BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
niedziela, 31 sierpnia 2008
Halina Wyrodek raz jeszcze

 Może znów trochę śpiewu, dźwięków, poezji...

Sonet 49 Shakespeare'a. W wykonaniu wspaniałej Haliny Wyrodek, której niestety nie ma już wśród nas...

Przeciw temu czasowi, kiedy mnie wyminiesz,

Kiedy poczną cię mierzić wszystkie moje wady,

Kiedy sumę rzuciwszy na czyjeś wezwanie

Dodawać będziesz zyski i obliczać straty.

Przeciw temu czasowi, kiedy mnie wyminiesz

Ledwie okiem rzuciwszy grosik pozdrowienia,

Kiedy miłość zmienionym łożyskiem odpłynie

I ważne znajdziesz dla niej usprawiedliwienie.

Przeciw temu czasowi umacniam się teraz

W wyniosłych murach wiedzy o mojej wartości,

Tę oto rękę prawą podnoszę, niech wspiera

Wszystkie moje powody do innej miłości

Chcąc mnie bowiem porzucić, prawa przywołujesz,

Ja, bo orzec nie umiem, czemu mnie miłujesz.

12:21, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
piątek, 29 sierpnia 2008
Islandia
 No i tego, panie, nuda, nic się nie dzieje. Ale nie, żebym narzekał, co to to nie! Niech to całe nicsięniedziejstwo trwa w nieskończoność! Z przyjemnością dziką dam się ukołysać, ululać. Niech się kłopoty i nieszczęścia trzymają z daleka, albo jeszcze lepiej -  niech lecą gdzieś daleko, w pizdu międzygwiezdne, niech się wplączą w jaki komeci ogon i srrru, na wycieczkę, oglądać nikły dzionek na Plutonie, boleśnie chyba zdegradowanym jakiś czas temu, odplanetowionym definitywnie, sprowadzonym do roli kosmicznego ziemniaczka. ---Pogodo ty moja dobra, z lekkim, nieusuwalnym zachmurzeniem, lekko podjesienniała, upływająca w radosnym spełnianiu obowiązków codziennych (ech, jakże dobrze jednak miśkom, gdy dopieszczone, domuskane, docałowane, doczochrane)... I nech tam nam kradną czas rozmaite sprawy - trudno się mówi, trza daninę jakąś życiu złożyć - to, co nam zostaje wykorzystujemy sobie przykładnie i malowniczo... ---Teraz to się tak trochę mijamy, wpadamy i wypadamy, by się zderzyć pod wieczór, kiedy to krzepimy się ciepłym żarełkiem i własnym ciepełkiem... I czekamy z lekkim utęsknieniem na zaplanowane leżenie bykiem. Niby mieliśmy teraz wybyć gdzieś na przysłowiowe natury łono, ale tak wyszło, że ruszymy dopiero we wrześniu - i to może nawet lepiej, bo młodzież będzie już śmiertelnie zanudzana w szkółkach i z pewnością dane nam będzie zakosztować dobrej ciszy, której nam trzeba, jak bardzo trzeba... --- Brr - muszę się wybrać na jakieś zakupy. Nabyć jakieś nowe trepy, rozejrzeć się za okryciami na dni chłodniejsze... I zabrać się za jakieś porządki. Na miom biurku syf panuje totalny, wysypisko. Sterty książek (na chuj mi one - całe roje znaczków, a we łbie nijakiego mądru, panie, tego...), nadto tonny (coś mnie wzięło, żeby pisać tak przez dwa n) boleśnie zmarnowanego przeze mnie papieru... Strasznie łatwopalnie wokół mnie... A ja tak ciągle otwieram w swym gabineciku z uroczym kącikiem gnilnym (kącik gnilny to miejsce, gdzie jest zawalone gazetami legowisko, na którym wypoczywam, gdzie wpierdalam ciasteczka obsewrwowany przez śliniące się psy: Niedżwiedzia i moją małą, karłowatą godzillę {to wymysł Franka: - Popatrz, ten mały ma łeb jak godzilla. On nie ma pyska, ma twarz, twarz godzilli. Tej japońskiej, której gadzie rysy uległy sympatycznemu umaskotkowieniu. Bo ta amerykańska została okropnie ugadzinowiona, zjurajszczona, zeszpecona, brrr...}) ogień, niewielki wprawdzie, zapałczany, ale za to białoruski, a to już nie żarty... Kogo napadło, żeby sprzedawać takie zapałki! Jakbyśmy własnych podpałek nie mieli. Pocierasz i trrach - robi się uroczyście, fajerwerkowo... No, no, no - ktoś tu nas chce spalić złośliwie... Puścić z dymkiem wonnym makulatursko, i to świeże całkiem, i to pożółkłe.--- Mam problem - chomikuję, jestem chomikującym homikiem (przez samo "h"). Jestem homicząco-chomikującym przejawem woli... Taż to wywalić, panie, drukowane takie? Albo oddać gdzie na poniewierkę to wszystko co w tekturkach, półskórkach? Nie, nie... To już mi tak po babci zostało. Dla niej biblioteka była świątynią. I na mnie to przekonanie przeszło. Razem z jej księgozbiorem. I wszystko to domaga się uporządkowania. I trzeba by było przynajmniej pozbyć się trochę starych roczników czasopism rozmaitych... I w ogóle trzeba by jakoś ogarnąć chałupę, do czego jednak ani ja, ani Franek specjalnie się nie garniemy. Ot, trwa taka upychanka po kątach i jest jakoś tak tymczasowo... Panowie gdzieś się wybierają dalej? Tak widać, że w przelocie. No - burdel jest - co tu dużo gadać. Franek jeszcze dorzucił do składziku swoje klamoty, i jest cacy... I tak gadamy czasem przy napojach, że może coś zrobimy... Bo w sumie przydałoby się. Na razie została zaklajstrowana dziura w kuchennym suficie, dobrze by było jednak zrobić jakiś grubszy remont w mieszkaniu i coś przy okazji pozmieniać, tak by zorganizować nową scenerię na tę nową drogę... Ale to raczej zadanie na dni wiosenne. Bo tak teraz zabierać się za takie rzeczy? Nie, przezimujemy w tym, co jest, do czego zaprosiłem tego niedośpiałka. Będzie miło. W przytulnym rozgardiaszu... --- Wczoraj trochę się wybebeszyliśmy w naszej skorupce dwuosobowej. Mieliśmy w planach małe, wieczorne zmordowanie kulturalne, odwidziało nam się jednak, bo Franek wrócił już niekulturalnie, pracowniczo i jeszcze dodatkowo pływacko zmordowany, tak więc, by uniknąć przesady, urządziliśmy sobie wczesne wwyrogruchnięcie, lekko winne i filmowe (oczywiście towarzyszyła nam psiarnia w postaci niedżwiadka i godzilli karłowatej - Chryste Panie, świeżą pościel założyłem, a te z tymi swoimi kudliskami, łapskami - dzicz, panie, jaskiniowość, i to jakaś schyłkowa... I spróbój człowieku je przegonić, to z mordą na ciebie - bo co, k...a, albośmy pełnoprawni członkowie, albo nie! Piękna samcza rodzina. Nie ma co, człowiek musi się napić!). Zaproponowałem wieczorek z kinem islandzkim... - Cóż innego mógłbyś zaproponować - uszczypnął lekko Franek. - No to może coś z pięknego kina hamsunowskiego. - Tiaaa... To zdaje się nieuleczalne... Rzeczywiście - trudno byłoby znaleźć jakąś skuteczną terapię odwykową... Wybrałem ze swej filmoteczuszki dwa obrazki, których Franek nie widział, a które sam z przyjemnością sobie przypomniałem. Zrobiło się troszkę feministycznie, bo rzuciliśmy okiem na filmy o paniach. Pierwszy z nich to "Agnes" Egila Edvardssona - film o kobiecie, której przyszło żyć w mało łaskawych czasach, kiedy to jeszcze wesoło obcinano łby, a panie chętnie traktowano jak przedmioty, zwłaszcza te, co ośmieliły się mieć nieślubne dzieci. Złe, mizoginiczne czasy, Islandia z pierwszej połowy XIX wieku, kobieta zmagająca się z przemocą i dość pechowo lokująca swe uczucia, posądzona w końcu o morderstwo i skazana na śmierć. Film - będący swego rodzaju hołdem złożonym tym wszystkim prześladowanym, niecnie wykorzystywanym istotom - oparty jest luźno na prawdziwych wypadkach opisanych choćby w książce Þorgeira Þorgeirssona "Yfirvaldið" (Władza), a pierwowzorem jego głównej bohaterki jest Agnes Magnúsdóttir, która razem z niejakim Friðrikiem Sigurðssonem została ścięta 12 stycznia 1830 roku w Vatnsdalshólar w okręgu Húnavatnssýsla. (łeb ucinać - ładnie to po islandzku brzmi - hálshöggva) - karę tę wymierzono za zabójstwo Nathana Ketilssona z Illugastaðir i Pétura Jónssona z Geitaskarð. (Warto dodać, że egzekucja ta była ostatnią, jakiej dokonano w Islandii. W jej miejscu stoi dziś kamień upamiętniający tamto tragiczne zdarzenie. I zachowały się narzędzia straszliwe, przy użyciu których te dwie osoby wyprawiono na tamten świat). --- A drugi obraz to "Maria" Einara Heimissona - ładna historia o młodej Niemce ze Śląska dziejąca się tuż po wojnie... Ot - opowieść o kobiecie, która przybyła do Islandii, by zarobić trochę pieniędzy... Dama (w tej roli piękna Barbara Auer) poznająca czym jest grabienbie siana, napastowana przez gospodarza żyjącego z siostrą na odludziu, któremu los jakoś nie pozwolił zakosztować słodyczy seksu... Przerażona Maria ucieka... Dociera do Reykjaviku, gdzie stara się odnaleźć poznanego na statku mężczyznę, co to jej lekko w głowie zawrócił opowiastkami o sagach i pocałunkami zakrapianymi brennivinem... Wyszło jednak, że blondasek czarowny to interesowny łajdaczek, historia jednak potoczyła się malowniczo, bo oto zjawił się ktoś, kogo zauważyła już wcześniej, tuż po dotarciu na wyspę - tym kimś był Żyd, który znalazł na Islandii schronienie, bo umiał grać na flecie... Zrodziło się uczucie... I tak Maria, Niemka, osłodziła uczynnemu Żydowi jego ostatnie chwile życia... Bo jej ukochany był już śmiertelnie chory... I cóż - gdy było po wszystkim, uleciała z Islandii z odziedziczonym mająteczkiem, pełna czarownych wspomnień... --- No, i tak było i trochę okrutnie, i trochę miłośnie, z lekka gorzkawym happy endem... --- Uruchomiłem te filmy, popatrzyłem na landszafty i trochę rozkosznych, ale i cierpkich wspomnień spłynęło mi do głowy... Zastanawiam się czy powinienem tam powrócić... Już kilka lat minęło od ostatniej podróży w te pejzaże, co trafnie moją własną duszę opisują. Ach, gdzieś na dnie pokutuje stara przygoda, rozniecone nadzieje... Żyje tam ktoś... Tak, takie spotkanie było kiedyś, co się skończyło obopólnym, koszmarnym rozczarowaniem... Nie, nie warto do tego wracać.. Tyle że cóż mówić: nie warto... Obok tego jest przecież ten cały dziwny czas na pustkowiu, w tej zdumiewającej ciszy... Piękne, letnie miesiące sprzed lat wielu, zaskakująco pogodne, urywek życia, który ulecieć z pamięci nigdy nie zdoła, jawa, co dziwniejsza była od snu... Taa - a było sobie w łeb strzelić... Tylko nie miałem, cholera, czym... Taki dzionek mi staje przed oczyma - taka chwila bez niczego, chwila bezgranicznego spokoju i bezdennego zdziwienia, krok od szaleństwa... W Reykhólar... Znajomi poszli się taplać w basenie, ja zaś się od tego głupstwa wymigałem i poszedłem posiedzieć nad fiordem. Było ciepło, bezchmurnie. Patrzyłem na drugi brzeg. Woda niemal bez zmarszczki. Silny zapach wodorostów. Coś we mnie gadało - I to wszystko. Nic więcej. Ani kroku dalej. --Ani by świat nie pisnął, gdybym sobie co zrobił... Ale nic sobie nie zrobiłem - takie ze mnie ciekawskie bydlę... A później jeszcze dłuuuugie tygodnie w Reykjaviku - już trochę w innej epoce, choć w podobnym półśnie, z szarą ścianą za oknem w wynajmowanej norce, z której byłem zadowolony. W samotności. W półprzytomności... Z dobrym, taktownym, nie narzucającym się przyjacielem, który zawsze pukał w okno... Dobry przewodnik i opowiadacz... Strasznie wysoki, przemalowniczo niezgrabny, z zębami w połyskliwych, korekcyjnych imadłach... Też uleciał z wyspy, ze swej ojczyzny i osiadł w Kopenhadze... Jest coś w tym, co gada Baltasar Kormakur - że Islandia potrafi być piekłem. Być tam w szarej codzienności? Żyć i pracować? Wydaje mi się, że tego bym nie potrafił... Zdecydowanie - umiałbym tam żyć, gdybym miał fortunę dającą absolutną niezależność. Potrafiłbym tam wieść żywot tylko takiego potwornego nieużytka i umarłbym na zagapienie, zniknąłbym, rozpłynąłbym się, zaśnił się, nikt by mnie nie znalazł... --- Ile tego wszystkiego we mnie... Cóż tam w środku? Wiatr, deszcze horyzontalne, mgła, trochę smrodliwych wyziewów, trochę gejzerowych wybuchów, dużo lodu, dużo jałowej skały, trochę nieobliczalnego ognia, podpatrywania z ukrycia, złowrogie miny i nastroje, kaprysy, zwidy, rozległe pustkowia, ubocze, które jednak łaskawie pozwala na czyjeś tęskonoty i rozkochania... Warto wiedzieć, gdzie przybić do brzegu... ---Ilekroć wracając unosiłem się w samolocie nad islandzką ziemią, pytałem siebie, czy dam radę kiedykolwiek tam powrócić... Wracałem gnany potworną tęsknotą... Ale teraz nie wiem czy tam jeszcze polecę. Może czas nadejdzie na kolejną podróż, gdy się już zestarzeję? Gdy z ducha zostanie tylko szary kamyk? Tak może byłoby najbezpieczniej? -- Cóź to jest??
20:40, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
środa, 27 sierpnia 2008
Sivert (Duży Książę)
 I tak się porobiło, że Duży Książę nam się gdzieś zawieruszył. Jest sobie w dworku swego wesołego przyjaciela, objada się smakołykami... Byłoby miło już tam się znaleźć, a tymczasem autor biedny, zupełnie pozbawiony kontroli nad tym blogowym zdarzeniem (mój Boże, pomyśleć, że wszystko zaczęło się od pasty do zębów księcia Karola...), zabrnął do jakiegoś miasteczka, na niewielką uliczkę, przy której stoi pewna kamieniczka... Ten nowy dla nas świat, który tak pobieżnie poznajemy, dla pewnego starego pisarza już oschły, nie budzący głębszych wzruszeń, wdarł się w opowiastkę (zapytać wypada czy będzie ona miała jakiś koniec? Chociaż tak, tak, przecież to nic wielkiego i trudnego - zawsze zakończyć rzecz można - wystarczy tylko wpuścić tam dinozaura, który zrobi ze wszystkim porządek, tak jak zrobił porządek z wylęknionym, samotnym Baldurem pewien zbiegły z cyrku słoń. [Ach, doprawdy, jaką człowiek ma władzę!!]), wdarł się ze swoją historią, w której pewną rolę odegrał śliczny, jasnowłosy Sivert. --Dziś, gdy patrzymy na jego rodzinne gniazdo, na ową kamieniczkę w prowincjonalnym miasteczku, widzimy (mam przynajmniej taką nadzieję) schludny budyneczek pokryty starannie białym tynkiem, w czasach młodości wspominającego pisarza obiekt przedstawiał się jednak niezbyt olśniewająco - wtedy była to odrapana rudera, szara, tu i ówdzie strasząca nagimi cegłami. Z niej to wybiegał ten rozwichrzony, niepoprawny chłopiec, nawykły do chadzania na skróty, chłopiec z głową pełną fantazji, z zamyślonymi, przymglonymi oczami... --Po drugiej stronie ulicy, vis-à-vis bramy znanej nam już kamieniczki, znajdował się kiedyś zakład szewski, w którym Sivert przez krótki czas pracował. Był wtedy młodzieniaszkiem po kilku klasach podstawowoej szkoły (to było całe jego wykształcenie), młodzieniaszkiem sprawiającym mnóstwo kłopotów... - Ach, to wszystko przez to cholerne bydlę! Przez jego ojca! Chłopak się zmarnuje, i tyle! - mówił szewc. Rzeczywiście, nie miał kto chłopaka przypilnować - ojciec jego bardzo się rozpił i nie w głowie mu było zajmowanie się rodziną, matka zaś, ciągle zarobiona, zgoniona za groszem, nie miała za wiele czasu na myślenie o poczynaniach swego syna - dopiero gdy ktoś przychodził ze skargą, czasem w towarzystwie policjanta, docierało do niej, że jej chłopak schodzi na złą drogę. I cóż mogła, biedaczka, uczynić w takich chwilach - nie umiała przemawiać, tłumaczyć, rozmawiać, brała tedy, co miała pod ręką i tłukła niesfornego Siverta, gdzie popadło. Potem zaś ze łzami w oczach tuliła go do siebie - Co z ciebie, synku mój, wyrośnie, jakiej ty biedy sobie w życiu napytasz? On zaś tłumaczył się - Ja nie chciałem. Tak to jakoś wyszło. Przepraszam. --Potem zwykle siadali do skromnej kolacji... Sivert skubał ten ciężko zapracowany, matczyny chleb i pochlipywał wzruszony... - Ech, wiele warte te twoje łzy. Dziś płaczesz, a jutro znów licho wie, gdzie cię poniesie... Chuliganisz, łazisz z hyclami albo czytasz coś po nocach, naftę marnujesz. Myślałeś choć o jakiejś pracy? Mnie wiele nie zostało. Raz dwa zamknę oczy. I co wtedy? --Razu pewnego ojca Siverta zatłukli. Ktoś przybiegł do domu z wieścią, że jego zwłoki znaleziono przy nasypie kolejowym, za miastem. --Taki był zły, nieużyty, marnował pieniądze, czasem i do bitki się w domu stawiał i ktoś mogłby powiedzieć, że swym tragicznym odejściem odciążył tylko rodzinę, że ta śmierć tylko ulgę przynieść mogła, a tymczasem okazała się bolesnym ciosem, głównie dla matki Siverta...-- Dziwne są te nasze uczucia... Ile przy ich udziale człowiek przecierpieć po cichu potrafi i jak wiele wybaczyć... Złego słowa powiedzieć o nim nie dała. Dla niej był on nieszczęśliwy, bo chory, a na chorobę, mówiła, rady nie ma. Trzeba z nią jakoś do końca się przeczołgać. I Bogu dziękować za wszystko, co dobre. Bo przecież i szczęścia im trochę podarował. Tak go przecież kochała. Tak jej ślicznie umiał w głowie zawrócić. I Sivert przecież na świat przyszedł. - Dużo jej z tego Siverta - gadali ludzie. - Poczekajcie, jeszcze się przekonacie, co wart jest mój Sivert - wołała. Wołała tak zawsze, choć musiała dokonywać w duchu niejakiego wysiłku, by utrzymać się w tej głośno wypowiadanej wierze... --Krótko po wspomnianej tragedii matka Siverta ciężko zapadła na zdrowiu. Role się odwróciły. Teraz Sivert musiał o nią zadbać. Szewc z naprzeciwka, trochę tak przez litość, zgodził się przyjąć go do siebie... - Może jeszcze co z ciebie będzie... --Nasz wspominający pisarz w swej książeczce pyta się: Ciekaw jestem czy ten malowniczy hipokryta, ten szewc z ulicy Fabrycznej, kiedy wybijała jego ostatnia godzina, wiedział, że ten czarowny chłopiec podarował mu życie wieczne? Właśnie ten chłopiec, który nieraz solidnie od niego oberwał... CDN
14:36, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 25 sierpnia 2008
Złość lekka i sen o dupie

 Oj tak, w zasadzie nic się u mnie szczególnego nie dzieje i tak za bardzo nie ma o czym pisać. Dni mijają w harmonii, w spokoju, w pogodzie... Czasem tylko pojawi się mały zgrzyt, ale to nic, człowiek ma przynajmniej okazję, by rzucić troszkę mięsem... Tak jak wczoraj, kiedy zaraz z rana zatelefonowałem do pewnego kolesia, żeby mu w mało wybrednych słowach dać do zrozumienia, co o nim sądzę. Cholerny, mały zawistnik, który sobie w dodatku dysponuje moją osobą, by dawać wyraz swej goryczy... Co za człowiek - chodzi, syczy z sarkazmem, gniewa się na świat cały, obraża, dotyka... ---- W sobotni wieczór byłem sobie na takim dość męczącym, kudłatym spędzie i przy tej okazji spotkałem kolegę, z którym widuję się tak sporadycznie, bo ciągle jakoś tak brakuje czasu... W sumie to bardzo miły gość, mimo tego że czasem potrafi znużyć śmiertelnie swymi erudycyjnymi popisami... Trochę to chyba zresztą taki nieszczęśliwy gość - bardzo przylepny, zawsze spragniony przyjaźni, której mu chyba chronicznie brakuje, pełen takiego dziecinnego zdziwienia okazywanego wówczas, gdy ktoś nie wyraża zbytniej ochoty na jakieś bliższe, intensywniejsze kontakty... Cóż, niektórzy tak mają - jak spotkają kogoś, kto wedle ich opinii jest ciekawy, to zawsze jest to ktoś niezbyt zainteresowany nadmiernie przyjacielskimi relacjami... Sam się zastanawiam, co takiego w nim jest, że ciągle żyje w pojedynkę, raz po raz opuszczany przez kobiety, otoczony raczej znajomymi niż przyjaciółmi. I cóż mnie by szkodziło, gdybym pozostawał bardziej otwarty względem jego osoby? Tyle razy mnie do siebie zapraszał, chciał, żebyśmy gdzieś pojechali... Lubię go przecież, nic do niego nie mam, miło trzepnąć z nim kielicha, pogadać o tym, co kto napisał, co kto zagrał, podoba mi się rozwój jego kariery, mam wiele podziwu dla jego wiedzy... Tak, mam jednak wrażenie, że gdybym widywał go częściej, byłoby to dla mnie wyczerpujące... Ale nie wiem, o co chodzi? Czy to jakiś wampiryzm energetyczny? ---W każdym razie ostatnio się spotkaliśmy, ale koleś, zauważyłem, niezbyt entuzjastycznie zareagował na mój widok... - Co jest? - To właściwie chyba ja powinienem zapytać, bo sam nie wiem - powiedział. - Nic nie rozumiem. - Zrobiłem coś nie tak, coś przeoczyłem? - Że niby mnie? Nigdy w życiu. - Nie, bo myślałem, że się komuś zwierzyłeś. D. mnie zmartwił. - Tak? Czym?  ---Spotkał kiedyś naszego wspólnego znajomego na ulicy. Pogadali. Tamten koleś silił się na jakieś złośliwostki. - Bo go krew zalewa, że jesteś dobry. To chyba dość typowe u miernot. - Nie przesadzaj, przecież... Tak, tak - całe szczęście, że mnie nie zapytał po raz setny: Czemu ten D. mnie tak nie lubi? Żyje na tym świecie tyle już lat i, Boże drogi, ciągle nie może uwierzyć w zawiść. - No i, wiesz, tak zeszło w rozmowie na ciebie. - O mnie rozmawialiście? - No, bo nie widzieliśmy się długo. Tak w ogóle to wyparował mi gdzieś twój numer... - I co? -- Tak, i co - D. wyskoczył z bardzo uprzejmym tekstem: - Dlaczego Kiljan miałby się z tobą spotykać? On ma lepsze towarzystwo. - Tak powiedział? --- Beznadziejne są takie wyskoki. Człowiek się tak głupio czuje.--- Zezłościło mnie to i w niedzielę postanowiłem milutkiemu koledze zepsuć poranek. Sypnąłem trochę kurwami, bo, do diabła, jak on ma zamiar kogoś ranić, to niech to robi we własnym imieniu! Będzie mi, dupek, ustalał, kto jest dla mnie dobrym towarzystwem, a kto nie.

 Tak, a zanim zadzwoniłem, żeby trochę poprzeklinać, wybrałem się w sennych marzeniach na... Ukrainę. Dalibóg, nie mam pojęcia, czemu akurat tam. Tak czy siak wiedziałem we śnie, że byłem na Ukrainie. I był to ponadto sen, który wiązał się poniekąd z moją mamą... Ostatnio mama nawet mi się nie śniła... Ale zaraz po jej śmierci i po pogrzebie śniłem o niej często... Pojawiała się w snach żywa i zdrowa, chociaż za każdym razem miałem świadomość, że śmierć już ją dopadła, ale wyglądało to tak, jakby ot - przeszła przez chorobę, umieranie, a potem wróciła... Jeden sen zapamiętałem szczególnie... Mieszkałem w czymś, co przypominało wagon kolejowy, taki wagon przerobiony na domek, podobny do tego, w jakim kiedyś tam spędziłem kilkanaście wakacyjnych dni w Łącku, tyle że ten wagonik stał niby to w górach, choć tych gór nie widziałem, bowiem za oknem panowała noc, a w dodatku jeszcze obok przebiegała ruchliwa ulica, po której śmigały tramwaje (pamiętam wyraźnie rozmyte na asfalcie czerwone światełka). I jeszcze jedna osobliwa rzecz w tym wagoniku - domku, a mianowicie sufit, niesłychanie wysoki, pod którym zawieszone były wiosła, kolorowe kajaki, koła ratunkowe, płetwy, nadmuchiwane węże i krokodyle... W tej dość niesamowitej scenerii odwiedziła mnie mama. I straszliwa rzecz - ona siedziała, a ja oglądałem jej pokryte bliznami dłonie. Blizny były świeże i różowe. Blizny po zaleczonej, wygojonej pośmiertnej zgniliźnie... Obudziłem się wtedy zlany potem...--- Tym razem też się gwałtownie przebudziłem - z krzykiem... Jak już napisałem, zawędrowałem na Ukrainę. Najpierw pamiętam mieszkanie mamy, które też jakimś cudem sennym na Ukrainę się przeniosło. Było takie jak w dniach, kiedy je likwidowałem - rozgardiasz, nagie okna, przez które wpadało ostre poranne słońce. W mieszkaniu tym był pies. Duży, niezwykle przymilny, wesoły, łagodny. Ten pies niby został po mojej mamie... Przyśniła mi się też siostra mamy, która nie chciała się tym psem zaopiekować: - Ty już masz dwa, to i trzeci się u ciebie wyżywi. - Ty też masz psa - zauważyłem. - Ale mój jest duży, a ty masz dwa małe... No i wziąłem tego wdzięcznego psa. --- Potem inna scena - ja, pies, Franek, którego jednak nie widzę, ale wiem, że jest gdzieś w pobliżu. Zaszliśmy do baru. Brudna mordownia. Dzień był upalny, cichy, słychać było brzęczenie much... Daleko było jeszcze do godzin pijackiego szczytu... Barman, starszawy gość o dośc rasowym obliczu, wycierał szklanki, ale nie poświęcał uwagi tej czynności - śmigał przybrudzonym ręczniczkiem niemal bezwiednie i patrzył tępo przez otwarte drzwi, patrzył na pokrytą pyłem rozpaloną w słońcu drogę... A potem się odwrócił, by poustawiać wytarte szklanki na półce i... o zgrozo - z tyłu barman był nagi! Zobaczyłem goły, brzydki, obwisły tyłek. O rany, a gdy oparł jeszcze nogę o taboret, by dosięgnąć wyższej półki, między nogami zadyndał czerwony flak! Jednocześnie gdzieś obok działo się coś groźnego. Jakby kątem oka dostrzegłem... skałę, skałę w barze, z której pędziło coś... Właśnie - coś, coś takiego, co ludzie o pewnej, powiedzmy, silniejszej wrażliwości potrafią niekiedy dostrzec kątem oka wędrując np. po Islandii. To coś kształtem przypomina człowieka, ale... To było to coś, co pędziło w moim kierunku... I nagle krzyk. Krzyk Franka! Krzyk, który przedarł się w senną rzeczywistość, by mnie z niej wydobyć. Też wrzasnąłem w momencie przebudzenia. - Rany, aleś się mordował - powiedział Franek. - Co ci się śniło? No własnie, co... Coś mi się przyśniło... I do tego goła dupa barmana. - I co było straszniejsze? Dupa czy to coś? Hm - to coś było straszne. Dupa natomiast trochę mnie rozgniewała. Bo jakże to tak? Doprawdy, gdybym coś takiego ujrzał na jawie, zawołałbym: - Bój się Boga, człowieku! Takie dupsko pokazywać...--- Bardzo, bardzo mnie ta dupa zmartwiła... Nawet nie chcę tego w żaden sposób interpretować... :)

15:20, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (9) »
sobota, 23 sierpnia 2008
Pani Halina

 "Minąłeś, minęłam, już nas nie ma,

  a ten szum wyżej to wiatr,

  on tak będzie jeszcze wieczność wiał,

  nad nami, nad wodą, nad ziemią"

Śpiewała. Swym niezwykłym, niepowtarzalnym, niezapomnianym głosem. Halina Wyrodek. Od pewnego czasu już jej nie ma. Odeszła w szpitalu G. Narutowicza w Krakowie, po ciężkiej chorobie, 12 sierpnia... Aktorka, pieśniarka, wielka osobowość "Piwnicy pod Baranami". Barwna postać tego osobliwego miasta, które niby ciągle jest, ale już właściwie nie istnieje...

 Nie bardzo wiem, co napisać. Coś o smutku, coś o przemijaniu i naszej bezsilności wobec niego, o której śpiewała. Paweł Głowacki w "Starej mgle" wymienia jej ważne cztery pamiętne, potężne, nietykalne dla rdzy pieśni: "Koniugacje", "Dłonie", "Sonet", "Ta nasza młodość"... Cztery pieśni. "W nich wędrowała wstecz. Sama... Zawsze coś niby spojrzenie w tył - próba powrotu na plecach słów, próba odzyskania dni przeszłych, dokonanych. Wszędzie dławiąca świadomość straty nie do odrobienia."

Pani Halina, która jest już z Piotrem S.

13:43, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (3) »
czwartek, 21 sierpnia 2008
Leo (Duży Książę)

 Dziadek Leo... Tego jeszcze brakowało. Jeszcze nie tak dawno w ogóle nie istniał, a tu raptem się skądś wyłonił i domaga się, by coś o nim opowiedzieć. Chce koniecznie zaistnieć, choćby tak na marginesie, bez większego, znaczącego związku dla opowieści, której bohaterowie z innego są czasu i nie wgłowie im zajmowanie się jakimś tam zapomnianym pisarzem... --- Oj... Tak... Cóż powiedzieć. Kłopotliwa rzecz, bo też i do głowy pomysł żaden się nie ciśnie, ale że ręce są już w ruch wprawione, może one same coś wykombinują... ---Pewnien inny pisarz, kiedy się już zestarzał, postanowił jeszcze raz sięgnąć po pióro, tym razem po to, by ukazać a to trochę mateczników swej twórczości, a to przywołać kilka ważnych w jego życiu sylwetek i opisać trochę miejsc, które w swym długim, przesadnie długim - jak sam zanotował - życiu odwiedzał... Tak, przesadnie długie życie powoduje, że człowiek czuje się jak to drzewo na porębie, jakie ktoś, może tak dla kaprysu, postanowił ocalić... Takie życie, którego nie podpiłowują żadne straszliwe choroby, a przewraca powiew zaawansowanej starości... ---Pisarz czerpał trochę, jak sam zapewniał, ze swoich dzienników, które jeszcze, jako że ich twórca ledwie co umarł, spoczywają w bezpiecznym ukryciu, z pewnością oprószone pikantną przyprawą, jakiej posmakują ciekawscy czytelnicy za lat pewnie kilkadziesiąt, kiedy to czasowy dystans da pewność, że nie zaistnieją żadne powody do nadmiernego rozbudzania niepotrzebnych emocji, tak więc dziś jesteśmy tylko zdani na uładzone, obrobione literacko wspominki, nostalgiczne obrazki, westchnienia za rozwianą na wietrze młodością... Wśród tych utkanych ze słów obrazów pojawiają się oczywiście ludzie, wpleceni w malownicze pejzaże, o których pisarz opowiadał zawsze z najwyższym smakiem i talentem, wynajdując czasem czarowne a zdumiewające słowa, by opisać a to jakąś starą przystań nad jeziorem, a to pola porośnięte zbożem (ach, ileż tam znawstwa, jakież popisy botanicznej wiedzy zawarte w poetyckich wyliczankach chwastów mieszkających wśród pożytecznych, chlebodajnych kłosów)... Jednym z takich ulubionych miejsc naszego wspominającego pisarza była właśnie Nasturcjowa Dolina, do której zjeżdżał on każdego lata, by pobyć trochę w ciszy, naładować te przysłowiowe akumulatory, wyłowić z duszy jakiś nowy pomysł na nowelę czy dramat, pokąpać się nieco w krystalicznych jeszcze wtedy wodach jeziora, zażyć słońca i popatrzeć na silnych, wiejskich chłopców, których uroda nigdy nie przestała go fascynować, nawet wtedy, gdy był już poważnym mężem i ojcem (dużo, nadzwyczaj dużo swego talentu ofiarował w chwilach, gdy tej czy innej tworzonej przezeń bohaterce przychodziło się zakochać w jakimś urodziwym stworzeniu - aż kipiało wtedy z tęsknoty za silnymi ramionami, cudnie uformowanymi udami, smukłymi kolanami itd, itd...). Pisarz odwiedzał też przy okazji pobliskie miasteczko, mniejsza o nazwę, oddalone od naszej doliny o ledwie kilka kilometrów, do którego najszybciej można było dostać się koleją. (Pisarz z rozkoszą opowiadał o małym parowoziku ciągnącym za sobą staromodne wagony, które pewnie w dawniejszych jeszcze czasach obsługiwały pasażerów na głównych szlakach, zaś za jego młodości "dorabiały sobie do emerytury" na tej podrzędnej trasie kończącej się właśnie w małym miasteczku, niezbyt ładnym, wyrosłym wokół jakiejś fabryki, tartaku i czegos tam jeszcze. Miasteczko, którego nazwa nie jest istotna, niczym szczególnym się nie wyróżniało, i tak zresztą jest po dziś dzień. Dawniej tylko więcej było w nim biedy i wyrastającej z niej przestępczości... Tak, niewiele się w calej okolicy na przestrzeni tych wielu już lat zmieniło - pozostały te same wzgórza, lasy, nadal trwa tam jezioro wcinające się jedną ze swych odnóg głęboko w Nasturcjową Dolinę, spośród starych lip wyrasta ta sama kościelna wieża, od zawsze biało - zielona (nie wiem, czemu akurat taka - tak mi wpadło do głowy), ale z człowiekiem tak już jest - przybywa po latach, jak nasz zacny pisarz, patrzy na krajobraz, jedzie potem do miasteczka i ogląda te same mury, pośród których upływały letnie tygodnie jego młodości, widzi perspektywę jakiejś tam kiedyś ważnej ulicy, może nawet tej najważniejszej, przy której stała zabiedzona kamieniczka, z której wybiegał jego śliczny, rozczochrany malowniczo i nieuleczalnie przyjaciel, zawsze łobuzersko uśmiechnięty, utalentowany drobny chuligan - ten właśnie chłopiec, ku któremu zdążamy, chłopiec żyjący jak we śnie, ta wyłowiona z biedy, z błota perła ze skazą, przybywa w stare kąty i pyta - czy to jest to? To, co wtedy wydawało mi się takie piękne, niezrównane, niezapomniane, najdroższe? Tak, niby wszystko jak dawniej, dziś może w większym porządku, ale gdyby pozostała nawet stara bieda, czy rozpoznawalibyśmy pejzaż? Tak wiele się zmienia, tak wiele się zmienia w nas i gdy powracamy w stare miejsca zdają się one odbiegać bardzo od tkwiących w pamięci obrazów, odczuwamy jakiś brak... Przemijanie... Wraz z nim świat nabiera jakiejś oschłości... Tak to już jest... Jakże wszystko oddala się od snu naszej pamięci... To tu, pyta się pisarz, spacerowaliśmy po łąkach? To tu biegał ten roześmiany chłopak w dziurawych butach...?--- Na imię miał Sivert...

 Mało czasu, pora kończyć dziś. Ciąg dalszy nastąpi. :) 

17:39, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
wtorek, 19 sierpnia 2008
Duży Książę - Leo i Aubrey (cd)

 Zobaczymy czy uda się coś dopisać. Dawno już nie byliśmy w Nasturcjowej Dolinie... Tak, spróbujmy, mimo wyraźnej niechęci do jakiejkolwiek pisaniny... Leo, zawieruszył się nam, bo raptem do opowiastki wtargnęła postać z odległej przeszłości, zdziwaczały przodek naszego Księcia, tej postaci, której za bardzo rozgryźć nie potrafię, który kazał obsiać cały swój kraj nasturcjami, za co został straszliwie ukarany (jeśli ktoś przeoczył list od Księcia, spieszę powtórzyć, że król zginął przebity żelastwem, grozę zas całej sytuacji spotęgował fakt, iż nie było to żadne żelastwo wojenne, tylko, nie do wiary, rolnicze).

 Ach, tak to jest... Można by powiedzieć: Leo, Leo... To cała historia na niejeden wieczór... Tak, tak mówi się o wielu ludziach, ale jakoś nie zawsze nam spieszno, by tak od razu opowiadać... Hm... Autor coś tam słyszał piąte przez dziesiąte, lecz żeby tak zaraz chciał coś budować, o tej porze, po trzech talerzach zupy ziemniaczanej (Wpadłem doprawdy w jakieś ziemniaczane nienasycenie, w prawdziwie ziemniaczany obłęd - a to objadam się plackami, a to frytkami, a teraz przyszedł czas na zupę... mniam, mniam. Ugotowałem cały kocioł takiej ordynarnej zupy. Zostało mi trochę kartofli - smakowitej odmiany belarosa - mmm, takie aksamitne, jak masełko!, więc przystąpiłem do działania. Wyszło zupisko jak się patrzy, takie z jasną zasmażką. Kocioł raczej tylko dla mnie, bo Franek jest jakiś taki mało zupożerny i chyba w ogóle padnie, kiedy wróci wieczorem i zobaczy mnie pałaszującego znów coś ziemniaczanego! Ale co tam - prosty ze mnie chłop, to i proste jadło, przynajmniej od czasu do czasu). No, ale wróćmy, wróćmy do Leo... Autor nie jest wszechwiedzący, ograniczy się więc tylko do podania kilku drobiazgów, bez wnikania w szczegóły... Wystarczy powiedzieć, że Leo był kiedyś dobrze zapowiadającym się dzieckiem, a potem młodzieńcem, któremu się nie powiodło. Marzył o jakiejś karierze w wielkim mieście, miał w sobie poczucie, że jest kimś wyjątkowym, ale... No, nic nie wyszło, nic się nie udało, tak więc pozostało w nim tym silniejsze poczucie wyjątkowości wypychające go do postawy "nad", co jest chyba dość typowe dla osobników niezbyt silnej wiary w swe zdolności. Nazbyt szybko, być może, nasz Leo zrezygnował, zbyt był może płochliwy, zbyt łatwo może się zniechęcał, myślał może, że zaraz czymś błyśnie i to otworzy mu wszystkie ważne drzwi... Hm - powiedzmy, że brakło mu, przy wszystkich negatywnych cechach jego charakteru tego niezbędnego w takich okolicznościach gościa, niezbyt może eleganckiego i uprzejmego, który jednak, za wysoką wprawdzie cenę, potrafiłby rozpalić go dla żywiołu wiodącego do sukcesu... Brakło czegoś, brakło tej podejrzanie pachnącej mocy i Leo uczynił gniewny gest - spakował się i wrócił do swej doliny, on, wnuk, można powiedzieć, legendy tej nasturcjowej, ciągle, mimo upływu lat, wieków nasturcjowej, tak pokutniczo nasturcjowej krainy...--- O dziadku Leo autor wie więcej, zna bowiem wielu pisarzy, tych bardzo znanych, a także tych całkiem zapomnianych... Bo dziadek Leo był pisarzem... Był pisarzem, któremu też się w życiu nie poszczęściło... Chociaż... Tajemnicze było to życie, którego końca nikt nie zna, a w każdym razie nie poznali go ani jego żona, ani córka, ani wnuk... Ale o tym, cholera, następnym razem, już wkrótce... Bo muszę wyjść. Na drugi raz wyłączę telefon... A dziś tyle.

15:06, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
niedziela, 17 sierpnia 2008
Niepogoda

 Ślicznie, ślicznie mnie wczoraj Franek podsumował. - Tylko się nie opij - poprosił, kiedy zbierałem się późnym popołudniem złożyć wizytę kuzynowi. I dodał - Bo ty to tak czasem gdzieś pójdziesz, schlejesz się i łazisz potem taki po mieście. W końcu ktoś ci coś zrobi. - Fantastycznie. Chodzę gdzieś, zataczam się... Och, co poradzić, jak mnie po prostu czasem wzywają obowiązki. :) Ale obiecałem, że będę grzeczny i słowa dotrzymałem. Pojawiłem się w arcyzasobnym domu kuzyna i na samym wstępie odmówiłem zakrapiania; powiedziałem, że niestety zażywam antybiotyk. - O, jaka szkoda. A co ci się dzieje? Coś poważnego? - Ach, nie, nie, już mi właściwie przeszło, ale muszę dokończyć serię, zatem... - No tak, no tak... Żona kuzyna też jakoś nie była w nastroju alkoholowym... - To ja się sam nie będę wygłupiał - stwierdził kuzyn. I było całkiem na trzeźwo, co w tamtym domu zresztą nie miało żadnego znaczenia, bowiem najlepszy nawet trunek nie jest w stanie rozruszać panującej tam drętwoty.--- Pogoda nie dopisała, siedzieliśmy więc przy kawie i ciastkach nie nad oczkiem wodnym tylko w zimnym, bezdusznym, luksusowym salonie zatopieni po pachy w miękkich fotelach. Dobrze się nawet złożyło z tą pogodą, bo przynajmniej mieliśmy o czym rozprawiać, kiedy przemaglowaliśmy temat nieodległej śmierci mojej mamy (Boże, znowu to rozbabrywanie - jak to się wszystko tak niespodziewanie na niekorzyść obróciło, jakie to było straszne i jak mi musiało być ciężko... )... Tak, ludzie, którzy nie mają sobie nic do powiedzenia a sypiają ze sobą, mówią co drugie słowo: kocham cię, natomiast ci, co ze sobą nie sypiają, rozprawiają o zdrowiu i pogodzie... Kuzyn włączył telewizor, a właściwie to już jakieś, wicie, takie, kurwa, kino (po co im to właściwie, skoro oni tacy zarobieni?) i komentowaliśmy niszczycielską działalność trąby powietrznej... - Kiedyś tego nie było... Tiaaa, kiedyś nie było, jasne... Przyjdzie zima, to, jak co roku, wszyscy mówić będą, że nigdy jeszcze tyle śniegu nie spadło, a gdy w maju zrobi się chłodno, zaraz rozlegną się głosy - eee, dawniej maj to był maj, a nie to, co teraz...---- Kurde, tak sobie myślę: on ma wszystko: drogie dziecko, kosztowną żonę, ogród z cmentarną florą, oczko z rybką złotą, basen, inteligentny klozet, okazującą emocje kuchenkę, ale, cholera, w tym moim pedalskim gniazdku jest sto razy więcej życia, radości, zapachów - aż się chce do niego wracać... A u niego - lodowate zimno, sterylność, saaaaalon, w którym siedzi człowiek jak na szpilkach i z którego wychodzi śmiertelnie zmęczony (zawsze, gdy tam jestem, mam wrażenie, że gdybym otworzył drzwi do sąsiedniego pomieszczenia, znalazłbym w nim dentystę)... Jest w tym wszystkim coś przytłaczającego. No i ten kuzyn, który coś źle wygląda, strasznie taki zapracowany, nie mający zbyt wiele czasu, by nacieszyć się zbudowanym luksusem... I ten mój chrześniak... Rozkapryszony, niegrzeczny. Niczego mu nie brakuje. Jest takim typowym dzieckiem tyrającym, którego zadaniem jest robić to wszystko, na co jego rodzice nigdy nie mieli ochoty. Gdy zacznie się rok szkolny powróci do rozlicznych zajęć i będzie przywożony do domu wieczorem w stanie wyczerpania. Taka ofiara wywieranej przez otoczenie presji. Wszystko pewnie musi umieć, przynajmniej tak trochę... By robić w przyszłości to, co inni - typowe zajęcia, rozrywki etc... I, cóż - wyrośnie przecież na mężczyznę, a zatem na istotę absolutnie uzależnioną od opinii kolegów.---- Nie rozpoznaję w kuzynie tej osoby, jaką znałem przed laty... Nie ma już naszych rozmów po świt, pasjonujących... Kiedyś kochaliśmy się jak bracia, dziś jesteśmy znajomymi z innych zupełnie planet. --- Chciałem wziąć taksówkę, ale zaproponował, że mnie odwiezie. Upierał się. Myślałem, że może chce mi coś powiedzieć, wyznać na osobności... Ale nie - najwyraźniej chciał się po prostu tak przejechać wieczorową porą... --- Rozstaliśmy się pod moim domem. Nie wyraziłem nawet żadnych zapraszających słów - i tak nigdy do mnie nie wpadną... Tak więc: cześć, cześć, do następnego razu... I do domu. Trzeźwy, gotowy na wszystko, mimo że zmęczony senną nasiadówką z pogodynką w tle... ---- Tak sobie zawsze powtarzam w myślach, kiedy wracam do domu i widzę, że pali się w nim światło - jakie to szczęście, że tam ktoś jeszcze jest. A dziś mogę dodać - jakie to szczęście, że jest tam ktoś żywy... Sto razy bardziej żywy od żony mego kuzyna... Może ten człowiek dlatego tak tyra, żeby nie przesiadywać z tą wyfiokowaną nudziarą - dekoracyjną znawczynią prawa pracy... I absolutnie nikim więcej...

 Tak, tak, tak - jest już ten czas, czas sierpniowego księżyca. W nocy trochę się rozpogodziło. Oglądaliśmy z Frankiem śliczne zaćmienie!...

14:46, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (13) »
piątek, 15 sierpnia 2008
Koloryt

 I znowu wojenkowo. Bu - bójta się! Znowu coś stukać na ten temat? W sumie mógłbym powtórzyć, to, co przed rokiem tutaj nadziobałem.

 Zastanawiam się niekiedy czy nadejdzie kiedyś taki czas, w którym słowo "mężczyzna" na dobre rozejdzie się z pojęciem "frajer".

 Historia - pieprzony kalendarz kryminalny.

 Takie mi się, tak przy okazji nowych smutnych zdarzeń, zdanie przypomniało, zdanie z jednego z listów Stanisławy Przybyszewskiej (swoją drogą, może w jakiś dzień poświęcę notkę tej niezwykłej pisarce, o której nie często się chyba pamięta - a to fascynująca i jednocześnie bardzo tragiczna postać):

 "Te przeklęte ojczyzny. Nieszczęśni ludzie zawdzięczający spory procent swego nieszczęścia oficerom i durnym generałom, szpitalom, gdzie ich za darmo kaleczą i torturują, głupim i osobiście ambitnym politykom, dyplomatom wywołującym piekła i fabrykantom przedłużającym z lubością konflikty, na których robią swe fortuny, na bosych nogach, obnażonych na mrozie ciałach, krwawiących jelitach obrońców - oto ojczyzna."

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

 Taka mi się dziwna rzecz niedawno przydarzyła. Znajdując trochę czasu na nadrobienie zaległości w czytaniu bliskich mi blogów, zerknąłem przy okazji na swój blog... W zasadzie nie czytam tego, co piszę i tak trochę z ciekawości zerknąłem to tu, to tam... Hm, jak dziwnie to wszystko wygląda, jak zmienny jest koloryt życia, przeszłości, zależny od aktualnego nastroju... Nazywałem siebie żywym trupem, byłem zły, usypiałem udręczony na kolanach dobrej przyjaciółki... Oceniałem przeszłość, padały słowa, których być może dziś już bym nie wypowiedział... Wszystko, wszystko się tak zmienia... Nawet przeszłość nie jest tak całkiem stała... Są zdarzenia, które za każdym razem, gdy się na nie spojrzy, mogą budzić rozmaite uczucia...

 Niektóre tekściki wydały mi się nawet niezłe, niezłe jak na rzeczy będące takim pierwszym rzutem, bo zawsze piszę tutaj z marszu, tak więc rozmaite usterki są naturalnie nieuchronne... Ot, wyszedł mi taki trwający już czas jakiś kurs szybkiego, błyskawicznego pisania...

 Pojawiały się też reminiscencje z dzieciństwa... Pisałem o swej dawnej zabawie w... oczekiwanie. Tak, istotnie tak było - ćwiczyłem chyba swą cierpliwość... Miałem kolejkę, którą bawiłem się w dość dziwaczny sposób. Układałem tory, budowałem stację, po czym czekałem razem z wyimaginowanymi ludźmi na pociąg. Czekałem i czekałem. W końcu pociąg nadjeżdżał. I znikał. I znów panował spokój. Bo to była taka senna, prowincjonalna stacja, w przeciwieństwie do tej, jaką miałem wtedy za oknem... W dalekim dzieciństwie mieszkałem przez jakiś czas w sąsiedztwie dużej stacji. Lubiłem patrzeć na pociągi... To taka miła zbieżność z biografią Lagerkvista, który wychowywał się na stacji w Växjö. Stacja, pojawiający się i znikający szybko ludzie... Taki opis naszego życia, tak na skróty...

 Dobra - spadam... Idę dalej w spokoju trawić placki ziemniaczane z gulaszem, którymi się dziś obżarliśmy. Boże, już o dziesiątej wpadliśmy z Frankiem do kuchni. Nie było jeszcze południa, a my już kończyliśmy pożerać obiad. Ale doprawdy - gdybym nie zjadł dziś tych placków, oszalałbym, taką miałem chcicę...

 A jutro czeka mnie wizyta u siostrzeńca mej drogiej mamci... Będzie z pewnością męcząco... Szykuje się pewnie nasiadówka przy oczku wodnym... Boże drogi, kiedyś z tym kuzynem bardzo, bardzo się przyjaźniłem, a dziś żywcem nie mamy o czym gadać... On kręci teraz pokaźnym biznesem i zupełnie już od tego zgłupiał... Pójdę podtrzymywać tę gasnącą iskierkę rodzinnych więzów... Jego synek się ponoć o mnie dopytuje... -A wujek będzie? Mój chrześniak. Ale mu wybrali. Tak, Bóg był podczas pamiętnej uroczystości wyrozumiały, niczego mi na łeb nie zrzucił, nie wiem jednak, jak zareagowałyby licznie zgromadzone w kościele bereciki, gdyby do nich dotarło, kim jestem...

 I może jeszcze dziś dorzucę piosenkę, którą bardzo lubię... Z pewnością zabrzmi to niestosownie, ale mam wrażenie, że Berlin Zachodni powstał po to, by Bowie mógł napisać "Heroes"... Dziś właśnie ta piosenka. David Bowie. Jedno z wcieleń prawdziwego szczęścia...

"Heroes"

you

you can be mean

and I

I'll drink all the time

'cause we're lovers

and that is a fact

yes, we're lovers

that is that

14:41, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
środa, 13 sierpnia 2008
Numerki

 Urywam dziś troszeczkę czasu na blogowanie. Odwiedziłem już znajome stronki, ciut poczytałem, tu i ówdzie zostawiłem ślad, jeśli uznałem, że mam coś do powiedzenia (chociaż, mój Boże, coż ja tam mam do powiedzenia!!).

 Dzisiaj rano dobitnie sobie uświadomiłem, w jak okropnej plątaninie rozmaitych numerów żyje człowiek. Wyszedłem do sklepu po coś do żarcia, bo się okazało, że lodówka świeci pustkami... (Oj, wychodzi, że to na mnie bardziej spada pamiętanie o codziennych drobiazgach i coś mi się wydaje, że któregoś dnia sprawę tę trzeba będzie przedyskutować.) Nie brałem ze sobą kluczy, bo tak tylko na moment wyskoczyłem po pieczywko, jakiś twarożek, pomidorki... Wracam i dzwonię domofonem. Cisza. "No, gnój pewnie śpi" - pomyślałem. A budziłem cholerę. - Wstawaj, bo się spóźnisz! (Wrr, to jest ta szara poranna codzienność. Pieprzony niedośpiałek i jego codzienna, półprzytomna gadka - Mmmm, jeszcze pięć minut. Doprawdy nie wiem, jak on sobie dawał radę, kiedy mieszkał sam...). Dzwonię jeszcze raz. Nic. Wystukałem więc kod, żeby sobie samemu otworzyć. I guzik. Jeszcze raz, jeszcze raz... W końcu wszedłem do budynku. Ale tylko dlatego, że wychodziła akurat sąsiadka. - Dzień dobry. - Dzień dobry. Dopiero idąc po schodach uświadomiłem sobie, że wklepywałem przy drzwiach PIN do bankomatu. I tak bym sobie mógł tam, cholera, pikać... (Do diabła - pełno mamy tych numerków - a to dostęp do gotówki, a to PIN do komórki, a to numery kont, a to PESEL, a to NIP... Do zwariowania. Takeśmy się, kurna, urządzili... Niektóre z tych numerów są dla mnie zupełnie nie do zapamiętania... Na przykład zawsze się ze mnie śmieją, bo za jasną cholerę nie potrafię nauczyć się numeru swojej komórki... Ale to w gruncie rzeczy pikuś, bo znowu ciągle o niej zapominam i jak wychodzę ona leży sobie grzecznie w domu, tak że, jak już ktoś jakimś cudem uzyska mój numer, może sobie do mnie w tym czasie dzwonić... Powodzenia...) Taaak, mogłem sobie dzwonić, alarmować. Nie, nie spał już na szczęście, tylko prychał w swoim stylu w łazience, gdzież by więc w takim hałasie usłyszał nikłe ciurkanie domofonu... - O, jesteś już... - No, na to wychodzi... Tak, tak, zdaje się, że powienienem teraz ja sobie tak pospać... Tylko jak to zrobić? Całe towarzystwo już się przyzwyczaiło do tego, że dla mnie godzina 9 rano to już głęboki środek dnia. Już o świcie mam na sobie dwa psy. Jemu dają spokój. Niedźwiedź się dopiero wita z nim czule, kiedy ten już na dobre rozbudzony. Taki, do diabła, mają układ. Franek to kolega Niedźwiedzia. Ja natomiast jestem cacy wtedy, kiedy trzeba iść rano na spacer i dać do michy - poza tym mogę spierdalać. 

 Poleciałem też dziś wcześniej do kota i rybek. Ach, w kamienicy u koleżanki znam już wszystkie sąsiadki. A z jedną to już się nawet zaprzyjaźniłem. To taka starsza pani, która, jak tylko słyszy, że otwieram drzwi, natychmiast wychodzi na korytarz, żeby sobie trochę pogadać... Tak sobie myślę... Jest samotna, stara, pewnie nie ma za bardzo z kim porozmawiać... Poopowiadała mi tyle rzeczy. Dowiedziałem się, że jej syn jest jakimś poważnym panem doktorem i mieszka w Monachium... Tak, syn, jej chluba, doktor, w Monachium, a ona stara, sama, z obolałymi stawami... We mnie znalazła uprzejmego słuchacza, bo ja taki już jestem... Jak ktoś chce pogadać, to zawsze może i nigdy nie robię różnicy: starsza pani, profesor, menel, chłop w kiecce, baba - osiłek - wszystko to, wicie, cłek... --- Taki ze mnie dobry misio: wysłucha, kota nakarmi, Frankowi zrobi śniadanie, pocieszy przy wódce... Podrapiesz go za uchem, to zamruczy; dasz pić, wiadra nie wywróci... :)

15:02, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2