BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
środa, 15 lipca 2009
Upał gorzki

 Strasznie mnie zasmuciła wiadomość o śmierci Zbigniewa Zapasiewicza. Jakże się powoli wykrusza stara aktorska gwardia... To był facet z pasją. Wspaniały... Ech, nawet nie ma sensu wymieniać jego wybitnych ról, ważnych, które pamiętam, którymi się zachwycałem... Zapasiewicz miał wspaniałą twarz. Było w nim coś zniewalającego. Szczególnie w jego oczach - mądrych, przenikliwych, w których jednocześnie błyskał jakiś taki figlarny ognik... No tak, ale przecież mądrość jest bliską krewną ciepła i humoru... Uwielbiałem na niego patrzeć. Piękniał z wiekiem ten człowiek...

 Zapasiewicz uwielbiał Herberta... Herbert też umarł w lecie... Mieszkałem wtedy w Norwegii i tam się o tym dowiedziałem... A teraz też jest lato... I wracam znów w tamte strony. Z taką smutną wiadomością w świadomości...

 Så seiler vi på Mjøsa... No, nie wiem czy akurat będziemy się oddawali urokom żeglowania, ale tak czy siak czekają na nas ojczyste strony Alfa Prøysena, tego pana, co obok wielu rozmaitych rzeczy, wymyślił Panią Łyżeczkę... O ile sobie przypominam, Pani Łyżeczka miała pewien życiowy problem, polegający na tym, że w każdej chwili mogła się gwałtownie zmniejszyć do rozmiarów łyżeczki do herbaty... I na dodatek, kiedy była już taka malutka, zaczynała rozumieć mowę zwierząt... I chyba często, jako taka malutka pani, musiała pokonywać problemy będące nie lada wyzwaniem dla człowieka w jego naturalnych rozmiarach... :)))

 Hm, tak to czasem w życiu jest. Zdarza się, iż człowiek ma poczucie, że się kurczy, że jest tyci wobec spiętrzonych problemów, a jednak jakimś cudem udaje mu się przedostać przez splątane zasieki...

 Wczoraj wieczorem przejrzałem łachy do spakowania... Dziś dokończę dzieła... I jeszcze trzeba będzie psy odstawić do taty na krótkie przechowanie...

 Jesteśmy oczekiwani... Ponoć coś tam się już chłodzi w lodówce... :)))

 Ufff - ale dziś gorąco!

13:08, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 13 lipca 2009
Ćma

 Że Misio taki niby odważny... O tak, pewnie... Upiory, zjawy - a proszę bardzo - śmieję się im w twarz! Wilkołak za oknem - niech będzie - nawet dwa mi nie straszne. Strzyga, południca - igraszki... Gąsienica - ujdzie. Dżdżownice - są całkiem milutkie... Mucha - a sio, ale spoko, jednak... Żaby, ropuchy - jak ich nie lubić, skoro one z wiecznym uśmiechem idą czy raczej skaczą przez życie... Tak, można powiedzieć, że z wszelkimi obrzydliwostkami jakoś sobie radzę... Wszystko mogę znieść, z wyjątkiem jednego... Są istoty, które potrafią doprowadzić mnie do prawdziwego przerażenia... Wszystko może mi pełzać pod nogami i wszystko latać nad głową, wszystko za wyjątkiem... ćmy...

 Moje złotko przyjechało wczoraj późnym popołudniem... Już wyczekiwałem go niecierpliwie jak potwór ciasteczkowy... I się zawiodłem, bo nie przywiózł ze sobą żadnych wypieków... Ponoć jego utalentowana mama skręciła sobie nogę w kostce, była więc trochę unieruchomiona... Biedna mama Frania... Ale co poradzić - wypadki chodzą po ludziach... Franuś przywiózł za to koszyk czereśni... - Sam zrywałem... - Akurat. - No wiesz, nie wierzysz mi? To ja dla Misia wspinałem się po drabinie... - No dobrze już, dobrze, wierzę, że okręcony niewidzialnym woalem tęskonoty za Misiem rwałeś te soczyste owocki... Ach - wyraziłem jeszcze marzycielskie przypuszczenie, że pewnie na każdym zerwanym owocu składał miłosny pocałunek, żeby dodać im jeszcze słodyczy... Spróbowałem - okazały się dość kwaskowe... - Więc nie całowałeś - rzekłem z małym burmuszkiem na swym ryjku... - Oj, ponosi cię, Misiu - usłyszałem... - Uniesień nigdy dość - odparłem.

 Wieczorem łóżeczko, pogaduchy, i trochę tam różnych przyjemnostek... Takie małe, rozciągające się w czasie powitalne rytuały, dotykanie, kochane kłaczki na brzusiu :-þ ... --- Wreszcie sen zastukał nam w okienko... Bo pospać w końcu trzeba - aaa, kotki dwa... Bo trzeba rano wstać, bo jeszcze przed nami trzy dni kieratu...--- Już, już zapadałem słodko w pogodną drzemkę... A tu nagle coś mi zatrzepotało, coś złowrogo zafurczało... - Jezus - Maria - ćma... Zerwałem się na równe nogi, zapaliłem wszystkie światła... - Porobione, jeśli ta ćma się nie wyniesie, moje dalsze życie stoi pod wielkim znakiem zapytania! -- Franek patrzył na mnie zdumiony: - Czyś ty zwariował? Jak Boga kocham. - Bo tu jest ćma! - Co ty z tymi ćmami. - Co, co, chyba zdążyłeś się już oswoić z tym, że nie jestem w stanie przebywać w pomieszczeniu, w którym znajduje się ćma. I gdzie ona jest? --- Oczywiście dowiedziałem się, że ćmy są przecież niegroźne, że to przecież takie motylki... - Nazbyt kudłate jak na mój gust! --- Nie wiem, czemu ćmy budzą we mnie już nie tylko obrzydzenie, ale po prostu najdzikszy strach. Kiedy przelatuje nade mną to stworzenie zrodzone dla nocy, zachowuję się jak człowiek spodziewający się najcięższego bombardowania. Jestem bliski zawału! --- W domu zapanował chaos. Psy się obudziły, zaczęły biegać, szczekać... - Jezu - jęknął Franek i wstał. - Gdzie masz tę ćmę... Ćma gdzieś się schowała. Nagle - frrr. Zacząłem po wariacku się opędzać i zwiałem do kuchni. Pies mi przy okazji podrapał nogi, bo myśląc, że organizuję figle, skoczył na mnie radośnie ze swoimi upazurzonymi łapkami... --- Bohaterski Franek złapał wreszcie nieprzyjemnego intruza. Omal nie zemdlałem widząc, jak trzymał go w dłoni... Pomyśleć - boi się ten człowiek podejść do krowy, a bierze bez najmniejszego oporu do ręki odrażającą ćmę... Nie mogę tego pojąć... --- Ćma, po szaleńczym pościgu, została schwytana, a potem uwolniona. Odleciała w noc. Łaskawy Franek podarował jej życie... Coś innego było jej znaczone. Być może paszczka nietoperza... --- Boże, jaką ulgę poczułem... Wreszcie można było ułożyć się do smacznego lulu... --- Brr, jak sobie przypomnę tę ogromną ćmę, to jeszcze taraz wstrząsa mną dreszcz...

13:20, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (8) »
niedziela, 12 lipca 2009
Opuszczone farmy, krajobrazy, ludzie...

 Pomyślałem, że może znów nadszedł czas na coś islandzkiego...

 Trochę czarno - białej fotografii...

Nökkvi Elíasson...

Zachęcam do odwiedzenia jego strony:

http://www.islandia.is/~nokkvi/page1.htm

15:15, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (3) »
sobota, 11 lipca 2009
Taniec (Duży Książę)

 Można coś popisać. Wrócić na przykład do Księcia, do Księcia, który chyba za bardzo kupy się nie trzyma, bo nie śledzę tego, co stało się wcześniej, co zostało powiedziane... Ale w końcu nie chodzi o to, by się cokolwiek musiało trzymać kupy... Chodzi o to, żeby było miło i może potrzymało trochę w napięciu... Tak więc, z myślą o Agnieszce (a także, rzecz jasna, o innych czytelnikach zainteresowanych tym czymś), postaram się zajrzeć do chłopców i zdać relację z tego, co ujrzałem i usłyszałem...

 Książę pojawia się w drzwiach do kuchni z ogromną chochlą. - Zobacz, Auybrey, czyż nie jest czarująca? - Co, ta chochla - pyta Aubrey i unosi lekko brwi. - Nigdy nie używałem czegoś podobnego do jedzenia zupy. - Zatem Książę ma niepowtarzalną okazję, by to uczynić. --- Chłopcy wskakują na stół i zabierają się do jedzenia. Książę nabiera troche zupy i częstuje Aubreya, a potem pochłania z apetytem swoją porcję. - Nie jest to nazbyt wygodne - zauważa. - Nie było w kuchni łyżek? - Pewnie gdzieś są, ale nie chciało mi się szukać. Smakuje ci? - Owszem. --- Jedzą przez chwilę w milczeniu. Nagle Książe coś sobie przypomina: - Wspominałeś coś... Zaraz, zaraz... Wymieniłeś taką dziwną nazwę, kiedy rozmawialiśmy w pokoju Baldura... Sviskebakken... Tak, tak to brzmiało? - Rzeczywiście, chyba coś wspominałem. - Co to za miejsce? Nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek wcześniej słyszał o czymś takim... - Być może to nazwa nieoficjalna... Sam sobie zadaję pytanie, czy umiałbym zlokalizować to miejsce... Widzę je, ale nie wiem czy w istocie tam byłem. Zreszą mniejsza o miejsce... Ważniejsze jest to, co tam się zdarzyło... - A co się zdarzyło? - Nie chciałbym teraz o tym mówić. - Dlaczego? - Ech, zresztą... Być może to Kiljanowi coś się pomieszało i stąd to osobliwe wtrącenie... Przez przypadek, nieuwagę, jakieś roztargnienie nakazał mi pamiętać o czymś, co mi się nigdy nie zdarzyło... - Kiljan? Myślałem, że tylko... - Że tylko Książę może się z nim porozumiewać? Ale przecież znalazłem się w bajce o Waszej Wysokości... To Kiljan uzmysłowił mi, że drugie drzwi do książęcej sypialni stoją otworem... Zależało mu najwyraźniej, bym odnalazł drogę do twego uroczego ciała, drogi Książę... - Sam o niczym innym nie marzyłem. - Wiem. - Ale w ostatnim momencie się przestraszyłem. - Czego? - Nie wiem - Książe wzrusza ramionami. - Nie wie Książę? - Wmówiłem sobie, że po takim wyczynie znienawidzę cię. - Doprawdy... - Aubrey chce jescze coś powiedzieć, decyduje się jednak na jeszcze jeden łyk zupy. - Jestem już syty. - Ja też - oznajmia Książę. - Może zatańczymy? - A gdzie muzyka? - O, wystarczy nam tylko odliczanie... To bardzo prosta rzecz. --- Aubrey usiłuje się podnieść, jednak zdrętwiała noga nie chce mu być posłuszna, w wyniku czego raptownie traci równowagę i spada ze stołu. - Co się stało? - pyta Książę. - Aubrey milczy. Książę dochodzi do krawędzi stołu, przykuca i patrzy na chłopca podobny do jakiegoś niesamowitego ptaka oceniającego leżące nieruchomo znalezisko. W końcu bierze chochlę i uderza nią Aubreya w krocze. Aubrey natychmiast kończy swoją tanią gierkę: - Au, to boli! - I właśnie dlatego tam cię trzasnąłem. Przy okazji pomyślałem sobie o grze w golfa. Bardzo już się stęskniłem za polem golfowym. Grywasz w golfa? - To nuda. - Ale... Co ty opowiadasz? Wstawaj już. Do tańca! Że też wpadają ci do głowy takie absurdalne pomysły! Tutaj zostać! Możesz promiennie przespacerować się przez życie, a ty... --- Aubrey wdrapuje się na stół. - Nie chcę nigdzie spacerować. - Co cię ubodło? - Książę sądzi, że taki spacer jest szczytem marzeń chłopca z takiej dziury? Co mamy tańczyć? - Ach, bardzo proszę. Tak, stań obok. Byłem kiedyś w dość osobliwym kraju, ale już ci chyba o tym opowiadałem... Nauczyłem się tam tańca... Nic wielkiego. Płynność, prostota i dostojność. Nazywa się to polonez... Zaczynamy. Ja prawą nogą, ty lewą... I.. Zobacz... Raz... dwa, trzy... A potem moja lewa, twoja prawa... Proste, prawda... Zatem - do dzieła... --- Tanecznym krokiem dochodzą do przeciwległej krawędzi stołu. Książę gwałtownym ruchem przyciąga do siebie Aubreya. - To jakiś kolejny element tego tańca? - Nie. - Już nie będziemy tańczyli? - Ależ proszę bardzo. A zatem w rytmie poloneza do wazy. - I z powrotem - woła ochoczo Aubrey.  - Książę uchodzi za znakomitego tancerza. - O tak, mówi Książę i zastyga w bezruchu. - Co się stało? - Książę milczy wpatrując się rozmarzonym wzrokiem w jakiś sobie tylko znany punkt. - Księżna - szepcze. - Co Księżna? - Właśnie w tańcu kocham ją najbardziej. Na balach jesteśmy opromienieni blaskiem. Ona - najcudowniejsza, w klejnotach, w pysznej sukni... Jest zawsze olśniewająca, pełna energii... Kiedy tak płyniemy przez parkiet... Zdumiewające. W takich sytuacjach budzi się we mnie żądza. Chciałbym się z nią po prostu rżnąć publicznie. Przy dostojnych gościach, w obecności nobliwych purchawek, nadętych ministrów, w obecności całego tego dekoracyjnego zbiegowiska stanowiącego szczyt pokarmowego łańcucha... Rzucić ją w stołowe srebra i w cały ten kulinarny szał, wokół którego dystynowane towarzystwo robi tyle ceregieli, że aż się chce rzygać... Rozlewać po stole najrzadsze alkoholowe wynalazki, miażdżyć jadło sporządzone z najbardziej nieprawdopodobnych stworzeń... Babrać się w tym wszystkim i leżeć na tym wyuzdanym dzikusie, z którym połączono mnie małżeńskim węzłem... Gzić się z tą oszałamiającą, cudowną wydrą, tak żeby wszyscy widzieli... Nie uwierzysz... Nie wiem już, co mam z sobą robić. Mam ochotę publicznie się obnażać... Kiedy przychodzi mi przecinać jakąś wstęgę albo chrzcić nowy okręt, mam ochotę wyjąć fiuta i zakręcić nim jak wiatraczkiem... - Czy Książę nie może zrezygnować ze swej funkcji? - Nie, to wykluczone... - Jakże ludzie cierpią - zauważa kąśliwie Aubrey... - Co miała znaczyć ta piosenka tej norweskiej Penelopy - zmienia temat Książę. - Waszej Wysokości chodzi o Solveig? - Tak... Ach, miłość!! - wzdycha nie oczekując na odpowiedź. -  Peer Gynt powraca! Staje się refleksyjny... Jakież było jego życie? Chaotyczne, rozproszone, w którym zagubiły się gdzieś moralne wartości i zaczął próchnieć charakter... Ona, porzucona, pamięta... Trwa wiernie. Czeka. Jest więc coś trwałego, co zdołał w życiu wzbudzić Peer. Tak... I ufasz, że ktoś śpiewa tu taką piosekę? - Może tak, może... - Aubrey zacina się i odwraca w stronę okna... --- Milczą. Książę zdaje się szukać czegoś we własnej głowie. "Ach tak - myśli - ta zjawa, ten upiór... Nie, na Boga, jakże dawać wiarę takim rzeczom? Cóż za zabobonne przekonania chcą wziąć nade mną górę? Znaki, wróżby... A ty, Kiljanie, cóż mi podsuwasz za obrazy? Więc to to owo Sviskebakken? Mnóstwo krwi. I przeraźliwy popłoch. Wrzask przerażonych ludzi obryzganych krwią i kawałkami mózgu... Jakaś kobieta z obrzydzeniem dokonuje makabrycznego odkrycia: ma we włosach drobne lepkie kawałki czegoś... Czyżby kostne, krwawe okruchy? Mdleje... Ponure zdarzenie. Strzał w głowę... Kto to był?" - Wiem już, mniej więcej, co stało się w Sviskebakken... - To byłem ja! - krzyczy Aubrey. - Gdzie? - Zawsze to samo. W kółko... - Może nie zawsze. Były takie czasy, że ludzie nie dysponowali jeszcze rewolwerami czy innym tego rodzaju paskudztwem... - To nie ma znaczenia! - Odbiło ci... - Niech Książe nic nie próbuje robić! - A cóż mam robić? - No właśnie. Dobrze, że to Książę rozumie... - Ach, żebym mógł cokolwiek zrozumieć!!!! - ryczy poirytowany Książę. --- Aubrey spaceruje nerwowo po stole. Wreszcie siada na jego krawędzi i macha energicznie nogami. Książę patrzy na jego odsłoniętą łydkę... "I cóż więcej, mój Boże, cóż ponad to tam?" - mruczy w myślach do siebie. - I o czym dumasz? - Nie wiem... Może o tym perfekcyjnie wyedukowanym idiocie z różowej książeczki. Bo to był idiota... To był cham, człowiek pozbawiony kultury. Marsjanin, nieludzki stwór... Wszystko wiedział o papierowej etyce... W szkole miał z niej piątkę... Nikogo, biedak, nie wzruszał, a przecież w szkole miał same dobre noty... Świat był zepsuty, bo nikt nie chciał go na dłuższą metę podziwiać... I kochać oferując przy okazji portfel... To bydlę uważało się za skończoną doskonałość... Jeśli mu wierzyć, wycierpiał się w życiu, od samego początku cierpiał... I myślał, że czeka go za to nagroda... Chciał Nieba na ziemi... O, jakie ja miałem szczęście... Chwała Bogu. I dodatkowo mogę wybierać... Dziękuję... Spróbuję stworzyć Niebo... Bo tylko tak można je osiągnąć. Trzeba się wysilić... A jak nie... Czy Książę uważa, że ludzi zawsze trzeba ocalać?... - Nie, nie sądzę... Kiedy biegniemy ku przepaści, by złapać kogoś w ostatniej chwili, musimy pamiętać, że staniemy się za ocalone życie odpowiedzialni... Najczęściej tacy ratownicy nie chcą jednak brać tego rodzaju odpowiedzialności, bo traktują życie iście po łajdacku - jak przedmiot. Ratują organizm... Chcą może dobrze, ale w istocie postępują okrutnie, bo bezmyślnie... Jeśli ktoś żyć nie potrafi, a ten paskudny bohater tego nie potrafił, chociaż był tak doskonały w graniu na emocjach, chociaż tak doskonale potrafił udawać, że ma sumienie, manipulować i rozwodzić się nad swą umiejętnością kochania opowiadając o utraconej miłości, która to "miłość" w istocie nie była żadną miłością... Ale o czym to ja... Ach, jak ktoś żyć nie potrafi, niech ginie i da wszystkim święty spokój... Niech leci w przepaść, nawet ze swym intelektualnym potencjałem, który ponoć, gdyby świat padł na kolana, zasiałby nam takie kwiatki, o jakich nauka nigdy nie słyszała... - Kiedyś poznałem człowieka, który w dość dziwaczny sposób pozbawił się życia... Zresztą - poznałem to może lekka przesada. Spotykałem go na osiedlu, na którym kiedyś wynajmowałem małe mieszkanko... W którym robiłem się na bóstwo - uzupełnia z lekko kpiącym uśmieszkiem. - To był jakiś taki zapadnięty w sobie człowiek. Mroczny, introwertyczny typ. Łatwo go było rozgniewać... Nie powiem, że się spodziewałem po nim czegoś aż tak niesamowitego, ale gdy zleciał z wieżowca, wiadomość tę przyjąłem bez specjalnego zaskoczenia... Tak, tak - to musiało sie stać - powtarzałem później. - Skok z wieżowca to coś aż tak niesamowitego? - pyta Książę siadając obok Aubreya. - Nie, sam skok nie, lecz jak on wyglądał... To już było niesamowite... Zanim skoczył, chciał zrobić z siebie coś na kształt owiniętej bandażami mumii. Nie użył jednak bandażu, tylko takiej szerokiej taśmy samoprzylepnej. Owinął nią sobie nogi, tułów wraz z jedną ręką i głowę: usta, oczy. Pookręcał się tą taśmą dość bezładnie... Rozwalił się o betonowy chodnik. Z tyłu jego głowy sterczało plastikowe kółko, na który nawinięta była reszta taśmy. Wyglądała jak taki groteskowy uchwyt... - Może bał się, że gdy spadnie, roztrzaska się jak porcelanowa figurka. - wyraził przypuszczenie Książę... - Tak - szepcze Aubrey... Hm, jaką radę życiową dałby Książę, radę, komukolwiek... -- Książę przez chwilę się zastanawia... - Może taką: omijaj szerokim łukiem ludzi, którzy nie wahają się wymawiać słowa: pogardzam. Nawet gdy z ich ust płynie najczystsze złoto i najfantastyczniejsza filozofia - jeśli słyszysz to straszne słowo, odejdź natychmiast... Kto żywi pogardę, ten nie ma kultury. Tak jak ten różowy chłopczyk rojący i roszczący sobie Bóg wie co... Ale to już wiesz. On nie miał kultury za grosz... - Ale te jego malownicze tęsknoty... - Bardzo ładne - mówi Książę. - I te fantastycznie odmalowane pozory człowieka, który ma głowę w chmurach, to znaczy w tym, czego się naczytał i co obejrzał, a nogi twardo na ziemi... Paradne.

ciąg dalszy nastąpi

16:07, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
piątek, 10 lipca 2009
Prosty

 Przede mną samotny weekend. I cieszy mnie to wielce. Mój najdroższy jedzie na trochę do rodziny. A ja w tym czasie będę się z lubością oddawał wszelkim tumiwisizmom... Dobra kawa, słodka zagrycha, może kieliszeczek koniaczku, książeczka... Tak dla higieny! No i o jakimś praniu trzeba pomyśleć, wrzucić coś w pralkę, bo przecież wkrótce wyjazd...

 Cholera, z jednej strony jest tam we mnie pewien entuzjazm, ale z drugiej strony oddzywa się we mnie potężny leń, któremu nie chce się tyłka ruszać... Starzeję się... Na leniwą nutę... Ale nic, plany zostały poczynione, zatem trzeba je przykładnie zrealizować... Są też przecież i plusy wakacyjnej ruchawki: wiatr we włosach na morzu i takie tam... To znaczy - właściwie nie wiem, co więcej... :) A - może być jeszcze wiatr we włosach, kiedy otworzymy okna w samochodzie... Wietrznie będzie... I leśnie...

 O Jezu - miałem dzisiaj rozmowę z ojcem. Telefoniczną. Zadzwoniłem do niego, żeby się spytać: co słychać... A, właśnie się wykąpał i wyprasował sobie koszulę, bo się na pogrzeb wybiera... Bo jakiś tam jego kolega umarł... - Już nawet z niższej półki biorą... Bo kolega młodszy był, ledwie 52 lata... Dostał zawału, i nie przeżył... No i tatuś oczywiście zrobił się z deka refleksyjny... - Człowiek sam się będzie musiał wkrótce pakować... Boże, jak mnie wkurwia takie gadanie... - Wyluzuj, tatuś - powiedziałem - i pożyj trochę na tej emeryturze. Skorzystaj jeszcze z życia. Daj se jakieś dziesięć, przynajmniej dziesięć lat... Weź choćby pod uwagę moją wytrzymałość. Nie chcę nic słyszeć o żadnym umieraniu! Do diabła ciężkiego!!

 A wczoraj po południu wdepnąłem na moment do biblioteki, żeby odnieść kilka przetrzymanych książek. Wypadało pójść wreszcie, bo potem wyjazd i znowu by się wszystko odwlekło. Akurat była moja znajoma: - Będę cię musiała chyba trochę zdyscyplinować. Tu by trzeba było jakąś karę wreszcie zapałacić... - Miej litość - zawołałem. - Patrz, ja u was wygrzebuję rzeczy, których nikt od dawna nie czyta. Nie chcę być ukarany - dodałem robiąc po chwili ze swych usteczek podkówkę... Tak więc rzecz została załatwiona po mojej  myśli. I sobie poszedłem. A moja biedna znajoma została wśród zakurzonych woluminów i czeka ją jeszcze udział w zaplanowanej na przyszły tydzień inwentaryzacji...

 Wracałem do domu i dopadło mnie... Dopadł mnie mój nieustępliwy tytoniowy nałóg, z którym ciągle się zmagam - raz nie palę, to znów palę... Ostatnio nie sięgałem po pety, ale wczoraj mnie wzięło. I ustąpiłem. Kupiłem pakę, zapałki, i przypaliłem. Aż mi się rozkosznie zakręciło w głowie. I od razu też pomyślałem o praktycznych sprawach. Mijałem osiedlową aptekę i pomyślałem, że wdepnę i kupię, tak z myślą o wyjeździe, parę drobiazgów: aspirynę, jakiś węgiel i trochę innych pierdół... Wszedłem. W środku było kilka osób. Stanąłem za starsza panią w ogonku... - Ale się pan napalił - powiedziała starsza pani odwracając się do mnie. - Przepraszam, ale na co? - Papierochy palimy! Ja momentalnie wyczuwam. - No widzi pani. Napaliłem się... - No i co się pan tak truje. Mój brat, proszę pana, to już ostatnie stadium. Rak, który rozszedł się już po całym organiźmie... - Tu pani zaczęła mi ze szczegółami opowiadać o tragedii owego człowieka... I w pewnym momencie parsknęliśmy jednocześnie gromkim śmiechem... Niezły ubaw - tam jakiś brat w hospicjum, którego dni są policzone, a my rechoczemy... Nie dałem się nastraszyć... Pani z promiennym uśmiechem pogładziła mnie po ramieniu. - A ja pana znam - powiedziała. - A mnie się zawsze wydaje, że jestem niewidzialny. - I ma pan takie ładne pieski. Kiedyś obgadywałam pana z koleżanką. Pan tak pięknie chodzi. Zawsze wyprostowany, dostojny.

 Pochwaliłem się potem Frankowi. - Starsze panie uważają, że jestem dostojny i pięknie się poruszam. Że jestem wyprostowany. - To mają rację. Wyróżniasz się, Misku... - Jezu... No ale cóż - jestem po prostu prosty, w sensie duchowym i cielesnym... Proste mam myśli. W prostym opakowaniu. Nie mam garba, mam proste nogi, prosty nos, prostego ptaszka... Sama prostota. :) Można by to uzupełnić opinią Franka - że sprawiam wrażenie człowieka z czarodziejskiej krainy lodu, wyniosłego, zimnego, niedostępnego, nieobecnego wśród śmiertelników... I cóż - w sumie czasem taki jestem... Ech, no i te moje arystokratyczne pozy, i to opowiadanie dowcipów z kamienną miną, co się Frankowi ogromnie podoba... Ale cóż - z własnych dowcipów mam się śmiać?...

 Coś mi zostało z mamy, która uważała, że na świat trzeba patrzeć z góry i ładować mu w dupsko z buta... Nie podzielam wprawdzie tego zdania, tak więc mój wygląd jest nieco mylący...  Nikt mi nie chce uwierzyć, kiedy mówię, że jestem przecież tylko małym misiem, skromnym i nieśmiałym... - Taaak, oczywiście - słyszę... Tak jak nikt mi nie chce uwierzyć, że miewam w życiu kłopoty... No ale też z nimi tak za bardzo nie wybiegam do ludzi... Tak mi zostało, być może przez mamę, która nigdy nie brała pod uwagę problemów mojego osobistego życia... Nie mogłem do niej przyjść i się pożalić... Nie pasowało to do jej fantazji... Jej syn miałby być nieszczęśliwy? Wykluczone! Za każdą skargę dostawałem w twarz - może nie dosłownie, ale... Cóż powiedzieć - kłopotliwą rzeczywistość pragnęła zawsze zwinąć jak zużyty papier i wywalić do kubła na śmieci...

 Dostojny Miś... Tak się zastanawialiśmy. Może mógłbym być jakimś szykownym, olśniewającym biskupem? Zakładałbym na siebie kiecki, na palcu miałbym olbrzymi pierścień, który podawałbym do całowania gestem wypieszczonej damy, przy uroczystych okazjach przebierałbym się za szkatułkę z precjozami, każdą noc spędzałbym z innym chłopcem, a każdy dzień zaczynałbym galaretką pomarańczową, za którą z malowniczą niedbałością dziękowałbym Stwórcy... Jest tylko jeden problem - w swych wypowiedziach musiałbym być zupełnie nielitościwy, niemiłosierny, a na aż tak daleko idącą pogardę mnie nie stać, mimo całego swego dostojeństwa, które tak zachwyciło panią spotkaną w aptece...:)

14:34, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
środa, 08 lipca 2009
Steng ikkje vegen

 Dziś dzień pochmurny. I znów solidnie popadało. I szczęśliwie wstrętna duchota ustąpiła miejsca rześkiemu powietrzu, tak że jest czym oddychać...

 Dziś imieniny Adriana... I żeby było śmieszniej - Kiljana...

 Adrianowy kwiatek, przeraźliwie kolczasty, stoi na oknie i już od dłuższego czasu kwitnie. Kwitnie z zapałem na czerwono. Gdy jedne kwiatuszki usychają, zaraz pojawiają się nowe... Roślina wegetuje sobie pogodnie i zdaje się mówić, że tak naprawdę nie dzieje się nic... I w sumie ma rację. Bo co się dzieje?... Trochę chaotycznego ruchu, a potem idealny spokój zaświatów... Ci, co po drugiej stronie, mają już z głowy...

 Ręka, która kiedyś złapała mnie wychowawczo za pysk, już nie istnieje... Nie wiem czy dobrze się stało. Zresztą wszystko jedno... Żyję sobie. Zadziwiony nieco tym, że zdołałem się uporać z przeszłością i że dość szybko wymościłem na nowo swoje gniazdko... Piękne, a z drugiej strony zatrważająco okropne jest życie... Kiedy człowiek dorasta, i kiedy przejedzie go walec, zaczyna on zdawać sobie sprawę, że padł ofiarą oszustwa... Życie jako dar. Dobre sobie... Im bardziej się człek zagłębia w czasie, tym bardziej widzi, że to nie żaden dar, jeno zaciągnięty dług, i to na super lichwiarski procent.

 Chciałbym, żeby na świecie było inaczej, chciałbym, żeby świat był miejscem idyllicznym i nie skłaniał ludzi do filozofowania, bo całe filozofowanie bierze się przecież ze spostrzeżenia, że wszystko jest nie takie, jakim być powinno...

 Troszkę mi się melancholijnie zrobiło. I niech taki już będzie cały ten wpis, który pozwolę sobie ozdobić muzyką, która zawsze mnie trochę wzrusza. Zrobi się nieco religijnie... Sam wprawdzie religijny nie jestem i może trochę szkoda, że jakoś mnie nie stać na ten szczególny rodzaj marzycielstwa, bo przecież religijność jest swego rodzaju marzycielstwem... Gdzieś, kiedyś będzie już całkiem dobrze, będzie nagroda... Gdzieś jest ktoś, kto nad nami czuwa i wprost szaleńczo nas kocha...

 Ale od początku. Najpierw artysta. Arve Moen Bergset (rocznik 1972) - niezwykle utalentowany śpiewak i muzyk - pierwsze skrzypce orkiestry symfonicznej w Oslo. Jako chłopiec obdarzony był przepięknym, czystym głosem (Ktoś nawet powiedział kiedyś - tak przynajmniej przeczytałem w jakimś artykule - że jeśli się tego chłopca nie wykastruje, będzie to narodową tragedią!! Szczęśliwie chłopca nikt nie wykastrował i głos Arvego z czasem zmężniał, zachował jednak przecudną barwę, dzięki czemu nadal jest nie tylko wybitnym muzykiem, ale i pierwszorzędnym śpiewakiem.). Arve w dzieciństwie przeniósł się z rodzicami do Telemarku, do Vinje, a Telemark to kraina ludzi żywo zainteresowanych pradawnymi tradycjami i prawdziwe muzyczne zagłębie... Tam Arve zaczął rozwijać swój talent i oddał część swego serca trdycyjnej nucie.

 I dzisiaj taki utwór, który pięknie odśpiewał kiedyś swoim jeszcze chłopięcym, cudnym głosem. "Eg er framand"...

 Wędrować w trudzie pośród gór i morskich fal... Niechaj nikt nie staje na mej drodze... Jestem obcy, jestem pielgrzymem, i zostanę tu tylko na jedną noc... (Eg er framand, eg er ein pilgrim. Berr' ei kveldstund, berr' ei kveldstund er eg her. Steng ikkje vegen, for eg vil fylgja Guds folk til strid over berg og bylgja.) Na ziemi nie ma spokoju, którego szukam, i tęsknię za miejscem, gdzie mieszka Bóg. Tam gasną troski, wysychają łzy, i śmierć nikogo już nie dosięga... (Jorda eig ei den ro eg søkjer. Nei, eg lengtar, nei, eg lengtar til Guds stad. Der sluttar sorga, der tørkast tåra, der ingen meir blir lagt død på båra.) I wreszcie rzecz kończy się prośbą... Drogi Panie, o jedno cię proszę - byś zawsze przy mnie był i mnie prowadził... Aż przybiję do brzegów Nieba, by cię objąć... (Kjære Herre, om eitt eg ber deg: Fylg og lei meg, fylg og lei meg alltid du! Ved himmelstranda der vil eg hamna, eg heim vil koma og deg vil famna.)

 

 

15:18, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 06 lipca 2009
Księżyc figlarny i malwy

 To co - wpisać coś?...

 Jeszcze trochę trzeba poczekać na wypoczynek. Jeszcze odrobinę. Jeszcze trzeba się nieco pomęczyć w miejskiej duchocie...

 Strasznie uciążliwy czas nastał. I taki rozbiegany, że aż się różne nieporozumienia pojawiły... Bo człowiek jak zmordowany, to burczy, mruczy i marzy o chwili świętego spokoju. I nawet mu się gadać nie chce...

 W sobotę było pojednawczo... Rano niespodzianka, bo Franek się wymknął na zakupy, a potem zaproponował śniadanie, co trzeba koniecznie odnotować, bo to niezbyt częste zjawisko! Do tego doszło! Bo ja myślałem kiedyś, że codziennie będę witany z uwielbieniem kawą i bułeczkami... A tu co? Ja jestem od śniadanek, to ja zazwyczaj zapierdzielam po pieczywko chrupiące dla swego śpioszka, który sobie poranną porą urządza swoje gorączkowe bieganiny, hałaśliwe toalety i pospieszne odziewanie... I nawet się, cholera, nie skarżę... Kurde - nawet zdarza mi się prasować mu koszule. Taka ze mnie poranna pomoc... (O rety, a jakie on stroi minki, kiedy mu się w porannym pośpiechu coś zdarzy... Uśmieszek i oczka udające bezradność: - Misiu, popatrz, jakie nieszczęście... Nie mam guzika! A mógłbym przysiąc, że jeszcze chwilę temu tu był... - itd, itp...)

 Moja przyszywana siostra kiedyś wyraziła żal drobny: - Że też ty musisz być typkiem homoseksualnym. Taki porządny Miś! Cóż jednak poradzić. Rzecz zresztą nie tkwi w tym całym seksualiźmie... Człowiek, myślę, raczej bywa takim czy innym seksualistą, bo też bycie nim tak 24 godziny na dobę byłoby istnym szaleństwem... Od bidy mógłbym być i seksualistą na nutę hetero (wprawdzie nie mam w tym zakresie wielkich doświadczeń, bo sprowadzają się one do ledwie jednego epizodu w czsach studenckich, ale wiem przynajmniej, że igraszki z kobitą są rzeczą wykonalną), problem jednak tkwi gdzieś głębiej i polega na tym, że nie potrafię otoczyć kobiety tak intensywnym uczuciem, jakim potrafię otoczyć mężczyznę - tu jest pies pogrzebany! Lubię bardzo kobiety, uwielbiam ich towarzystwo, niektóre mi nawet mówią, że je rozumiem, ale nie umiałbym się w żadnej zakochać i żadnej pokochać.

 Wcale się nie gniewałem, Franio jednak doszedł do przekonania, że było inaczej... - Wydaje ci się. To zmęczenie, upał... Sam wiesz, jak jest. Ty też jesteś trochę przepracowany... - A ja myślałem, że zjemy na zgodę... Poudawaj przynajmniej, że jesteś zagniewany, obrażony. - No dobra - zacząłem więc udawać obrażonego. - Bu... - Może jakiś twarożek, może jakaś padlinka... - Mówiłeś, że kupiłeś sernik w sklepiku. - No. To teraz będziemy... - Czemu nie?... I zaczęliśmy dzień sernikiem i kawą. Bardzo przyjemnie je się sernik w łóżku! Bardzo. I bardzo miło jest, gdy po słodkiej przekąsce i gorzkiej kawie można mieć jeszcze trochę tego, no, wisz pan, seksu... Tak mógłbym zaczynać każdy dzień! Zazwyczaj jednak przychodzi mi odpowiadać na wieczorne zaloty...

 Po przyjemnościach trzeba jednak mi było zwlec się do niedokończonej roboty... A potem przyszło późne popołunie... I trzeba się było udzielić trochę towarzysko. Franuś pokręcił nosem... Tak, tak, bo ciągle gdzieś łazimy albo ktoś wpada... - Nie, no może nie tak ciągle... Ale niech będzie... Franek nie ma coś ostatnio towarzyskich ciągot. Chociaż ja też aż tak bardzo nie rwę się do wielkomiejskiego zgiełku. Czas, kiedy byłem nader cyganeryjną naturą, dawno już minął i wywietrzał...

 Ulga była wielka, kiedy się wyrwaliśmy. Ledwie tylko trąceni procentami... Zrobiliśmy sobie spacer długi, pod lipcowym księżycem... Pachniało trawą i kwiatami... Zrobiło się prawdziwie wypoczynkowo... Przyjemność sprawiało pieszczotliwe, wieczorne ciepło... Lipcowy księżyc uśmiechał się do nas... Bo lipcowy księżyc jest pogodnie usposobiony... Ja wprawdzie wolę księżyc sierpniowy, bo w nim jest więcej takiej już jesiennej powagi i lepiej się przy nim rozmyśla... Ale lipcowy księżyc też ma swój urok, bo to psotnik, trzpiot, nieopierzony młodzik o łobuzerskim spojrzeniu ciągnący z lubością człowieka ku letniej przygodzie... Zdaje się wołać: Oto znów zaczyna się życie, z którego koniecznie trzeba skorzystać! Koniecznie!

 Wreszcie sami, w ciszy wieczornej, na powietrzu... Humory nam się poprawiły. I jak szczeniaki podkradaliśmy sobie księżycowe pocałunki... A przy okazji spotkaliśmy jeża i dwa nietoperze, które fruwały bezgłośnie jak małe nocne duszki... Taka to była księżycowa sobota...

 I cóż dodać... Malwy już pięknie rozkwitają. To, zdaje się, najważniejsze wydarzenie na naszej szerokości geograficznej. Bo reszta to przecież tylko pierdoły... :)

 Dorzucimy jeszcze muzyczkę. Griega można grać na rozmaite sposoby... "Wesele w Troldhaugen" w wykonaniu gitarzysty Madsa Eriksena:

 

 

14:07, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
czwartek, 02 lipca 2009
Taki mi się snuje dramat...

 Mój ojciec to mnie potrafi czasem zaskoczyć... Wczoraj. Kilka minut po czternastej. Jestem u kumpla w biurze. Gadamy, pijemy sok, uzgadniamy różne takie nasze bzdury. Nagle brzęczy mi komóra. Zerkam. Stary dzwoni... - Przepraszam - mówię i odbieram. Nikt się przez dłuższą chwilę nie oddzywa - słyszę jedynie lekki piwiarniany gwar. - E! - wołam - co jest? - O, no, bo wiesz, tego... - Tatuś mój drogi, z lekka nawalony, usiłuje się ze mną porozumieć. Zbiera powoli myśli. Coś mu podpowiada jakiś skrzekliwy babski głos. - Michał, bo... Jak to idzie... - w tle słychać jeszcze jakieś bełkotliwe, pospieszne konsultacje... - Bo wiesz, taki mi się snuje dramat groźny... I co?... Szumny, posuwisty... - Tatuś - jęknąłem w słuchawkę - bój się Boga! Jest czternasta, upał, a ty dzwonisz do mnie już naspawany i gadasz do mnie Wyspiańskim. Co ja mam sobie myśleć? - Michał - bo to Poeta był. - Żartujesz. - I mi tu baba pierdoli, że to był sam Wyspiański. A przecież to, kurwa, Przerwa - Tetmajer. W "Weselu". - Brawo, tatuś! Wygrałeś wycieczkę! Do Bytomia, powiedzmy. - No, i dzwonię, bo ty będziesz wiedział... - No, to tak wychodzi, że to był Tetmajer. - No, i bardzo dobrze. To cześć... Rozłączył się. I już mu nie zdążyłem powiedzieć, żeby się może nie zadawał z paniami, które są nietrzeźwe przed szesnastą... Kumpel się zaśmiał... Fajnego masz tatę... - Korzysta wesoło z emerytalnych przywilejów. - Jak słyszę - ambitnie, ambitnie... O Matko Chrystusowa! Dramat mu się snuje...

 Tak przy okazji przypomina mi się jedno wspomnienie Boya z jego "Plotki..." Orszak weselny już się gotował do drogi w stronę Karmelickiej, ku Bronowicom i nagle jakaś zaciekawiona panną paniusia złapała za rękaw Kliminę: "A ma też ona co?" - spytała. Na to cudowna Klimina odparła: "E, ma, ma, zaśby tam nie miała! Bidna mysz, a ma tyż". :) Zawsze mi się to bardzo podobało.

***

 I co by jeszcze... Ciągle teraz słyszę jakieś kawałki Jacksona. I jeszcze ta cała gadanina wokół jego osoby... Mnie ta śmierć za bardzo nie zaskoczyła... Prawdziwie zaskoczyła mnie kilka miesięcy temu śmierć mojego sąsiada, który nagle się przewrócił i... A tu był stały zjazd. Życiowy i także artystyczny. Szkoda Michaela. Był nazbyt delikatnym człowiekiem... Tak to bywa, że ci, co nie mieli dzieciństwa, niekiedy nie mogą też za bardzo liczyć na starość... --- Michael - piekielnie utalentowany wieczny chłopiec - specyficzny chłopiec, bo taki chłopiec zazwyczaj niszczy innych, a ten zniszczył siebie... Ta jego śmierć raczej przedwczesna nie była... Hm, wydaje mi się, że nawet gdyby żył, te zapowiadane koncerty by się nie odbyły... --- Jackson - jedna z ostatnich legend muzyki... Sam za nim nigdy specjalnie nie przepadałem, ale mam sentyment do jego nagrań z lat osiemdziesiątych i końca siedemdziesiątych, z czasów swego szczeniactwa... Lubię rzeczy z "Off the Wall" i z "Thrillera"... I zaliczam się do tej większości, która uważa, że "Billie Jean" to muzyczna perełka, prawdziwe arcydzieło. --- Muszę powiedzieć, że cieszy mnie to, iż zdołałem się jeszcze jakoś tam otrzeć o czasy, które wyczarowywały ludzi - legendy... Nasze czasy już takich nie wyczarują. Niby jest tyle muzyki, często naprawdę świetnej, ale jednak brakuje jej pewnej siły... Coś się pojawia, by zaraz zniknąć... I tak jest też zresztą w innych dziedzinach... Być może wszystkiego jest już po prostu za dużo. Niby jest zgiełk, a jednak panuje cisza.

 Pewnie wokół Michaela będzie się jeszcze wiele działo. Wokół pozostawionego majątku. To żer dla różnej maści świrów, hien itd, itd...

 Ktoś by pomyślał - wielka, oszałamiająca sława, pieniądze... Ilu kojarzy takie rzeczy ze szczęściem... A tu co? Smutny, ponury, wyniszczający ludzki dramat.

14:14, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (5) »