BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
sobota, 20 sierpnia 2011
Na zarośniętych ścieżkach

Tak to jest ze sztuką, że się zazwyczaj w którymś momencie urywa, urywa się bez ostatecznej kropki. Artysta umiera albo odkłada swoje narzędzia i milczy już, żyjąc jeszcze przez jakiś czas, a inni mają sposobność do fantazjowania, co też by jeszcze artsta napaćkał, naskrobał, gdyby bardziej wykorzystał swój czas lub gdyby nie pospieszył się za bardzo ze swym zgonem. Czasem jednak bywa tak, że artysta dociera do tego momentu, kiedy to może doprowadzić swoją pracę do końca. Czasem życie odwołuje się do pewnych wymuszeń i stara ręka jeszcze raz zabiera się za robotę, po to, by tę ostateczną kropkę postawić. I się porządnie pożegnać.

Pomyślałem sobie teraz o Romanie Opałce, liczącym artyście, który zmarł niedawno... Prosty, a jednak niezwykły, choć może i trochę przerażający miał pomysł na zliczanie chwil życia. W swym projekcie "Opałka 1965/1-?" postanowił, prowadząc swoje liczenie, pójść od czerni ku bieli, w której liczby miały się zatopić. Powolne, powolne rozjaśnianie tła, płynący czas, rosnące liczby, czasem koślawe, bardziej i mniej czytelne, z jakimiś pomyłkami, w czym kryje się zapis rozmaitych stanów: dobrego samopoczucia, zmęczenia, uwagi, rozkojarzenia... Dziwne to, bo niezwykłe jest takie nieustanne patrzenie w twarz przemijaniu. Zwyczajny człowiek raczej tak z doskoku sobie uświadamia, że trochę już minęło, a pan Opałka poszedł w jednym kierunku, by malować czas i patrzeć, jak on nieubłaganie upływa, by dobitnie się przekonywać, że wszystko jest nieodwracalne, zapadłe na amen, by patrzeć, jak chwile już w momencie stawania się nieruchomieją w przeszłości, mając jednocześnie świadomość, że jest jeszcze jakieś dalej gotowe do wypełniania, do przyjęcia kolejnych liczb, kolejnych momentów życia... Z początku stukano się po głowie, publiczność kpiła, ale jednak sztuka ta się obroniła i stała się drogocenną, wartą miliony... Sztuka, która była jedynym sensem Opałki. "Gdybym się jej nie oddał - mówił - prawdopodobnie popełniłbym samobójstwo, bo nie widziałbym powodu dalszego istnienia". Sztuka z wielkim dziełem, dziełem niedokończonym... Kropka postawiła się sama, kropką okazało się niedokończenie. Dzieło urwało się jak życie. Urwany dowód przemijania... Mogłoby to jeszcze trwać, do końca, by się ta skończoność wszystkiego, co żyje, zamanifestowała w dziele, skończoność wszak zastygła w niueukończonym... Jest więc tak jak z dziełami innych powołanych w zaświaty, którym nie dane było powiedzieć, że skończyli - ich dzieło jest już zamknięte, choć mogłoby jeszcze urosnąć, gdyby...

 A teraz o tym właściwym, któremu zamierzałem poświęcić miejsce, o tym, co skończył ostateczną kropką, w innej dziedzinie wprawdzie, ale to przecież nie ma większego znaczenia. To, co mija, zostało zmieszane z tym, co minęło dawno temu. U malarza przeszłość rysuje się w czytelnych, w miarę równych ścieżkach, w obłędnym ciągu cyferek, u Hamsuna ścieżki są zarośnięte, bo taka też jest ludzka pamięć, zwłaszcza pamięć nosząca w sobie niemal cały wiek, jest gąszczem, przez który człowiek się przedziera, by wybrać i odnotować drobiazgi, urywki, scenki z aktorami, których od dawna już nie ma. Drobiazgów jest garstka. Reszta musi się zgubić w zaroślach, musi się zatrzeć. Ten i ów zwykły człowiek jest szczęściarzem - pisarz po latach sobie przypomniał i uwiecznił ich. Bo pisarz czekał i musiał sobie jakoś urozmaicić to oczekiwanie. I nie było to czekanie starca na śmierć. Koło starca jeszcze zawrzało życie... Był już właściwie pisarzem nieczynnym - skończył z powieściopisarstwem w latach trzydziestych. Ale gdy przyszła wojna, sięgnął po pióro, żeby pisać artykuły... O, gdyby zmilczał, gdyby dał sobie spokój. On miał jednak swoje patriotyczne pobudki. Tyle że ten rodzaj patriotyzmu zmroził wielu...(Ale tak to już jest - patriotyzm różne ma oblicza i barwy, i jest w nim zawsze jakieś echo ludzkości podzielonej na hordy, co jest okropne i od czego mnie osobiście odrzuca...) Starzec wmanewrował się w smutną sytuację. Agresorzy zatarli radośnie ręce. Wykorzystali Hamsuna, jego wizerunek... Świetnie się nadawał do propagandowych obrazków i gadek. Widać to na starych kronikach - Norwegia piękna, z wsią ujutną, krynica mitów, z której hitlerowcy czerpali na swą prostacką, prymitywną, obskurną modłę, rasowi bracia, i oto on, ta sława światowa z nami! Szykowne mundury, swastyki i starzec przyjmujący hołdy... Po wojnie ogłoszono go zdrajcą. Powinni go zastrzelić! - wołano. Ludzi rozpaliła nienawiść, szczęśliwie dość krótkotrwała - sam Hamsun w swoich notatkach zauważa, że nawet niektórzy członkowie ruchu oporu okazywali mu życzliwość, za jego książki, tak dla nich jednak ważne... Można się pytać, po co mu to wszystko było? Może po to, byśmy się znów mogli przekonać, że ze złych rzeczy potrafi wyrosnąć piękno?... Upadł człowiek, zatryumfowała sztuka... Hamsun trzymał się życia z niebywałem uporem. Słabł, krew wylewała mu się do mózgu, a mimo to trwał, trzeźwy, umysłowo sprawny, i jak dawniej utalentowany... Czekał. Czekał na proces. Zdrajca domagał się osądzenia. Nie chciał, by cokolwiek pozostawało w zawieszeniu. Władze natomiast zwlekały, licząc, że Hamsun umrze i sprawa się w ten sposób rozwiąże. Postanowiono go natomiast trochę podręczyć. A to internowaniem w domu starców, a to uwięzieniem w zakładzie psychiatrycznym w Oslo, gdzie zrobiono z niego galaretę, po chamsku grzebiąc się w jego prywatności, a także w prywatności jego żony, bo i ją ściągnięto z więzienia na rozmówki do szpitala (taki tam był osobliwy obyczaj - może niewygodny to wariat?... Różne były powody, by kogoś przebadać, wystarczyło być nawet tylko spłodzonym przez Niemca, by "specjalista" widział przyczynę, aby się człowiekowi przyjrzeć... Hamsun w norweskiej psychiatrii widział uwikłanie w system. Rządzenie samym życiem, dyrygowanie nim bez intuicji, bez serca, z psychologiczną wiedzą poszatkowaną na rozdziały i hasła, z dyscypliną naukową powstałą ze sprzeciwu wobec życia.) Wypuszczono go po szpitalnym maglu z opinią, że nigdy nie był chory psychicznie, ale że jego siły psychiczne słabną... Tak, znacznie osłabły one w szpitalu. Osłabły pisarz jednak kroił swój ostatni cud... Cud zaczął się w 1945 roku, gdy 26 maja przyjechała policja z Arendal i nałożyła na małżeństwo Hamsunów 30 dni domowego aresztu i odebrała pisarzowi broń. Tak rozpoczyna się ostatnia opowieść Hamsuna. Trwa ona trzy lata, do wyroku, kiedy to pisarz może się skończyć, kiedy sztuka może się zamknąć, jeszcze przed zamknięciem życia. Tuż po malowniczym wspomnieniu z dawnych lat, z Nordlandu, po wspomnieniu o tajemniczej Maren Marii Kjeldsen, staruszce o najpiękniejszych panieńskich dłoniach, nastepuje lakoniczne zamknięcie pisarskiego kramiku... Chciałoby się jeszcze poczytać, wstrzymać go, ale starzec mówi koniec. Oznajmia po prostu: St Hans 1948. Idag har Høiesteret dømt, og jeg ender min skrivning. (Św. Jana 1948. Dziś Sąd Najwyższy ogłosił wyrok, a ja kończę moje pisanie.) Pozostał już tylko człowiek. Osądzony. Zrujnowany wyrokiem. Ale uspokojony. Na dalsze dyskusje o sobie mógł czekać, żywy lub umarły, to już wszystko jedno. Zapuścił ogromną bielutką brodę. Jeszcze, zanim przyszło tylko czekanie na śmierć, czekał na jedną rzecz, na wydanie swych "Zarośniętych ścieżek". Grieg chciał czekać na śmierć. To Hamsun powiedział, że w takim razie nie umrze. Książka ukazała się za życia pisarza, w 1949 roku... (wyd. pol. 1994)

