BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
poniedziałek, 31 sierpnia 2009
Mała notka chwasta - dusiciela

 To write or not to write? That is the question...

 Wszystko mi mówi, żeby już zadusić rozrośniętego potwora. Trzeba w końcu walczyć z przyzwyczajeniami... Jeśli oczywiście człowiek ma ochotę na działania najtrudniejsze... Bo przecież walka z przyzwyczajeniami do takich właśnie działań się zalicza...

 Jak ktoś się mnie pyta: Co słychać?, odpowiadam, że jest doskonale! Bo w istocie jest... (tak więc nie ma za bardzo o czym pisać)... I czasem sobie tylko ponuro żartuję, że jak jest doskonale, to potem może być już jedynie gorzej...

 Dzisiaj rano omal nie spadłem ze schodów... Wbiegałem na nie energicznie i niezbyt uważnie... W ostatniej chwili złapałem się poręczy, co mnie uratowało przed niekontrolowanym lotem w tył... Muszę przyznać, że nie lubię takich sytuacji... Nie lubię spadać ze schodów, nie lubię, gdy tuż przede mną wjeżdza w krzaki rozpędzona terenówka itd, itd... To trochę z troski o innych... Nie chciałbym być dla nikogo wielkim ciężarem, ciężarem w postaci połamanego na amen warzywa... I zawsze sobie powtarzam - musisz być w całości aż do końca! I kto wie - może zostanę wysłuchany? Wrrr - już nie wiadomo co gorsze... Bo z powodu modlitw wysłuchanych często leje się przecież łzy... Pomyśleć - życiowa dłużyzna... Ciąg dalszy ponurego żartu - dotrwam do czasu, aż wszyscy umrą w efekcie czego nie będzie nikogo, kto mógłby mnie dobić!... W końcu już solidnie pobawiłem się w grabarza, przez co doszedłem kiedyś do przekonania, że jestem jakimś okropnym chwastem - dusicielem...

 Przypominam sobie moje rozmowy z kolegą... Mieliśmy osiemnaście czy dziewiętnaście lat i robiliśmy sobie pogaduchy przy gorzale... Przewijającym się przez nie tematem była długość życia. Doszliśmy wówczas do przekonania, że dobrnięcie do czterdziechy to wystarczający wyczyn. Dalszy bieg nie miał dla nas sensu... To był głos jakiegoś pradawnego rozsądku życia... Bo przecież kiedyś, dawno, dawno temu osoba czterdziestoletnia była już właściwie omszałym starcem... Tak, był to głos, jak sądziliśmy, rozsądku - umknąć, w stosownym czasie, przed głupstwami typu - bo ja wiem - miażdzyca, rak prostaty, starcze zdziecinnienie... Ale cóż - oto ten budzący kiedyś politowanie wapniaczy okres nadchodzi i... i nic... I się okazuje, że jeszcze wiele spraw można nawet w życiu zacząć, jeszcze kogoś pokochać, że jeszcze istnieją pomysły i plany na zagospodarowanie czasu i, co najważniejsze, że cieleśnie wcale się nie odczuwa upływu lat... A w każdym razie ja nie odczuwam ich upływu... Zatem jak tak dalej pójdzie, to człowiek jeszcze wiele może zwojować... Trzeba mieć tylko nadzieję, że nie spadnie nam cegła na łeb w drewnianym kościele... :)) A także na to, że nie przygniotą nas coraz bardziej otchłanne wspomnienia... (Niekiedy pojawiają mi się w głowie całkiem spontanicznie jakieś obrazy z przeszłości, szczegóły - a to że jadę autobusem - ogórkiem, albo jakiś spacer w parku wieki temu... Tak, mam wtedy poczucie, że chodzę po świecie istotnie już od wieków całych... I jest w tym coś z takiego życiowego dreszczowca...) 

 Wczorajsza przejażdżka rowerowa dobrze nam zrobiła. Pojeździliśmy trochę po polnych drogach, miejscami nieco błotnistych. Była ciepła, bardzo łagodna pogoda... Dobrze mi się spało w nocy...

 A tak jeszcze na marginesie podczytuję to i owo... (Oj, z tym podczytywaniem to jest kłopot... Dawno temu ludzie pewnie w wolnych chwilach dłubali sobie między palcami u nóg, a dziś podczytują, bo jakoś tak wierzą, że trzeba to robić...) Zdarza mi się nawet czasem i kryminał... Nie przepadam wprawdzie za tym gatunkiem, ale i tutaj pojawiają się rzeczy ciekawe i głębokie, poruszające kłopotliwe i trudne sprawy... Niedawno ukazała się u nas wreszcie książka "W bagnie" Arnaldura Indriðasona (nawiasem mówiąc syna znanego i u nas pisarza Indriði G. Þorsteinssona)... Mroczna i trudna to rzecz... Jest ponuro, depresyjnie, pada paskudny jesienny deszcz... I jest Erlendur na tropie... Hm, to chyba dość typowe, że tacy panowie prowadzący śledztwa mają swoje poważne kłopoty... Tak też jest i tutaj - brak kontaktu z synem, ćpająca ciężarna córka, problemy zdrowotne... I w tym wszystkim jeszcze mroczna robota... Jest zbrodnia. Czy kolejna prosta i prymitywna? Nie, tym razem jest inaczej... Trzeba cofnąć się w odległe czasy, by zgłębić zagadkę... Rzeczywiście jest w tym coś z Bergmana - odgrzebywanie starych sekretów, tajemnic, po wykryciu których nic nie jest już takie samo... Spod pióra wyłania się ciemna strona Islandii, tego dziwnego kraju, który przez wieki szedł osobliwą drogą, w izolacji, w zasadzie pozbawiony dopływu świeżej krwi, kraju, gdzie niemal wszyscy się znają i są z sobą spokrewnieni, gdzie pośród nowoczesności hasają upiory, gdzie pod powierzchnią radosnego dobrobytu - jak się okazało napisanego na wodzie albo zbudowanego na piasku - bulgocze nie lada bagienko... Mocna rzecz! W bardzo skandynawskim duchu!

 Tak sobie teraz myślę, już pomijając powyższą rzecz... Myślę o sytej Północy i niektórych ludziach tam poznanych... Niby jest tak dobrze, a jednak jest tak cholernie źle...

14:14, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 30 sierpnia 2009
Za drutami

Kiedy spływa mrok wieczorny, bywa, że człowiek przechodzi metamorfozy rozmaite... I mnie też czasem to dopada... Ale nie, nie jest tak, że włos mi gwałtownie rzednie (to i tak się dzieje, ale powoli, stopniowo:)) i że psują mi się zęby przednie... Nie, nie - nic z tych rzeczy, zmieniam się bowiem w upiora dystyngowanego, myślę, dobrego na towarzysza jakiejś wytwornej zamkowej białej damy... Jestem wygładzony, doprasowany, odpicowany i... - no cóż - to już nie moje określenie - pachnę jak jakiś tajemniczy, nocny kwiatek, tak że - tu zabarwione lekką zazdrością ostrzeżenie - oby tylko gdzieś w pobliżu nie przysiadł jakiś spragniony nektaru nietoperz... Ale - spokojna głowa, nie zadaję się już od dawna ani z nietoperzami, ani tym bardziej z ćmami. Żeby było jasne!

 Kilka wieczornych godzin w towarzystwie raczej rajskich ptaków, a nie nietoperzy, się przydarzyło... Alkohol nawet nie chciał iść do głowy, tak że dałem spokój... Skubnąłem trochę kulinarnych wynalazków... (Strasznie mnie denerwuje, kiedy ktoś do mnie mówi: - Może ja podam panu widelczyk... A na cholerę mi widelczyki... Jest we mnie tyle wdzięku, gdy biorę coś w dwa paluszki, najdelikatniej w świecie, by się posilić z rozkoszą... Stanowczo za bardzo rozleniwiamy nasze ręce rozmaitymi narzędziami...) Zwąchałem się z paroma osobami... Spotkałem trochę znajomych twarzy, dawno nie oglądanych... I odbyłem jedną super nudną rozmowę... A właściwie wysłuchałem super nudnego monologu... Tak - bardziej słuchałem, bo ja nie bardzo wiem, co się na świecie dzieje, pochłaniają mnie bowiem zazwyczaj sprawy zupełnie nieaktualne... I jakiś mały, przebrzydły peszek wpycha mnie od pewnego czasu w okolice bohatera mojej dawnej nieszczęśliwej do bólu miłości... R. - zastanawiająco i zaskakująco elegancki... W towarzystwie nowej zupełnie zabawki... Byłem miły i uśmiechnięty... W odpowiedzi na jego uśmiechy, jak zawsze dla mnie niezrozumiałe... (Doprawdy, są ludzie, z których twarzy nie da się po prostu niczego wyczytać...) Pochwaliłem go za jeden plakat... - Spodobał ci się? - Bardzo!... Fajnie, że się w czymś odnajduje. I jakie to szczęście, że nie pisze już opowiadań... Że mu nic na głowie z tego powodu nie siadło... Był w swej pisaninie zawsze taki rozbrajająco poprawny... Całkiem na piątkę... Ciekawe czy sobie coś zachował, tak ku pamięci?... (Hm, być może to jakiś rodzaj zarozumialstwa, ale mam niekiedy wrażenie, że ten człowiek miałby ochotę jeszcze nieco pobałaganić w moim życiorysie... Ale ja już jestem istotą niewydłubywalną...)

 A potem jeszcze nocna przejażdżka... Znajomi rzucili hasło. Trochę w sumie zbawienne... Chodźcie do nas. Zobaczycie, jak mieszkamy... Wreszcie jest okazja... No to wgramoliliśmy się w taryfę... Brama, stróż, monitory, jaskrawe światła... Zobaczyłem, jak mieszkają... Za zasiekami, za drutami... Wszystko pilnie strzeżone... Byłoby już całkiem upiornie, gdyby w rogach odciętego od otoczenia osiedla stały wieżyczki ze snajperami... Wpadłem w osobliwy luksus, osobliwy, bo jakby namalowany ręką małego dziecka... Nagle, razem z towarzystwem, znalazłem się na kartach prostej kolorowanki, solidnie, poważnie pilnowanej... I od razu ogarnęła mnie senność...

 Cieszę się, że sam za drutami nie mieszkam... Z radością patrzę przez okno, za którym mam ogólnodostępną ulicę. Nikt niczego nie pilnuje. Nie ma żadnych bram, okopów, torów przeszkód... Dziwne, jak dużo dzisiaj krat, ogrodzeń... Staliśmy się tacy nieufni, lubimy tworzyć wyspy, oddzielać się w tak niesłychany sposób... Czy mieszkańcy zza drutów czują się jakoś owymi drutami dowartościowani?... Taka odrutowana lepsiejszość?...

***

 Wypogodziło się ładnie. Za jakąś godzinkę zrobimy sobie rowerową przejażdżkę...

 A w przyszłym tygodniu już wrzesień... Trzeba pomyśleć o choćby krótkim wypadzie w Tatry... Tatrzański wrzesień to konieczność... Tego nie może zabraknąć w moim kalendarzu!!!! Po prostu nie może! To teraz najważniejsza rzecz na świecie...:)

14:07, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
piątek, 28 sierpnia 2009
Wszechwiedzący

 Ludzka wyobraźnia, fantazja, czasem wybujała, istniejąca w zastępstwie tego, co zwiemy naukową wiedzą... Duchy, demony, bogowie i wszelkiej maści twory, od jakich zawsze roiło się wśród ludzi, którym przyszło zaistnieć na tym niewielkim w gruncie rzeczy obiekcie kosmicznym zwanym Ziemią... Bardzo to wszystko jest malownicze, czasem radosne, czasem mroczne... Takie nasze odwieczne towarzystwo, jakoś nie całkiem wyparte przez nasze surowe poznanie, przez powiększające szkiełka i tym podobne rzeczy... I w sumie bardzo dobrze, bo przez to nie jesteśmy tak bardzo sami... Bogowie - obojętne jacy, wszyscy oni dla mnie są równi, jednakowo realni, tak jak realne jest wszystko, co jawi się w naszych głowach, co wypełnia treścią nasze życie, nasze, bądź naszych poprzedników... Los bogów bywa równie kapryśny jak los ludzi... Jedni popadają z czasem w zapomnienie, inni zaś trwają i nic sobie nie robią z upływającego czasu... Czasem wygasają kulty, ale pozostaje podtrzymująca życie pamięć... A bywa też i tak, że do starych wierzeń się powraca...

 Północ o swoich bogach pamięta. Północni bogowie żyją sobie w najlepsze, rozbudzają ludzką wyobraźnię, pozostają na kartach dawnych literackich tekstów, opowiada o nich stareńka Edda... Można się z nimi zaprzyjaźnić, można ich odwiedzać, można się z nich trochę pośmiać, bo w gruncie rzeczy tacy są do nas przecież podobni, tak bardzo bliscy ludzkim sprawom... Mają swoje przywary, nie zawsze dobrze się prowadzą, lubią wypić...

 A do tego roi się jeszcze od przeróżnych innych istot: olbrzymów, karłów, trolli...

 Różne pamiątki po tych istotach można na świecie dostrzec... Na przykład zamienione w kamień trolle... I - powiedzmy - gdyby wam przyszło do głowy zabłąkać się kiedyś w okolice Drangsnes w islandzkich Fiordach Zachodnich, zwróćcie uwagę na wysoką skałę Kerling... To słońce zamieniło w nią jedną z trollic, którym kiedyś wpadło do głowy, by odseparować od Islandii ową zdumiewającą swym urokiem krainę Zachodnich Fiordów... Przeliczyły się owe damy ze swymi siłami i słońce przyłapało je przy tej niecnej robocie... A przemieszczając się dalej, dalej na wschód kraju, nie tak daleko od przeuroczego jeziora Mývatn, nad którym letnią porą roi się od muszek, w parku Jökulsárgljúfur, zobaczyć można imponujący odcisk podkowy samego ośmionogiego Sleipnira, na którym podróżował Óðinn!... (Tak, tak, geolodzy mają oczywiście wiele do powiedzenia na temat tego rodzaju zjawisk, ale któż przy zdrowych zmysłach by im wierzył!!! :-þ)

 Tak, a skoro już napomknąłem o zgubnym dla niektórych istot działaniu słonecznego światła, warto by było może zatrzymać się przy temacie i przywołać na łamach tego bloga, podobno nie takiego znów nudnego, historię, o której opowiada staroislandzka Edda... Będzie o zamienianiu w kamień!

 Razu pewnego bogowie postąpili trochę nieładnie względem osiłkowatego Þóra, przyrzekli oni bowiem karłowi Alvisowi rękę jego córki w zamian za pewną płatnerską przysługę... Nie było to po myśli mocarnego boga - bo co, miałby on swoją córkę wydawać za karła? Cóż za obrzydliwy pomysł, cóż za niedorzeczność i co za niegodziwe postępowanie boskiej braci, która sobie tak pogrywać zechciała... Tak sobie dysponować jego drogą córą? --- Zjawił się pewny siebie Alvis, zjawił się, by córkę Þóra wziąć sobie za żonę... Napotkał jednak pewną przeszkodę, bo Þórr oznajmił, że jego nikt o zgodę nie pytał! Cóż jednak było począć - bogowie dali słowo. Trzeba było znaleźć jakiś podstęp, by sprawę odkręcić. --- Można by sądzić, że Þórr to niezbyt rozgarnięty osiłek, chłopski bóg, co jeno młotem wywyijać potrafił, on jednak aż taki znowu ociężały nie był i umiał, czasem przy czyjejś dobrej radzie, odwołać się z dobrym skutkiem do różnych sztuczek... (O, to boskie chłopisko jak się patrzy i za babę przebrać się umiało, by cel swój osiągnąć:)). --- Alvis pyszałkiem był co się zowie! Imię takie napuszone nosił : - Zwę się Wszechwiedzący!!! - zawołał na wstępie i jął domagać się zapłaty... - Niech nikt uroczystych przysiąg nie łamie!... Tu bóg zaprotestował - Ja złamć mogę, bo to moje ojcowskie prawo! -- Alvis zaczął więc wymyślać: za kogo ty się masz, co za ladacznica na świat cię wydała?!... Trzeba było jakoś zyskać na czasie! Bóg wiedział, że karłowi słońce nie w smak, że go zdolne w kamień przemienić... Skoroś taki karle uczony, taki wszechwiedzący... Wziął go na spytki... Jeśli tak wszystko wiesz, to opowiedz mi o tym, o tamtym... I doszło do słownej potyczki... A opowiedzże jeszcze, skoroś taki mądry a to o słońcu, a to o księżycu, o ciszy, o chmurach etc, etc... I tak im zeszło. Do zbawiennego rana! Alvis pysznił się swymi wiadomościami, opowiadał, wyliczał... Niech sobie nie myśli, że głupca ma osiłek prosty przed sobą!... I tak się w swych wykładach Wszechwiedzący zapamiętał, że zgubny świt go zastał i Þórr mógł tymi słowy przemówić: - Większej liczby starych run w jednej piersi nie widziałem nigdy! Twoim wyliczaniem przechytrzyłem cię! Dzień cię, karle, zaskoczył! Słońce już świeci w sali!

 O tym to zdarzeniu opowiada eddaiczna pieśń "Alvíssmál" będąca późnym naśladownictwem jednej z najstarszych i najświetniejszych pieśni "Vafþrúðnismál", w której bóg Óðinn, występujący tam pod imieniem Gagnráðr, wypytuje olbrzyma Vafþrúðnira o rozmaite sprawy dotyczące mitycznych dziejów i wszechświata... Tam więc był wypytywany olbrzym, tu zaś mamy przemądrzałego karła ze swoimi wyliczankami, które układają się w swoisty językowy traktat, bowiem stanowią one zbiór rozmaitych synonimów określających przeróżne rzeczy, zjawiska...

 Cóż na koniec można powiedzieć... Taki morał mi się nasuwa... Bądź uczony, ale postaraj się przy okazji nie być idiotą... Bo się łatwo może okazać, żeś wcale nie taki znów tęgi, więcej - żeś niczym wobec sprytu młotkowego... :))

 Będzie jeszcze muzyczny ozdobnik. Lumsk i piosenka "Allvis" nawiązująca właśnie do wspomnianej mitycznej opowieści z Eddy...

 

środa, 26 sierpnia 2009
Upał sierpniowy

 Upał wielki, ale ja niestety z niego skorzystać za bardzo nie mogę... Oj, potkwię sobie dziś jeszcze przy komputerze, potkwię... Niech więc przy okazji ma coś z tego mój blożek... Hm, a tak w ogóle to czy ten blożek nie robi się przypadkiem za nudny?...

 Tak, ale po co ja tu wlazłem? Nie mam nic do powiedzenia... Całkiem jest fajnie... Po lekkim upadku w smuteczek i niechęć do wszystkiego, znów jestem pracowity... Jest tylko jeden minus - ponieważ muszę się trochę pokoncentrować, palę papierosy. Po prostu one mi pomagają... Bardzo jest mi z tego powodu przykro, ale nie mogę się uwolnić od nich tak całkowicie... Dobra wiadomość jest tylko taka, że palenie dość drastycznie ograniczyłem... W noramlnych warunkach mogę się bez nich obejść, a to już jest jakiś sukces... I oszczędność!

 I co jeszcze... Ach, wczoraj wieczorem z przyjemnością obejrzałem w tv "Księgę Diny" z Gerardem Depardieu w jednej z głównych ról, film nakręcony według prozy Herbjørg Wassmo. Już kiedyś widziałem ten obraz. Bardzo mi się wtedy spodobała ta opowieść o kobiecie, której w dzieciństwie przydarzyła się przemakabryczna historia. Pozostawiła ona w jej duszy trwały ślad, wpłynęła na całe jej życie, czyniąc z niej silną i dziwną istotę zafascynowaną mocno zarówno śmiercią jak i tym wszystkim, co ją poprzedza... Niezwykła atmosfera norweskiego Nordlandu, jasne noce, chmury uczepione gór, duchy... Hamsunowski pejzaż... Kjerringøy - okolice, w których kręcono też filmy według tekstów Knuta Hamsuna: "Pan" i "Telegrafisten"...

 A tak poza tym snuje się proza życia... Dziś ozdobiona, przegryzana papryką... Mam ochotę na coś paprykowego... Rano się do mnie uśmiechnęły papryki w sklepie... Kupiłem... Ale nie wiem czy coś z tego będzie, bo zajadam je na surowo... Pomyśleć, że w dziciństwie nienawidziłem papryki! A teraz ją po prostu uwielbiam!... Przypominam sobie, że David Bowie kiedyś namiętnie żywił się paprykami... Do tego jeszcze popijał mleko i pakował w siebie całe szufle kokainy... Pewnie jego organizm nie był z tego specjalnie zadowolony, ale muzyka rozrywkowa zyskała bardzo wiele... :)) No - ja poprzestanę na papryce... Z mlekiem nie będę eksperymentował, bo boję się, że dostałbym sraczki... Coco też odpada...

  Dobra - to tyle. Odmeldowuję się. Z paprykowym pozdrowieniem! Miłej środy!

13:34, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (6) »
wtorek, 25 sierpnia 2009
Co tu gadać, szkoda trochę lata

 Światło już troszkę mdłe, przymglone... Tak się nawet upalnie jakoś zrobiło, ale owa upalność to już taka podjesienniała podróba... Szybko leci czas... Ile to już minęło od mojego pierwszego spotkania z Franiem... Ho, ho - już naszą znajomość w latach możemy podliczać!! Aż się wierzyć nie chce!

 Jej, wczoraj to miałem napad melancholii. Taki mały, zwiewny... Na moment mnie złe wspomnienia zaatakowały... Ojciec mnie jeszcze wkurzył... Niby nic - szedłem wczesnym wieczorem na spotkanie z jednym takim gościem... Ponieważ było przyjemnie, postanowiłem się przespacerować... I tak będąc na alei obsadzonej lipami sięgnąłem po telefon, o którym zdarzyło mi się nie zapomnieć. Pomyślałem, że tyrknę do taty, tak żeby się dowiedzieć, co słychać, jak się czuje... Odebrał... Burknął na powitanie. Był trzeźwy, a więc nie całkiem przyjazny dla świata... Nastrojowy gość - w sumie tak jak ja, tyle że moja nastrojowość jest raczej w wydaniu soft... :)) Trudno się z nim gadało, bo jakoś wyszło tak, że generalnie nie mieliśmy sobie nic do powiedzenia... Po krótkim cześć rozłączyłem się wreszcie i poczułem się jakiś taki mały i biedny... Gdyby mnie chciała w tamtej chwili wylegitymować np. straż miejska i gdyby zapragnęła się zapytać, aby bardziej szczegółowo ustalić moją tożsamość, o moich rodziców, byłbym najbliższy prawdy mówiąc, że ktoś mnie tam wprawdzie urodził - jakaś pani, jakiś pan - coś, gdzieś, lecz kto, co i jak, jakim cudem - to nie mam pojęcia! Sirota, dziecko - śmieć... - Proszę najlepiej zapisać, że mnie prawie czterdzieści lat temu w kapuście znaleźli - tak bym może odpowiedział... I może jeszcze dodałbym, tak żeby było oryginalniej, iż objawiłem się na śweicie na polu kapusty czerwonej... Tak, bo z pewnością zazwyczaj dzieci bywają odnajdywane pośród kapust białych... A ponieważ ja taki znów zwyczajny nie jestem, zatem musiałem kwilić pośród kapuścianej czerwieni!

 To jednak smutne, kiedy człowiek słabo zna swych rodziców...

 Ciężko mi się wczoraj chodziło. Ziemia jakoś bardziej mnie do siebie przyciągała... I w domu zjawiłem się zmęczony i raczej mrukliwy... Jak Frankowi coś nie gra, to dopadam go wtedy, gdy się posila. Siadam na stole i dyndam nogami. To znak, że trzeba by coś jednak powiedzieć... Jednak - łatwo tak być tym pytającym, gorzej, gdy człowieka chcą wypytywać... Już patrzyły na mnie te dziwne oczęta mądrego dziecka... Na gadanie mi się jednak nie zebrało... Wszystko zrzuciłem na rozciągnięte na cały dzień upiorne zaspanie... Źle mi było w ciele, ciężko... I głowa nie chciała już zupełnie pracować. Ot - zawiesiłem się... I jezcze z chaty wyszło wszystko co słodkie... Dochodziła dziewiąta. Franek zerknął przez okno. Sklepik jeszcze był czynny... - Zlecę - powiedział... Nie mieli już nic specjalnego. Został im jeszcze kawałek babki cytrynowej... Spodziewałem się jakiegoś suchego, naperfumowanego gniota, jednak się pomyliłem - babka okazała się całkiem do rzeczy... - To idziemy kruszyć! - Takie hasło oznacza, że nie ma nas dla nikogo, że wskakujemy z ciachem na wyrko, obok stawiamy kubki z kawą... Włączamy wtedy jakiegoś samograja, tak że leci jakaś muzyka albo pierwszy lepszy program w tv, my zaś dziobiemy wyrób cukierniczy, popijamy kawkę i tak się przy okazji czule dotykamy... i jest bosko! Ach, a oczywiście obok nas ślinią się zupełnie zahipnotyzowane psy! - Wczoraj jeszcze dodatkowo wzięło nas na kielicha czegoś mocniejszego... Trzepnęliśmy na wstępie odrobinę czystej, tak żeby ryje odkazić... :)

 Udało się rozładować życiowy ciężar... To tak dobrze nakruszyć do łóżka razem ze swym chłopcem...

 Rocznice, rocznice... Patrzyliśmy jednym okiem na pojawiające się w telekuku zdjęcia sprzed dwudziestu lat... Mazowiecki premierem... Taka wyrazista chwila, która zapadła w pamięć... Wydaje się, jaby to wczoraj było... Młode moje życie ówczesne pośród historycznych, doniosłych zdarzeń, na granicy dwóch epok... Tamten czas, trochę zabawny... Eksplozja drzemiącej w Polakach przedsiębiorczości, szczękowe interesy, łóżka polowe, pokraczne powijaki, biznesmeni w białych skarpetkach... I życie przed młodym szczawiem, które z czasem zaczynało potwornie rozczarowywać, a jednocześnie niezmiernie zachwycać... Dużo było mrodęgi i strachu... Aż nadto! - Ech, stary koniu, wielbicielu męskich wdzięków kruszący babką cytrynową!!!

 Franek zasnął pierwszy, a ja sobie jeszcze poczytałem... Mam obok siebie w sypialni dyżurnego Hamsuna... Im dłużej żyję, tym bardziej i bardziej jestem w nim zakochany... Niezwykle odprężam się przy niektórych jego rzeczach... Jest między mną a nim głębokie duchowe porozumienie... To spojrzenie na naturę, to zachwycanie się prymitywem... Pisanie Hamsuna jest naturalnym żywiołem... To wielki klejnot, oszlifowany trudnymi doświadczeniami i niezrównanym, jedynym w swoim rodzaju pięknem Północy.

 I cóż - zbliża się wrzesień... Na dzieci czekają szkółki... A potem życie, życie... Ale dzisiaj jakoś wszystko się powygładzało... Ludziska jakoś tak bardziej idą równo, po sznureczku... Najwyraźniej jest, jak być powinno... Czasem tylko zdarzają się ludzie, co urządzją sobie takie czy inne wędrówki - jak to mówią, po to, by odnaleźć siebie... Kiedy się już odnajdują, okazuje się zazwyczaj, że ich życie toczyło się dotychczas wokół spraw zupełnie niedorzecznych... I być może jest tak, że życie całej ludzkiej gromady, przynajmniej tej tzw. ucywilizowanej, budowane jest w oparciu o rzeczy zupełnie bezwartościowe? Są pewnie tacy, co cieszą się i zachowują spokój wiedząc, że tylko w nielicznych czai się niebezpieczeństwo dokonania takich odkryć...

 Jak to napisał Marek Hłasko? Że świat dzieli się na dwie połowy, z tym jednak, że w jednej z nich jest nie do życia, w drugiej - nie do wytrzymania... Taa, czasem można dojść do takiego przekonania... Da się jednak znaleźć też taki jego skrawek, gdzie można znaleźć dobre miejsce i złapać oddech - kto wie, może nawet na całkiem długo?

 Tylko kolejnego umykającego lata szkoda...

14:44, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 24 sierpnia 2009
Półsen i Sivertsen

 Poniedziałek powinien być leniwy. Staram się tego trzymać. I nawet specjalnie nie muszę się wysilać. Nic mi się dziś nie chce robić, po prostu nic... Rano obudziłem się trochę później niż zwykle absolutnie przekonany, że mamy dziś niedzielę... Franek bulgotał wesoło w łazience i zdziwiło mnie to ogromnie - co on tak przy niedzieli, o tej porze, prycha pod prysznicem, hałasuje?... Nawet psy ogarnęło lekkie zdumienie - były dziwnie zaspane, też jakieś zupełnie niedzielne... - Dziś poniedziałek? - Niestety. - I co teraz? - Nic, mamy cotygodniową katastrofę, paskudny poniedziałkowy cios w pysk! --- Normalnie nie mogłem się zwlec z wyrka. Przytomniałem do południa... Gdzie tam - do teraz przytomnieję... Ale nic to - coś mi się też od życia należy. Niemal zawsze jestem rannym, energicznym ptaszkiem, to od czasu do czasu mogę trochę przyspać i przebyć jakiś dzień w półśnie...

 Na więcej blogowego pisania nie mam dziś siły. Zachęcę więc tylko do internetowej wycieczki na stronę artysty z Mosjøen. Stig - Ove Sivertsen:

http://www.sosivertsen.no

przyjemnego oglądania :)

14:35, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
niedziela, 23 sierpnia 2009
Co w trawie piszczy (Duży Książę)

 Niby mam czas i mógłbym popisać, ale... O, to może Książę - on już absolutnie nie wymaga wysiłku...

 Jak długo można siedzieć na stole? Odpowiedź nasuwa się jedna: Bardzo długo! Bo też i bardzo długo Książę i Aubrey bawią na stole... Hm, co tam ostatnio było? Ile tam już są? Ostatnio widziałem ich chyba w pierwszej połowie lipca czy coś koło tego... Tak, i zaglądam dziś, a oni nadal tam są. W jadalni, na podeptanym, wymiętoszonym doszczętnie obrusie...

 - Paradne - powtarza Aubrey i kładzie się na plecach. - O ile choroba może być czyms paradnym - dodaje. - Czasem cierpienia ludzi mogą budzić już jedynie uśmiech... - Ale to jednak tragiczne. Jednak, co? - zastanawia się Aubrey wpatrując się w sufit... Biedak chciał budować przeciw wszystkiemu. Chciał potwornej samotności we dwóch! Straszny jest taki mężczyzna, który zawraca pięknymi słowy głowę niemal nastolatkowi, którego potem chce skłócić z całym światem, z rodziną, uwięzić w jego własnym domu... Zaraz przecież zbudziła się w nim podejrzliwość... Biedny chłopak. Musiał słuchać drętwych całonocnych pogadanek filozoficznych, a z czasem dochodziły jeszcze obelgi i brutalne wykorzystywanie - finansowe, seksualne... Bo przecież różowy chłopczyk za byle pracę nie mógł się wziąć... Za żadną zresztą, bo wszędzie tworzył konflikty, bo wszyscy byli w jego pojęciu idiotami... - No widzisz... Podejrzani są ludzie szukający tzw. bratnich dusz... To jacyś paranoicy, dziwni ludzie będący w swoich chorobliwych wyobrażenaich w samym środku wrogiego, podejrzanego wszechświata... Po jakimś czasie zaduszą nawet ukochaną bratnią istotę... To samo zło. Niezawinione, ale jednak zło. Na szczęście tamten nie miał w sobie natury ofiary. I wypędził psychopatę. - To jednak brutalne. - To był ratunek. Człowiek nie ma obowiązku litować się... Ach, ten wypędzony biedak tęsknił potem tak bardzo za jakąś wielką miłością, a właściwie szukał uległego, całkowicie poddanego pracownika do swojej wieży z kości słoniowej... Ale zmieńmy temat - woła Książę i nachyla się nad swym chłopcem - a nawet więcej, bo nie mogąc się powstrzymać gramoli się na niego. Aubrey wykrzywia usta jakby go coś zabolało. - Co się stało? - Już nic, nic - odpowiada pakując rękę do swych spodni - teraz lepiej... - Coś przygniotłem... - Na to wychodzi. - Mam straszne myśli, mój chłopcze. - Tak? - To takie smutne, ale chciałbym cię porąbać na kawałki. - Załatwione - szpcze tajemniczo Aubrey. - Przestań żartować. - Jaki Książę jest gorący! Czy zostanę zaszczycony całusem Jego Wysokości? - Na to zawsze możesz liczyć - mówi Książę i całuje chłopca w usta. - I chyba nawet na więcej - zauważa Aubrey mrugając łobuzersko... - Mam nadzieję, że jednak dokończysz to, coś rozpoczął tak efektownie - mówi już z pełną powagą Książę. - Tak - słyszy zapewnienie patrzącego mu prosto w oczy kochanka - mam zamiar tak właśnie uczynić. - Sprawisz mi tym wielką radość, naprawdę. - Chociaż i teraz mogę powiedzieć, że wykonałem kawał roboty. Wiem, co w trawie piszczy. - A co w trawie piszczy? - pyta Książę. - W trawie piszczy piszczałka - odpowiada rezolutnie Aubrey. - Tego się właśnie domyślałem. - Może więc wystarczy poprzestać na domysłach? - Człowiek swój rozum ma. - Oj tak! -- Śmieją się... - A co z twoim przyjacielem, tam, w mieście. - Nic - Aubrey wzrusza ramionami. - Nie lubisz go? - Lubię... - Co on porabia? - Uczy się... Będzie w przyszłości ekonomistą czy gawiedziologiem - w każdym razie jakimś takim wróżbitą we współczesnym przebraniu... Z czego Książę się śmieje?... Będzie musiał sobie poszukać kogoś innego... - Bo mnie się zdaje, że coś, kogoś już... znalazłeś... Myślisz o zamieszkaniu tutaj... - Myślę o naszym domu. Na wzgórzu. - Co chcesz tu robić? - No właśnie... Gdyby nieco rozbudować... To bardzo ciekawa architektura. Gdyby jeszcze trochę pogłówkować, pofantazjować, można by było zrobić z tego coś jeszcze osobliwszego. Coś jak bergeńska posiadłość Ole Bulla - śmieje się Aubrey i dodaje - chciałbym poprowadzić pensjonat. - Pensjonat. - Nie wiem jeszcze jakich środków będę potrzebował. Muszę porozumieć się z jakimś specjalistą... - Znam kogoś, kto będzie mógł służyć ci radą. Znakomity architekt! - zapala się Książę. - Naprawdę? - O, naturalnie... Może ten bukiet ziół... - Bukiet ziół? - To, co zobaczyłeś w szklanej kuli. - Ach, to... - Liczę na jakiś przytulny, książęcy pokoik! - Zbuduję dla Waszej Wysokości wieżę! - Miałbym przybywać do wieży? Jak jakiś puszczyk? - Powiedzmy, że byłoby to coś na kształt wspomnienia mej - że tak powiem - miłosnej przygody z Howardem. - Nie, nie, Książę nie chce nocować w wieży... Nie mieszaj mnie z Howardem. - Ale przecież... - Miałem dużo kłopotów z jego miłosnymi aferami. Jak dobrze pójdzie, będziesz pierwszym jego kochankiem, który nie skończył marnie. - Miejmy nadzieję. - Jesteś taki słodki i taki dziwny... Czasem tak drżysz... - Niektórzy to lubią - uśmiecha się. - Nie mów w ten sposób... - Zadziwiające - dodaje po chwili Książę - te twoje dygoty, łzy, a wcześniej ten wrzask... Zgłupieć od tego można... - Sama szczerość była w mym krzyku. - Taaa... --- Nagle w jadalni zjawia się Luka. Trochę go bawi Książę leżący na Aubreyu. Chrząka. Książę jest nieco zmieszany, ale decyduje się na żartobliwy ton, co brzmi jednak dość sztucznie: - No i co - mówi - mamy lekki kłopot. - Tak, hm, Książę... Właściwie zapomniałem, co chciałem powiedzieć. Gdybyś z niego zlazł... - Nie mogę. To tak silne przyciąganie, że nie mogę... - Chciałem tylko powiedzieć, że burmistrz będzie wielce zaszczycony, jeśli zjemy z nim dziś kolację. - To znaczy kto? - Ja, ty... - Ach, nie było tego w planie. - Nie było też w planie, by Książę dokonał uroczystego otwarcia nowej biblioteki w miasteczku, ale skoro... - Skoro już jestem, i tak dalej, i tak dalej... Tak, jestem w końcu maszynką do przypinania orderów, przecinania wstęg, a moja droga Księżna profesjonalnie rozpierdala butelki z alkoholem o statki... - Że co? - Co, myślicie, kurwa, że ja nie umiem przeklinać?! - Będą tacy zaszczyceni - rzecze namawiająco Luka. - A więc dobrze. - Książę otworzy, kurwa, tę pierdoloną bibliotekę - wtrąca się Aubrey. - Milcz, do diabła - cedzi przez zęby Książę... - A zatem do osiemnastej - woła na odchodnym Luka. - Ja chyba śnię. - Nie, to nie sen. - Co to miało znaczyć? Możesz mi powiedzieć? - Tak mi się wymsknęło. - Zaczyna mnie boleć głowa... Może je się przebudzę... - Ależ mówię, że to nie sen. - A skąd my to możemy wiedzieć... Coś tam zakładamy... - Co tu zakładać?... A zresztą, to załóż sobie, że sen, i zwołaj konferencję, na której opowiesz: ten tu chłopiec jest moim kochankiem... W końcu we śnie taka samowolna swawola odchodzi... - Mieliśmy coś zrobić... - Już nie pada... - Tak, zejdźmy wreszcie z tego stołu. I ogarnijmy się... - Prawdę mówiąc liczyłem na coś więcej - wzdycha Aubrey i zeskakuje ze stołu. - Nie żartuj sobie. - Przeszło po tej niespodziewanej wizycie... - Przebierz się. Masz na rozporku zupę. --- Aubrey pociąga nosem i udaje zrozpaczonego: - Bije mnie chochlą po jajach! - skarży się i wychodzi z jadalni... ---- Książę czeka przed domem na Aubreya. Zrobiło się ciepło. Pachnie wiosenną wilgocią. Na jakieś większe rozpogodzenie się jednak nie zanosi. Przed chwilą jeszcze było trochę słońca, ale teraz znów niebo zasnuły ciężkie, brudne chmury. Kto wie, może znowu zacznie padać?... Tak, zdaje się, że nie czeka tu na nich żaden nowy fiołkowy wieczór. Nawet czary Luki nie pomogą. --- Aubrey jest w pogodnym nastroju. Starannie odziany, jak zawsze oszałamiająco piękny, zeskakuje energicznie ze schodków i podbiega do Księcia. - Cóż za radość patrzeć na ciebie! - woła Jego Wysokość. - Ja też się cieszę. Ledwie pół godziny minęło, a mnie już tak dotkliwie wymęczyła tęsknota... - Chodźmy zatem... - Czy nikt nas nie pilnuje? W dzisiejszych czasach to może być chyba niebezpieczne. - O, nie bądźmy tacy przewrażliwieni. - E tam, nie wierzę, żeby nikt nie miał nas na oku. Sami oddani i dyskretni spece od pilnowactwa... - Doskonale. Tak się cieszę, mój chłopcze, że postanowiłeś nie popełniać zbyt wielkich głupstw, bo ufam, że można trzymać się twojego zapewnienia. - Naturalnie. - Nie będzie ci jednak szkoda? Wiesz, dalsza kariera... - O, jaka tam kariera. To takie niepotrzebne. - O, dlaczego tak mówisz? - Bo też i wszystko, co bazgracz nabazgrze, każdy przymiot jego umysłu, jego przeżycia i tajniki duszy są zapisane czarno na białym. Po cholerę krytyki i egzegezy? - Czas ciąży ludziom swym nadmiarem - oto jedyne wyjaśnienie tej anomalii - recytuje Książę, na co Aubrey reaguje śmiechem... - Zostawmy jednak w pokoju panią Woolf. Skoro nie widzisz sensu... - Mam dość druku. - Ale to taka kopalnia ciekawostek wszelakich. - Ciekawostek. Do diabła z nimi... Kto wie czy najważniejszej rzeczy już nie przeczytałem - powiada Aubrey patrząc w niebo. - Co masz na myśli? - To chyba "Ulisses" Joyce'a. - Akurat to? Dlaczego? Ja sam nie mam pojęcia, dlaczego doczytałem to kiedyś do końca... - Taka prosta rzecz. Jest rok 1914. Joyce w Trieście sięga po stary numer "Evening Telegraph". Numer sprzed dziesięciu lat. Z 16 czerwca 1904... W tym czasie dzieje się rzecz, która okazała się brzemienna w skutki - ginie Franciszek Ferdynand. Tu Ferdynand - a tam, w 1904 roku, w Ascot zwycięża jakaś Ulotka...Bzdura upamiętniona ledwie w gazecie... Jeden dzień... Stary dzień. Wokół rzeź nieprzytomna, a u niego został stary dzień... Że Ulotka niby nic nie zmieniła, w przeciwieństwie do doniosłego morderstwa... Ale dzień ten dawny, czerwcowy, w którym wyszła tamta gazeta... Opisany... W samym środku krwawego wariactwa łażenie, jeżdżenie, paplanie, picie... Ulotne byle co! W sennym Dublinie. Sprawiająca ulgę obojętność... Milczenie o gnoju wojny, wieczność dla byle czego... Czy to nie wspaniałe? - Nigdy się nad tym nie zastanawiałem... --- Książę nagle się zmienia. Jest biały jak papier ze strachu. Gwałtownie przyciąga do siebie Aubreya ciągle wpatrzonego w niebo. - Mój Boże, Książę tak pobladł! - Błagam cię, patrz na mnie!!! Nie odwracaj się! - krzyczy Książę i tuli do siebie chłopca jakby go chciał przed czymś ochronić. Wpatruje się pełen niepokoju w postać stojącą przy zaniedbanym żywopłocie, która po chwili rozwiewa się jak mgła. - Była łudząco podobna do mnie? - Co? - pyta roztargniony i ciągle jeszcze roztrzęsiony Książę. - Ta zjawa - uzupełnia Aubrey z posępną miną... - Nie, to bzdura - rzuca w rozdrażnieniu Książę. --- Kiedy tak stoją objęci, ktoś robi im zdjęcie. - Jeszcze i to... I z czego się cieszysz? Wariuję, jak Boga kocham - wariuję... - Może więc dawne bajdy nie kłamią... - Eee, ludzie żarli wtedy zanieczyszczone jadło. - A Książę coś brał? - Chodźmy stąd. - Nie pilnują skutecznie albo krucho u nich z lojalnością - zauważa Aubrey. --- Idą w dół, w stronę wiejskiego cmentarza. Z chmur spadają pierwsze duże krople nowego deszczu. Słychać jeszcze podenerwowanego Księcia jak mówi podniesionym głosem: - Pieprzony fotograf. Łby pourywam!...

ciąg dalszy nastapi.

16:05, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
piątek, 21 sierpnia 2009
Kto powinien mieć dwadzieścia lat

 Wczorajszy wieczór był przepiękny! Ciepły, gwiaździsty i rozśpiewany świerszczami... Sierpień, cudowny sierpień... (Ach, jak ja kiedyś lubiłem ten miesiąc w malinowo - poziomkowym Trøndelagu... Tego mi chyba najbardziej szkoda... Ech, ale to było inne życie... O - znów mnie kusi, żeby się rozpisać:))))

 Znowu wyciągnąłem Franka na wieczorny mecz piłkarski... - Ty zboczeńcu jeden! - pogroził mi paluszkiem. - Bo myślałby kto, że ja się tak interesuję piłką! - Dobra dobra - jest piłka, są chłopaki, jest młodość, którą się trzeba nacieszyć. - No to jedziemy się nacieszyć!

 No i ruszyliśmy na rowerkach. Wśród świerszczowej muzyki, którą po chwili zagłuszyły nieco piłkarskie okrzyki, takie głównie na "k"...

 Grali fajni młodzi mężczyźni. Dobrze oświetlone, opalone, zdrowe, sprawne ciała... Nogi jak u bogów! Czyste piękno!

 Bardzo mnie radują takie widoki. Ale jednocześnie trochę wkurzają!! Bo to szczyt bezczelności, żeby po świecie chodzili jacyś nowi dwudziestolatkowie!! Można się pogniewać, do diabła! :) - Ciebie to nie wpieprza? - spytałem Franka. - Co poradzić, taka kolej rzeczy... - Ale to my mieliśmy kiedyś dwadzieścia lat! I tak już powinno było zostać! A tu biegają tacy, po piętach depczą, pysznią się swoim urokiem! Szlag mnie trafi! :-D

 No, ale jeszcze się trzymamy. Jeszcze kondycja całkiem dobra... Grunt, że nam brzuchy nie porosły! A mnie to już w ogóle... Trzymam się linii wytyczonej przez mojego dziadka - on do końca był szczupły, nigdy nie obrósł tłuszczykiem... Jedyny szkopuł w tym, że mi przedwcześnie posiwiała broda... Stało się to wtedy, kiedy umierała mama. No i tak już zostało... I mi się to nie podoba. Kiedyś lubiłem zapuszczać zarost. A dziś już mniej, bo mnie wkurza ta okropna siwizna... Jednak niekiedy zarastam, bo Franek ma kompletnego bzika na punkcie drapiącego ryja, cóź więc mam począć. :)

 Ech, młodzieńcy, młodzieńcy... I tak wam kiedyś posiwieją kłaki. Nie myślcie sobie!!! Wy, nieśmiertelni!

 Jutro, przy sobocie, ogolę się ładnie... I będę znowu gładziutki... Na ryj pozbawiony włosów jeszcze mi skradająca się wielkimi krokami czterdziecha nie wpełzła... Choć nie jest już to tamta dawna gładkość...

 Jeszcze w latach studenckich zatrudniłem się w wakacje na trochę w dużym spożywczaku... Tak żeby nieco podłatać budżet... Byłem w tamtym momencie nachmurzonym, najczęściej dość brodatym studentem. Po pewnym czasie jednak zjawiłem się w pracy ogolony. I szefowa obdarowała mnie komplementami: - O, jaki pan teraz ładny, taki gładziutki... :) Od razu chciała, żebym siedział w kasie! Poleciała z tym do głównego kierownika. W osobliwy sposób chciała wpłynąć na wzrost obrotów w sklepie... Do ładnego panie zawsze chętnie przyjdą... :-D

 Ech, śmieszne czasy. Po tamtej drobnej pracy pozostała mi pamiątka w postaci uprawnienia do prowadzenia wózków widłowych! Żeby było śmieszniej, całe szkolenie, po którym otrzymałem zielony papierek, trwało raptem pół godziny czy coś koło tego... :) Ha! - nikt mi dzisiaj nie podskoczy... :)

***

 A teraz jeszcze coś z innej beczki. Mały cytat... Ech, jakże Knut Hamsun potrafi poruszyć w ten swój prosty sposób!

(...)

 Przez miłość człek staje się głupszy; Izak pragnął się przypodobać na swój sposób i dlatego posunął się za daleko.

 - Co to ja właściwie chciałem powiedzieć - rozpoczął - ziemniaków nie będziesz obdziabywać. Ja sam to zrobię, gdy przyjdę wieczorem.

 Potem wziął siekierę i poszedł do lasu. Słyszała, jak w lesie ścinał drzewa, było to w pobliżu, a po trzasku poznała, że ścina wielkie pnie. Chwilę nasłuchiwała, po czym wyszła do obdziabywania ziemniaków. Przez miłość człek staje się mędrszym.

(...)

14:07, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
środa, 19 sierpnia 2009
Śliwki, jabłka i polowanie na mamuta

 Ładnie jest, łagodnie jest. Słońce i powietrze polarno - morskie. Jest więc ciepło i człowiek ma czym oddychać!

 Lato już dojrzało, dorosło, zieleń jest już zmatowiała i pogłębiona - daleko jej do wiosennej, jaskrawej świeżości, jednak już wkrótce nadejdzie ten czarowny czas, kiedy coraz bardziej zniżające się słońce nieco ją prześwietli i odmłodzi - będzie to takie przedjesienne powtórzenie maja, tyle że z wyraźnie brzmiącą melancholijną nutą...

 Zrobiło się śliwkowo i jabłkowo... Korzystam z tego czasu z apetytem... Wszystkie sezonowe, ulotne owoce zjadam w ogromnych ilościach, żeby jak najintensywniej zakosztować smaku, pobyć z nim... Tak jest z truskawkami (w tym roku mi się udało, bo załapałem się dodatkowo na te pyszności podczas wyjazdu, w stronach, gdzie dojrzewają o wiele później), wiśniami, malinami, śliwkami i wczesnymi jabłkami... Bardzo, bardzo jestem owocożerny!!

 Ostatnio miałem furę papierówek. Pani z warzywniaka powiedziała, że to takie papierówy ze starego ogrodu, z sękatego drzewa... - Niech pan skosztuje. - Były rzeczywiście pyszne! (Ach, smaki dzieciństwa, te sprawy - zupełnie marzycielskie klimaty zapanowały). Przytargałem do domu przysłowiową tonę tych skarbów, tych darów lata... Przytargałem, a potem naturalnie żarłem. Głównie ja, bo Franek zrobił się jakiś mniej jabłkożerny. A z pozostałej resztki zrobiłem sok, tak dla odmiany. Wrzuciłem owoce do sokowirówki i - Boże drogi - jaki niezwykły aromat rozszedł się po kuchni... Te jabłka musiały dojrzewać w iście rajskim ogrodzie!! Napój wyszedł pierwszorzędny i szybko zniknął w naszych gardziołkach!

Ech, nie ma to jak dobre, poczciwe, swojskie odmiany jabłuszek. A papierówka zajmuje wśród nich mejsce szczególne. Jest rozkoszna. To jeden z najmilszych smaków lata...

 A do tego jeszcze rozrastające się bogactwo śliwek... Do południa zjadłem ich już kilogram... Bomby wypełnione genialnym, przesoczystym, słodkim miąższem... Pełen odlot! Myślę, że to właśnie robią wszyscy bogowie - gdy znudzą im się arystokratyczne winogrona, rzucają się na śliwki!!! I ja... No tak, tak - jak ja to zawsze powtarzam - sam jestem bogiem, bo kocham swojego chłopca... Każdy, kto kogoś kocha, jest bogiem... A kto nikogo nie kocha, ten jest... ten może być wszystkim, lecz nie bogiem!... Jakże wszystko nabiera dodatkowych, niesłychanych smaków, gdy wie, że trafi na boskie podniebienie!!!!

 Smuteczek się tylko mały rodzi. Bo to już jabłka, bo to już śliwki, bo astry w wazoniku... tak więc kończą się już wakacje. Mnie to wprawdzie nie powinno jakoś szczególnie dotykać, ale jednak pozostaje gdzieś tam głęboko to paskudne wspomnienie z czasów, kiedy do człowieka coraz szybciej zbliżało się ohydne widmo świństwa zwanego szkołą... Znów otwierała się czarna otchłań dziesięciu niszczycielskich miesięcy! Za nic w świecie nie chciałbym tam wrócić, tam, do tego miejsca, gdzie roiło się od ludzi, których nikt nie zdołał wychować i którzy, być może właśnie z tego powodu, z niebywałą ochotą brali się za wychowywanie innych.

 Cóż jeszcze powiedzieć... Tak to bywa w życiu kózki, która sobie skakała... Tak, skakała kózka, skakała, aż wreszcie ktoś na kózkę wskoczył i ją przy okazji solidnie wydymał... Coś nieprzyjemnego zdarzyło się w życiu byłego kochasia Frania... Dzwonił do niego i mu się żalił, ten dziwnie miły a jednocześnie okropny, nietaktowny typek... W swoich podbojach zawadził aż o Francję - tam się zaczepił i znalazł sobie urodziwą, wypielęgnowaną aż do obrzydzenia doskonałość, która okazała się jakimś obrzydliwym oszustem, przekrętem grubszego kalibru i bezwzględnym okrutnikiem... I bardzo dobrze - myślę sobie - miał porządnego chłopca, to go nie szanował. Ale przynajmniej ja skorzystałem... I może Franio też... Skoro codziennie do mnie wraca i znosi me nastroje... :)

 Gadałem wczoraj z kolegą. Dobry to kolega, przydatny, bo jest uczynnym komputerowcem, tak że gdy mam jakieś problemy, to zawsze mogę do niego uderzyć... (Bo ja i komputer stanowimy odrębne i bardzo odległe światy... Z Frankiem jest zresztą podobnie... Jesteśmy raczej użytkownikami urządzeń stanowiących dla nas niezgłębioną zagadkę. :) Kolega komputerowiec i jeszcze na dodatek zapalony grzybiarz! I tak właśnie o grzybach żeśmy gadali... Bo może byśmy się kiedyś wybrali! - Co ty na to? - Ja wyraziłem wielką chęć. Oczywiście w moim przypadku nie ma mowy o grzybobraniu, nie znam się bowiem na grzybach i w ogóle mam wybitny talent jedynie do dostrzegania wszytstkiego co niejadalne, jednak na łażenie po lesie zawsze mam wielką ochotę... - No, to się jakoś umówimy. - Super!

 A tak skoro zahaczyłem o komputery... Tak sobie czasem myślę, kiedy ślęczę przy biurku albo zaraz po ślęczeniu: Czy ja jeszcze jestem mężczyzną? A drzewo rąbać! Barany wełniane pasać... Franek mnie od razu osadza na ziemi...: Tak, drzewo, barany, a ja muszę mieć prysznic, ciepłą wodę... - Hm - mruczę smutno - wydelikatniałem czy jak? - Franek zauważa, że on też najczęściej siedzi przy biurku... - I co, nie jestem? - No już dobrze, dobrze... Zatem ustaliliśmy, że jesteśmy mężczyznami... :) Ale coś jednak w tym wszystkim lekko nie gra... Tak myślę na przykład o rdzennych mieszkańcach rozmaitych stron, zrośniętych z własnym pejzażem, z przyrodą, żyjących od wieków zgodnie z jej rytmem i jej wymaganiami... Choćby tacy Eskimosi czy Lapończycy. Wszystko było w porządku, dopóki nie zgwałciła ich zachodnia cywilizacja... Ten okropny spłowiały człeczek Zachodu... Chrześcijańska Europa - siedlisko występku, złodziejstwa, bezczelności, zachłannego bandytyzmu... Wszędzie się wryć, wszystko wyzyskać, przywlec ze sobą swojego Boga - oczywiście najlepszego i jedynego (to tak w ramach wielkodusznej troski o cudze, pogrążone w mroku dusze), przywlec też gorzałę, zgwałcić, okraść i rozstawić swój jarmarczny stragan i, idąc z duchem postępu, zainstalować na końcu bombę, w ramch troski o bezpieczeństwo... Nosiciele nowych czasów, nowych zwyczajów i nowych oczekiwań... Wcale mnie nie dziwią wielkie trudności w dopasowywaniu się do narzuconych  porządków... Tak ciągle jest choćby ze wspomnianymi Lapończykami... I to głównie z mężczyznami, którzy nie zawsze potrafią odnaleźć się w tzw. nowoczesnym społeczeństwie. Dawny, odwieczny system się rozsypał. Wszystko, co odstępuje od bezbarwnego, nowego porządku i stylu zmiania się w teatrzyk zwany atrakcją turystyczną. Żałosna sytuacja... Kobiety radzą sobie lepiej. Zdobywają wiedzę stosowną do wymagań dzisiejszych czasów, z nią zaś władzę, i zarabiają pieniądze, żeby mieć na to czy owo świecidełko... A panowie, niewykształceni, bez większych perspektyw, w tęsknotach za całkiem reniferowymi czasami, gdy rządzili i byli silni, pobierają pewnie jakieś zasiłki... I jakoś ich rozumiem... Bo co teraz? Tam gdzieś dale wielkie, przestrzeń, w której od pokoleń życie szło swym niezakłóconym rytmem, życie, gdzie każdy miał już tak z przyrodzenia wyznaczoną rolę i miał pewność, że zawsze będzie potrzebny, a tu, teraz, świat z obcymi obyczajami, żądający od człowieka, by się umiał wiecznie zmieniać, pragnący, by zdobywał coraz to nowe umiejętności, by był giętki... A im jakoś daleko do giętkości i tego świata obcego, przez nikogo nie zapraszanego... Człowiek, co w duszy jest jak latawiec... Co robić ma teraz? Ma się pogrążyć w rozmaitych bzdurologiach, siąść w biurze przy komputerku pośród "ikeowatych" mebelków?...

 Dziś jeszcze jest dodatkowy problem - wielu ludzi nie widzi efektów swojej pracy. Jedynym rezultatem działania są wpływające każdego miesiąca na konto pieniądze. Coś się dzieje, ale w gruncie rzeczy nie wiadomo co... Nie wszyscy czują się z tym dobrze...

 Co zostanie za ileś lat? Tęskna nuta? "Cepelia"? Legenda? I turyści. Spragnieni może, by wypić drinka w niecodziennym miejscu... Nawet ci, co sobie radzą w innej rzeczywistości, ronią łzy za dawnym... Rozumieją jednak, że tylko poprzez wpisanie się w nowy porządek, będą mogli coś swojego, odrębnego zachować. Z podniesioną głową. Jednak.

 Smutnawy los podbitych... Kim dla nas są radosne nagusy z tropikalnego lasu albo okutani w skóry Inuici sterczący nad dziurą w lodzie w oczekiwaniu na fokę?... Ach, co to za zbijanie bąków!!!??? Przecież to jakaś zgraja bezrobotnych! Rzecz iście oburzająca... Są jednak radosne światełka... Choćby w Rosji, gdzie po politycznych przemianach rdzenni mieszkańcy dalekich, polarnych pustkowi powracają do własnego rytmu, do własnej życiowej wędrówki... Ze swoją wiedzą.

 Ech, tak czasem mnie nachodzą zupełnie buńczuczne myśli: Tak przenieść się w prehistoryczne czasy, odziać w skóry i pójść z kolegami zajebać mamuta! Z dzikim okrzykiem! Po męsku!

 (Niech mi będzie wybaczone użycie wulgarnego słowa. Ja czasem lubię mówić brzydko. Bo też taki milusi znowu nie jestem. Owszem, potrafię być grzeczny i kulturalny, chodzę czasem do teatru, czytuję trudne książki [z dość niezrozumiałych powodów], bywa, że czĘstujĘ siĘ śliwkĄ, umiem zjeść morskiego robaka, zdolny jestem jednak bluzgnąć makabrycznie, ale tego tutaj nie zaprezentuję, bowiem człowiek powinien, o ile to możliwe, unikać przesady... Od czasu do czasu, sądzę, można jednak pozwolić sobie na zajebanie mamuta. :) Bo w życiu każdego mężczyzny przychodzi taki dzień, kiedy musi zajebać! Choćby wirtualnie... :-D)

15:52, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 17 sierpnia 2009
Polarnicy i straceńcy

 Już myślałem, że się rozchoruję... Późnym popołudniem zaczęło mnie brać... Franek już wystąpił ze swoimi żarcikami - chrumkał nade mną podejrzewając mnie o romans z grypą świńską!... W nocy gotowałem się we własnym sosie. Skulony pod kołdrą topiłem się w swym zapasowym łóziu... I wstałem rano jak nowy! Cud!... Pobiegłem na spacer z psami, kupiłem kilka drobiazgów śniadaniowych... Troszeczkę jeszcze czułem się osłabiony, ale to wkrótce mi przeszło... Siadłem do roboty, trzepnąłem mocną kawę, doładowałem się jeszcze pączkami (Franek się nie skusił, zatem zostały mi wszystkie cztery!!)... Tak, ja to sobie lubię podjeść słodkości... Nie żałuję sobie, bo na nadwagę jestem uodporniony, a poza tym - jak ja to powtarzam - mogę jadać słodkości do woli, bo nie jestem przeintelektualizowany. :) Nieprzeintelektualizowani ludzie mają zresztą jeden ważny plus - można ich sobie wyobrazić w sytuacjach nieprzyzwoitych. Przeintelektualizowani nie budzą we mnie żadnych nieprzyzwoitych myśli, co sprawia, że stają się w mych oczach istotami nad wyraz paskudnymi...

 No i tak - zanim się odstawię od komputera, coś dopiszę na blogu... Do notki, którą tu chaotycznie wklepię, skłoniła mnie Agnieszka, która wywołała temat dawnych, kształtujących nas lektur... Już kiedyś naturalnie o tym pisałem, ale w sumie, w wielkim skrócie, można jeszcze coś dopisać albo i powtórzyć - tak dla dobrego wspomnienia ekscytujących fragmentów dawnych czasów, tych fragmentów, które pozwalały żyć, tęsknić, mieć coś, co z biegiem lat można było spełniać... Północ - tak, tak, naturalnie! Zaczynała rwać mnie za flaki, stawała się główną potrzebą życia... Początkowo były to nawet tęsknoty za czymś ekstremalnym, za straszliwym zimnem, za lądolodem, za zmrożonym na kość pustkowiem!... Byłem chłopczykiem, który specjalnie nie lubił chodzić do szkoły. Już w podstawówce odkryłem coś niesamowitego - że do szkoły przecież nie musi się chodzić, że wystarczy wyjść z domu z tornistrem, przejść obok znienawidzonego, wypełnionego bzdurą wszelaką budynku i wsiąść do podmiejskiego autobusu, by przyjemnie i owocnie spędzić dzień... Pamiętam dobrze takie dni - szczególnie zimowe, kiedy brnąłem godzinami przez zaśnieżone pola... Wyobrażałem sobie, że łażę gdzieś po Grenlandii albo Antarktydzie... A gdy wiał zimny wiatr, wpadałem w ekstazę (to mi zresztą zostało do dziś - uwielbiam wiatr i horyzontalne opady, wszystko jedno - deszczu, śniegu)... Bardzo wtedy chciałem być polarnikiem... Byłem napchany podróżniczymi książkami, dziennikami i opowieściami polarników, zdobywców... Tego rodzaju marzenia szybko się jednak rozwiały - polarnikiem nie zostałem, ale swe północne tęsknoty zaspokoiłem, zaprzyjaźniając się z duchem wyrosłym pośród niezrównanego borealnego piękna i zwiedzając dość intensywnie krainy, na których wezwanie nie pozostałem obojętny... (Tak, coś takiego jest... Są takie wezwania... Już kiedyś o tym opowiadałem cytując Halldóra Laxnessa)... Stałem się turystą, nie zaś zdobywcą (dziś już niestety można być tylko nim, bo chyba nie ma za bardzo już czego odkrywać) i zapiekłym pokonywaczem słabości ciała pośród skrajnie nieprzyjaznych warunków, wolę bowiem patrzeć uważniej wokół siebie niż skupiać się przesadnie na swoich cielesnych możliwościach badając ich granice, to mi bowiem do nieczego nie jest potrzebne... I też nieco inny rodzaj bohatera mnie zainteresował, chociaż ów nowy bohater nie był aż tak bardzo odmienny od tych niesamowitych ludzi, którzy nie tak znów dawno temu usuwali ostatnie białe plamy z map świata... Nansen, Amundsen, Nordenskjöld, Peary, Shackelton, Borchgrevink, Andrée, Franklin, Scott - można by tak wymieniać i wymieniać... Niesamowicie imponowali mi ci ludzie, którzy mieli tak wielką odwagę, by ruszać w nieznane... Inne to były czasy. Daleko było do dzisiejszych osiągnięć techniki. Nie można było wezwać pomocy - człowiek przepadał i albo po jakimś czasie wracał, albo nie... Czasem mijały dziesięciolecia, zanim do ludzi docierały wiadomości o losie zaginionych śmiałków - tak było choćby w przypadku balonowej wyprawy A. S. Andrée, K. Fraenkela i N. Strindberga, kiedy to przez przypadek, po przeszło trzydziestu latach, odkryto ślady obozowiska i szczątki polarnych, tragicznych wędrowców... Zdani wyłącznie na siebie, na własne siły i siły współtowarzyszy, dokonywali ci ludzie czasem rzeczy zupełnie niesamowitych, wręcz niewyobrażalnych... Zdesperowani chwytali się wszystkich możliwości, nawet najbardziej śmiałych i niemal niewykonalnych... Wykorzystywali każdą iskierkę nadziei... Jakim niesłychanym wyczynem była przeprawa Shackeltona niewielką łodzią z Wyspy Słoniowej na Georgię Południową, by sprowadzić pomoc dla uwięzionych na beznadziejnym skrawku ziemi członków pechowej ekspedycji... Szmat drogi przez skrajnie niebezpieczne wody, a potem jeszcze zmagania na lądzie, wszak Georgia Południowa to wyrastające z oceanu pasmo wysokich gór, które na koniec ratunkowej wyprawy trzeba było pokonać... No i ta pasjonująca rywalizacja Amundsen - Scott... Chęć bycia pierwszym odkrywcą, zdobywcą... By stanąć i wbić w czubek ziemi flagę, w takim dumnym, patriotycznym geście... Norweg był bardziej doświadczony i lepiej przygotowany, i chyba bardziej sportowo podszedł do sprawy... Scott i jego towarzysze zapłacili cenę najwyższą - Antarktyda ich pokonała... Pamiętam jego pasjonujący dziennik, jaki pisał w czasie tej tragicznej wyprawy... Fascynująca była to lektura... Zatapiałem się w tym grubym tomiszczu, brnąłem razem z tymi fantastycznymi ludźmi do znanego mi końca, brnąłem w wędrówce ku śmierci... To byli moi bohaterowie:

 Od lewej: Wilson, Bowers, Evans, Scott, Oates...

 Pierwszy zginął Oates. Jego ciała nigdy nie odnaleziono. Popełnił honorowe samobójstwo. Chciał zwiększyć szanse przyjaciół na przeżycie. Nie chciał spowalniać tej już i tak straszliwej przeprawy... Angielski dżentelmen... Wyszedł z namiotu w koszmar wiecznej zimy oznajmiając, że idzie się przejść i że jego przechadzka może trochę potrwać... Przejmujący był to moment...

 A Bowers był jakiś dziwny... O ile sobie przypominam, często, tam, w tych polarnych warunkach, zakładał na głowę kapelusz i miał gołe uszy. Wszyscy się dziwili, że mu nie odpadły z zimna...

 Tak sobie teraz pomyślałem, że będę musiał wyszperać gdzieś "Ostatnią wyprawę Scotta"... Sprawdzę, jakim przeżyciem dla mnie będzie ta lektura dzisiaj. Jestem tego ciekaw!

 Tacy ludzie - co idą przed siebie bez asekuracji - obojętne - wędrowcy, szaleni poeci, włóczędzy, poszukiwacze nastrojów czy ci dawni zdobywcy... Takich lubię. Bo oni są bliżej spraw wielkich i ostatecznych... Jakże nędzny zdaje się przy nich dzisiejszy, roztrzęsiony o posadkę pracuś skrzętnie odkładający swe pieniążki w bezczelnym ZUSie... :)

15:01, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2