BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
piątek, 29 lipca 2011
Dzień Olafa

 Wypadałoby wpisać coś norweskiego. Ale nie będzie to notka o ostatnich paskudnych wypadkach. Chociaż trochę zła będzie, przy tym święcie dzisiejszym, przy okazji ważnej daty w historii Norwegii, historii, która wprowadziła do kalendarza dzień św. Olafa.

 Zawalczyć, podbić, usiec. Ludzkie działania mające nieustannie wielu wielbicieli. Dla dobra, ku pomyślności, tak jak mi się podoba. Już ja wam pokażę!! Nieustraszeni, zdolni się pomęczyć, z piąchą zaciśniętą. Trochę to wszystko bez sensu, a nawet bardzo, co zmienia tragedię życia w potworną komedię, w absurd. I kto wie, czy tak właśnie nie lepiej... Bo ludzie w nieszczęściu i mordzie lubią dopatrywać się sensu. To niebezpieczne, bo jeśli mord ma sens, czyli ma wyniknąć z niego coś dobrego - bo po to przecież szuka się we wszystkim sensu - to można dojść do przekonania, że warto mordować, w taki czy inny sposób, w majestacie prawa lub całkiem bez żadnego majestatu, by się krew i nieszczęście na dobre obróciło. Szaleniec wmówi sobie, że uratuje świat, tłuszcza pragnąca zabić wmówi sobie, że będzie to ku dobremu odstraszeniu, poczciwina zaś ujrzy w mordzie może jakiś sygnał i zachętę do tego, by sobie obiecywać poprawę... Wszędzie gdzieś się kryje jakieś dobro... Ach, jakże się wszystko miesza i kiełbasi - gołąbkowi święci i męczennicy - doskonały grunt dla zła, nienawiści, głupkowatego toczenia piany i krwi, i grzesznicy, zbrodniarze, często zamroczeni naukami gołąbków w szatach powłóczystych, dramatycznie jakoś udrapowanych na obrazkach, po których rodzi się we wrażliwyszych głowach gromkie: Nigdy więcej! Znamy już smak okrucieństwa i głupoty, czas więc zmądrzeć! Niech się wreszcie wyludnią niebiosa! Bo gdy to nastąpi - by sięgnąć po myśl Jensa Petera Jacobsena - gdy niebiosa opustoszeją, cała miłość rozleje się po ziemi, pomiędzy ludzi wejdzie.

 Żeby się dobre miało ze złego brać... Chyba nic się z niczego nie bierze. Jest sobie zło - ten biegun dodatni, któremu rozum chętnie służy, i jest sobie dobro, jakimś cudem, ten biegun ujemny, z bijącym sercem... Po jednej i po drugiej stronie działanie. I następstwa. W złym złe, w dobrym dobre.

 Syn Boży umarł już dość dawno temu. Chodził wcześniej po świecie i wszystko, co miał w sercu, wypaplał ludziom. Jego echo pognało do barbarzyńców. Poszło ku złym i dobrym. Ku wielkiemu plusowi i maleńkiemu minusowi. Doszło i do uszu wikinga...

 Przyszedł taki czas, że wiking, podczas swych podróży, znalazł upodobanie w chrzcie. Wiking, można powiedzieć, chrzcił się na potęgę. Nie znaczy to jednak, że nagle wszyscy masowo ruszyli ku chrzcielnicy - nie, mam na myśli to, że gdy ten i ów złapał "bakcyla", chrzcił się na swej drodze życiowej nawet kilka razy, tak na wszelki wypadek, tak może i dla większej mocy, o jakiej śnił. A braciszkowie chrzcili i chrzcili, ochoczo, z radością! - Ależ bardzo proszę, miło nam niezmiernie.- Wody święconej nie żałowano - człowiek przecież chętnie innym daje to i służy tym, co nie ma żadnej wymiernej wartości.

 Wśród ochrzczonych wędrowców znalazł się i Olaf Haraldsson...

 Olaf ochrzcił się chyba tylko raz. W Rouen... Dużo by o nim mówić, ale że to taki blogowy skrót, wystarczy powiedzieć, że niemal od dziecka był sprawnym zabijaką, wikingiem wyżywającym się w wojennych wyprawach, brutalem, żarłoczkiem. I lubił on władzę, do której bardzo się przywiązał. Jego ambicją było zjednoczenie państwa oraz chrystanizacja. Królem stał się w 1015 roku. I zaraz ze swoimi towarzyszami, angielskimi kapłanami, zabrał się do roboty. (Głównie, jeśli idzie o towarzyszy, w walce o dusze Norwegów odznaczył się biskup Grimkel.)... Jak by to nazwać... Grasowanie bandziorów... Król, panowie duchowni, zwolennicy, byli w swej walce bezlitośni - albo uwierzysz, albo jatka, śmierć ewentualnie przepadek mienia, kij żebraczy, gościniec... Niszczono świętości, deptano ludzkie przekonania, stare świątynie zamieniano w kościoły, uchwalono wreszcie, bodaj w 1024 roku, obowiązek religijny z wszystkimi jego regułami. Gwałt, zwiększanie wpływów, lepkie łapki sprowadziły gniew... A więc powstanie! Bogaci panowie z północy powiedzieli: - Basta! Tak, kolego, nie będzie!- W to wszystko wtrącił się potężny król Anglii i Danii, Kanut (po matce z naszej on krwi!!), roszczący sobie prawa do korony norweskiej: - No, co tam? Może się wybierzemy? - Osobiście zjawił się wielki monarcha w Norwegii, razem naturalnie ze swą flotą, by wesprzeć armię z Trøndelag pod wodzą jarla Haakona. Olaf nie miał wyjścia i przez Szwecję zwiał aż do Kijowa, gdzie oddał się pod opiekę księcia Jarosława Mądrego...

 Jarosław miał pewne plany względem Olafa, proponował mu jakieś tam Bułgarie, Olaf jednak ogarnięty był żądzą powrotu. Tylko Norwegia wchodziła w rachubę!

 Gdy tak Olaf kipiał w duchu w Kijowie, Norwegią zarządzał w imieniu Kanuta jarl Haakon, który jednak przepadł w morzu. W 1030 roku przyszedł czas na powrót... Władza! Musiała wrócić w jego okrutne ręce. Ale nie wróciła. Bitwa pod Stiklestad (29 lipca 1030) rozstrzygnęła sprawę. Padły w niej trzy potężne ciosy, jeden z ręki Tore Hunda, wodza z Bjarkøy... I coś się jakoś tak żal zrobiło. Może jakie znaki się ludziom ukazały, czy co... Wiadomo, jak to w grobie - tkanki się obkurczają, więc się i zdaje, że trupowi pazur a włos rośnie. W ten sposób identyfikowano kiedyś wampiry, ale też i nie przeszkodziło coś takiego odkryć w zmarłym świętego... Choć bił się o zwykłą władzę, połączono jego wojenne wyczyny z bojem o wiarę, i cuda się zaczęły dziać, ozdrowienia jakieś, no i te pazury... Miejsce swe pośmiertne znalazł Olaf ostatecznie w Trondheim, tam gdzie dziś stoi przepiękna katedra, a grób jego stał się celem pielgrzymek. Stał się Olaf najpopularniejszym świętym wikingów i czczono go od Rusi po Irlandię.

 Olaf zwany Grubym poszedł ponoć do nieba. A na ziemi niepokoje pozostały, bo Kanut dalej trząsł Norwegią zsyłając na nią nieszczęście w postaci swego bękarta Svena i jego mamy Alfivy. Zwłaszcza mamusia okazała się nie do zniesienia... - Trzeba posłać po syna naszego świętego! - pomyślano... W 1035 roku z Rusi wrócił Magnus - pierwszy Skandynaw o tym imieniu (imię to ponoć wprowadził w Skandynawii skald islandzki, Sigvat, zafascynowany, podobnie jak król Olaf, postacią Karola Wielkiego (Carolus Magnus))... Magnus zrazu przybrał szatę mściciela i gnębiciela. Okazał się nierozważny i zaczął budzić niezadowolenie, zwłaszcza wśród chłopów. Wtedy wkroczył skald Sigvat ze swymi "Szczerymi zwrotkami". Jako jedyny miał odwagę stanąć na drodze królowi. Okazał się być, nie po raz pierwszy zresztą, niezrównanym dyplomatą. Wybitny skald, autor "Pochwały pogrzebowej św. Olafa", sprawił, że syn gwałtownego świętego zyskał sobie wśród ludu przydomek "Dobry"... 

 Tak się kończył pewien etap w historii Norwegii, proces jednoczenia państwa oraz jego chrystianizacja. Zło i dobro znalazło dla siebie nowe warunki. Stare z nowym jeszcze się ze sobą gryzło... Stare jednak nie umarło, przetrwało w islandzkiej literaturze, zaszyło się w zakamarkach folkloru, jest niezwykłym wspomnieniem.

 A Olaf... A Olaf stał się symbolem i nieustająco panującym królem Norwegii. Rex perpetuus Norvegiae... Atrybutem jego męczeństwa jest topór.

 W Stiklestad od 1954 roku każdego lata się biją. Długa to już tradycja, długa historia wielkiego przedstawienia historycznego pod chmurką... I też różne pomysły się rodzą. Ktoś stwierdził, że to świetne miejsce na dialog między religiami... A konserwatywnie usposobieni chrześcijanie stwierdzają, że to może nienajlepszy pomysł, bo to nasz symbol, sama norweska norweskość, chrześcijańska... No, tak to się kręci... Z tym zgrzytem w postaci strzelaniny, na tle niechęci do rozmowy...

*

 A wszystkim Olafom składam najserdeczniejsze życzenia imieninowe!

16:38, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (3) »
niedziela, 24 lipca 2011
Til Ungdommen

 Rozejrzałem się za "Til Ungdommen" Nordahla Griega (1936), za pieśnią, która dziś porusza norweskie serca, po tych okropnych zdarzeniach w Oslo i na Utøya...

 http://en.wikipedia.org/wiki/Til_Ungdommen

17:08, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
czwartek, 21 lipca 2011
Uprzejmość III

 No, mogę się pobawić teraz w blogowanie. Sęk w tym, że nie mam nic do powiedzenia. To oczywiście dobrze, bo nic złego się nie dzieje. Jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej, na złość jakimś kryzysom i innym bzdurom...:) Myślałem wcześniej, żeby wykasować "Uprzejmość", bo mi się nie bardzo chce tym zajmować, ale zdecydowałem, że tego nie uczynię, by mieć okazję do jakiegoś odcinkowego gadania od rzeczy, jednak...

Uprzejmość III

 Cóż za rozczarowanie! Las zapowiadał się tak baśniowo! Ledwie dwa kroki starczyły, by zatopić się w ocienionym świecie z paprociami, pachnącą grzybkiem wilgocią, miękkim dywanem z mchu i igliwia, tymczasem tuż za zakrętem leśna droga utraciła całą swą leśność i oczom Tima ukazała się rozległa łąka, na skraju której, tuż przy drodze, stał niewielki, wymuskany domek otoczony białym płotem. Słońce wlewało się w tę nagle otwierającą się przestrzeń nieskrępowanym strumieniem, zaskakując zupełnie oczy przestawione na leśny półmrok, gotowe do tego, by widzieć złowrogie zjawy i psotne duszki... Nagle taki rozbłysk światła, taka soczysta, jasna, prześwietlona zieleń traw i rozpalona biel ścian uśpionego domu!... Bo dom spał. Jego okna zostały bowiem ukryte za powiekami drewnianych okiennic. "Ktoś musiał wyjechać" - pomyślał Timo unosząc się na palcach, by łatwiej mu było patrzeć ponad sztachetami gęstego płotu na zadbany ogródek pyszniący się poprzycinanymi równo krzewami i sporą grządką obficie kwitnących truskawek... Czar prysnął. W pełnym słońcu nie widać żadnych duchów i innych tajemniczych istot. W słońcu wyparowują szybko jak rosa albo zamieniają się w kamień. "To tylko życie, zwyczajne, z krwi i kości, strzygące trawniki, hodujące owoce na dżem i uporczywie malujące ściany swego domu, życie dbałe o detale, z pewnością świetnie zorientowane w gospodarczej chemii, manifestujące swoją obecność powiewającym pasiastym proporcem". Maszt stał goły i nakazywał patrzeć na brudnobrzuchą chmurkę płynącą ku Strasznej Skale... "Jego albo Jej Majestat gdzieś w terenie, a więc... Żeby ktoś był ze mną! Noc w cudzym domu, na cudzym prześcieradle, trochę nerwowa, poza oczywiście chwilami zapomnienia pośród metafizycznego światełka płynącego zewsząd i znikąd, równie niepojętymi jak śmierć... Ale jak człowiek jest sam, nie ma ochoty się włamywać, o ile oczywiście nie jest zawodowym włamywaczem względnie uciekinierem padającym na pysk." Timo nie był ani jednym ani drugim. Timo tylko pomarzył o włamaniu i o występnym towarzystwie, o drobnej przygodzie, jakiej samemu nie chciałoby mu się przeżywać.

 "Straszna Skała. To się zgadza". Ponad nastroszonymi iglakami po przeciwnej stronie łąki wyrastała góra, wielka, ze skalną stromizną jak się patrzy! Wydawać by się mogło, że wyrastała ona prosto z lasu, lecz to tylko złudzenie, gdyż przez las można było dotrzeć jedynie do przepaści z lodowatą wodą na dnie - góra wyrastała z wariackich głębin po przeciwnej stronie wyrzeźbionej przez lodowiec doliny i patrzyła teraz na Tima z pomarszczonym czołem. Zdawała się być zagniewana, bo być może ludzie nadużyli jej cierpliwości... Wymarzone miejsce dla żywych trupów. Jeden skok i sprawa definitywnie zakończona!... Góra dość odległa, a jednak bliska. Gdyby pod jej pobrużdżonym czołem zakwitła myśl, by się położyć, z pewnością załatwiłaby Tima oraz mały domek. Jednak spokojnie - góry zabijają w inny sposób i wcale nie tak chętnie, jak by się mogło zdawać. Góry nie szukają zwady i nie tęsknią za tym, by pomagać ludziom rozcinać nierozwiązywalne zapętlenia w ich życiorysach.

 Mrowisko. Je też popsułaby góra, gdyby zechciała spocząć... Maleńkie owady urządziły sobie królestwo na skraju lasu. Obłęd mrówczej pracy. Podobny do naszego życia odtworzonego w nieco przyspieszonym tempie. Każdy sześcionogi drobiazg od początku zaprogramowany, urządzony na cacy. Bez skargi zrobi to, czego wymaga odeń przyroda. Będziesz sprawną mrówką, oszalałą z dzielności i pracowitości... Uwijające się jak w ukropie towarzystwo wzniosło na przestrzeni lat olbrzymi kopiec z igliwia. Timo wbił weń kij. Taki to brzydki ludzki nawyk - wetknąć coś brudnego, surowego, mało foremnego w efekty cudzej pracy, dokuczyć, uszkodzić, popsuć. Obce ciało natychmiast wzbudziło w mrówkach gniewne zainteresowanie. Timo podniósł jedno maleńkie ciałko, żywą nikłostkę, nad jaką pochylał się kiedyś Schopenhauer... Patrzcie - takie nic, ledwie trzymające się kupy, które unicestwić potrafi jedno nieznaczne poruszenie palcem. Takie nic z całej czeredy drobiazgów deptanych każdego dnia na potęgę. Nic, ale jakże kunsztownie skonstruowane, silne, zdolne nosić niewyobrażalne ciężary, koronkowa robota, gdyby tak sie przyjrzeć jej przez szkło powiększające. I wszystko to idzie w cholerę, jak schodząca z taśmy tandeta, którą po kilku użyciach wyrzuca się na śmietnik. Mrówcza matka! Jajonośny opętaniec zniósł i to stworzenie, bezpłodne opiekunki je wykarmiły, żołnierze bacznie pilnowali, wszystko po to, by skończyć w bezmyślnych palcach jakiegoś plączącego się po okolicy przeciętniaka.

 Paznokieć skrócił mrówkę o głowę.

 - No proszę! Wystarczył taki niewinny mordzik, by pojawiła się policja!

Z lasu, od strony Bakken, wyjechał policyjny samochód. Posuwał się w żółwim tempie w stronę Tima. Za kierownicą siedział umundurowany drab. Jedną rękę trzymał na kierownicy, druga zaś zwisała niedbale w otwartym oknie. Policjant, nie zatrzymując swego zabawkarskiego pojazdu, rzucił podejrzliwym okiem na mordującego mrówki turystę. O, gdyby jednak Timo zdecydował się na włamanie, zaspokoiłby, być może, tęsknoty tego stróża pustkowia... Wreszcie coś by się wydarzyło. Łapy miał takie silne, solidnie okryte jasnymi włoskami... Cóż takiemu pozostaje? Sport? Ależ tak, w podejrzliwym wzroku kryła się tęsknota za akcją... Żeby było jak w tych książkach w miękkich okładkach... Świat z szarego papieru bywa taki ciekawy, a życie nawet nie chce go naśladować... "Być może życie korzysta tutaj jedynie ze Strasznej Skały? W takich wypadkach policja ma chyba tylko trochę głupiej papierkowej roboty... Coś się jednak mogło wydarzć! Tam!"

 Policja jest tam, gdzie jej nie potrzeba. Gdy raz Timo znalazł się w potrzebie, policji nie było... Wtedy nawet o niej nie pomyślał. Wtedy, gdy został napadnięty w przejściu podziemnym przez trzech osiłków. Nie mógł się połapać, o co im szło. Spodziewał się tylko, że zaraz wydarzy się nieszczęście, co przyjął z zadziwiającą obojętnością. Jeden z bydlaków uderzył Tima zaczepnie w nos, lekko, nie czyniąc szkody. Nie spotkało się to z żadną reakcją z jego strony. Stał tylko i patrzył w twarz napastnika, zupełnie rozluźniony, miękki jak wosk. Okazało się to najlepszą obroną, bo najwyraźniej mężczyznom nie chodziło o rozrywkę polegającą na zmaganiu się z kimś odmawiającym aktywnego uczestnictwa w bijatyce. Timo nie myślał o żadych obronnych gestach, spodziewał się raczej ostrza przeszywającego ciało. Być może całkiem poważnie na to liczył. Jednak po przeciwnej stronie zło i wściekłość wyładowały się w bluzgach. Honorowe bandziory skopały tylko plecak Tima, rozsypując zakupy: pomarańcze i jabłka. Timo nie pozbierał owoców. Wyglądały żałośnie, zbyt żałośnie, by się nimi zajmować... Zadrżał dopiero wtedy, gdy wybierał na straganie nowe pomarańcze i jabłka. Kiedy wrócił do domu, rzucił się na łóżko. Przespał dwanaście godzin nie śniąc o niczym... Podarowany czas nie wydał mu się wcale cenny... Jak zwykle pod jego okno podjechał Rainer, którego czas był chyba cenniejszy... Z pewnością jego życie nabrało rumieńców...

 Nawet najbardziej rumiane życie może się skończyć. Skończyło się krzepkie życie jednej mrówki. Inne mrówki, zupełnie normalne stworzenia, nic sobie z tego faktu nie robiły... Zachowywały się jak Sigge na pogrzebie dziadka.

 Sigge zawsze zajmował się swoimi sprawami i żadne nieszczęścia nie wprowadzały do jego życia zakłóceń. Sigge w opinii normalnych ludzi był nienormalny. A nieszczęścia są dla normalnych, którzy nie miewają w życiu, wbrew pozorom, szczególnie poważnych spraw. Zawsze może ich coś wytrącić z równowagi. Sigge był natomiast jak niewzruszony głaz, jeśli tylko czuł czyjąś obecność. Bo gdy jej nie czuł, przemieniał się w wartki potok najdzikszego strachu. I w tym drugim przypadku nie istniały dlań nieszczęścia i smutki tego świata - wtedy właściwie już niczego nie mógł dostrzec...

 Na pogrzebie Sigge był bezpieczny. Brat ubrał go odświętnie, ale bez smaku - taki to los wariata, że stroją go zazwyczaj niedbale... Sigge wyglądał jak wsiowa sierota w kusawym kremowym garniturku i zapiętej pod szyję, nieco przyciasnej koszuli. Nie chciał siedzieć w kościele koło brata, bo przecież przyjechał Timo. Timo był dobrą odmianą, o ile oczywiście brat był w zasięgu wzroku. Sigge musiał, akurat wtedy, pokazać Timowi coś niezwykłego.

 W trumie lażał dziadek, który umarł w zupełnie zwyczajny sposób. A w ławce obok Tima siedział ulizany Sigge z głeboko pochyloną głową i otwartymi ustami, z których obficie wypływała ślina tworząc na drewnianej podłodze rozrastającą się z wolna plamę. - Timo, popatrz, umiem pluć bez piany! - Timo udał zachwyt.

 - Chyba bym tak nie potrafił.

  Timo w dość dziwny sposób zdobywał przyjacielskie dusze. Sigge pochwalił jego wysiłki. Pół nabożeństwa zeszło im na pluciu bez piany. W końcu Sigge rozmazał butem obie kałuże czyniąc z nich długą ciemną maźgę. Timo stał się najlepszym kolegą Siggego.

CDN

15:30, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 17 lipca 2011
Żeby jakoś do portu...

To znaczy ja akurat jestem w porcie i nasycam się świętym spokojem oraz wiśniami...

 Ale notka będzie niespokojna. Wczoraj było troszkę o morzu, niech więc i dziś będzie podobnie. Z dźwiękiem i ilustracjami... Jeśli ktoś lubi chóry męskie... Ja nie przepadam, ale czasem można posłuchać. Wszak jest w nich jakaś moc! To co, niech świeci latarnia żeglarzom!... Śpiewa Karlakórinn Fóstbræður.

Brennið þið vitar, hetjur styrkar standa

við stýrisvöl, en nótt til beggja handa.

Brennið þið vitar, brennið þið vitar

út við svarta sanda, út við svarta sanda,

særótið þylur dauðra manna nöfn.

Brennið þið vitar, hetjur styrkar standa

við stýrisvöl, en nótt til beggja handa.

Brennið þið vitar, brennið þið vitar,

lýsið hverjum landa, lýsið hverjum landa

sem leitar heim og þráir höfn.

sobota, 16 lipca 2011
Ryby i słowa

 To pewnie wypadałoby coś wpisać. Tak z kulejącej blogerskiej obowiązkowości.

 Lipiec mamy. Lipiec, co ma swoje kaprysy, swoje chłody i upały, dni suche i dni nader mokre, swoje cisze i huczące, sprawiające mnóstwo kłopotów burze... No i ma swoje łagodne, posrebrzone pełnym księżycem noce... W lipcowej pełni wiele jest pogody i wesołości. Do jesieni wszak jeszcze tak daleko, więc księżyc spokojnie może się do nas uśmiechać. Nie skąpi nam światła i rozjaśnia, jak tylko może, swoją twarz. Pokazuje nam ją bez skrępowania, bo on niczego nie musi się wstydzić. Jest tak łaskawy i przystępny! Nie oślepia nikogo, pozwala wysoko podnosić oczy, wręcz zachęca do tego, by patrzeć w niebo. A Jón Kalman zauważa, że jest on po to, by oddaleni od siebie ludzie mogli jednak patrzeć jednocześnie na tę samą rzecz łącząc się ze sobą w myślach... Dużo pożytku jest z księżyca!... Dużo pożytku jest też ze słońca - o tym nie można zapominać - tyle że słońce nie daje na siebie patrzeć... Ludzie widywali w słońcu jakichś bogów, jeśli mnie naturalnie pamięć nie myli. No tak - a wiadomo, jak to jest z tymi niebiańskimi bogami - zanosi im się prośby, ale można mieć też do nich wiele pretensji, bo przecież ciągle znajdujemy w życiu mnóstwo niedociągnięć, niedoskonałości, zła. Bóg chroni się za przesadnym blaskiem, gdyż wstydzi się patrzeć nam w oczy i nie pozwala na to, byśmy sami mogli spojrzeć nań z wyrzutem bądź z kłopotliwym pytaniem w źrenicach... Z bogami nigdy nic nie wiadomo, bo milczą jak zaklęci. Szukamy czasem znaków, ale jakąż można mieć pewność, że to oni nam je dają. I jaką można mieć pewność, czy spotykające nas dobro jest zasługą któregoś z nich...

 Są na szczęście bogowie, których można dotknąć, do których można sięgnąć, jeśli ma się dające napęd marzenia! Jeden z takich bogów zamieszkuje północne otchłanie, jest żarłoczny, patrzy beznamiętnie milionami oczu i przy pewnym wysiłku daje się schwytać. Jego srebrna łuska w czarodziejski sposób potrafi przemienić się w upragnione złoto. Jak to powiadał Halldór Laxness, w Islandii to ryba jest bogiem, bogiem, od którego wszystko zależy, bo on daje i odbiera życie. To ten bóg robi ludzi bogatymi, on zakłada ludzkie osady, buduje domy na zboczach wzgórz i ściąga zagranicznych kupców, o nim mówi się w każdej kuchni i w każdym ogródku, przy strumyku, na rozstajnych drogach i na wybrzeżu. Nawet na pokojach proboszcza, doktora i starosty słyszy się tylko ostatnie o nim nowiny... Życie przycupnięte u stóp gór, uwijające się na krawędzi, pomiędzy żywiołami, przez wieki zależało od tego boga stanowiącego niebywałe bogactwo wód okalających tę surową, w dużej mierze jałową wulkaniczną wyspę... Dorsze, śledzie - jeśli oddawały się człowiekowi, pozwalały mu żyć i na różne sposoby się rozwijać. Ryba to pieniądze, to szanse, to otwierające się perspektywy... Ryba karmiła, ale też mogła przemieniać się w przedmioty, w zbytek, w wykształcenie, w sztukę... Tyle że ryba mieszka w morzu, a morze to nigdy nie zasypiający potwór. Ileż to biedy sprowadzała niepogoda, ile istnień ludzkich zabrały straszliwe sztormy, ile istnień ludzkich czekało z gasnącą nadzieją wpatrując się w ocean, z którego nie powracał ukochany chłopiec, mąż, ojciec... Nieszczęście rozbijało rodziny, skazywało niekiedy dzieci na życie u przybranych rodziców. Morze stanowiło zawsze wielką obietnicę, ale też sprowadzało tragedie, łzy, nieszczęście. Gdy ktoś pływał pośród fal, jego bliscy zawsze trwali na brzegu w niepokoju, a głównym zainteresowaniem ludzi była pogoda...

 Mały był człowiek ze swymi wielkimi marzeniami w obliczu potęgi przyrody, obojętnej, bezlitosnej. I często ten mały człowiek biedował. O takim rybackim biedowaniu pisał kiedyś Jón úr Vör, który zatrzymał w słowach dawną rybacką Islandię, Islandię, w jaką zanurzył się Jón Kalman w swoim "Niebie i piekle"... O ile pierwszy Jón w swej poezji zbliżał się do prozy, o tyle drugi Jón wybrał się ze swoją prozą w sferę poezji. Wybrał się w rzeczywistość Zachodnich Fiordów sprzed stu lat. Do rybaków, którzy w swoich otwartych łupinach wypływali z rozwierającej się paszczy fiordu na groźny, nieprzewidywalny ocean. Wybrał się w świat niesamowitych gór, długich zimowych nocy, których mrok przyklejał się złowrogo do okien w nikle oświetlonych izbach, w świat zwariowanej pogody, żeby opowiedzieć o życiu i śmierci.

 Śmierć to taki dziwny stwór. Przychodzi i zabiera. Czasem działa w sposób wręcz figlarny, tyle że jej figle nikogo z żywych nie bawią. Gdy śmierć coś postanowi, nikt i nic nie może się z nią mierzyć. Opowiada o tym choćby islandzka historyjka, którą tu kiedyś zamieściłem - śmierć w niej wydała już swoje postanowienie i nie mógł go uchylić nawet rozumiejący mowę ptaków biskup. Śmierci nie da się przechytrzyć. I niczego też nie można na niej wymusić. To ona zawsze decyduje, to ona niepodzielnie rządzi mając w rękach wszystko: nóż, truciznę, morze, wicher, ludzkie roztargnienie etc.

 Wśród rybaków jest Chłopak i jego przyjaciel Bárður. Bárður jest wszystkim dla Chłopaka. Z nimi i w nich jest poezja. Są inni od całej reszty rybaków, dla których gadanie o poezji jest jakąś głupotą. Dla przyjaciół nie jest śmieszne to, z czego wyśmiewają się pocieszni twardziele (bo twardziele są zawsze pocieszni w swym teatrzyku pełnym póz i udawania). Chłopak każdego ranka budzi się owiany zapachem stóp swojego przyjaciela pływającego po oceanie poezji, który, jak się okaże, jest równie niebezpieczny jak prawdziwe morze... Czytanie może być śmiertelnie groźne!

 Bárdowi stary kapitan pożyczył "Raj utracony" Miltona. Porwała go ta lektura, zajęła jego myśli, tak że pewnego razu, gdy wypływali wszyscy na połów, z poetyckiego roztargnienia nie zabrał ze sobą peleryny... W oceaniczny mrok poszły przynęty i haki. Z zaklęciem, ze znakiem krzyża, bo wśród żywiołów człowiek robi się przesądny i do schwytania srebrnołuskiego boga posiłkuje się Bogiem z nieba... (Dla prostego mroku morza starczy jeden krzyżyk, ale ile by trzeba było krzyżyków, gdyby zapuścić linkę z haczykami w mroki człowieka?? Chyba całe mnóstwo.) Zadne jednak zaklęcia nie pomogą, gdy człowiek nie przygotuje się na niebezpieczeństwa. Pogoda się załamała i było już wiadomo, że rybacy dobiją do brzegu z trupem na pokładzie. Nikt nie mógł pomóc Bardowi nie narażając się na śmierć (kto przemoknie na arktycznym morzu, ten już jest stracony)... Śmierć z wyziębienia zabrała Chłopakowi przyjaciela.

 Książki trzeba oddawać. Zabójczy "Raj" postanowił Chłopak zwrócić właścicielowi. A potem... Nic nie jest już takie samo...

 Niezwykła to rzecz. Jakby mi się Jón przespacerował po życiu i cisnął wszystko, co zebrał, w Islandię sprzed stu lat, tam, pod Strandir, gdzie już koniec świata, gdzie diabeł mówi dobranoc, absolutnie ostatnie dobranoc...

 Nic już się nie chce. Człowiek ma nieodpartą chęć, by się położyć, by się przewrócić i nie wstawać. Tyle że to śmierć decyduje, zatem najgłupsze drobiazgi człowieka podnoszą. Są to najprostsze, najzwyczajniejsze, najbardziej elemantarne potrzeby, do jakich mogą też dojść potrzeby czworonoga, jak to było w moim przypadku... Człowiek wstaje, chociaż ma dziwaczne poczucie nieprzyzwoitości całej sytuacji.

 Nie ma już żywej obecności tego drugiego. Zamienia się ona, jak pisał kiedyś Józef Tischner, w żywą nieobecność. I zrazu pojawia się ochota, by rozstać się ze światem przepełnionym tą żywą nieobecnością. I coś się dzieje z poczuciem czasu. Z każdą chwilą wczoraj pełne żywej obecności oddala się, niknie pośród prehistorycznych gadów. Bliskość miesza się z największym oddaleniem...

 Chłopak z zabójczą książką przedziera się do Plássið (nazwa ta znaczy po prostu miejscowość, miasteczko, osadę (þorp), w której opisie odnaleźć można rysy Ísafjörður). Jest uparcie żywy, chociaż jego postanowienie o samobójstwie pozostaje aktualne. Ale jeszcze nie czas, bo przecież trzeba oddać książkę. A poza tym człowiek zmęczony chce wypocząć, nie zaś umierać!

 Morze umie topić. Robi to z łatwością, ale nie na życzenie. Morze musi się zgadać ze śmiercią. Bárður, jeszcze za życia, opowiadał o Skale Samobójców. Martwy przyjaciel przyzywa Chłopaka tym wspomnieniem... Jednak śmierć z nikim i niczym się nie ułożyła, ani z zimnem na pustkowiu, ani z wodą...

 Życie przyzywa na wszelkie sposoby, zaskomli psem, gestem drugiego człowieka, słońcem... Gdzieś się plącze niesmak, poczucie niestosowności, ale mimo wszystko otwiera się oczy. I z każdym dniem uczy się istnieć nadal pośród rozmaitych psychicznych przeszkód... Człowieka nachodzą czasem myśli, że żyjąc pośród nowej pogody, popełnia jakieś wykroczenie, dopuszcza się zdrady. Brzmi to może niedorzecznie, ale nic na to nie można poradzić. Można się tylko z tym pogodzić, przetrwać każdy smutek, każdą uronioną ukradkiem łzę, każdy ucisk w gardle pojawiający się niespodzianie...

 "Blask gwiazd, bez ciebie, nie może być słodki"... W ogóle z czasem robi się coraz mniej słodko... Ale cóż, gdy doroślejemy, przyzwyczajamy się do wszelkich cierpkości, słoności itd... A nawet umiemy docenić ostrzjsze smaki, nawet dostrzegamy w nich jakąś szlachetność... A gdy już całkiem źle, mysli wracają w dawne słodycze. I tylko się człowiek dziwi w tej swojej wędrówce poszukiwacza sedna...

 Bywają ludzie za delikatni na życie. Ze swoją stratą i łzami idą na puste wrzosowisko. Dobrze, gdy życie się z kimś zgada i wyśle pomoc, tak by uprzedzić wahającą się ciągle śmierć.

 Umarli przychodzą w słowach. Ze słowami można w pewnien sposób wejść do ich królestwa.

 "Słowa mają olbrzymią moc i mogą zabić bogów, uratować życie i zabrać je. (...) Słowa to tysiącletnie ryby, które wytropią potwora w głębinach, są siecią na tyle wielką, by zmieściła się w niej ziemia i niebo." Najwierniejsi towarzysze. Jednak całkiem życia nie przywracają. Dają tylko trochę światła na tego, którego żywa jest jedynie nieobecność.

 Głupie pytanie - Czemu żyję ja, a on, a inni, nawet młodsi, nie... Nie ma odpowiedzi. Ale człowiek zawsze je sobie zadaje.

  Śmierć w żywym zawsze wyrywa dziurę, ziejącą chłodem czeluść, której się nie da zapełnić... Może i umarły, tam, po drugiej stronie, czuje tak samo? Mroczny kanał łączący nas z zaświatami, którym jednak nie da się przejść, jeśli życie jeszcze nie skończyło pisać swej historii, którą już do końca będzie od czasu do czasu owiewało zimne powietrze, śmiertelnie lodowate, w jakie tu przemianiają się wszyscy umarli.

*

Jón Kalman Stefánsson, Niebo i piekło, W.A.B., Warszawa 2011

niedziela, 03 lipca 2011
Możliwości

 Wychodzi na to, że robię się powoli niedzielnym blogerem. Takie to losy blogów. Skazane są na niedzielnienie, wcześniej czy później... A jeszcze gdy brakowi czasu towarzyszą wyraźne braki w przegródce ze złymi emocjami... Taki już jestem wygładzony, że tylko milczeć...

 Ostatni tydzień miałem bardzo bezsenny - wstawałem jeszcze przed kurami i kładłem się długo po nich. I wreszcie przyszła sobota, którą nietowarzysko przespałem. Zresztą wszyscyśmy spali, zatopieni w swoich własnych duchowych podpiwniczeniach, we własnych sennych teatrzykach... Zimno, deszcz... Za oknem jest zupełnie październikowo... Psy w ogóle nie chcą spacerować. I nam się też nie chce. Po co zresztą wychodzić. W zamrażalniku jest jeszcze trochę lodów truskawkowych. Jest też coś w barku na inną potrzebę. Fajki mi się tylko skończyły, więc jednak będę musiał się przejść. Z kuchni dochodzą jakieś odgłosy - jest nadzieja na kawę... Całkiem spokojnie ją wypiję. Jak wrócę. Bo już idę. (Kundle zaraz się ucieszą, po czym momentalnie ogarnie je rozczarowanie, gdy się przekonają, jak okropnie leje...) Ale zanim pójdę, szybciutko taki wierszyk wklepię. Miało być o Kalmanie, będzie jednak kiedy indziej. Dziś taki pospieszny drobiazg - luźno, tak sobie, tak byle jak, na kolanie... Takie to są możliwości...:)

Jón Kalman Stefánsson

Możliwości

Jeśli by kto odszedł, na

przykład ty, zabierając z sobą drobiazgi, duńską lampę, szklanki do whisky,

czeskie sztućce, kolor niebieski z nieba i

może też numer telefonu, naraz tak by się stało, że

myślałbym jak gość stojący

przed plutonem egzekucyjnym, taa,

może spudłują.

                 przełożył Kiljan Halldórsson