BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
czwartek, 29 lipca 2010
Ci, co rządzą, też byli...

  Hm... Warto by było coś napisać... Ale czasu mało i też chęci nie za wiele...

 Nie wiem za bardzo, jak ugryźć ostatni wyjazd... Był w sumie taki zwyczajny i zarazem niezwyczajny, bo przecież Miś jest zaczarowany (he - he) i po mistrzowsku ( :-D) umie wywoływać duchy... Ale teraz ich nie wywołam, bo mi się po prostu nie chce...

 Dziś pojadę więc wierszykiem...

 Jak to jest w wielu domach? Kwilą w nich zapewne dzieciątka. Przyszli mężczyźni, przyszłe kobiety... Z każdym łykiem mleka bądź jakiejś odżywczej ciaprai rosną, rosną, by... Czujnym trzeba być...

 Wierszyk taki, islandzki:

 VILBORG DAGBJARTSDÓTTIR

 RÁÐIÐ

Þeir sitja umhverfis borðið

annarlegir spilamenn

og kasta teningum um líf mitt

líf okkar.

 

Í nótt undraðist ég

að líka þeir voru börn

eins og hann sem liggur í vöggunni

og fyllir herbergið andardrætti sínum.

WŁADZE

Siedzą wokół stołu

dziwaczni gracze

rzucający kostką przez całe moje,

nasze życie.

 

Dziś wieczorem zdumiało mnie,

że oni także byli dziećmi,

takimi jak on, który leży w kołysce

i wypełnia pokój swoim oddechem.

                             przełożył Kiljan Halldórsson 

piątek, 23 lipca 2010
Czas arbuza i Palikot

 Tak. Z całą pewnością. Bodil Malmsten ma rację twierdząc, że szczęście pisze na biało. Można publikować o szczęściu całe ogromne tomy, całe stosy tomów pełnych pustych, czystych kart.

 Słowa to tylko wyziewy. Plamią, banalizują... Starczy właściwie powiedzieć to, co najoczywistsze - że trawa i drzewa są zielone, że morze jest piękne, że wspaniały jest wiatr, że rozkoszny jest piasek, że morskie stworzenia dobrze smakują... Ziemia, woda, powietrze, a nawet ogień - ten jednak oszczędnie - starczy płomień zapalniczki do przypalenia fajki - no i chłopcy - żywioł najczarowniejszy...

 Można naturalnie przypomnieć sobie poważnego Strindberga i jego smutne prawdy o życiu z "Gry snów"... Tacy jesteśmy biedni, tak bardzo zasługujemy na współczucie wedle słów Córki Indry... W jednej scenie młody małżonek jest nieskończenie szczęśliwy, tak szczęśliwy, że chce umrzeć. "Ponieważ w szczęściu kiełkuje zawsze ziarno nieszczęścia. Szczęście spala się zawsze samo, jak płomień... nie może płonąć wiecznie, musi zgasnąć. To przeczucie końca niszczy je w samym zenicie. (...) Boję się szczęścia, które jest zdradliwe!"

 Para poszła w kierunku morza... Myśmy też poszli. Ale nie po to, żeby sobie coś złego zrobić... Sam się szczęścia nie boję i nie formułuję żadnych niepokojących myśli. Jednak nie chciało mi się ruszać z piasku. I każdy jeden wieczór pragnąłem zatrzymać w biegu...

 Za nami wypad do Niemiec. W czwóreczkę. My, kolega oraz jego Duszek. Jeszcze jesteśmy cali w klimatach szlezwikowo - fryzyjskich...

 Lato jak diabli. Piękne. Jak kiedyś zachwycały mnie długotrwałe mrozy, tak teraz rozkoszuję się upałem. Nic mi nie przeszkadza. Nawet to, że się teraz cały lepię... Pokrzepiam się namiętnie arbuzami. One są najdoskonalszym orzeźwieniem i jeszcze na dodatek mnie rozbudzają... Jak jest sezon na arbuza, to jest i więcej seksu. Idą siódme poty! :)

 Trochę się wyłączyliśmy, oderwaliśmy od spraw bieżących, od krajowego idiotyzmu i teraz nadrabiamy zaległości, już skompletowani, z psami, z którymi ostatnio musiał się pomęczyć trochę mój nachmurzony tato. Wczoraj trochę pogapiliśmy się w tv i jesteśmy szczerze ubawieni... Polska to jest jednak kraj nad krajami. Sprawy, którymi żyją niektórzy ludzie, media...

 Nie kryję swojego zachwytu patrząc jak PiS z miesiąca na miesiąc coraz bardziej kretynieje. Niesamowita sprawa. Szamotanina bankruta, który nie ma już nic do zaoferowania... Właśnie się dowiedziałem o jakimś zespole Macierewicza... I o pierwszorzędnej akcji Palikota. Pieję z rozkoszy. Kiedy widzę ludzi PiSu i Palikota, od razu jawi mi się przed oczami taki obrazek: kurza ferma, do której raptem wbiega człowiek klaszczący w dłonie - wiadomo, co się w takiej chwili dzieje - ptactwo oszalałe bije skrzydłami i unosi się kilka centymetrów nad ziemią pierzastą, wrzaskliwą chmurą... Na Boga - jeden facet kręci tym zwariowanym towarzystwem, jak chce...

 Z jednej strony jest to śmieszne, ale też i smutne, bo w ogóle smutne są upadki. Ten spektakl z tragedią w tle będzie żałosny... (ta jakaś akcja z krzyżem - jakież to nasze, jakież tam zęby zaciśnięte, jakież tam zadziwiające, nieuczesane, wulgarne fanatyczki, jakie obłoki urojeń... zastanawiam się czy katolik Kaczyński i jego wyznawcy zdają sobie sprawę, że czyniąc z krzyża polityczny oręż, popełniają ciężki grzech...)

  PiS przypomina dzisiaj takie pustelnicze, rozbójnicze, upadłe państwo pełne fanatyków, szaleńców, lunatyków, piratów, paranoików. Bezsilne, niezdolne do jakichkolwiek aliansów, pogrążone w degrengoladzie i podszyte tchórzem tryska jadem, kopie, oszukuje... Resztki rozsądku nikną pod ogólnym wariactwem.

 Zespół pana M. Oni już mają swoją prawdę. Mitotwórcy w coś tam głęboko wierzą. A jak powiada Lagerkvist, kiedy ludzie wierzący mają wybierać między tym, co nie jest prawdą, a tym co jest prawdą, wybierają zawsze to, co nie jest prawdą. Kłamstwo jest o wiele bardziej nastrojowe i osobliwsze niż prawda i dlatego je wolą...

 Gdy głupota bierze górę, to jest źle... Palikot dla mnie spełnia ważną rolę - pokazuje jak walczyć z głupotą, czyli ze złem - ośmiesza ją, czasem jadąc po bandzie. Robi to, bo chce przemówić do zła jego własnym językiem, co oczywiście wywołuje furię... Parafrazując Oscara Wilde'a można powiedzieć, że niechęć PiSu do Palikota jest wściekłością Kalibana widzącego w zwierciadle własną swoją twarz.

 Ale może być jeszcze inaczej - że Palikot stawia lustro przed istotą, która nie rozpoznaje w ogóle swojego odbicia, tylko widzi w nim kogoś obcego, straszliwego i niegodziwego, kogo trzeba rozpaczliwie zwalczyć... Taka gromadna istota będzie walczyć bez opamiętania, aż się sama zadusi z nienawiści, we własnym kłębowisku zwanym przez nią moralną wspólnotą, którą świat, w przypływie rozsądku, naturalnie odrzuci... 

 Palikot jest ciekawym gościem. Ciekawy jest też Kaczyński. Spotkała go niewyobrażalna tragedia, ale w żaden sposób go ona nie naruszyła. Wydaje mi się, że teraz jest podniesiony do potęgi i że - mając ogromny apetyt na władzę -  zniszczy swoją formację polityczną z prawdziwym hukiem... Ale tak to jest - ci, co poniżają, sami zostaną poniżeni... Ba - własnoręcznie mogą sprowadzić się do parteru. Taki los...

14:10, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (4) »
piątek, 09 lipca 2010
Zaufaj elfom

 Tylko mi nie mówcie, że nie wierzycie w elfy.

 Dużo można by o nich opowiadać. Tutaj wystarczy zapewnić tylko wszystkich, że elfy żyją sobie obok nas, specjalnie nam się nie narzucają, ale czasem zdarza się, że potrzebują naszej pomocy i miłości.