Mówią, że Hamsun chciał się wytłumaczyć. Ale to tak nie bardzo się zgadza. O swej sprawie wyraża się oszczędnie. Chciał raczej wystapić przed sądem, tam powiedzieć to, co miał do powiedzenia, nawet się nie bronić, a jedynie wyjaśnić. Do "Paa gjengrodde stier" wlepia po prostu swoje sądowe wystąpienie, fragment stenogramu. To, co tam mówi, jest bzdurne, nieszczęsne, smutne. Ale takie było jego przekonanie - że przejściowa trudność w postaci okupacji przemieni się we wspaniały czas dla Norwegii, kiedy to już Niemcy zwyciężą. Życzył krajowi jak najlepiej... Co innego ma tu swoją wagę. Jego obserwacje, jego teraz splecione z odległymi wspomnieniami, z dzieciństwa, młodości, z północnej Norwegii, z Ameryki, po której wędrował jako robotnik, prelegent... Z tego przebogatego życia - bo przecież jego uniwersytetem było życie, trudne, wędrowne, czasem bardzo biedne (gdy zjawił się u Brandesa z rękopisem "Głodu", był już bardzo steranym, obdartym trzydziestolatkiem - obrazem nędzy i rozpaczy - z takiego doświadczonego człowieka wyrastał dopiero znakomity pisarz, mistrz, przyszły noblista) - pozostała w końcowym etapie garstka, traktowana z pewną serdecznością, ale mimo to narysowana bardzo lakonicznie, zdawkowo. Jest w tym jakaś taka pogodna rezygnacja. Tyle się działo, a dziś wszyscy nie żyją. Człowiek wychodzi z mgły i we mgle znika. I on sam zniknie, przekonany, że za sto lat nikt już niczego nie będzie pamiętał... A starość budzi właściwie uśmiech. Niezdarność jest komiczna. W domu starców umierają ludzie, przywożą od czasu do czasu trumnę. Patrzy się na to z pogodą, w starczym znieczuleniu... W tym wszystkim są jakieś rozmowy o drobiazgach, małe opowiastki, sytuacje, spotkania z przypadkowymi ludźmi, fragment jakiejś gazetowej historii, rozmowy z bosym, modlącym się wędrowcem, co pochodził Hamrøya, z Hamsunowych stron, są bieżące sprawy, jakaś nieuprzejma pielęgniarka, co ciska tacą z jedzeniem, psychiatryk, skargi, troska o małe drzewko... I gdzieś pośród tych rzeczy jest dawny młodzieniec, co chodzi po lesie, patrzy na mrówki i udaje mądrego, siada pod skałą, tak żeby go nikt nie zaszedł od tyłu, zupełnie jak młody Glahn... No i jest historyjka o młodym koguciku, bardzo w jego stylu... Kogucik zbiera się, żeby po raz pierwszy w życiu zapiać, by dać znać, że jest rodzaju męskiego. Był biedak sam na świecie i nie bardzo umiał sobie z tym poradzić. Coś się wreszcie wydobyło z jego gardła. Kokoszki się stłoczyły zaciekawione. Co się tak gapią? Przecież to nie on! Kogucik był bardzo zawstydzony. Za nic w świecie by się nie przyznał, że to z jego gardła wyrwała się ta potworność. Ale znów to na niego przyszło. Znów musiał zapiać. I postanowił, że rzeczy muszą iść swoim torem. Świat jest taki niepojęty! Jakaś kura chciała sobie z niego zadrwić? Przetrzepał jej piórka i rzecz skończyła się prawdziwym szaleństwem. Kogucik był już prawdziwym kogutem. Śniły mu się rzeczy prawdziwie wielkie i wojownicze... I wtedy chwyciła go jakaś ręka i ściągnęła w ciemność, w niepojętą ciemność... Takie to jest życie... Jak zawsze dziwne i otoczone czymś niepojętym. Tak samo dziwne za młodu i pośród starczych niezdarności... Była tylko jedna różnica - Hamsun był już głuchy i nie mógł słyszeć szeptania wiatru, mógł sobie go tylko przypominać, patrząc, jak porusza gałęziami drzew...

