BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
czwartek, 30 lipca 2015
Opowieść o Norwegii

Han sprengte en bombe

for å dra til en øy.

Der skjøt han ned unge

som om det var gøy.

(...)                       Lars Lillo - Stenberg *

 

 Nad całą wyspą rozbrzmiewały przeróżne dźwięki. Początek jakiejś symfonii, piosenka Biebera, melodia z "Rodziny Soprano" albo po prostu standardowe dzwonki. Wiele telefonów było wyciszonych, bo ich właściciele próbowali się ukrywać i nie chcieli, żeby dźwięk ich zdradził. Te aparaty tylko świeciły w ciemności. Niektóre pod kocem, w jakiejś kieszeni, w zesztywniałej dłoni.

Tych telefonów miał nikt nigdy nie odebrać.

Jedynie wyznaczeni do czuwania przy zmarłych słyszeli melodyjki i widzieli rozjaśniające się raz po raz ekrany.

Mama

Mama

Mama

Mama

Tak było, dopóki baterie nie zaczęły padać.

Krajobraz w słowach Åsne Seierstad. Krajobraz, jaki pozostawił po sobie Anders Behring Breivik... Tak, przy okazji tego człowieka lepiej posługiwać się wszystkimi jego nazwami. Spaskudzone zostało nazwisko, które do 22 lipca 2011 kojarzyło mi się jedynie z pewnym ciekawym artystą... Niestety - pojawił się potwór o dość ładnej, choć całkiem pustej twarzyczce.

Seierstad wcześniej nigdy nie pisała o swoim kraju. Interesowała się Wschodem, burzliwym, upadłym: Afganistan, Irak, Libia... Musiał się dopiero zdarzyć horror... I spod jej ręki wyszła książka o Norwegii i jej przemianach na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat, o ludziach, o pewnej nieszczęsnej istocie, o młodzikach, w których budziły się życiowe ambicje, o ich rodzicach...

Skandynawia zasłynęła ze swych kryminałów. Straszliwości, przerysowania - na dłuższą metę nie sposób się nie uśmiechnąć. Tę książkę też czyta się jak kryminał, tyle że niestety to wszystko wypłynęło z życia, z rzeczywistości, w całym swoim absurdzie, przerysowaniu... Gdyby to mogła być jedynie literatura...

Zamachowiec. Jakież zaskoczenie wywołał, bo kto by się spodziewał, że to może być miejscowy, z germańskiej rasy... Były grafficiarz smarujący po mieście swoje tagi, o dziwo nie stroniący kiedyś od kebabowej norweszczyzny, trochę taki szemrany przedsiębiorca, komputerkowy gracz, jakoś tak stale odrzucany przez życie, od samego początku. W oczach jakaś pustka. Dla wielu miała się okazać czarną dziurą, która wessała cudze życia, nadzieje, miłości...

Psychiatrzy i psychologowie dużo naopowiadali na jego temat. Nie całkiem to zgodne wypowiedzi. Z nimi mam zawsze pewien kłopot, z tymi specjalistami od ludzkich głów. Niby stoją na jakichś solidnych podstawach - ale ich wystąpienia to utworzone w żargonie poematy na temat zła. Na temat jednego człowieka można, jak się okazuje, stworzyć ich bezlik. Na temat jego zła. Bo zwykle zło się bierze na tapetę...

Zło - po prostu zło. Nie ma na to rady. Wyrasta wszędzie i w każdych warunkach. Rodzi się człowiek i jedna jest rzecz, której możemy być pewni - że wyniknie z tego jakieś nieszczęście, że będzie jakieś zło. Ktoś być może stanie się ofiarą, ktoś sprowadzi katastrofę. Wszystko jedno - w każdym razie cała sprawa musi się zakończyć jakimś smutkiem i bólem.

Życiorys ABB nie jest, nie może być żadnym usprawiedliwieniem - nie powinno się tworzyć żadnej taryfy ulgowej. Pocieszać się tylko można, że nie zawsze osobiste nieszczęście musi prowadzić do złego, do nienawiści, do przemocy - bo gdyby tak musiało być, to sam już od dawna musiałbym odsiadywać karę za jakąś potworność.

ABB przekroczył wszelkie granice. W swych poglądach nie był, nie jest odosobniony, tyle że nie ograniczył się do nienawistnego gadania. Wykazał się wielką pracowitością w swoim złym usposobieniu. Potwór natyrał się w swej samotności.

Ludzie miewają mordercze myśli, trzymają się jednak w ryzach. Grzeszą we własnym duchowym zakamarku. Szczęśliwie przebywamy w sferze, gdzie nie ma przyzwolenia na przemoc. Ale dobrze wiemy, bo uczy nas tego historia, co się dzieje ze zwykłymi szarymi ludźmi, kiedy prawo, kiedy państwo pozwala na brutalność, kiedy państwo realizuje swoją politykę poprzez zbrodnię... Co się może stać, jeśli ziszczą się sny takich rozmaitych ABB... Czy nasz świat zdoła się tego ustrzec?

Tradycji, patriarchatu, czystości rasowej obrońca się znalazł. Masz ci los! Uzbrojony w poprzezywane mitologicznymi nazwami spluwy (Thor i Odyn w jednym), po zdetonowaniu bomby w Oslo, ruszył na bezbronne dzieciaki, ruszył by ugodzić w czuły punkt. Poszedł zapolować na "marksistów". Początkowo chciał zlikwidować Gro Harlem Brundtland, która pojawiła się wcześniej na wysepce, bo to w niej upatrywał źródła nieszczęścia - bo za jej czasów Norwegia przeszła wiele istotnych przeobrażeń, stała się taka - jak się wyrażali złośliwcy - "waginalna", nadto przyjacielska, z lawiną imigrantów - albo lepiej - uchodźców... Na szczęście dla byłej pani premier terroryście nie wszystko układało się po jego myśli. Morderczą wizytę trzeba było nieco opóźnić. Innym szczęścia brakło... Raptem jakby wojna wybuchła.

Zwykłe norweskie małe szczęścia. Zwykłe imigranckie problemy. Nadzieje, widoki na przyszłość. I nagle śmiertelna pułapka...

Jest w tej książce utrwalony jakiś taki potworny, szatański chichot życia.

Maturzysta z dalekiego Troms, Simon - jeden z bohaterów opowieści - dostał ksywkę J. F. Kennedy. W swej świątecznej mowie stwierdził, że jest jednak optymistą i nie spodziewa się zamachu na swoje życie. W wakacje trochę sobie dorabiał wykonując różne prace na gminnym cmentarzu. Tuż przed wyjazdem na wyspę  Utøya skosił trawę w miejscu, w którym niedługo potem pochowano jego ciało.

Inna bohaterka, Kurdyjka Bano, razem z najbliższymi znalazła przystań w spokojnej i dostatniej Norwegii, dokąd uciekła przed zbrodniczym reżimem Saddama Husajna. Wszyscy chcieli żyć z dala od bandytów, świszczących kul, detonacji, z dala od poczucia wiecznego zagrożenia. Bano była wspaniała, ambitna, energiczna. Była - jak pisze Seierstad - związana z Kurdystanem i z Norwegią. Jej największym pragnieniem było stać się "jedną z nas". Nynorsk, strój ludowy, lokalna historia Nesodden. Nie było żadnej drogi na skróty. Co za okrutny los... Tam właśnie, w spokojnej Norwegii dosięgła ją świszcząca kula. Na wyspie w kształcie serca.

Życie zatacza koła. Osobliwe. Pobrzmiewają echa spraw, o których chciałoby się zapomnieć.

W składzie sędziowskim oceniającym zbrodnię ABB znalazła się Wenche Arntzen, wnuczka Svena Arntzena, który oskarżał w 1945 roku Vidkuna Quislinga. Znalazł się też Arne Lyng, którego dziadek brał udział w wielu procesach kolaborantów z faszystowskiej partii Nasjonal Samling.

 Usiedli, by sądzić upiora. Obrońcę religii i norweskiej kultury. Poproszono go, by zdefiniował kulturę norweską. Powiedział, że sercem kultury norweskiej są etniczni Norwegowie. Trochę mu nie szło z tą definicją. Wybełkotał w końcu: Wszystko, co jest w Norwegii, począwszy od klamek do drzwi po marki piwa i sposób bycia. Wszystko jest kulturą. Formułki grzecznościowe, sposoby zwracania się do siebie. Absolutnie wszystko jest kulturą. Tak rzekł Breivik. Klamki i marki piwa. Chrześcijaństwo i kultura norweska...

O, jak ucichną smętno - patetyczne piosnki, jak się usunie nastroszone godła i bohaterskie czyny wojów, i całe to plemienne pierdolamento, to tak naprawdę pozostają śmieszności... Bano pisała najlepsze wypracowania w nynorsk i zawstydzała rówieśników wiedzą o miejscu, w którym chciała żyć, żyć w norweskości.

Napisała też Åsne o straszliwej kompromitacji porządkowych służb w Norwegii.

Norwegia też niestety nie zawsze potrafi być taktowna względem swych obywateli... W tych, co zostali tą sprawą okaleczeni, jest sporo uzasadnionego żalu, żalu do władz państwowych czy do partyjnej organizacji... Życie idzie dalej. Toczą się kariery. Zapadają cisze... Pozostał ciągle na coś się uskarżający uwięziony potwór, zamierzający korespondencyjnie studiować na UiO. Pozostały groby. I ludzie, którzy ponieśli straszliwe straty. Niektórzy do dziś nie potrafią się podnieść. Niektórym może to nigdy się nie uda...

 

...barbariet kom

med brutale våpen

til den hjerteforma øya,

til forventninga, til håpet...

                              Helge Torvund *

Åsne Seierstad, Jeden z nas. Opowieść o Norwegii, W.A.B., Warszawa 2015.

*źródło poetyckich cytatów: Dagbladet

14:04, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (3) »
wtorek, 14 lipca 2015
Kibel kosmiczny i donos na chłopca niezdarnego

Zatem zaglądamy na Plutona. W dalekich stronach. Warto z pewnością popatrzeć.

Teraz Pluton. Nie wyśmiewamy upośledzonych, wiadomo, ale Pluton to naprawdę takie poronione gówienko. Jowisz nie zdołał stać się gwiazdą; Pluton nie zdołał nawet stać się planetą. (...) Masa Plutona równa jest niespełna jednej piątej masy naszego księżyca, Plutonowy księżyc zaś  -Charon (kolejny kibel) - jest jeszcze o połowę mniejszy. Pluton nie ma pierścieni, więc Charon nie jest pasterzem; jest raczej przewoźnikiem, zabierającym umarłych do podziemnego świata Plutona. Orbita Charona odpowiada obrotom Plutona, więc ta okropna para, ta koszmarna parka planetek za pięć groszy, spleciona jest z sobą w nierozerwalnym uścisku. Zależnie od tego, na której półkuli Plutona byś się znalazł, Charon byłby albo nieruchomy, albo niewidzialny. Natomiast z każdego miejsca Plutona mógłbyś wpatrywać się w Słońce. Niekiedy Słońce zdawałoby się przybierać kształt krzyża, niczym wzniesiony miecz boski. Nie ogrzałoby cię jednak, ani też nie dałoby ci życia. - Tyle Martin Amis. W Powieści "Informacja"... Daleko nad nami i pod nami straszydła i piekielne samotności... Tym nasza bzdura otoczona... Nadmiary, nadmiary, przesady straszliwe...

Donos... Czasem warto wypożyczyć coś w bibliotece. W bibliotecznych książkach można znaleźć rozmaite ciekawostki albo dopiski... Wziąłem sobie na wakacje Białoszewskiego "Donosy rzeczywistości". Obok donosów autora znalazłem i donos czytelnika lub czytelniczki, dopisany ołówkiem... Mój donos z 24.01.2012. Przy teatrze Bagatela idzie chłopak i natchnionym głosem mówi do dziewczyny: To takie niezwykłe... Jestem taki niezdarny... gdy tańczę... Urocze. Widać niektóre książki mają poprzez swój charakter szansę na bardziej rozbudowane życie. Może ktoś jeszcze dopisze jakiś donos? Książka ciągle się pisząca...

13:09, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 13 lipca 2015
W oczach gwiazd

 No, tak jakoś, leci. Dziś pod chmurą i z wiatrem, rześkim, chłodnym... Przyjemne dni, w których nic szczególnego się nie dzieje... Żeby tak nic się nie działo, nigdy nic się nie działo - wtedy mógłbym żyć i tysiąc lat. A jak bym przeżył, to pewnie nie miałbym wcale dość...

Staram się w tym i owym, silę się nawet na pewne dbałości, jestem. Ale żeby tak wszystko moją zasługą było... Niech będzie cokolwiek, co trzyma mnie, a na dodatek jeszcze mojego roztargnionego anioła stróża, w pionie... Czy się dzieje wszystko według zapisu jakiegoś... Niektórzy wierzą w gwiazdy... Te same gwiazdy, co niestrudzenie pisały, piszą... Myślicielki, wizjonerki, czarodziejki, podglądaczki, archiwistki... Ja tam mądry nie jestem - przynajmniej w pojęciu Leverkühnowym - bo się nie wtapiam rozumkiem w magie rozmaite, gwiazdy, cyfry... Ale mogę sobie powierzyć, choć bez religijnych ekscesów - (religia to zawsze ekscesy) - a nawet pobawić się w pewność, że wszystko jest w porządku, jakoś zaopiekowane, bez konieczności psucia kogokolwiek łatwym groszem ... Wiatr dmucha, a ja nadstawiam twarz... Kiedyś bawiłem jednego swojego przyjaciela, tym śmiechem do wiatru, z wiatru... Ja się cieszyłem, że wieje, a on się cieszył, że ja się cieszę z tego wiania... A jeszcze gdy deszcz albo śnieg siecze... To są wesołe jednak sprawy - oczywiście gdy jest umiar - to są sprawy wesołe, dotykalności. Ogromy potrafią być niekiedy figlarnie pieszczotliwe... Małości ludzkie też potrafią takie być, ale ich zło potrafi z kolei przerosnąć wszystko, co nieludzkie... Trzeba się strzec...

Wszystko jasne, gdy nie za jasno... Troszkę po dziecinnemu, z pewną konieczną niezdarnością...

Jon Fosse z Norwegii lubi chyba takie niezdarności... Poeta, tłumacz, dramaturg - po Ibsenie najchętniej wystawiany w świecie. Obecny i na naszych scenach i w tv (np.: spektakl "Dziecko" udanie przykrojony do realiów polskiego blokowiska)... Coś takiego:

Jon Fosse

I

Twarz się otwiera

twarz się otwiera

ponad morzem

górami

wzgórzami twarz się otwiera

z chmurą i wiatrem we włosach twarz się otwiera

 

wielka jak niebo

patrząca oczami gwiazd

tam gdzie my w swoich domach

w swoich łodziach

nie widać

wielkiej twarzy

w nas

II

wielka twarz skłania się

ku nam

wieje swym tchnieniem

prosto w nas

a my oddychamy i oddychamy

wielka twarz

i rozumiemy

nawet jeśli nie widzimy nic

                            przełożył Kiljan Halldórsson

 

13:20, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
środa, 01 lipca 2015
Goła złomiarka, piękniś nieprzysiadalny, późny smutek poszczepienny, itd, itd...

Oj - pijaczyny mi się różne ukazują... Jeden to taki znajomy - pamiętam go z dawnych lat jako uroczego dryblasa. Coś się z człowiekiem podziało - gość poszedł tak głęboko w alkohol, że wczoraj zobaczyłem zjawę podpierającą się laską, sztywną, o cerze zapowiadającej raczej niedługą przyszłość... Okropność. Na szczęście mnie nie poznała ta resztka człowieka. Przemknąłem obok wstrząśnięty. 

Inna pijaczyna miała całkiem inną cerę. I to na dwóch twarzach... Widać, to dopiero początki... Mam dziwaczne szczęście do ulicznych golizn. Kiedyś widziałem nagusa ściganego przez policję - bardzo się to ludziom sączącym po ogródkach piwko spodobało, bo golas miał w łapie brudne majtki, którymi dostał po gębie wstrząśnięty i czerwony jak burak funkcjonariusz... Innym razem stałem się świadkiem chodnikowej kłótni damsko - męskiej. Parka okrutnie się piekliła. Baba wyzywała chłopa od najgorszych, ten nie pozostawał jej dłużny. Wreszcie kobieta postanowiła się oddalić... - A idź, i ch... ci w d... - zawołał za nią, demonstrując przy tym, jakie to ch... miałoby pójść w to całe d... - Cóż za narząd! Przechodząc aż uniosłem kciuk... Nie wiem czy na miejscu tej pani chciałbym się za bardzo oddalać... A jeszcze innym razem moje psy wywęszyły krzakowe pieprzoty. Oj, oj - strasznie bladą naguskę odkryliśmy... A teraz nadziałem się na złomiarkę. Myślałem, że to raczej męski fach, a tymczasem zobaczyłam wózkarkę ze złomem. Była niestety zapruta i do skupu już nie dotarła. I spodnie miała dookoła kostek. Najpierw siedziała, a potem się gibła... Poszedłem po okręgu, bo ja się boję kobiet bez majtek. Jakieś dwie panie starszawe podeszły. Wyglądały jak ptaki - marabuty. Patrzyły. Chciały odejść. Ale jednak zawróciły... Musiały chyba wezwać policję, która zabrała pijanicę na izbę... Jak wracałem, to na miejscu był tylko wózek i niedopita podła wiśniówka...We flaszkach zawsze coś zostaje - taki niedopitek... Kiedyś mnie menel jeden o tym pouczył. Szedłem sobie świeżo skoszonym trawnikiem. I szedł nim ów menel. Wśród sianowych świeżyzn aromatycznych wypatrzył piersiówkę... - Zawsze coś jest, widzi pan? - Łyknął. - Dobra. Długo leżakowała. - Tylko pokiwałem głową, z przekonaniem, że ludziom się jednak jakoś szczęści.

Ale nie wszyscy są szczęśliwi. Są tacy, co nie chcą żadnych bliskości... Widziałem ślicznotka. Może troszkę o zbyt pyzatej twarzy, ale z cudną figurą... Coś się miotał i nie mógł sobie rozpieczętować paczki z papierosami. Wreszcie wydobył trochę tego sianka w bibułce, i zapalił... Jak wracałem ze spaceru z kundlem, zastałem go na ławce. Szedł przede mną wąsaty pan z jakąś dechą. Trochę się zmachał i chciał sobie usiąść obok ślicznotka.  -Tu zajęte jest! - Jak zajęte, tu tyle miejsca. - Nie siadaj tu, k... . - Odbiło ci, człowieku? To nie tylko twoja ławka.  -Facet z dechą usiadł. I dziecięcolicy palacz i nerwus zebrał się naburmuszony... Jakie gniewcio!! Jak mruczał pod nosem... Nie chciał siedzieć koło obcych. Był nieprzysiadalnie usposobiony... Rozbrajające to było. Ta twarzyczka.

Lato... Chyba już tak zostanie, że będzie się ono u mnie wiązało z deprechą... Rozpogodzę się chyba dopiero z jesienią...

Ostatnio napadł na mnie smutek poszczepienny... Szedłem miastem. Starym. Mur, mur, mur, długi mur... Głowę miałem zwieszoną i szedłem sobie bez celu... Zaraz, zaraz, gdzie to jestem? Mur, mur, co to ten mur... Ach, jasne! Wydobywanie się z mgławic niepamięci... Pierwsze zapamiętane dobrze chwile... Za murem była kiedyś przychodnia. Nie chciało mi się sprawdzać, czy jest tam nadal - może nie, może łapczywy Kościół odzyskał teren... Nieważne. Tam byłem na jakimś szczepieniu. Bardzo się dopytywałem, czy będzie bolało... Pierwsze odkrycia - wszystko to jakieś makabryczne, kłująco - szczypiące oszustwo... Dalej będzie bolało jeszcze bardziej, i jeszcze... Wszystko, co małe, okropnie mnie wzrusza... I sobą małym się wzruszyłem... Zabawka dwóch oferm... Włos mi się jeży... I znowu siebie postraszyłem. Byłem tym małym, który natknął się na siebie - starego, pod murem, w smutku... Nie wiem, co to była za szczepionka... Zapamiętałem strzykawkę, bo była bardzo charakterystyczna - miała fioletowy tłoczek. Ładna rzecz - jak jakiś injekcyjny biżut. Wśród letnich smutków ujrzałem strzykawkę... Niewinne zapowiedzi "uroków" życia...

Pewnie drogo tu teraz tak mieszkać... Samo serce, najstarszości, średniowieczności... Dziadkowie dostali przestronne lokum niedługo po wojnie... Ponoć jakoś wariacko wywalczone przy pomocy krzesła... Kwaterunek bezlitośnie kroił fantastyczne amfilady... Tworzył zbiorowiska kłócące się o kuchnię i kibel... Potem następowały półlegalne podziały - murowania z kradzionych przez dzieciarnię cegieł... I tak zostało na lata... Dziś, gdy to wszystko prywatne... Z biegiem lat coraz trudniej było dogadywać się z właścicielami, co sobie zabytek odzyskali... - Franek pocieszająco widzi mnóstwo niedogodności. A poza tym: - Do licha, przecież mieszkamy w najlepszej dzielnicy, Miśku... - No tak. - Ale trochę tęsknisz? - Tak, coś w otoczeniu starych murów łapie za gardło... Najbardziej mi żal, że nie ma już moich dziadków... Wszystko zagrodzone, odomofonione, nie można nawet zerknąć na podwórko... Pewnie już nikt ze starych lokatorów nie żyje, ku uldze posiadaczy... Pamiętam tam rój wdów. Coś niesamowitego. Wszystkie te panie znały się od wieków, ale zawsze mówiły sobie proszę pani... Nie miały imion - wszystkie były paniami: pani ...wska, pani ...owa... Panie z PRL. Trochę im pomogły czasy. W tych pańskich - mieszczańskich starodawnościach, nieraz prosto z wioski, z bosych nóg... Dziś nie byłoby tak prosto...

Lipiec. Już prawie rok nie palę... I nawet nie przytyłem z tego powodu... Zeszłego lata, kiedy bawiłem chwilowo w Reykjaviku, nagle zostałem opuszczony przez nałóg. Wobec nałogów pozostajemy bezsilni. Robią z nami, co chcą... Zostałem skazany na niepalenie. Już trochę się oswoiłem z okresowymi stanami bezsmaku, smakowej ciszy, kiedy to czuję się jak coś podtopionego w środowisku słodkowodnym... W pasie w ciągu roku trochę mi przybyło. Ale jedynie dwa centymetry... I trochę tak w udach więcej, o czym przypominają mi stare dżinsy... - Ale fajne masz uda - mówi Franek. I ja się z nim zgadzam. Zawsze zresztą mnie kręciły moje własne nogi... No, jest coś pozytywnego i radosnego na lato...

14:42, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »