BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
piątek, 31 sierpnia 2007
Trochę o sierpniowym księżycu i czytelniczych przymiarkach

 Jakoś tak miło jest ostatnio. Wrześnieje powoli. Dni są pełne łagodnego światła, ciepłe. (Jeszcze trochę i zmatowiałą, pociemniałą już zieleń prześwietlać zacznie odświeżające wczesnojesienne słońce. I znów nadejdzie ten przedziwny czas wiosennych dni w jesieni, dni, w których - jak pisał Witkacy -"starzejące się lato wyciąga się jeszcze raz rozkosznie nad usypiającą ziemią i przeżywa swoją znikomą drugą młodość, jak pijak czy inny "drogista", który przestał pić czy zażywać coś tam i mówi do siebie: nie - jeszcze raz".). A noce jaśnieją od sierpniowej pełni. ---- Ta sierpniowa pełnia każe moim myślom biec daleko, na Północ, do miłej rodziny, z którą kiedyś bardzo się zaprzyjaźniłem. Do krwistoczerwonego domu, ciepłego, gościnnego. Do Eskila i Aud, z którymi niejeden wieczór spędziłem na tarasie, gdzie gawędziliśmy sobie o książkach, o tym, co na morzu i w górach, i w lesie, spożywając to, co zechciało podarować morze i co miała do zaoferowania miejscowa, niezmordowana bimbrownia. Właśnie sierpień wspominam najżywiej, ów pełny księżyc, czarną ścianę lasu, chłód wieczorów umykającego lata. Miło się siedziało w kocu, ze szklaneczką rozgrzewającego płynu w dłoni.--- Polubiłem ich, bo sami byli tacy trochę księżycowi i zatopieni w naturze. Nigdy nie pasował im wielkomiejski zgiełk (choć ich podrastające dzieci ogromnie już za nim tęskniły i pewnie w przyszłości, po jakichś tam studiach w nim się zatopią...). Zadowoleni byli ze swojego spokojnego życia wśród lasów, w domku z widokiem na łagodne wzgórza okalające morską zatokę. Eskil - leśny człowiek, wiedzący wszystko o roślinach i zwierzętach (na które niestety od czasu do czasu lubi zapolować), zapalony wędkarz. Aud podobnie - choć jej daleko do zapałów łowieckich - rozmiłowana w przyrodzie i, co mnie nieco zaskoczyło, w grzybobraniu, które dziś wśród Norwegów nie cieszy się raczej wielką popularnością, a w każdym razie ja nie zauważyłem, by miejscowi zdradzali tego rodzaju zbieracze zamiłowania. Grzyby rosną sobie tam w wielkiej obfitości i mało kto się nimi przejmuje. Czasem uczestniczyłem w tych jej grzybowych wyprawach, pomagałem też zbierać jagody i śliczne, żółte moroszki, z których Aud wyczarowywała rozmaite przetwory. (Chociaż mowa o pomocy w moim przypadku jest lekką przesadą, bo ja absolutnie nie nadaję się do takich zbiorów; zawsze w moim koszyku widać było dno, gdyż wolałem znalezione pyszności, czy to jagody, czy cudowne maliny, pakować sobie prosto do ust, a poza tym przeszkadzała mi moja nieuleczalna skłonność do nieustannego i bardzo czasochłonnego zagapiania się). Eskil zaś, kiedy czas pozwalał, lubił urywać się z domu, by z prawie że odludzia umknąć na odludzie. Kilka razy zdarzyło mi się towarzyszyć mu w tych ucieczkach od obowiązków. Zawsze wracałem z nich skonany i dziko zakwaszony. Wspaniałe to było. Szczególnie nasza pełna uroku włóczęga po Fosen. Niezapomniana rzecz... -------- Trochę było smutno i bardzo sierpniowo, gdy wyjeżdżałem już całkiem przekonany, że tak naprawdę moje miejsce jest tym, z którego tam przyjechałem, i że nie jestem automatem, który można ustawić w dowolnym miejscu świata.  Nie podobało mi się, że wszystko, co od dawna mnie fascynowało, zaczynała tłamsić codzienna szarzyzna - coś takiego bardziej mi pasuje do miejsca, o którym z pełnym, całkowitym przekonaniem mogę powiedzieć, że jest od początku do końca moje, gdzie o wiele lepiej znosi się wszelkie, większe i mniejsze uciążliwości, gdzie rzeczywistości, lekko odczarowanej, przejrzanej na dziesiątą stronę, nic nie zdoła zohydzić. Dziś chyba tylko jakiś kataklizm mógłby zrodzić w mojej głowie pomysł o przeprowadzce za morze, czy za siódmą górę.----Naturalnie szkoda mi paru rzeczy, ale wiem, że mimo wszystko, gdybym zdecydował się na definitywne wwiercanie się w jakieś gdzieś indziej, byłoby mi jeszcze bardziej szkoda, i to znacznie więcej niż paru rzeczy. Zawsze kiedy się człowiek na cos decyduje, przychodzą rozmaite żale i tęsknoty, nawet za drobiazgami - ot, za księżycem gdzieś tam czy za popołudniami w ruchliwej kuchni Aud, która potrafiła wyprodukować całe hektolitry kawy, itd, itd. Ale Polska, nieszczęsna i absurdalna bierze górę. Nie przypuszczałem kiedyś, jak bardzo jestem w niej zagnieżdżony, zadomowiony, i jakoś trudno byłoby mi dziś to własne trzęsawisko zamienić w miejsce wakacyjnych powrotów. Wolę, by miejscem takich powrotów pozostała właśnie Północ, obserwowana bardziej z boku, nie tracąca baśniowości, widziana nie z perspektywy uczestnika, będąca czymś na jakiś czas, czymś ekstra. --- Teraz, niestety, brzydkie wypadki wstrzymują mnie w miejscu i skazują na poczucie braku, braku drogi, tam. I jescze, przez ten księżyc, co mi tak nagle wydobył z pamięci posrebrzane wieczory z coraz odleglejszej przeszłości, budzi się we mnie znowu wyrzut, bo jakoś tak z biegiem czasu zacząłem zaniedbywać tamtą uroczą znajomość. Ale tak to często bywa: telefony czy listy stają się coraz rzadsze i coraz trudniej, z jakichś niejasnych powodów, zdobyć się na wypełnienie obietnicy ponownych odwiedzin. Chyba trochę za łatwo idzie mi rozstawanie się z ludźmi. Zbyt często było mi nie po drodze podczas odbywanych jeszcze nie tak dawno temu wycieczek. A z czasem robi się zbyt późno, by silić się na odbudowę dawnych znajomości. Ale nic - póki tkwię przytwierdzony do miejsca, pozostaje wybieganie myślą, no i łykanie czegoś z ducha Północy. -- Dużo dobrego słyszałem o pisarstwie Szwedki Majgull Axelsson. Do tej pory jakoś nie zapoznałem się jednak z jej dorobkiem. Najwyższy czas to nadrobić. Kupiłem ostatnio jej "Dom Augusty", by się przekonać czy udzieli mi się entuzjazm innych czytelników. Nabyłem także "Niebłahe igraszki" Soderberga i wiele się po tej książce spodziewam, bo wszystko, co do tej pory przeczytałem tego autora, zrobiło na mnie kolosalne wrażenie. Hjalmar Soderberg - pisarz pierwsza klasa, który z jakichś powodów dopiero teraz zdobywa sobie polskich czytelników (ale lepiej późno niż wcale, ważne, że poważna luka została wypełniona). Ale zanim zabiorę się za powyższe rzeczy, dokończę rzecz, którą przeczytałem już wielokrotnie. --- Od jakiegoś czasu obiecywałem sobie, że znów powrócę do fascynujących mnie niegdyś książek Islandczyka Halldóra Laxnessa. Szczególnie myślałem o dawno nie czytanych cegłach takich jak: "Niezależni", "Światłość świata", "Salka Valka"... Zacząłem jednak od jednej z moich ulubionych pozycji, po jaką co jakiś czas sięgam. Teraz skłoniła mnie do kolejnego jej odczytania notka z bloga, do odwiedzania którego zresztą gorąco zachęcam: http://romanj.blox.pl . Jego autor, pod wpływem notki z mojego bloga, zdecydował się sięgnąć po kilku pisarzy, o jakich wspomniałem, w tym po Laxnessa i jego "Dzwon Islandii" i ta wiadomość kazała mi wydłubać z półki tę książkę. Pomyślałem sobie - świetnie - to ja też sobie przeczytam. Jeszcze raz. Z przyjemnością. No, ale o dziele Halldóra (o którym kiedyś tam pisałem nawet próbną pracę maturalną) nabazgrzę, czy raczej wyklepię, wygniotę coś na klawiaturze następnym razem. Pewnie jak zwykle za tydzień albo jeszcze później... (Ach, to moje lenistwo. Co mnie w ogóle podkusiło, żeby prowadzić blog?! Coś okropnego! Nie do wiary! Wystarczyłoby tylko napisać dużymi literami KONIEC, i dać sobie siana. Albo kliknąć na "skasuj blog", i tyle. Nic prostszego. To najprostsza rzecz do skończenia. Straszna pułapka dla kogoś, kto nie przepada za doprowadzaniem czegokolwiek do końca....) 

15:08, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (5) »
sobota, 25 sierpnia 2007
Wtorek. Na nogach
 Gdy człowiek ląduje w szpitalu, ma przy sobie garść niezbędnych rzeczy - gdy z niego wychodzi, okazuje się, że wyrósł obok niego prawdziwy stragan.  Mama się pakuje. Mama na nogi postawiona. - Boże, skąd się tyle klamotów nabrało? Jak u dziadówki! Rzeczywiście. Jestem obładowany siatami. Życzę leżącej obok starszej pani wszystkiego dobrego i gramolę się na korytarz. Musimy jeszcze chwilę zaczekać na wypiskę i receptę. Mama zmartwychwstała. Już nie ma trupich rąk i nic ją nie boli. Tylko jest po dość długim leżeniu nieco osłabiona. Gadamy sobie. Mama opowiada zupełnie niesłychane rzeczy. To w jej stylu. Tak jej czasem wpada do głowy, żeby pobyć osobą szokującą. Mówi o swojej sąsiadce z sali. -Stara taka! Wstydziłaby się... Według niej ludzi w pewnym wieku lekarze powinni przepędzać ze szpitala. -Co to sobie taka myśli? Że ile jeszcze będzie żyła? Dałaby sobie spokój. -Jezu, co ty wygadujesz?! - Ja jakbym była taka stara, to już bym się nie wygłupiała. - No, patrzcie ją- znalazła się dzierlatka. Ale ta dalej swoje. - Poustawiała sobie na szafce plastikowe bozie i nic tylko modły i modły. I ksiądz wiecznie do niej przychodził z komunią, a ta tylko ten dziób otwierała, całkiem jak ptak. I dalej modły. A jak się nie modliła, to dla odmiany rzucała kurwami na prawo i lewo. Myślałam, że sie wykończę. ----- Kiedy rozmawiałem ostatnio z lekarzem, dowiedziałem się, że z matką jest już na tyle dobrze, że może spokojnie iść do domu i kontynuować leczenie ambulatoryjne. Wyraził sie dość osobliwie - niech wraca do domu, bo szpital to nie najlepsze miejsce do leczenia ludzi. I coś w tym rzeczywiście jest. Pomijam już atmosferę, specyficzne smrody i szpetotę charakteryzującą szpital, bo w przypadku mamy raczej nie te czynniki działały osłabiająco - ją przede wszystkim dobijały te wszystkie leżące tam baby. ---- Wreszcie odebrała wypis i receptę i możemy ruszać jak najdalej od tych szpitalnych okropieństw. Chcę wezwać taksówkę, ale gdzie tam. Ona chce koniecznie wracać pieszo. - Babo - wołam - prawie dwa tygodnie leżałaś w łóżku. - No i co z tego? Jak tak zacznę tylko siedzieć, jeździć i leżeć, to koniec. A ja myślałem, że zabiorę ją do siebie, że będę się o nia troszczyć. Nic z tych rzeczy! Ona chce do siebie. Pieszo! Wprawdzie mamy niedaleko, ale dla człowieka po takim leżakowaniu nawet spacer tak niewielkiej długości musi być nie lada wysiłkiem. Ale dobra. Idziemy. "Tylko mi sie nie przewróć" - myślę sobie. Bo w końcu przewrócony człowiek na ulicy to kłopot, zwłaszcza dla kogoś, kto wlecze ze sobą wszelkiego rodzaju badziewie. Doszliśmy jednak! - O jej, jak mam ładnie posprzątane! I lodówka rozmrożona! Z kryjówki wyłania się kot. Ma straszne pretensje. Nie podobała mu się ta przedłużająca się nieobecność pani. Kochany kotek. Po wyrażeniu żalu, szczęśliwy, osiągający siódme niebo, zaczął się łasić, miałczeć, gruchać. Pani przyszła!! No i tak, u mnie w domu czeka obiad, a tu pusto! Trzeba lecieć do sklepu po wałówkę. No i po lekarstwo, jakie jej przepisali. Wracam z kolejnymi siatami, wchodzę do pokoju - ręce opadają! - Ćmiłaś papierocha?! No tak-zostawiłem na krześle plecak, w którym, gdy tylko się oddaliłem, zanurkowała i znalazła paczkę papierosów. - Cicho - słyszę w odpowiedzi. Tak, zakurzyła sobie i od razu wie, że żyje. Teeeego jej brakowało. - Ciekawe, co by pan doktor powiedział? - Pytał się, czy palę. - I co? - I nic. Nie wiem, co o tym sądzić, ale... Cóż jej będę zabraniać. Niech pali, niech łazi, niech wiedzie życie jak najbliższe temu sprzed choroby. Nie ma rady. ---- Już nie mogła wysiedzieć w szpitalu. Szpital ją brzydzi. No bo szpital jest obrzydliwy. I znowu gada o tych babach. Zwożą tam jakieś stare graty, które zajmują miejsce, potrzebne dla młodych, bardziej potrzebujących. Nie wiem, co ją tak te babay drażnią? Przecież każdy chce się ratować. I bliskim tych starych bab też zależy, by jeszcze żyły. - Sama kiedyś będziesz taką już całkiem starą babą i nie myśl sobie, że cię tak bez walki wypuszczę. Życie zazwyczaj czepia się pazurami wszystkiego, nawet to stare, niezbyt pewne zaświatów z pogodną bozią, winkiem i rajską trawką. - No, taka, której się w różaniec "kurwa mać" wplątuje, raczej po rajskiej trawce nie pochodzi. --- Boję się, że w opinii mamy żadna baba, poza nią naturalnie, na Niebo nie zasługuje. I boje się, że nie jest jedyną kobietą o takim podejściu do przedstawicielek swej płci. Niby przyjaźni się z różnymi paniami, ale jest to przyjaźń z jakąś skazą, fałszywą nutą. To, co nieraz wygaduje za ich plecami, jest, mówiąc delikatnie, mało sympatyczne. Jej koleżanki postępuja zresztą podobnie. Teraz, gdy mama leżała w szpitalu, często się z nimi widywałem i przy tej okazji nasłuchałem się tego, co mają do powiedzenia na temat innych znajomych pań. Wyglądało to tak, jakby ciągle ze sobą o coś rywalizowały i z tego powodu miały stałą potrzebę rzucania cienia na swe siostrzyce. Taki to jakiś dziwny nawyk. Wszystkie przepatrzone na wylot, opisane, obszczekane, obśmiane. Nawet taki drobiazg jak wygląd urasta do jakiejś wielkiej, poważnej sprawy. Koniecznie trzeba gdzieś na stronie wyrazić zdanie na ten temat: ta ma taaaką dupę i taaaakie kolańska, tamta szyjsko jak indyk, jeszcze inna to larwa z sześcioma brzuchami, tamtej znowu cycki wiszą do pasa. I jakby się tak głębiej zastanowić, każda ma na swym koncie coś, co pozwala je wpakować do szufladki z napisem: głupota. Boże-aż głowa boli. I tak sobie myślę, że o ile te okropności w relacjach towarzyskich są tylko takim mało wybrednym zapychaczem czasu, takim sobie ble ble, w relacjach innego rodzaju mogą być raczej fundamentem dla jakiejś młócki, a nie dla marzycielskiej siostrzanej solidarności. Ot, taka okropnostka na wzór panny Schoultz i pani Palmgren wspomnianych przez Johana ze "Scen z życia małżeńskiego" Bergmana, które siedzą od lat w biurze w jednym pokoju i korzystają z każdej okazji, żeby się zwalczać i źle o sobie mówić.-------------- Ech, mama. Siedzimy naprzeciw siebie, pijemy herbatę i gryziemy krakersy. Nie umiem określić swych uczuć. Dzieli nas pancerna szyba. Zastanawiam się, czy przypadkiem taka szyba nie oddziela jej od wszystkich, od całego świata. Zimna szyba. Myślę sobie, że byłoby lepiej, gdyby starzała się u boku ojca. Mnie zawsze wzruszają takie trwałe małżeństwa, rozciągające się na dziesięciolecia, aż po kres. Kochający się staruszkowie. Tak jak jej rodzice. Dziwi mnie, że oni, kochający Boga, siebie nawzajem i innych ludzi, wydali na świat kogoś tak w sumie lodowatego. Pojąć nie mogę. Jej rodzice potrafili stworzyć wspaniały dom, umieli żyć, umieli uczyć się siebie nawzajem. Nie byli idealni, przechodzili przez rozmaite burze, których ludzie z krwi i kości uniknąć nie mogą, ale wytworzyła się między nimi więź tak silna, że żyć bez siebie nie mogli. Zawsze byli sobą zainteresowani, nigdy sie sobą nie znudzili, nigdy nie brakło w ich związku miejsca dla czułości. Rozłąka w ich przypadku była niewyobrażalna. I kiedy umarł dziadek, babka natychmiast zaczęła gasnąć. Stała się inną osobą. Nie umiała być, wzorem swych sąsiadek, taką wieloletnią nieboszczykową. Podupadała na zdrowiu i czekała. Na koniec. I ten nadszedł po trzydziestu miesiącach. I z takiej gorącej miłości wyszedł chłód, co każe przypuszczać, że w życiu jest jakoś tak pomimo; ktoś wyszedł na ludzi, mimo że na świat wydała go jakaś patologia, ktoś się stoczył, mimo że pochodził z zacnej rodziny, ktoś ma zimę w sercu, mimo że zrodziła go wielka miłość... ------ Mama i tata. Mam w albumie kilka ich ślubnych fotografii. Oboje byli bardzo piękni. Boscy (a więc nieludzcy?). Ojciec-przystojniaczek, który jakimś cudem wykluł się z brzydkiego małego okularnika. Matka-wielkooka piękność. Na jednym zdjęciu patrzą sobie w oczy. On w ciemnym garniturze, ona w zwyczajowym, kretyńskim stroju Królewny Śnieżki czy czegoś w tym guście. Patrzą sobie w oczy i uśmiechają się do siebie. Uśmiech ojca jest oszczędny. Uśmiech matki jest natomiast jakimś dziwnym grymasem, bardziej przypominający wyraz pogardy. Złowróżbna mimika.----------Ojciec rzeczywiście był oszczędny. We wszystkim. Prawie nic o nim nie wiem. Stał zawsze obok, daleki, obojętny, trudno dostępny, tajemniczy jak dziecko. Raczej nie był takim tatusiem-przewodnikiem. Pomagał mi w matematyce, powlókł mnie w szczeniackich czasach do wszystkich muzeów w okolicy, a gdy mieszkaliśmy krótko w górach, chodziłem z nim po lesie, w milczeniu. I kilka razy dotkliwie mnie pobił. Ja pobiłem go tylko raz, gdy byłem podrośniętym chłystkiem. Nie pamiętam, o co poszło, coś jednak wyprowadziło nas z równowagi, coś pękło i pobiliśmy się. Rozbiliśmy przy okazji szybę w drzwiach. Po tym kryształowym incydencie doszło między nami do zmowy, co było sympatyczne i zaskakujące. - Jak przyjdzie matka, powiemy, że był przeciąg.-------- Mama i tata. Ich dziwaczne małżeństwo było ponoć wynikiem dzikiej namiętności. Ja już jednak żadnej namiętności nie pamiętam. Jedyne, co pamiętam to niezadowolenie, wściekłość, syki i narastające skłonności do publicznego wzajemnego ośmieszania się, później zaś obojętność, totalną. To była całkowicie nieudana zabawa niezbyt dojrzałych ludzi. Pofikali trochę, w efekcie czego mama wykrztusiła na świat nowe życie, które dziś może sobie powiedzieć, że jest katastrofalnie nieudane i mroczne. I ostatnie. (Gdyby istniała jakś rodowa księga ze spisaną listą przodków, mógłbym pod swoim nazwiskiem, wzorem Hanno Buddenbrooka, namalować pod ową listą grubą krechę, pewny, że dalej nic już nie będzie). To ostatnie życie było przez lata swej szczenięcości taką sobie zabawką w rękach pani pełnej jakichś wręcz kalejdoskopowych tęsknot. Gdy lalka spełniała oczekiwania, było dobrze, gdy nie chciała działać, rzucało się nią ze złością o ścianę (na szczęście nie dosłownie). Lalka nie miała duszy, uczuć, nie było istotne, co przeżywała. Ważne, że miała wszelkie wygody i pięknie wyglądała. Lalka nie mogła mieć kłopotów - gdy je sygnalizowała, sypały się pod jej adresem wyzwiska. To definitywnie podkopało zaufanie, to wpędziło ją w samotność i jakby na dno lasu, dokąd niewiele docierało światła. Bawiące się lalką dziecko nigdy nie miało sobie nic do zarzucenia. I do dziś nie ma sobie nic do zarzucenia, nigdy! Mamy nie wolno krytykować. Nikt nie ma prawa tego robić. Ona ma zawsze rację. Za słowo krytyki wali prosto w ryj.----------Siedzę i patrzę na nią. Mam podstawy, by czuć do niej nienawiść, ale nigdy jej nie żywiłem. Nikt mnie bardziej niż ona nie znieważył, nikt mi tak nie napluł w twarz, nikt nie starał się z takim zapałem zabić we mnie radości życia, a mimo to darzę ją pewną sympatią. I współczuciem. Nie tylko z powodu jej aktualnych zmagań. Jest tak samo kaleka jak ja. Nie mam zbyt wielu pretensji. Staram się ją zrozumieć, to całe jej duchowe wykoślawienie, zagubienie. Strasznie dużo straciliśmy, ale niczego nie uda się już odbudować, zmienić, nie da się odzyskać utraconego czasu. Ona uważa, że świetnie się rozumiemy, dogadujemy, co jest oczywistą bzdurą. Jestem tylko cząstką jej towarzystwa, jestem kimś w rodzaju kolegi, z którym widuje się chętniej niż z innymi, zwłaszcza teraz. Nasze relacje są powierzchowne, nie przyjacielskie, tylko właśnie koleżeńskie, które łatwo naruszyć. Jesteśmy ostrożni, bo przypisujemy znaczenie związkowi krwi.--------- Mimo wszystko mama jest po prostu urokliwa. Mimo swego zwichrowania ma duże talenty towarzyskie. Ona potrzebuje ludzi, by szumieć, i mieć jakieś wymierne korzyści. Potrafi być urocza, z klasą, ale bywa też beznadziejna, i czasem zbyt szczera. Ale to jej uchodzi na sucho, bo wszysko u niej jest takim ślizganiem się po powierzchni. Życie jako zarabianie pieniędzy, bankiet, turystyka. Jej bliski przyjaciel jest z jakichś powodów śmiertelnie, po szczeniacku w niej zakochany. Wytrwały zalotnik. Ale boję się, że jest dla niej tylko kolegą i że tak już pozostanie. Bo ona jest chyba stworzona do samotności.
19:01, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (4) »
piątek, 17 sierpnia 2007
Pobuczeli, potrąbili

 Przedwczoraj wieczorem ujrzałem drobne fragmenty relacji ze świątecznych obchodów. Prymitywna symetryczność, całowanie szabelek, pohukiwanie, szczekanie, sztandary z nastroszonym ptactwem drapieżnym (cóż za stan ducha każe robić takie wyszywanki?), wojenko-wojenko,sztywniactwo, chmurne oblicza, groteskowe ruchy (i nikt nie zaczął wrzeszczeć ze śmiechu-zdumiewające), defilada, bububu i tratata, przejazdy i przeloty dziwacznych wykwitów zdurniałej do reszty nauki, głupkowaty patos, brzęczenie o jakichś dumach i honorach, i Bóg (jeśli istnieje i widzi z tego swojego Nieba takie rzeczy i słyszy jeszcze na dodatek mszalne, rozojczyźnione skowyty, drapie się pewnie z zakłopotaniem po głowie i myśli: Hm, do licha, ten Oscar Wilde miał jednak rację - przeceniłem swoje zdolności).

 Żywiołowo nie znoszę wojska, munduru, bo nie znoszę ludzi, którzy nie występują we własnym imieniu. I ciągle zdumiewa mnie to, że wszędzie, tam, gdzie ciepło i tam, gdzie zimno, są takie zastanawiające gromady, które trawią swe życie na szkolenie się w mordowaniu, biciu, niszczeniu. Wszędzie całe tabuny mężczyzn, z którymi nie wiadomo co zrobić. Wszędzie, od niepamiętnych czasów, zbójeckie zgraje wyczekujące kryminalnej przygody, gotowe służyć jakimś bogom albo ojczyznom, którzy i które, jak się zawsze okazuje, mają konkretne adresy, a od pewnego czasu także numery telefonów.

 Nie rozumiem człowieka okopowego. Nie rozumiem człowieka zza pancerza. Nie rozumiem człowieka koszarowego. Nie rozumiem też brodatego pastucha z karabinem bądź bombą. Nie rozumiem żołnierza.

 Jak to pisał Maksym Gorki - żołnierz nie jest gospodarzem swojego życia. To dziwny człowiek - jakby otoczony bezdenną pustką. Można go podziwiać, słuchać, nawet się z nim przyjaźnić, ale nadmierne zbliżenie się do niego grozi zapadnięciem się w ową bezdeń. Przypomina mi się teraz babka Gorkiego, którą pisarz pięknie sportretował w "Dzieciństwie", i jedna z jej rad, którą można by streścić w słowach: cudzych złych rozkazów nie słuchaj, cudzym sumieniem się nie zasłaniaj... Gdyby tak każdy myślał. Ale nie. Dla wielu, dla zbyt wielu, kuszące jest życie, w którym decyzje podejmują inni, w którym wykonuje się tylko podyktowane zadania. Pozostaje błędne, zdaje się nieusuwalne koło.

 Najpierw grają orkiestry, powiewają frędzle i odbywają się pokazy kogucich stąpań - później zapieczętowana trumienka i bezwstydne nabożeństwo albo płacz, zwieszone w geście bezradności pogrubiałe łapska przerośniętego dzieciaka, rój pretensji, psycholog i żona z podbitym okiem.

14:18, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 13 sierpnia 2007
Kto żywi ptaki?

        GUNNAR EKELÖF

   Kto żywi ptaki

Kto żywi ptaki

pod błękitem nieba?

A jednak! Po części żywi je beztroska,

a po części popęd.

A lilie?

Żywi je ich przeznaczenie.

Kto wobec tego żywi próżniaka?

To musi być zapewne jakiś bóg.

Rozprostuj plecy i ramiona, próżniaku!

Spróbuj w pozycji leżącej przyjąć godną postawę.

Żywi ciebie nikt inny, jeno Bóg!

Zaprawdę, jesteś wybrańcem.

                                               tłumaczył Janusz B. Roszkowski

14:17, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
sobota, 11 sierpnia 2007
Na kolanach
 Przyszła do mnie wczoraj z żółtymi mieczykami. To miło z jej strony. - Wiem, że lubisz. Lubię to mało powiedziane. Zaraz wstawiłem je do wody i umieściłem na honorowym miejscu. Przyjemnie jest dostawać kwiaty od kobiet. Anka. Postanowiła się trochę zawieruszyć w mojej okolicy. Z troski. Żeby nieco u mnie pobyć, rozproszyć przygnębienie. Przejęła się ostatnimi wypadkami. - I co, i co z mamą? Już lepiej. W kazdym razie taką mam nadzieję... --- Nastąpiło tąpnięcie. We wtorek po południu telefon. Mama. Zmieniony głos. Prosi mnie, żebym przyniósł jej do szpitala trochę niezbędnych rzeczy. Wiadomość o szpitalu jest jak bomba, która rozsadza senny dzień. Powód? Mówi coś o jakimś krwotoku. Zadaję jakieś głupie pytania. Irytujące. Potem pędzę do jej mieszkania. Jestem poinstruowany, natrafiam więc na potrzebne przedmioty bez trudu. Idę po szlafrok do łazienki. Krwawa jatka. Zamykam drzwi i widzę jak mi się trzęsą ręce. Gnam do szpitala z zaciśniętym gardłem. Zastaję ją w złym stanie. Jest szara, dziwnie pomniejszona, cierpiąca i na granicy załamania. Co pewien czas ma napady jakiegoś okropnego bólu - to kompletnie podkopuje jej odporność. Coś się podziało. Musi zostać w szpitalu. Pod żadnym pozorem nie wolno jej wstawać. Nie męczę jej długo swoją obecnością, staram się natomiast czegoś dowiedzieć, ale lekarzy gdzieś wywiało. Pielęgniarka - bardzo miła pani - w opinii mamy anioł- radzi, żebym wpadł na drugi dzień w południe. I głowa do góry. Póżniej wracam do jej domu, żeby trochę ogarnąć porzuconą naprędce przestrzeń. Robię pranie, doprowadzam do porządku łóżko, karmię kota, z rozpędu jeszcze odkurzam, podlewam kwiatki, myję pozostawione na stole szklanki. Myślę, żeby zabrać ze sobą kota, ale ten, jakby wyczuł moje zamiary, zaszył się w jakiejś kryjówce. A niech tam. W końcu może pobyć trochę sam. Mam po drodze, będę go codziennie odwiedzać, karmić, poić i czyścić kuwetę... --- Uspokoiłem się nieco po rozmowie z lekarzem. Zawsze mogą wystąpić jakieś powikłania. Jasne. Ludzie zmagający się z nowotworem przechodzą przez magiel. Czyste wariactwo. Ale nie ma co panikować. Proces leczenia trwa, bez zakłóceń, pomimo rozmaitych wypadków. Na razie mama musi pozostać w szpitalu. I spokojnie. Po rozmowie poszedłem do niej. Akurat puszczała pawia do białej nerki ozdobionej czarnym paskiem. Sfatygowana mama, jak diabli. No, bardzo ładnie. Kiedy skończyła, zabrałem pawia, żeby go wywalić do kibla. Przypomniałem sobie, jak kiedyś u znajomych obrzygał mnie dzidziuś - zrobił się krzyk, powstało zamieszanie, bo prawie nieprzytomny zacząłem osuwać się na podłogę - ledwo mnie wtedy odratowali. Dzisiaj już takie rzeczy mnie nie brzydzą. Przećwiczyłem już wcześniej i pawie, i gówna. Już nawet nie dostaję gęsiej skórki. -- Mama jest oczywiście umierająca. Od wtorku. - Popatrz, jakie mam trupie ręce. - Mhm, tak, tak. Właśnie rozmawiałem z twoim miłym doktorem i myślę, że są podstawy, by dopatrywać się w rękach czegoś mniej podniosłego. Dostojna śmierć jeszcze sobie trochę poczeka. - Tylko trochę. - No, ja też jeszcze trochę pożyję. Tylko trochę. - Nic mi nie chcesz powiedzieć. Tak jak i oni. - Ale co ja mam zrobić, skoro nie mam złych wiadomości? Ona jednak swoje. Rozględziła się o jakichś okropnościach, o przerzutach, zżeraniu od środka. - Póki co, lekarze starają się być lepsi w pożeraniu. Ze środka. I możesz od swoich czarnych myśli odjąć te osławione przerzuty, bo nigdy czegoś podobnego u ciebie nie stwierdzono. Szczęśliwie przyszła siostra mamy, też już poinformowana, więc i podbudowana, i wniosła na posępną salę nieco rozluźniającego i ożywczego humoru. Chwilę pogadaliśmy o pierdołach. A potem kot, psy. --- No i tak to leci. --- Ucieszyłem się, że przyszła z kwiatkami. Martwi się o mnie. Próbowała mnie znów wczoraj przekonywać, żebym coś zmienił. A ja ją prosiłem, żeby nie dzieliła się ze mną swymi przeczuciami na mój temat. Żyję, jak chcę. Jak każdy. Robię, co chcę. I chcieć inaczej niż chcę nie mogę, bo to niemożliwe. Nie można nauczyć się chcieć czegoś innego. -- Wśród ludzi chodzą pogłoski, że po świecie wałęsają się dusze umarłych. Są jakieś takie nieszczęśliwe, bo pogubiły drogę, czy coś tam. Łażą więc tylko, biedne, tłuką się garami, rozbijają talerze. Tkwi w tym ziarno prawdy. Takie hałaśliwe życie po życiu naturalnie istnieje, przy czym nie ma ono nic wspólnego z bzdurami, o jakich opowiadają spirytyści, czy jak ich tam nazywją. Wiem coś na ten temat, bo sam jestem takim duchem - podzwaniam kluczami, czasem coś rozbiję, tłukę sie garnkami - i to nawet z ochotą, bo lubię gotować, ba- chodzę nawet do banku po te całe, no, po te piniondze, płacę rachunki... Nie byłoby w tych zwyczajnostkach niczego dziwnego, gdyby nie jeden drobiazg - robię to wszystko, mimo że od lat już nie żyję. Być może jest to jakiś rodzaj wyróżnienia? Bo przecież ludzie zazwyczaj umierają, i tyle. Przepadają jak kamień w wodę. A tu raptem niektórzy z jakichś powodów zostają i mogą dzięki temu zobaczyć, co dalej. --- Początki nowego życia, życia w charakterze upiora, są bardzo trudne. Najpierw upiór płacze, płacze tygodniami, potem krzyczy, później znów płacze. Upiór ma często poczucie, że się dusi. Upiór nie ma swojego słownika. Upiór ledwie przypomina sobie ludzką mowę. Upiór nie ma głowy do niczego. Ale gdy się upiór do swego opłakanego stanu przyzwyczai, może wieść całkiem przyjemne życie, bardzo przypominające egzystencję zwyczajnego człowieka. Ktos taki może odbywać dalekie podróże, chodzić do sklepu, czytać książki... Nie obca też bywa mu złudna nadzieja na odzyskanie choćby części tego, co odebrała śmierć... Sam zgrzeszyłbym bardzo, gdybym powiedział, że po tym, jak umarłem, życie straciło kolory - wręcz przeciwnie. Coś z nieodgadnionych powodów podsyca we mnie, może nie płomień, ale drobną iskrę, dzięki której mogę patrzeć, słuchać i cieszyć się zmysłem smaku, i dzięki czemu nie spłukał mnie jeszcze deszcz, nie zjadła noc polarna, nie wessało zimne morze, nie rozproszyła mgła. To coś okazało się zadziwiająco dobroduszne, to coś pozwoliło mi bowiem przeżyć spóźnione, ale dobre, porządne dzieciństwo. Czarowne, złote, niespodziewane. I nie mam temu wielkiemu czemuś za złe, że tak szybko ono minęło, i że wystawiony zań rachunek okazał się wysoki, niemal nie do udźwignięcia. Nie gniewam się na Los, że w najlepszym czasie zwarzył mi duszę chorobą, że wybił mnie tym na bezdroża, a potem, wstrzymując rozpad, dał przeżyć trochę niesamowity sen. Mam jedynie żal za drobne zaniedbanie - nie odkneblował mi ust. Widać jednak nie można mieć wszystkiego. Zwłaszcza, gdy jest się upiorem, zjawą. A teraz - witaj monotonio, drogo na skróty, pogodny dryfie. Mam zamiar szukać połyskliwych okruchów, kolorowych szkiełek w dziwnej, pogmatwanej przeszłości, w błocie i w opalizujących bajorkach pamięci i w ważnych dla mnie przemowach innych duchów, które będę przywoływał z różnych półek. Duchy niezawodnych przyjaciół: Vesaas, Laxness, Proust czy ukochani: Hamsun i Tomasz Mann - ten wspaniały, wielki humorysta. ----- To jest okropne. To jest nic. Za to tylko targać czuprynę. Pogniewała się na mnie za to, że obciąłem włosy. Zawsze lubiła mi je mierzwić. Szczupły, średnio rozgarnięty, wesoły chłopczyk. Nic tylko się nim opiekować, robić malinowe galaretki i przynosić pomarańcze..Tak to było. ---- Zmartwiłem się nieco. Jej wizyta była niespodziewana, a ja prawie nic nie miałem w lodówce - tylko padlina dla psów i jakieś resztki, bardziej odpowiednie dla myszy. Nie miałem głowy do zajmowania się jedzeniem. Ona myślała, że wyciągnie mnie gdzieś na miasto, ale o tej porze roku miasto dla mnie nie istnieje - mijam je szybko i z pogardą. Uzgodniliśmy więc, że będzie podle i z kartonu. Zamówiłem pizzę. Oboje nie lubimy pizzy i pewnie dlatego zjedliśmy ją ze smakiem. A potem, przy winie i kompozycjach Schumanna, kazałem jej opowiadać. O córeczce i wszystkich innych żywych, wśród których się obraca. I zrobiłem coś okropnego. Ona, siedząc w kącie kanapy, gadała, a ja, trochę ostatnio zmęczony, rozciągnąłem się obok, z głową na jej kolanach. I tak sobie leżąc zdrzemnąłem się odrobinę. Ale nie pogniewała się o to. Uznała, że to było słodkie. ---- Odprowadziłem ją potem w towarzystwie moich brytanów do domu. Zrobiliśmy sobie ładny i długi spacer. - Gdybym czegoś potrzebował... - Tak, tak, wiem... I coś się musi stać. Dobrze, może jeszcze wszystko przemyślę. Może jakieś inne chcenie? Może znów będę młody, zapuszczę włosy i uda mi się złożyć dwa ładne zdania? I dam się potarmosić zapowietrzony z radości.
19:05, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (5) »
sobota, 04 sierpnia 2007
W sobotę o zeszłej sobocie

 Już samo naciśnięcie dzwonka sprawia, że czuję się śmiertelnie zmęczony. Rodzina, ach rodzina. Drzwi się otwierają i słyszę okrzyki radości. Ach, przyszedłem, jestem! W samą porę, bo właśnie pani domu zamierza podawać do stołu. Cudownie! Do tego stopnia, że mam ochotę położyć się na podłodze. O! Trochę mi się humor poprawia, bo widzę pieska! A więc jest tu jakieś życie! Witam się z tym życiem ożywiony. Potem przychodzi czas na tę jedyną rodzinną nadzieję, to światełko w tunelu, jakże jednak zagrożone. (Mówią, że dzieci przejmują wiele od swych rodziców chrzestnych, i jeśli to prawda, przyszłość rysuje się w nader ponurych barwach, bo kiedy w jakiś tajemniczy sposób przejdzie coś niecoś ze mnie na tego chłopca, będzie już można zawołać tylko: żegnaj prokreacjo! Ale może nie należy popadać w przesadny niepokój. W końcu moi rodzice chrzestni - tak się złożyło - byli nałogowymi alkoholikami, ja zaś jestem tylko nałogowym palaczem, któremu daleko do nadużywania napojów wyskokowych. Chociaż... Hm... Jak by się tak nieco zastanowić. Może jednak... Tak, coś sprawia, że ten mój chwilowy optymizm zaczyna się chwiać. Drodzy moi chrzestni - oboje skończyli marnie! Przelecieli przez życie niesłychanie "rozrywkowo", i brzdęk. Uzmysławiam sobie, że sam realizuję podobny scenariusz. Czy przez ostatnie piętnastolecie byłem trzeźwy? Absolutnie nie! Byłem kompletnie pijany, chociaż to nie alkohol stanowił tego przyczynę. A teraz co? Czarna dziura! I ani cienia skruchy. Niczego, podobnie jak oni, nie potrafię sobie wyrzucić. Tego by jeszcze brakowało, żebym miał czegokolwiek żałować. Niedoczekanie! I rozwalę się radośnie, na trzeźwo dla odmiany). Uścisk dłoni i dwa słowa, i dwa prezenty: mniejszy i większy. O mniejszym już pisałem. A duży prezent wydłubałem z dna szafy. To stara zabawka, przedpotopowa, którą zabrałem ze sobą, licząc, że dzięki niej uda się jakoś ubarwić mętne spotkanie. I nie pomyliłem się. - Jezu, gdzieś ty to przechował? - woła kuzyn. - U babci było, leżało i pokrywało się kurzem. Przy likwidacji mieszkania odkryłem ten skarb i razem z innymi gratami przytargałem do siebie. Staroświecka gra - piłkarzyki na brzęczących sprężynkach. W idealnym stanie, w komplecie. Zawodnicy rozstawieni, w pełnej gotowości, bramki blaszane, piłka stalowa. Tak się bawili tatuś i wujek (czy kim ja tam, do cholery, jestem). Przypomniały nam się stare, całkiem inne czasy. Aha! Po obiedzie sobie pogramy! Mały już chce, przed obiadem. Bawi go ta rozczulająca, brzęcząca prostota. --- Kątem oka widzę salonik. O, są już. Mamusie. Owdowiałe kwoki. Przyszły. Ko, ko, ko. Troska o drogocenne podłogi nakazała im przynieść własne papućki. Oszaleć można. Mamusie, teściowe. Jedną znam doskonale, bo to starsza siostra mojej mamusi (jakże one są różne: moja mamusia - choć potrafi być wredna - jest prawdziwą elegancką damą - nawet teraz, gdy walczy z chorobą, musi mieć zrobione pazury, oko, musi pachnieć, mieć na sobie dobry ciuch, but - słowem nie widać na niej ani śladu zaniedbania, rezygnacji - a jej siostra: wiecznie rozczochrana, w jakichś naelektryzowanych kieckach, które w dziwny sposób wyglądają na niej jak brudne, na twarzy zaś ma zawsze przedziwny malunek, który musi robić przy użyciu całkiem niecodziennych przyborów). Natomiast drugą mamusię znam tak raczej pobieżnie - jest dość sympatyczna i schludna, chociaż ta pierwsza mamusia wyznała mi kiedyś, że to stara, głupia cipa. Jest naturalnie taka, bo nie ma doktoraaaatu, więcej, nawet magistrem nie jest, słowem - niewykształcony tłuk, słuchający na dodatek Radia Maryja. Oj, oj, oj. Nie wiem, co wyznałaby mi w sekrecie ta druga mamusia, podejrzewam jednak, iż dowiedziałbym się, że ta pierwsza mamusia to stara, głupia, zarozumiała, mmm, której tylko świństwa w głowie. --- Dzień dobry, dzień dobry! Witaj, moja droga. No i co tam słychać? Dobrze. U maciorki byłeś. Tak. Siedzi u niej ten jej cały ćwirćwirek. Jutro się do niej wybieram. No, mówiła mi, że się ciebie spodziewa. Coś chyba dzisiaj popada. E, może nie. A ja ci mówię. A co u ojca? U mojego ojca? W porządku (chyba - widziałem go jakiś czas temu na ulicy - udawał, że mnie nie dostrzega). -- Salonik. A jakże, nowoczesny, tylko jakiś zimny, surowy, bezosobowy. Jak to ludzie potrafia mieszkać. Pokój, który bardziej przypomnina poczekalnię - kiedy tam jestem, boję się zawsze, że gdybym otworzył drzwi do sąsiedniego pomieszczenia, zastałbym w nim dentystę. Obiadek. Żona kuzyna- dość drętwa pani, z którą nie znajduję wspólnego języka, bo -cóż ze mnie za człowiek, do diabła - nigdy nie mam do rozwikłania żadnych prawnych zagadek - ma jedną zaletę - cudownie gotuje. Młody się niecierpliwi, bo chce ze mną zagrać w piłkarzyki. Do licha, jak to jest? - nie lubię dzieci, one lubią mnie!! --- Gramy. Ja i on. Ja - ojciec chrzestny. Ludzie! Zostałem w to wszystko ordynarnie wrobiony. To było niedługo po moim powrocie. Nie, nie, nikt mnie o nic nie prosił. Moja mama powiadomiła mnie, że będę ojcem chrzestnym. Żooona kuzyna się jakiś czas temu okociła i zapragnęła, bym to ja wystąpił w tej idiotycznej roli. Ale żeby się pofatygowała. Nie, gdzie tam - wystarczy przecież, że zaćwierkają na ten temat wróble. Wściekłem się jak jasna cholera. Jakie to typowe. Towarzystwo, nie licząc wspomnianej c... słuchającej Radyja, raczej bezbożne, w pewnych okolicznościach, na wzór innych tego rodzaju towarzystw, ma przemożną potrzebę kontaktu z kapłanem - a to dzidziuś, a to trup, z którym trzeba coś zrobić, zanim zacznie się psuć. Wtedy nagle przypomina sobie o kapłanach- i nie daj Boże, gdy kapłan w takich chwilach, jak najbardziej słusznie, kręci nosem. Nieczuły wstręciuch - woła wtedy towarzystwo - o, wypomina, że mu się na tacę nie dawało. Ale kapłan musi być, i wypędzanie złych duchów, wody święcone, kadzidła, maści i świece płonące. I jeszcze na dodatek wplątuje się w to innych. Nikt nie pomyślał, czy jestem wierzący, czy istnieją jakieś przeszkody - a te istniały. Zwyciężyły jednak przesądy. Obsiadły mnie stare cioty- wrony. Dzieciom się nie odmawia, kra, kra, bo to nieszczęście, kra, kra. OK. No to dziecię będzie miało chrzestenego prawie że poganina- orzekłem. Musiałem przy tej okazji spełnić wymagania natury biurokratycznej, co mnie - to słowo paść tu musi, mimo że nie lubie wulgarności - wkurwiło. Trzeba mi było zajść do proboszcza (odkryłem, że żyję w jakiejś parafii), u którego spodziewałem się głupkowatej rozmowy, ale na szczęście nic takiego nie nastąpiło. Proboszcz okazał się bardzo miły- ba, ucieszył się że nowa dusza doń spłynęła. Zrezygnowałem z bycia emigrantem? Och, to dobrze, że ludzie wracają. Tak, tak. Dostałem bez trudności papier. Mogłem zostać chrzestnym. --- Ach, jak się postarałem! Zjawiłem się z kosztownym drobiazgiem dla dziecięcia, czarujący, odprasowany, odpicowany, domyty, a fakt, że byłem wówczas szaleńczo zakochany, kazał mi szybko zapomnieć o wcześniejszym zagniewaniu. Niestety rozczarowałem się bardzo, bo spodziewałem się święta w dobrej oprawie, z gustowną konfekcją, a tymczasem rodzinka objawiła się w strojach nazbyt codziennych, a mamusia chrzestna, przywleczona z jakiegoś odległego zakątka Polski, okazała się brzydką, rumieniącą się wstydliwką. Czary mary, pieśni nabożne, starcze wibracje... Chrzczenie małego dziecka jest pod pewnym względem podobne do pogrzebu, bowiem w jednym i drugim przypadku osoba, wokół której robi się zamieszanie, w żaden sposób nie może ustosunkować się do głoszonych nad jej głową przekonań. -- Kiedy stałem tak ze świecą jak ostatni cymbał, momentalnie przypomniał mi się Oscar Wilde, który razu pewnego wyraził obawę, że gdyby stanął przed papieżem z kwitnącą gałązką w dłoni, ta natychmiast zamieniłaby się w parasol albo w coś równie okropnego. Ja, zamiast gałązki miałem wprawdzie tylko świecę i nie było w pobliżu żadnego papieża, ale i tak obawa, że dojdzie do jakiejś wstrząsającej przemiany, była jak najbardziej uzasadniona. Szczęśliwie do niczego podobnego nie doszło, i nie spadł mi na głowę żyrandol, nie zapadła się podłoga, nie rozpętała się też burza, gdy pochłaniałem opłatek, świeca zaś spokojnie się zaświeciła (oj, co sobie poświeciłem, to moje). Bóstwo okazało się nadzwyczaj wyrozumiałe, chociaż ja i tak czułem się mało komfortowo - ze względu na uczestniczących we mszy ludzi, którzy z pewnością traktowali całą ceremonię z wielką powagą i wiarą... Ciekaw jestem jedynie, co by się stało, gdyby tłumek rozmodlonych panów i pań w wiadomych nakryciach głowy dowiedział się, że ten elegancik z płonącą , w niewytłumaczalny w tej sytuacji sposób , świecą to najzwyczajniejszy bezbożnik i jeszcze na dodatek homoseksualista (chociaż nie gej - ale nie wiem, czy byłaby to okoliczność łagodząca). Obawiam się, że wierni nie byliby już tak wyrozumiali. Apage!-----Gramy. Żremy. Gramy. I główny punkt późnego popołudnia. Pokażę ci zdjęcia. Tylko nie to. Zdjęcia już nie takie papierkowe. Sadzają mnie przed laptopoem. Widzę kolorowe obrazki. Cukierkowe. To my. To oni. Rzeczywiście. Kto by pomyślał. To ona. To on. W rzeczy samej. A to ty. Patrzę. To ja. Gdzieś tak sprzed dwóch lat. Siedzę w tym samym saloniku, na tym samym fotelu. Nie wiem, co o tym sądzić. Czy jest na sali lekarz? ---- Oddycham z ulgą, gdy zatrzaskują się drzwiczki taksówki. Do domu. Do psów. Daleko od tego bogactwa na smutno, od mądrych wanien, podświetlanych wodotrysków, inteligentnych zasłon, gadających lodówek i kuchenek zdolnych do emocjonalnych reakcji. - Wpadaj częściej - szumi mi w uszach. To powiedział kuzyn, którego prawie nigdy nie ma w domu. Jest, biedak, tak strasznie zapracowany, jest jednym wielkim interesem. Co się z nim podziało? Nie rozpoznaję w nim człowieka, którego znałem przed laty (z sobą mam podobny problem, choć z nieco innych powodów). Widzę tylko jedno wielkie zmęczenie kolekcjonujące kosztowne zabawki, zmęczenie chronione cudacznym alarmem, obwarowane, odgrodzone razem z rodziną od świata...  Jest coś w słowach, jakie napisał Aksel Sandemose: "Do zamożności mogą prowadzić zdolności i harówka, ale też coś oziębłego i nieludzkiego, coś sprzecznego z naszą naturą, lecz czego mimo wszystko się nie zwalcza..."

18:45, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (3) »