Pozostawił po sobie Hamsun niezwykle wzruszające pożegnanie. Gdy się zna całą jego wcześniejszą twórczość, wtedy dopiero można ocenić w pełni tę jego ostatnią, na pierwszy rzut oka niepozorną książęczkę... Tutaj jawi się jakby w pożegnalnej pigułce. Dobry przyjaciel Hamsun, z którym można się ciągle witać w jego młodości i żegnać ze łzą w oku, pochylając się jednocześnie nad ludzkimi ułomnościami, nad jego skłonnością do popełniania błędów i nad starością, która czeka przed nami. Można ją jakoś zawczasu oswajać. I pogodzić się z tym, że wszystko rozlatuje się, rozprasza jak pył, że przebyte ścieżki na powrót przemieniają się w bezdroża... Można tylko powiedzieć, jaki jest człowiek, tak ogólnie, wpatrując się albo w ciągi liczb, albo w wyłuskane z pamięci obrazki... Wszystko mija, lśnią jakieś przypadkowo odkryte kamyki, z których coś tam może przetrwać dłużej... A reszta - jakby jej w ogóle nie było...

Miałem go teraz ze sobą. Właściwie poszło to tak z automatu. To, co się ostatnio wydarzyło w Norwegii, każe jakoś od razu sięgnąć po przypadek Hamsuna... By się przyjrzeć komuś, kogo uwiodło coś złowrogiego, coś strasznego... Dusza norweska... Nie wiem, kto to powiedział, nie pamiętam już (być może był to Sandemose), w każdym razie ów ktoś zestawił ludzkie dusze z pejzażem: ci z równin wielkich mają dusze szerokie, lecz płytkie, a tam, gdzie pełno wąskich dolin, i dusze są wąskie, wąskie i strasznie głębokie, sięgające aż do małpoluda... Lepiej się więc pewnie nie zatapiać zbyt głęboko...

Że za sto lat wszystko ulegnie zapomnieniu? O nie, Knucie, ciebie się nie da zapomnieć! Nie licz na to!

17:09, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
czwartek, 18 sierpnia 2011
Morellene er sure

I tak... Uff, jakoś mam mało okazji na reset. W domu wesoła rozsypka, którą usiłuję ogarnąć. Zupełnie niepotrzebnie wybebeszyłem bagaż. Leżałby sobie w swym spakowaniu... Ale trzeba się było jednak zabrać za upchaną niestarannie odzież. Sprać poty, odzielenić spodnie, bo się uzieleniły itd, itd... Pralka się bawi łachami. A ja się rozejrzałem po chałupie, której od dawna nie zaszczycił żaden sprzątacz... Jednak wrzuciłem tylko psom trochę żarcia do misek, dałem czystej wody, a na resztę machnąłem łapą i odpaliłem komputerek. (Ach, psy szczęśliwe! Wreszcie... Bo chwilę temu trochę zabawiły u mojej "siostry" - ostatniej deski ratunku. Dobre dziewczę na kilka dni wzięło towarzystwo... Zapewniła mnie, że były bardzo grzeczne - jeden dzień tylko nie chciały jeść, a potem już zachowywały się normalnie. Nie pozwalały się tylko zbyt daleko wyprowadzać. Wolały siedzieć w domu i czekać... Jezu, jak po nie przyszedłem, to był taki wrzask, że niemal ogłuchłem... I mam całe ręce w czerwone prążki, bo jak Niedźwiedź się cieszy, to łapie mnie zębami i ogryza jak kość, tyle że z pewnym wyczuciem.) --- Troszkę zwariowanych dni minęło, w Polsce, co jest w budowie (to "w budowie" od razu mi się kojarzy z moim śp. chrzestnym, który telefonując zwykł zaczynać: - Dzień dobry, czy to może dyrekcja cyrku w budowie?) i na Północy... --- I cóż powiedzieć, wpadając w prywatne obszary, w odczucia... Ech, ten księżyc sierpniowy!!! Już tak jesiennie patrzy, już nabiera powagi. Choć oczywiście jest na niego sposób. Można go - tak jak to robił porucznik Glahn - połaskotać pod brodą, by skłonić go do śmiechu, budującego i radującego, takiego w sam raz na rozgrzewkę tuż przed żelaznymi nocami o zimnym oddechu. --- Skusiłem się na skok w stare śmieci. Nic strasznego. Starsze o dekadę oczy zerknęły na swój wesoły domek. Stoi, jak stał, bladoczerwony... Pośród nieznacznych zmian. W pobliżu stała kiedyś malownicza rudera, której ktoś już oszczędził męczarni. Ktoś też obszedł się z pewną brutalnością z laskiem, co mnie kiedyś straszył - zrobił więcej miejsca poziomkom... Trochę domów wyrosło, w miasteczku i poza nim, tunel wyryli, bo ryć lubią... Wszystko ładnie. Słońce bawiło się z chmurami... A ja poczułem, że się jednak starzeję... W ogóle byłem napakowany starością, podpatrując, któryś już raz, w pociągowo - lotniczych okolicznościach, pamiętnikarskie lakoniczności Hamsuna, ze wzruszeniem. Choć spokojnie, bez dramatów... --- Czego brak? Jak zawsze w takich skokach w przeszłość - własnej szczeniackości... No i... Gdzie chłopaki?:-) Co się podziało?... Mógłbym się pytać jak Lars Saabye Christensen, wyliczając: Hvor er Nils som drakk pils...

hvor er Jonny som sang money

med hockeykølle som mikk

hvor er Joker som spilte poker

og alltid tok siste stikk ;-)

I się pożalić, że już coś nie tak, bo czereśnie jakieś cierpkie, woda za zimna, jakoś bardziej pusto na ulicy i się gdzieś dawne radości zapodziały. --- Wiosna w lato przeszła. Zielono jest, ale daleko letniej zieloności do tej wiosennej. Zmatowiała już, kurz się w nią wtarł... --- Chłopaków rzeczywiście wywiało. Ale dziewczęta zostały, takie już macierzyńsko ukształtowane. Niektóre rzeczywiście rozmnożone. Rozmnożyła się też moja dobra znajoma i jest sobie solo z dziecięciem. Nawet wyładniała. Kiedyś była taką przeciętną piwopijką z zadatkami na lafiryndę, ale jednak tak jakoś ładnie rozkwitła. Jak dawniej długowłosa... Strasznie się w niej kiedyś kochał taki jeden chłopiec... Bardzo to było powieściowe. Pod górkę latał do niej synuś pastora. Przepiękny chłopak... Gdyby on tak chciał tak za mną gonić. Nie musiałby się zanadto wysilać. Nikt by mnie wtedy stamtąd nie zdołał wywlec. I jakież by wszystko było pikantne! Ale syn wyniosłego i mądrego pastora upatrzył sobie dziewoję. Jakże on się męczył. Nawet chciał, żebym ja coś spróbował zadziałać, co było już zupełnie niedorzeczne. Chociaż zrobiłem malutki krok i kiedyś szepnąłem jej na stronie, że T. ją bardzo lubi. A ona powiedziała, że wie. I wzruszyła ramionami, zdziwiona, że jej to mówię... Drażnił mnie chłopiec swoją urodą. Aż miałem ochotę zwierzgać go po tyłku... Żeby uganiać się za jakimś rumianym dziewuszyskiem... Dziewuszysko było złośliwie przychylne wobec wielu, tylko nie wobec ślicznotka. A gwoździem do trumny okazał się ostatecznie przerażający wiking - czarny, skórzany do obłędu, dwumetrowy książę ciemności na zasiłku, z pryszczami na czole i niemiłosiernie tłustymi kudłami, którego życie może raz, może dwa razy sięgnęło poza granice rodzinnej gminy... Straszydło - jak się śmiałem - żyjące uwięzione pomiędzy dwoma mostami. To z nim łaziła, to jemu się dawała obleśnie obłapiać. A T. wył z miłosnego bólu, grzeczny taki, oczytany, pracowity... Dziś śladu już nie ma po wikingu, a pastorowy syn, starannie wykształcony, gdzieś tam żyje w mieście dużym... Taktownie nie dopytywałem się, czy młode życie jest pamiątką po tych czarnych skórach okrywających Jego Mroczną Pryszczatość... Z rysów pacholęcia nic nie mogłem wyczytać. Twarz wikinga mi się rozmyła - pamiętam jedynie wrażenie, jakie na mnie wywarła - oblicze mało rozumne... Chociaż miał pewną zaciekawaijącą mnie skłonność. Zdarzało się, że się zjawiał jak taki ogromny, nieszczęśnie wielkostopy ptak, siadał u mnie na schodkach i wpatrywał się w najmniej zajmujący element pejzażu... Tylko patrzył, tak głupio, tak martwo... Może głosem ujął tę rumianą? Był ładny, aksamitny... Pięknogłose straszydło... --- I tak by można było gadać i gadać... Gdzieś się dawne postaci rozwiały. Niektóre zresztą już wtedy tylko przemknęły po okolicy. Jak delikatny P. ... Przez moją przestrzeń przefrunął jak motylek, najczarowniejszy... Można powiedzieć, schronił się przed deszczem... Teraz nie padał deszcz. Ale i tak o nim myślałem łażac po szutrowej drodze. Lubiliśmy jeździć po takich...--- Kiedy to po raz pierwszy poczułem cierpkość w ustach jedząc czereśnie?... --- A teraz już stare koleiny. Jestem słodko wykończony. Słodko, bo trzeba sobie słodzić, bo już człowiek będzie się coraz bardziej męczył... Czas płynie szybko... I przyjdzie człowiekowi stukać laseczką o bruk... Stuk, stuk, stuk... I jak bogowie będą łaskawi, będziemy się tak z Franiem podpierać... I raczyć się serdecznymi złośliwostkami, co zresztą już i teraz czynimy... ;-)

16:34, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »