BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
piątek, 30 sierpnia 2013
Na koniec lata

 Yyyyy... Może zacznę trochę tak rocznicowo. Przeglądałem sobie dziś rano prasę i w jednej z gazet zerknąłem do małego kalendarium... Wydarzyło się kiedyś... Na przykład 30 sierpnia jakiś już czas temu zmarło się matce królów Elżbiecie Rakuszance... A trochę później, 30 sierpnia 1939, krakowski IKC napisał o powszechnej mobilizacji, napisał tak: "Natychmiast przed afiszami zaczęły zbierać się grupy ludności, która ze spokojem i powagą odczytywała ich treść. W nocy zaczęli zjeżdżać do Krakowa pierwsi powołani rezerwiści, aby zgłosić się do swoich oddziałów. Nastrój wśród nich panuje świetny. Nie widać ani przygnębienia, ani rozgoryczenia. Przeciwnie - są uradowani." No - można powiedzieć Tomaszem Mannem - WAGARY!! No bo tak sobie tę radość chłopstwa rezerwowego tłumaczę... Potem się jednak okazało, jak one pachną... Na przykład spalenizną, już nie mówiąc, że i trupim odorem... Końcówka wakacji ówczesnych była piękna. Doskonale było widać cele dla bomb. Jak napisał kiedyś Michał Choromański - pogoda była pierwszym folksdojczem.

 O jej - ale przecież ja nie po to tu dziś wszedłem, żeby pisać o nastrojach tych, co pierzchnęli ze świata etażerek, babskich serweteczek i spodeczków z porcelany oraz duszących pierzyn... Muszę wykonać jakiś manewr, żeby się w miarę płynnie przenieść w całkiem inny obszar... Coś jak poseł Błaszczak, który nawet rozmowę o wyrobie garnków glinianych potrafiłby sprowadzić do tematu Donald Tusk. (Z jaką lubością wymawia on to imię i to nazwisko. Można wręcz dojść do przekonania, że ta biedaczyna potajemnie kocha się w premierze).

 Zatem uradowanie, uszczęśliwienie, pewna beztroska... Ludzie lubią zapominać, że tu i ówdzie, przy pewnym sposobie życia, może zrobić się raptem niebezpiecznie i smutno... Ale w końcu czy człowiek przyszedł na świat, żeby gdzieś trusią siedzieć? Przecież wypada coś zawojować... Przodkowie byli bitni, to i nam wypada... Wszędzie spotkać można wyczekiwanie okazji, żeby sobie pohasać... Pomału podjadę na Północ, do potomków wikingów, którzy umieli się bić i wspaniale kraść. Peryferyjna gospodareczka na wulkanicznej wyspie kwitła - w sezonie żeglugowym do fiordów przypływali zbójowie z cennymi ładunkami. Szaty, świecidełka, tralalala... Minęły jedne złote lata... Ale przyszły następne. Jak we śnie się zrobiło. W światowej awanturze, do której tak się nasi chłopcy radośnie mobilizowali, Islandia nabrała strategicznej ważności. Skorzystała na bijatyce, całkiem się stała niepodległa, no i przyjechała do niej Ameryka... W ubiegłorocznym, nagradzanym dokumencie Sigurða H. Magnússona o Islandii po bankructwie dość trafnie pewien młodzieniec w islandzkim sweterku powiedział, że Islandczycy, jeszcze pod duńskim panowaniem, byli Europejczykami, potem zaś wahnęli się ku Ameryce... Pierwszy prezydent republiki na pierwszą polityczną wycieczkę ruszył do Waszyngtonu. Ameryka została. Na długie lata. Wojskowo. Bardzo to było kiedyś oprotestowane, zastanawiano się, jak bardzo odmieni się islandzkie społeczeństwo, trąbiono o zagrożeniach, o rozpływaniu się starej kultury... Lecz były i korzyści. Znikło bezrobocie, posypały się pieniądze - wsiowa Islandia szalenie się zmiejszczyła. Spełniał się jakiś złoty sen. Ludzie stali się poważnymi materialistami... Z nędzy do piniędzy. Aż za bardzo. Obudził się wreszcie jakiś duch wikinga, co to uznał, że świat zawojuje. Ale nie był to już wiking z toporem, tylko taki elegancki, wykształcony, za to przykładnie złodziejski. Dmuchnął kolorową bańkę, którą okradł od środka. Starczyło ledwie 6 lat, by balon rozprysnął się w diabły... Sigurður poszedł z kamerą do ludzi, by powiedzieli, jak im się wiedzie teraz... Pewien starszy pan obudził się pewnego dnia z papierami, których wartość to dziś zero. No nic, trzeba pracować dalej. O dostatniej starości wypada zapomnieć. Jakaś para boleśnie przeżywa oddalenie, bo facet znalazł robotę dopiero na Wyspach Owczych. Inne małżeństwo zdecydowało się na życie w Oslo, bo tam lepiej. Młoda parka żyła wesoło na kredyt - pełen wypas - teraz jest problem... Ale we wszystkim jest jakiś spokój - islandzki spokój. Bo to dusze twarde. I dadzą radę. Bardziej może refleksyjni się stali, bo to i owo wypada sobie przemyśleć - zastanowić się, co jest w życiu ważne, na czym polega moja wartość, co za wariat w nas tkwi?? Barwne i zwariowane to peryferia - nawet geologicznie trochę w Europie, trochę w Ameryce siedzące... No i jakie rozpoetyzowane, jakie umuzycznione, rozmalowane, rozpisane od wieków...

 Tak, wszystko to w związku z pewna piosenką, już dość starą, którą między innymi wykorzystał w swym dokumencie Sigurður... Jako ilustracja nastrojów jest pierwszorzędna... Był piękny sen, teraz niektórzy sądzą, że nadszedł czas bezsenności... Było lato - a po nim przecież zima... Tak jak w piosence, która wprawdzie nie jest o zawirowaniach ekonomicznych, ale o życiowych i owszem... Jakoś wyjątkowo smutno za oknem. Będzie trudno. Przyjdzie zamieć. Wszędzie pusto i cicho. Lato już przeszło, nadszedł chłód. Biały całun pierwszego śniegu, co przyszedł nocą. I drozdy tańczą na zmrożonych drutach. W kominku płomienie migoczą... Gdzież ciepła, kojąca miłość? Czasem gdzieś rozlega się śmiech, skrzypnie podłoga, aż się serce wzdryga, choć nie ma tu przecież nikogo... No, to tak melancholijnie na koniec wakacji... Bubbi Morthens - już trochę legenda islandzkiej muzyki.

...stundum heyri ég hlátur, i gólffjölum marra, hjartað tekur kipp en það er ekkert hér...

20:27, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
wtorek, 27 sierpnia 2013
I byłby chłop babę zabił, czyli Torghatten

 Ale mu się nie udało, nawet jej nie drasnął, wypada dodać od razu, żeby nie niepokoić. Choć i tak wszystko diabli wzięli, a właściwie wziął kamień w swe posiadanie. Kamień, bo rzecz dotyczy trolli, które, jeśli mają pecha, kamienieją. I potem sterczą. Rzecz - można powiedzieć - ciekawa, bo gdzieś tam obok, w trochę innym świecie, są istoty, które zamieniają się we własne pomniki. Taki zwykły śmiertelnik natomiast, żeby stanąć kamieniem, musi się sporo natrudzić, by się zapisać w pamięci potomnych... No, musi się natrudzić albo musi mu się przydarzyć coś potwornego, na przykład jakieś śmiertelne roztrzaskanie. Troll natomiast zastyga w słońcu, i sterczy, bez względu na swe zasługi - sterczy, z czym wszyscy śmiertelnicy muszą się pogodzić. Nie jest to jednak takie trudne, bo trolle zamienione w pomnik są ładne, bowiem uwieczniający je tajemniczy artysta odznacza się wspaniałym talentem i pomysłowością. Inaczej rzecz ma się z pomnikami zwyczajnych ludzików - najczęściej są to straszące potworki. Mało jest w trollowych pomnikach dosłowności, a jednak oko zaraz dostrzega, co skała przedstawia. Ludzkie zaś są dosłowne, ale wymagają wyjaśniającego podpisu.

 Nie tylko całe trolle zastygają, bo zdarza się i tak, że w kamień obracają się li tylko części ich garderoby. Tak jak koło Brønnøysund, gdzie podziwiać można trollowy kapelutek. W dodatku z dziurą... Kiedyś nosił go na głowie trollowy król, a teraz tkwi wyspą wśród innych wysp, wysepek i wysepeczek, których Diabeł nasiał u brzegów Norwegii dość sporą garść.

 W kamieniach zapisane są historie. Różni ziemio i lodoznawcy mogą opowiadać, jak to kiedyś naturalne moce pracowały, by wyrzeźbić dzisiejszy teren. Woda ponoć, zmrożona i płynna, dłubała i dłubała, aż wydłubała, wykroiła, powywiercała fantazyjne zjawiska... Ale kiedyś byli inni ludzie, bez takiej wielkiej naukowej wiedzy, za to z wyobraźnią i mądrością. Trzeba im było ogarnąć niesamowitość pejzażu, nadać wszystkiemu nazwy. Myśl lubi porządkować i kojarzyć. Objaśniać fantastyczności, dawać im baśniową otoczkę. Na wyspie Torget dopatrzono się góry w kształcie kapelusza, dziurawego kapelusza - tak więc dostała ona nazwę Torghatten. I geologia musi pozostać bezsilna - trzeba jej bajkową nazwę przełknąć...

 Co tu się, u licha, działo? - musieli sobie myśleć ludzie żyjący w skalnym szaleństwie pełnym osobliwych kształtów. To przecież zatrzymana nagle i zamieniona w kamień wariacka impreza olbrzymów!! Aż strach pomyśleć, co by się stało, gdyby ktoś posiadł zdolność odczarowania tego towarzystwa!!

 Siedem sióstr sobie było, i jeden taki kochaś. Z siostrzanej gromadki upatrzył sobie pannicę. Lekamøya będzie moja - postanowił. - Tę sobie pokocham, tę sobie wezmę! - Nie, nie, o zdanie jej nie pytał. Miało być po jego myśli! I dawaj do niej się zabierać. Dziewoja jednak ani myślała o jakimś kochaniu. Ona w nogi. On za nią. O, myślę sobie, że wrzaski i piski musiały być takie, że aż kaszaloty wyrywały z głębin morskich brzuchami do góry!... Wiadomo, bywa tak, że jak chłopu baba nieprzychylna, to on się gniewa i przychodzą mu go głowy bardzo nieprzyjemne myśli. W porządku, ty taka - owaka - ja cię miał nie będę, ale też nikt inny cię nie dostanie, bo wezmę zaraz i zajeb... Dotknięty do żywego kochaś złapał wściekle za łuk... Można powiedzieć, że skoro nie załaskotała ją mile strzała Amora (niech mi będzie wybaczone to mieszanie mitologii), gość postanowił walnąć ją w plery bardziej dosadną, śmiercionośną strzałą. Lekamøya znalazła jednak obrońcę - bo oto całkiem królewski troll, widząc, co się dzieje, zerwał ze swej głowy kapelusz i cisnął go tak, że ten znalazł się na drodze strzały, i choć jej nie zatrzymał, bo ta przebiła go na wylot, to jednak zmienił tor jej lotu... No i tak to kapelusz zepsuty został tam, gdzie upadł. Do dziś dziurawy... W skale został piękny, regularny tunel. I w sumie czemu sądzić, że to jakaś woda go uformowała?... Skoro poseł Godson nie pochodzi od małpy, to czemu norweskie skały miałyby być takie bezduszne, czy - lepiej powiedzieć -  czemu miałyby mieć taką bezduszną historię - bo dziś naturalnie są już bezduszne, obojętne, niewzruszone wobec nieszczęść... (Cóż powiedzieć - kapelutek rzucony żywą ręką uratował życie, pozostał jednak skamieniały, by, jak się okazało, życie też odebrać, bo pod koniec lat osiemdziesiątych rozbił się o niego pasażerski samolot zabijając blisko czterdzieści osób)...

 Byłby chłop babę zabił... Ale baba uciekła szczęśliwie. Takie się to dawniej rzeczy działy. Cuda istne. Dzisiaj my większy zgiełk robimy. I też jakoś tam ozdabiamy ziemię. Jednak w mniej malowniczy, mniej cudowny sposób...

 Przy kapeluszu na nieludzką miarę miasteczko całkiem na miarę ludzką... Choć można by pomyśleć, że to dziecię olbrzyma bawiło się klockami na morskim brzegu, więc i tu jednak miara stosowna dla nadnaturalnie rozrośniętych... Miniaturowy, prowincjonalny mrówczy światek pośród śladów pozostawionych przez olbrzymy... Z jednej strony morze wody, z drugiej góry, też jak morze pofalowane. Tyle że tych drugich fal wicher nie gna przed siebie, tylko cierpliwie je głaszcze i wygładza... I taka cisza o różowym świtaniu...

  W życiu w ogóle powinno być jak najwięcej ciszy. Całkiem sporo jest jej na świecie, chociaż nie zawsze jej szukamy. Wolimy zamykać się w hałaśliwych bańkach... Ja tam czuję, że żyję, gdy robi się cicho. Może zaszumieć wiatr, zaskrzeczeć ptaszysko, zapluskać woda - to nie burzy ciszy, tak jak księżyc nie burzy ciemności, a jedynie dodaje jej uroku. Dobre jest to, co nie przeszkadza.

 Trzeba jednak wracać. Wymagające życie łapie człowieka na smycz, i to taką przypiętą do kolczatki. Spróbuj szarpnąć, a zaraz zaboli... Sumienie by nie pozwoliło nie wrócić. Na starych śmieciach więc znów być wypada, gdzie Franio, stary, dziwaczejący pies... No i jeszcze w tle dziwaczejący tato. No, chociaż z tatą trochę lepiej - mam wrażenie, że psychicznie wyszedł bardziej na prostą. Zasługa leków... Chociaż i tak tato mnie martwi, bo to jego życie wydaje się dość jałowe. Szkoda, że nie ma on jakiejś solidnej, pozytywnej szajby. Gdyby tak mógł nad czymś popracować... Sam często psioczę na pracę, ale jednak ona pozwala się oderwać od niepokojących rzeczy - człowieka pochłaniają różne sprawy do rozwiązania, zamyka się wśród nich - wprawdzie czas gdzieś umyka szybko, nazbyt nawet szybko, ale to jednak jest dobre lekarstwo. I prawdę mówiąc wolę ludzi, którzy ciągle mają jakieś zajęcie. I jakąś pasję. Wszystko jedno jaką - nawet może to być zbieranie pudełeczek po zapałkach... A tato tonie w głupich myślach, studiuje do obłędu swoją kulawą cielesność i ciągle sobie wywołuje jakieś strachy. A na dodatek zajmują go pieniądze. Nie wiem - to jest taka cecha starości? - takie idiotyczne zamartwianie się pieniężne. Tato nie jest najgorzej sytuowany - emeryturę ma niezłą, ma też trochę oszczędności, nie brakuje mu, a zrobił się jakiś taki sknerowaty, przy jednej żaróweczce. I wszystkiego mu szkoda. No i przestał pić, więc i życie towarzyskie okulało. To jest niestety taki typ, co to do ludzi szedł dopiero po paru głębszych. 

 Nie wiem - mnie się wydaje, że nawet na godzinę przed śmiercią będę się czymś zajmował, czymś odległym od tego parszywego cielska przeznaczonego od samego początku na zdechnięcie.

 Tak, tak - ja też powinienem się pomartwić pieniężnie.:)) W podręcznej skarbonce blisko do dna. Dobrze, gdy dna nie widać. Lepiej brać, kiedy choć jedna dobra warstwa miedziaków je pokrywa. Tak, tak - zawsze tak jest pod koniec wakacji, że się zasoby kurczą. Taki sierpniowy minus. Ale to wszystko rozjaśnia miły sierpniowy księżyc. Troszkę jest on smutny, ale jednak na taką pogodną nutę.

 Najmniej zmartwień jest z Franiem. Właściwie nie ma żadnych zmartwień. Dobre chłopisko. Pociecha nienachalna, bo też w niczym pocieszać mnie w specjalny sposób nie musi, wystarczy, że jest. Czasem się oddajemy sprzeczkom i wcale się nie przepraszamy. Zgoda następuje bez zbędnych wyrazów - wyrko, herbatka, kruche ciasteczko...

 Człowiek tym lepszy, im go mniej. Z dobrocią trzeba uważać. Wiadomo, jak to jest - za dobre uczynki człowieka spotyka często kara i obelgi. Tak więc jestem ostrożniejszy i nabrałem większej szorstkości. Nie poświęcać się zanadto. Użyteczność - OK - byle nie zajść w tym za daleko... Kiedyś Choromański, który się dość często zajmował unieszczęśliwiającą dobrocią, napisał, że ludzie poświęcają się nie tyle z własnej dobroci, co z dobroci cudzej. Poświęca się i cierpi właściwie nie ten, kto jest dobry, tylko jego otoczenie, które się daje omotać, ululać. Pozostaje pytanie, czy ludziom dobroć jest tak naprawdę potrzebna? Te troski, te miałki, te współczułoski, te pocieszenia, luli - luli. Jakże przecież często człowiek odpycha rozmaite troskliwe rączki, jakby chciał zaznaczyć, że zawsze potrzebny jest dystans. Staram się tego trzymać. Niech tam - każdy musi sam swe życie przeżyć, tak jak potrafi. Nie ma się co cackać. Sam ciumkań nie lubię...

19:50, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
piątek, 02 sierpnia 2013
Sierpień

 Można zacząć nowy miesiąc na blogu. Coś ostatnio stałem się aktywniejszy. Jakoś tak więcej luzu się zrobiło... Chociaż i tak ten lipiec trochę mi się dłużył. Mimo wszystko było trochę kłopotów i gonitwy.

 A teraz sierpień, który mam zamiar przebąblować. Daję na luz. Ale na bloga naturalnie będę wpadać. Bo czemu nie?

 Przede mną wyjazd. Krótki. I potem jeszcze jeden. Też niespecjalnie długi.

 No i co tam... Koffie napisał o W44 zgłoś się. No tak - chamstwo, buczenie. W tym roku ponoć w mniejszym stopniu... Hołocie przejdzie, myślę. W ogóle przydałoby się więcej ciszy w tym całym pamiętaniu o tym okropieństwie. No i też przydałoby się bardziej wspomnieć o tym niebywałym tłumie ludzi, który zapłacił cenę za te bohaterskie wyskoki... O tym jakoś tak mniej się mówi. O tych startych z powierzchni ziemi żywych, a także umarłych, po których pozostały pamiątki, na czas jakiś, w papierach łatwopalnych, powiedzmy... (O, chętnie bym na przykład poczytał listy Licińskiego... Po powstaniu nie zostało z nich nic. Prawie że unicestwiony został ten buntownik sprzed lat stu... To tylko taki drobny przykład... Nawet umarłym potrzeba trochę szczęścia...)

 A teraz inne zgłoś się. 07. Właśnie się zorientowałem, że telewizornia puszcza znów serialik. Nawet z przyjemnością popatrzyłem na te obrazki z PRL. No cóż - pejzaż ze szczeniackich lat... Oj, te kompleksiki, te luksusiki na miarę czasu, te przecieki z Zachodu w puszkowanym piwku... No i przestępczość, też na miarę czasu... Dancingi z różowymi, błyszczącymi striptizerkami... Groteskowa motoryzacja... Kasa z goździków pod szkłem... Cycuszki - dużo tam cycuszków było (w każdym odcinku chyba musiały być?)... No i papierosy. Ale się wtedy paliło - wszędzie i zawsze! Jakże fajniej ludzie wyglądali, z całą tą palaczową pantomimą - te paluszki strząsające popiół, te oczy poprzymróżane, by dym nie przygryzał, te tysiące sposobów wydmuchiwania błękitnych obłoczków... Mnóstwo znaków, mogących coś podpowiedzieć na temat tego czy innego ludzia... Kiedyś rzeczywiście wszędzie się paliło... Pamiętam, jak mi się zdarzało pójść do doktora, to można się było udusić w jego gabinecie. Gość kopcił najpierw śmierdzące carmeny, a potem opadł do sportów... Dzisiaj to byłoby nie do pomyślenia...

 Kurde, tyle lat już minęło. Ale ten pejzaż we mnie siedzi. Jakby to było wczoraj...

16:46, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »