale trudno było czegoś więcej jej zazdrościć... Po radosnym biegu przyszły choroba, przerażenie, bezradność... Oscar Wilde powiedział kiedyś, że bez żalu uważa swoje życie za jedno wielkie fantastyczne samobójstwo... Czy w Dagny, co ponoć na wzór Wilde'a umiała przystroić się w słoneczniki, tkwiła podobna myśl?... W jej poezji można dostrzec dziwne oczekiwanie na to... Właściwie na co?... Ser du den osende, flakkende kjerte?... Czym jest śmierć? Ktoś powiedział, że to najbardziej niezwykła przygoda, jaką życie ma nam do zaoferowania...

Dagny poddała się losowi... Z ciekawością? Tego się nie dowiemy... Życie sieje, i pędzi w swych przejawach, czasem z osobliwym samolubstwem... A nich mnie porwie licho!

Szybko przyszła świadomość, że to koniec. Tak się urządziła. Tragiczne i upokarzające przejścia, rozłąki, chaotyczna wędrówka po Europie, nieudane przygody uczuciowe, materialna zapaść, nieporozumienia, brak perspektyw... Ostre rysy na koniec, zaciśnięte wargi, niewidzące oczy - ostatni portret... Wielka burza w życiu dziewczyny z cichego, drewnianego Kongsvinger... Na koniec rozchwiany młokos, Władysław Emeryk, i dwa strzały niezbędne do uspokojenia tej burzy - zabójczy i samobójczy, choć w gruncie rzeczy oba były samobójcze...

Niefortunny los, barwny, w rękach mężczyzn... Ech - ci mężczyźni. Dagny znalazła spokój w Gruzji. Jej kości przeleżały na Kukach w jednym miejscu przez prawie sto lat - grób przetrwał dwudziestowieczne zawieruchy, ale po blisko stu latach, dyrektor cmentarza w Tbilisi, Arkadi Czowelidze, dowiedziawszy się, jakiego ma niezwykłego lokatora, panią, co ćmiła cygarety, znała się ze sławnymi artystami, opisywaną przez literatów, malowaną przez Muncha, panią - legendę tamtych modernistycznych lat, postanowił coś dla niej zrobić - i przeniósł jej kości na miejsce bardziej honorowe i łatwe do odnalezienia... Myślę, że źle się stało, wystarczyło odnowić dotychczasowe miejsce spoczynku. Bo po co grzebać w grobach? Niech życie zatrzymuje się tam, gdzie się zatrzymało w momencie pogrzebu... Ale cóż - znów jakiś mężczyzna zdecydował, nawet dobrał się do cicho leżących sobie kości... Ujrzeli ją i w tak daleko posuniętej nagości...

Dagny, co ma dziś 150 lat... Znad norweskiej Glommy, znad naszej Wisły, znad tyfliskiej Kury... Kocham ją, bo kocham jej czas, także jej kraj, i Kraków pięknoszkaradny... Wędrując czasem odwiedzam jej miejsca... Z szaloną ufnością do życia, mimo całej mozaiki złych myśli i strachów... Bo co? Bo liczę jednak, że zawsze znajdzie się jakieś przyzwoite wyjście... A tam - przygoda? Gdy tu już cisza... Czuję, że mam w sobie, że zawsze miałem w sobie dość beztroski... No, przypadkiem jeszcze żyję... Inne wyjścia się znalazły, jeszcze nie do tej największej przygody, póki co...

Święci są niepoprawni. Ale nudni. Są inni niepoprawni - czarowni grzesznicy, przy których nudzić się nie sposób, i którzy nie mniej dają nadziei... Życie w ogóle jest złe, święte i nieświęte... Mam trochę dowodów, że umie się jednak zdobyć na umiar w potworności... Nawet jeśli jest to brutalna kulka w łeb... Ostre cięcie ratunkowe, w porę...

Dziwne pieśni gwiaździstego nieba, w którym ponoć nasze losy zapisane... Niejasne, zagadkowe przesłania, przeznaczenia... Wszystko do wyrównania przez śmierć...

150 lat temu zapaliła się w życiu gwiazdka. Na krótko. Wystarczyło jej jednak czasu na to, by powstała legenda. Nie lada opowieść... Czasy minione tak obrastają czarem...

12:12, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
sobota, 03 czerwca 2017
Sabała

Dalej, jak najdalej... I jeszcze jak najwyżej, w miarę możliwości... Wysokości, i czas, co już przeminął.

"Muszę Ci się przyznać, czytelniku - pisał Tytus Chałubiński - że z Jasiem w bardzo życzliwych jesteśmy stosunkach". Jaś to naturalnie Sabała, co twierdził, że smutkiem żyć się nie opłaci.

" - Oj, Jasiu, Jasiu - mówię mu kiedyś - jaka to szkoda, żeśmy na świat nie przyszli oba tak ze sto lat wcześniej, bylibyśmy może razem i poza buczki wyskoczyli. Możebyśmy, co prawda i razem kiedy zawiśli za żebro na haku, jak Janosik, ale zawsze szkoda.

- O hej! - rzecze śmiejąc się Jan, któremu aż się oczy zaiskrzyły i potarł nos rękawem bez żadnych naglących powodów, ale tak sobie, z przyzwyczajenia".

Z Sabałą starym uchodził dawny czas, ciemny, brudny, biedny - z Chałubińskim przychodził czas nowy, nowe życie dla Zakopanego - nowe, czasem lepsze, czasem jednak gorsze... A dziś wszystko już dawności, choć naturalnie to, co od Chałubińskiego się wzięło, ma swój dalszy ciąg, trwający po dzień dzisiejszy, a to, co Sabałowe, jest już dalekim, zastygłym mrokiem przeszłości, mrokiem przedelektrycznym i przedkolejowym.:)...

Mówią, by nie chwalić dnia przed zachodem. Słusznie, bo póki dzień się nie skończył, stać się może wszystko. Chwalić można to, co już minione. Chwali się coś, co już właściwie nie istnieje. Czas, którego już nie ma. A jeszcze gdy to czas, w którym w ogóle nie uczestniczyliśmy? A - to dopiero były czasy! Z jaką rozkoszą człowiek wtapia się w baśń, bez tych wszystkich wysiłków, o które upomina się nasze tu i teraz...

Sabała, Sabała - z czasu, w którym mnie nie było, w który jednak lubię się wtapiać. Wtapiać się w przeszłość, w stare poezje, w duchy, we własne szczeniactwo także... Przeszłość to tygiel, gdzie potrafią sąsiadować ze sobą postaci w rzeczywistości odległe - ale przeszłość to sen, co ma swoje prawa.

Patrzę na Sabałę z fotografii z rodzinnego albumu Witkiewiczów. Radość sprzed ponad wieku, beztroska, śmiech, nawet na ustach surowej ciotki Mery, i mały Witkacy, chrześniak Sabały, cały uradowany. Niepiśmienny filozof i artysta rżnie na złóbcoku jakąś melodyjkę, albo muzyczkę bez melodii... Długowłosy, brudny, właściwie ciemnoskóry. Ta twarz to wolność, brud, wiatr, mróz... Niehigieniczna zewnętrzność, higieniczne wnętrze. Zmitologizowany, zheroizowany łazęga, bitnik, polowacz, powiadali też, że zbójnik, czemu Sabała nie zaprzeczał, bo próżny był, jak każda artystyczna dusza... Robota? Pan Jan nie lubił jej, choć czasem brał się do kosy czy siekiery. Ale źle mu nie było, bo babę miał robotną, i dzieci także... Sam rwał się na górską swobodę, na łowy, na bijatykę, na sen byle gdzie, na gorzałę, i na dobre, męskie towarzycho, bo ponoć bab nie poważał, przez co też i nie palił się do wulgarności. Filozoficznie usposobiony dziad, ponoć uczestnik chochołowskiej wojenki, raczej poganin - aż dziw, że Stolarczyk potężny dał mu być chrzestnym małego Witkiewicza - bo przecież Jan był pogańskim pijokiem, a ksiądz Józef Stolarczyk wierzył, że złe cechy chrzestnych na chrześniaków lubią się przenosić. (Było to widowisko - chrzczone dziecię szło na własnych nóżkach - obok wielkiej Modrzejewskiej i Sabały - pamiątki po dzikich czasach...)

Tatry - trochę umęczone góry, umęczone lasy - ach, jak to musiało być pysznie, gdy całą zakopiańską dolinę porastał czarny smrekowy las! Las pożarł kiedyś przemysł, pożarły i inne ludzkie potrzeby. Wydzierano z gór życie, tak że cud, iż przetrwało ono do dziś... Ale miały też Tatry i swoją pustynność, rozdeptaną dziś przez turystów... Jakież musiało być piękne i nastrojowe to bezprogramowe, odkrywcze wędrowanie Chałubińskiego... Piękno, baśnie, majaczenia... Zjawy i tęsknoty biedoty spod górskich ścian. Bo ileż tam biedna wyobraźnia ludzka ulokowała skarbów... (Swoją drogą coś z usychającego dziada w nas w ogóle pozostało, ponadregionalnie, skoro umiemy śnić o złotych pociągach w tajemniczych tunelach pohitlerowskich - ciągle te same myślowe mechanizmy). I jedyna w swoim rodzaju scenografia, na którą patrzył wielki ludzki, polski gwiazdozbiór kulturalny. Horda talentów i legend... Na te same kształty skalne patrzyli, przeglądali się w lustrach tych samych stawów, pozamieniali się w nieśmiertelne duchy na tej niebezpiecznej wielkiej - maleńkiej przestrzeni... Pisarze, kompozytorzy, malarze, marzyciele, wrażliwcy...

W dziejach Tatr i Zakopanego nie ma drugiej postaci, która by odegrała tak ważną i wielostronną rolę jak Chałubiński. "Nie ma - jak powiadał Stanisław Witkiewicz - w Zakopanem takiej dobrej sprawy, która by nie była przez niego zapoczątkowana lub przeprowadzona". Nawet i słowo "taternik" od niego się bierze... Jeden z tatrzańskich Kolumbów, za którymi przyszło inne życie, z plusami i minusami... Pokochał Chałubiński Tatry, przegnał spod nich cholerę, stał się ich legendą, dobroczyńcą... Ładny facet był z niego. W rysach szlachetny i przyjacielski... Pokochał i tego starego Jasia, któremu tak się poszczęściło, że kulturalni panowie porwali go w nieśmiertelność... Ładnie o tym pisał Jalu Kurek w swych prawdach i zmyśleniach tatrzańskich, ładnie i wzruszająco pisał o nieuchronnych zmianach, o przemijaniu, dając nam pożywki dla tęsknot... Magia chwil - na czym polega? Na tym, że już lepiej być nie może, że nie może być doskonalej... Wszystko jednak mija... Ale pozostaje dość, by było za co życie chwalić. Piękno, fascynacje, przyjaźń, dobre lekcje, z którymi łatwiej iść w nieznane...

Tamta przyjaźń skamieniała aż w pomniku - pan Tytus już na zawsze jest z Sabałą. A z nieśmiertelnymi lecą słowa, dobre i dla nas. Krzepiące.

"Niek śpiom, Ik Miełoś. Mus nom umiyrać, ale zaś ni ma o cym godać. Myśliskie prawo krótkie, nie przezyjemy Giewontu, ba ón nos syćkik pochowo. Coby sie ino nie turbować, jo tak myślem. Lepiy sie ciesyć, jako markocić. Cłowiekowi we smutke w nuku to nijak zyć, jako niedźwiedziowi w kulkom w brzuku".

Lubię umykać i w góry, i w słowa o górach, o górach i ich ludziach... W nuty, w których pobrzmiewają dawne życia, życia smolarzy, drwali, węglarzy, pastuchów, hamerników, hawiarzy, zbójników, szumnych chłopów... Ugładzony przez przemijanie czas, inny, baśniowy... W nutach też jest i coś, co nam się przydać może... Mądry był ten Jasiek Mateja, co go wywołał Stanisław Nędza - Kubiniec - po matce z krwi Sabałowej - nie lada literacki talent... Paweł Gąsienica, tak jakoś zbałamucony duchem swej baby, miał za zbójnicki grosz wystawić kapliczkę - tak, tę koło starego kościółka. Dla klechy - wiadomo - każdy grosz, nawet z rozboju, słodko pachnie, i z rozgrzeszającym zaklęciem łyknie go jak kaczka kluchę. A grosz apetyt rodzi kleszy, więc się o więcej interesant nabożny upomnieć umie: - Wyjmij spod buka coś tam schował, a przynieś tu i połóż na ołtarzu. - A na to ów Mateja: - Cegos kces, bezero, ode mnie? Co ci wadzem? Jak ci trza dutków abo twojemu Panu Bogu, to se som idź po nie na Luptów. Bedzies widzioł, cy ci leko przydom. Opajęcyliście starego Gąsienice, to se go dójcie jak wycielonke, a jo mom was w rzyci na samym dnie. Haj!

Nawracacze nie mieli łatwo pod Tatrami. Tam Bóg - twardy gazda - na nie mniej twardego gazdę trafił...

Zawsze warto iść do góry, w góry... Także w słowach. W nich bowiem legendy, duchy, co też z góry patrzą... Tu, u nas, dziś, na dole gorszący jubel... Chce się uciekać. W prawdy i bajki zmieszane razem. Choćby w góralską malowniczość... Kubiniec - Kurek. Fajnie się uzupełniają... Kubieniec idzie gdzieś tam w czasy królewskie, Jagiellonowe, by dotrzeć do młodych lat Sabały. Kurek zaś przyłapuje Sabałę w 1848, tuż po straszliwościach galicyjskich, i idzie z nim w nowe legendy... Przyjezdni i miejscowi - Chałubiński, Witkiewicz, Modrzejewska, ksiądz Stolarczyk, Klimek Bachleda, Bartuś Obrochta, itd, itd... Nie wszystko tam prawdziwe, ale to nie ma znaczenia... Bo jest serce, czułość, zachwyt... Piękni ludzie w trudach życia. Warto do nich zajrzeć, przypomnieć sobie...

Stanisław Nędza - Kubiniec

"Sabałowe czasy"

Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1959.

*****

Jalu Kurek

"Księga Tatr"

ISKRY, Warszawa 1972.

16:04, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »