BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
wtorek, 29 lipca 2008
Bo był bez butów...

 No, i już w domciu. Zabawiliśmy ostatnio trochę w góralskich lasach. Przy dość marnej pogodzie. Ech, ten nasz klimat! Coraz bardziej zapomina, co to umiar. Same skrajności - albo susza, albo powódź... --- Nam się trafił mały potop. Ale generalnie było bardzo przyjemnie... --- Koleżanka się skarżyła - EEEE, z tobą to tak zawsze - tak, tak, spotkamy się, pogadamy, wlejemy znowu coś w gardełko... I co? I guzik! Jest miło, wesoło, a potem znikam... I człowiek się może na śmierć zaczekać... Mijają miesiące, lata... Tym razem jednak do ponownego spotkania doszło nadspodziewanie szybko! - Chcesz najazdu? Ja, Franek, dwa kundle... - Jasne, przyjeżdżajcie, miejsca jest od cholery... No to spoko... Przyjechaliśmy, zostaliśmy ulokowani na sympatycznym i przytulnym poddaszu... Chłód i deszcz nieco pokrzyżował nam plany wycieczkowe, ale... Ostatnio dochodzę do przekonania, że moją pogodą są chmury, opady... Upał jest jednak zbyt prostacki. I tak sporo żeśmy połazili, a oprócz tego fantastycznie nam się przesiadywało na werandzie przy orzechówce, na pogaduchach... Nasze rozmówki są zawsze czarujące i cieszę się ogromnie, że Franek się powoli wciąga... Wszyscy jesteśmy dobrze wychowani, i jak na takich ludzi przystało, rozmawiamy o wszystkim na niczym się nie koncentrując (dzięki temu zawsze z rozmowy coś wynika, a poza tym taki sposób konwersowania przynosi mnóstwo radości). Tylko ludzie źle wychowani dyskutują i przerzucają się argumentami, uczepieni tematu. Argumenty to coś nieznośnego, są bowiem zawsze w złym guście i na dodatek przekonywające... No, a tak poza tym troszeczkę można się było zaszyć w kącie przy szumie deszczu z tomikiem utworów Herberta... I jeszcze na dodatek trochę poćwiczyć z Frankiem... ---- No, ale było, mineło... Trzeba było wrócić, bo Franek niestety ma jeszcze zobowiązania; wczoraj się biedak tylko przepakował i dziś o świcie ruszył na kilka dni do Austrii... A ja... A mnie się z kolei zaczynają dwa tygodnie dobroci dla zwierząt: mokrych i suchych... Znajomi ruszyli na jakieś tam dłuższe i zakrapiane grzybobranie (ciekawe czy przy tej suszy, jaka trapi zach. Polskę, coś uzbierają...) a ja się zobowiązałem mieć oko na ich mieszkanie - będę więc podlewał kwiatki i karmił rybki... I do tego doszedł mi jeszcze kot, kot mojej śp. mamy... Przyjaciółka, która się nim zajęła, odlatuje jutro na trochę gdzieś w świat, tak więc mam jeszcze drugi dom do obskoczenia... Znowu będę ja i cicia, która, ku mojej wielkiej radości bardzo się u znajomej zadomowiła... Jest przekochana. Uzgodniliśmy, że nie będziemy jej zmieniać otoczenia, tym bardziej, że moje psy mają okropnie antykocie nastawienie. Kicia sobie zostanie w swoim nowym domu, a ja ją tam będę odwiedzał, zmieniał kamyczki, wodę i dawał papu... To w końcu tylko półtora tygodnia...

 I co jeszcze. Kolejny wakacyjny wypad dopiero pod koniec sierpnia, tak więc na razie pozostaje lato w mieście... I nieco uciążliwej pracy... Ale to nic.

 Kumulacja, kumulacja. Szczęściarz może skosić dziś trzydzieści pięć milionów! Ja też się skusiłem. Skromnie. Raz. Na chybił-trafił. Może się uda...

 I to tyle... Ach, jeszcze taki drobiazg. Ostatnio na górze Esja w pobliżu Reykjaviku zginął Polak. W dość dziwnych okolicznościach. Miał ów człek ledwie 26 lat. Najprawdopodobniej ześwirował. Rok temu przyjechał do Islandii, podjął tam pracę... Miał dobrą opinię: spokojny, cichy, obowiązkowy... Ponoć bardzo fascynowała go islandzka przyroda. I co się stało, co drzemało w tym spokojnym człowieku?... Nagle opuścił bez słowa miejsce pracy, a niedługo potem jakieś dwie turystki zaalarmowały policję, że na Esję pnie się zupełnie nagi mężczyzna... Tutaj ciekawa rzecz... Islandia to taki kraj, gdzie największy nawet świr traktowany jest z wielką wyrozumiałością... Szaleniec, zbok, pederasta - normalka... I pewnie goły facet w górach też nie wzbudziłby poważnego zainteresowania, gdyby nie to, że był nawet bez butów... (Sam się zastanawiam, jak zareagowałbym na taki obrazek i przypuszczam, że nie zrobiłbym nic, gdybym na szlaku spotkał gołego gościa, ale obutego... Natomiast goły gość w górach bez butów wzbudziłby chyba we mnie jakiś niepokój... Tak jak w tych turystkach...) Oczywiście po alarmie wszczęto poszukiwania, które jednak, ze względu na pogarszające się warunki pogodowe, trzeba było przerwać... Nagi człowiek został odnaleziony na drugi dzień, niestety martwy... Hm... Cóż powiedzieć... Człowiek to zastanawiające zwierzę... Nagle wychodzi bez słowa, by się na dobre zjednoczyć z ubóstwianą Naturą... Na czarującej górze Esja, która potrafi zmieniać kolory... Nago. Chociaż to straszne, piekielne, jest w tym jednak coś fantastycznego.

14:07, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (5) »
sobota, 19 lipca 2008
deLillos

(...)

Jorden går rundt, den går rundt og rund seg selv

natten blir dagen, og dagen blir enda en kveld

Elsk meg i morgen var alt som jeg klarte å si

 å, kjære gamle venn

 du vet at alt kan bli bra igjen

 å, kjære gode venn

 la oss slutte å lure på meningen

 

  å, kjære gode venn

  la oss slutte å lure på meningen

  å, kjære store venn

  du og jeg og livet er sammen...

 

 

12:49, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (3) »
piątek, 18 lipca 2008
Echa i cienie 8
 Dawno temu to było. Mały, skopany paniczyk, droga zabaweczka mamusi, zabaweczka, która bardzo nie lubiła się brudzić. (Do dziś mi to zostało - nie daj Boże jakaś najdrobniejsza nawet plama! Wystarczy, że uszkodzę swą nieskazitelność choćby - dajmy na to - kropelką czerwonego wina, momentalnie tracę humor i chcę wracać do domu. Nie mogę funkcjonować będąc splamionym - ściślej - mając splamioną swą powłokę, bo środek - pal licho... [Przypuszczam, że gdybym posiadał obraz podobny do tego, jaki skrywał w swym domu Dorian Gray, widniejącą na nim twarz szpeciłoby coś obleśnego]. Do życia niezbędne mi są też czyste ręce, czyste naturalnie nie w sensie metaforycznym. Fatalnie doprawdy się czuję, kiedy nie mogę ich umyć!! Czyste ręce to podstawa! Czyste i suche!! [Brr - nie znoszę ludzi, którym pocą się dłonie. Sam na szczęście nie mam w zasadzie tego problemu, chociaż raz zdarzyła mi się przygoda ze spoconymi dłońmi, przygoda bardzo nieprzyjemna, wściekle nieprzyjemna! Przygoda na policji! Szczęśliwie nie zostałem na ową policję zawleczony przez patrol, tylko otrzymałem wezwanie... Stawiłem grzecznie pod wskazanym adresem, trochę zaniepokojony, bo miałem w pamięci dość dziwaczną, jeszcze wtedy nieodległą, sprawę, w której tle było zabójstwo, i sądziłem, że oto znowu z tego właśnie powodu zjawiam się w siedzibie stróżów prawa i porządku... Tajemnicza rzecz... Było to tak - kiedyś zadzwonił telefon, rano. - Czy pan taki i taki? - Owszem. - Komisariat policji. Jakiś pan mi się grzecznie przedstawił, podał swój stopień i poprosił mnie o niezwłoczne stawienie się przed jego obliczem. Zgłupiałem, ale cóż - policja wzywa, zatem... Na miejscu uprzejmy funkcjonariusz poprosił bym spoczął i wciągnął mnie w dość dziwną rozmowę... O co chodzi? Po chwili się wyjaśniło. Zgroza! Pan policjant okazał mi fotografie, wstrząsające, bowiem ukazana na nich twarz należała do kogoś martwego. - Chciałbym, żeby pan przyjrzał się tym zdjęciom. Czy rozpoznaje pan tego człowieka? -- Nie miałem zielonego pojęcia, kim była ta osoba i spytałem, dlaczego muszę oglądać te nieprzyjemne obrazki? Dowiedziałem się, że ktoś temu nieszczęśnikowi pomógł rozstać się z tym światem. A zostałem poproszony, ponieważ jedyną rzeczą, jaką znaleziono przy zwłokach, był notes, w którym m. in. figurowały moje dane: adres, numer telefonu. Nie muszę chyba mówić, jak bardzo byłem tym faktem zaskoczony: zupełnie obcy facet, zatłuczony w innym, odległym mieście, z drobnym zapiskiem w kapowniku sugerującym znajomość z moją osobą... Nie potrafiłem pomóc policji w ustaleniu tożsamości denata. Jedyne, co mogłem w tamtej sytuacji powiedziec, że to jakieś makabryczne jaja! Niepojęta rzecz! I byłem nieco przerażony, bo wyobraziłem sobie, że wpdnę w jakieś absurdalne kłopoty.-- Kogo mógł znać ten gość, skąd wziął mój telefon, w jakim celu? Człowiek wprawdzie spotykał na swej drodze mnóstwo ludzi, niekiedy też nawiązywał kontakty, z których spowiadanie się byłoby może trochę albo nawet więcej niż teochę krępujące, niemniej... Adres, telefon? Czy zdarzył się jakiś ambarasujący przypadek nieprzytomności z efektem w postaci takiego notesowego upamiętnienia? Do dnia dzisiejszego nie wiem, kim był tamten człowiek, czy w ogóle coś ustalono, czy ktoś odpowiedział za jego zabójstwo. Mój udział w całym dochodzeniu ograniczył się tylko do tego jednego spotkania, bo okazałem się zupełnie nieprzydatny. Ale, jak wspomniałem, rzecz cała mnie zdenerwowała, przeraziła i przez jakiś czas wiele o niej myślałem, bo to jednak dość niesamowite i niecodzienne być, choćby w tak symboliczny, nieznaczny sposób w relacji z kimś zamordowanym... -- A teraz myślę sobie jeszcze, przypomniawszy sobie kwestię z pewnego filmu, którego tytułu już niestety nie pamiętam, jak bardzo, wbrew pozorom, jesteśmy powiązani z właściwie każdym człowiekiem na tej ziemi... Wystarczy znależć tylko odpowiedni trop, by od dowolnego człowieka poprowadzić łańcuch ludzi łączących go z naszą osobą. Czasem te powiązania potrafią być zgoła zaskakujące. Ot - pierwszy z brzegu przykład - ja i poprzednia głowa państwa. Osobiście byłego prezydenta nie znam, ale chcąc poprowadzić łańcuch łączący go ze mną, odkrywam, że może być on niezwykle krótki, składający się ledwie z dwóch ogniw, i - zdumiewające - idąc ode mnie, pierwszym z nich jest... pewien arystokratyczny pijaczyna z sąsiedztwa, którego brat już sięga tych tam politycznych wyżyn. Tak więc, biorąc za punkt wyjścia nawet najbardziej niepozorną istotę, można dojść właściwie wszędzie - i w ciemne zakamarki, i na salony... Z ludźmi jest jak z drogą... Moja niewielka uliczka, którą widzę przez okno, stanowi przecież szeroko otwartą bramę do jednego wielkiego wszędzie, bo jest częścią systemu dróg... Żeby dotrzeć do właściwego miejsca, potrzebna jest jedynie mapa i odpowiednie drogowskazy. Nie mam niestety żadnych wskazówek jeśli idzie o tamtego nieszczęśnika, którego pośmiertne portrety oglądałem na policji - jego personalia pozostają dla mnie tajemnicą, a bez nich rozwikłanie zagadki jest niemożliwe i pozostaje wyłącznie świadomość, że gdzieś tam ktoś ukatrupił człowieka, który z sobie tylko wiadomych powodów miał w notatniku moje dane. --Kolejna wizyta na policji nie miała, jak się szybko okazało, nic wspólnegfo z tamtym ponurym wydarzeniem. Tym razem chodziło o... włamanie. Zostałem zaproszony na przesłuchanie w charakterze świadka, ale takiego świadka lekko podejrzanego. Wściekłem się, kiedy dotarło do mnie, że poszkodowanym przez rabusia był dość od pewnego czasu wrogo do mnie usposobiony znajomy, paskudny fałszywiec, który po utracie jakichś tam swoich drogocenności, w swego rodzaju mściwym dochodzeniowym szale, wskazał na moją osobę, jako na potencjalnego sprawcę. Dowiedziałem się, że ponoć jego dom nie miał dla mnie żadnych tajemnic! - No, rzeczywiście! W pewnym sensie nie był mi obcy. Szybko opanowałem rozkład pomieszczeń, tak że bez trudu trafiałem tam, nawet w pijanym widzie, do toalety i zawsze, co jakoś dziwnie nigdy mnie nie zaskakiwało, umiałem bezbłędnie zlokalizować drzwi wyjściowe! Tak czy siak, musiałem się policjantowi wyspowiadać: kto, co, jak, kiedy, w jakim celu, za czym, przy kim, z kim, pod kim, nad kim, dokąd... Potem pozostało jeszcze odczytanie wyklepanego na zdezelowanej maszynie zeznania i złożenie na nim podpisu i można było przejść do głównej "atrakcji" tego kłopotliwego spotkania. - Będę musiał pobrać jeszcze od pana odciski palców. - Co takiego? --Myślałem, że mnie pokręci! Poczułem się upadły do granic! Dno! Policja, odciski linii papilarnych... Paranoja! --Pan policjant wyraził ubolewanie, niemniej, cóż... --Jakie to było upokarzające! Gdyby jeszcze tę okropną czynność wykonano w jakimś miejscu gwarantującym dyskrecję, ale gdzie tam - pobrano mi odciski na oczach rozmaitych ludzi, na korytarzu! Zapamiętałem sobie szczególnie jedną taką panią o aparycji dobrze już wyeksploatowanej kurwy, która, gdy facet babrał mi palce, puściła mi oko i pogroziła paluszkiem! I żeby jeszcze cała ta operacja przebiegała sprawnie i szybko - a tu nic, paluchy odbijały się niewyraźnie, bo mnie, mocno już podenerwowanemu, solidnie spotniały dłonie. Jak na złość! Ojojoj - nadwiślański Colombo nabrał nawet pewnych podejrzeń. Przypatrywał mi się badawczo i spytał: - Często pocą się panu ręce? --Kurwa mać - im bardziej je wycierałem, tym bardziej były mokre! Obłęd w ciapy! Poczułem gorąco na twarzy - nieomylny znak, że poczerwieniałem. Wreszcie jednak poodbijały się te cholerne palce. - Bardzo pan nerwowy - zawyrokował stróż porządku. --Koniec świata. Jeszcze trochę, a krzycząc, wyznałbym, że jestem sprawcą wszystkich przestępstw ostatnich dziesięciu dni! Czułem się jak osaczony zwierz - z jednej strony zawodowo skręcony, interpretujący po swojemu moje podenerwowanie facet, z drugiej jakaś weteranka zmysłowych uniesień, przekonana, że coś nabroiłem, oprócz tego zgraja innych ludzi - psów, zatrzymanych... Jak to niewiele potrzeba, by poczuć się jak ktoś z nieczystym sumieniem... Wypadłem stamtąd wściekły, mokry z wrażenia - więcej - kompletnie zdruzgotany tym, że choć niczego nie przeskrobałem, poprzez swoje reakcje, wzbudziłem pewne wątpliwości. Paskudna sprawa! I wszystko przez to głupie ciało, któremu raptem zachciało się pocić. Zamiast popatrzeć na wszystko z góry, cały ustrój ślicznie i bojowo się zmobilizował, bo przecież spocone dłonie ułatwiają uchwycenie przeciwnika w zaciętej walce. Ale cóż poradzić - pod względem czasowym zasadnicza orientacja wyprzedza szczegółową i z tego powodu niekiedy powstają  kłopotliwe sytuacje. Na szczęście niezbyt często mi się coś takiego przydarza, raczej nie chcę łapać i obezwładniać przeciwnika, tylko wychodzę światu naprzeciw, może bez przesadnej kordialności, ale za to z suchymi dłońmi. -- Tak, tak, i tyle trzeba było napierdolić, żeby powrócić do czystych i suchych rąk paniczyka!) Zabaweczka. Chłopczyk... I oczym to ja chciałem? Ach tak - dawno to było...
17:14, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (3) »
Echa i cienie 8 (cd)
 O ile sobie przypominam... Tak, stało się to w trakcie jakiejś rodzinnej uroczystości, uroczystości na świeżym powietrzu, na wsi. Rodzina - wówczas była to jeszcze dość spora gromadka, z której dzisiaj pozostały już tylko niedobitki, nie potrafiące na dodatek docenić nawzajem swojego istnienia, coraz bardziej oddalone od siebie, obojętne, obce... Siedzieliśmy przy suto zastawionym stole, radośni, rozśpiewani (Ach, jak pięknie śpiewała moja mama. Jej siostra zresztą też. Obie były niezwykle muzykalne i obie zupełnie zaniedbały swoje zdolności.)... Lubiłem te huczne, radosne spotkania, lubiłem bawić się w towarzystwie dorosłych, znacznie bardziej niż z rówieśnikami... (Do dziś lubię towarzystwo osób starszych od siebie. Bo, doprawdy, wśród rówieśników i młodszych od siebie znajduję bardzo często albo kompletnych idiotów, albo jakichś rozintelektualizowanych nudziarzy z bajecznie wypielęgnowanymi nerwicami, całych w słownych obudowach [chciałoby się zawołać - jakże kręci dziś demon ludziskami - i jakiż drogi, gdy uczenie opisany!], wśród starszych natomiast, utworzonych w innych czasach, widzę więcej dystansu, spokoju, pogody, równowagi i prawdziwej młodzieńczości...) I to się nawet podobało mojej mamie, bo ona uwielbiała popisywać się swoim niby to cudownym dzieckiem, które szybko, miast cieszyć się urokami dzieciństwa, zrobiło się stare i przemądrzałe (jakie to szczęście, że przynajmniej później mogłem sobie trochę zdziecinnieć, i mam nadzieję, że pobędę sobie jeszcze trochę młody) i nadto pogardliwe wobec przedstawicieli swego pokolenia... Noc była śliczna, pogodna, ciepła, jedna z tych, kiedy człowiek w jakiś szczególny sposób, rozkoszny, cieszy się z tego, że po prostu jest. Była to noc spadających gwiazd. Z entuzjazmem zwróciłem uwagę na to czarujące zjawisko: - Popatrzcie, jak pięknie! --Jedna z ciotek powiedziała mi, bym sobie pomyślał jakieś życzenie, jeśli jeszcze ujrzę jakąś spadającą gwiazdę... Tak też uczyniłem. Stare dziecko w swych pragnieniach nie wykazało się przesadną fantazją - przeciwnie - okazało się bardzo przyziemne, pragmatyczne. Z bijącym sercem, z dreszczem, bo przecież myślami wybiegałem ku niezgłębionym, tajemnym mocom dającym mi sygnał, że oto wyczekują na me życzenie, powiedziałem w duchu: - Żeby mi nigdy nie brakowało... pieniędzy... I cóż powiedzieć... Hm... Niebo wzięło pod uwagę moją prośbę i być może zaklepało mi w swych papierach, żem przeznaczony może nie do bogactwa, ale do pewnej, powiedzmy, chwiejnej zasobności. Niebo może mruknęło: - Pieniędzy chcesz? - I dodało po chwili zastanowienia: - Dobra, kurna, gnoju. Będziesz je miał, ale nie licz na to, że ci życie dupska nie skopie! No i skopało, a jakże, ale dziś sobie myślę, że, cholera, niech tam - naoglądałem się umierania, nadoznawałem się zawodów, rozczarowań, wiem, że życie zawsze było, jest i będzie pełne podłości, strat, ale mimo wszystko zasługuje ono na to, by odnosić się doń z sympatią. Wszyscy skończymy marnie, w dole, każde życie jest tylko epizodem między nicością a nicością, wiemy - jako byty najbardziej rozbudzone, najszczególniejsze stworzenia - o początku i końcu, ale to wcale nie odbiera życiu wartości - przeciwnie - przez to staje się ono drogocenne, bo przepojone nietrwałością. To w gruncie rzeczy takie wzruszające... Jakże często jesteśmy obici, pełni bólu, ale wśród tych cierpień, na jakie skazała się wola, jest jednak miejsce i na wspaniałe, rozkoszne święto, ciągle to samo, w jakim brali udział i ci, co odeszli, czyniąc nam przez to przykre wyrwy w życiu, bowiem i oni, w lepszym lub gorszym stylu, ale jednak byli częścią owego święta. Nie ma ich co żałować. Trudno współczuć umarłym, tym ,którzy powrócili tam, skąd przyszli i dokąd sami zmierzamy. Pozostają z nami ich cienie, myśli, które im poświęcamy, nie mniej żywe niż wtedy, gdy kołatały się w głowie, kiedy ich bohaterowie obecni byli jeszcze ciałem. Należą do minionego czasu, są równie martwi jak my sami, jak wszyscy, co zamieszkiwali przeszłość... Zawsze dzieje się to samo i nierozsądne jest pytanie: czemu to nas zło dotyka. Pewnie, że jest ono nierównomiernie rozłożone - jednym los zdaje się bardziej sprzyjać, innym zaś rzuca zbyt wiele kłód pod nogi, ale czy widząc pogodę na ludzkich obliczach, jakże drażniącą wtedy, gdy sami doznajemy cierpień, możemy być pewni, że żywoty ich właścicieli to li tylko niestosowne szczęście? I czy sam, w najciemniejszych momentach, dawałem postronnym osobom poznać, że coś mnie gnębi? To, co dostrzegamy, jest najczęściej powierzchnią. Patrzymy na ludzi jak na fotografie, na których uśmiech i pogoda zdają się dominować obok może równie częstego portretowego, zimnego spokoju. A przecież wszystkich nas dotykają nieszczęścia, wszyscy walczymy w swych przypadkowych miejscach, pełni swych ludzkich ułomności, uspokajając się jednak, niczym te Schopenhauerowskie słonie, o których kiedyś tam, chyba z rok temu, na tym blogu wspominałem, pogodzeni w końcu z nieusuwalnym, trwałym złem... -- Kiedym tak włóczył się ulicami tego tak zawsze dobrze mi się kojarzącego miasta, wyrażałem tyle żalu za tym, co minione, za to, że życie tak drastycznie mi się przełamało i że znów napełnia się obawami. A w gruncie rzeczy durne są te nasze strachy! Karmimy nasze lęki patrząc w przyszłość i znacznie bardziej złe nam się zdaje życie, kiedy gości w nas trwoga. Boimy się czegoś, co ma nadejść, drżymy przed kolejną stratą, psując tym smak nowego zysku, szczęście zamieniając w dramat. Lepiej więc może nie pytać - co będzie? --Czy to, co minęło, to wszystko, co złe, a co dziś tkwi w cichym, spokojnym wspomnieniu, nie było kiedyś niejasną przyszłością mogącą, poprzez swą tajemniczość, budzić niepokój? Stało się, co się stało, okazało się do przejścia, nie do końca mnie pognębiło, pozostawiło przy życiu, któremu po krótkim wahaniu powiedziałem - tak, powiedziałem tak niejasnej przyszłości. To chyba św. Augustyn... tak - to w jego Wyznaniach padają mniej więcej takie słowa: Dlaczego lękamy się tego, czego nie ma? Jeśli próżny jest nasz strach, to bodajże on właśnie jest złem, które na próżno dręczy i nęka serce, a zło to o tyle jest większe, o ile mniej mamy powodów, a mimo to lękamy się... Może więc dobrze, że powierzając gwiazdom swe sekretne życzenie, byłem taki rzeczowy i przyziemny? Bo cóż by było, gdybym im posłał jakiś sen nierozsądny o wiecznym szczęściu, o zdrowiu dla wszystkich, o tym, by nikt nigdy nie odchodził, o sławie. Gwiazdy nie odmienią odwiecznego porządku. A parę groszy zawsze się przyda! Także wśród szczególnie dotkliwych kopniaków. I w całej swej baśniowości, która mogłaby sugerować postronnym, żem lekkoduch, lubię pieniądze i traktuję je z rozwagą. Schopenhauer, który doskonale, po mistrzowsku umiał zadbać o swój majątek, zwykł był mawiać - to, że jestem filozofem, nie znaczy, że jestem jednocześnie idiotą! Bardzo mi się to zdanie podoba i sam lubię powtarzać, że tam, gdzie pojawiają się pieniądze, kończy się baśniowy chłopiec, a zaczyna facet, który, choć w szkole miał z matmy naciągane 3, potrafi dobrze liczyć. Pieniądz - w przeciwieństwie do większości ludzi - gdy traktowany poważnie, umie się ładnie odwdzięczyć, choć naturalnie zawsze może zdarzyć się coś nieprzewidzianego, ale to tak jak w życiu... Urok ma ich posiadanie, ale też i ich brak... Dotąd tylko raz byłem w poważnych tarapatach finansowych. Jakiś czas temu znalazłem nawet ślady w zapiskach świadczące o tym zdarzeniu. Masa gorączkowych słupków i wygryzmolone napisy: koniec, katastrofa! Sądząc jednak po rysunkach zdobiących te dramatyczne strony, sytuacja wydawała mi się raczej komiczna... Musiałem się śmiać, kiedym samego siebie powiadamiał na piśmie o możliwej ruinie. I może dzięki temu wszystko jakoś się ułożyło? Bo zawsze się jakoś układa, aż do końca, póki gości śmiech... --"Dobre jest to co minęło/dobre jest to co nadchodzi/a nawet dobra jest/teraźniejszość" - powiada Herbert.  Wraca, czasem gubiący się pośród zgiełku obaw, najgłębszy spokój, radosny, ale  cichy, nie szepczący pocieszeń, nie gruchający z otuchą, której trzeba raczej przerażonym... --- Chodząc po Karl Johan zawsze pamiętam o Munchu, który przecież malował tę ulicę wielokrotnie. Nie sposób wręcz, idąc obok parlamentu, zapomnieć o słynnym obrazie "Wieczór na Karl Johan"... Kristiania - jakże niełaskawe potrafiło być to miasto, o którym Knut Hamsun w "Głodzie" już w pierwszym zdaniu napisał, iż każdego musi ono naznaczyć swym piętnem. O nieprzychylności tego kupiecko - przemysłowego niegdyś miasta dla ambitnych przybyszów z prowincji, dla bidnych studentów, a także pięknych, wrażliwych duchów pisał też Sigurd Hoel i szukał w rozmaitych ludzkich ranach i upokorzeniach powodów ich późniejszej zdrady, w czasach okupacji... Miasto, które się oburzało, choćby na Hansa Jægera, wodza tamtejszej bohemy, głosiciela wolnej miłości, madmiernie, wg mieszczańskiej opinii, zainteresowanego seksem, skazanego za powieść "Fra Kristiania Bohemen" na 60 dni aresztu i wykopanego z posady referenta w parlamencie... (Hans musiał w końcu salwować się ucieczką do Francji, by uniknąć kolejnej odsiadki). ---Munch. Wielkie chłopisko z dłońmi jak bochny chleba, przeżywające swe głębokie lęki. Rodem z lesistego Hedmarku. Dobry kolega Dagny Juel, tej cudownej legendy cyganerii berlińskiej i krakowskiej, przez którą doszło do dramatycznego zerwania między Strindbergiem i Przybyszewskim (W liście do Bengta Lidforssa [też kochanka Dagny] Strindberg napisał: "Ponieważ Polska (tak nazywano Smutnego Szatana w kręgach berlińskich) uwielbia jej menstruacje i jest od niej tak zależny, że poświęca swego męskiego drucha na rzecz zachlanej zdziry, stanowi tym samym śmiertelne niebezpieczeństwo". I rzeczywiście - w jego oszalałej wyobraźni Przybyszewski zamienił się w mordercę i jako taki uwieczniony został pod postacią Popoffskiego w utworze "Inferno". [Swoją drogą ciekawe, co zaszło między Augustem a Dagny. Coś mu musiało nie pójść, bo ten pamiętliwiec znienawidził ją dokumentnie i gdy po latach dotarła doń wiadomość o jej tragicznej śmierci, w dodatku w postaci plotki, że niby to uciekła z kochankiem, który ją potem zastrzelił, odnotował ten fakt w swym pamiętniku z satysfakcją... Ech, Strindberg. Ten mężczyzna z lwią grzywą, co przy atmosferycznych wyładowaniach chował się pod stół. I bał się psów, które to wyczuwały i go żarły])... Munch, autor niepokojących płócien. 
17:14, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
Echa i cienie 8 (cd II)

 W jego notatkach odnaleźć można zdania, które dobrze oddają klimat słynnego "Wieczoru na Karl Johan", zdania o przechodniach rzucających dziwne spojrzenia, o wlepiającym się weń wzroku, o bladych twarzach w wieczornym świetle, o tym, jak trząsł się i pocił, gdy przechodnie wchodzili mu w drogę, jak nie mógł utrzymać w głowie ani jednej myśli... Bliskość tłumu na tym płótnie jest przytłaczająca. Jeszcze moment i zostaniemy stratowani, bezmyślnie! Kobiety i mężczyźni, eleganccy przedstawiciele klasy średniej. Te ich makabryczne twarze - zupełnie puste, z których niczego nie można odczytać. Tłum widziany oczyma kogoś z artystycznej cyganerii, spojrzenie na pałuby wypełnione normami i konwenansami typowymi dla warstwy, z której się wywodzą. A w oddali widać jeszcze świecące okna parlamentu, gdzie sroży się prawo, porządek, władza... Tylko jeden człowiek na obrazie zwraca się do widza plecami i idzie w przeciwnym kierunku. Widzimy czarną postać, która, oddalając się, mija tę straszliwą, nijaką zgraję o pozbawionych wyrazu, tępych obliczach. Samotny człowiek w mieście, któremu nie po drodze z tłumem. Świetny portret jego duszy. Dla mnie też doskonały portret bohatera Hamsunowskiego. I trochę też mnie samego, któremu też raczej nigdy nie było po drodze z tłumem... -- Pocieszające jest jednak to, że osobność nie musi oznaczać samotności, bo, jak się okazuje, zawsze znaleźć może się ktoś, kto ma odwagę i dość ciekawości oraz umiejętności, by wniknąć w świat tej osobności i znaleźć w nim nawet poczucie bezpieczeństwa!-- Współistnienie, wzajemne zaciekawienie, uczenie się siebie. Dwie poznające się wzajemnie pełnie - nie połówki. Przy odrobinie szczęścia pełny człowiek może znaleźć drugiego pełnego człowieka. Ktoś, kto szuka połówki, sam jest kaleką połówką, będzie więc szukał kogoś, kto mógłby odegrać pewną rozpisaną zawczasu rolę, będzie stawiał lękliwe warunki w nadziei, że trafi się ktoś, kogo będzie można eksploatować, kto, niemal jak w marzeniu, gdzie człek ma pełną kontrolę nad wszystkim, zajmie się nim troskliwie. Tylko chora ze strachu połówka szuka kogoś, kto niejako będzie stanowił jej odbicie, ale do tego lepsze jest lustro - tam znaleźć można kogoś, kto ma te same pieprzone urazy, podobne duchowe komplikacje i może nawet pomachać równie doniosłymi dyplomami. Połówek szuka się dając ogłoszenie i raczej się ich nie znajduje. --Dwa różne światy, dwie nieskończoności, przeglądające się w sobie, stojące obok, dokonujące krok po kroku nowych odkryć, czasem wśród śmiechów, niekiedy z irytacją... Dopasowywanie, zbieżność potrzeb ale i zaciekawiający protokół rozbieżności. Dwa  istnienia, dwie różne drogi, dwa rodzaje doświadczeń, dwa rodzaje spojrzeń... Wydaje się, że idziemy właściwą ścieżką. Od pierwszego zauroczenia - niepewnego jeszcze czy będzie czymś chwilowym, czy też stanie się zalążkiem więzi. Na początek wwyrowzięcie. Nie ma się co oszukiwać - cielesna strona to ten dość mocny fundament. Na nim dopiero próbuje się się stworzyć jakiś wspólny język, na nim rodzi się zainteresowanie sięgające głębiej... To taka nieprzyzwoitość życia, ale katastrofy bywają zbawienne dla niepewnych międzyludzkich relacji. Naraz poczułem, jakim darem od losu okazał się Franek, któremu przy tej okazji bardzo zaimponowałem. Uznał mnie za solidną firmę. I ja jego też. Obaj, gdy trzeba, umiemy złapać życie za mordę... Ja wprawdzie czasem ze łzami w oczach, ale zawsze... I kiedy chmury, to chmury, ale gdy skrzecząca rzeczywistość - to skrzecząca rzeczywistość. I niech się wszystko kręci z tą nadzieją w tle, że nigdy nie dojdziemy do przekonania, iż nie ma już w nas niczego do odkrycia. Nie ma się co martwić na zapas, zmyślać o czekających nas wyzwaniach. One zresztą pojawiają się każdego dnia, bo to, co się zwie kochaniem, to ciągłe wyzwanie, to stała praca... Bez dwóch zdań - staliśmy się częścią swych czasów. A bogowie pozwalają nam ciągle trzymać w dobrej kondycji nasze humory i dają nam codziennie dosypać do życia szczyptę ironii... Mamy do siebie zaufanie. A ja z większą sympatią patrzę na świat, w którym wszystko jest takie ulotne i niepewne... Uspokajam się. Wyganiam swe absurdalne obawy, jakimi wypełniałem się podczas swych sentymentalnych spacerów, co mi przypominały, jak wiele się mi w życiu przesypało przez palce niczym suchy piach. --Oslo. Hoel. Zawsze szukałem tam ciszy, tej rannej, w przytłumionych barwach świtu. Cisza, oczekiwanie. Domy naprzeciw St. Hans-haugen. Uroczyste przeżywanie chwili. Pragnienie, by całkiem wystawić się poza nawias. Są takie magiczne chwile, kiedy świat zdaje się zastanawiać, kiedy wśród jasności wszystko, bądź prawie wszystko śpi. Panuje spokój, bezruch - dziwny. Taki spokój wprawiający czasem w niepokój. Czy nastąpi przebudzenie, czy pozostaną tylko miłosne trele ptaków? Co straszniejsze? O niepokojących jasnych, wiosenno - letnich nocach wspominał Strindberg. I pięknie w swym eseju o Oli Hanssonie powiedział o nich Stanisław Przybyszewski: "Wydaje się wtedy, że cały wielki mechanizm świata zastygł nagle w głębokim rozmyślaniu, zatopił się w bezkresnej zadumie. I jeśli podnoszą się głosy, to nie przebrzmiewają, lecz zamierają w pół drogi, jakby zagłuszone przez coś, co przyrównać można do warstwy pigmentu w oku, zabijającej wszelkie wpadające doń światło. Wokół czai się jakieś napięcie, gotowe do skoku czeka tylko na wyzwolenie, skrada się z tyłu bezgłośnymi krokami, jest już tuż, tuż za plecami i gdyby się tylko odwrócić, to spojrzymy upiorowi prosto w diabelskie oczy". A upiory to nie żarty. Chociaż swojego spotkałem w półmroku zapowiadającym nadchodzącą jesień. ------ Zawsze lubiłem samotne spacery po Oslo i tak też ostatnio dużo po prostu łaziłem, sam, bo Eryk i Poganka i tak nie mogli mi bez przerwy towarzyszyć. Ale ja zawsze umiałem sobą się zająć i nie znam nudy. (A Franek mi kiedyś powiedział: Wprawdzie nie życzę ci tego, ale jednak choć raz chciałbym cię zobaczyć kompletnie wyczerpanego, zmordowanego! Lecz to chyba nie nastąpi. Sam mówię o sobie, że jestem leniem, że niby wpadłem tu ledwie na kawę i papierosa, że z lubością oddaję się bezczynności, a wiecznie jestem czymś zajęty i jeszcze na dodatek, ponieważ słaby ze mnie organizator, ciągle uważam, że doba jest za krótka, mało tedy śpię, żeby nie trwonić niepotrzebnie czasu. I szybko się regeneruję. Całe więc moje lenistwo polega na tym, że, odrzucając czasem z niechęcią rzeczy istotne, z lubością oddaję się mniej istotnym, drobniejszym, dzięki czemu zresztą życie ma lepszy smak. No i w oczach Franka jestem człowiekiem niezmordowanym. A ja dodaję, że pewnie będę żył ze 200 lat i wreszcie ktoś mnie już z czystej litości dobije. Huh - oczy szeroko otwarte! Wytrwale! - A Franek żyje swoim rytmem. To śpioch, co w sumie jest bardzo milutkie, bo dostarcza mi ślicznych wrażeń. Nie ma nic słodszego na świecie od takiego śpiącego Franka! Lubię sobie na niego tak popatrzeć, gdy śpi. Z wdzięcznością!) Zatem łazikowanie. Przyglądanie się życiu: hałaśliwej młodości, podstarzałym turystom, zabieganym przechodniom, kurewkom wracającym w porannym chłodzie z nocnej zmiany - ciemne piękności nawet w zmęczeniu nie skąpiące uśmiechów. Łazikowanie... -- Musiałem naturalnie rzucić okiem na kilka scenerii, w których rozgrywały się fragmenty początkowych aktów. Frogner z parkiem pełnym nagości wyrzeźbionej przez Gustava Vigelanda. Wszędzie człowiek, człowiek, człowiek, od embriona po starość i śmierć. Opowieść o dwunożnej istocie, o jej szpetności i pięknie, o szczęściu i złości, o miłości i nienawiści, o urokach dojrzewania i dramacie przekwitania. A w centralnym punkcie kilkunastometrowy Monolit - sterczący obelisk utworzony ze 121 ciał, nagich, przeraźliwie ze sobą splecionych... -- A z drugiej strony miasta Grünerløkka, Thorvald Meyers, Akerselva... Obszar dawnych dzielnic robotniczych. Ciekawe zakątki, prowincjonalne klimaty, a także architektura przypominająca, dokumentująca przemysłową przeszłość miasta - fabryki, browary... To świat dziś ożywiony, na nowo zagospodarowywany, zmieniający swój charakter... Kiedyś te obszary nad rzeką Akerselva były siedliskiem robotniczej niedoli, pijaństwa, sekciarstwa... W tych okolicach wzrastał kiedyś Oskar Braaten - pisarz, który choć ukończył tylko szkołę podstawową, realizował się w wielu dziedzinach - był księgarzem, dziennikarzem, a także kierownikiem Det Norske Teatret. Przede wszystkim jednak pisał: dramaty, powieści, opowiadania. Jako pierwszy wprowadził do literatury norweskiego robotnika i pozostawił po sobie wstrząsające opisy biedy, poniżających warunków życia. Pisał też sporo o trudnej sytuacji pracujących kobiet, o ich nieszczęściach i heroizmie... ("Ungen", "Den store barnedåpen").--- A niżej - nowość. Coś, co niektóeym kojarzy się z zabłąkaną górą lodową, co jakimś cudem wpłynęła na wody Bjørvika, by utknąć przy Krankaia. To otwarta w kwietniu nowa opera... Tak już mam, że zaraz, ilekroć widzę taką nowoczesną świątynię czy to sztuki, czy geszeftu, boję się, że pojawi się za chwilę coś ogromnego i wyjmie z takiej budowli coś do jedzenia... Ów nowoczesny twór zaprojektowano w renomowanej pracowni Snøhetta... Lśniąco biała budowla, przy której nie sposób nie pomyśleć o Sydney, bowiem to również konstrukcja nadmorska... W gruncie rzeczy dość jednak zgrabnie wkomponowana w otoczenie, mnie kojarząca się z imponującą nowoczesną jednostką pływającą, tylko czekającą na odcumowanie. I można powiedzieć, że poprzez te wszystkie cechy, budzące tego rodzaju skojarzenia, jest takim ukłonem w kierunku norweskich tradycji i natury. Biel - jak snieg, jak lód... No i morze, z którym tamtejsze życie od wieków jest związane. No i drewno, którego sporo we wnętrzu - ten typowy dla tego kraju budulec. Ostatecznie doszedłem do wniosku, że można się z tym zjawiskiem pogodzić, bo jest projektem wyważonym i mimo wszystko uprzejmie skromnym, harmonizującym z portową częścią miasta. I przy okazji wschodnia część Oslo otrzymała ciekawy punkt widokowy... -----------Z przyjemnością wspominam sobie te samotne godziny przepędzone na spacerach. Kiedy tak sobie wędrowałem to tu, to tam, ciągle plątała mi się po głowie piosenka deLillos, którą można usłyszeć w końcówce filmu "Elling":

Se på meg her er jeg

Se på meg her er jeg

Se på meg her går jeg

Se på meg

Ser vel at her er jeg

Ser vel at her går jeg

Ser vel at det er meg

Bare meg

Ingen vet hvor jeg skal dra

Ingen vet hvor jeg kommer fra

Men du ser vel at jeg har det bra

I dość już dziś tego pisania. NA LITOŚĆ BOSKĄ!!

17:14, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 14 lipca 2008
STANISŁAW BALIŃSKI

" Wypisane w gwiazdach"

W jakąś noc, w jakąś noc wierszowaną

Galopuje niebo niebezpieczne,

Pędzą konie z rozgwieżdżoną pianą

I falują wielkie drogi mleczne.

Patrzę w niebo, a tam moje życie,

Całe życie w obłąkanym skrócie

Podróżuje jak gama astralna

Znak po znaku i nuta po nucie.

I pomyśleć, pomyśleć, że wszystko:

- Młodość, muzy, litewskie podróże,

Skok w Arkadię, spotkanie z miłością,

Strzał o świcie, i klęski, i burze,

I zatrata na ziemi zdradzieckiej,

I pieśń wierna po obcych zajazdach -

- Że to wszystko było mi już kiedyś

Wyznaczone, wypisane w gwiazdach.

15:45, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (3) »
czwartek, 10 lipca 2008
Low

 Mały spadek życiowej dynamiki. Nie ma co - lato, czyli taka podstarzała wiosna, już nie taka ciekawa... Z pewnych rzeczy powoli wyrastam, bez dwóch zdań. Wyrosłem już z knajpianego życia, teraz wyrastam z czytania powieści (Chociaż z pewnością tak całkiem z tego nie wyrosnę, ale daleko idące ograniczenie będzie, sądzę, zbawienne... Nie wiem, to chyba Eco powiedział, że ci, co czytają, żyją podwójnie, ale sam nie jestem pewien czy tak jest w istocie. Ja mam raczej w głowie zwykłą srakę, pojedynczą, bełt cudzych myśli. Brr - nawet to, co teraz piszę, ktoś już wcześniej nabazgrał... Mógłbym też zastanawiać się, na ile moje oczy, ich spojrzenia, są moimi własnymi... Może mam ledwie jedno własne oko?... Mam wrażenie, że wszystko, co ważne, już przeczytałem... Przy okazji przekonałem się, że wszystkie tematy zostały już dawno wyczerapane... Ba, można by było zgodzić się nawet z Wildem, że wszystkie tematy wyczerpał jeden człowiek - Shakespeare... Tak więc nie wiem, co pozostało i czego można spodziewać się w przyszłości. Może już tylko pozbawione głębszego znaczenia, głupie intelektualne zabawy, łamigłówki, których rozwiązywanie może wprawić w dobre samopoczucie. Ot, takie uczestnictwo w czymś niedostępnym dla - powiedzmy - baby sprzedającej bajgle. Taka sobie rozrywka. Dla zabicia czasu. Ale coś w lepszym smaku. Jak upijanie się drogimi alkoholami, których znajomość może wywołać przekonanie, że oto mamy klasę), i, zdaje się, wyrastam także z lata, z tej pory roku, o jakiej tak wesoło szczebiocą telewizyjne dziewczynki od pogody, z tej pory roku, która tłoczy ludzi na szlakach górskich, a nadmorskie plaże upodabnia do brzegów Antarktydy w szczycie lęgowego szału pingwinów... ---Po ulubionym czerwcu przychodzi lipiec, który trzeba jakoś przetrwać. Wypada gdzieś uciec. Najlepiej wynieść się tam, gdzie cicho i bezludnie. Ale tak - Franek jest jeszcze zagoniony, ja też mam parę zobowiązań, tak że dopiero w drugiej połowie miesiąca uda nam się gdzieś wyrwać. ----Zawsze w lipcu łapie mnie lekka deprecha - takie, powiedzmy, pogłębienie melancholii, na którą - chciałem powiedzieć - cierpię, ale to byłoby słowo zawierające pewną przesadę, niezbyt stosowne, powiem więc o niej, że stanowi ona istotny element mej duszy, jakiego absolutnie nie mam zamiaru się pozbywać, bo w sumie jestem doń przywiązany i, rzec można, okazujemy sobie pewne względy. To chyba wynika z potrzeby posiadania ciężaru i pewnego, bo ja wiem, wygaszacza, takiego przydymionego szkiełka zdolnego przytłumić nieco pstrokate, krzykliwe barwy życia. --- A zatem lato. Kiedyś to słowo miało głębszy sens, kojarzyło się bowiem z wakacjami przychodzącymi po nieznośnych uciążliwościach szkoły, w której zdobywanie wiedzy, litościwie ulotnej, przybierało wręcz charakter jakiejś wielkiej, a czasem nawet wręcz groteskowo uroczystej urzędowej sprawy... Och, pomyśleć, że na pewnym etapie ta cała urzędowa sprawa była już czymś, co sobie zafundowałem w oparciu o wyłącznie sercową historię!! Ja i R... Pamiętam, jak poszliśmy złożyć dokumenty (Brr - wkurwiało mnie zawsze to całe posiadanie dokumentów, papierów, tych wszystkich dowodów cholera wie czego! Do pieca! Sio!). Kiedy już dokonaliśmy tego biurokratycznego wyczynu, usiedliśmy sobie na słoneczku przed uniwersytetem. O jej, jacy byliśmy cali u progu nowego czasu! Ja - zapatrzony, rozmarzony, ostatni idiota, kretyn z jakimiś absurdalnymi wyobrażenieami, oczekiwaniami, czujący się jak posiadacz skarbu, tkwiący na dnie zupełnie niezrozumiałego samowyzerowania, przy nim, przy cudzie i, o zgrozo, więcej, przy, wg ówczesnego przekonania, rozwijającym się wręcz arcydziele Pana Boga! Mam ochotę jeszcze teraz skopać samego siebie po dupsku. Jakiż ja byłem szczęśliwy, kurwa mać! Kroczyłem dumny przy jego boku. Świat był mój! Jakiż byłem wyróżniony, traktowany na specjalnych zasadach, podniesiony, wniebowzięty, z butami! Na oczach wszystkich. (-Ech, kto to jest? Gdzież oni tak znikają? Jakież to mają własne, inne, tajemne ścieżki? Skąd się wyłaniaja?) A owi wszyscy, to byli wszyscy przez duże W, bo będąc z nim wpadłem w nie lada środowisko, z którego powyrastało sporo niezwykle interesujących kwiatków... Cudny, cyganeryjny czas, w ostatnim tchnieniu dziwnej i trudnej epoki zdolnej wyczarowywać legendy... Nieprawdopodobne... To było w gruncie rzeczy nie tak dawno temu, a przecież dzieli mnie od tamtej doby przepełniona zmianami wieczność... R. Nie tak dawno temu odnowiliśmy kontakty, które są już dziś bardzo powierzchowne, najczęściej ograniczone do zdawkowego "cześć" na ulicy, bądź krótkiej rozmówki przy knajpianym stoliku, przy jakim niekiedy zasiadam, tak bardziej dla Franka, który lubi wyskoczyć gdzies na łyczek, dwa... Najgorsze w tym wszystkim było to, że kiedy pewnego dnia R. do mnie zadzwonił, mnie mocniej zabiło serce. Zdarzyło się to jakiś czas po, jak to nazywam, pierwszym tańcu śmierci. Dziwne, ale wyglądało na to, że po moich wszystkich wypłakanych przed laty łzach, w jakimś zakamarku duszy pozostała jednak odrobina tego dawnego zadurzenia... Kto wie czy nie leciałem doń z cieniem nadziei? Ech, głupie bywają te nasze serca, wiodą swoje autonomiczne życie, zaskakują swymi decyzjami... Biegłem do niego z radością. Jak tamten przygłupi studencina... Obolały po swej stracie, w nagłym przeskoku w inną rzeczywistość, jak ktoś, kto niczego się nie nauczył... Zdumiewające... Leciałem do kogoś, z którego powodu byłem niemal gotów rzucić się pod pociąg... I doznałem uzdrawiającego rozczarowania! Poszedłem w kąśliwość, drwinę, w sarkastyczne uwagi... Nie byłem grzeczny. Patrzyłem z góry na tego człeka, nagle bezbarwnego, nijakiego, miałkiego, przystopowanego, w niemal nie odmienionych dekoracjach, pogubionego, wypełnionego niezbyt umiejętnie skrywaną zawiścią... Kiedy wracałem po tamtej wizycie do domu, czułem pewnien niesmak. Gniewałem się właściwie na samego siebie. Za swój mało elegnacki występ, za ten lichawy odwet... Niewielka, ale chyba zbyt dotkliwa napaść... Idiotycznie to wyglądało. On jakoś nie potrafił odwdzięczyć mi się solidną ripostą. Wyglądał na zaskoczonego moim zachowaniem, moją pełną wyniosłości postawą... Zdecydowanie sprawiłem mu przykrość powodowany nie do końca uleczoną raną, o której przecież nie miał pojęcia... Jakże w gruncie rzeczy mało o sobie wiemy. Nie zawsz możemy przeczuć, jak głęboki afekt kimś kieruje. Ten nasz ciekawy, bez dwóch zdań ciekawy, nigdy nie był w jakiś szczególny sposób omówiony; nie wiem zresztą, jak mogłaby taka rozmowa "o nas" przebiegać. Doprawdy, trudno sobie coś takiego wyobrazić, zwłaszcza, gdyby miał to być seans wyznań przesyconych powagą. Zupełnie niedawno dotarło do mnie w takiej dość niewinnej wymianie zdań, jak wielkim problem stanowi dlań cała ta otchłań, jaką jest sfera ludzkich uczuć. Jego skrępowanie ciągle zajmuje zwycięską pozycję i kryje się pod podszytym zniecierpliwieniem błazeństwem. Żeby tylko nic nie mówić, żeby, przez jakąś niepojęta wstydliwość, zdławić, gniewnie stłamsić wszystko to, co domaga się czasem większych, poważniejszych i dalekich od szorstkości słów. Myślę, że to oznaka pewnego kalectwa, lękliwego kołysania się na płyciźnie czy takiego zabawowego taplania się w brodziku, do którego ktoś mu tam czasem wpada. Teraz kręci się koło niego ktoś z drugiego frontu - kobiecina - to słowo wydaje się najbardziej stosowne - ta sama, którą poznałem kilkanaście już chyba miesięcy temu, co mi zresztą przypomniała. - Ach! rzeczywiście! Teraz poznaję! (Beznadziejna rzecz - moja nieuwaga, jesli idzie o kobiety, które przecież tak bardzo lubię, jest wprost karygodna! Ale, hm, zrozumiałem, czemu moja pamięć gdzieś ją zgubiła - to bardzo ładna osóbka, a ładne kobiety mają to do siebie, że ich twarzy nie sposób tak od razu zapamiętać. Kobiecych imion też uczę się stosunkowo długo... A ona, choć wcześniej widziała mnie tylko raz, natychmiast odgadła kim jestem i wymieniła moje imię. Ale już się zdążyłem przyzwyczaić do tego, żem taki nie do zapomnienia... Ponoć też, według jej opinii, byłem podczas pierwszego naszego spotkania bardzo zabawny, ale to akurat nie jest czymś godnym wyróżnienia, gdy weźmie się pod uwagę fakt, że ludzie śmieją się dziś z byle czego). Zastanawia mnie bardzo ta miła i bardzo interesująca osoba, zastanawia mnie, dlaczego tkwi przy tym człwieku jako jakaś taka dochodząca do tego wiecznego synusia mamusi panieneczka. R. traktuje ją szalenie nieporządnie - bawi się nią jak małym pieskiem! --Myślę sobie teraz, że może dzięki barierom natury obyczajowej sam uniknąłem podobnych publicznych zabaw moją osobą - aż tacy wyzwoleni wszak nie byliśmy, chociaż w tamtych czasach to byłoby coś... Coś, co jednak skończyłoby się mordobiciem, bo jednak być dla kogoś psiakiem... Tak czy siak, pewne rzeczy toczyły się u nas w ukryciu. Sam byłem tylko, jak najbardziej słusznie, posądzany. I to odkąd pamiętam. A u samego początku, przez zdumiewającą złośliwość, jaką wykazać się umieją martwe przedmioty, zostałem wręcz wyznaczony do swej roli. Pamiętam jak w szczeniackich, podstawówkowych latach, bawiliśmy się w butelkę. Siedzieliśmy - chłopcy i dziewczynki - w kółeczku i puszczaliśmy w ruch wspomniany przedmiot, który, zatrzymując się w końcu, wskazywał kogoś, dając mu (jej) tym samym uprawnienie do ucałowania jakiejś wylosowanej uprzednio osoby. Kiedyś, w szkole, na jakiejś luźnej lekcji urządziliśmy sobie też taką zabawę, ale tylko w paskudnym, chłopackim gronie... Uff- chłopcy - tacy już prawie mężczyźni, średnio domyte śmierdziele z łamiącymi się głosami, pod nochalami ciemniejący puszek - ściśnięci wokół butelki... -Dobra, na kogo wskaże, ten: wali konia, ma zmazy nocne, jedno jajo i co tam jeszcze... W końcu przyszedł czas na rzecz cięższego kalibru: - A teraz na kim się zatrzyma, ten jest pedałem. Butelkę wprawiono w ruch obrotowy. Szklana bestia wykazała się zdumiewającą nieomylnością; dotąd taktownie pomijająca moją osobę, tym razem swoją szyjkę skierowała właśnie na mnie. - Haaa! Kiljan to pedał! Pedał! A jeden kolega, którego szczerze nie znosiłem i który po latach, ku mojej wielkiej radości, wylądował w pierdlu za współudział przy załatwianiu lewych zwolnień ze służby wojskowej, z absolutną pewnością zawyrokował: - To przecież prawda! Zareagowałem na to wsztstko głębokim zmieszaniem. Prawda! Bo w sumie była to prawda! Dictum acerbum! Bo już wiedziałem, na co się w moim życiu zanosi. Mnie nie było stać na żarty w tym ciemnawym, seksualnym zakresie. Ja tylko po cichu przełykałem ślinę. Pedał! Wyznaczony przez butelkę kręcącą się na płytkach PCV w kolorze blue... --No i ten boski żarcik mojego ojca, w którym wykazał się wielką intuicją. To było w czasach, gdy kręciłem z M. Przyszedłem raz do domu bardzo późno, gdzieś koło trzeciej nad ranem. Po cichu otwarłem drzwi, tak żeby nikogo nie zbudzić, rodzice jednak czuwali i doszło rozkosznej wprost wymiany zdań w mym cudownym, inteligenckim gnieździe, z którego w końcu wyfrunąłem w świat, w życie z ledwie garstką ocalałych lotek w skrzydłach i może z dwiema nadwątlonymi sterówkami w ogonie - wyskubany ptaszek, dziecko - śmieć. - Nie za późno wracamy do domu? - spytała retorycznie mama. - Tak. Przepraszam. Po prostu się zasiedziałem. - Mogłeś przynajmniej zadzwonić. - Tak, istotnie. Nie pomyślałem  o tym. Ale wiedziałaś, że poszedłem do M. - Co on tak ciągle z tym M? - głośno zastanawiała się mama znajdując sobie drugiego interlokutora. - Bo tamten mu dupy daje - rozstrzygnął kulturalny ojciec. - Jezu! Co ty mówisz? - zawołała mama. --Ja już się nic nie oddzywałem, tylko mnie pot gorący oblał. Cóż za trafność! Bo przecież wróciłem do domu syty i zaspokojony... -- Rany, jak mama nienawidziła M. Wprawdzie nigdy nas na niczym nie przyłapała, sądziła jednak, że w naszej znajomości kryje się coś  niezdrowego, nienormalnego. Usiłowała robić zeń jakiegoś potwora... Zresztą w ogóle nie przepadała za moimi kolegami, do wszystkich miała jakieś zastrzeżenia, zupełnie dziwaczne... Uważała, że skupiam wokół siebie same tylko zadatki na bandytów, chuliganów, wszelkiej maści zwyrodnialców... Boże, gdyby ich mamy to wszystko słyszały, wpadłyby niechybnie we wściekłość... I mogłyby zawołać - Pilnuj sobie lepiej tego swojego zboczeńca! -- Mamcia była najbardziej rada, gdy widziała mnie w towarzystwie koleżanek. Jaka była wytedy przymilna. I czasem świntuszkowata... -- M. zapamiętała sobie szczególnie. I, co ciekawe, jeszcze nie tak dawno temu, kilka miesięcy przed śmiercią, ot tak zapytała o niego. - Nie wiem, co się z nim dzieje - odpowiedziałem. - Nie kontaktuję się z nim... Dalem jej jednak tę satysfakcję i poinformowałem ją o pogłosce, jak do mnie dotarła, a mianowicie że był skonfliktowany z prawem. - Zawsze wiedziałam, że z niego jakiś bandzior wyrośnie... Bandzior, od razu bandzior! Ona już sobie wyobraziła! Ona - wystawiająca oceny... Ciekawe, co miałaby mi do powiedzenia teraz, kiedy wiem już wszystko o jej poczynaniach, kiedy sobie ją już na wylot prześwietliłem... Chociaż, głupie pytanie - oczywiście skoczyłaby mi do oczu z pazurami... Miałem tego przedsmak, kiedym, gdy leżała w szpitalu, poprosił ją o pewne wyjaśnienia. To było może trochę nietaktowne, ale po prostu ufałem jeszcze, że jej się uda jakoś wylizać z tej okropnej choroby i starałem się znaleźć jakieś rozwiązanie, pomóc jej w, mówiąc delikatnie, nieciekawej sytuacji, w jakiej się ta skrajnie nieodpowiedzialna osóbka znalazła. Zostałem jednak objechany, tak że machnąłem ręką i postępowałem już bez powiadamiania jej o czymkolwiek. W końcu bajważniejsze było leczenie... -- Ech, gryzie mnie ciągle to, że nie potrafiliśmy poważnie ze sobą rozmawiać, że nasze relacje przekształciły się w ledwie koleżeństwo czujące się najlepiej na neutralnym gruncie wśród neutralnych tematów. Ale co poradzić - człowiek jest wszak żywiołem, tylko żywiołem, z którym nie zawsze można się uporać. Tkwią w nim osobliwe siły pchające zycie jedyną możliwa dlań drogą, jakieś niezwykłe tchnienie, już właściwie nieludzkie, podtrzymujące ten tak a nie inaczej doświadczony, uformowany twór, takie losowe zdarzenie, obcowanie z którym wymaga wypracowania określonych umiejętności... i trudno, czasem, by jakoś utrzymać siebie w jako takim porządku, potrzebna jest nieufność. --Ona była trochę jak taka starodawna machina wojenna, taki sklecony naprędce rozpierdalacz, niezbyt radzący sobie z własnym wewnętrznym chaosem.

ciąg dalszy poniżej

17:40, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
Low*

To nie było żadne oparcie, tylko ciągłe zagrożenie, które wiecznie trzeba było karmić kłamstwani. A kłamstwa oczywiście nie zawsze pozostaja niewykryte, przez co sprzyjają pęczniejącej podejrzliwości. ja byłem wiecznie podejrzany. Nawet prawda była brana za kłamstwo, tak więc całkiem zamknąłem się w sobie, postawiłem zasieki, wykopałem fosy i wiodłem swe życie stając na głowie, by pokonać jakoś dławiące poczucie pustki. Byłem do niczego, więc matka wymyśliła sobie idealnego syna, przez co nieraz stawiała mnie w przeraźliwie klopotliwej sytuacji. Momentami traciłem orientację, nie wiedziałem, kim w rzeczywistości byłem.-- Dużo się dziś mówi o rodzinnej przemocy, głównie o kobietach i dzieciach jako ofiarach brutalnych, prymitywnych, zapijaczonych mężczyzn, znacznie mniej natomiast rozprawia się o zmaltretowanych psychicznie mężczyznach. Szlag mnie trafia, kiedy pomyślę sobie o swym ojcu - cichym, wycofanym, upieprzonym przez niezrównoważoną babę... (Może całe szczęście, że nie urodził się ten wielki, dupowaty tur na Śląsku, bo tam, ze swym usposobieniem, prawdopodobnie byłby zajebany nie dość że przez babę, to jeszcze przez kopalnię, do której pewnie poszedłby tyrać, bo tak by mu kazano). Nie miał ojczulek łatwego życia. Pozwolił sobie wleźć na głowę. Dziwię się, że potrafił być zawsze taki opanowany, że na żadnym rodzinnym spotkaniu nie zrobił demolki... Umiał prać tylko mnie, on, bezlitośnie ośmieszany publicznie przez swoją żonę, a także własną matkę. Pieprzona ofiara losu! Nie zapomnę pewnego spotkania u jego matki. Moja mama, zupełnie już rozzuchwalona, sponiewierała ojca do tego stopnia, że chciałem już rąbnąć jakimś półmiskiem, żeby się idiotka opamiętała... Wracaliśmy potem samochodem do domu i dopiero wtedy ojciec zgłosił pretensję, po cichutku, najłagodniej w świecie: - Dlaczego mi to zrobiłaś? - Otrzymał pełną pogardy odpowiedź... Beznadzieja. Dzisiaj bym ją chyba spoliczkował. -- Ojciec był w sumie zawsze porządnym człowiekiem, mimo że mnie prał. Pracowity, obowiązkowy, lubiący spokojne, poukładane życie. Isatota dość bezbarwna, pełna zahamowań, skryta, do przesady skrępowana. Poczciwiec ożywiany od czasu do czasu wódeczką, która uwalniała w nim na chwilę człowieka posiadającego jakieś uczucia... Przypuszczam, że najszczęśliwszy byłby wtedy, gdyby swe życie mógł przebyć samotnie, w swej własnej skorupce. Dla matki, ze swoją skaleczoną osobowością, nie był dobrym partnerem, obudził w niej tylko nienawiść, wstręt; dla mnie zaś... Nie sprawdził się jako ojciec... Robił ze mną to, co robił z nim jego tatko - prał mnie, nadto pomagał odrabiać matmę, która nieustannie sprawiała mi kłopoty, a poza tym pozostawał w cieniu. Nigdy ze mną nie rozmawiał, nie objaśniał mi świata, nie mamy żadnych wspólnych wspomnień, żadnych przygód nie przeżyliśmy razem, nie zaznałem z jego strony serdeczności... W jego spojrzeniach było coś szyderczego... Nie umiał się znaleźć w tym rodzinnym życiu... Był jak kamień. Nie było w nim żadnej spontaniczności. Prawdziwy duch w ciężkich kajdanach... Ciekawe - kto wie, może taki stan, taka sytuacja w dzieciństwie jest receptą na człowieka o moich skłonnościach? Może to żadna reguła, ale pewien, że się tak wyrażę, wspomagający czynnik? Licho wie... Po wielu latach, już jako ktoś tak przynajmniej metrykalnie dorosły, znalazłem coś, czego zawsze mi brakowało i co mnie postawiło na dwóch nogach.-- Z ojcem zacząłem rozmawiać dopiero teraz. Zacząłem wymieniać zdania, nie zaś pomruki, obelgi... Obu nam było ciężko. Ja nie miałem zaufania. Jemu brakło śmiałości, by wyrosnąć poza drwinę, której jemu samemu nie szczędzono. Trochę mi o sobie opowiadał. O życiu właściwie jakimś takim bez zdarzeń... Ja mu się zrewanżowałem szerszą informacją na swój temat. Oczywiście przy gorzale - wyzwolicielce. Było mu przykro, że tak mało wiedział o tym, z czym się zmagałem, jak mi było trudno... Ot byłem tylko sobie, potem się wyniosłem, wyjechałem... Ktoś taki ledwie istniejący, uczący się życia po omacku, głównie - by się wyrazić eufemistycznie - po wesołych miasteczkach... Powiedział mi, że mnie szanuje. I podziwia za odporność i wytrwałość. (To może odziedziczyłem po nim, tak dzielnie znoszącym obelgi i poniżenie). Pochwalił mnie za to, co zrobiłem dla matki... Biedny papcio. Po cichu już pogodzony z moim stylem życia, taktownie przemilczający sprawę. Niech i tak będzie... -- Tak, trzeba przyznać, że w ogóle zachował się o wiele lepiej niż matka, kiedy, w dość zresztą gniewnej atmosferze, dałem do zrozumienia, iż wszelkie w niewybrednych słowach wyrażane przypuszczenia pokrywają się z prawdą, wykazał się bowiem sporą dozą przyzwoitości, delikatności i powściągliwości. Po prostu zamilkł. Temat przestał oficjalnie istnieć. Pozostał kłopoten, ale... Dla matki natomiast to był spory cios. Uznała, że jestem chory, zwyrodniały... wstyd i syf, najgorszy z możliwych. Ale ja znalazłem wreszcie kogoś, kto chciał poważnie uczestniczyć w moim życiu i wolałem wydobywać się z chaosu w świetle, w jawności, bez uciążliwych niedomówień, bez chowania się w krecią norę, co byłoby niepoważne. A że to się nie podobało... A co się w gruncie rzeczy podobało, poza poprzylepianymi do mnie fantazjami? -- Smutne to było, gdy przyszedł zły, tragiczny czas, a moje cierpienie nie spotkało się z jej strony ze zrozumieniem. traktowała to jak jakąś aberrację, Wszystko było nieprzyzwoite, obrzydliwe, zarówno miłość jak i cierpienie nosiło to przebrzydłe piętno. (Dobrze, że przynajmniej bliscy Adriana reagowali po ludzku, bo bez tego byłaby prawdziwa miazga...) A kiedy było już po wzystkim, kontakty raptem się ożywiły i miałem wrażenie, że ona doznała jakiejś wielkiej ulgi łączącej się z nadzieją, że cała tamta historia stanowiła jednorazowy wybryk, niestosowny i głupi... - Jeszcze się wszystko ułoży!... No i ułożyło się... Uparcie po tej nietypowej stronie, co znów ją przepłoszyło na dawną pozycję... --Jakże to los aranżuje rozmaite wypadki... W ostatni, można powiedzieć, pożegnalny dzień byliśmy przez chwilę we trójkę. Ona, pogrążona w przedśmiertnej drzemce, ja i przejęty całą sytuacją Franek... -- Nie zapomnę nigdy tamtego dnia. Kilka razy robiłem sobie przerwę w swym czuwaniu - wychodziłem na powietrze, żeby trochę pospacerować po otaczającym ośrodek parku, zapalić papierosa. niezwykła rzecz - kawałewk za ogrodzeniem widziałem osiedle i spory parking, na którym kiedyś, jeszcze w studenckich czasach, zbieraliśmy się ze znajomymi przed wyruszeniem w trasę. To był niemal zawsze punkt startowy naszych wypraw, pod blokiem, w którym mieszkał jeden z kumpli. Nie przypuszczałem wtedy, że za jakiś czas będę stał po drugiej stronie ogrodzenia, bliski tego najtrudniejszego, wstrząsającego rozstania, rozstania definitywnego z własną matką, w tak ponurych, bolesnych okolicznościach... Powracało mi wtedy pewne wyniesione z dzieciństwa wspomnienie, wyjątkowo brutalne i niezrozumiałe. Zdarzyło się to w domu babci. Wszyscy siedzieli przy stole, ja na kolanach u mamy. Przytulałem się do niej. W pewnym momencie pogładziłem ją dłonią po policzku. I wyedy nastapiło coś niespodziewanego. Otrzymałem potężny cios w twarz, tak że aż oparłem się o stół przewracając przy okazji szklankę z herbatą... Nie powinienem był dotykać jej twarzy... Ten wybuch niepohamowanej złości wszystkich niesamowicie zaskoczył. Pełna konsternacja... Dopiero po chwili dziadek w ostrych słowach skrytykował zachowanie swej sprawiającej niespodzianki córki... Już nigdy więcej nie dotykałem jej twarzy... Dopiero w ostatni dzień... Zrzuciłem swoją szorstkość wtedy, gdy była już nieprzytomna.-- tak to się stało, że pewien etap życia zakończył się w miejscu, w którym po części rozgrywały się jego początki. Tamte hałaśliwe włóczęgi zaczynające się na parkingu, któremu przyglądałem się z oddali tamtego smutnego, marcowego dnia... Czasy mej bliskości z R., który jednak w dalekie, ludne wycieczki się ze mną nie wybierał (kurde - romans z wakacyjnymi przerwami), do którego, po tej zaskakującej mnie "rozpisce", wypadałoby powrócić, skoro już o nim wcześniej zacząłem truć. Jak on mnie fascynował. I jak się cieszyłem z naszej znajomości. On był trochę starszy. Miał na swoim koncie jakiś poważny, łobuzerski epizod, wywalili go ze szkoły, dzięki czemu trafił do mojej budy. Szybko zwróciłem nań uwagę, bo był odmieńcem, kimś szczególnym, oryginalnym, ekskluzywnym. I on też mnie zaraz dopadł, głównie ze względu na moją niegdysiejszą zdolność doprowadzania ludzi do szaleńczego śmiechu. Polubił mnie, też odmieńca, kogoś niedopasowanego, bezczelnego kpiarza mocującego się wtrwale ze szkolnym idiotyzmem... Nazywał mnie wówczas nihilistą... Ależ byłem nietresowalnym zwierzem... Jezu - gdyby wtedy ktoś mnie zapytał, czym jest szkoła, nawet zbudzony ze snu zawołałbym: to kwintesencja nietaktu, chamstwa, wulgarności... Uczestniczyłem w tych edukacyjnych, gorszących ekscesach z uczuciem bezgranicznej odrazy. I chętnie pierzchałem z tych przebrzydłych murów: a to na łono natury, a to by pogadać przy kawie w pewnym legendarnym miejscu ze znajomymi o tym, co kto widział i przeczytał albo poszperać po antykwariatach, połazić po galeriach (ale nie handlowych, bo takich nawet nie było)... R. był pierwszy do takich wypadów. Świetny towarzysz, rozmówca o dużej, imponującej wiedzy, nadmiernie wręcz oczytany, zdradzający kilka talentów, z którymi jednak, jak się okazało, nie bardzo wiedział, co począć... Znajdowałem w nim odtrutkę na M., który pogniewał się na mnie okrutnie za swoją homoseksualną przygodę... -- Kapryśna i nierówna była ta przyjaźń z R. - to zbliżaliśmy się do siebie, to oddalaliśmy się, jednak moje myśli zaprzątał ciągle, bezustannie, i telepałem się tak między radością, smutkiem i niepokojem. Zdecydowanie, tak, zdecydowanie było w nim coś niezwykle przyciągającego...-- Prwadziwie uszczęśliwił mnie tuż po maturze, która dla mnie upłynęła pod znakiem głupkowatej awantury, ponieważ uznano, że moja ekstrawagancja przekraczała wszelkie dopuszczalne granice. Za jasną cholerę nie chciałem być posępny! Ciało pedagogiczne poczuło się wręcz dotknięte moim niepoważnym wyglądem - byłem zbyt opalony, bo, szczyt bezczelności, zamiast uczyć się pilnie i gryźć paznokcie, po chamsku pojechałem sobie na kilka dni do Zakopanego, żeby zażyć nieco słonecznych kąpieli na stokach Gubałówki, po czym tuż przed uroczystym egzaminem zjechałem ku nizinom, oblekłem swe przybrązowione ciało w śnieżną biel i pojawiłem się w zimnych, pozbawionych wyrazu szkolnych murach radosny i beztroski, na dodatek bez skarpet (Boże, co ja się nasłuchałem o swych nagich kostkach, a przecież były czyste i całkiem przyjemne - sam codziennie się w nich zakochuję, bo nadal są cudne). - No jasne, Kiljan jak zwykle ma wszystko w dupie! Powitalne okrzyki i małe klasowe brawka! -Okropny typ. I, do cholery, jednak zdolny. Zawsze w końcu wiedziałem, jak daleko można posunąć się w bimbaniu, bo kiedy nóż zbliżał się do gardła, zabierałem się do roboty. Nigdy nie repetowałem, zawsze wszystko zdawałem w terminie, tak że jakoś udało się przebrnąć wszystko, jak Bozia przykazała, tyle że z najwyższym wstrętem, daleki od wszelkich sztubackich zapałów, i kiedy to się już skończyło, miałem poczucie, jakbym przeszedł jakąś ciężką chorobę. Brr - mija dusza została wielokrotnie i po bestialsku zgwałcona... Tak, ale wróćmy do uszczęśliwienia. R., jak tylko otrzymaliśmy te papierki, owe świadectwa dojrzałości, które, nawiasem mówiąc, własnoręcznie dla całej klasy wypisałem, bo pan wychowawca zorientował się, że mam piękny charakter pisma (Powiedział sobie może - niech się chociaż teraz, na koniec, przyda na coś ten cholerny dandys, ten bezczelny typ {ale jaki jednak słodki - nie wierzę, że nie mógłby o mnie tak pomyśleć}[Ostatnio, gdyśmy tak sobie spacerowali z Erykiem po Aker Brygge, zapytałem: - Znasz mnie nie najgorzej. Czy nie sądzisz, że moje życie, sam fakt, że chodzę po ziemi, to jeden wielki szczyt bezczelności? - Mało powiedziane - padła odpowiedź. Powiedział, on, niewiele lepszy ode mnie. Cholerne cwaniaczki... Dwa. Pomyślałem sobie jednak - Jak się to wszystko skończy? Na Boga!]), zgłosił się do mnie z propozycją nie do odrzucenia: - Świetnie by było, gdybyśmy poszli dalej razem. No i poszliśmy.

ciąg dalszy poniżej

17:40, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
Low**

Już sam widok uczelnianych murów spowodował, że poczułem kosmiczne zmęczenie. - Ale dobrze zrobiliśmy, prawda? Będziemy się przecież dalej rozwijali intelektualnie... Na całe nieszczęście w tym właśnie momencie wpakowałem sobie do ust landrynkę i omal się nią nie udusiłem, kiedy usłyszałem tę kwestię. Pękaliśmy ze smiechu. ja i rozwój intelektualny! - I co będzie, jak już się tak rozwinę? Ile to człowiek będzie miał potem do zwijania! Lepiej więc chyba nie przesadzać?... -- I tak w tej atmosferze umiarkowanego, ostrożnego rozwoju rozkwitała dalej nasza zażyłość, dość jednak dziwaczna, pogmatwana, bo jednak jakoś tak zaczęliśmy krążyć z wolna po różnych orbitach. Każdy z nas wiódł swoje życie, miał swoje przygody i tak na marginesie byliśmy my, coraz bardziej poza głównym nurtem życia, w jakichś osobliwych miejscach albo w górach, gdzie chętnie umykaliśmy - bliscy sobie, bardzo sobie bliscy i jednocześnie niezwykle dalecy. trudno mi to dziś pojąc, że to właśnie on był dal mnie wzorem, naśladowałem go, przybierałem jego pozy, korzystałem z jego stylu, co szczególnie rzucało się w oczy mojej roześmianej, sezonowej kochanicy, którą momentami drażniły moje sztuczne, obce grymasy... - No, drugi R. A pierwszy R właśnie w tamtym okresie szczególnie był wobec mnie przymilny, wytrwale przymilny. I naturalnie sympatyczny komiliton zwyciężył., tyle że, diabli wiedzą, po jaką cholerę... Im dłużej go znałem, słuchałem jego filozofowania, im bardziej mu się przyglądałem, tym mniej do mnie docierało. Stawał się coraz bardziej niezrozumiały, tajemniczy, niepokojący. W którymś momencie zacząłem sobie uświadamiać, że najprawdopodobniej pod tą jego malowniczą, atrakcyjną  i pociągającą powłoką kryło się wiele niepewności, strachu przed życiem. Miałem wrażenie, że najlepszym dlań rozwiązaniem byłoby szaleństwo i jakiś opiekuńczy zakład uwalniający od ciężąrów. Zacząłem się obawiać, że mnie ten człowiek zaciągnie na dno... Gdyby sam nie zniknął, pewnie bym przy nim tkwił, aż stałoby się coś złego... "My" nie pojawiało się w naszych rozmowach, ale być może pewnym relacjom przystoi bardziej cisza? Jest ona przecież czasem mniej kłopotliwa, tyle że bywa najczęściej długiem, który potem spłaca się wraz z wysokim procentem. Niekiedy tylko pojawiały się jakieś mgliste plany, że może coś razem zrobimy, ale to nie był dobry materiał na twórczą spółkę. Coraz bardziej obcy, o rozpływającym się wizerunku... Wreszcie zniknął. Zawalił studia i gdzieś się ulotnił... Zadzwonił do mnie po 13 latach, a ja z przerażeniem znalazłem go w punkcie wyjścia. Spotkałem podstarzałego licealistę, który, jak twierdzi z niezbyt przekonującą swobodą, bawi się dobrze... Rzeczywiście, bawi się - rozpaczliwie... -- Było mi jednak okropnie żal, że tak się wszystko bez słowa zakończyło. Żyłem w beznadziejnym chaosie ciągle o nim pamiętając, ale nie próbowałem go szukać. Dopiero gdy przebywałem na Północy, tak pod wpływem impulsu, postanowiłem napisac do niego list. Cudny był to moment. Siedziałem przy kuchennym stole letnią, białą nocą, w miejscu, z którego mogłem obserwować w przerwach cichy i trochę w tych świetlnych okolicznościach niesamowity, niepokojący krajobraz, jaki ukazywał się za oknem, z drugiej zaś, przez uchylone drzwi do pokoju, śpiącego P., którego nigdy nie zapomnę. -- To było chyba najświetniejsze spotkanie w tamtym czasie, czasie, w którym wypełniający mnie koktajl sprzecznych uczuć stawał się powoli niebezpieczną miesznaką wybuchową. Krótka, ledwie dwumiesięczna przygoda z P. stanowiła szalenie przyjemny, dodający blasku epizod. Wtedy chyba po raz pierwszy odkryłem subtelną różnicę między seksem a erotyką. Tak, czasem piękno posiada moc zdolną odsunąć na bok łapczywe popędy... P. - zjawiskowy, delikatny, ciemnowłosy, zielonooki chłopiec. Zjawił się pewnego razu w okolicy i z miejsca mnie oczarował. Przyjechał, żeby troszke popracować i pozwiedzać. Spotkałem go u znajomych i od razu bardzo polubiłem. Spędzaliśmy całe godziny na zabawnych pogawędkach, a raz udało nam się nawet urwać tak tylko dla siebie cały niemal tydzień, podczas którego beztrosko się włóczyliśmy zwiedzając średniowieczne kościółki i szukając innych, godnych uwagi architektonicznych tworów. Interesowały go bardzo stare budowle.. Robił dużo zdjęć głównie czerwonym domom, stodołom, oborom... Oprócz tego, przeszczęśliwy, obwoziłem go po różnych malowniczych miejscach, które poodkrywałem podczas swych wcześniejszych wycieczek. Szalenie, szalenie cieszyło mnie jego towarzystwo i z zaciekawieniem słuchałem tego, co miał do powiedzenia... Mówił niemal wyłącznie o sobie. Był wtedy studentem architektury pełnym ambitnych planów, z których mi się zwierzał. Ja też sporo mówiłem i pewnie byłem strasznie nudziarski, bo pieprzyłem ciągle o literaturze i historii... Nic się między nami nie wydarzyło, ba, nawet przez myśl mi nie przeszło najmniejsze marzenie o jakiejś - nazwijmy to - większej przygodzie. Nie szukałem żadnego wyrazu dla swego zachwytu, zadowalając się jedynie cichą kontemplacją. Natura, tworząc go, wykazała się mistrzostwem i najwyższym smakiem! I sen o zapapraniu takiego cuda, wykorzystaniu go, byłby czymś nieskończenie wulgarnym, godnym najwyższego potępienie... Przyglądał mi się uważnie, badawczo tymi swoimi dużymi oczami dostrzegając z pewnością, że jego urok znalazł we mnie prawdziwego wielbiciela... Wyglądało to trochę jak testowanie swego nowego, nieco zbyt troskliwego kolegi i bacznego, wykorzystującego każdą sposobność, obserwatora. Szczególnie wnikliwie patrzył, gdy przebierał się do snu, a ja nie miałem zamiaru ukrywać swojego zainteresowania dla szczegółów jego budowy... Nie było żadnych komentarzy... --Ostatni dzień naszej znajomości spędziliśmy w Trondheim. Zwiedziliśmy tamtejszą katedrę, zjedliśmy obiad, pospacerowaliśmy po ulicach... Pożegnaliśmy się uściskiem dłoni i podziękowaliśmy sobie za miłe i interesujące towarzystwo, za fascynująco spędzony czas, trochę przy okazji narzekając na pogodę, która nas nie rozpieszczała, często zaskakiwała deszczem i w najmniej odpowiednich momentach zsyłała mgłę, by ukryć zazdrośnie przed naszymi oczami godne podziwu pejzaże... W końcu odjechał... A ja wytężyłem wszystkie siły, by nie ulec wzruszeniu... Więcej go już nie widziałem i z pewnością nie zobaczę. Tylko przypadek mógłby skrzyżować nasze drogi. Mam nadzieję, że żyje mu się dobrze, że się realizuje i nie ulega nadmiernym rozczarowaniom... Nie chcę się jednak o niczym na jego temat dowiadywać. Dla mnie na zawsze pozostanie tym sympatycznym młodzieńcem o uważnym spojrzeniu. szkoda tylko, że nie mam jakiegoś pamiątkowego przedmiotu, który by mi go przypominał... Chociaż... Mam coś, co wprawdzie nie wiąże się się bezpośrednio z jego osobą, ale z tamtym czasem - wycinek z jakiejś gazety z wierszem Abrahamsena o niknącej w wieczornym mroku trondheimskiej katedrze, który przechowuję w jednym z notatników z zapiskami przygłupiego, niestrudzonego łowcy nastrojów i admiratora męskiego piękna... -- I tak kiedyś, spoglądając na tego chłopca, który, korzystając z mojej gościny, spał sobie słodko, skrobałem list do R, co w ciągu nocy rozrósł się, co w moim stylu, do rozmiarów nieco przyobszernej opowiastki, dość jednak, choć charakter jej był zdecydowanie miłosny, szorstkiej, rzeczowej, dalekiej od liryczno-sentymentalnych klimatów, na jakie w relacjach z ludźmi pozwalam sobie nader rzadko, bo gdy człowiek wpada w przesadny sentymentalizm i patos, przestaje być czarujący... Listu tego jednak nie wysłałem, ani też nie zachowałem... Opwiastka, która, jak pamiętam, zaczynała się od krótkiego opisu kępki ciemnych włosów pod drobną pachą mego śpiącego gościa i od informacji o kocie, na którego przy okazji czekałem (Ach - kot... Często białymi nocami czekałem na pewnego gościa - kota, dużego, rudego kota... Według spacerów tego zwierzęcia można było regulować zegarek. Pojawiał się na podwórku punktualnie o trzeciej nad ranem i szedł sobie wolnym, dostojnym, starannie wystudiowanym kocim krokiem... Dystyngowanie obojętny szedł zatopiony w sobie w kierunku fiordu zawsze mijając pień ogromnego, starego modrzewia z lewej strony...) kilka dni później została spalona na łące... Ten destrukcyjny gest był szalenie przyjemny, bo w ogóle przyjemna jest taka chwila, kiedy człowiek, napracowawszy się, efekt swych wysiłków puszcza z dymem. Ulatujące słowa. Rozpraszające się w atmosferze. Pochłaniane przez dobrotliwą ciszę.

ciąg dalszy poniżej

17:39, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
Low***

Kiedyś jakiś kompozytor, nie pamiętam już, który, powiedział, że muzyka jest dążeniem do ciszy. Może ze słownymi kompozycjami powinno być podobnie? te niedoskonałe skupiska liter, którymi człowiek nader często pragnie opisać coś w gruncie rzeczy niewyrażalnego. Najczęściej tworzą one koślawą obudowę, zazwyczaj zbędną, choć, bywa, szalenie zwodniczą poprzez swą ozdobność. Prawdziwą sztuką jest chyba umiejętność korzystania z tego niezwykle niedoskonałego materiału w taki sposób, by ta obudowa, ta zewnętrzność, której królestwem jest słowo - wystygłe i mdłe narzędzie - stanowiła godną, gustownie zarysowaną obręcz, najbliższą tego, co całkiem niewysłowione, zagadkowe, tajemnicze... Jakże szczęśliwi są ci, co potrafią drogą najkrótszą, ledwie zaznaczonym, niewielkim strumykiem słów docierać do najbliższego sąsiedztwa tego, czemu przysługuje już tylko cisza... Hałas i słowotok - obydwa mające jeden cel - zamilknąć. --- Tak, a mnie się zbiera na coś monstrualnego - jakby na przekór, o czym nawet rozprawiałem z Poganką przy kieliszku. Bardzo się wtedy zapaliłem, byłem podekscytowany, raptownie rozentuzjazmowany, rozedrgany. Myślałem - podbydowany rozmową - iż czas powrócić do pewnej porzuconej z powodu losowych wypadków rzeczy i do poważnie, uroczyście zielonego atramentu... Zdecydowałem nawet, że wejdę w nieznośny lipiec marszowym krokiem zdwojonej pracowitości, ale póki co... Brakuje mi odwagi... Wzdragam się, lękam się swych myśli, bo chcąc dać im swobodę narażam się na wypowiedzenie przepowiedni. Popuszczanie wodzy, rozluźnianie kontroli, co wprawia w niezdrowe, gorączkowe drżenie... Pójść tą jedynie słuszną, wolną drogą? Na razie rękopis budzący trwogę pozostaje w kącie.-- Mówiliśmy o niebezpiecznych drogach, o wartkich słownych potokach z ich zabójczą mocą. Nie mogło oczywiście zabraknąć małego Frida. Boże - żyć, wiedząc, że jednocześnie jest się upierdolonym na amen. Na piśmie. Mann był bezlitosny... Delikatni i wrażliwi artyści - chyba mało kto potrafi dorównać ich bydlęcej sile.-- Póki co lipiec upływa mi na męczących bzdurach, przez co w ogóle czuję się do dupy. Ostatnio zrobiłem sobie nawet badania, ale lekarz mnie tylko pochwalił. Wszystko jak trzeba. A ja jestem jakiś słaby i z lekka zniechęcony do wszystkiego. - Niech pan gdzieś wyjedzie, zmieni na chwilę klimat... I oczywiście wyjadę, ale dopiero po siedemnastym. Bo Franek też jeszcze zagoniony... Wakacje. dziś to słowo nic już dla mnie nie znaczy, bo jakoś tak się w zyciu wszystko powyrównywało. U Franka czas dzieli się na tydzień i weekend, ja natomiast, kurwa, mam poczucie, że codziennie jest poniedziałek... Oto cena wolności!! --Dobrze, że chociaż pogoda nie jest upalna... Taki ciepły i przekropny lipiec jest jeszcze do zniesienia. Łatwiej też znieść groteskowe towarzystwo... Uff... Objawił się dawny przyjaciel Franka. Mieszka teraz we Francji i przyjechał własnie... w sumie po to, by się po prostacku i pedalsku zabawić. Z takim jakimś narzeczonym... --Franek coś ciągle jeszcze czuje się u mnie bardziej jak gość, spytał więc, czy stanie się coś wielkiego, gdy odwiedzi nas jego ex... - Dawaj go tu natychmiast. I przyszedł... He, he, he, śmieszek. Z narzeczonym. Francuskim. Niekontaktowym, władającym tylko swym ojczystym językiem, którego ja nawet nie mam zamiaru poznawać... O rany - jakiż to był perfekcyjny Francuzik, jak z wystawy, nieskazitelny, uperfumowany jakimś płynem o dusznym zapachu, kosmetycznie rozlizany na dziesiątą stronę... Rzygnąłbym sobie, gdyby mi coś takiego wpełzło do łóżka... I jeszcze te oczy... Ordynarnie typowe dla gatunku. Cholera - nie pomylisz się człowieku. Nie wiem na czym to polega. To tak coś zastyga w tych ślepiach - wypatrywanie, wieczne pytanie, i jeszcze coś takiego świdrująco błagalnego... Śmialiśmy się z Frankiem, że kilka takich wizyt i ktoś zadzwoni na policję... A jak nikt tego nie zrobi, sam to uczynię... -- W jeden wieczór towarzyszyliśmy im w obchodzie. Męcząca rzecz. Pan ex coś mi na stronie zaczął opowiadać... Wyszło na wstęp do instrukcji obsługi Franka... Nie pogadał sobie ze mną.-- Na szczęście już sobie pojechali. Tacy dobrzy konsumenci. Wypasieni... A my się cieszymy, ześmy na siebie trafili... Myślę nieskromnie, że Franek dokonał korzystnej zamiany... A ja sobie coraz bardziej uświadamiam, że tak naprawdę poza nim nie mam nikogo... Bo co jacyś znajomi, więcej wśród nich cichych zawistników czekających na potknięcia. A niedobitki z rodziny... Poza Erykiem, który jest jednak dość daleko... Raczej nie jestem mile widziany... I tak już zostanie...

Ale się dziś koszmarnie rozpisałem. Skorzystałem z czasu :)Nie ma mowy już o jakiejkolwiek korekcie... Poleciało. 

17:39, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2