BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
sobota, 30 lipca 2016
Beatlesi z Oslo

I jeszcze może syn młynarza, ze swą poezją i miłością...

Raz, dwa ,trzy - żeby jakoś złapać rozpęd w tym straszliwym słowowstręcie, który mnie tak jakoś boleśnie ogarnął... Ale przy tej chwili wolnego, z brzęczącymi kosiarkami w tle... Bzzz... Ja mam tu o Beatlesach?

Ci z Oslo, z księgi Christensena, to nie grajki - to raczej marzyciele, w życiu, które niesie tyle rozmaitych rozczarowań, i wyzwań, i radości, i cierpień...

Pachną jabłka. W Oslo. I jest jeszcze mnóstwo innych zapachów, leśnych, cielesnych, letnich, jesiennych... Jest młodość. Głupawy a szalony czas, kiedy tyle jednak spraw się decyduje... Są szarości z odpałami, żeby było ciekawiej... O jeden stopień wcześniej... na którym stali ci, co się rozkochiwali w Beatlesach... (Chociaż ja też pamiętam, w licealnych latach, chwilę Beatlemanii - nagła ochota na słuchanie ramot, pod koniec lat osiemdziesiątych, krótkotrwała - dla mnie nie było to zbyt ciekawe - raczej było to wszystko muzyczną wodzianką - ale wszystkie tytuły wymienione przez Christensena coś mi mówią, więc przygrywkę miałem prosto ze swego niewspomaganego mózgu [uu - wielkie słowo, doprawdy!!]...

Oslo kochane - dla mnie tym bardziej, bo za nic nie kojarzące się z życiowymi zabrudzeniami - dla mnie tylko przygoda, nieróbstwo, natura i sztuka... Chociaż i cienie cierpienia, zawleczonego, przywleczonego... Oslo - jak mała planeta, na której jednak wszystko - różnorodne - kraje i kontynenty--- to już naturalnie późniejsze lata, osiemdziesiąte, z tamtejszej muzyki, z deLillos - coś na pogodny spacer pijacki, poranny :))... Miasto to miasto - musi mieć swe kontrasty - nad Oslofjordem niby w bliskości - ale co tam geograficzne miary... Jakże daleki jest kraj jubilerskiego połysku Bygdøy od roztrzęsionych pociągami nor ze Schweigaards gate, dwa kroki za przyzwoitą przeciętnością w charakterze litościwej zasłonki... Druga połowa lat sześćdziesiątych i początek siedemdziesiątych w klasycznej już powieści Larsa Saabye Christensena. Zmieniał się świat, zmieniała muzyka. Życie gdzieś tam się paliło - Wietnam, Czechosłowacja. Wrzało też i na małej planetce - rozpolitykowanie, komunizmy kusicielskie, rozróby, policyjne łapanki, a jeszcze zwykłe chuligaństwo i homofobiczne nożownictwo... (Biedny Jørgen z poderżniętymi klejnotami)... Uroki mieszają się z brutalnością - śliczność chłopięcej przyjaźni - przyroda, łapanie ryb, sport... Potem imprezy, używki, stąpania nad przepaścią, seks... (Wzruszający Ola - ładnie ozdabiający powieściowe życie swoją jąkaniną - jąkał się, aż wreszcie sobie zaciupciał i przestał się jąkać - jąkanie jednak wróciło, gdy dociupciał się potomka i musiał się ożenić w dalekim Trondheim...) Smaki przyjaźni, towarzystwa, ale i też samotności... Siłą rzeczy człowiek wraca do własnej młodości - do dawnych przyjaźni, obiecanych nierozłączności, no i też do tej drogi, co się jednak rozwidlić musiała... Wszystko inaczej - choć świat pachnie podobnie, jest równie piękny, i stare przeboje brzmią tak samo, utrwalone na płytach... Świat nieodmiennie wrze, ale człowiek mały się starzeje i tyle w nim bolesnej ciszy...

Moje drogie Oslo mogłoby człeka skłonić i do krzyku... Coś ono w sobie ma... Pisałem kiedyś, że się tam można posmucić... Munchowe to przecież klimaty, Munchowy to przecież fiord, Munchowe tam zaklęte strachy i rozpacze... Kimowi zebrało się na krzyk... Był jeszcze dostatecznie młody, by zwariować, albo by choć znaleźć się na skraju wariactwa...

Ja już chyba jestem za stary na wariactwo. Nie wiem czy się z tego cieszyć... I na słowa wielkie małą mam ochotę... Jestem na tyle stary, by już cieszyć się pięknem, i tylko nim, bez przesadnych żarów... Czy "Beatlesi" wpędzają mnie w jakiś tęsknoty? Chyba już nie... Młodości łatwiej tęsknić, bo mało jeszcze ma w swej przeszłości. Ledwie się co skończy, a już jakieś tęskne dreszcze... Ale potem. Tyle tego wszystkiego... Jeśli już, to tylko jakieś sprawy bez imienia... No i może wieczność... Albo to właśnie jest to bezimienne - to znaczy właśnie imienne... By już po prostu był koniec!?

Te oslowiańskie wspominki... We własne wspominki mnie wpędzają... W nieodległy czas, w magii tego miejsca... Ledwie garść lat wstecz - odbudowywałem się po katastrofie - byłem tam najszczęśliwszym człowiekiem pod słońcem, z tabliczką czekolady. Po latach po raz pierwszy poczułem lekkość...Jak tu nie tęsknić za wiecznością, za niezmiennością lekkich stanów?... No tak - jeśli zatęskniłem do siebie z przeszłości, to do tego faceta pałaszującego czekoladę, na wreszcie osiągniętym luzie... Jak pamiętam, naturalnie dławiła mnie przeszłość, ówczesne tęsknoty i żale... Ale - jak, cholera, mało jest lekkich chwil! Jak mało... Chyba właśnie tam, wtedy, w tym konkretnym życiowym momencie, najintensywniej rozpływałem się w urokach życia, ze łzami w oczach, z zaciśniętym gardłem... No tak - ale co tam tęsknota - dla takich czekoladowych uniesień znów musiałbym przeżywać katastrofy, a ja na nową katastrofę sił już nie mam. Kolejna mnie już zabije, tego jestem pewien... Więc już lepiej niewzruszoność w pięknie - no, może z małym dreszczem, z łezką, bo przecież są we mnie jeszcze pozostałości beksy...

Miłości... Brzmi u Larsa delikatnie hamsunowskie echo... To takie miłe... "Wiktoria". Dwoje ludzi, co się szukają, co się rozmijają, dręczą, choć są dla siebie wszystkim... Błądzenia, tęsknoty, lęki, w nierównym świecie, pośród kaprysów losu...

Miłość. Hamsun powiada: "Może zrujnować swego wybrańca, może go potem podnieść i ponownie naznaczyć; może dzisiaj kochać mnie, jutro ciebie, a jego następnej nocy, taka jest niestała. Ale może też trwać, niezłomna niczym pieczęć, i płonąć nieugaszona do chwili śmierci, bo taka jest wieczna. Jaka jest więc miłość?"... Ukryte ścieżki, nieba gwiaździste, ogrody bezwstydne...

Christensen. Beatlesi. Oslo. I pościgi miłosne - Kopenhaga, Paryż, Islandia... Słodycz i gorycz. Piękno, śmiech, smutek, przemijanie... Zapach jabłek, słońce nad Kolsås, tłuste włosy i dziury w skarpetkach... Życie, oczekiwania, śmierć...

Miłości -- Kim, Cecilie, Johannes, Victoria... Bohaterowie norweskich opowieści...

---

Lars Saabye Christensen

"Beatlesi"

Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016.

***

Knut Hamsun

"Victoria"

Świat Literacki, Izabelin 2000.

14:28, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
czwartek, 14 lipca 2016
Z nitką wysnutą

ze snującego się dramatu... Bo tak mi się tu snuje.

 Puczymorda...

 Kołpak z piórem, karabela -

 To każdego onieśmiela.

 A buciska te czerwone,

 Oczy straszne, wywalone.

 Takim jest i takim bede,

 Czym jest dziwkarz, czy też pede,

 Socjalista czy faszysta,

 Jam w tym serze jako glista.

 ***

 No, no, no - oczywiście nie szedłbym tak daleko... Ale glista - i owszem, jak najbardziej... O dziwkarzu zapomnijmy - no gdzie tam... Ale może jako ukryte pede... Kutz twierdził kiedyś, że się toto potajemnie kocha w Niesiołowskim... Stąd te nienawistności... Kto wie, kto wie, co nocą ciemną za fantazje w gliścianej łepetynie... Tęsknoty, wisz pan... Esbek kiedyś węszył, i wywęszył nieprzydatność: - Eee, żadnych bab, siedzi w domu, nic nie robi, nygus z urojeniami posłanniczymi, czas zabijany przypadkową lekturą... Wieczny dzieciak - ale że los złośliwy, to jednak w pulchne łapki oddał władzę... O, głupoto ty ludzka... Tak, tak - diagnozy snuć można rozmaite - ile nieszczęścia, poczucia krzywdy - a niech to wszystko lump porwie - mnie może nie przybędzie, ale może sąsiadowi zdechną kury...

 Franek ostatnio wpadł na pomysł - ty, a może to taka grupa rekonstrukcyjna, której odwaliło... (Dziś modne takie grupy, co się bawią przeszłością - ot - takie coś na kształt robienia sobie jaj z pogrzebu). Cyrkowo jest dość, i jakoś tak po rusku - tak z ruskim cyrkowym słoniem, któremu po wódce odpierdala... Słoniowe wybryki, trąba w górę, populistyczne a straszące tratata, i jebudu... Słoń się spił i lata... Grupa rekonstrukcyjna się ożywiła, bo ludzie w jakieś pierdoły uwierzyli... Jest sekretarz generalny K. C., z wyglądu jakby wyszarpany z magazynu poradzieckich straszydeł, są towarzysze na ważnych odcinkach, jest kłamstwo w żywe oczy, bo co??, i chuj, co nam  zrobicie, cymbały!!!, jest propaganda radosna, pisanie historii na nowo i tworzenie nowego języka - niby słowa te same, ale o zupełnie przeciwnym znaczeniu... Lump się bawi... Szkoda tylko, że licznik bije... Bolszewikowa rekonstrukcja, osobliwie ożeniona z duszpasterskim urzędem - przedziwności... Ktoś mógłby pomyśleć, że to może dobrze, bo tak z chrześcijańskim przytupem, z zatroskaną nauką o dobrościach i anielskościach - ale jakaż to jednak pomyłka, wszak sukienkowo - pierścionkowe towarzystwo, drżące z podniecenia na widok pieniędzy, jest fantastycznym, dekoracyjnym wielce, wyuzdanym ruchem blasfemicznym...

 Puczymorda odmieniać się może, jak bezkręgowiec morski, jak ośmiornica jaka, giętka oszukańczo i bawiąca się skórnymi pigmentami... Takam jest, a potem taka... Raz żrę prochy, a raz nie żrę... Raz takie kuku, raz takie...

 Nie, nie, piór toto nie ma żadnych, ani też karabeli... Na co dziś?? Ale knajackości dość, by się ten i ów zakłopotał, a ten i ów dureń, nieuk, popapraniec w upojeniu rozklaskał...

 Dziwna jakaś u nas autoagresja... Choć może - te smutne poczucia... Ale chyba jeszcze gorsza obojętność... Głupota i zaniechanie - to największe grzechy - to one są źródłem wszelkiego zła... Nie chciało się dupy ruszyć, a chyba samo zrobienie większej frekwencji przyurnianej mogłoby wpłynąć na rzeczywistość - pozytywnie... Zatem bawi się demoralizujący wszystkich wokoło lump... On nie ma żadnej wizji - on tylko nienawidzi i ma strasznie strzaskane sumienie - i nigdy nie dorósł... Nie ma nic - po nim choćby potop... (Nie mam nic przeciw lumpom, bydlakom, durniom, nygusom, starceńcom - lecz niechże wszystko ma swe właściwe miejsce!!) Ludziska uwierzyli eksponatowi, który mógłby stać w gablotce jako wspaniały wzorzec moralnego upadku, ludzkiej niedoli, pustki duchowej i intelektualnej sraki...

 "Jestem cynikiem, aż do brudu między palcami u nóg - przestałem się myć zupełnie i śmierdzę jak zgniła flądra. Chram na wszystko".

 A chrać to tyle - wyjaśnia Puczymorda - co zalać coś innym czymś bardzo śmierdzącym.

 I wreszcie co?

 "Oto płaczę tu cicho i sromotnie i, samotny, choć byłem taki dziki i obrotny... Nawet dobrego wiersza nie napiszę! Taki Tuwim nieboszczyk to się zawsze ostatecznie pocieszył: co by z nim nie było! A ja co? - sirota. Nawet nie wiem, kto jestem - politycznie oczywiście! Życiowo jestem starym błaznem pełnym fazdrygulstwa i gnypalstwa: równa się fastrygowania połączonego z bałagulstwem i gnuśnego gmerania albo gmyrania palcem w tym, czego traktowanie i obrabianie wymagałoby precyzyjnych instrumentów - takim będę do śmierci zachranej".

Ot, taką sobie nitkę wysnułem z dramaturgicznej tkaniny "Szewców" Stanisława Ignacego Witkiewicza...

 No, i będzie! Gówno. I obyśmy się tylko nie pytali obryzgani i zdziwieni - czemu rachunek za to nic, za ten syf rozbabrany taki wysoki?? Czy ktoś zamawiał perwersyjny miks rekonstrukcji bolszewickiej z sakroozdobą?? Bo przecież nie tak miało być... Tu przecież tylko uklepanie wzmacniające stare patologie.

 Obyśmy tylko jakiejś gangreny nie dostali od tego nasrania w sam środek pokoiku, w którym mieszkamy... :-(

10:38, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
wtorek, 12 lipca 2016
Zahukał Wiking

 Jakoś tak się nie chce pisać... Gdy myślę o rzeczywistości nadwiślańskiej, to mi dużo brzydkich słów napływa na język i pod palec, więc nie ma co sobie głowy zawracać...

 Niech jeszcze przez moment będzie piłkarsko... Co tam Francja czy inna Portugalia (hm, ale się tej drugiej ślizgło, doprawdy!!!) Myślę, że jednak największym tryumfatorem tej imprezy jest Islandia - w końcu odpadła, nie przegrywając jednak do zera, ale co namieszała, to namieszała. I nie dała się ostatecznym zwycięzcom, i pognała Anglików... Wielka niespodzianka - no i jaki doping... Pamiętają o Wikingu. I się światu spodobało... Oni się najbardziej zapisali w pamięci... Mistrzostwa 2016 to Islandia...

Hukanie Wikinga robi wrażenie:)... To z pewnością będzie miłe wspomnienie na lata:

 

09:50, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »