BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
piątek, 31 sierpnia 2012
Mizoginiczna bajka o bogu pięknym i o bogu szpetnym

Jest pogodnie i uroczo. Ja właściwie w tej chwili powinienem pracować pilnie, ale sumienie mi za bardzo na to nie pozwala... Ponieważ się nie pali... Zapały odeszły, posłuchałem więc kilku piosenek, zerknąłem na notowania, by popatrzeć, co tam u pieniążków, no i... Jest przecież jeszcze blog. Mam ochotę troszkę się powyzłośliwiać... Rok jest taki Strindbergowski - 100 lat nieżycia, ale też i znaczącej ciągle obecności...

Ach te panie, ach te panie... August się na nie uparł i miał strasznego pecha... Dotknięty do żywego, bił na oślep, trafiając zazwyczaj w dziób... Oczywiście bił piórem, bo tak poza tym bokserem to on nie był. Raz tylko stracił cierpliwość i złapał swoją Siri z niemal morderczym postanowieniem... Nie dam rady! Chyba ją utopię jak kota... To było takie rozczarowanie! Jego największa miłość! A tu kłamstwa, złodziejstwo, upokorzenia, nieróbstwo,"lesbijska menażeria", zachlane emancypantki szczające po bramach i podejrzane bąble na siusiaku... Warsztacik literacki poszedł w ruch - świat ujrzały rozmaite dzieje małżeńskie, w tym dzieje jego własnego stadła. Wybuchł potworny skandal, tak że aż wokół Strindberga zrobiła się próżnia... Byli też jednak koło niego rozsądni ludzie, mężczyźni i kobiety, którzy ze smutkiem przyznawali mu rację. Strindberg powiedział głośno, jaką kurewską instytucją było ówczesne małżeństwo. I pokazywał, kto w istocie jest w nim ofiarą, a kto robi sobie jaja. Nie był oczywiście zbyt sprawiedliwy, ale człowiek ma taką dziwną skłonność do generalizowania. I czasem nawet zbiera mu się na wygadywanie rzeczy kuriozalnych...

Być może w ogóle nie byłoby tego całego wariactwa, opowieści o małpiarni, gdyby jego uczucia spotkały się z odpowiedzią... Wiele z jego dzieł to nic innego, tylko wścikłe dobijanie się do czyjegoś serca... Ale jak mam przemawiać do twych uczuć, skoro nie masz ich wcale... Tak jakoś mówił Rotmistrz do Laury...

Człowiek łatwo może wpaść w uogólnienia. Ma swoje doświadczenia i urazy. Także przy okazji stykania się z kobietami... Ja też się w sumie zaliczam do poszkodowanych. Wprawdzie nigdy nie miałem żony, ale miałem matkę. Ta pierwsza kobieta napotkana w życiu może wiele zaszkodzić wizerunkowi innych... Gdybym oparł się wyłącznie na obrazie matki, musiałbym pod adresem pań wygadywać same niecenzuralne rzeczy... Zapłaciłem wysoką cenę za cudze małżeństwo, za cudze zamiłowanie do pewnego sromu i tego całego przyrośniętego doń idiotyzmu. Poniosłem straty moralne i finansowe, bo co z tego, że sam od matki się odciąłem, skoro nie zrobił tego do końca ojciec - pozostały pośmiertne zaszłości, w wyniku których nie tak dawno temu musiałem ratować go przed ruiną. Choć właściwie nie musiałem, ale zrobiłem to, by móc spać spokojnie. Moje sumienie! Kto mnie tego nauczył??... Stąd były te podpite błagania o przebaczenie... Machnąłem ręką. Miałem, to dałem... (Misiek - jesteś wielki, powiedział mi Franio. Lecz ja dziękuję za taką wielkość - spluty i znieważony, płacący rachunki po umarłym potwarcy.)... Jeśli człowiek decyduje się na założenie świętej rodziny, jego szanse na kąpiel w fekaliach gwałtownie wzrastają... Może ojciec nie bardzo chciał się jeszcze bardziej kąpać. Wolał się schować, pozostawiając trwały rozpad we mgle niedomówień... Kłamstwa, pozy, głupkowata zabawowość, oszustwo, zero uczuć... Bajeczki o dojrzałości, delikatności i empatiach... Zwykły humbug... August Strindberg szukał sobie pasujących mu cytatów i naturalnie spodobała mu się wypowiedź Maxa Nordaua, że kobieta to poemat pijanego mężczyzny... W świetle tego zrozumiałe jest zawołanie: Wino, kobiety i śpiew! Kolejność nie jest przypadkowa. Wypada tylko dodać za Augustem, że po otrzeźwieniu przychodzi czas, kiedy człowiek odkrywa u swego boku Gorgonę... Ale do wszystkiego można podejść ze złośliwą pogodą... Przyszła mi do głowy bajka...

Był sobie bóg... Ale nie, nie, nie ten, wokół którego rozbrzmiewa klangor dzwonów... To zupełnie inny bóg, który już sobie poszedł... Bo tak w ogóle jest z bogami - przychodzą nie wiadomo skąd, a potem znikają - przepłoszeni albo po prostu z braku pieniędzy. Bo generalnie bogowie, jeśli są między ludźmi, to za pieniądze... I każdy owiany jest jakąś bajką... Ten bóg, o którym ja myślę, oczywiście najprawdziwszy, był prześliczny, wąskobiodry, zgrabny, złotowłosy i zielonooki. To był bardzo zaradny bóg. Co chciał, to miał - wystarczyło tylko pomyśleć. Chciał gwiazd - rozsiał je po czarnym niebie, chciał niebieską piłeczkę, wyczarował Neptuna... Jowisz zaś to jego pasiasty bączek. Także zbytkownie opierścieniony Saturn... Chciał smutnej pustynności - ulepił rdzawego Marsa o różowym dniu i błękitnych, melancholijnych zmierzchach. Chciał żaru - stworzył Wenus. Marzył o czymś nadzwyczaj kontrastowym - zbliżył do gorącego Słońca Merkurego. A najukochańszą jego zabawką była Ziemia, którą przemienił w różnorodny ogród. Z klatek swej fantazji wypuścił tam wielobarwne motyle i świergotliwe ptaki, i w ogóle najrozmaitsze zwierzęta - ogromne i całkiem małe, piękne i zadziwiająco przerażające... Ze wszystkim był zaprzyjaźniony. I wielkie szczęście panowało w jego ogrodach, bo choć wszystko było tam przemijające i śmiertelne, bóg nie pozwolił swoim stworzeniom na świadomość swej skończoności, dzięki czemu do dziś spojrzeniem zwierząt jest spojrzenie wieczności... Bóg bardzo lubił tam przebywać - często przysiadał na jakiejś skale, by sobie podumać z poważną minką, patrząc na błękity oceanu, albo wędrował po bogatych łąkach szukając rozweselających ziół lub zagłębiał się w cudowne lasy i zbierał owoce na wyszukane wina. A gdy pragnął ochłody, szybował w ciemności polarnej nocy, by tam, w śniegach, patrzeć na zorzę. (Kiedyś wpadło temu rozmiłowanemu w muzyce bogu, by wpleść w zorzę w czarodziejski sposób dźwięki, tak by świecąc także grała... Niestety, coś sprawiło, że odłożył ten pomysł na poźniej. A dziś wiemy, że brakło mu już czasu. Pozostało tylko jego marzenie o tym, by zorza grała.) Lubił też bóg pofilglować - a to domalowywał zebrze paski, tak że robiła się w kratkę, a to uwalniał muchy z pajęczych sieci, a to karmił hipopotamy fasolą zmuszając je, ku ich wielkiej irytacji, by potem przesiadywały całe popołudnie w sadzawce przemienionej w jacuzzi, to znów popędzał leniwe leniwce albo budził sowę w środku dnia... Lubił też bóg przeglądać się w gładkich źródełkach, by sprawdzić, jak zmienia się jego oblicze, uwielbiał bowiem bawić się kolorami i często się malował - zbierał w tym celu dary od swych stworzeń - barwne pyłki od kwiatów i motyli i wszelkie plamiące soki. Oprószony barwnymi pyłkami, z buraczanym rumieńcem i malinowymi ustami zbliżał ze śmiechem swe oblicze do zwierciadła wody i chichotał, gdy odbicie umykało sprzed jego oczu w kolistych kręgach, ilekroć muskał je swym pocałunkiem... Pewnego razu, gdy tak właśnie się zabawiał kolorami, obok swego oblicza ujrzał w źródle jeszcze kogoś, jakąś zdumiewającą twarz, tak szpetną, że odskoczył od zwierciadła jak oparzony. Nikogo obok siebie nie zauważył, zobaczył jednak, że wśród krzewów ktoś pospiesznie się oddalał. Nie miał pojęcia, skąd w jego ogrodach wzięła się ta potworna istota. Chociaż wymyślił mnóstwo żywych dziwactw, obraz takiej pokraki nigdy nie pojawił się w jego głowie. Niepojęte!!  Jak ten ktoś ośmielił się tu wtargnąć i tak bardzo się do mnie zbliżyć?! Głęboko poruszony tym wydarzeniem poszedł na pustynię, gdzie poczuł się bezpieczniej, bo mniej było tam miejsc do ukrycia się, z których mogłaby skorzystać kosmata maszkara... Ale maszkara nie dawała mu spokoju. Szła za nim krok w krok, coraz bardziej zuchwała. Aż pewnego dnia, całkiem już ośmielona, stanęła przed złotowłosym bogiem. - Nie bój się mnie. Idę z daleka. Tu postanowiłem chwilę odpocząć, mój postój jednak przeciągnął się, aż wreszcie postanowiłem tu pozostać... - Co? - zawołał przestraszony bóg. - Nie chcę już włóczyć się samotnie. Gdy cię ujrzałem, stało się ze mną coś dziwnego. Tak bardzo chciałem kogoś pokochać, i oto zjawiłem się u ciebie. - Cóż za słowa osobliwe wygadujesz? Nie chcę twojej miłości! Jesteś szpetny. I w ogóle nie potrzebuję żadnej miłości!! Precz, precz mi z oczu!! - Panie mój - zawołał błagalnie szpetny przybysz i padł bogu do stóp. - Bóg krzyknął przerażony. Cóż za wstrętny typ obślinił moje nogi. Zbrukał mnie i mój plac zabaw. Nie chcę już tego, nie chcę, nie wytrzymam tu ani minuty dłużej! I pomyślawszy to rozpłynął się nagle, pozostawiając potwora samego, który, choć szpetny, serce miał wrażliwe i zapłakał gorącymi łzami... Czy naprawdę zniknął? Może schował się gdzieś? Szukał go szpetny wszędzie, gdzie się tylko dało. Przeczesał lasy, przemierzył wszystkie góry, przetrząsnął każdą pierzynę chmur, poleciał do gwiazd, które widzą przecież wszystko z wysokości, ale żadna nic nie wiedziała, zajrzał za pasiaste kurtyny Jowisza, przeszukał daleki cień Urana, przedmuchał każdy zakurzony zakamarek Marsa, przejrzał księżycowe srebra i zanurkował w słoneczne złota... Nigdzie ani śladu!... Zrezygnowany wrócił na tak pustą bez ukochanego boga Ziemię, przysiadł na zimnej krze, a nad nim zapaliła się zorza. - Gdybym umiał wpleść w ciebie muzykę, każdej nocy śpiewałabyś o mojej wielkiej tęsknocie. Gdybym tylko umiał... W końcu musiałby to usłyszeć, on, tak rozmiłowany w światłach i kolorach... Taki jednak jestem prosty i niczego nie umiem dodać... - Znów wylał mnóstwo gorących łez, aż jego kra skurczyła się do ledwie małej, rozkołysanej kostki lodu... - Ach, jaki ze mnie idiota, kolebiący się na morzu na tym lodowym ogryzku. Do licha z tęsknotą pod zorzą i gwiazdami! Dalej! - zawołał i rozwinąwszy swe nietoperzowe skrzydła, pofrunął nad źródło, w którym kiedyś odbijało się umiłowane oblicze. - Tak, sam przecież jestem bogiem, wprawdzie niższej kategorii, ale zawsze. Coś przecież potrafię! Może i dobrze, że nie jestem przesadnie muzykalny, nie będę więc swej miłości przemieniał w abstrakcje. - Pogrążył się bóg szpetny w twórczym skupieniu. - Bądź więc, piękny! Tworzę cię na wzór i podobieństwo zaginionego! - I stało się, jak pragnął. Obok źródła smacznie spała najcudowniejsza istota pod słońcem. Piękny bóg... Cały tydzień patrzył na niego, jak już rozbudzony do istnienia przechadzał się z zachwytem po boskim ogrodzie. Aż ptaki zaświergotały weselej, bo pomyślały, że to ich figlarny gospodarz powrócił... Nadszedł czas, by się swemu stworzeniu objawić... Jakież to było rozczarowanie! I ty też, mój piękny, nie chcesz na mnie patrzeć??... Znów szpetny bóg zapłakał. - Żebym tak sam umiał się przemieniać! Ale może tu, wśród zioł i zwierząt jest jakaś nadzieja? - Latami całymi szukał raceptury - gotował napary, pożerał suszone jaszczurki i żaby, dżdżownice i ślimaki, dawał się kąsać jadowitym żmijom i żuł kłujące liście... Wreszcie udało mu się osiągnąć swój cel... Lecz cóż, jakiś pech wielki go prześladował, bo gdy raz zakradł się do ukochanego i już znalazł się w jego przyjacielskich ramionach, gdy ogarnęło ich wielkie podniecenie, czar nagle prysnął i piękny z okrzykiem obrzydzenia odepchnął od siebie kudłatego potwora... - Wszystko stracone! Nie chce i on znieść mojej postaci... Taki on piękny - zaszlochał szpetny - jego nogi takie kształtne i mocne, o smukłych kolanach; stopy godne najczulszych pocałunków i uwielbienia - a ja, a moje nogi - kosmate szczudełka zakończone kopytkami - jego brzuch i pierś pięknie wyrzeźbione, a u mnie flak kudłaty pod ptasią piersią, moja głowa to dziobaty i rogaty kołtun... I ten jego siusiak ucieszny. Jakże wspaniale się prężył - a mój - jakiś dziwoląg zakończony pędzelkiem... - Owinął szpetny pędzelek wokół szponiastego palca... - Na nic wsztstko... Śnisz o tym, który był jeszcze w mocy zdradliwej mikstury, i sięgasz tam, gdzie ja mam pędzelek. - Tępa, wyduszona roskosz ogarnęła szpetnego boga... I nagle wpadł we wściekłóść - a więc przepadnij, niech ci się ogród boski w piekło przemieni. Dam ci ja miłość! Niech ci bokiem wyjdzie! - I z boku jego wjął kawał żebra! - Masz więc do kochania coś dość podobnego. Niech od razu będzie twoją Lolą, która wkrótce, goła, nabierze kupieckiej świadomości... Cóż, żem szpetny! Mogliśmy przez wieczność całą pląsać po pozostawionym nam ogrodzie, tańczyć w jedwabiach, opici nektarami, w naszym bogactwie, w złocie słońca i srebrach księżyca, wśród opalizujących kolibrów... Masz ją do kochania. Dam jej krągłość i ciepło, zewnętrzne, bo tam, gdzie ty masz serce, włożę jej ociekającą krwią kość... Oto ona, o łagodnych liniach, z tłustym wytrzeszczem na piersiowej klatce - odtąd bydlęciem będziesz, jak hipopotam w sadzawce, i świadomości nabierzesz, rozumu, wiedzy o tym, żeś śmiertelny. Pójdziesz precz. Pójdziesz precz, by niszczyć, razem ze swą nienażartą, rodną... Daj mi, zabierz jemu, kopnij, zabij, spal - będzie ci szeptać. Jej dam oczy szklane, tobie dam uczucia i w oczach ich więzienie, bo każą ci się ich wstydzić... Będziesz dla niej pisał poematy i pieśni, otulisz ją swymi czułymi fantazjami, co ona skrzętnie wykorzysta... Stawać się będziecie jednością. Będziesz mężem, i oby cud się stał, byś nie był zawsze najostatniejszą dupą wołową wszechświata... Gdy z 2 ma się zrobić 1, jedno musi zeżreć drugie... Ona zawsze będzie górą, bo ciebie zatruję bzdurą honoru... Ty będziesz piękny, lecz nakłaniany do wszelkiej szpetoty. Będziesz tarczą bijącą. A i starzeć się będziesz, cycem babskim obwiśniesz i brzuszyskiem ciężarnej obrośniesz. Życia się będziecie trzymać i przez większą jego część przedrepczecie bezpłciową popłuczyną... Idź, stań się myśliwym, zabieraj się ze swoją jagodziarką... Kto wie, co z tego wyniknie... Pójdziesz kiedyś na zapieprz za kieszonkowe, jeśli się królem nie urodzisz... A na końcu może staniesz się jej kurewką, również za kieszonkowe... Śliń się, patrząc w jej tłusty wytrzeszcz. Niech cię podnieca do szaleństwa. Stań się jej marzeniem, księciem na białym koniu... Potem poczłapiesz dziadem na lichej chabecie... Na pocieszenie rzec tylko mogę, że i Loli lekko nie będzie... W końcu posyłam was prosto do piekła... No, teraz jeszcze swą mocą powstrzymam lwy - zaczną na was polować, gdy napieprzycie dość dzieci... Najpierw się w sobie słodko zakochajcie... I poszedł myśliwy z jagodziarką w świat. Łowca i zbieraczka... zaplotły się losy ludzkie, świat dostał chorobliwej wysypki... Skrzydlaty bóg dawno odleciał... I bywa tylko, że w którymś lęgnie się jego tęsknota, wypatruje więc boga znad źródełka... Wprawdzie wszędzie są już tylko ludzie, których nie zdobią motylkowe pyłki, jeno zwykłe tłuste mazidła - jeśli już jest taka konieczność barwnej zabawy - ale ten stworzony na wzór i podobieństwo radosnego boga, co za podobnym sobie patrzy, biegnie do świata z dobrym uczuciem... Dwie tęsknoty skrzydlatego boga, którego nikt nie chciał pokochać... Więc się stało! Bywa, że rozkwita boska miłość, po mozlnych odsiewach i przy chwiejnej nadziei (albo szybciej, gdy szczęście dopisze) 1+1 daje 2... Mocne i trwałe 2 - to jest miłość... Bo gdy 1+1 daje 1 - jest to posiłek... Jakże często ciągle jeszcze 1+1=1... Choć bywają przecież wyjątki, bo wszak mówi się, że świat jest taki niedoskonały, czyli że boskie przekleństwa pozostawiają litościwe furtki... Bez nich w końcu żaden stworzony na wzór i podobieństwo ukochanego boga nie pokochałby podobnego...

17:13, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
niedziela, 26 sierpnia 2012
Zmarznięte kwiaty na grobie

Zrobiło się chłodno i chmurnie, a nawet odrobinę deszczowo, więc można się oddać trochę refleksjom...

Plączą mi się po głowie jakieś tam strzępki zasłyszanych opinii o tym całym procesie norweskim, opowiastki łepków gadających o tym, co jest sprawiedliwe, a co nie. Już i pan Ziobro surowy (och, gadułka, rozluźniona, gdy w pobliżu nie ma dawniej ukochanego Prezesunia, a dziś rywala, który, gdy przejdzie w pobliżu i kwaknie, wprawia ją w drżenie i gardło jej zaciska, tak że dobyć z niego może jeno mysi pisk) przyfrunął ze swoimi poczuciami sprawiedliwości, bo niechże i przy tej sprawie mu tutaj przyklasną, temu sprawiedliwemu człowiekowi... Oj, sprawiedliwość, sprawiedliwość... Kiedyż to życie było sprawiedliwe... I cóż miałaby dać kara śmierci? I jaka to kara? Karę raczej powinno się przeżyć. Wcześniej lub później i oprawca umrze, jak każdy... Co innego gdyby został zabity w akcji - problem byłby z głowy, pozostałaby tylko dyskusja o jego czynie i obłąkańczych poglądach. Ale skoro się poddał... Zrezygnowano już z ceremonialnych okrucieństw i z zawodowych morderców, którzy w imieniu oburzonych i pokrzywdzonych zabijali z urzędową powagą... Po co dokładać jeszcze jakieś zło, po co takie krwawe dopiski do zbrodni? Że to taniej wychodzi? No cóż - wszystko ma swoje koszty, a skoro chcemy uchodzić za istoty cywilizowane... Ludzi można przekreślać na różne sposoby... Najlepiej po prostu dać im miejsce, by tam, w samowykreśleniu, pozostali, do czasu, aż ich trafi szlag...

Breivik już się właściwie wykreślił z życia. Jakiś czas temu. Nawet sporo obłędnej pracy w to włożył, by popełnić spektakularne samobójstwo... To nic, że oddycha - i tak jest trupem. Raczej nie ożyje, nawet jeśli ten dwudziestojednoletni wyrok nie rozpełznie się w dożywocie... Upieprzył sobie w głowie swoją "słuszną sprawę" i zrezygnował z życia - wyszedł z domu ze świadomością, że do niego nie wróci, bo albo go zabiją, gdy on będzie zabijać, albo posadzą jako człowieka, który już za bardzo nie ma czego szukać na powietrzu...

Zadziwiające bywa życie - czasem, by siebie zniszczyć, musi jeszcze dokonać wielu spustoszeń... Zdobywa się nawet na dziką elokwencję, na lepienie ideologii, by mimo wszystko nadać swemu istnieniu jakiś sens, dodać sobie poczucie zmierzania w dobrym, w swym pojęciu, kierunku, przez zło, które przecież bywa czasem takie konieczne... Jakże często się mówi z nadzieją, że zło musi mieć jakiś sens, że się na dobre odmieni... Oczywiście na nic się nie odmienia. Bo po prostu dzieje się zło, i tyle. Jest go dość. Niestety ciągle znajdzie się ktoś, kto chce je jeszcze potęgować.

Najwyraźniej wszystko w życiu zawiodło... Nie brak ludzi wyobcowanych, sfrustrowanych. Są sobie, nienawidzą, w osobności i w brudnych gaciach siedzą gdzieś po kątach i snują gniewne myśli, albo wyżywają się w piśmie... Na szczęście, w pokojowych czasach, tak przejmujących strachem zajęcze serca tym oceanem wolności, nie aż tak wielu jest gotowych na prawdziwie wielki grzech, na zdeptanie tych, którzy chcą wieść życie w przyjaźni ze światem. Ten się akurat zdecydował...

Nawet nie chce mi się roztrząsać ideologicznego podłoża tej norweskiej zbrodni. Nie zajmowałem się tematem tego nieszczęsnego człowieka, trochę tylko popatrzyłem na kilka publikacji omawiających poglądy tego stworka - potworka, ale szybko zrezygnowałem, bo nie do przejścia są dla mnie wszelkie przesiąknięte ideologią gęgoty. Poglądy zawsze są nieznośne, nudne, okrutnie głupie - dla mnie zbędne, bo jakoś tak nie umiem się za bardzo gniewać (a jak już się gniewam, to szybko mi przechodzi), nie mam więc w duszy czego opakowywać świństwami i błotem niezbędnym do obrzucania innych w nakazowym szale... Inni się niestety gniewają i przerażająco wiedzą, jak być powinno... I aż gotowi są dla tego "powinno" pójść i kogoś zmasakrować, by dać dobitny sygnał, jakież to zasady winny rządzić światem...

Skoro już jestem na gruncie norweskim, to przychodzi mi na myśl pisarz Aksel Sandemose, który o takich patrzących groźnie, powiadał właśnie, że kryją w sobie zajęcze serca. Tylko patrzą, w ukryciu, obwarowani surowymi zasadami. A rzucają zgniłymi jajami w poczuciu liczebnej przewagi. I nazywają to nieustraszonym atakiem z podniesioną przyłbicą na wszystkie bolączki naszych czasów... Dać im przewagę, dać im przyzwolenie na terror... Norwegia pamięta, co się stało, gdy zapanowała władza lubująca się w przemocy, jak ten i ów nędznik potrafił nadokuczać...

Takie proste rzeczy pisał Sandemose. O tym, że skoro już istniejemy, musimy strać się wykorzystać to jak najlepiej. Powiadał, że najpewniejszą drogą do tego, aby żyć jak tego pragniemy, jest przyznanie innym tego samego prawa, i pamiętanie o tym, gdy sami z niego korzystamy... Mierziły go sztywne zasady, bezwzględna wyniosłość tych wszystkich zatrutych i okaleczałych dusz, których celem było powstrzymywanie strumienia barwnego i zmieniającego się życia... Zasady, stare wiary, wywierzone na dziesiątą stronę, tęsknoty za dawnościami - wszystko to jak zmarznięte kwiaty na grobie.

Mam właściwie podobne podejście do życia, co Sandemose, który powiada, że chyba najuczciwiej jest, gdy człowiek mówi po prostu: póki zdołam, będę postępował według takich a takich doświadczeń i wewnętrznych dyrektyw, ponieważ mam nadzieję, że są słuszne. Bez sztywnych zasad. Bo przecież życie tak zaskakuje... Ważne tylko, by nie siać krzywd. By jakoś ostrożnie poruszać się, idąc przez to i parszywe, i jednocześnie przecież fascynujące i tajemnicze życie.

Izmy, yzmy, nienawiścizmy, naburmuszenizmy, przemądrzalizmy, wszystko w nudziarskim sosie. Kierunkowskazy dla innych... O światopoglądach Sandemose zanotował, że ich cechą wspólną jest to, że ich wyznawcy są punktem centralnym, podczas gdy otoczenie to figury drugoplanowe, no i także to, że bez nich byliby wariatami, w każdym razie przeważnie tacy, którzy chlubią się tym, że są pozytywni.

Tak więc skazany to nie wariat. Potraktowany został poważnie i z pełnym profesjonalizmem, podkreślonym podaniem ręki. A teraz niech sobie grzęźnie, skoro tak wypadło...

A mnie się jeszcze inne zdania przypomniały, gdy napisałem o tajemniczym życiu, o tajemniczym, otoczonym przeraźliwym ogromem kosmosu życiu, zdania z "Personal Record" Juliana Greena, które w swej "Ucieczce od wolności" przytoczył Erich Fromm. Odszukałem je, by przywołać sobie w pełni ich brzmienie. To ładne jest: "Wiedziałem, że znaczymy niewiele w prównaniu z wszechświatem, wiedziałem, że jesteśmy niczym; lecz to, że jesteśmy czymś tak niezmiernie małym, wydaje się nas zarazem przytłaczać i uspokajać. Te liczby, te wymiary przekraczające zasięg myśli ludzkiej przygniatają nas całkowicie. Czy nie istnieje nic, do czego moglibyśmy przylgnąć? Pośród chaosu złudzeń, w które rzucamy się głową naprzód, ostaje się tylko jedna prawda, a jest nią - miłość. Wszystko inne jest nicością, pustką. Zaglądamy w olbrzymią, ciemną otchłań. I strach nas ogarnia".

17:01, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
piątek, 24 sierpnia 2012
Zgubna prawdomówność

Łyknąłem ostatnio odrobinę miłego odosobnienia. Iglastego i kamienistego. I dobrze mi to zrobiło. Lubię się snuć bezmyślnie. Z racji wieku stać mnie na coraz przyjemniejszą bezmyślność... A w przerwach ucinałem sobie pogawędki, podczas których dowiedziałem się paru rzeczy o sobie - na przykład to, że nie jestem trollem. Zawsze mi się wydawało, że trochę jestem, mimo skłonności do antykariery, trollem, ale wyszło, że to tylko były takie przechwałki... Wszystko przez to, że raz nieopatrznie pojawił się Peer Gynt...

A teraz wróciłem na swoje wygodne i pogodne pedałkowe śmieci i do rozszczekanej psiarni... I w najgorszych snach nie wyobrażałem sobie, że ledwie upłynie jedna noc, a zostanę tuż obok, na schodowej klatce, zaatakowany... Ja mam jakiegoś potwornego pecha do schodów. Już raz ledwo uszedłem z życiem po brutalnym schodowym zamolestowaniu osoby mej skromnej...

Doprawdy, strach iść rano po bułki... Tak jeszcze nikt do mnie nie uderzył... Zauważyłem drobną zmianę - pojawiła się w kamienicy nowa ekipa sprzątająca. Jakaś dziewczyna z miotłą mi się odkłoniła w sposób przesadnie uniżony. Aż mi było głupio, że jej powiedziałem dzień dobry... Zagadnęła do mnie zaraz. - Tu chyba ostatnio nikt nie sprzątał, nie? Widzi pan. A ja robię tak. Chyba dobrze, nie? - Odpowiedziałem, że, rzeczywiście, w ostatnim czasie lokatorzy skarżyli się na poprzednią firmę sprzątającą, której ekipa miała raczej skłonności do plotkowania i palenia papierosów, nie zaś do pracy. Natomiast sposobu jej pracy nie umiałem skomentować, bo jestem w sprzątaniu zupełnie nieprofesjonalny. Chciałem już odejść, gdy nagle usłyszałem coś nader osobliwego: - Jezu, ale ja pana widzę. - Zrobiłem chyba dość zdziwione oczy. - Bo ja taka gadatliwa jestem. Ja znam dwa języki. Bo, wie pan, ja się uczę... - To dobrze. - Widzę pana... Bogowie, jaki ja jestem grzeczny - jak dziewczę ze mną rozmawia, to nie uciekam. A chwilę po tym oświadczeniu pożałowałem, że zaraz nie uciekłem... - Ja cię, ale pan jest ładny. Ale pan pewnie ma żonę, co? - Coś okropnego - zamiast potwierdzić na odczepnego, ja powiedziałem prawdę... (Tak, tak, wystarczy, że żonę miał już mój tato... I już dość żon, nawet na potrzebę chwili wymyślonych!!!) - Najpierw nie zaskoczyła i zastygła zawiedziona. - Mogła by mnie pani przepuścić, bo trochę się spieszę. - Ach, nie ma pan! - zawołała nagle rozanielona i ruszyła w moją stronę z wyciągniętą ręką. Postanowiła zawrzeć ze mną znajomość, a mnie się zbierało na raczej nerwowy śmiech. Ściskając mi dłoń wymieniła jakieś imię. Jakieś, bo nie wiem, jak brzmiało, gdyż nie zapamiętuję imion ludzi, którzy mnie nie interesują. Żeby było uprzejmie podałem jej swoje imię... - O Jezu, Michał, ale fajnie. Ja cię... Bo ja jestem ze wsi i nie boję się roboty. Ja to bym z panem... - Dobra, dobra, daję radę i już kocham kogoś ze wsi - oświadczyłem mając nadzieję, że obejdzie się bez odsuwania na bok natręta, bo nie chciałem jej więcej dotykać... Stała przede mną wpatrując się we mnie jakimś dziwnym, nieprzytomnym wzrokiem. Patrzyłem w te zadziwiające ślepka... Oczy kobiet zawsze są przerażająco bez wyrazu. A te na dodatek coś osnuwało mgłą, jakby były w swej nieludzkości półżywe... Zastanawiałem się, co takiego łyknęło to dziewczę... I znowu wybełkotała to swoje: Jezu... Jeszcze mnie nikt nigdy tak nie ojezusił. I pomyślałem sobie, że przy takim zasobie słownictwa mogłaby mi swobodnie oznajmić, iż zna nawet i dziesięć języków... - Jezu, taki wysoki... Super... I tak se, kurde, idzie rano, cudnie!!... Udało mi się wreszcie umknąć... Ale czekała mnie jeszcze droga powrotna... Na szczęście już jej nie spotkałem. Ale co będzie dalej? - Ja już po bułki nie wychodzę. - Franek oczywiście buźkę miał roześmianą, gdy mu opowiedziałem o przygodzie. Szczypawka już się cieszy. Kolejny temat do żarcików... Biedny Misio... Jak żyć?... I te straszne oczy! - To miłość, mój drogi - powiedział Franio...

17:03, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 13 sierpnia 2012
Karuzela miłości (z gejowskiego Oslo)

Raczej mi się nie uda napisać dziś dłuższej notki. No więc tak krótko. I pisuarowo dzisiaj... Skoro już tu różności skandynawskie się pojawiają, niech będzie i coś sikalnianego i pedalskiego... Tak więc architektoniczne dziełko Haralda Aarsa. Z lat trzydziestych minionego wieku. Siusialnia nieopodal kościoła Fagerborg w Stensparken obok Pilestredet... Pamiątka po malowniczo - ponurych czasach, kiedy to jeszcze kochanie się z panami groziło nawet pierdlem...

W tym roku mija 40 lat od rozprawienia się w Norwegii z paskudnym paragrafem 213, który przewidywał kary za stosunki homoseksualne. (Trzeba przyznać, że na tym tle wypadamy lepiej, bo w Polsce kary za homoseksualizm zniesiono już w 1932, więc już 80 lat temu, ale dalej już niestety nie jest tak różowo i, mimo zmian, ciągle jest takie nieznośne drepatanie, oszukiwanie, głupi rechot i religijne opętanie jako odpowiedź na rzeczowe argumenty...)

Jakiż kontrast między tamtą epoką, a dniem dzisiejszym... Między ciszą, a jawnością, legalnością... Nie można powiedzieć, by jakoś szczególnie nadużywano w tamtych czasach, przed dziesięcioleciami, owego paragrafu - raczej niewielu ludzi trafiło do więzienia za swe zamiłowania, bo też i chyba rzadko się zdarzało, by można było pozyskać jakichś świadków miłosnych operacji, ale co jakiś czas policja robiła na przykład naloty na różne ciemne zakamarki i wyławiała nieszczęśników, by im trochę uprzykrzyć życie, potrzymać bezsensownie na komisariacie...

O homoseksualiźmie raczej się nie mówiło. Panowała dyskrecja. Ale homożycie naturalnie sobie kwitło, dostosowane do panujących warunków. I też się powoli organizowało, by zyskać jakiś głos. Najpierw była organizacja w Danii, z której, w początkach lat pięćdziesiątych, wyrósł pęd zakorzeniający się w Norwegii. Na czele tego stowarzyszenia osób homoseksualnych stanął w krainie fiordów Rolf Løvaas... I tak po latach przestano wreszcie kpić sobie z życia, z jego rozmaitymi przejawami. Przestano wreszcie penalizować homoseksualizm, a w ciągu kolejnego dziesięciolecia przestano gadać, że jest on chorobą i jakimś strasznym problemem. Zamiast problemu zaczęto dostrzegać potrzeby mniejszości. I wreszcie w 1993 roku związki ludzi o tej samej płci postanowiono zalegalizować, dając tym samym i homoseksualnym obywatelom prawo wyboru... Jedą z pierwszych osób, która postanowiła z nowego prawa skorzystać, był pan pastor, który jest bohaterem jednej z moich notek... (Pan pastor, który nie chce trzymać się uciążliwych starożytności, narobił zresztą zamieszania, spotkał się z przykrościami ze strony niektórych przedstawicieli swego kościoła, wyraźnie w kwestiach gejowskich podzielonego - ale co tam, ważne, że są wierni, którzy go lubią, akceptują i szanują...)

Taki to niezwykły kraj... Jeszcze nie tak dawno temu w sposób brutalny potrafiono zamykać ludziom usta. Obcesowo obchodzić się z nazbyt odważnymi pisarzami. W latach pięćdziesiątych Kjellowi Askildsenowi jego własny ojciec spalił publicznie na stosie egzemplarze debiutanckiej książki, w której autor pozwolił sobie na jakieś erotyczne zapiski... Dziwne rzeczy się tam działy. Chociaż i dzisiaj, jak mogliśmy rok temu zobaczyć, mogą zdarzyć się rzeczy straszne...

Bliscy sobie panowie. Byli sobie zawsze... Przypomina mi się teraz taka jedna stara książeczka Mikkjela Fønhusa, jeszcze chyba z lat trzydziestych... Jak to u niego jest przede wszystkim ta cudowna norweska przyroda... A w tej przyrodzie malowniczy kontrast. Oto pod zorzą polarną mieszkają sobie dwaj bliscy sobie przyjaciele - kuchnię mają zawsze zamiecioną, żyją sobie w spokoju, doją krówkę, robią dobre masło, a jeden to nawet jest domorosłym uczonym i ma dużo przyrodniczych książek oraz ciekawy wybór literatury pieknej... A obok nich mieszka narciarski mistrz i pogromca wilków, który tylko poza domem jest bohaterem, bo pod swoim dachem ma babę - potwora z rozdartą gębą, która nie ma dla swego męża za grosz szacunku. Mistrz dla świętego spokoju dawał sobie na głowę babsku wychodzić... raz tylko obił ją jak psa, bo mu w swej złośliwości porozwalała jego narciarskie trofea, medale i puchary... Można powiedzieć - jak to pięknie bywa między mężczyznami... Choć oczywiście sza!! Za wiele nie wypadało gadać...

Nie gadało się. Może nawet w wielu miejscach nie wiedziano, co by można było powiedzieć... Lepiej w każdym razie było się nie ujawniać. I lepiej było uciec do miasta, bo tam było przecież łatwiej znaleźć podobnych sobie ludzi i prościej było o anonimowość...

Wszystkie miasta mają i swoje, że się tak wyrażę, homoszlaki... Mają teraz, miały i w tych mrocznych czasach... Ustronia, zakamarki to nad fiordem, to nad jeziorem... Sekretne pikiety... Można sobie powędrować szlakiem dawnych krzyżówek na gejowskich ścieżkach... W Oslo jest ich trochę... Od starego Dworca Wschodniego po Filipstad, od Bygdøy po Sognsvann. Parki, krzaczory, pisuary, homoaleja (w górę Kristian Augusts ku Halfdan Kjerulfs plass)... Życie z konieczności sprowadzone w półmroki... Ale z poczuciem humoru... Wiele z miejsc na skrzyżowanich gejowych ścieżek miały swoje zabawne nazwy... Pisuary... Chadzało się a to do Dziury w ścianie, a to do Ściany Płaczu, albo do Bel Ami... A najbardziej legendarnym miejscem stała się niepozorna sikalnia wspomniana na początku - ta ma cały zestaw nazw, które wzięły się z jej kształtów: nazywano ową sikalnię Grzybkiem, Parasolem, Beczką, Karuzelą Miłości, Kołem Fortuny... Mnie najbradziej odpowiada to Koło Fortuny... A w nim przygodziarze (spodobało mi się to określenie Białoszewskiego). Na takim kole wiadomo - raz się trafi dobre mięsko, a raz coś takiego, że tylko zapinać spodnie i wiać ile sił w nogach...

Malowniczy syf pokątny, co każe mi wracać znów do swych własnych przygód w końcówce tego naszego całego PRL... Można się było od tego uzależnić...

Pisuar spod Fagerborg stał się pamiątką. Zabytkiem. Częścią kulturowego dziedzictwa od 2009 roku. Pomnikiem dawnej troski o podstawowe potrzeby fizjologiczne. No i miłosne... Karuzela miłości dawnego gejowskiego życia, zagrożonego odsiadką...

Miało być całkiem krótko, a wyszło tak średnio... :)

16:25, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
środa, 08 sierpnia 2012
Jednak nie przegrałem

Przez moment, jeszcze przed świtem, spojrzała mi prosto w oczy zła gwiazda... Więc to ty, pomyślałem sobie patrząc w okno, pysznisz się swym ostrym blaskiem i śmiejesz się z mej głupoty i nędzy... Bo przez kilka sekund poczułem się najostatniejszym nędzarzem, totalnym bankrutem mającym ochotę natychmiast otworzyć okno, by przez nie wyskoczyć, w nadziei, że starczy wysokości do zabicia mej nędznej istoty, tak by nie musiała patrzeć na wstające złowrogo słońce i czekać na wyłaniające się z jego światłem kłopoty i upokorzenia...

Nie mam nic. Ani grosza, ani żadnych praw do niczego! Z taką świadomością otworzyłem oczy. Spocony jak mysz...

Bogowie, jakby mi zrobiono dobrze po nieprzyzwoitościach przewlekłego postu! Bo oto dotarło do mnie, że przecież to mi się śniło!! Śniło mi się, że przegrałem na jakimś dziwacznym automacie cały swój majątek. W jakiś dziwny sposób urządzenie wysysało wszystkie moje oszczędności. Naciskałem jakiś guzik, po czym pojawił się koło mnie facet, by upewnić się, czy przypadkiem nie oszalałem, pozwalając, by za każdym razem wystawiać na ryzyko jakieś absurdalnie wielkie kwoty... Nie wiem, co to była za gra - sen bajdurzy sobie po swojemu... To było coś malutkiego, stojącego tuż przy szklance z piwem - miało kilka szczelin, do których można było wetknąć taką kartę, podobną do tych, jakimi płaci się w sklepie lub wyciąga kasę z bankomatu... Urządzenie doiło. A ja przez pomyłkę wsadziłem tę kartę w szczelinę dojącą najobficiej... To tak z roztargnienia wyszło. Próbowałem to jakoś odkręcić. Bo ja nie chciałem tak! Wtedy pojawił się właściciel - grubas przeogromny... Nie, nie dał się przekonać. - Pan mnie chce pozbawić zarobku. Jest pan przecież dorosły... Tak, byłem dorosły, a ta czarodziejska zupełnie karta pozwoliła nawet wyssać automatowi wszystkie moje prawa własności, tak była niezwykła...

Co robić? Bogowie, co robić? - jojczałem idąc pustą ulicą o poranku, pod ołowianymi chmurami.

Nie mam nic. A zła gwiazda się śmieje.

Nie! To moja DOBRA gwiazda!!!! Dotarło do mnie, że już nie śnię!! Jest kasa!

Powierciłem się trochę rozanielony. Franek coś zamruczał przez sen...

Okropnie się człowiek czuje, kiedy budzi się nie całkiem odblokowany...

Rano Franio skomentował sprawę krótko... Misiu, ty się chyba zaczynasz naprawdę starzeć.

Rany, chwyci mnie bzik, zmienię się w przerażonego skąpca i będę rozmyślać o czarnej godzinie...

 I co jeszcze... Ja niczego nie przegrałem. A inni nawet coś wygrywają... Olimpiada. Trochę się bawię w kibica. I naturalnie patrzę na tę wysportowaną młodość. Na pięknych panów i na osobliwe panie... I cieszę się medalami. A najbardziej brązowym krążkiem wywalczonym przez Damiana Janikowskiego... Wreszcie, od czasów Atlanty, jakiś sukces zapaśniczy!

 Mam wielką słabość do zapasów i zapaśników. Oni są po prostu zachwycający... Tak, tak, ja wiem, patrzę na to oczami pedalskiego świntucha, ale nic nie poradzę... Jestem po prostu oczarowany tymi zwinnymi siłaczami. Tak się fantastycznie ze sobą splatają w tych prastarych zmaganiach. Wspaniała kontaktowość... W tak mało dyskretnych strojach.

Brawa dla sympatycznego Damiana!

15:14, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
wtorek, 07 sierpnia 2012
Uprzejmość XVIII

No i masz! Łamaga! Byłby spadł ze schodów, gdyby w ostatniej chwili nie złapał się poręczy. Naturalnie takie rzeczy pobudzają do śmiechu, bo przecież czy jest coś bardziej śmiesznego od człowieka, który ma za chwilę runąć? Jakże zabawny jest wyraz śmierci w oczach, w chwili gdy nieszczęśnik usiłuje rozpaczliwie uchwycić się czegoś, by zachować równowagę.

- Wszystkie istoty stworzone zostają w niezgodzie z naturą! - zawołał rozbawiony Paul. - Wszystkie na przekór ciężkości. Bóg tuczy swoje stworzenia, aby upadek ich był jak najprzykrzejszy, bowiem Bóg i Szatan to jedna i ta sama osoba! Tak przynajmniej twierdzi szacowny Duńczyk Johannes.

- Czy on taki szacowny? - spytał Timo całkiem już przywrócony do pionu. - Miał jakieś rasistowskie ciągoty.

- Bywał często nadinterpretowany... Jakież to niezwykłe - zmienił temat Paul widząc Tima odzianego w bylejakości swojego ojca. - Jesteście tak do siebie podobni. Nie mógłby się ciebie wyprzeć.

- Chyba właśnie to zrobił - zauważył Timo kierując się za zapraszającym gestem Paula do kuchni, gdzie czekały na nich mocno i smakowicie spocone butelki duńskiego piwa. - To tak pod Johannesa? - spytał wskazując na owe dwa zroszone klejnoty.

- Niech będzie. A co do twego ojca. Nie... Miałbym opory przed... A zresztą... Czasem tak trudno mówić o innych. Myślę, że było w nim sporo wahania, nazbyt wiele wahania. Był strasznie zdruzgotany, gdy go zastałem siedzącego na ławce przy drodze.

- Nie wiem czy mam się tym wzruszać. Miotał się jak król Chrystian II na wodach Małego Bełtu?

- Porzuć sprawę, jeśli wpędziła cię w zbyt ciężkie wątpliwości.

- No więc wypijmy stosownie duński browar - zaproponował Timo. - Pańskie zdrowie.

- Prawdę mówiąc był przerażony, kiedy miałeś się urodzić. Wszystko przez bzdurne uwiedzenie. Ale ożenił się i znikł. Razem z wami. Aż przypadkiem znów nasze dziwaczne kółko się spotkało.

- Jeździliśmy tu niedaleko na wakacje. Chyba najbardziej cieszyło to tatę, ze względu na jego wiejskie ciągoty.

- Lubił zapach stajni - powiedział Paul. - I obory - dodał po chwili.

- I, sądząc po fotografii, lubił rąbać drzewo.

- To prawda. Czasem robił to całymi dniami.

- Napisałeś mu, że go kochasz. Mógłbyś coś o tym opowiedzieć?

- W jakiś sposób tak... Kiedyś oczekiwałem, że przyjdzie po rozum do głowy i jakoś ureguluje swoje sprawy. Ale najwyraźniej ani on, ani twoja matka niczego nie mieli zamiaru robić. Postępowali tak, jakby nigdy nic się nie stało. To chyba mało odpowiedzialne i dość samolubne. Biorąc pod uwagę prawo, tobie mogliby napytać największej biedy... Tak swoją drogą, jak miewa się twoja matka?

- Nie wiem. Z dnia na dzień postanowiłem nie mieć matki.

- No cóż, bywa i tak.

- A teraz nawet nie wiem, do czego się przebudziłem.

- Mam wyrzuty sumienia... Albo nie... To brzmi przecież fałszywie. Byłem przez dłuższy czas obojętny. Upiorności zrobiły nam przysługę, Ljan dostał po łbie... Mnie przypadł Timo, który kiedyś przyjaźnił się ze mną, bo ja przyjaźniłem się z tajemniczo zagniewanym Ljanem... Okazałem się nazbyt pobłażliwy. I mało stanowczy. Kiedy to stało się możliwe, chciałem nawet zalegalizować całą tę sprawę, ale z jego strony nie było odzewu.

- To jakiś cholerny tchórz.

- Taa... Uznał, że to tylko sprowadziłoby na mnie nieszczęście. Nie chciał, abym się martwił o niego... Tylko nie próbuj mnie ratować! - krzyczał. I tak się zżyliśmy. Czy raczej ja się zżyłem z nim. Bez żadnych romantycznych brzmień... Ta cała miłość. Kiedyś, gdy jeszcze wygłupiałem się na uniwersytecie, ględziłem młodzikom o staroislandziej literaturze, która specjalnie nie zna miłości. To znaczy właściwie zna, ale nie taką miłość romantyczną. Oczywiście operuje się w niej, z pewnej konieczności przy opisie międzyludzkich sytuacji, słowami, które rozumiemy jako miłość, ale to były miłości między przyjaciółmi albo królem i jego towarzyszami broni. Albo miłość, jaką dziś opatrujemy przymiotnikiem "chrześcijańska". Coś, co wiąże się z parami, też ma swoją nazwę, dziś określającą miłość i poetyczne zakochanie, wtedy opisującą więź, jaka z czasem wyrasta między małżonkami. Jakieś pełne szacunku przywiązanie, przyzwyczajenie... Można by przypuszczać, że dawno temu ludzie byli dość surowi. Ja nie chcę do końca w to wierzyć. Mamy tylko to, co zostało napisane. Ale poza tym, co pozostało napisane, było przecież mnóstwo rzeczy, o których, jak zapewne sądzono, nie warto było mówić. Miłość to przecież zwyczajność. A wtedy opowiadano nie o sprawach zwyczajnych, ale o wszystkim tym, co ową zwyczajność zakłócało. Waśń - to było coś. Historia o niej była czymś rozrywkowym w codzienności, w zwyczajności, no i przede wszystkim sensacyjnym... Na podstawie tego z kolei, zaczęto sądzić, że nasi przodkowie byli okrutni i brutalni... A przecież pod tym czubkiem góry lodowej, kryje się właśnie ogrom zwyczajności i w miarę spokojnej egzystencji, z jej szczęściami i nieszczęściami. Było zapewne trudniej, w tym sensie, że o wiele więcej czasu trawił człowiek na zaspokojenie bardzo podstawowych potrzeb, ale poza tym... Jeśli komuś zarzucamy z uporem nadzwyczajną brutalność, to jest to marne świadectwo dla dnia dzisiejszego, bo przecież tak często sądzi się według siebie... Zarzucamy więc naszym przodkom, że nie kochali... My przecież możemy poszczycić się całymi stertami papierowych westchnień. Uznaliśmy kiedyś, że warto o tym pisać, gadać, jak tamci uznali, że warto gadać o czymś niecodziennym... O czym uparcie się gada, tego najwyraźniej brak... Oczywiście nadal lubujemy się w sensacjach, bo przecież zazwyczaj w naszych życiach nie wybuchają codziennie bomby i nie wyskakują zza rogów groźni nożownicy... A miłość... Łatwiej jest patrzeć na nią z oddali, patrzeć, jak kochają się inni, w serialach, książkach...

- Nie bardzo rozumiem...

- Tak, tak, rozgadałem się... O tym, że są rzeczy, o których nie ma co gadać... Przyzwyczaiłem się do niego jak do uporczywego słońca latem, albo uporczywgo mroku zimą. Nie ma niczego, co złożyłoby się na jakąś zajmującą opowieść. Nie ułożyłem sobie przez niego życia. W każdym razie nie tak, jak bym chciał. Zapomniałem o nim, bo on nic do mnie nie czuł. Ja - przeciwnie, kiedyś... Mógłbym wówczas pisać wiersze... A jednak los mi go zesłał. Tylko tak mogliśmy się połączyć. Chciał tylko poczekalni. Więc mu ją dałem. Taka moja słabość. Nie miałem siły go przepędzić. A teraz nie wiem, co mam dalej robić... Pozwoliłem temu niegdyś wesołemu chłopakowi zmarnieć. Zatracić się w jednosłownym poemacie, stokrotkach i domowej krzątaninie... Byłem niby nierozsądnie kochająca matka... Zazwyczaj udawało mi się nie myśleć...On za to pomyślał... August był pewną nadzieją, chociaż z drugiej strony od początku ten człowiek mi się nie podobał... August zmienił się z jakiegoś niepojętego powodu w Kaligulę... Jak to Camus gadał? Że takie zło zjawia się, abyśmy zaczęli, do cholery, myśleć!... Timo też zaczął myśleć. Tyle że ten jego Kaligula skłonił go do zupełnie głupich myśli i utwierdził go w zupełnie mnisich zwyczajach. I znów była jedna prośba: Pozwól... Aż w końcu popłynął łódką z sąsiadem. Poszukiwania nie przyniosły żadnego rezultatu. Najwyraźniej zjadło ich morze. W pogodny dzień, co nadaje sprawie jakiejś tajemniczości.

- To jakiś jego przyjaciel, ten sąsiad?

- Lubili razem chodzić na ryby... Syn starego nazisty, któremu wielkodusznie wybaczono na fali wielkodusznych wybaczeń... Zaprzyjaźniłem się z nim i odstapiłem mu kawałek ziemi pod dom. Zamieszkał ze swoją żoną, Marie, która wytrysnęła kiedyś w wojennym zdroju życia - bo przecież wojna jest taka życiodajna... Wie coś o tym mój ojciec, ale to...

- Syn starego nazisty... A on sam?

- Uważał, że jego ojciec stał po właściwej stronie. Byli tacy, co sądzili, że sprzymierzenie się z potęgą najeźdźcy było bożym nakazem. Grzeszyli ci, co poszli w las... Jego ojciec był w młodości oprychem, prawdziwym Norwegiem. Z tego typu prawdziwych Norwegów wyrośli potem dobrzy naziści... Przed wojną snuły się po Oslo grupki (cham zawsze lubi gromadność), które wkarczały do knajp, by zakłócać ludziom rozrywkę czy spożywanie posiłków śpiewaniem hymnu. Kto nie stawał na baczność, był obrzucany obelgami, i oczywiście nie był prawdziwym Norwegiem... Jakie to ryzykowne, gdy ze szlachetnych pobudek pisze się ładne wiersze o kochaniu swojej urokliwej ziemi... Wystarczy, że zjawią się "prawdziwi" patrioci, którzy takie rzeczy zamieniają w gówno, bo wplatają to w swoją nienawistną retorykę... Duchy nieostrożne wplątywani są w brzydkie sprawy. Poeci. No i ten nasz nieszczęsny Zbawiciel i jego szaleni święci - jakże się natrudzili, by użyźnić sobą glebę dla Zła - ukochani słudzy podstępnego Belzebuba. Symbol męki stał się z czasem zabawką podobną do sztucznej kupy, jaką się bez smaku podrzuca tym, których się nie lubi... No, a mój ojciec nie był prawdziwym Norwegiem, co spowodowało, że poszedł się za Norwegię bić... Gdy wkroczyli Niemcy, wyglądało to tak, jakby ktoś wyjął wtyczkę z kontaktu wyłączając w ten sposób kraj. Wojsko było śmieszne i szalenie niedoinwestowane. Ludzie nie bardzo wiedzieli, jak na to wszystko zareagować. Był oczywiście strach, ale też chciało się ludziom śmiać z naszej obronnej pokraczności. Liczne czeredy kapitulowały od razu. Można się było rozbiec. Wielu chłopców poszło do lasu. Tak jak mój ojciec. Razem z kumplami szli lasami od strony Gardermoen ku północnym krańcom Mjøsa. Magiczne słowo Lillehammer. Tam spodziewali się dołączyć do naszych. Nadzieje, wiara... Namsos. Åndalsnes. Nazwy, które brzmiały jak obietnica wybawienia... Zrobiła się z tego taka prywatna wojenka. Wyprawa przypominała wielkanocną wycieczkę narciarską, tyle że z morderczym urozmaiceniem, bo trzeba było dokładnie likwidować niemieckie patrole, wybijać wrogów co do sztuki, by żaden ocalały typek nie zdradził ich pozycji i nie sprowadził posiłków... Ojciec nie lubił tego wspominać... Kiedyś, gdy byłem już wyrośniętym chłopaczyskiem, powiedział z jakimś żalem, że okoliczności zmusiły go, by kilku takich smarkatych chłopaków zadźgać bagnetem... Wcześniej chodził ze swoim ojcem po lasach, by polować. Potem poszedł z kumplami do lasu, by zabijać ludzi... Życie bywa takie straszliwe. Był sobie początkującym architektem. Jego kumple byli początkującymi inżynierami, prawnikami... Zazwyczaj ich towarzystwo składało się z wykształconych ludzi, oczytanych, z perspektywami. Choć czasem dołączali do nich wsiowi chłopcy. Szli po przygodę. Wyrywali się z atmosfery najnudniejszego kraju pod słońcem... Wojna to rodzaj wakacji... W strasznym smrodzie, który jednak nie odstraszał dziewcząt... Biologia. Byki wkrótce mogą pójść na zarżnięcie, więc życiu trzeba nałykać się ich spermy. Strach, niewygody, sprośności... W Lillehammer siedzieli już Niemcy... Potem była podziemna robota. Wielka wojna światowa tutaj wywołała jeszcze naszą małą wojnę domową... Przeciwnik wabił. Jednych porywała jego siła, innych możliwość jeszcze lepszego bogacenia się. Wojna zbudowała trochę sytych gospodarstw. Pozwoliła się też różnym typkom odegrać. Wypełzła małość, nienawiść. Każdy drobiazg mógł spowodować morderczą lawinę. Wystarczyło donieść, pomówić, za cokolwiek, bo ktoś się źle popatrzył, bo ktoś kogoś nie lubił, bo prześladował w szkole... Psychika nie zna przedawnienia. Ona umie czekać ze swym złowrogim ładunkiem. Sami sobie robiliśmy kuku... A potem o wszystkim chcieliśmy zapomnieć. Bo przecież cóż się takiego stało? Powojenne rozliczenia zaczęły nas wręcz nudzić. Sprawa Quislinga była wprost nieznośna. Niechże on już zniknie. Albo go zabijcie, albo pozwólcie uciec. Ale już dość o tym - mówiono. - I niech ten Hamsun już umrze... A wcześniej. Tak, mój ojciec przez takich jak ojciec mego sąsiada musiał w końcu spadać nocą do Szwecji.

- Byłoby miło, gdyby zrobił to mój dziadek. Niejednemu uciekinierowi dawał schronienie i pomagał w przeprawach przez granicę.

- Nie wspominał mój ojciec, by w gospodarstwie, w którym przebywał przez ostatni dzień, znajdował się księżycooki czarny baran z trollem.

- Może akurat babka była na poszukiwawczej sekswycieczce?

- Może... Tak. Gdyby tak było, wyszłoby, że twój dziadek uratował życie mojemu ojcu, by ten mógł mnie spłodzić, tak żebym synowi twojego dziadka zapewnił schronienie... Mój ojciec uciekał przed śmiercią. Timo uciekł przed życiem... Jakie to dziwne - z jednej strony trochę bohaterstwa, z drugiej trochę skurwysyństwa, po to, by wyszło na świat trochę więcej życia, które, ot tak, pewnego zwykłego dnia wpadło sobie do morza...

CDN

18:05, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 02 sierpnia 2012
Of Monsters and Men

Muzyczna Islandia. Tym razem grupa Of Monsters and Man, która płytą "My Head is an Animal" zdobywa sobie coraz większą popularność. Spodobali się Islandczycy zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych. Właśnie otrzymali nominację do MTV Video Music Awards. Za "Little Talks"...

14:10, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
środa, 01 sierpnia 2012
Pan z miłości czy za pieniądze?

No i tak nam płynie lato. Miłe dni i piękne noce. Sierpień już, a więc i noce coraz większego uroku zaczną nabierać...

I co? Że są wakacje... Niby tak, chociaż ja to tak na razie na pół gwizdka. Choć już i morze zaliczyłem, jeszcze przed sezonem, a ostatnio zajrzałem do beskidzkich lasów, w których najchętniej pozostałbym do jesieni razem ze swoimi pogodnymi melancholiami. W słońcach, zachmurzeniach i deszczach z burzami... Dla mnie zawsze dobrze... To efekt skandynawskich lekcji...

Jak już tu jestem, to pomyślałem, że coś nastukam... Obok różnych zdarzeń jest zdarzenie literackie, w które się aktualnie zagłębiam. Tak jest napisane na okładce, że to najważniejsze wydarzenie literackie 2012 roku. Tak jest napisane, i tak jest rzeczywiście. Chwytając wolne chwile patrzę w ogromną księgę, w Mirona Białoszewskiego "Tajny dziennik". W tę fascynującą cegłę o ponad 900 stronicach.

Białoszewski. Optymista mimo wszystko. Lubię jego język. Te notowania mowy ulicy, kalekiej, ale jakże żywej. Potoczności, zwyczajności... No i ten "Pamiętnik z powstania warszawskiego", widok z pozycji tłumu ludzi starszych, kobiet, dzieci, tłumu upchniętego w piwnicznych kryjówkach. Postępująca zagłada, znikanie miasta, jakaś taka nowa matriarchalna jaskiniowość, baby wśród zgliszcz pichcące coś w garach, siła podtrzymująca życie, raptem nędzne i podcięte. Wszystko podane prozą pełną jednak tego wszystkiego, co złożyło się na poetyckie doświadczenie autora.

A teraz ten dziennik... 20 listopada 1975 roku Jot został wpuszczony. A teraz za nim wchodzimy my. W życie, w opowieść o przygodzie życia człowieka - jak pisze Tadeusz Sobolewski - wstawionego w ten świat. Teraz, wczoraj; sen i jawa. Wszystko wyraziste, "splątane w jeden węzeł".

Rzeczywiście, jakoś tak w szkole jawił się jako ktoś raczej bezpłciowy, taki piewca zwyczajności... Po szkole zawsze wszystko jest ciekawsze i głębsze, lepsze. A teraz to już w ogóle jest wspaniale. Przyglądanie się ludziom, i przyglądanie się sobie. Życie bujne, wśród tego wszystkiego, co kojarzy się ze smutną szarością, ponurą ideologią, z dziadostwem PRL-u... Wędrując wśród tej masy kartek natykam się na drobiazgi, które przywołują mi moje własne wspomnienia. Czasy naszych istnień się zazębiły - on już schodził ku śmierci, ja zaś przebierałem nóżkami na linii startu... Nagle przypominają mi się ludzie, o których od lat nie myślałem. No i jest też takie poczucie wspólnoty doświadczeń, odkrywanie swojego homoseksualizmu, budowanie własnej postawy pośród świata krzywo - mówiąc najdelikatniej - patrzącego na inność zamiłowań. I ten niezwykły optymizm człowieka tak przecież doświadczonego przez życie. Ileż to bied różnych na niego spadało... A on pisał tak:

Jestem otymista z natury, sceptyk z rozumu i doświadczenia. Życie mnie nie oszczędzało, ale czułem swoją gwiazdę. Wpadanie w choroby i zaniedbania, potem organizowanie się w wyzdrowienie. Ciągnie mnie gotyckie przełamywanie natury, przemawia do rozumu Kalwin. Lgnę do ludzi i im nie otwieram. Nieraz otwieram i żałuję. Nie cierpię zimna, czytam zachłannie o Antarktydzie. Skromność i nieprzyzwoitość. Pisanie nieraz wbrew sobie, choć jestem jednocześnie tym, co robię."

Całkiem mi to pasuje. To organizowanie się w wyzdrowienie, i ta skromność  i nieprzyzwoitość...

Ale zanim... Zanim co? Nie wiem, co chciałem powiedzieć... Może zanim zerknę w pisuar za mgłą, sięgnę sobie do wspominków własnych... Pojawia się w zapiskach Mirona niejaki Clive Harris... Tak, tak... Uzdrowiciel, który się co jakiś czas pojawiał w kraju, by ratować różne trapione chorobami purchawki. Te seanse chyba odbywały się w kościołach i chyba nie było łatwo się na taką imprezę załapać... Przy okazji tego Harrisa przypomniała mi się taka jedna znajoma mojej mamy. Kiedy byłem mały często ją razem z nią odwiedzałem. Nawet lubiłem jej dom, w którym było ładne akwarium i gdzie mieszkał najzłośliwszy kot, jakiego kiedykolwiek spotkałem - była to istota absolutnie niegłaskalna! Pojawiał się tam też czasem jej syn - chuligan osiedlowy, na którego patrzyłem z jakimś niebywałym zachwytem. A przez jakiś czas mieszkał z nią jeszcze drobniutki, kościsty konkubent, regularnie przez swą partnerkę okładany ścierą... Był filatelistą. Miał fascynującą kolekcję znaczków, pocztówek... Pamiętam, że z przejęciem oglądałem stare marki z wizerunkiem Hitlera - zawsze go prosiłem, by mi je pokazywał. I jeszcze dokumenty z hitlerowskimi pieczęciami... Spotykałem się z historią. Choć głównie jednak godzinami słuchałem babskiego paplania, na które skaładały się ploty, obmowy i opowieści o chorobach, w czym przodowała owa wielka baba, bowiem była ona zawsze na coś chora i miała za sobą wiele chirurgicznych patroszeń. Aż się moja mama podśmiewała, że ona, gdyby tylko wyzdrowiała, natychmiast by umarła... Baba jednak radośnie chorowała i pewnego razu pojawiła się nadzieja, że uda jej się dostać na spotkanie z tym całym Harrisem, który już od dość dawna był obiektem jej marzeń. Kobieta usiłowała namówić też moją mamę na to spotkanie, na tę zbiorową kościelną randkę ozdrowieńczą. Mama jednak stwierdziła, że nie ma takiej potrzeby (mnie wprawdzie straszyła rakiem, ale wtedy w istocie nic jej nie dolegało) na co tamta zareagowała zdziwieniem... Najwyraźniej uważała, że chorowanie jest wręcz kobiecą powinnością. No bo jak tu nie chorować - coś się musi przecież dziać w człowieku, trzeba mieć jakieś życie wewnętrzne, a lekarze i szarlatani nie mogą trwać w bezczynności... Bardzo była zawiedziona tym, że moja mama nie wyraziła chęci na schadzkę z uzdrowicielem i że w ogóle odniosła się do całej sprawy ze sceptycyzmem (wprawdzie moja mama nie była daleka od wiary w takie różne czary - mary, ten jednak przypadek był dla niej podejrzany, przereklamowany... nie, zbyt hałaśliwa była sława tego człowieka...) Jeśli tej kobiecie pomógł ów Harris, szczęśliwie zapadła na inne dolegliwości... Po latach, kiedy ja już stałem się całkiem dorosły, szedłem raz z mamą ulicą, na której spotkaliśmy przypdkiem ową wielką panią - ach, ile było krzyków i uścisków! Co tam słychać? - Ja już jestem po zawale - powiedziała z przechwałką w głosie baba... Śmialiśmy się potem jak idioci... Przedrzeźniałem purchawkę na cienkich nogach: - Ja już jestem po zawale! A ty na co jeszcze czekasz? Bez zawału, w twoim wieku? - dodawałem w tonie wyrażającym oburzenie... Mama w końcu jednak zachorowała. Raz i porządnie, całkiem na śmierć... Niezłomna, acz chorowita baba raźnym krokiem szła z innymi żałobnikami za jej trumną. Taka jak zawsze. Purchawka niezmiennie, mimo upływu lat, wyglądająca na jakąś pięćdziesiątkę...

No i są i inne zdarzenia w "Dzienniku", które mnie samemu się utrwaliły w pamięci. Jak choćby katastrofa lotnicza, w której zginęła Anna Jantar. No i oczywoście wybór Wojtyły na papieża... Ta druga rzecz to było wielkie przeżycie zwłaszcza dla moich dziadków, ludzi bardzo religijnych. Właśnie będąc u nich usłyszałem o tym... Ja zresztą też byłem po dziecinnemu religijny i miałem w swoim pokoju bardzo ozdobny ołtarzyk... Różnie można było to sobie odczytywać - co z Miśka wyrośnie: ksiądz czy projektant wnętrz? Paranoja... Papież z Polski okazał się świetnym interesem dla krewnych ze wsi... Miałem takiego wujka, który, że tak powiem, specjalizował się w specyficznej produkcji zabawkarskiej, a mianowicie tworzył takie różne bozie na drewienkach i malował też, bardzo schematycznie, klasztor w Częstochowie. Towar oczywiście schodził, lecz gdy pojawił się papież, interes zaczał naprawdę kwitnąć. Pamiętam jak dziś tę gorączkową produkcję. Nieprzebrane stosy deseczek, tysiące papieży, takich uśmiechniętych, bez pontyfikalnego nadęcia... Sam kiedyś pomagałem troszeczkę w tej prostej pracy i na drewienkach wypalałem wokół papieży ślimaczki, żeby było bardziej wzorzyście... Podobał mi się zapach przypiekanego drewana... - Tylko rób, Misiu, ładnie, równo... I Misio się starał... A potem gotowe portreciki pokrywało się bezbarwnym lakierem, co by cała rzecz świeciła się elegancko...

A zaraz potem pierwsza pielgrzymka. Wtedy po raz pierwszy i ostatni widziałem Jana Pawła z bliska. Jakoś tak mi się utrwalił w pamięci ten dzień. Widzę wszystko, jakby to się działo ledwie wczoraj... To było dla mnie szalenie doniosłe przeżycie... Ale dziecięca religijność wkrótce mnie opuściła. W trzeciej klasie ksiądz kazał mi za karę, bo mi było wesoło, klęczeć przed obrazem jakiejś bliżej mi nieznanej świętej. To był koniec mej przygody z Panem Bogiem. Uznałem całą rzecz z jeden wielki humbug. I tak już mi zostało... Wołami by mnie nie zaciągnięto do katechetycznej salki. Uznałem, że ci, których gniewa cudza radość, to źli ludzie. A złych ludzi trzeba omijać... Potem tylko poszedłem na chwilowe ustepstwo, bo zażądano ode mnie bierzmowania - argument - bo przecież gdybyś się żenił... -Ale ja się nie ożenię. - Przecież wszyscy się żenią. - Takiego wała - sobie pomyślałem. Ale poszedłem, zapisałem się na religię, kłamiąc księdzu, że przez lata mieszkałem za granicą (do dziś nie wiem, dlaczego na miejsce swego wymyślonego pobytu wybrałem Irak) i wziąłem udział w idiotycznym obrządku. Dotknęła mnie koścista kardynalska dłoń, a ja wyraziłem ochotę na dodatkowe imię w postaci nazwy: Tomasz.

Inne rzeczy przyprawiały mnie o wypieki. Pamiętam, dawno temu był jakiś taki program kryminalny, w którym było coś o zabójstwie jakiegoś homoseksualisty. Ktoś gdzieś wariował w środowisku i dźgał ludzi. Rzecz to była jakaś straszna, ponura, panowie jacyś spotykali się w wagonach na bocznicy... W każdym razie większa zgroza towarzyszyła opisowi środowiska pewnych panów niż tej okropnej zbrodni. Jakby w tym, że jacyś panowie mają chęć spotykać się w mało malownczych miejscach, było coś strasznego i nad wyraz występnego oraz niebezpiecznego dla całego świata... Słuchałem przy tym domowych komentarzy, mało eleganckich. - Właściwie to dobrze mu tak. Taki syf, itd, itd... Obok siedziało chłopczę, które w cały ten "syf" chciało wskoczyć... Trudno by było rozsądnie o wszystkim tym porozmawiać... Robiło mi się zimno i gorąco... Hu - jestem straszny i występny, i tylko nóż mi wetknąć między żebra... Jeszcze minęło trochę czasu i wreszcie zdarzył się "syf", jakże malownicze, cuchnące otoczenie, w błekitnej mgle z tego, co oferowały ówczesne kioski Ruchu. Magia przeludnionej szczalni... I mama nie wywietrzyła sprawek na mieście... To ciekawe, Miron też poszedł się wyżyć w przygodzie z dorosłymi... Tak, tak, i mama też nie odkryła sprawek...  A o odkryciu swej natury napisał tak:

Sex - przygody z mężczyznami. Traktowałem swoje potrzeby homo jako przejściowe, że niby kiedyś znormalnieję. Mając 15 czy 16 lat zadałem sobie pytanie "kiedy?". Niby zmienię się z dnia na dzień? Nie. Wobec tego trzeba przyjąć siebie takiego, jakim się jest. Ustaliłem to, przestałem się tym turbować. I nadal uprawiałem swoje sex - przygody ze świadomością, że to jest mój rodzaj. Wszelkie słyszane określenia i przezwiska owych gustów nie przejmowały mnie specjalnie. W ten sposób szkoliłem swój upór i nieprzemakalność. W seksie i w pisaniu. Nie przejmując się krytyką. Czy nieuznawaniem. Było to dobre i skuteczne samoszkolenie.

I to jest najlepsze, co można zrobić... Po mnie też w zasadzie spływało wszystko jak po kaczce. I żadnych posądzeń nie prostowałem. Uznałem w ogóle, że najlepiej, jak się rzecz sama rozniesie. Wtedy, gdy jeszcze nie tak prosto mi było cokolwiek powiedzieć. Niech się dzieje. Też po prostu przyjąłem sygnały swojego ciała, swojego jestestwa... Chciaż jako chłystek zakochiwałem się w dziewczętach, to cała budząca się pożądliwość targała mnie do chłopców... Patrzyłem na nich marzycielsko. Zakradałem się do szatni, by marzyć przy ich spodniach. Śniłem też o uczuciu. I w ogóle chciałem uciec z jakimś chłopcem na kraniec świata... Z biegiem czasu umyśliłem sobie jednak, że szlaki muszę przetrzeć z kimś dorosłym. Nie wiem, może z jakiegoś skrępowania, ze strachu... Bo w sumie chciałem, a jednocześnie miałem kosmicznego pierdla... Już tu kiedyś wspominałem tego pierwszego. Po wahaniach, po szaletowych nurach przyszedł w końcu moment na to wielkie, odważne: Teraz! Wszystko okazało się nieskomplikowane. Krótki sygnał, szybka ocena gościa. A więc dostaniesz moją kwitnącą młodzieńczość... Wspominam gościa mile. Był bardzo rzeczowy, poza tym był taki nieskazitelny pośród tego magicznego brudu i w zapachach natury oraz podłej gospodarczej chemii... Miałem swoją cudowną tajemnicę, od której robiło mi się gorąco... Krótkotrwałe to było, bo ani nie myślałem o żadnym zaangażowaniu, nie chciałem o czymś takim słyszeć, i nie chciałem żadnych podarunków... Takie rzeczy, jak powiada Miron, to sprawy pilne... Takich spraw pilnych było potem jeszcze trochę. Chwilowe wspólnoty potrzeb, jak to zwykłem nazywać. Bez rozliczeń. Imię nie ważne, ani żadne inne dane dobre do formularzy... Człowiek bywa niekiedy istotą całkiem bez życia duchowego. W każdym razie nie bierze się tego życia pod uwagę. W sparawach pilnych bierze się i daje to, co najistotniejsze... Co innego, gdy rusza do boju serce... Dla mnie biło ono zawsze dla facetów bliskich mi wiekiem... Kilka razy w taki czy inny sposób odtrącone, szczęśliwie bije dziś dla tego jednego, z radością...

Przygodziarze Mirona pytali niekiedy: Pan z miłości czy za pieniądze? A Miron szedł na przygodę, czasem pełną niezbyt malowniczych niespodzianek, ani za pieniądze, ani z miłości. I to mi się w nim bardzo podoba. Jak mu wtykali pieniądze, oddawał z obrzydzeniem... Bo branie pieniędzy za seks jest czymś okropnym. Są wprawdzie ludzie, którzy nie dostrzegają w tym problemu, ale dla mnie to jest dno... No, ale teraz to już nawet gdybym miał pokusę... Jestem już w tym wieku, że mógłbym co najwyżej wejść w grono płatników. Chociaż i to też jest paskudne... W końcu człowiek nie towar, nawet jeśli zapomina się o jego duszy...

Białoszewski opowiada, że dość długo miał niezłe powodzenie: szczupły, przez lata młodzieńczy, niebabski itd, itd... Wszystko się jednak musi skończyć. Muszą się włosy przerzedzić, zęby wylecieć, przyjść choroby... Ale w Mironie nie ma skargi. Jest natomiast umiejętność przystosowywania się. Obniżył swoje wymagania. I w dużej obniżce pojawił się Jot...

No i tak wróciłem do tego jego Jota...

Ot, kilka obrazków wyjąłem. I kilka własnych wspomnień, co mi ta książka przeglądana i kartkowana przywołała... A tam jeszcze tyle różności. Ze snów i jawy. Można by było paplać, ale to przecież blog...

Miron Białoszewski, Tajny dziennik, Znak, Kraków 2012.

19:37, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »