BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
wtorek, 31 lipca 2007
Bergman. Z "Laterna magica"

Gdy miałem dwanaście lat, pozwolono mi chodzić do teatru z muzykiem, który grał na czeleście za sceną w Strindbergowskiej "Grze snów". Było to dojmujące przeżycie. Co wieczór, ukryty w kabinie maszynisty, byłem świadkiem sceny małżeńskiej między Adwokatem i Córką. Wtedy to po raz pierwsz poznałem magię aktorstwa. Adwokat trzymał szpilkę do włosów między kciukiem a palcem wskazującym, wyginał ją, prostował i łamał na kawałki. Nie było tam żadnej szpilki, ale ja ją widziałem! Oficer stał za kulisą, czekając na wejście. Stał pochylony do przodu i wpatrywał się w swoje buciki, ręce miał założone na plecach, pochrząkiwał bezgłośnie, zupełnie zwyczajna osoba. Potem otwiera drzwi i wchodzi w światło sceny. Przemienia się, przekształca: jest Oficerem.

Być reżyserem filmowym to czasem wyjątkowe szczęście. Nie próbowany wyraz twarzy rodzi się w okamgnieniu i kamera go rejestruje. Właśnie to zdarzyło się dzisiaj. Nieprzygotowany i bez próby Alexander nagle blednie, na jego twarzy maluje się czysty ból. Kamera rejestruje ten moment. Ból, niepojęty ból, był tam przez kilka sekund i nigdy już nie powrócił, nie było go też przedtem, ale taśma filmowa uchwyciła ten moment. Wtedy uważam, że opłaciły się dni i miesiące przewidującej dokładności. Być może żyję dla takich krótkich chwil. Jak poławiacz pereł.

Film jako sen, film jako muzyka. Żaden rodzaj sztuki nie omija tak jak film naszej codziennej świadomości, trafiając wprost do naszych uczuć, głęboko do zakamarków duszy. Mały defekt w naszym nerwie wzrokowym, szokujący efekt: dwadzieścia cztery oświetlone klatki na sekundę, między nimi ciemność, nerw wzrokowy nie rejestruje ciemności. Gdy przy stole montażowym przeglądam taśmę filmową, klatka po klatce, mam wciąż jeszcze jak w dzieciństwie zawrotne uczucie magii: wewnątrz szafy w ścianie, w ciemności, przewijałem powoli jedną klatkę po drugiej, oglądałem niemal niedostrzegalne zmiany, kręciłem korbką szybciej: ruch.

Czasem żal mi, że przestałem już kręcić filmy. Żal ten jest naturalny i szybko mija. Najbardziej żałuję współpracy ze Svenem Nykvistem, może dlatego, że obaj jesteśmy bez reszty zafascynowani problematyką światła. Łagodne, niebezpieczne, senne, żywe, martwe, wyraźne, zamglone, gorące, gwałtowne, skąpe, nagłe, ciemne, wiosenne, wpadające, wychodzące, proste, skośne, zmysłowe, przytłumione, ograniczone, jadowite, uspokajające, jasne światło. Światło.

                                                              tłum. Zygmunt Łanowski

14:59, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (3) »
Drugi po Strindbergu

 Smutna wiadomość nadeszła wczoraj z Fårö. Odszedł Ingmar Bergman, po Strindbergu najwspanialszy twórca szwedzki. Gdy ktoś pyta mnie o moje ulubione filmy, zawsze na początku wymieniam jednym tchem dwa tytuły: "Sonata jesienna" oraz "Fanny i Alexander". Bergman był dla mnie też jednym z najświetniejszych  pisarzy. Mam tu obok siebie cały rządek książek z jego tekstami. Często do nich sięgam. Niedzielne dziecko, Laterna magica, Rozmowy poufne, Dobre chęci, Piąty akt, Przedstawienia, Sceny z życia małżeńskiego itd, itd...

Przykro mi się zrobiło na wieść, że zamknął się znowu jakiś kolejny rozdział, skończyła pewna epoka...

11:58, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
piątek, 27 lipca 2007
Piątek

 Wreszcie w domu. Jak to mówią Norwegowie: borte bra, hjemme best!

Tak mówiąc prawdę, nie mam dziś nic do powiedzenia. Spora część dnia minęła mi na takiej głupawej gonitwie. Musiałem pozałatwiać parę drobiazgów, popłacić z bolącym sercem kilka rachunków. No i oczywiście wpadłem do mamy. A poza tym musiałem zrobić drobne zakupy.

Gdzież to się pan podziewał - zawołała moja ukochana pani z kwiaciarni. Cudowne stworzenie. Pani Maria. Duża pani, z paluszkami jak serdelki, która, mimo tuszy, porusza się wśród kwiatów, doniczek i worków z ziemią z niebywałą gracją. Jest jak czarujący trzmiel. Wpadłem dziś do niej po jakąś ładną doniczkę, bo wczoraj rozwalił mi się kwiatek, kiedy wypędzałem z domu gołębia. (Rany boskie, co się działo! Ptaka zebrało na odwagę i wmaszerował przez drzwi balkonowe do pokoju. Na nieszczęście zobaczyły to psy. Diabły jedne - siedziały pochowane po kątach, ale i tak go zaraz wyniuchały. Zrobiło się jak w małpim gaju. Dobrze się jednak wszystko skończyło - ptak ocalał i odzyskał utraconą na chwilę lekkomyślnie wolność. No, tylko kwiatek się przewrócił, i trach). Sympatyczna pani pomogła wybrać mi gustowne naczynie. I dodatkowo, dbając troskliwie o swe dochody, zwróciła moją uwagę na urodziwe róże. Ach! Poezja. Jakie wspaniałe, pyszne, do obłędu czerwone. Od razu zapragnąłem je mieć. Chętnie kupiłbym nawet wszystkie, tylko gdybym przeparadował ulicami z aż takim ich naręczem, ktoś mógłby pomyśleć, że trzymam w domu jakieś zastanawiające zwierzę roślinożerne o szalenie obciążających upodobaniach, nie chcąc więc wzbudzać litości w przechodniach, zdecydowałem się na pięć sztuk tych uwodzicielskich zjawisk. (Pomyślałem sobie po powrocie do domu, że może wręczę jutro te róże żonie mego kuzyna, obawiam się jednak, iż postąpię inaczej, bo zdążyłem na dobre zakochać się w ich urodzie. A poza tym ona zasługuje jednak na coś mniej wyszukanego, bowiem jej zainteresowania ograniczają się niemal wyłącznie do prawa pracy, od którego jest specjalistką). No i dokonałem jeszcze jednego zakupu. Wybrałem prezent dla tego mojego chłopaczka. Byłem do dziś w rozpaczy. Miałem dziurę w głowie! Z dorosłymi nie mam problemów - idę na łatwiznę i kupuję im płyty, alkohol, czasem książki, jeśli zaliczają się do zwierząt czytających... A z dzieciakami jest trochę gorzej. Wpadłem jednak na pomysł - zupełnie banalny. Przecież on razem z drobnicą z sąsiedztwa kopie już niezgrabnie piłkę. Z pewnością ma już jedną w posiadaniu, ale od przybytku - jak to mówią - głowa nie boli. Kupiłem mu więc porządną piłę. Ja - który nie znoszę futbolu...

Ech, jak ten czas leci. Wczoraj było to niemowlę, a dziś jest to już chłopczyk stojący w progach edukacyjnej makabry. Szczere wyrazy współczucia, mój chłopcze...  A potem... Ani się człowiek obejrzy i zrobi się z tego ten, no, jak mu tam, mężczyzna. (Zawsze, gdy wymawiam lub piszę to słowo ogarnia mnie śmiech, a po chwili zastanowienia - litość. Mężczyzna - jakże często jest to małe, spięte, wybuchowe, rozpaczliwie zależne od opinii kolegów, zduszone, przedwcześnie - chyba z powodu właśnie tego zduszenia - umierające stworzenie). Mam nadzieję, że mój chrześniak będzie miał odwagę żyć własnym życiem, bez przesadnego wczuwania się w rolę, do jakiej z pewnością wielu będzie go przekonywać..

O jej. A jutro. Obiadek. (Przyjdź wcześniej, to zjemy razem). I marne, takie czasy, Polaków rozmowy... Mama mówi, ee tam, rozerwiesz się trochę. Złośliwiec jeden. - A może ty zbierzesz jakieś zapasy energii i też się przejdziesz? A dajże ty mi spokój, we łbie mi się kręci - pada odpowiedź...

17:24, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
środa, 25 lipca 2007
Jak słonie
 Pora jest letnia, ludzie otwierają więc okna, a dźwięki rozbrzmiewające w ich domostwach bez przeszkód wydobywają się na zewnątrz i dołączają do głosów ulicy. A to gdzieś zaszczeka pies, ktoś kichnie (zastanawia mnie, dlaczego niektórzy ludzie kichając najnormalniej w świecie wrzeszczą - to niepojęte!), w jakiejś kuchni zagwiżdże staroświecki czajnik, a pod wieczór, kiedy przycicha na dobre samochodowy szum, słychać powłączane odbiorniki telewizyjne, no i niekiedy, zwłaszcza z końcem tygodnia, wulgarne hałasy domowych imprez. Wśród tych normalnych miejskich akustycznych zjawisk pojawia się na mej ulicy dźwięk wyjątkowy, któremu w każdym sezonie pootwieranych okien się przysłuchuję. Jest to słowo wykrzykiwane przez upośledzonego umysłowo mężczyznę. Zawsze to samo słowo. I do dziś - choć to moje przysłuchiwanie się trwa już kilka lat - nie rozumiem, co to za wyraz, który brzmi- bo ja wiem - jak jakieś stanowcze upomnienie... Takie to dziwne mam urozmaicenie, przychodzące z wiosną i zanikające z nadejściem jesieni... Adrian też się zawsze zastanawiał nad sensem tego tajemniczego słowa, ale i jemu niczego nie udało się rozszyfrować. Zdołaliśmy tylko dowiedzieć od wszystkowiedzącej sąsiadki, że "to taki wariat". --- Nie mogę powiedzieć, by dźwięk ten był uciążliwy. Dobiega z pewnego oddalenia i pojawia się nieregularnie, jak nawoływanie osobliwej kukułki. Czasem są to pojedyncze, pojawiające się w dość dużych odstępach czasu, okrzyki, niekiedy zaś całe ich serie potrafiące trwać po kilka minut. To taki dziwny głos z niedostępnego świata, trudnego do wyobrażenia, głos duszy chyba nie do końca, nie w pełni urodzonej, głos ludzkiego życia wiedzionego na jakimś innym poziomie, głos życia ograniczony do jednego, niezgłębionego zawołania, głos życia zamkniętego w czterech ścianach... --- Tak... Życie ludzkie to ciągłe powtarzanie tego samego scenariusza, to ciągle ta sama opowieść o szczęściu, łajdactwie, bogactwie, biedzie, o farcie i niefarcie, o chorobie, kalectwie i o ludzkiej cierpliwości. Ten głos zza okna. Choć niesamowity, zawsze identycznie akcentowany, nie jest niczym szczególnym ani nowym - ot, jeszcze jeden przypadek, jeszcze jedna przyhamowana dusza, jakich bez liku przeparadowało poprzez lata, wieki. O kimś podobnym musiał pamiętać Samuel Beckett, gdy pisał swe "Kroki". W dublińskim Foxrock, tam gdzie pisarz się wychowywał, mieszkał w sąsiedztwie podobny człowiek, który zdradzał swą obecność wystukiwaniem na fortepianie jednego i tego samego dźwięku, czym budził wśród przechodniów i sąsiadów i litość, i prawdziwą grozę. ---- Nie sądzę, abym kiedykolwiek wniknął swą wyobraźnią w wewnętrzną przestrzeń takich niezwykłych zjawisk, w rodzaju tego krzyczącego człowieka. Wiodą swoje zagadkowe życie pewnie bez świadomości swego trudnego położenia. Tym nawołującym mężczyzną opiekują się rodzice. Niestety są coraz starsi i z pewnością niepokoją się o losy swego syna, kiedy ich zabraknie. Doprawdy straszliwe bywają ludzkie losy. Jak wielkie wymagania życie stawia niektórym, kładąc na drodze kalectwo ich dzieci albo też z beztroską niszcząc i odbierając to, na czym opierali wszystkie swe nadzieje. Nie raz z Adrianem przy tej okazji, słysząc ten srogi, monotonny głos z sąsiedztwa, zastanawialiśmy się, jak ludzie znoszą takie obciążenia, skąd czerpią siły, cierpliwość i jak sobie radzą, gdy nadchodzi dla nich coś porównywalnego z końcem świata. Wszystko to było niewyobrażalne. Nie przeczuwaliśmy, jaką sami odegramy rolę w tej całej tragifarsie, jaką jest życie na tej zadziwiającej planecie. ---- W swym mądrym i pięknym dziele "Świat jako wola i przedstawienie" Arthur Schopenhauer napisał: "Podobni jesteśmy schwytanym słoniom, które przez wiele dni miotają się strasznie i walczą, póki nie zobaczą, że to daremne, a wtedy z rezygnacją wkładają głowę w jarzmo, na zawsze już okiełznane. Jesteśmy jak król Dawid, który póki żył syn jego, nękał nieustannie Jehowę prośbami i okazywał rozpacz, ale skoro syn zmarł, już o nim nie myślał. Stąd się bierze, że niezliczeni ludzie znoszą obojętnie trwałe zło, np. kalectwo, nędzę, niski stan, brzydotę, ohydne mieszkanie, i już ich nie czują, jak zabliźnionej rany, tylko dlatego, że wiedzą, iż konieczność wewnętrzna lub zewnętrzna nie dopuszcza tu żadnej zmiany, gdy tymczasem szczęśliwsi nie rozumieją, jak można to znieść".
13:35, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
sobota, 21 lipca 2007
W sobotę o przyszłej sobocie

 A niech to krewna ciotka. Właśnie pół godziny temu przypomniano mi, że mój chrześniak będzie wkrótce obchodził urodziny. Zadzwoniła do mnie żooona siostrzeńca mamci mej. Oooo, cześć - zaświergotałem radośnie (ach, fuj, ty wstrętny obłudniku). Zostałem zaproszony na przyszłą sobotę. O bogowie!! Będę musiał coś kupić. Co można kupić dziecku prawie że milionerów? Ono już wszystko ma! Boję się, że jada nawet z inteligentnych talerzy (bo dziś wszystko jest jakieś takie inteligentne: pralki, kuchenki i co tam jeszcze {nawiasem [i to jeszcze w nawiasie na dodatek] mówiąc, zawsze zastanawiam się, czyją w takich przypadkach inteligencję bierze się za wzór}). Nie mam pomysłów. I nie wiem nic o tych dzisiejszych skomputerzałych malcach.

Będzie cudownie. Posiedzimy sobie - zapewnia mnie żooona! No tak, co innego można robić w moim kulturalnym (dziś paluch przy tej okazji już niemal odruchowo szuka klawisza z cudzysłowiem) mieście.

Już się zaczynam nastrajać. Siedząc będziemy sobie rozmawiać. Mamy sobie zawsze dużo do powiedzenia. Nasze konwersacje są ściśle uzależnione od warunków atmosferycznych, scenariuszy głębokich dyskusji jest więc kilka np.:

 - Ale dzisiaj gorąco.

- Tak, masz rację.

- Ale wczoraj było chłodniej.

- Zdecydowanie. Tak, tak.

- Zrobić ci drinka? Ach nie, wiem, że ty nie pijasz kosmetyków.

- Tak, tak. Ale nie, rzeczywiście, bardzo dziś jest gorąco.

***

- Jezu, zimno dzisiaj.

-No. I ten deszcz.

-Ale u mnie nie padało.

-Poważnie?

-No.

-Ale jaja.

-A tak, tak, ty nie pijesz kosmetyków.

- Ale coś tak jakby się przejaśniało.

-Na jutro zapowiadają słońce.

-No i co generalnie słychać?

-Wiesz co, może przymknij okno, bo zimno.

-No, faktycznie, chłodno dzisiaj.

***

- Może wyjdzeimy do ogrodu? Cieplej się zrobiło.

-Świetny pomysł. Nareszcie trochę słońca.

-Ostatnio pogoda nas nie rozpieszczała.

-Masz rację.

-Ty bez rozcieńczalników?

-No tak, on mówi, że nie pija kosmetyków.

-Ee, fajnie, fajnie. Przyjemny wiaterek.

-Jezu. Ale przedwczoraj, jak lało! U ciebie też tak lało?

-Jeszcze jak!

No i tak w kółko. Po kilku godzinach ktoś mógłby mi nawet wyrywać zęby bez znieczulenia. Do domu wracam w stanie głębokiej rozpaczy...

13:37, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (4) »
czwartek, 19 lipca 2007
Maria Wine

 Dziś znów troszkę poezji. Bo poezja jest ważna. Bo tam, gdzie pojawia się poezja, tam też zaczyna się człowieczeństwo. Bo bez poezji człowiek jest tylko częścią fauny, częścią wprawdzie dość specyficzną, potrafiącą posługiwać się narzędziami i leczyć umiejętnie rozmaite dolegliwości, co jednak prawie nic nie znaczy...

 Słow kilka o poetce. Maria Wine (1912 - 2003). Przyszła na świat w Kopenhadze. Była córką urzędnika. Jej dzieciństwo nie należało do najłatwiejszych. Po rozpadzie jej rodzinnego domu przebywała najpierw w zakładzie dla ubogich dziewcząt, zaś później zamieszkała u przybranych rodziców. W 1936 roku wyszła za mąż za szwedzkiego pisarza Artura Lundkvista. Razem z mężem uczestniczyła w ruchu obrony pokoju. Dużo też podróżowała: do krajów afrykańskich, Chin, Rosji, a także do Polski. --- Maria Wine uprawiała poezję impresyjną, traktującą o międzyludzkich związkach, o miłości; interesowało ją też wewnętrzne życie kobiety, które poddawała bardzo wnikliwej analizie. Twórczość jej często przesyca malancholia, ale nie brak jej też subtelnego humoru. W jej poetyckim dorobku znalazły się m. in. takie zbiory jak: "Skönhet och död" (Piękno i śmierć), "Nattlandia", "Skärvor av pärlemor" (Okruchy z perłowej macicy). Obok poezji tworzyła także szkice prozą, w których często pojawia się świat jej dzieciństwa i młodości. Opublikowała m. in.: " Kanskes osäkra båt" (Chwiejny statek niepewności), "En bortkastad ros" (Wyrzucona róża), "Talar fågel, talar jag" (Mówi ptak, mówię ja). --- Jest znaną w Polsce autorką; wybory jej utworów ukazały się w tomach "Zastrzelono lwa", "Wiersze" oraz w antologii szwedzkiej poezji "W sali zwierciadeł". --- Ponieważ lubię jej wiersze, postanowiłem zamieścić tutaj kilka z nich.

GDY SIĘ JEST SAMOTNYM                                         GDY SZUKAM RÓŻ

Gdy się jest samotnym                                            Gdy szukam róż

tęskni się, aby być we dwoje                                  znajduję śnieg

ale gdy się jest we dwoje                                       gdy szukam śniegu

jest się zawsze w troje:                                          znajduję róże

ten trzeci to ów samotny                                        gdy niczego nie szukam

który nadal jest samotny                                        znajduję i róże i śnieg

 

GDZIEŚ

Gdzieś

musi być przebłysk światła

który rozprasza mrok przyszłości

nadzieja

która nie daje się zabić

beznadziejnością

i wiara

która nie zaczyna natychmiast

niedowierzać sobie

Gdzieś

musi być niewinne dziecko

którego jeszcze nie zdobyły demony

świeżość życia

co nie tchnie jeszcze

zgnilizną

i szczęście

którego nie osiąga się

nieszczęściem innych

Gdzieś

musi być budzik rozwagi

który ostrzega przed zabawą w samounicestwienie

powaga

która waży się brać siebie poważnie

i dobroć

której korzeniem nie jest tylko

powstrzymane zło

Gdzieś

musi być piękno

które wciąż pozostaje pięknem

czyste sumienie

co nie ukrywa zatajonej zbrodni

musi być

miłość do życia

która nie mówi rozdwojonym językiem

i wolność

której nie zdobywa się niewolą innych

                                  Wszystkie wiersze przełożył Zygmunt Łanowski

 

 

15:43, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
wtorek, 17 lipca 2007
Pociecha w wiśniach

 Słońce przywaliło nie na żarty. Trudno wytrzymać w taką pogodę w mieście. Przez okno bucha żar. Jak z pieca. Domieszka chłodu, jaką produkuje mój rachityczny wentylator, rozpuszcza się w nim szybko i nie przynosi oczekiwanego wytchnienia.

 Jak zwykle byłem dziś u mamy. Przyniosłem jej zakupy, ogarnąłem trochę mieszkanie, a potem, przy kawie, wysłuchałem ostatnich ploteczek. Dowiedziałem się ponadto, jak bardzo zazdroszczą jej spostrzegawcze sąsiadki, stare wrony, które, chyba z nudów, prowadzą czujne obserwacje. Jakiego dobrego ma pani syna - mówią ponoć. - Codziennie przychodzi, troszczy się o wszystko, i nigdy nie pojawia się z pustymi rękami! Takie dziecko to skarb! - przyznają zgodnie. - A jaki grzeczny, ułożony (no tak, tak - myślę sobie - jak podrapiesz, to zamruczy; dasz pić, to wiadra nie wywróci). Takie to szczęście mamę moją spotkało. I oczywiście po raz kolejny usłyszałem: Tobie też by się przydało takie. - Co? - No, dziecko. - No ale żeby było takie, to najpierw musi być małe. Dzieci niestety zawsze rodzą się małe, co jest niesłychanie kłopotliwe i niezbyt estetyczne. - Ale popatrz, co by było, gdybym cię nie miała? - To byś mnie nie miała. Wielkie rzeczy.

 Czy posiadanie dziecka stanowi gwarancję, że w trudnych chwilach będzie miał kto podać przysłowiową szklankę wody? To raczej wątpliwe. I chyba nie wypada stawiać takich oczekiwań. Jakoś inaczej trzeba układać życie, by zapewnić sobie minimum poczucia bezpieczeństwa. W każdym razie jestem zdania, że dzieci nie mają względem rodziców żadnych zobowiązań. I nie mają też obowiązku do wyrażania wdzięczności za cokolwiek (każdy rodzic, który oczekuje od dzieci wdzięczności, jest po prostu bezczelny). Jeśli pomagam, nie mają znaczenia więzy krwi. Ot taka natura. Ktoś inny natomiast może postępować zupełnie inaczej - wypinać się na wszystko i zajmować się wyłącznie sobą, nie tracąc cennego czasu. Wiele opuszczonych osób pałęta się po świecie, zapomnianych przez troskliwie wychowane dzieci. Można tych zapominalskich potępiać, gniewać się na nich za okazywaną nieczułość - ale co to da? Ludzie po prostu bywają różni i trzeba się z tym liczyć. Poza tym każdy jakoś po swojemu układa sobie życie, czasem w oddali, poza zasięgiem. Sam miałem kiedyś zamiar zostać za granicą. Gdybym nie zdecydował się na powrót, mogłyby być nici z tej troskliwej bieganiny, jakiej się dziś oddaję... Byliby jednak przyjaciele, o których mama się postarała. Są szczęśliwie tak samo troskliwi. Wiecznie się od nich roi. Nie dają szans żadnym czarnowidztwom. - E tam, ale to nie to samo - słyszę zawsze w odpowiedzi...

 No, ale tak czy siak, nie ma we mnie ani krztyny ojcowskich tęsknot i na dodatek od dawna nie obcuję z nikim, kto miałby szansę zajść w ciążę. A poza tym raczej nie żywię większych uprzedzeń, nie ulegam przesądom - mam więc chyba marne kwalifikacje do bycia wychowawcą. I być może skazuję się na ciężki los. Trudno to doprawdy przewidzieć. Mogę tylko powtórzyć - ani dzieci, ani znajomi czy przyjaciele nie dają żadnej rękojmi. Wszystko wychodzi dopiero w praniu. I to, że sami okazujemy się pomocni, także nie musi oznaczać, że tą samą monetą ktoś nam kiedyś odpłaci. Wprawdzie ludzie mówią często - pomagam, bo może ja w przyszłości będę potrzebował pomocy. Mówią tak, myślą tak, bo ludzie zawsze muszą sobie coś pomyśleć. A tymczasem wszystko, co robią, jest jedynie zasługą ich charakteru, i wszelkie słowa są tu właściwie zbędne. I dobrze robią, jeśli zbyt wiele nie oczekują - lepiej w końcu być mile zaskoczonym niż okrutnie rozczarowanym.

 Okropny jest ten upał. U mamy też gorąco, jak cholera. Dość taka osłabiona przez te francowate zabiegi, to jeszcze ten skwar. No, ale jeszcze trochę i będzie lepiej. Mama jest, widzę, wytrwała. Jest dobrą i zdyscyplinowaną pacjentką. Trzeba to zwalczyć! Bez dwóch zdań!

 Ledwo się do domu doczołgałem. Ulice jak z plasteliny. Powietrze aż parzy płuca. Ach, być teraz gdzieś nad morzem! Wracając do swojej zdyszanej psiarni zahaczyłem o stragan z owocami. - Będę dziś malinowym chłopcem - pomyślałem sobie. Stało się jednak inaczej, bo uśmiechnęły się do mnie cudowne wiśnie. Kupiłem całą furę. Zajadam się teraz nimi. Są wyśmienite. Słodycz dzielnie walcząca o swe miejsce pośród kwasu i cierpkości. Dają wspaniałe orzeźwienie. Do tej smakowitej przyrodniczej rewelacji dobrałem stosowną muzykę. Słucham na przemian Czajkowskiego (najukochańszy utwór - "Walc kwiatów" z "Dziadka do orzechów") i czarownego Johanna Straussa - syna (szczególnie "Opowieści Lasku Wiedeńskiego"). Walc, walc, walc - uwielbiam! Walc wprawia mnie zawsze w dobry, marzycielski, taneczny nastrój. Czociaż pojawia się też małe ukłucie w sercu - świadomość, że jestem w niewłaściwym miejscu i niewłaściwym czasie...

 A jednak nie jest tak najgorzej. To pewnie wpływ tych wiśni. Tak, to na pewno one sprawiły, że dziś lubię siebie, takiego, jakim w tej chwili jestem - w krótkich gaciach, z kudłatymi nogami, siedzącego przy- o zgrozo -  komputerze.

19:55, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (6) »
sobota, 14 lipca 2007
Sonnevi

 Dziś tylko wiersz. Szwedzki.

 

      GÖRAN SONNEVI

 ***

Mówisz, że zacząłeś

myśleć więcej

o śmierci, że

zacząłeś być ciekawy

własnej swojej

śmierci Dla mnie

śmierć jest

cały czas

obecna Jako immanentna

rzeczywistość

Żyję

z nią

jako częścią

mego ciała

Bardzo długo

już tak żyję

Nie mogę

usunąć jej

z myśli

Jest tam

cały czas

jako uczucie,

świadomość -

Biję się z nią, czasem, czasem

ona pobija

mnie, ale nie

zupełnie

Nie mam

z powodu tego

żadnego żalu

Tak jest

po prostu Nie jestem

ciekawy

jej Ona jest

ciekawa

mnie Patrzę na nią

czasem

jasnymi oczyma

Czasem

jest częścią

mego oka, które patrzy

Czasem jest

moją głową

 moim ciałem

tak jakby żadna część

nie była

poza nią To jest moja

organizacja,

z odwróconymi

znakami

Buntuję się

jako część

siebie samego

przeciw innej

jeszcze nie spełnionej

części

siebie samego

Ta śmierć, która

jest moja

istnieje jeszcze tylko

we mnie

                   przeł. Zygmunt Łanowski

13:29, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 12 lipca 2007
Andersen. Cuda, zęby i wszystko na przemiał (3)

 Jego potrzeba wzbudzania podziwu, która była nawykiem wyniesionym z dzieciństwa i warunkiem jego społecznego awansu, zatruła mu życie i sprawiła, że nigdy nie czuł się wystarczająco doceniony. Cierpiał z tego powodu jak dziecko, do którego nie dociera jeszcze, iż nie wszystkim musi się ono podobać. Uważał, że Duńczycy, którzy nieraz drwili z jego stylu bycia, niezbyt go kochali, często więc uciekał od swoich domowych smutków za granicę.

 Trzeba przyznać, że Andersen był zawołanym turystą, choć i podróże - obok wspaniałych wrażeń i podniet do dalszej twórczości - dostarczały mu także sporo boleści i udręk. Podziwu godne jest jednak to, z jaką determinacją potrafił ten człowiek walczyć z rozmaitymi lękami. Andersen wiecznie się bał, że ktoś pochowa go żywcem (zawsze obok łóżka kładł kartkę, na której figurował napis: "Tylko się wydaje, że umarłem".), ciągle troskał się czy wszystko w porządku jest z jego dokumentami, martwił się o pieniądze, bał się rabusiów, drżał ze strachu przed pożarem (stale woził ze sobą linę, by w razie czego móc się ewakuować przy jej pomocy), lękał się brudnych publicznych toalet, trapiły go wizje rozmaitych katastrof itd., itd. - słowem miał w sobie wszystko, co niejednego człowieka przykułoby na zawsze do fotela. On jednak jeździł - mimo uciążliwości i niebezpieczeństw. W swych podróżach odwiedził i Włochy, i wiele księstw niemieckich, Szwajcarię, Grecję, Francję, Hiszpanię, Portugalię, Anglię, Szwecję, Norwegię, a raz nawet - co w tamtych czasach było dość ryzykowne - dotarł do Konstantynopola! Ogromnie ciekawił go świat. Jako outsider lubił - stojąc z boku - przyglądać się życiu, śledzić zachodzące w świecie zmiany. Pasjonował się ludzką wynalazczością, technicznym postępem. Było też w nim coś z wierzącego w potęgę nauki wizjonera. Ledwie piętnaście lat po tym, jak ruszyła pierwsza kolej żelazna, baśniopisarz przewidział budowę... tunelu pod kanałem La Manche! W profetycznym obrazku "Za tysiąc lat", wyprzedzającym o dwie dekady "W osiemdziesiąt dni dookoła świata" Juliusza Verne'a, Hans Christian Andersen napisał: "Do Europy! - słychać wśród młodych pokoleń Ameryki. - Do kraju ojców, do Europy, do cudownego kraju wspomnień i fantazji! -- Przybywa powietrzny statek; jest pełen podróżnych, czas przejazdu jest bowiem krótszy niż morzem (...). Już widać Europę, to wybrzeża Irlandii, lecz pasażerowie jeszcze śpią, obudzi się ich dopiero, gdy będą nad Anglią; tam staną na ziemi europejskiej, w kraju Szekspira, jak mówią synowie ducha, w kraju polityki i maszyn, jak mówią inni (...). -- Podróż biegnie teraz przez tunel pod kanałem, do Francji, kraju Karola Wielkiego i Napoleona (...). -- Powietrzny parowiec leci (...) nad ziemią, nad morzem, do Italii(...). Do Grecji, by przespać jedną noc w drogim hotelu na szczycie Olimpu, i już się tam było (...). Leci nad resztkami wspaniałych miast, nad wartkim Dunajem (...), tu i tam powietrzna karawana ląduje i znowu się wznosi (...). Jeden dzień pobytu w Niemczech i jeden na Północy (...) - Dużo jest do zobaczenia w Europie! - mówi młody Amerykanin. No i zobaczyliśmy ją w osiem dni, jak wielki podróżnik (...).

 Celem wędrówek Andersena były bardzo często europejskie dwory i salony, gdzie składano mu hołdy, które syn ubogiej praczki skrzętnie i ze wzruszeniem odnotowywał. Pijał czekoladę z koronowanymi głowami, został serdecznym przyjacielem Karola Aleksandra, księcia prowincji Saksonii - Weimaru - Eisenach, poznał mnóstwo ludzi, w tym wielkich twórców, wśród których wymienić można tak znakomite postaci, jak: Aleksander Dumas, Victor Hugo, Balzac, Bertel Thorvaldsen (rzeźbiarz ten, syn islandzkiego snycerza, był pisarzowi szczególnie bliski, bo podobnie jak on, wydobył się o własnych siłach z biedy), Karol Dickens (którego zresztą zmęczył nieprzytomnie), Bjornstjerne Bjornson (ten miał chyba najwięcej wyrozumiałości dla dziwactw Andersena) czy nordycki król poetów Adam Oehlenschlager... Jednakże - choć to twórcze rozbieganie wyglądało jak bajka - życie autora "Królowej śniegu" nie było szczęśliwe. W tłumie, w zgiełku odwiedzanych miast, pozostawał człowiekiem samotnym, zagubionym, skłonnym do samoudręki. Nigdy nie założył rodziny, całe życie mieszkał w hotelach, wynajmowanych pokojach, bądź gościł w zaprzyjaźnionych dworach. Nigdy nie był z nikim tak naprawdę związany.

 Bardzo zawiłym problemem była jego seksualność, która, co ciekawe, właściwie nigdy nie stanowiła przedmiotu zainteresowania badaczy, tak jakby sprawa ta była czymś krępującym i niestosownym. Jego korespondencja i dzienniki zdradzają, że pociągały go obie płcie - jednak obiekty jego westchnień zawsze pozostawały gdzieś daleko, poza zasięgiem. Gorącym uczuciem darzył syna swego możnego protektora Edvarda Collina, ale ten odnosił się doń zawsze protekcjonalnie; wielbił cudowną, wielką gwiazdę tamtych lat, szwedzką śpiweaczkę Jenny Lind - ta jednak zapewniała go tylko o serdecznej przyjaźni; miał też niewinny romans z tancerzem Haraldem Scharffem, ale i ten związek z czasem ostygł... W rzeczywistości jednak miłość przeżywał w sposób zastępczy - snuł marzenia i skrupulatnie odnotowywał w raptularzu swe masturbacje. Na inne rozkosze nigdy się nie zdobył. Nawet wtedy, gdy latał po paryskich burdelach otoczony ożywiającą go zawsze młodością, nie pozwalał sobie na zwolnienie blokady; oczekując, aż przyjaciele sobie ulżą, wybierał sobie prostytutkę, płacił, tylko po to, by na nią popatrzeć i z nią pogawędzić. Seks był najwyraźniej dla Andersena czymś brudnym. Widać to choćby w powieści "O. T.", gdzie jest on ciemną siłą, emanującą z kryminalnego podziemia; czy w baśni "Rodzina Grety z kurnika" dającej do zrozumienia, że seks degraduje społecznie. Karze też swych bohaterów, czy raczej bohaterki (mała syrenka, driada) za cielesną miłość, i w ten sposób, być może - jak sugeruje Jackie Wullschlager - podświadomie wymierza sobie samemu karę za seksualne pragnienia, których nie potrafi zaspokoić.

 Do tych wszystkich duchowych i erotycznych bolączek dochodziło jeszcze jedno cierpienie - fizyczne, towarzyszące twórcy przez całe życie, a mianowicie ból zębów. (Sam dobrze wiem, ile problemów potrafią one sprawić, bo Natura sprawiła mi paskudnego psikusa, wyposażając mi szczęki w coś bardzo kruchego - tak że mam dziś w ustach więcej dentystycznego betonu niż prawdziwych zębów (gryzę kamieniami - koszmar). Obecnie jednak łatwiej walczyć z bólem i ubytkami niż w XIX wieku...)  Andersen był jednym z pierwszych twórców, którzy wykorzystali literacko swoje cierpienia z powodu dokuczającym im przez całe życie zębów. W baśni "Ciocia Bólzęba" pisarz przemienił nękający go problem, do którego na starość dołączyła jeszcze bezsenność, w halucynacyjną, modernistyczną opowieść o związkach cierpienia ze sztuką.

 Zęby - ich nietrwałość, psucie się, rozkład przypominały mu ciągle o śmierci. Budziły się w nim też obawy, że w podobnym kierunku zdążać będzie wybujała z jego wyobraźni sztuka, że jest ona czymś jałowym i nietrwałym, jak pakowy papier, że w istocie jest tym samym, co ulegające stałemu, powolnemu rozkładowi życie, że wsztstko pójdzie na przemiał. Sztuka jednak przetrwała. No i wraz z nią sam Andersen, choć jego ciało, razem z zębami dawno temu znikło. Wielka indywidualność, która ukazała innym, jak krętymi ścieżkami potrafi chodzić talent, jak bolesna była adaptacja biednego dziecka do mieszczańskiej kultury w pierwszej połowie XIX wieku i która dzieli się z nami do dziś swoim zachwytem nad życiem zmieszanym z poczuciem kompletnej absurdalności tegoż, i którego dzieła zapłodniły wiele twórczych umysłów, wśród których znajdują się choćby takie postaci, jak: Oscar Wilde, August Strindberg czy Tomasz Mann (ten ostatni przez całe życie wracał do Andersenowych baśni, a o "Dzielnym ołowianym żołnierzyku" powiedział: To przecież historia mojego życia!), a jednocześnie wielki, straszny, przeokropny egocentryk, denerwująco uniżony wobec wielkich tego świata, prowadzący nieznośne wyliczanki poznanych królów, książąt, krążący po dworach w poszukiwaniu oznak uwielbienia, nie panujący nad siłą zmuszającą go do szukania sławy, czasem wręcz nietaktowny, wtedy, gdy np. zawracał głowę swoimi bolączkami i głupstwami przyjaciołom pogrążonym w bólu i żałobie po utracie dziecka...

 Georg Brandes - wielki historyk literatury, jeden z pierwszych odkrywców prawdziwej wartości dzieł Andersena i poważnych krytyków, który poznał zresztą w młodości baśniopisarza, pisząc o jednej z jego autobiograficznach książek, zanotował  "Jego osobowość niemal w ogóle nie jest zestawiana z czymś większym niż ona sama, nigdy sama siebie nie określa, nigdy nie uwalnia się od ego. Rewolucja z 1848 roku pojawia się w tej książce jak kichnięcie; czytelnik jest zdumiony, gdy zdarzy się, by autor mu przypomniał, że poza nim w ogóle istnieje jakiś świat".

wtorek, 10 lipca 2007
Andersen. Cuda, zęby i wszystko na przemiał (2)

 Choć Andersen lubił powtarzać opowiastki babki o jej rzekomym arystokratycznym pochodzeniu i chętnie opromieniał światłem romantycznej legendy swoich rodziców, wiemy doskonale, że rzeczywistość przedstawiała się zgoła inaczej. Tak naprawdę przyszedł na świat w typowej biednej duńskiej rodzinie, która od życia mogła tylko oczekiwać, że będzie ciężkie i raczej krótkie. Ojciec szewc, matka praczka, na dokładkę dziadek trawiony chorobą psychiczną (Andersen całe życie obawiał się, że sam wpadnie w obłęd), ciotka prowadząca dom publiczny w Kopenhadze i przyrodnia siostra, która, gdy pisarz stał się już znany, przychodziła do niego po pieniądze i której bardzo się wstydził. Te szczegóły były dlań zawsze kłopotliwe.

 Młodziutki Andersen - mający na swym koncie sporo traumatycznych doświadczeń - utwierdzał się w przekonaniu, że chce zostać artystą. Nie pasował do otoczenia, był inny, dziwaczny, delikatny. I szczęśliwie nie przepadł w środowisku robotników. Od natury otrzymał piękny głos, którym udało mu się oczarować miejscową śmietankę. Odense, rodzinne miasto pisarza, nazywano często małą Kopenhagą, była tam bowiem letnia rezydencja królewska, ekskluzywne klasztory dla niezamężnych szlachcianek, a także teatr wyrażający kulturalne aspiracje burżuazyjnej elity. Ten świat powodzenia, szczególnie tam, w małym, prowincjonalnym miasteczku, niezwykle silnie kontrastował z życiem sfer, z jakich wywodził się Andersen. I te jaskrawe różnice społeczne szalenie mobilizowały ambitnego młodzieniaszka. Ów wspomniany głos, dzięki któremu zyskał przydomek "słowika Fionii", otworzył mu drzwi na miejscowe salony, gdzie śpiewał i recytował wiersze, prezentując się jako obdarzony niezwykłym talentem nieokrzesany wiejski geniusz. To dodało mu pewności siebie i zaostrzyło apetyty. Być kimś, zrobić karierę, być przedmiotem powszechnej uwagi. Marzył o teatrze. Jako czternastolatek opuścił dom rodzinny, matkę i ojczyma, z którym nie mógł dojść do porozumienia. Miał trochę odłożonego grosza i głowę pełną planów. Pierwsze zetknięcie z Kopenhagą nie było łatwe. Napisanie dramatu na scenę Teatru Królewskiego - jego największe marzenie, pozostało nie spełnione. Miał bowiem problemy z ortografią (których zresztą nigdy się nie wyzbył) i raził potworną ignorancją, co spotykało się z drwinami. Tkwiło w nim jednak coś, bo wysłano go do Jonasa Collina, dyrektora teatru i królewskiego funduszu wspierającego stypendiami obiecujące osoby. To dzięki niemu Andersen skończył gimnzjum (nawiasem mówiąc edukacja jego przebiegała w klimacie dalekim od sielanki) i wstąpił na swą wspaniałą pod wieloma względami życiową drogę. Z rodziną swego dobroczyńcy był zresztą związany do końca życia, chociaż zawsze w stosunkach z jej członkami było sporo chłodu - nawet wtedy, gdy pisarza otaczała już sława żywego klasyka, Collinowie dawali mu odczuć dzielący ich społeczny dystans.

 Trzeba przyznać, że Andersen pojawił się w czasach bardzo sprzyjających ludziom z jego osobowością. Jeszcze w czasach Odense późniejszy baśniopisarz grał doskonale, choć może nie do końca świadomie, na strunach romantycznej idei niewinności. Miał szczęście, że zjawił się w Kopenhadze właśnie w momencie, gdy idealizujący dziecięcą niewinność romantyzm stawał się nurtem dominującym. I był to czas łaskawy dla samorodnych talentów. Nie bez znaczenia pozostawała tutaj też polityczna sytuacja ówczesnej Danii. W latach dwudziestych XIX stulecia Dania była krajem obolałym po serii klęsk:zwycięstwo Anglii w bitwie o Kopenhagę w 1801 r., angielskie bombardowanie w 1807, bankructwo państwa ogłoszone w 1813, Kongres Wiedeński, decyzją którego Dania utraciła w 1814 Norwegię, swe najważniejsze zagraniczne dominium... Po tych wszystkich wypadkach życie polityczne w kraju ledwie się tliło, dzięki czemu Duńczycy z wielkim zapałem zwrócili swą uwagę na literaturę i sztukę. Andersen, znajdujący swoje powołanie w pisarstwie, szybko sobie uzmysłowił, że poezja to wielki atut w towarzystwie. Do roku 1848 życie artystyczne pochłaniało energię, która w wypadku innych narodów służyła polityce, a wynikiem tego był bezprecedensowy w historii Danii złoty wiek kultury, rozkwitu malarstwa, muzyki, literatury i filozofii. Niebywała zupełnie konstelacja talentów nadawała charakter Kopenhadze - wśród nich wymienić można tak wspaniałych ludzi, jak: jeden z najsłynniejszych rzeźbiarzy świata Bertel Thorvaldsen; malarze Christoffer Eckersberg, Martinus Rørbye, Christen Købke; choreograf Auguste Bournonville; poeta i teaolog Nicolai Frederik Severin Grundtvig; autor popularnych wodewili i heglista Johan Ludvig Heiberg oraz jego żona, aktorka Luise Heiberg; filozof Søren Kierkegaard... To z pewnością musiało dodawać Andersenowi energii...

Dziś pamiętamy raczej o Andersenie - baśniopisarzu, jednak jego dorobek artystyczny jest o wiele bardziej obfity. Hans Christian Andersen był także płodnym dramaturgiem, poetą, autorem książek podróżniczych, powieściopisarzem. Można powiedzieć, że żył swoją pracą - bez pisania usychał. W dobrym dla artystów klimacie rozwijał skrzydła i powoli, dzięki wsparciu wierzących weń ludzi, zdobywał uznanie, grając w dalszym ciągu na tę samą nutę, co w Odense. W istocie przez całe życie był takim "niewinnym dzieckiem", bardzo skupionym na sobie i żarliwie pielęgnującym zdobytą pozycję. Z pewnością fakt, że dzięki swym zdolnościom zdołał wejść w świat wysokiej kultury i zamożności, kazał mu tak postępować. Przepaść, jaka dzieliła jego ubogie pod względem materialnym dzieciństwo i jego karierę słynnego w Europie pisarza, musiała skłaniać do nieustannej introspekcji. Niemal wszystkie jego utwory to efekt takiego wręcz obsesyjnego zaprzątnięcia własną biografią, a najcenniejsze i najbliższe prawdy jego autoportrety zawierają stworzone przezeń baśnie, w których też przebogata wyobraźnia znalazła dogodne ujście. Można rzec, że to wszystko, co sam autor nazywał autobiografią, było w gruncie rzeczy sentymentalną bajką, zaś to, co było baśniową fantazją, kryło w sobie prawdę o nim samym. To baśn pozwoliła mu znaleźć właściwy język porozumienia z publicznością (nie małą rolę odegrało tu odkrycie twórczości E. T. A. Hoffmanna) i stała się dlań parawanem, dzięki któremu mógł się odkryć - w nich można odnaleźć wszystkie jego kompleksy, lęki, wątpliwości. I tak np.: w "Małej syrence" opowiadał historię odmienności, która skazuje bohaterkę na niemożność zaznania miłości i jej realizacji; "Brzydkie kaczątko" to obraz jego życiowej drogi; "Choinka" z kolei opowiada o iluzoryczności społecznego awansu (poczucie, które zawsze Andersena prześladowało), a niesamowity "Cień" wyraża lęk autora przed utratą własnej osobowości pod ciężarem stworzonego na swój temat mitu...

 Andersen eksploatował swoje doświadczenia, odwoływał się do świata swego dzieciństwa, z którego wyrastała jego wyobraźnia: by jednak zaprezentować ową wyobraźnię i oczarować nią publiczność, musiał odciąć się od tamtego świata, co zrodziło w nim poczucie wykorzenienia. Trudna była to sytuacja - jakaś, można powiedzieć - totalna już odmienność. Nieuleczalne nieokrzesanie, emocjonalna niedojrzałość, dziwaczny, a właściwie - co tu dużo gadać - szkaradny wygląd, homoerotyczne skłonności, lęki nagromadzone w dość przesadnej liczbie, niskie pochodzenie... (W sumie wszędzie, w każdej grupie, w której ktoś taki by się znalazł, mógłby uchodzić za kogoś, kto spadł na Ziemię z jakiegoś innego świata). To wszystko skazywało go na bolesną, powikłaną samotność...

 

Nieskładny ciąg dalszy nastąpi...

 
1 , 2