 Kiedy jakiś elf się z wami zaprzyjaźni, pamiętajcie, że będzie wam zawsze wierny. Gdy jednak się na was zawiedzie, zawsze wam to będzie pamiętał. Elfy są bardzo wrażliwe...

 W Islandii do dziś wielu ludzi żyje z przekonaniem, że w równoległym do naszego świecie żyją te istoty. Ba - wiedzą o tym doskonale! Kontaktują się z nimi!

 Bywa, że nawet poważne media poświęcają uwagę elfom i ludziom, którzy mają z nimi kontakt (powszechnie się uważa, że najczęściej można się z nimi porozumiewać w snach).

 Rozglądajcie się wokół siebie. Może i wam się przydarzy, że spotkacie elfa... Gdy wam coś obieca, zaufajcie mu... 

 Mnóstwo jest w Islandii opowieści o elfach. Wiele z nich zebrał w połowie XIX wieku znany już moim Czytelnikom Jón Árnason. Dziś wpiszę tu kolejną historię, historię we własnym przekładzie o rybaku z Götur ("Sjómaðurinn á Götum") opowiedzianą przez Runólfa Jónssona z Mýrdalur:

Runólfur Jónsson

RYBAK Z GÖTUR

  Powiadają, że dawno, dawno temu żył w Götur í Mýrdal pewien gospodarz. Podobnie jak inni mieszkańcy okolicy miał on w zwyczaju w sezonie połowów wyprawiać się na morze, na łowiska wokół Dyrhólaey, z bogactw których i dziś korzystają tutejsi ludzie.

 Pewnego razu gospodarz ów, wracając z wybrzeża do domu, w chwili, gdy pokonaywał odcinek drogi wiodący przez mokradła, dostrzegł w półmroku człowieka, który znalazł się w opałach, jego koń bowiem zapadł się niebezpiecznie w bagnie, skąd nie był w stanie wydostać się o własnych siłach. Gospodarz nie rozpoznał w podróżnym nikogo znajomego, ale że był człowiekiem uczynnym, natychmiast pospieszył z pomocą i razem udało im się wyciągnąć konia z opresji.

 Kiedy już uporali się z kłopotem, nieznajomy powiedział: -"Jestem twoim bliskim sąsiadem - mieszkam w głębi jaru Hvammsgil - i podobnie jak ty wracam właśnie z wybrzeża. Zbyt jestem biedny, by dać ci odpowiednią zapłatę za podanie pomocnej dłoni, jednak jest coś, co z wdzięczności mogę dla ciebie zrobić - tylko posłuchaj mojej rady: Żadna z twych wypraw na morze nie będzie już próżną fatygą, o ile spełnisz jeden warunek, a mianowicie taki, że nigdy nie wyruszysz na połów, dopóki nie zobaczysz mnie wyruszającego w tym samym celu. Nigdy cię nie zawiodę; zawsze będziesz mógł bezpiecznie wypłynąć, jeśli tylko zastosujesz się do mych słów".

 Gospodarz podziękował za radę. I przez trzy lata skrupulatnie się do niej stosował - nigdy nie wyruszał na morze, jeśli nie widział przechodzącego obok jego gospodarstwa tajemniczego sąsiada; zaś połowy, w których uczestniczył, zawsze były udane i obfite. Jednak po trzech dobrych latach zdarzył się poranek, kiedy to opuściła go cierpliwość. Pogoda była wymarzona na połów i każdy w okolicy spieszył ku morzu, by jak najlepiej ją wykorzystać. Lecz gospodarz nie dostrzegł nigdzie swego sąsiada. Postanowił jeszcze trochę poczekać, aliści nie mógł już dłużej usiedzieć na miejscu i zdecydował się zaryzykować. Ruszył w drogę. Gdy jednak dotarł na wybrzeże, zobaczył, że wszystkie łodzie zdążyły już wypłynąć na morze. Jak się okazało, spóźnił się na swoje szczęście, bo tamtego dnia nikt nie powrócił z łowisk; wszystkie łodzie zatonęły w czasie nagłej burzy.

 Nocą, tuż po tamtym tragicznym zdarzeniu, gospodarzowi przyśnił się jego tajemniczy sąsiad, który przemówił doń tymi słowy: - "Przynajmniej za jedną dobrą rzecz możesz mi podziękować, za to, żeś nie zdołał wyruszyć dziś na morze. Ponieważ jednak wyszedłeś z domu, mimo że ci się nie pokazałem, na nic zda się teraz twe wypatrywanie. Nie zamierzam ci się więcej ukazywać, skoroś się nie zastosował do mej rady".

 I rzeczywiście - gospodarz już nigdy więcej nie zobaczył swego sąsiada.

                                                       przełożył Kiljan Halldórsson

poniedziałek, 05 lipca 2010
Po drugiej turze

 No. I tego oczekiwałem. Gniewając się, gdy ktoś w mojej obecności złowrogo krakał. Innej możliwości nie brałem pod uwagę.

 Wczorajszy wieczór był ekscytujący... Franio się uśmiechał, bo go nieco bawiło moje emocjonalne zaangażowanie. Nigdy się jeszcze tak nie podniecałem wyborami. Ale te były przecież szczególne i, moim skromnym zdaniem, bardzo ważne. I wielu ludzi też tak pomyślało - frekwencja nie jest oszałamiająca, ale też, jak na nasze warunki i porę roku, jest całkiem niezła. (Podobało mi się to, że wiele osób pofatygowało się po zaświadczenia, że w urzędach były nawet kolejki, i że ustawiły się one także przed lokalami wyborczymi w wypoczynkowych mejscowościach. Takie obrazki są pokrzepiające.)

 Bawią mnie pisowskie opowiastki o zwycięstwach. Oni tak już zwyciężają i zwyciężają. Jakoś nie bardzo mi się chce wierzyć, żeby to zadziwiające zjawisko, ta osobliwa gromada ogarnięta kultem zdumiewającej jednostki mogła się na poważnie podźwignąć. Kaczyński może mówić o pewnym tryumfie, bo się elektorat mu powiększył, ale to jest tylko tak na teraz, bo zadziałała atmosfera, bo były emocje, bo był cień tragicznych wydarzeń. Lecz to się rozlezie - mam nadzieję, że na dobre - i być może pozwoli odrodzić się sensowniejszemu podziałowi na scenie.

 Kaczyński może sobie mówić o zwycięstwach, śnić o wyborach samorządowych, parlamentarnych... Dobrze, że już teraz czuje się zwycięzcą ze względu na wzrost poparcia. To znakomita wróżba. Bo jemu wszelkiego rodzaju powodzenia, nawet te częściowe, w rękach natychmiast kisną, zamieniają się w błocko... Już się stara twarz odsłania. Mamy pewność, że będzie dalsze granie tragedią. Niech się zatem bawi - pójdzie mu ta niegodziwość w pięty. I może w końcu zastanowi się nad sobą ten ogarnięty obsesją władzy człowieczek...

 Będę się z ciekawością wszystkiemu przyglądać. Zastanawia mnie, czy lewa strona zdoła się jakoś interesująco rozkręcić... Myślę, że ma teraz pewne szanse, jakąś przestrzeń - trzeba tylko z nich umiejętnie skorzystać...

 Coś nieprzyjemnego zepchnięto na bocznicę, ufam - na rdzewienie. Szkoda naturalnie, że nie stało się to o zwyczajnej porze, bez tej strasznej katastrofy, ale cóż poradzić...

 A PO? No - dostali od ludzi zlecenie na robotę, zatem, panie i panowie... Bo jak się nie spiszecie, to nózia czeka, chętna dać kopa...

 Panu Komorowskiemu życzę wszystkiego dobrego!

 Dobrze, żebyśmy nabierali coraz więcej odporności, aby nie dopadały nas znowu jakieś infekcje...

13:20, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (4) »
piątek, 02 lipca 2010
Celna leworęczność 7 (Duży Książę)

 Oj, myślałem, że dobrnę do leworęczności w dwóch, trzech odcinkach, a tu taki pasztet... No nic, poimprowizujmy dalej...

 Książę wzdycha ciężko obserwując, jak nalewany przez Jakuba napój całkowicie gubi w kielichu winną barwę na rzecz czerni. - To barwa mojej przyszłości - mówi cicho lekko zaskoczony swoją smutną myślą. - Skąd ta nagła zmiana nastroju? - pyta Jakub z troskliwością w głosie. - Przyjemnie na tej twojej zakrystii. Tak ładnie pachnie tu starym drzewem. - Nie zmieniaj tematu. - Nie ma o czym mówić. Pieniądze odbierają takim barwom straszność. Niech tak będzie... - Coś ci się stało? -- Książę otrząsa się ze swej ponurości: - Patrzę oczami wyobraźni i ogarnia mnie ciekawość... Tak!! Ja się mogę śmiać swobodnie! -- Dino patrzy na Księcia z mieszaniną niepokoju i odrazy. Nie podobają mu się jego lepkie spojrzenia. I źle się czuje w tym miejscu. Nie pasuje mu nastrój. - Z całą pewnością ten chłopiec żałuje, że wcześniej z taką ochotą wyrażał chęć towarzyszenia mi w przejażdżce. Mimo nieprzyjemnego wypadku. -- Na twarzy Dina maluje się lekkie zakłopotanie. - Marzysz pewnie, żeby jak najszybciej stąd wyjść, by zaczekać przed kościołem. Pędź zatem! Nic tu po tobie. - Jak sobie Wasza Wysokość życzy! - mówi z ulgą Dino i spiesznie opuszcza mroczne pomieszczenie. Słychać głuche echo jego energicznych kroków obijające się o ściany pustej świątyni. Książę upija łyk wina. - Usta i gardło swe w uporzeczkowienie wprawiam. Robi mi się letnio. W sobie i na sobie czuję ciężar i gęstość upału. Jak takie porzeczki dziwnie pachną w samo południe. Ponoć to zapach pluskiew. Słodycz w aromatach nędzy. Jest w czarnych porzeczkach coś nieskończenie brzydkiego. - Co ty wygadujesz? - Widzę, mój drogi Jakubie, jakieś dziwne rzeczy. - Co takiego? - Diabły! Uuuuu... -- Jakub siada po drugiej stronie stołu: - Diabły? - Czy tu ktoś jeszcze widuje diabły? - Ja. Widzę go przed sobą! - Mówiłeś o mnie mały diabełek. - Bardzo rozrabiałeś w dzieciństwie. - O, zaraz tam rozrabiałem... Teraz troszkę dopiero narozrabiałem. Ale ty pewnie jeszcze nie wiesz... - A co mam wiedzieć? - Zresztą... - Co mi chcesz powiedzieć? Kiedyś ty się ostatnio spowiadał? - O, a ty swoje. Ciekawski. Skoro ten wasz bóg taki doskonały, to na cholerę mu te wasze uszy? - Żeby wam pokutę zadać odpowiednią. - Te wasze pokuty. Trochę marnej poezji do wyrecytowania... Chociaż miałbym coś odpowiedniego dla ciebie. Zdaje się, że niemal na wszystko machnęliście ręką, słusznie zresztą, bo po cóż narażać się aż tak bardzo na zarzut hipokryzji, i tylko z jednego okopu nie chcecie się wydostać. Uparcie tkwicie przy starożytnościach, gdy idzie o seks. -- Jakub wzdycha zniechęcony. - Cieszy mnie twoja reakcja. - A co ty sobie takiego pomyślałeś? - A bo ja wiem? - Co się stało? - W zasadzie nic się nie stało... Doskonała jest ta kopia portretu królowej - mówi po chwili Książę -  szalonej królowej. Gdyby można było w tamtych czasach zainstalować kamerę w jej zasranej komnacie... Zarejestrowany obraz mógłby być prawdziwą gratką dla rozmaitych zboczeńców. Jej przeżycie religijne było dalszym ciągiem jej wyuzdania, które utopiło się ostatecznie w kale i zgniłym sianie oraz w moczu i spermie chodzącej ohydy. Potem przy jej grobie przez jakiś czas ludziom przechodził uporczywy kaszel, znikały pryszcze... Ot, zdarzały się typowe cuda... Bo przecież wiara czyni cuda. Małe cuda, bowiem nie leczy próchnicy zębów i nie sprawia, że odrastają amputowane kończyny... Dziwne, że tego rodzaju egotyzm został nagrodzony. Ale tak, tak, wam pasuje coś takiego, taki opłacalny dla was egotyzm...Obrzydliwe świństwo omal nie dostało przydziału na świetlistą aureolę. Umartwiła się na śmierć zamieniając ślicznych młodzieńców na pokurcza, który sobie na niej poużywał. Wyposzczony sukinsyn zakatował ją w końcu. Wszyscy powinni byli kipieć z oburzenia. Ale przy odpowiednim ubarwieniu historii można było pomyśleć o zyskach... Do licha ze złem. Po co kogoś karać. Nikt pokurczowi nie uczynił krzywdy. - Dlaczego mi to wszystko mówisz? - Sam nie wiem... Nie wiem w ogóle, co mówię... Mam taką kiepską pamięć. Może gdyby ktoś zanotował to, co gadam, doszedłby do wniosku, że jestem niekonsekwentny... To by nawet było niezłe!!! Upodobniłoby mnie do tych twoich świętych książek, co dobre są, tak sądzę, jedynie do wyrywkowych pohukiwań... Cała wasza podpora w tym, że ludzie miast myśleć wolą nastroje i że umieją pozostać obojętni wobec doświadczeń, jeśli tylko potraficie zdobyć się na stanowczość, konsekwencję i tupanie nóżkami... Lubicie uderzać w to, co najdelikatniejsze... Ważne tylko, by to, co uważacie za świństwo, lądowało w odpowiednim miejscu. Nie bardzo wychodzi wam patrzenie w serce. Interesuje was powierzchnia. Wiele rzeczy nazywacie złem, ale - całkiem słusznie - w większości wypadków rozkładacie ręce... Nie można się przeciwstawiać. Z bardzo prostych powodów - nie można, bo się po prostu nie da. Ale żeby zachować tę waszą dziwaczną władzę, paskudzicie od wieków to, co takie radosne, przyjemne, piękne... Jest tyle namiętności, wstrętnych prawdziwie, na które umiecie przymykać oko. Od chciwości po mordobicie. Nie uwięzicie nigdy pokurcza... Sami nim jesteście! Zło was martwi - bardzo słusznie - ale nie wahacie się wbijać innych w poczucie winy, pluć, choć sami doskonale wiecie, że nie sposób walczyć z naturą... Musicie mieć jednak pazur, żeby się zahaczyć... Serce ludzkie jest takie dobre do tego, dostatecznie delikatne... Was przecież nęci łatwizna, ciągle jeszcze... Z czymś walczyć musicie o dusze i środki utrzymania! I dlatego tak wam zależy, by mieć wpływ już na dzieci ... - I to o tym tak rozprawialiście przed obrazem? - Tak, trochę. I przy okazji przypomnieliśmy sobie o słonecznym Królu Nasturcjowym... Jeszcze jednen obraz głupoty... Dać jeszcze więcej słońca, ozłocić, uświątynnić wszystko, jeszcze dokwiecić... Bo jak się zrobi jeszcze ładniej, jeszcze, to będzie lepiej. Zwalczymy nieszczęście - w płatkach kwiatów spłynie na nas sama tylko radość. Pośniemy wśród aksamitnych promieni... I rzeczywiście, omal nie posnęliśmy. Na amen. Wiadomo, czym się skończyła akcja naszego słonecznego władcy... W tak totalnej walce ze złem tego świata, klęska musiała być równie totalna... Całkiem zabrakło pieniędzy. Przyszła jedynie gospodarcza ruina i straszliwy głód... Ale głupota umajona jest przynajmniej wzruszająca... Walka obnaża kruchość dobra... Zło... To prawdziwe i to urojone... Na szczęście mamy prawo, które jakoś kiełzna egoizmy, działa dla egoizmu wyższego - kraju... Dobre jest dopóty, dopóki nie zamienia ludzi w szmaty, nie obrzuca ich błotem i nie wmawia im, że powinni czuć się jak ścierwa, a to wmawiać umieją ci, co chcą mieć w garści dusze... - Książę! - woła Jakub. - Co? - Masz chyba gorączkę! - Wszystko możliwe. Tak, czuję się rzeczywiście bardzo źle... Ale będzie mi lepiej, jeśli zapalę papierosa. - Tutaj? - dziwi się Jakub. - Czy to też jest obraza dla twojego drażliwego i małostkowego boga?

CDN

16:39, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »