BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
czwartek, 19 lipca 2012
Herman Bang

Może uda mi się zrobić dziś jakąś ładną notkę... Będzie znów tak rocznicowo, tak w upływające stulecie... I jak by tu zacząć...

"Jakże miałbym nie wiedzieć o nim wszystkiego? - pisał o Czajkowskim Klaus Mann. - Znałem przecież szczególną formę miłości, która była jego losem, byłem aż za dobrze obeznany z jej natchnieniami i poniżeniami, z długotrwałym cierpieniem i ulotnie krótkimi chwilami szczęścia, jakie niesie ze sobą ten Eros. Nie można hołdować temu Erosowi nie stając się obcym w naszym społeczeństwie: takim, jakie ono jest; nie można oddać się tej miłości, nie odnosząc śmiertelnej rany. (...) Wiedział o tym Platen; i Herman Bang, szlachetny Duńczyk, z którym byłem na tak samo zażyłej stopie jak z Piotrem Iljiczem Czajkowskim - on także wiedział, że jest na tej ziemi 'człowiekiem bez ojczyzny'".

O Czajkowskim wszyscy pamiętamy. Jego muzyka jest ciągle z nami, wspaniała muzyka, której nie sposób nie kochać. Inaczej stało się z innym bohaterem Klausa Manna, Hermanem Bangiem (bohaterem także i jego ojca, Tomasza, który w epoce "Buddenbrooków", rozczytując się w skandynawskich książkach, z zafascynowaniem sięgał po dzieła i tego pisarza), bowiem ten twórca trochę zapadł się we mgłach przeszłości... Powiadają, że próba czasu to najsurowszy miernik literatury - niestety nie zawsze czas jest wyrozumiały i bywa, że okrywa patyną nawet prawdziwie wielkie talenty... Tak stało się z Bangiem, który całkiem przynależy do swej epoki, a od niej upłynął już cały wiek... Ale warto go "odkopać", bo są rzeczy, które jednak czasowi się oparły...

Notka blogowa mało jest pojemna... Zatem jak zacząć pogawędkę o Hermanie, szlachetnym, współczującym, sentymentalnym Hermanie... Może po prostu tak, że był sobie kiedyś syn pastora, gej z wyspy Als... Choć może "gej" to niezbyt odpowiednie słówko, bo przecież wtedy jeszcze ta nazwa tkwiła przy swym pierwotnym znaczeniu. No, ale dla nas, tu i teraz, ktoś taki to po prostu gej. Niech więc będzie... Można Hermana Banga spokojnie zestawiać z innymi wielkimi klasykami literatury duńskiej, z Pontoppidanem, Gjellerupem, J. V. Jensenem, bo choć jest dziś raczej zapomnianym twórcą, jego znaczenie dla duńskiej kultury jest trudne do przecenienia. A i w eurpoejskiej kulturze odegrał on niebagatelną rolę. Był Bang absolutnie znakomitym dziennikarzem, był znawcą teatru, no i wybitnym prozaikiem o przepięknym stylu...

Zaczął Bang, można powiedzieć, z grubej rury, bo jego "Beznadziejne pokolenia" wywołały prawdziwy skandal - dzieło uznano za świństwo - tę niewinną dziś rzecz, w której między miłującymi się ludźmi jest dość duża różnica wieku... Po tym zdarzeniu Bangowi nie wiodło się najlepiej, aż do momentu, kiedy wszedł całkowicie w nastroje fin de siecle'u, w te wszystkie smutki, rezygnacje, pesymizmy, cienie... Stał się wtedy pisarzem sławnym, ba - stał się pisarzem modnym w całej Europie. Tłumaczono go na wiele, wiele języków. Stał się literacką gwiazdą, choć jego los nie należał do najszczęśliwszych...

Tym, kim dla Brytyjczyków jest Oscar Wilde, tym dla Duńczyków jest Herman Bang. Tak jak tamten, ucierpiał z powodu swego homoseksualizmu. Mimo że te dwa życiorysy są różne, że mają różne odcienie, to jednak ci dwaj panowie w podobny sposób zostali dotknięci przez chamstwo przezywane dość żartobliwie moralnością. Bang wprawdzie nie przeżył aż takiego koszmaru, co Wilde, niemniej padł ofiarą jednej z paskudnych nagonek na homoseksualistów, które co jakiś czas rozpętywały się w Danii i narażały na wielkie przykrości ludzi z wiadomego środowiska. Tak więc i Bang, podobnie jak Wilde, stał się człowiekiem bez ojczyzny...

Bang przez sporą część życia mieszkał ze swoją siostrą. A na wygnaniu dość intensywnie się przemieszczał. Mieszkał to w Berlinie, to w Paryżu, w Wiedniu oraz w Pardze, gdzie chyba spędził najlepszy czas razem ze swym ukochanym, którym był niemiecki aktor Max Eisfeld...

Bang na zesłaniu, Bang w wędrówce, który tak smutno skończył, nagle, w drodze, samotnie, w pociągu, daleko, bo aż w USA...

Dania potraktowała swego wybitnego geja brzydko. A gej odpłacił jej pięknem swoich książek, pozostawiając jedne z najśliczniejszych obrazków duńskiej prowincji i mnóstwo wzruszających portretów samotnych artystów, a także malutkich, pospolitych, czasem jakoś tam ułomnych, niezbyt szczęśliwych ludzi, tak subtelnie utkanych z prostych słów, o których prawda wędruje gdzieś między wierszami i wśród wielokropków...

Dużo jest u Banga kobiet, kobiet nieszczęśliwych, chorych, zawiedzionych, w których tlą się wspomnienia, tęsknoty i w których czasem rozpala się jeszcze miłość, miłość jednak beznadziejna, po której jeszcze więcej jest smutków i rezygnacji... Tak jest choćby w tej przepięknej prostej opowieści "Przy drodze", o której nie można powiedzieć, by się zestarzała... Polakom podarował tę książkę na początku lat sześćdziesiątych Jarosław Iwaszkiewicz, jak wiadomo rozkochany w Danii i jej kulturze, wypełniając tym samym pewną lukę w naszej wiedzy o twórczości tego literata, który zresztą już wtedy był u nas postacią zza mgieł, a jego inne książki, kiedyś znane, stały się niemal nieosiągalne... Przypomniał więc Banga, dając nam prześliczną perełkę literacką, opowieść, której początek wziął się z drobnego obrazka z podróży pociągiem... Bo kiedyś Bang, jadąc z jakiegoś odczytu, zobaczył na jednej ze stacji kobietę wyglądającą przez okno pełne pięknych i rzadkich, egzotycznych roślin. Była blada, najwyrażniej chora. Stała nieporuszenie i patrzyła na pociąg... Ta twarz do niego powracała i powracała. Aż wreszcie powstała tragiczna idylla, wzruszający utwór o żone naczelika prowincjonalnej stacji, Katince...

Katinka żyła wspomnieniami o dobrych, panieńskich czasach. Trochę zrezygnowana, u boku męża, do którego temperamentu niezbyt pasowała. Bo Bai był raczej grubo ciosany, ciągle gadał o dziewczynkach i był gwałtownym zwierzakiem nie z jej bajki, tak więc gdy on chciał, ona nie chciała... Aż wreszcie pewnego razu przyjechał do wsi nowy zarządca, Huus... Jakiż on był inny. (Zdaniem Baia zupełnie do niczego, bo nic się na dziewczynkach nie znał.) Katinka zapałała uczuciem do młodego przybysza. Bo Huus był wyjątkowy, znał się na wielu rzeczach, rozmowa z nim była zawsze przyjemna i zajmująca, a jego rady o pielęgnacji roślin okazywały się bezcenne. Jakże pejzaż się ożywił! Jak miło było siedzieć pod krzakiem bzu, jak pieknie sypał się wiosenny śnieg z płatków przekwitających wiśni... Cicha namiętność, ledwie parę dotyków, pocałunków i wyznań... Wszystko jednak spełnić się nie mogło... Płomień rozpalił się szybko, a potem była już tylko cicha tęsknota. I pogłębiająca się choroba płuc. Wreszcie śmierć... Huus już na zawsze pozostał gdzieś daleko... Wszystko to działo się pośród innych cichych prowincjonalnych egzystencji; drobne wspomnienie Banga z podróży zaludniło kartki książki o małej stacyjce i jej okolicach, z echami życia i rozrywek dużego miasta; w "Przy drodze" jest i dobra Maryśka, której też Huus się podobał, jest stara wdowa z pannicami, "kurczątkami", które chciałaby przy sobie zatrzymać (nie do końca jej się to udaje, bo jedno z "kurczątek" zamienia się w Pupeczkę mającą do pary Pupeczka), jest stara panna z półżywym mopsem, która niegdyś kochała chybioną miłością i która każdy dzień kończy skrycie wylewanymi łzami, jest rodzina starego pastora i ich córka z jej palącą się w sercu miłością, jest i konduktor młody w niedyskretnie obcisłych spodniach... Wszystko jest tam zarazem piękne i smutne, pogodne i pełne skrywanych cieni. No i jest ta prowincjonalna Dania z jej polami, bukowymi lasami, we wszystkich porach roku... Wszystko oddane z miłością, czułością, delikatnością, współczuciem...

Herman Bang. Samotność, daremność uczuć... Jego postaci zdają się po cichu wołać o ratunek, szepczą o swojej rozpaczy... Chcą miłości, ale gdy wyciągają ręce, otwierają się przepaście. A razem to jakieś pełne murów osobno... Zdaje się rozumieć to Bai, gdy jest już jednak za późno...

Klaus Mann pisze, że Bang jest jak Monet albo Debussy... Trafna ocena... A skoro już jest tu wplątany Klaus Mann, nie sposób nie odwołać się do jego przeżyć i jego literackich spotkań, które pewnie nie są odległe od przeżyć młodych ludzi bliskich t e m u Erosowi, w tamtych czasach, gdy Bang był kimś modnym... Pewnie niejeden młodziutki gejczyk uronił łzę nad "Mikaelem", kiedyś tam, przed wiekiem...(I może nieco później na filmie, bo "Mikael" został sfilmowany dość wcześnie (bodaj w Niemczech), jeszcze w epoce kina niemego i jest to chyba pierwszy obraz ruchomy dotykający zjawiska homoseksualizmu... Tak mi się przynajmniej wydaje...) Jak pisze Mann, w "Mikaelu" Bang dał kwintesencję, fundamentalną formułę tragedii, której warianty można odnaleźć w innych książkach... Dla szesnastolatka lektura powieści o miłości mistrza Claude Zoreta do okrutnego chłopca była ważnym i głębokim przeżyciem... Jak zwykle ta Bangowa daremność uczuć. Te uczucia chybione, uczucia bezwstydnie wykorzystywane... Kochany Mikael, znalazłszy się pod wpływem niegodziwej kobiety, obrzydliwie nadużył uczucia, jakim został obdarzony przez mistrza. Zoret staje się ofiarą, którą można wykorzystać, okraść. Claude Zoret, "malarz bólów", musiał przełknąć gorzką pigułkę, jaką sporządziło mu jego uczucie...

Klaus Mann wspominał: "Łzy stawały mi w oczach, ilekroć czytałem ostatnie strony powieści. Nierzadko przed zaśnięciem pozwalałem sobie na kwadrans "Mikaela": scena śmierci mistrza była aż za smutna i rozdzierająca, ale dostarczała tak bogatych wrażeń; smakołyk zaprawiony bólem, gorzka rozkosz. Claude leży w samotności swego wspaniałego domu i czeka na Mikaela! Na śmierć i na Mikaela... Śmierć przyszła, śmierć w końcu zawsze stawia się na spotkanie; Mikael jednak nie. Piękny, niegodziwy Mikael, którego mistrz obdarzył tak hojnie wspaniałomyślnością i miłością, leżał w ramionach równie pięknej i równie niegodziwej kobiety. Całowali się, gdy starzec umierał. Miakael nie przyszedł. Przyszła tylko śmierć, samotna śmierć mistrza.

Mój smutek potęgował się na myśl o śmierci autora tej wzruszającej historii, pisarza Banga; umarł w samotności jak mistrz; bezdomnie, jak jeden z tych artystów i wirtuozów, których tak chętnie opisywał. Zakończył życie w amerykańskim wagonie pulmanowskim, gdzieś na dalekim Dzikim Zachodzie, w krainie zwanej Utah, niedaleko od miasta Ogden. Czyż ta ostatnia podróż pozbawionego ojczyzny pisarza przez obce, niesamowite stepy, ta samotna agonia w przedziale kolejowym nie była sceną z jednej z jego książek?..."

Stało się to w styczniu 1912 roku. Minęło już sto lat... Wiele się od tamtych czasów zmieniło. Poza tym, że samotność zawsze ma ten sam gorzki smak... I też, jak zawsze, są maluczcy ludzie, pokrzywdzeni i smutni, żyjący w nieokreślonych mgiełkach. I ciągle też są ludzie, których inni, w swym poczuciu lepsi i najwałaściwsi, będą chcieli wybić na aut... Zawsze też będą zranione serca, przeżywane bez ustanku jakieś przebrzmiałe miłości... Zawsze też będzie to wołanie o miłość, o zrozumienie... Zawsze też pod jednym dachem będą jakieś pary strasznie samotnych ludzi... Bóle przeżywane w ciszy... I śmierci istnień niespełnionych...

Namiętności z pożółkłych kartek... Zajrzyjcie na małą duńską stacyjkę. Do wzruszającej Katinki. Do bolesnej idylli "Przy drodze"...

16:03, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 17 lipca 2012
Telefonsamtale (z norw. poezji)

 Rune Christiansen

Rozmowa telefoniczna

Droga mała wiewiórko, czy mnie słyszysz, czy rozumiesz moje

słowa, gdy do ciebie mówię, czujesz, że cię niosę,

że razem idziemy przez plac, by cię pochować

w rowie, gdzie ziemia jest miękka i czarna, czy słyszysz owady,

tchnienie wiatru, myślisz; co to jest wieczność? Co znaczy

wieczność? Może pospieszny cień, kiedy przelatuje

samolot, powolny deszcz. Zauważasz, że

myślę o tobie, myślę, że cię nie ma, że cię nie ma

wśród innych; byłaś wyjątkowa, tak jak każdy

jest wyjątkowy. Ja na przykład wierzę, że jestem ojcem, wierzę, że jestem synem.

                                       

                                               przełożył Kiljan Halldórsson

En telefonsamtale

Kjære lille ekorn, kan du høre meg, forstår du hva jeg

sier når jeg snakker til deg, kjenner du at jeg løfter

deg, at vi sammen krysser plassen for å begrave deg i

grøften der jorden er myk og svart, hører du insektene,

vindpustet, tenker du; hva er evigheten? Hva betyr den,

evigheten? Kanskje den hastige skyggen når et fly

passerer, det langsomme regnet. Merker du at jeg

tenker på deg, tenker at du ikke fins, at du ikke

fins i alle de andre; du var den eneste, slik vi alle

er den eneste. Jeg f. eks. tror jeg er far, tror jeg er sønn.

16:16, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 15 lipca 2012
Uprzejmość XVII

 Wszystko już znalazło się na piętrze, klamoty, łachy, a nawet namiot. Przenośny dobytek leżał na kupie za łóżkiem. Nie chciało mu się znowu w nim grzebać. Ale w końcu trzeba będzie się do tego zabrać, by odnaleźć szczoteczkę do zębów. Teraz jednak nie była potrzebna. Natomiast cała reszta niezbędna do utrzymania higieny była do jego dyspozycji w łazience. Już nie w tej dla przybłędów...

Timo przyszedł, i Timo jest. Nikt nie zadał pytania, jak długo zamierza tu zostać.

Z kieszeni kurtki wyjął uśpiony od dawna telefon. Tak czy owak przywykły do milczenia. Timo zastanawiał się czy podłączyć doń ładowarkę, lecz szybko porzucił tę myśl.

- Śpij sobie - powiedział i odrzucił przedmiot z okienkiem, za którym od dłuższego już czasu panowała nieprzenikniona noc. - Nie ma mnie. Jestem i myślę sobie, że mnie nie ma.

Podszedł pod północne okno, gdzie stała pomalowana w kwiatki wielka skrzynia. - "To zły pomysł mieć w sypilani okno skierowane na północ. W nocy w jego ramach pojawi się przecież tarcza słoneczna ze swoim ciężkim, złotym blaskiem - pomyślał. - Cóż za brak pomyślunku" - dodał jeszcze.

Uniósł wieko.

"Prawie jak trumna. Gdyby tak podkurczyć trochę nogi, można by było spocząć."

- To nie jest garderoba bywalca, panie Timo - zauważył, gdy przejrzał jej skromną zawartość. Spoczywało tam ledwie trochę tiszertów, spodni dżinsowych, dwie pary lekko już sfatygowanych adidasów, skórzana kurtka, trochę skarpet i bielizny, ze dwie - trzy bluzy...

"Cóż za tajemniczy człowiek, że w jego skrzyni nie ma nic do odkrycia."

Zaczerpnął powietrza z nosem utkwionym w bucie ojca. Nic - żadnych zapachów.

- To nawet ładnie z twojej strony. Choć może też niezbyt elegancko. Bo żeby tak znikać bez pozostawienia choćby cienia zapachu... I gadam do twoich rzeczy. Smutno mi - westchnął Timo, a zaraz po tym wszedł do skrzyni, całkiem, jak się okazało, wygodnej.

Nagle wieko zatrzasnęło się nad nim z głuchym dudnieniem i wokół niego zapanowała gęsta ciemność. Przestraszony tym nagłym zdarzeniem chciał odemknąć skrzynię, lecz coś wyraźnie próbowało mu to utrudnić. Z całej siły zaczął napierać nogami i rękami na oporne wieko ściskając jednocześnie niczym prasa znajdujące się pod nim ubrania, na niewiele się to jednak zdało - ledwie malutka szczelinka pokazała się między krawędzią skrzyni a jej zamknięciem. Przecież to chyba nie Paul na niej usiadł? Z pewnością udałoby mu się go unieść. Coraz bardziej wściekły postanowił się odwrócić, by unieść niespodziewany ciężar na grzbiecie.

- Dość tych żartów, do diabła!

Wieko puściło, a Timo czym prędzej wyskoczył z pułapki. Zamknięcie skrzyni nie stawiało najmniejszego oporu, kiedy spróbował znów nim poruszyć.

Nie miał pojęcia, jak się ustosunkować do tego wypadku. Najwyraźniej ktoś przyszedł, żeby się z nim trochę podroczyć. Kto to jednak mógł być? Przecież niczego nie słyszał. A gdy siła dociskająca wieko ustąpiła, nie spostrzegł, by umykał stąd ktoś dysponujący krzepą zdolną do przytrzymania go w skrzyni. Nie mignął żaden cień, nie zaskrzypiały drzwi; ten ktoś przecież musiał uciec z pokoju, w którym nie ma żadnej możliwości ukrycia się.

- Czy temu staremu w autobusie nie powiedziałem przypadkiem, że nie wierzę?...

Paul zalecał, by niczym się nie przejmować. Po prostu nad wszystkim przechodzić do porządku dziennego... A więc dobrze. Timo przeszedł do kolejnego punktu i udał się do łazienki.

Staroświecka wanna stała na lwich łapkach. Z pazurkami nawet. Armatura zaś świeciła się złoto. - "Może to rzeczywiście złoto? Byłoby miło"...

Dawno już nie pluskał się w takiej wygodzie. Wanna była pojemna i można się było w niej swobodnie wyciągnąć. Timo jednak nie należał do istot zbyt wyrafinowanych, nie skorzystał więc z żadnych pian kąpielowych, tylko walnął się poleżeć goły w całkiem gołej ciepłej wodzie, której czystość miał za chwilę zapaprać nie tylko mydlinami i brudem własnego ciała, ale też i brudem ze skarpet, które już gotowały się do skoku wisząc na uchwycie prysznica...

Można siać rzepę - mawiała jego mama patrząc na jego czarne stopy, których kiedyś nie lubił myć. Kiedyś, gdy był dzieckiem, gdy przeżywał czas pełen niechęci dla higieny osobistej... Teraz powrócił do tamtego wyglądu. Wokół kostek utworzyły się ciemne smugi. A mędzy palcami nóg rzeczywiście mogłoby coś wykiełkować... Brud skręcał się pod palcami w wiórki.

W brudzie odmakającym w waniennych krystalicznościach znów pomyślał o czystej Ylajali. Jakiś przyjemny dreszcz przeszył jego ciało. Usniósł biodra nieco ponad wodę. Włosy łonowe opadły na ciało rudawym wodorostem, a na nim spoczęła ślepa ryba o nabrzmiałych, nieruchomych skrzelach i wertykalnym pyszczku. Taka martwa znów jednak nie była... Timo tak dawno nie marzył o rzeczach możliwych. To, co możliwe, wydawało się nazbyt dalekie. Od pewnego czasu wolał wyobrażać sobie, że zabija strasznego smoka, by wydrzeć mu z piersi czarodziejskie serce, którego spożycie pozwala człowiekowi rozumieć mowę ptaków.

Nabrał powietrza w płuca i skrył się cały pod wodą. Leżał tak przez chwilę z zamkniętymi oczami. A potem je otworzył...

Istne tsunami wywołał w swym zbiorniku, które z donośnym plaskiem rozbiło się o podłogę. Coś patrzyło nań z głową zbliżoną do lustra wody. Starał się gwałtownie wyszarpnąć ciało z waniennej toni, nie mógł się jednak pozbierać pośród chaotycznego tańca kończyn, z których każda z osobna chciała uniknąć zagrożenia, zapominając jakby, że ich ocalenie nie może się powieść bez współpracy z całą resztą. W końcu jednak całość Tima wygrzebała się z kąpielowego naczynia i runęła podtopiona na podłogę, także solidnie podtopioną.

Cały dom musiały wypełnić jego charkoty, kaszel i jęki, bo już po krótkiej chwili w drzwiach łazienki stanął Paul patrzący w zdumieniu na rozgrywający się dramat, oto bowiem na podłodze klęczał nagi, rozdygotany i duszący się człowiek sprawiający wrażenie kogoś, kto przed momentem padł ofiarą brutalnej napaści.

- Co tu się, do diabła, dzieje? - zapytał w lekkim wzburzeniu.

Timo ciągle jeszcze nie mógł złapać tchu, raz z podduszenia, dwa - z przerażenia, i próbował wyjaśnić Paulowi nieskładnie, co takiego mu się przytrafiło.

- O czym ty bredzisz?

- Coś na mnie patrzyło, jakaś rozmyta, powykrzywiana twarz! - powiedział już wyraźniej i gwałtownie wtłoczył ślinę i jakiś drażniący, obrzydliwy smark w piekące nieznośnie gardło.

- Nie do wiary. Poszedłeś się ledwie wykąpać, a tu jest jak po gwałtownym sztormie. Okryj się, chłopcze - powiadział Paul i rzucił swemu gościowi granatowy szlafrok. - Nie dajesz mi szans - dodał jeszcze, gdy Timo, bardziej już przytomny, począł gorączkowo okrywać swą nagość. - Jak można tu być słownym... A więc powiadasz...

- Tak, powiadam - przerwał mu Timo - że coś na mnie patrzyło, gdy zanurkowałem. A wcześniej coś nie chciało mnie wypuścić ze skrzyni.

- A kto cię tam wsadził?

- Sam wszedłem.

- Ach tak...

- Tak. Wszedłem. Z ciekawości. I nagle coś zamknęło wieko i na nim usiadło. Próbowałem z całych sił się wydostać, ale... Czy ten dom jest nawiedzony? - rzucił Timo nieco zdziwiony swoim przypuszczeniem.

- Psy, potem jakiś tajemniczy zamykacz skrzyń, wreszcie próba zamachu w wannie... To dość dużo atypowych przeżyć jak na jeden dzień...

- Niech pan nie drwi.

- Nie, to nawet wspaniałe. Zląkłeś się jakiejś wizji. I to w kąpieli. To rzeczywiście niestosowny moment, świadczący o tym, że w zaświatach mają mało wyczucia. Choć z drugiej strony... Wyglądałeś przerażająco, a jednocześnie wspaniale w tej rozdygotanej nagości. Jakiś żywioł w tym wszystkim drzemie. Zaskakujesz mnie!

- Jechałem sobie autobusem, i było tak po prostu normalnie...

- Przestań się zadręczać normalnościami i nienormalnościami... Ale postaraj się... Może na przyszłość nie nurkuj w wannie. Bo jeszcze jeden taki numer, a po prostu się w tobie zakocham.

- Właściwie wcale nie zdążyłem się jeszcze umyć porządnie.

- Dobrze, to jakoś się ochlap. I, na boga, zrób coś z tymi skarpetami. A potem zejdź na piwo...

CDN

15:52, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
piątek, 13 lipca 2012
Uprzejmość XVI

- Tak, dwadzieścia lat temu. Nawet z jakimś hakiem - przyznał Paul.

- Jeszcze lepiej. No i co to za psy?

- Chodzi ci o rasę?

- Nie, nie chodzi mi o rasę. Tylko kto je tak puszcza? Byłem śmiertelnie przerażony. A po chwili całkiem już zrezygnowany. Pomyślałem tylko, że to takie głupie umrzeć przez zagryzienie. Ale to mi przypomina pewną sytuację. Kiedyś zostałem napadnięty przez jakichś oprychów. Zniechęciłem ich swoją biernością. Nie stawiałem oporu i czekałem na cios. Nie wiem dlaczego, ale wydawało mi się, że któryś dźgnie mnie nożem.

- I nie dźgnął.

- Pewnie w ogóle nie mieli ostrych narzędzi. Ale te psy...

- Po prostu są. Zjawiają się regularnie. I zawsze są przyjazne. Prawdopodobnie od dawna już nie żyją i stąd bierze się ich brak jakiejkolwiek lękliwości. Tak, tak musi być...

- Przecież to jakieś bzdury! - żachnął się Timo. - I co to ma znaczyć?

- Jak to - znaczyć?

Timo opadł nieco z sił, rzucił na ziemię swój tobołek i usiadł na schodach, w miejscu, gdzie chwilę temu siedziała ta piękna bezimienna.

- Usiłujesz mi powiedzieć, że to są jakieś duchy w psiej postaci?

- Bardzo dobre duchy.

- Jakoś nie spełniają swojej roli, skoro wszystkich witają z jednakową radością. Dobry pies strzeże swego miejsca i swego pana.

- E tam.

- Jak mam o tym myśleć?

- A co chcesz wymyślać? Nie możesz po prostu przejść nad tym, co się przed chwilą wydarzyło, do porządku dziennego?

- Nie mam, póki co, żadnego porządku.

- Jak to? - kolejny punkt dnia - zanieść klamoty na piętro, do pokoju. To chyba zamierzałeś zrobić? Psy pobiegły, a ty idziesz dalej.

- Ja chyba zwariowałem.

- A ty jesteś po coś? Co ma niby wyniknąć z tego, że jesteś? To się skończy jakimś morałem?

- Bez sensu to wszystko.

- Tak bardzo ci to przeszkadza? Przyszły psy, poszły psy. Przyszedł Timo, poszedł Timo. I jeszcze raz przyszedł Timo. Celny strzał poprzedniego Tima.

Timo zamyślił się na chwilę.

- Moja babka miała czarnego barana.

- Doprawady?

- Przyszła z tą bestią do dziadka. Przyszła. Choć jako jego żona ciągle się gdzieś zawieruszała. Baran był złotorogi i wiedział, że budzi podziw i zachwyty łakome. Uciekał więc wiecznie, spragniony owego podziwu i tych zachwytów, bo to całkiem rozumne bydlę było i miarkowało, co ludzie gadają i myślą. Wielu chciało go schwytać, dla tych rogów szczerozłotych, ale baran nikomu nie pozwolił się tknąć. Był silny i niebezpieczny. I siał złą wróżbę. Nawet dzieci wymyśliły sobie śpiewkę... Nie znam jej w całości. Dziadek ją kiedyś zanucił. Kończy się jakoś tak... Kogo Czarny tryknie w dupę, ten za tydzień będzie trupem. Nie wiem, jaki wpływ miał Czarny na umieralność w okolicy... Ale też sprowadzał życie. Ilekroć uciekał, babka gnała za nim, pomna, jak cenna wełna umyka jej spod rąk. Ach, paskudny, próżny baran!... Nigdy go nie znajdywała, ale zawsze ze swych wycieczek poszukiwawczych wracała w dobrym humorze. Baran zresztą też wracał, więc wszystko wchodziło z powrotem w dawne koleiny. Jak babka szła ku chałupie od wschodu, baran wracał od zachodu. Zawsze z przeciwnych stron ściągali, by się spotkać w obejściu... - Beeee - mówił baran. - Jesteś, ty włóczykiju! - odpowiadała włóczykijka... Chłop to takie głupie stworzenie... Co prawda to prawda, z baranem grosz na grzbiecie umykał - a wełnę miał przednią i rodził jej całe góry w sposób całkiem nadnaturalny. Diabeł istny. Rogi ogromne lśniły jak dwa słońca, a ślepia jego znów trupim blaskiem straszyły po jesiennych mrokach, niby dwa księżyce, gwiazdy te wielkie, nocne, przyświecające upiorom. I jak tylko ulatywał na swe straszenie i kuszenie złośliwe, gotów do śmiercionośnego trykania, babka leciała w dal... Jakiż miała pretekst dobry! Ach, babskie bydlę, zawsze ją ciekawiło, co się kryje za zakrętem. A jak już zza tych zakrętów wróciła, zawsze się ochotną stawała, na wycior łasą. A znajdź takiego, co chucią oczadzony, nie brałby wypiętego podarunku! Tak to gdzieś człowieka rwie i targa w dole, że całkiem głupi. Ale ilu było za tymi zakrętami? Czasem czas mijał bez owocowania. Baran siedział po wyprawie na miejscu i skubał beztrosko zieleninę, a babka chłodniała, cała pochłonięta swą wełnianą robotą, splataniem czarciego włosa. - Śmierdzisz jak słoma, co w nią koń nalał - sarkała, gdy mu Amor jaką klepkę w głowie poruszył i na grubaśności baby swej zbudził ochotę. - Ino chlanie i dupcenie mu w głowie, jak świni jakiej! - Tamte pewnie nie śmierdzom - musiał mruczeć dziadek; tak sobie wyobrażam, bo gdyby głośniej chciał coś podobnego powiedzieć, to w łeb by dostał nielicho... Swój chłop to się nudzi, a inne to takie fajniejsze, i domyte... Ploty chodziły z biegiem rzek, od dziury do dziury. Aż się baby zaczaić na wielką kochanicę zmówiły, nigdzie sprytnej jednak uchwycić nie mogły, a gdy ta w domu była, baran strzegł jej czujnie... Raz tylko wieczorną porą na skraju lasu czekała na nią taka jedna, z grabiami, gotowa kurwie kości porachować. Ale gdzie jej tam było do tego potężnego trolla! Babka złamała stylisko jak zapałkę, hucząc na bidulkę jak tysiąc puchaczy. I to jeszcze jej rzekła, że przecież jej ślubny nie z mydła i się nie wymydli... - Mówią - rzekła -  że z chłopa wiadro udoić można, a choć mi twój Ole swego soku nie poskąpił, to przecież żem uszczknęła łyk jeno jeden mały. - Łyk, ścierwo? - A łyk. Bom dobra i żem chłopisku ulżyła, bo choć raz wetknął se nie tam, gdzie klecha każe. I nie bój się, nic se z radochy do domu nie poniesę, bom wszystko robakom w brzuchu dała, więc i gównem wszystko wyleci... - Oj, mój Boże, jakże chłopa brać w barłóg po takiej paskudnicy!... Nieszczęście toto nosiło wśród lasów, i kłótnię... A ona wracała. I co dziecię zniosła, to zawsze po napęcznieniu po baranich poszukiwaniach i nagłych amorach ze swym starym... Wszystkie niepodobne, gadał dziadek o dzieciach. I takie dziwoki. Wszystko to ino fruwać chciało. Ta ino piniondze, tamten same książki... A Twój ojciec, drogi Timo, to ladaco, ot co... A na końcu przyszedł Sigge. Wtedy baran się zaśmiał i przestał dawać wełnę. Razu pewnego babka dotknęła runa, a tu - patrzcie, wszyscy diabli - sam proch, kudły jak spalone. Z nadejściem pogodnego idioty, co potem opanował sztukę plucia bez piany, baran uleciał w przeszłość, w świat wspomnień, i to w nietypowy sposób, nie umarł bowiem, jak na stworzenie przystało, jeno wraz z pierwszym jesiennym wiatrem poleciał złowrogą czarną chmurą, jakby sadzą wydmuchniętą. Tylko bek się rozszedł po dolinie pożegnalny, tak doniosły, że aż wszystkie wrony poderwało do lotu. Aż do samego zmroku latały kracząc jak ogłupiałe...

Paul uniósł brwi i spojrzał na Tima zdumiony. A wreszcie parsknął śmiechem...

- To doprawdy wyjątkowa rzecz.

- Prawda? Jak miło pochodzić z wyjątkowej rodziny. Wystarczy tylko podłapać kilka faktów i odrobinę przypuszczeń czy pomówień... Może rzeczywiście te psy nie mają większego znaczenia... W zagrodzie mego dziadka mieszkał czarodziejski czarny baran... Może tylko, wobec takich niecodzienności, głupio tak po prostu płacić podatki. Chciałoby się, żeby było jakoś inaczej... Zawsze się chce, żeby było jakoś inaczej - mruknął już całkiem poważnie Timo.

- Babka rzeczywiście była kochliwa?

- Podobno.

- Wiele się dowiedziałem. Czyli że ojcem Tima nie musi być twój dziadek...

- Rzeczywiście rodzeństwo ojca jest takie do siebie niepodobne.

- Tak... Tego Olego możemy wykluczyć, skoro babka wchłonęła go prosto w treść żołądka...  Często opowiadasz takie historyjki?

- Nigdy nie opowiadam żadnych historyjek - odparł Timo. - A to taka improwizacja. Wymsknęła mi się.

- Może powinieneś częściej?

- Może. Ale jakie to ma znaczenie? Sam przeciez powiedziałeś... Są psy, które nie żyją i dlatego są ufne i łagodne, był sobie baran, a ja nie opowiadam historyjek. Świat się kręci. Góra milczy. Kim jest ta dziewczyna, którą tutaj widziałem?

- Podoba ci się?

- Dlaczego pomyślałeś akurat o tym?

- A o czym sobie pomyślałeś?

- Przyszedł mi na myśl Aksel Sandemose.

- Specjalista od trójkątów. No i co? Wszystko do dupy...

- Jest piękna.

- A jej facet to zazdrośnik.

- On też jest piękny.

- Będą mieli brzydkie dzieci.

- To dobrze. Mógłbym się wykąpać?

- Naturalnie - rzekł Paul.

- A jak się wykąpię, to będę chciał jeszcze coś wiedzieć. Bez nadprzyrodzonych stworzeń...

- Nie wiem czy to będzie takie proste. Twego ojca powiła trollica, której baran złotorogi dawał wymówkę...

- Zaplączemy się - westchnął Timo.

- Tym lepiej - odparł Paul.

Nie ma pewności, o czym każdy z osobna sobie pomyślał.

- Pójdę się odświeżyć.

- Tak, tak, koniecznie. Za mocno tu pachnie mężczyzną.

- A ja się tak niespecjalnie poczuwam - zauważył Timo.

- Przyroda ma gdzieś twoje poczucia. Potem coś przekąsimy. I napijemy się piwa. Mam straszną ochotę na piwo...

CDN

17:31, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
sobota, 07 lipca 2012
August i Dagny

Jak to dobrze, że się mogę schronić teraz przed upałem... Trochę jestem już przypieczony, trochę też podgotowany, zwłaszcza wczoraj, kiedy musiałem pójść w miasto w stroju raczej mało punktowym, bo nie wypadało mi poczłapać na spotkanie z gatkach i japonkach... Tak więc miałem za swoje...

Cierpią też psiaki. Ich najlepszym schronieniem jest teraz chłodna łazienka. Ożywają na dobre dopiero po zachodzie słońca, jak nietoperze. Dopiero wtedy można podreptać na jakiś porządniejszy spacer.

Bardzo już się stęskniłem za zimą. Aż nawet zacząłem czytać śnieżnego, listopadowego Sundmana. Marzę w tej chwili o chatce na odludziu, pośród śnieżycy. Choć może nie za sytuacją z "Dwóch dni, dwóch nocy", bo po co sobie wszystko komplikować pilnowaniem zbiegłego mordercy, w dodatku jeszcze w śmierdzących skarpetach... No, ale zostawmy męską przygodę w szwedzkich przyrodniczych dziewiczościach. Na to być może przyjdzie czas kiedy indziej.

Dziś powrócę do Augusta, by wypełnić rocznicową obietnicę... Po co - nie wiem, ale cóż to szkodzi.

Jak myślę Strindberg, to od razu się cofam do jakichś tam wieczorów po odbębnieniu nieznośnej szkoły, w równie nieznośnym domu, we własnych okopach. Spadł na mnie Strindberg w młodzieńczych latach i od razu mnie zafascynował. Dołączył do moich bohaterów. I razem z owymi innymi bohaterami spychał mnie w pewną izolację, bo z kimże ja mogłem sobie wówczas pogadać o takich właśnie Strindbergach czy innych Hamsunach. Moi rówieśnicy raczej nie mieli styczności z moimi bohaterami. I taka sytuacja nadawała mej ówczesnej egzystencji rysów wyjątkowości. To mi w sumie odpowiadało.

Nie wiem do końca, czemu Strindberg, wtedy. Nie wiem, co sobie myślałem. Chłonąłem po prostu klimat, nastrój, emocje... Bergman opowiadał, że robił na nim wrażenie ładunek agresji. Dla mnie też to miało wagę. Ważne było to obstawanie przy swoim, ta wściekła momentami, jazgotliwa i czasem pełna małostkowości obrona swojej pozycji. I to cierpiętnictwo, w które sam się ubrał. Także kpina. Także bluźnierstwo...

Jakoś chyba kojarzyłem strindbergowskie sytuacje z sytuacją mego wypaczonego domu, rodziców, matki podłej i niszczycielskiej, ojca, który jakimś nadludzkim wysiłkiem powstrzymywał się od rękoczynów... (Chociaż kiedyś mi się przyznał, że raz uderzył matkę, kiedy jeszcze byłem bardzo mały - jak twierdził, strzałem w dziób sprowadził ją na ziemię, gdy wpadła w jakiś niesamowity szał... Podobną przygodę przeszła w dzieciństwie - dziadek otwarcie wyznał, że kiedyś moją mamę dotkliwie wychłostał, raz, i podobno już nigdy potem nie tłukła w dziecinnym uporze głową o podłogę... To były jedyne akty fizycznej przemocy względem matki, o jakich wiem... Wiem więcej o aktach przemocy ze strony matki - zachowywała się często dość prowokująco, jakby oczekiwała tego, że ojciec ją uderzy - nie chcę już nawet tego gnoju opisywać, dość powiedzieć, że ten wiecznie nienażarty człowiek zmienił dom w zimne piekło... I pomyśleć, że jeszcze trzymałem jej stronę, ja, również jej ofiara... Najwyraźniej zawsze tak jest, że na pochyłe drzewo kozy skaczą...) Strindberg też raczej bokserem nie był - w napadzie wściekłości tylko raz sprał Siri. I też się do tego przyznał, publicznie...

Prywatność wywalona na wierzch. Wtedy chyba jeszcze nie miałem świadomości, że Strindberg był tym pierwszym, który postanowił wyprać swoje osobiste brudy publicznie... Dziś upubliczniana prywatność jest codziennością, znani i nieznani paplają w gazetach, piszą blogi... Ale w tamtych czasach to było coś. Coś wielkiego, szokującego i jednocześnie przykrego... Biedna Siri. Została przecież obrzucona błotem... A potem w obronę wzięła ją córka. Wyszło jeszcze gorzej, bo w swych obrończych działaniach posunęła się do fałszerstw... Ale o Auguście i Siri będzie kiedy indziej.

Wściekłe strindbergowskie sytuacje, strindbergowskie pary, międzypłciowe zmagania, walenie pięścią w stół, wampirzyce, zachlane zdziry i emancypantki... Grzmiał - wyzwolenie kobiet? W porządku, ale w takim razie najpierw my się wyzwolimy...

Strzeżcie się! - wołał do facetów. I pomyślcie, zanim wprowadzicie w swoje życie kobietę, bo rychło możecie się we własnym domu stać ich płacącymi, lekceważonymi lokatorami. Strzeżcie się - jeśli tylko będzie chciała, pokona was przy użyciu wszelkiej możliwej podłości...

Przeganiał precz, słusznie, całą tę nieznośną romantykę, jaką przymilnie i zalotnie otaczało się, i jeszcze się otacza, kobietę. Dość pieprzonych delikatnych, wrażliwych królewien i ich rycerzyków. Budziło to wszystko oburzenie. Ale też i zrozumienie, bo wielu mężczyzn znalazło głos opisujący ich koszmarne małżeńskie sytuacje. I były też kobiety przyklaskujące Strindbergowi, te, które nie uważały, że bycie kobietą ma być jakąś słodką synekurą.

Obok tego był Strindberg zabawny, czasem pogodny. I też bardzo współczujący, ukazujący ludzką niedolę, wzdychający wraz z Córką Indry: Szkoda ludzi... Był wrażliwcem o wielu talentach. Umiał do szaleństwa kochać i do szaleństwa nienawidzić. Był i ofiarą, i winowajcą. Rzeczywistość rozbijała jego marzenia...

Jawi się jako jakaś męska wścieklizna... Ale podobno - porzynajmniej tak wspominała kiedyś pewna sztokholmska lodziarka (taka pani, co sprzedaje lody, żeby nie było wątpliwości), która za młodu służyła w domu pisarza - był szalenie miły, ułożony, grzeczny, pełen niepokoju, gdy miała się odbyć premiera jego sztuki... Do końca życia miała u siebie ozdobną lampę, którą jej August kiedyś podarował...

Czy był zły? Raczej trudny i skomplikowany... Jaka ja byłam głupia, miała powiedzieć już po rozstaniu jego trzecia żona, Harriet Bosse... On chciał ją ogarnąć opiekuńczymi skrzydłami, chciał chronić przed najgorszymi ciosami... Potem bardzo długo była mu wierna, artystycznie wierna, bo do późnego wieku grała w jego sztukach... (Tak, dwie ostanie żony podzielały zdanie lodziarki... Ciekawe - kiedy życie dało im w dupę, raptem zatęskniły za wrogiem kobiet... Frida Uhl zastanawiała się, jak to się stało, że ich małżeństwo przepadło... "Przecież to był mój najszczęśliwszy czas!" [Ich córka, Kerstin, krótko po śmierci ojca pojechała do Szwecji by uczyć się szwedzkiego i czytać jego książki w oryginale. Miała niezbyt szczęśliwe życie, zakończone pobytem w domu dla obłąkanych. Ostatecznie osiadła w ojczyźne Augusta. Z matką nie utrzymywała prawie żadnych kontaktów. Nigdy jej nie wybaczyła "okrucieństwa wobec ojca."...] A Harriet przyznała po latach, że August był naprawdę dobrym człowiekiem, opiekuńczym i serdecznym. Tylko na papierze bywał zły i straszny. Demon owładał nim, gdy trzymał w palcach pióro. On ubóstwiał kobietę, ale chciał ją zatrzymywać w domu - spadała z piedestału, gdy chciała wkraczać na męskie terytoria... Kiedy los ją wytarmosił, tęskniła do jego opiekuńczych skrzydeł... Jak już wspomniałem, polem dla ich dozgonnego intymnego związku stała się sztuka...)

W swej ostaniej sztuce, w "Wiekim gościńcu", w owej drodze, która w Sztokholmie wiedzie na cmentarz, gdzie został sto lat temu pochowany, skarży się w osobie Myśliwego na małżeńskie niepowodzenie... Chciał dobrze, a ona odebrała mu przyjaciół, skłóciła z rodziną, poróżniła z przełożonymi i zwolennikami, posądzając o złe traktowanie... Zawsze wyrzucany za burtę... Ale w swej ostaniej drodze już nie jest taki zły. W każdym razie zwraca uwagę, że w życiu było też i trochę szczęścia, jest ciepłe wspomnienie o małym dziecku nie dotkniętym jeszcze złem świata...

Szczęście istnieje - bez wątpienia,

lecz krótkie niczym błyskawica,

promień słoneczny, kwiat powoju -

jedyny kwiat i jeden dzień,

a potem koniec!

A W "Wielkanocy" przypominał, że jednak trzeba być zadowolonym, mimo że życie to potworność...

A na Wielkim gościcu, gdzie potworność dobiega końca... Tam dalej już tylko krematorium i w urnach popioły, wszystkie jednakie, jak jeden pyłek podobny drugiemu - niegdyś ludzkie przeznaczenia...

Strindberg był przeznaczony do siły... To też mi musiało imponować. Zanim stał się prochem, musiał wiele przeżywać, musiał mierzyć się z nie lada kłopotami. Sam w swojej walce, w swych urojeniach, ze swoimi maniami prześladowczymi, z cudownymi zupełnie kłopotami finansowymi, które potęgowały tylko absurdalność życia... Artysta... Ktoś by mógł powiedzieć, że to rola dla wrażliwego wymoczka. Nic bardziej błędnego... Jak mówi Hjalle Söderberg: "Spójrz na Strindberga. (...) Jaki zwykły człowiek - kto inny niż wielki twórca - byłby w stanie bez uszczerbku przejśc przez to co on? Nie tylko bez uszczerbku, ale jeszcze wzmocnionym. Całe zło, jakie przecierpiał, służyło mu - jako materiał, pożywienie, lekarstwo!"... Co widać przez okulary Myśliwego?

Co widać w szkle? Wygląda to jak szron,

kryształki wody, soli albo łza,

która zatarta i w źródle gorąca

szybko wystygła, żeby stać się solą;

rdzą się pokryła teraz łuku stal.

On płacze często, ale po kryjomu,

a strugi łez wymyły swoje bruzdy

z oczu ku ustom, ażeby zagasić

uśmiech, co właśnie rozpalał się w śmiech.

Biedny człowieku!

Połowa twej maski

już się wytarła - pokazujesz zęby,

by gryźć czy śmieć się - nie wiadomo!

Hjalle zdawał się powątpiewać czy płakał po kryjomu ten, co się tak darł, jazgotał, siekł... Ale chyba i to, i to jest potrzebne...

Strindberg potrafił robić z życia literaturę. Wszystko niemal bierze się z jego życia. Tworzył  z zapałem swoją legendę. To z pewnością trzymało go w pionie, pozwalało przetrwać kryzysy. Praca była lekarstwem. Podziwiałem go zawsze za energię. Emocje gnały jego ręką. Nie pognębiały go, nie odtrącały od życia i aktywności. Były silnym napędem. I ta niebywała zdolność do trzymania formy. Strindberg umiał największe nawet wariactwo zmieszać z kunsztem i pisarską dyscypliną. Bzik tworzył przełomowe w swoim czasie dzieła, kształtował język... I można tak jeszcze gadać... Nie ma sensu. Wystarczy powiedzieć, że szedł za jakimś drogowskazem. I może dlatego umarł w miejscu nieprzypadkowym. I już z niebagatelnymi pieniędzmi... Boże, jakie to było święto, kiedy starzejący się już Strindberg, ten alchemik szukający złota, ułożył kupę kasy na stole...

Nie, może niekoniecznie trzeba być wielkim twórcą, by przeżyć pełne okrucieństw życie... Może wystarczy mieć jakiś drogowskaz, mieć też pasję poszukiwacza, wolę życia mimo najczarniejszych myśli... Trzeba, kimkolwiek się jest, wykrzesać z siebie choć trochę agresji. Oby tylko ku jakiemuś pożytkowi...

U Strindberga motor grzał się nieustannie, aż po zraczały kres. Pióro było orężem. Walił po łbach wrogów, siekł ostrzem satyry i krytyki swoją ukochaną, "sraczkowatą" Szwecję wraz z jej instytucjami, a oprócz tego badał po swojemu świat, naturę, ludzkie mowy itd, itd... Udręczony i niestrudzony, gdzieś zawsze na jakimś życiowym poślizgu, ale jednak z życiem swym we własnych łapach. Jak wspomniałem - szedł za własnym drogowskazem. I umarł u siebie... W przeciwieństwie do pewnej damy, która drogowskazów nie miała i skończyła w miejscu przypadkowym... Równie fascynująca była to osoba, choć krańcowo inna... Dagny Juel - owa dama, która wprawiła Strindberga w zdumiewającą wściekłość...

CIĄG DALSZY PONIŻEJ

17:52, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
August i Dagny (ciąg dalszy)

 Dagny. Legenda. Wystarczy imię i już wiadomo. U nas... Aleksandra Sawicka, autorka pracy o pani Przybyszewskiej, ciekawej, wprowadzającej więcej porządku do naszej wiedzy o żonie Smutnego Szatana, rozprawiającej się z paroma mitami i korygującej kilka błędnych informacji o jej życiu, trochę utyskuje na to, że najczęściej wymieniamy, mówiąc o niej, tylko jej imię, tak jakby była kimś niepoważnym, niezbyt godnym szacunku... Wydaje mi się, że mylnie ocenia intencje ludzi. Oscar Wilde, gdy był jeszcze nikomu nieznanym szczeniakiem, przedstawiał się wszystkimi swoimi nazwami: Oscar Fingall O' Flahertie Wills Wilde, i powtarzał, że dąży do sławy, dzięki której stanie się kimś, o kim powszechnie będzie się mówić Oscar albo po prostu Wilde... Tak więc... Można mówić Przybyszewska albo Juel, ale o ileż sympatyczniej brzmi to u nas egzotyczne, niecodzienne przecież imię, zresztą bardzo piękne... Dagny, i wszystko jasne!... Co innego, gdyby miała jakieś popularne u nas imię... Dagny wprawdzie, już jako mężątka, z wielkim upodobaniem podpisywała się tym trudnym, szeleszczącym nazwiskiem, bo to tak dla niej oryginalnie brzmiało... Ale rozgłos, jaki zyskała, uczynił zeń po prostu Dagny.

Tak więc Dagny. Jutrzenka. Czerwcowa pani. Bo czerwiec przyprowadził ją na świat, i w czerwcu, dokładnie w dniu swych urodzin, została zwrócona ziemi. Przedwcześnie. Daleko od świerkowego Hedmarku. Pani pianistka, trochę też pisarka i tłumaczka... Ale jakby z popsutym kompasem. Już jej pierwszy chłopiec, Hjalmar Christensen o tym wspominał i uważał, że Dagny jest nie dla niego, bo brak mu siły, by wziąć w garść kogoś tak nieokreślonego, by pomóc jej obrać w życiu jakiś cel. Wróżył, że jak nie znajdzie się ktoś dość silny, ona poleci gdziekolwiek, w jakąś przepaść.

Razu pewnego ta lecąca sobie z wiatrem życia kobieta znalazła się w Berlinie. Plotkowano, że przybyła tam za Munchem, co było bzdurą, tak jak bzdurą wydaje się być pogłoska o jej płomiennym romansie z norweskim malarzem - byli oni, wszystko na to wskazuje, parą dobrych kumpli, serdecznych przyjaciół... (Munch był bardo względam Dagny rycerski i zaskakująco wyrozumiały, biorąc pod uwagę jego dość konserwatywne podejście do spraw damsko - męskich... Kiedy do Norwegii dotarała wieść o jej śmierci, wieść dość solidnie oplotkowana, do Åsgårdstrand zgłosił się żądny sensacji dziennikarz, by przepytać Muncha w tej sprawie. Ślinił się myśląć o różnych pikantnych szczegółach z życia tej nieszczęsnej tanecznicy, tymczasem Munch całkiem go zawiódł. Jakiekolwiek jej niewierności nic go nie obchodziły. Różne rzeczy się zdarzają i nie ma o czym mówić. Chętnie za to przypomniał, że była ona pisarką i pianistką, a nie tylko kochanką różnych panów...) Oczywiście nie mogło braknąć "Prosiaka" - alkoholowego centrum skandynawskiego światka artystycznego. Z figurą numer jeden - Augustem Strindbergiem. Rozwiedzionym, wściekłym, ale już szykującym się do kolejnej małżeńskiej przygody. Z Fridą Uhl... Jak tylko Frida wyjechała do Monachium, Strindberg zapałał namiętnością do norweskiej pianistki... Wszystko to otacza gęsta mgła tajemnicy, której już nigdy nie rozwikłamy, bo historia cała ukryła się w milczących grobach... Po krótkotrwałym romansie pozostał jedynie jazgot Augusta i milczenie Dagny, której może - kto wie - taki hałas pasował... Naraz stała się zachlaną zdzirą, świnią, padliną i kim tam jeszcze. Istne paskudztwo menstruacyjne niszczące na dodatek piękne męskie przyjaźnie... (Strindberg i męskie przyjaźnie, i jego rozprawy o ptaszkach - nie brak wśród jego znawców i różnych homotropicieli - tak, tak, dorobił się Strindberg także etykietki ukrytego homoseksualisty, co mnie osobiście jakoś nie bardzo się widzi...) Okrutnie ją znienawidził. Plotkował jak stary babsztyl... Zresztą w ogóle panowie z jego kręgów szalenie interesowali się sprawami innych i paplali bezustannie w plotkarskich listach... Wszystkie niekorzystne pogłoski potęgowały jego nienawiść i obrzydzenie. (Do końca jej życia był już takim kochankiem ze znakiem minus. Siedziała gdzieś w jego pamiętającym - pamiętliwym sercu... ) A już oliwy do ognia dolała śmierć Marty Foerder, która, załamana problemami finansowymi i świadomością, że Przybyszewski nigdy do niej nie wróci, popełniła samobójstwo. Wokół tej sprawy narosły pewne niejasności, w związku z czym Stanisław Przybyszewski został zatrzymany przez policję... Strindberg oczywiście wszystko już wiedział, niczym jakiś Macierewicz, i podzielił się swoimi przekonaniami z Munchem - Tak, Polska otruł Martę i dzieci gazem z inicjatywy Dagny! Masz pan tę swoją Dagny, której rycerzem wciąż chcesz być!

No cóż... Nie spisał się? Nie chciała go? (Miała powiedzieć, że był gruby i stary. A on opowiadał, że naturalnie ją przeleciał, a potem wywalił na zbity pysk!) Pamiętał zdzirę. Gdy przyszła owa oplotkowana wiadomość o jej śmierci, z prawdziwą satysfakcją odnotował ten fakt. Jakby chciał powiedzić - A masz! Tak kończą takie latawice...

Coś było i w Strindbergu, o czym Dagny pamiętała. Władysław Terlecki w "Śmierci w Tyflisie" każe jej westchnąć z jakimś marzycielskim wyrazem, że nikt nie pisze tak jak August... To wprawdzie tylko literacka fantazja, ale coś jednak było na rzeczy... Widać w jej utworach, że był Strindberg dlań inspiracją...

Musiało być w Dagny coś fascynującego, skoro wielu traciło dla niej głowę. Kochali się w niej mężczyźni różnych orientacji, była też interesująca dla różnych pań. Jej oczy, jej gesty, jej uroda... Bardziej pamiętana jest na tle mężczyzn. Nie można jej od nich odseparować. Ale nie była tylko kochanką. Coś też robiła. Jak się wyzłośliwiał w korespondencji ze Strindbergiem homoseksualny Lidforss, kumpel kochający się w niej, ale bez szans na coś wielkiego: Zamiast łapać za kutasy, złapała za pióro... Rzeczywiście łapała za pióro. Chociaż miała opory przed nazywaniem siebie literatką. (W ogóle miała kłopot z samookreśleniem i dopiero, gdy coś, co trochę traktowała jak grafomanię, doczekało się publikacji, pozwoliło jej, nie bez wahania, wpisać w jakiś wypełniany dokument inforamcję, że jest pisarką...) Powiedzieć, że była jakąś grafomanką, byłoby krzywdzące. Nie brakowało jej talentu, chociaż to, co pozostawiła nie ma wielkiego znaczenia. Jej oryginalne utwory, a także garsteczka prac translatorskich, pokryły się kurzem zapomnienia... Było też coś ulotnego - muzyka. Była pianistką, raczej chyba przeciętną. Ale o tym nie sposób się już przekonać... Starała się też robić coś dla innych artystów. Tuż przed śmiercią zabiegała o zorganizowanie w Warszawie wystawy prac Muncha... Sama tego nie doczekała, ale po jakimś czasie jej pomysł został zrealizowany. Munch był wzruszony i całą rzecz potraktował jako taki ostatni, pożegnalny gest tragicznie zmarłej serdecznej koleżanki.

Jej żywot jest ciekawy. Poleciała w życie z małego Kongsvinger, do tych facetów, artystów. I tak dała się ponieść. Właściwie była to taka rozległa w geograficznym i towarzyskim sensie przygoda, podczas której ciągle pozostawała w cudzych rękach... Czasem nazywają ją feministką. Jakieś nieporozumienie. Na to samo zwraca uwagę Sawicka - fakt, że ktoś dość swobodnie podchodzi do miłosnych spraw i sobie wybiera kochanków, jeszcze z pani feministki nie robi... Ona była całkiem zależna od mężczyzn. Nie umiała kierować swoim życiem, wziąć zań odpowiedzialności. A jeszcze pech chciał, wpadła w ręce innej, zupełnie nieodpowiedzialnej i słabej osoby. Nic dobrego w tej sprawie o Przybyszu nie można powiedzieć... Tak mi się wydaje, że gdzieś tam w środku była w niej dziecinna wiara w cud... Nie chciała się wybijać na samoddzielność. W Krakowie żyła w kiepskiej sytuacji materialnej. Życzliwe panie chciały jej pomóc, proponowały zajęcie, ale nie miała nawet zamiaru o tym myśleć... Ma do dziś idealizujących ją wielbicieli. Ale nie była ona tylko jasną panią oczarowującą otoczenie. Miała też swoje wady, zgubiła rozsądek, zatraciła zdrowe instynkty, dała się ponieść lekkomyślności, i nie sposób wszystkiego złego zwalać na innych... Nikt nie potrafił jej chwycić i ustawić na dobrej drodze... Czasem tego człowiek potrzebuje. Sam kiedyś zostałem tak złapany za twarz, wiem, ile znaczy pomocna ręka, nie dająca bezustannie prezentów, tylko popychająca naprzód, do dalszego samodzielnego życia...

Jak człowiek trzyma w garści swoje życie, ma większą szansę na to, że się na wieczny odpoczynek wygodnie ułoży. Bo jak go nie trzyma, to w łeb dostanie byle gdzie, od pierwszego lepszego... Ona wierzyła w ten jakiś los. A jak się wszystko zostawia losowi... No to zagnał ją daleko...

Do Norwegii, do Kongsvinger wróciła tak symbolicznie. Pod koniec ubiegłego wieku przeniesiono jej szczątki na nowe miejsce na cmentarzu w Tbilisi. W czasie ekshumacji (niestarannej - co jest takie przykre) wydobyto z jej grobu krzyż, z którym została pochowana. Nie zwrócono jej tego wyposażenia na wieczność. Przedmiot ten trafił po jakimś czasie do jej rodzinnego domu, gdzie dziś mieści się Muzeum Kobiet. Muzeum poświęcone ich emancypacyjnemu ruchowi. Trochę to osobliwe. Że to jest właśnie w jej domu. Tak jakby patronowała temu przedsięwzięciu. Ona, która bardziej odważna była na papierze, która za cholerę nie mogła sobie wyobrazić życia bez mężczyzny, wiszenia na mężczyźnie i jego kieszeni, która swój los oddała całkowicie w jego ręce, pechowo. I jaki koniec? Ona, dorosła już dziewczyna, pani matka, i egzaltowany młokos, strzałem rozwiązujący problem cuchnącego kwaśnym potem małżonka zajętego kolejnym romansem...

Ciekawe, jak by to było, gdyby miast nienawiści między nią a wrogiem kobiet zalęgła się miłość... Czy August zdołałby zatrzymać ją na trasie tej jej wycieczki w przepaść? Wyrosłoby jakieś literackie stadło? Coś by się w nim  samym poodmieniało? Gdyby sama się postarała, gdyby był szacunek... Nie bronił przecież swoim paniom pracy - przeciwnie. Dla swych żon - aktorek specjalnie pisał sztuki. Swoją Siri zachęcał do literackich ćwiczeń, tyle że tamta była zbyt leniwa... Może pan i pani staliby się jednak kolegami...?

17:52, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
wtorek, 03 lipca 2012
Uprzejmość XV

Timo spakował swój skromny dobytek. Złożył też okropny pomarańczowy namiot. I już miał ruszać w stronę domu, gdy coś go zatrzymało... - O kurwa mać! - wyrwało mu się z gardła. Pomyślał, że już po nim, oto bowiem w jego kierunku pędziły jak oszalałe dwa wypasione wyżły. Nie było szans na to, by się gdzieś przed nimi schować. Ucieczka także nie wchodziła w rachubę. Poczuł na nagle zlanej potem głowie chłodny podmuch powietrza. Jak nic przeszła obok niego śmierć. - Przez zagryzienie, o Jezu! - Okazało się jednak, że psy nie miały zamiaru nikogo zagryzać; Timo spotkał się z najbardziej przyjacielskimi stworzeniami na świecie, które puściły się w prawdziwą taneczną orgię. Wyły rozanielone, szczekały, podskakiwały, kręciły się w kółko, lizały go po ręce, a jeden nawet usiłował dać mu psiego całuska, na co jednak Timo nie pozwolił, obawiał się bowiem, że psia figlarność może pójść za daleko, bo cóż to dla zwierzęcia tak dla żartu przywałaszczyć sobie kawałek nosa albo ucho...

Psy zniknęły równie niespodziewanie, jak się pojawiły. Nie mógł się zorientować, w którą stronę pobiegły. Jakby się nagle zapadły pod ziemię. Poczuł się nieswojo, gdy tak nagle zapanował wokół niego spokój. "Omamy mam?"

Na kolejną niespodziankę natknął się tuż pod domem. "Znowu jacyś ludzie" - pomyślał z gniewem. Nie podobali mu się goście. To burzyło cały prządek, przez to miejsce znów stawało się obce.

Paul rozmawiał z jakąś parą. "Znowu właściciele wypielęgnowanego autka". Oboje byli młodzi. On, przystojny brunet, miał na sobie programowo obszarpane ubranie, za które zapewne słono zapłacił. Ona zaś była zupełnie nieobszarpana. Długowłosa blondyna, bajecznie kształtna, doskonała. Oboje byli śliczni. Szczerzyli w uśmiechach białe zęby. Odżywione towarzystwo. Brak było tylko połysku kredowego papieru. Przyjdź, pożycz na dogodny procent i bądź szczęśliwy! "Gdyby dotknąć jego pośladków - pomyślał sobie Timo - człowiek miałby z pewnością wrażenie, że obmacuje artystyczny wyrób, podgrzaną rzeźbę. Taka dupa znamionuje ponoć dobrych kochanków. A ona? Żeński cud natury. Drożność, a w przyszłości mleczność." Aż się Timo zadziwił, kiedy w jego myśli wplątało się marzenie o dotykaniu jej jędrnych piersi. Coś w nim dziko zaskowyczało. Ale zaraz potem zjawił się ochładzający rozpaloną myśl gniew. "Czy oni nie widzieli, jak obskakiwały mnie te psy? A gdyby chciały mnie pożreć, też by nie zwrócili uwagi? Przecież one tak hałasowały! Może stałem się niewidzialny?" Nie, nie, w porządku. Był całkiewm widzialny. Blond piękność pomachała do niego uginając przy tym lekko nogi w kolanach. Timo też jej pomachał. "O, królowo! A ja mam brudne skarpety." Gdyby podszedł do niej i zdjął buty, mogłaby się zgiąć w kolanach w całkiem niewłaściwym kierunku, co przemieniłoby ją w kalekę. W ten sposób zapamiętałaby go na całe życie.

Wszedł do domu ciągle powracając myślami do jej piersi... Coś podobnego już go kiedyś zaatakowało, tyle że w bardziej flakowatym wydaniu. Teraz sam chciałby ruszyć do natarcia...

Znów znalazł się w pokoju ojca, w którym przez dłuższy czas, wszystko na to wskazywało, przebywał był martwy, dopóki nie zdecydował się na pochowanie swego ciała w morzu. Jeśli oczywiście był w tym pochowaniu cień decyzji, a nie tylko litościwy - kto wie?, może właśnie litościwy - wypadek. "Załóżmy, że jest Opatrzność. Jeśli jest, czasem zdarza Jej się postępować szlachetnie. Sigge. I Timo Pierwszy. A co ma Opatrzność dla Tima Drugiego?

- Stary, do cholery! - powiedział sięgając znów po zeszyt pełen stokrotek. - Znów zabrałeś mnie na spacer, do roślinek? Tym razem tak symbolicznie...

"Kto zastrzelił psa? To ten od dziury w ścianie? Może można rozumieć tego psa szerzej? Pies - miłość, wierność, oddanie, może i bezbronność... I delikatność zamieszkująca w ukryciu sumienie, warunek niezbędny... A August masakruje na scenie aktora. O co tu chodzi? Zresztą czy to tak od razu musi być koniec? Ahasver rozbija psu czaszkę. Chyba wpada w rozpacz po tym beznadziejnie głupim i okrutnym czynie. A może nie? Po jaką cholerę chodziłem kiedyś do szkół? Myślałem o twoich korzeniach, jak cymbał..."

Uciekł od plątaniny myśli. Zszedł na dół. Do jego uszu dobiegł szum odjeżdżającego samochodu. Chrzęst żwiru na podjeździe. Wyjrzał przez okno od frontu. Tamci gdzieś pojechali, a ona została. Usiadła na schodach przed głównym wejściem i zapaliła cienkiego papierosa. Nawet słońce postanowiło jej się przyjrzeć i rozsunęło chmury. Wielka słoneczna plama ogarnęła drewniane schody. To bezimienne dla niego cudo uniosło twarz do słońca... - Ylajali! - sapnął Timo i zaraz potem parsknął cicho śmiechem rozpryskując na szybie kropelki śliny.

"Czy czuje na sobie mój wzrok?" Cały czas siedziała odwrócona doń plecami. Zajęta paleniem. I opalaniem się. Timo wepchnął rękę w głęboką kieszeń spodni. "Jak to powiedział Sandemose? Że mężczyźni czasem myślą o seksie, bywa, że dość intensywnie. A kobiety - nawet jeśli nie myślą, i tak całe są seksem... A dalej... Nie, tego już chyba Sandemose nie powiedział... Dobieranie się do nich często nazywa się nieprzystojnym molestowaniem. Gdy one się dobierają do nas, jest to zaszczyt, w związku z czym, by nie gniewać natury, wypada być dżentelmenem... Wtedy seks wzywa chłopca na posyłki.

Timo przypomniał sobie Neda, kolegę z pracy. Pewnego dnia ktoś w firmie, na drzwiach magazynu, powiesił wielki kalendarz z gołą babą. Ned strasznie się wściekł. - Kto powiesił tu tę kurwę? - ryczał zrywając to wątpliwej jakości dzieło... Dlaczego one takie są? Czemu na to pozwalają? - zastanawiał się zawsze zrozpaczony Ned. On bardzo szanował kobiety i bardzo się martwił, że coraz bardziej stają się przedmiotami. Jak na złość... Właśnie w naszych czasach... Kobieca seksualność jest już w takim rozkroku, że można swobodnie obejrzeć sobie migdałki - zwykł mawiać. I czemu tak jest, Timo? - zwykł pytać. Timo nie wiedział, co odpowiedzieć. Nie zastanawiał się nad tym. Przychodziły mu na myśl pieniądze.  I pewnie przez nie i przyszłe elity wywodzić się będą w dużej mierze z cichodajek płci obojga, co nie jest najlepszą wróżbą.

Ned przejmował się też bardzo handlem ludźmi. Był tym przerażony. Kiedyś przeczytał w gazecie, że dobrano się do jakiejś grupy trudniącej się tym procederem. Był prawdziwie zdruzgotany, kiedy się okazało, że jej mózgiem okazała się kobieta. - Ta okropna naiwność, ten ciągły sen o łatwiźnie wpędzjący głuptaski w tak potworne kłopoty... Im dalej od domu, tym bardziej niemili stawali się mili wcześniej panowie, a praca okazywała się być istotnie dla mało wykwalifikowanych...

Panowie ciągle nie wracali. A piękna kąpała się w słońcu. Timo przełykał gwałtownie usiłującą go zatopić ślinę. Nie, zdecydowanie nie chciałby patrzeć jej w migdałki w tak nietypowy sposób, o jakim wspominał Ned. Była cudowna w swoim letnim okryciu, całkiem nie w pozycji damy z magazynu, z drzwi magazynu... Myślał o tym, by usiąść obok niej na schodach. Chciałby porozkoszować się ciepłem słońca, oraz ciepłem jej ciała... "Tak ładnie się uśmiechnęła machając do mnie. Odtajałbym i przypomniał sobie tyle ciekawych rzeczy" - pomyślał. Naraz na obserwowaną rzeczywistość nasunęło się wspomnienie - blask słońca zmieszał się z balskiem ogniska, w kręgu którego jego ojciec okłada Ljana deską.

"Gdzie ja posiałem tę "Opowieść banalną" Paula? Może została tam... Kiedy te psy." Bardziej szedł do niej niż po książkę... Jak na złość panowie wrócili... Gdy otworzył drzwi odwróciła się i znów pozdrowiła Tima z uśmiechem: - Hej, hej... A wtedy znów rozległ się wrakot silnika i chrzęst żwiru na podjeździe...

Timo poszedł szukać książki. Rzeczywiście leżała tam, gdzie dopadła go nieokiełznana radość na ośmiu nogach. Wietrzyk bawił się kartkami. Rzucił okiem na jedną ze stron. U dołu przeczytał zdanie: "Unnur gładziła mnie po głowie, a ja płakałem jak dziecko". Zamknął książkę i ruszył z powrotem do domu... Czyżby to miejsce było nawiedzone? Coś uderzyło go w plecy. Jakby ktoś trzepnął go otwartą dłonią. Zadygotał ze strachu usiłując odpędzić od siebie coś niewidzialnego, czego obecność czuł jednak wyraźnie. 

Blondyna i jej programowo obszarpany partner już odjechali. Paul czekał na Tima w drzwiach.

- Dopadły cię?

- Kto?

- Wyżły. Całkiem przyjacielskie stworzenia. I bardzo psotliwe. Właściwie powinny już nie żyć. Po raz pierwszy zaobserwowałem je przeszło dwadzieścia lat temu. Już wtedy były dorosłymi psami. Nie wiadomo skąd przybiagają. Są, a za chwilę ich nie ma.

- Chyba nie mówisz poważnie? Dwadzieścia lat temu?

CDN

15:35, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »