BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
środa, 24 września 2008
Dziadowskie samopoczucie, katastrofalna wiadomość, miłości strona trywialna, Olav Duun...

 No nie, drodzy moi a pieprzeni dostawcy prądu! Toście mnie potraktowali! --- Misio wyjął dziś rano ze skrzynki przesyłkę z pogróżką! Jakiś dowcipniś powiadomił mnie, że jeśli nie zapłacę zaległości, to mi prąd odetną! Czytając te słowa poczułem się doprawdy dziadowsko. Chryste Panie - jakie zaległości?! Jestem najporządniejszym wpłacaczem kasy pod słońcem, należności uiszczam grubo przed terminem, większość z miesięcznym wyprzedzeniem. I w tym oczywiście za prąd. Już bez mała tydzień temu zapłaciłem za październik! A tu raptem taki numer. --- Przyjrzałem się jednak dokładnie przesyłce, a także przekopałem rachunki i, cholera, znalazłem płatniczą lukę. Rzeczywiście, wtargnęło małe przeoczenie, z czasów, kiedy miałem mnóstwo kłopotów. W roztargnieniu pominąłem po prostu jedną pozycję... Ale, na Boga, żeby od razu tak do mnie startować? Żeby wcześniej przychodziły jakieś upomnienia... A tu nic, tylko raptem takie pohukiwanie. Bardzo to nieładne. Ale nic, jutro trzeba będzie zapłacić dług. Franuś obiecał, że to załatwi, bo będzie gdzieś tam w pobliżu. --- Tak w ogóle to stwierdziłem, że nam powinni darować. Taki misio z Franiem - absolutnie zasługujemy na pełną darmochę! Franio się ze mną zgadza. Taaa, Franiowi czasem przychodzi do głowy, żeby się ze mną zgodzić. W kwestiach marzycielskich zgodność całkiem ładnie nam wychodzi...

 Franio zjechał w niedzielę już nocną porą ze swego rodzinnego zapadliska z chmurą na czole i z domowym sernikiem, i jeszcze na dodatek z pewnym obciążeniem... ---- Aaaa, w końcu musiało do tego dojść. No jasne. Złapali go na drodze i przypierdolili pięć stów! Tylko tak dalej! ---- Zasępiony i lekko zgłodniały. Zakrzątnął się. Urąbał sobie pajdę chleba, ciepnął na nią plasterek szynki. --- Rany, jak on je! Wrrr, tak po męsku! Pakuje do tej swojej kochanej japy ile się da, tak że po odgryzieniu kęsa zostaje mu w palcach jakiś okruch. Ja bym się udusił, gdybym spożywał posiłek w ten sposób. ---- Zaśmiał się, bo misio usiadł sobie po turecku na drugim końcu kuchennego stołu. Wszystko jasne. Kiedy misio siedzi na stole, znaczy to, że misio czeka na wyjaśnienia. Bo misio się przejmuje, bo Franio po to ma misia, by mu mówić o swych zmartwieniach, o czym czasem niestety zapomina... Tak, Frania czasem trzeba kopnąć w tyłek! --- No, coś tam uszło, piąte przez dziesiąte... Ach... Misio i Franio. W kuchennym zaciszu. Przy, póki co, elektrycznym świetle. W oparach półsłówek. W dobrej ciszy w mieście złym...---- Obawiam się, że jego bliskich to ja tak prędko nie poznam... Gościłem tylko u jego ciotki pod Sandomierzem, skonfliktowanej malowniczo, z tego co wiem, z całą resztą... Hmm, życie to trudna sztuka...

 Dużo coś w ostatnich dniach niemiłych wieści. Wczoraj mnie kumpel, któremu uratowałem latarką pieska, zasmucił pewną wiadomością... Szlag by trafił... Pewien nasz znajomy, ledwie czterdziestoletni gość, wylądował w szpitalu... Poszedł gdzieś do sklepu, poczuł się źle, potwornie rozbolała go głowa, zwinęło go pogotowie i, wierzyć się nie chce, ma teraz ponoć ogromne problemy z doborem słów, patrzenie na zegarek nic mu nie daje, bo nie potrafi odczytać godziny, uczy się liter... - I co ty na to? - pyta koleś. - Kiedy nas tak zacznie coś dekomponować? - A idź ty! Fuj! Nie ma mowy... Ja szczęśliwie czuję się świetnie i mam gorącą nadzieję, że tak pozostanie! Bogom wszystkim dziękuję, że w takim fizycznym samopoczuciu nie dostrzegam niczego złego. W zasadzie miewam się dziś tak, jak wtedy, gdy miałem lat osiemnaście, dwadzieścia. Zimą na dodatek schudłem jak diabli i tak mi zostało. Cholera - cieszę się, bowiem jestem taki jak mój dziadek, który zawsze był szczupły. Bo gdybym upodobnił się do swego ojca... Jezu, on jest taki ogromny, brzuchaty i na dodatek nie ma w ogóle kłaków na nogach - brrr - takie bezwłose nogi - coś, czego nie znoszę... --- Włochate nogi to mój odwieczny pierdolec - a jeszcze w połączeniu z trampkami i krótkimi gimnastycznymi spodenkami... I można tu gadać o zaletach ducha, inteligencjach, urokach - tak, w porządku, gdy wszystko to ma dobre, kudłate łydy... ------ Ech, koleś mi się przy okazji wyżalił. Wszystko u niego gra, tylko nie w osobistym, uczuciowym życiu. Jeszcze jeden porzucany, syfiaście zdradzany... Tylko że, miły mój - tyś też dawał kiedyś popalić. Coś tam wiem na ten temat.  Tia - ludzie wierni poznają trywialną stronę miłości, niewierni poznają jej tragedię. ---- Popaplaliśmy trochę. Koleś zauważył, że często zdarza mi się bredzić jakieś potworności, tak że czasem można pomyśleć, iż jestem człowiekiem bez zasad. Gdyby mnie nie znał i tak, i tak dalej... To fantastycznie! Człowiek ładujący od świtu do nocy morały jest zazwyczaj zepsutym bydlęciem. To trochę jak z mężem, który w towarzystwie notorycznie zwraca się do żony: kochanie - wtedy z dużym prawdopodobieństwem przyjąć można, że na osobności daje jej po gębie. ----- No i tak - nie ma to jak trywialna strona miłości. Bohatersko studzę w sobie bydlaka.

 A tak na marginesie, bo już jesień, odgrzebuję z półek pożółkłe powieści... Zerkam w czasy dawne. Wpadła mi w łapki książka Olava Duuna "Bracia z Olsøya". Przeczytałem ostatnio raptem kilka zdań. Nie podchodzi mi, jak wtedy, wiele, wiele lat temu. Ale sobie ją jednak przypomnę i uzupełnię w ten sposób wspomnienie mej niegdysiejszej sytuacji. Czytałem ją kiedyś, w jakieś ciepłe dni, przesiadując na balkonie... Moja mama brzęczała jak mucha. - Co się z tym chłopakiem dzieje? No tak - cóż tam się działo... Chłopak siedział w zakątku swych zainteresowań - a obok - jak zwykle wówczas - szalały rozpacze, radości, niechęć do nauki, łzy, pot, sperma i prawie że krew... To wieczne grożenie sobie samobójstwem... Kolorowa karuzela młodości... Tak, młodość, młodość... A potem - jakże się ludzie potrafią czasem mordować... Dorosłe życie - to nic innego, jak tylko ciężkie powikłanie po przebytej młodości... No, ale gdy człowiek potrafi łagodzić je śmiechem... To się przydaje. Wolę być poważnie niepoważny niż niepoważnie poważny... -------- Tak, ale wracając do Duuna. O ile wspomniana wyżej powieść nie jest jakimś przesadnie udanym dziełem, to jednak Duun jest pisarzem wartym polecenia, bo ma on na swym koncie powieści naprawdę wspaniałe i wybitne. --- Olav Duun -  niezwykły człowiek - zaczynał jako pastuch, a skończył jako cudowny twórca, którego uważa się za największego pisarza regionalistę w literaturze norweskiej. Jego bohaterami byli zawsze chłopi i rybacy z okolic Namdalen. A streszczając jego twórczość powiedzieć można, iż interesowały go zawsze: problem jednostki w wiejskiej społeczności, droga do zdobywania władzy, a także problem zemsty, odpłaty za niepowodzenia życiowe. --- Chyba najwyższym jego osiągnięciem jest trylogia: "Bliźni", "Ragnhilda" i "Ostatni rok", którą z całego serca polecam wszystkim spragnionym jakiejś dobrej, dobrej, naprawdę dobrej lektury na jesień. Kto chce wejść w przepiękny i niezwykły świat, jakim jest północna Norwegia, niech czyta Duuna, niech przeczyta wspomnianą trylogię, opowieść o żądzy zła i ofierze miłości. (A gdyby się ktoś na Północ wybierał, niech skoczy do świata Olava Duuna, właśnie do Namdalen, do Namsos i na jego rodzinną wyspę Jøa - naprawdę warto!)

 No i spadam dziś z sieci. Kurde, mam jeszcze dzisiaj pilną sprawę do załatwienia, a tu tak ponuro na zewnątrz. I znowu deszcz... Brrr... Jak w listopadzie. Cześć! 

15:39, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (7) »
sobota, 20 września 2008
Z melancholijną nutą

 Jak Misiek coś postanowi zrobić, to potem - nie ma gadania - albo Misiek owo coś zrobi, albo da sobie dokumentnie siana... Bo taki Misiek już jest, i nic nie poradzisz.

 Tym razem Miś zdecydował, że uczyni wszystko, co postanowił, uczyni, powiedzmy, tak raczej pobieżnie... I wstał Miś dziś wcześnie rano (to akurat u Misia norma, więc w tym miejscu nie musiał zdobywać się na jakiś ogromny wyczyn), wziął szybki prysznic, wyszedł z kundlami, potem poszedł na zakupy (O Boże, znów w sklepie ujrzałem cudo. Tamtego ślicznego chłopca, o którym kiedyś pisałem, już nie ma od jakiegoś czasu, ale dziś na jego miejscu ujrzałem coś równie pięknego. Młody bóg w kasie! Nie wiem doprawdy - w tym sklepie organizują jakieś castingi, podczas których wyłapują chętnych do pracy w spożywczaku ślicznotków?? Jejku, jaki cudny profil, piękny nos, wspaniałe usta, czarująca oprawa oczu... Genialna harmonia. Szlachetne oblicze, foremna, doskonale uformowana czaszka. I ta cała reszta! Przystojniaczek! Nie tak marzycielski jak tamten roztargniony chłopiec. Ten ma rysy bardziej ostre, spojrzenie czyste i bystre. Jest sprawny, szybki i chłodny. Syn Królowej Śniegu...), zjadł drobne śniadanko i zabrał się za porządki. Ładnie Miś odkurzył, przetarł podłogi, odszczurzył kuchnię, nieco też ogarnął nieład w łazience i wrzucił w pralkę trochę łachów... Tak więc Misio spisał się dziś na medal, może nie złoty, może nawet nie srebrny, ale na brązowy to na pewno!! Wieszam więc go sobie z ochotą na szyi i, jak widać, zabieram się znów za klepanie, bo specjalnie nie mam nic do roboty... Trochę sobie podjadłem, tak więc teraz, trawiąc sobie wesoło pokarm skromny, mogę zrobić coś mało pożytecznego... Chociaż może nie, może nie jest to takie mało pożyteczne??

 Wczoraj było mi trochę smutno. A właściwie to było mi bardzo smutno. Coś mnie bowiem wzięło wieczorem na oglądanie zdjęć, jakie pozostały po mamie. Doprawdy, urządziłem sobie piorunujący seans wspominkowy. Raz - już od rana chodził za mną wczoraj Garbarek, więc zagrałem sobie do podusi - wrzuciłem w odtwarzacz "All Those Born With Wings" - dość dla mnie szczególną płytę, bo to pierwszy albo jeden z pierwszych upominków od Adriana, który, kiedy już się zorientował nieco w moich zainteresowaniach, sprezentował mi tę porcję muzyki. Trafił, bo akurat tego nie miałem. (Nie wiem, czemu wybrał akurat tę płytę? Może dlatego, że na jej okładce widnieje zorza polarna?) I tak sobie słuchałem. I na dodatek sięgnąłem po wspomniane fotki.

 Mama, mama, jej znajomi, jej kochaś - wszystkie twarze radosne, bardzo radosne. Mama i przyjaciele: w lesie, w górach, nad morzem, w Pradze, w Paryżu i gdzie tam jeszcze... Ona, a właściwie jej nieruchomy cień... Co tu dużo gadać - popłakałem się jak jasna cholera. Bo jednak siedzi we mnie jeszcze całe tamto nieszczęście. Tak świeże jednak są te rany, te wspomnienia. Nie ma dnia, bym o niej nie myślał, nie widział w myślach jej pytających oczu, bym nie słyszał tego pytania: Co ze mną będzie?...

 Będę musiał wybrać się znów na cmentarz, bo dawno już tam nie byłem. Nie powiem, że chce mi się tam iść, ale muszę zobaczyć, jak tam wszystko wygląda po tych deszczach...

 Cholera - może ona miała rację, że nie będę jej odwiedzał na cmentarzu... Nie lubię cmentarzy. Człowiek nie ma tam czego szukać. Nie tam przebywają zmarli, tam są tylko szczątki, tam obraca się wniwecz forma, której życie już nie potrzebuje. Nic więcej. Oni zaś sami ciągle przebywają wśród nas, w pamiętaniu, w przedmiotach i w tej zdumiewającej ciszy, jaka po nich zostaje...

 Człowiek to specyficzne zwierzę - jako jedyne wśród zgiełku życia obcuje też z tą niezwykłą, śmiertelną ciszą... Tyle, tyle jej wokół...

 Skoro już tak jestem przy Garbarku, postanowiłem i tu umieścić jeden utwór. Z innej płyty. To "Psalm" z przepięknego krążka "Twelve Moons" Śpiewa Agnes Buen Garnås. A gra oczywiście Jan Garbarek:

  

15:08, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (5) »
piątek, 19 września 2008
Coś z wlekącej się opowiastki? (Duży Książę)

 Nie wiem znów czy uda się pociągnąć dalej historię. Ale tak w wolnej chwili - hm, ta chwila to właściwie ogromne chwilsko, bowiem Franek zaraz po pracy rusza na weekend do rodziny, tak że ujrzę go dopiero w niedzielę wieczorem. Mam zatem przed sobą czas małej rozłąki, którą wykorzystam może nawet pracowicie. Jutro zaplanowałem grubsze porządki - ach, jak złapię za odkurzacz, za ścierę, bo, Boże drogi, bajzel jest straszny... Póki co jednak zajmę się drobiazgami - teraz coś klepnę i rzucę na żer straszliwy swym wytrwałym czytelnikom, potem pójdę na przechadzkę z kundlami, a dalej: wrzucę coś na ruszt, zerknę do jakiejś książki, potem może popatrzę do papierów i, kto wie, usunę albo wstawię jakiś przecinek, średnik, późnym wieczorem zaś zasnę pewnie przy jakiejś płytce Garbarka... I, cóż - mówię sobie: KURWA, MISIEK, ALE CI DOBRZE!!! (Właśnie przeciągnąłem się rozkosznie...) -------- Do rzeczy jednak... Chociaż, bogowie, do jakiej rzeczy?? Bo cóż to za rzecz? Aż się ciągnąć tego nie chce. Ale nic to!---- Sivert. Gdzie go zgubiliśmy? Ach, prawda, w zakładzie szewskim, w którym miał zacząć przykładnie zarabiać na życie. Tam niby to miał stać się dorosły. Tylko żeby on chciał dorosnąć. Mój Boże, gdzież mu tam było do dziecinnej powagi dorosłości. To nie była jego droga! Chciał raczej wzrastać w swym nieokziełznanym marzycielstwie i dążył do tego, by wydało ono jakieś owoce. Był bystrym obserwatorem, język miał cięty i tkwiły w nim wielkie zdolności gawędziarskie, które pozwalały mu komponować całkiem zgrabne opowiastki, którymi raczył chętnych słuchaczy, a tych doprawdy nigdy nie brakowało. Także w pracy towarzysze jego niedoli porzucali chętnie narzędzia, by słuchać niesamowitych, a często także wielce dowcipnych historyjek i nie trzeba chyba mówić, że niesłychanie irytowało to ich srogiego szefa. Jakże na nich wrzeszczał, jak ich wyzywał, gdy tylko zobaczył, że jego dziarskim chłopakom robota nie bardzo chciała się palić w rękach. On jeden z całego tego szewskiego grona nie ulegał talentowi chłopca i groził, że go w końcu na pysk wyrzuci. - Moja litość, pętaku, jest już na wyczerpaniu! - wołał. ---Straszny gbur był z tego szewca. Złorzeczył całemu światu, wszystko cuchnęło mu zepsuciem i tylko w chwilach, gdy przychodziło nieco pohandlować, okazywał ludziom przymilność i uprzejmość... - Ach, pani dyrektorowa! Słyszałem, że bawiła pani ostatnio w Wenecji. - To prawda, to prawda. Cóż za cudowne miasto! Nie ma pan nawet pojęcia. - Z pewnością, z pewnością, droga pani. W czym mogę pomóc? - Ach, potrzebuję czegoś do nowej sukni. - Naturalnie. Może zechce pani spojrzeć. - Gdybym mogła obejrzeć te. - Oczywiście! Natychmiast! Sługa uniżony. Zechce pani spocząć. - Tak, te są całkem ładne. Tylko ten kolor. - Zrobimy wedle życzenia. W innym kolorze? Proszę bardzo. - Chociaż może... Gdyby tamte... Sama już nie wiem. Może jednak się jeszcze zastanowię. To nic pilnego... Bo w sumie tak tylko wpadłam. - Polecamy się na przyszłość. - Ach, pan zawsze taki miły! - Niech pani pozdrowi pana dyrektora. Jakże on się miewa? - Och, panie Arnoldzie, ciągle ma te nieznośne ataki migreny. - Tak mi przykro. - Lekarz zaleca mu odpoczynek, dużo odpoczynku. - O tak, to z pewnością zrobiłoby mu dobrze, gdyby nieco wypoczął. - Sama mu to mówię, nie tylko lekarz, ale ciągle te interesy i interesy... No, ale już muszę pędzić. Do widzenia! - Do widzenia, do widzenia. Widzieliście!? Do Weneeeecji pojechała. Do Weeeeneeecjii! Przyjdzie taka Wenecja, naryje jak świnia i lezie dalej dupę zawracać. Bydło! Już ja bym ci buty zrobił, wystrugał z pniaka! Ścierwo... Pojęcia pan nie ma! A tu, w bajorze się taplać z kaczkami. W jednej kiecce ją wziął, a teraz pani wielka, kurwa jej mać! Gęsi pasać! Przyjdź tu jeszcze, a kota z góry przytargam i na pysk rzucę, niech podrapie. --- Taki to był nasz szewc, szewc, którego Sivert unieśmiertelnił w jednym ze swych opowiadań, bo Sivert nie tylko gadał, ale też skrobał swe opowiastki w domowym zaciszu, gdy zapadał zmrok. Zapalał wtedy lampę naftową i notował gorączkowo to, co mu myśli dyktowały. Pisał i słuchał ciężkiego oddechu swej chorej matki, słabej już i zobojętniałej na wszystko. --- Czasem, kiedy za oknami szarzał już świt, wstawał od stołu i patrzył na świat oczami najszczęśliwszego człowieka pod słońcem, bo przecież tam, na blacie, na podkradanym szewcowi papierze, nocą pojawiło się coś, czego dzień wcześniej jeszcze w ogóle nie było. "Żeby tylko jeszcze ci tam, z zewnątrz, mogli przekonać się o wartości mojej pracy" - myślał... --- Wreszcie się odważył. Posłał raz opowiadanie do gazety. Na konkurs. I nie czekał długo na odzew. Miesiąc później w progu szewskiego zakładu stanęła pewna pani...

cdn

15:31, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
środa, 17 września 2008
Wywlekanie pieska z dziury

 Pieski. Pieski potrafią narobić jaj, nastraszyć, zeżreć to i owo, wytarzać się, dajmy na to, w zgniłej rybie, rozedrzeć poduszkę (raz mi się taka heca zdarzyła - cała sypialnia w pierzu i w tym rozanielone psy - ubaw po pachy!). Umieją też znaleźć sobie sprytną kryjówkę... ---- Umówiłem się wczoraj z kumplem, że wpadnę do niego wieczorem obgadać kilka spraw. O ustalonej porze zadzwoniłem do jego drzwi. Otworzył mi wielce podenerwowany i miast odpowiedzieć na moje powitanie, zawołał: - Słuchaj, nieszczęście! - Co się stało? - Bo, słuchaj, mam pieska... - Tak? - A właściwie nie wiem czy go jeszcze mam. - Może do rzeczy. - On od jakiegoś czasu przebywa pod wanną. - I to jest to nieszczęście? --- Zostałem zawleczony do lśniącej łazienki. - Nie jest tu za różowo, drogi chłopcze? - spytłem. - Ach, nie czas na żarty! - To nie są żarty. Przerażasz mnie. - Spójrz! --- No tak, wanna starannie obudowana... - Chcesz powiedzieć, że on jest za tą ścianą? Tam, pod wanną, za obudową? - Tak, właśnie tam się znajduje! Wlazł przez wąski otwór przy odpływie. - To szczeniak? - Całkowity. Błagam, powiedz, że on żyje!! - Próbowałeś go jakoś wywabić? - Od dłuższego czasu leżę z twarzą przy odpływowej kratce i ciumkam. I ciebie to oczywiście śmieszy! - Bo facet ciumkający przy odpływowej kratce jest śmieszny. Mógłbym to zobaczyć? ---- Nastawiłem ucha. - Piesek żyje, orzekłem. - Skąd wiesz? - Czy masz jakieś problemy ze słuchem? Przecież on tam łazi i węszy. Fuczy jak lokomotywa. - Rzeczywiście. Teraz słyszę. --- Położyłem się na podłodze i sam sacząłem ciumkać, skuczeć, chrumkać... - Jego to, zdaje się, nie zaciekawia. --- Jako że mam dość wąskie, chude łapy, zanurzyłem jedną kończynę w podwanienną czeluść... - Czekaj, czekaj, jest! - Boże, żeby to była prawda. Masz go? - Nie, spierdolił głębiej. ---- Ale wpadłem na pomysł z latarką. Kiedyś w ten sposób wywabiałem kota spod szafki. - Masz latarkę? - Co za pomysł! - Nie osłabiaj mnie. Chłopczyk powinien mieć nożyk, latarkę... - I paczuszkę z prezerwatywami. - I pewnie wychodzi na to, że masz tylko to ostatnie. - Nie, zdaje się, że mam tylko nożyk, i to taki kuchenny. - Ale nożyk nam się nie przyda. - Nie powiem, ulżyło mi. - Każdy odczułby w takiej chwili ulgę. - Czekaj, mam! - zawołał koleś i wybiegł do pokoju, skąd przyniósł po chwili zapalniczkę z oczojebną latareczką. - Masz! - Dawaj. - Boże, żeby tylko nie trzeba było kuć tej obudowy! --- No piesku, masz pana z latarką. - Bo ty na pewno masz super latarkę. - No, kiedy Franek się wprowadził, to wniósł w wianie także latarkę. - A, Franek. Jezu, jaki on w ciebie wpatrzony. - Tak myślisz? - No a nie? ---- Zacząłem mrugać w otwór oczojebnym światełkiem i cmokać... - No chodź, malutki. A dzium, dzium, dzium; a gu, gu, gu... I wylazł!!! Jaki śliczny! Biało-czarny! Ucieszony, najszczęśliwszy piesek malutki po udanym podwaniennym rekonesansie. ---- Ależ się jego pan ucieszył. - Dzięki! Mogę spełnić twoje trzy życzenia! W nagrodę. - Złota rybko - rzekłem. - Mam tylko jedno. Masz ta w domu jaka szklonka?

 Tak. Człowiek nie zna dnia ani godziny. Latarka zawsze przydać się może. Raz przydała się mojej znajomej.---- Szedłem ulicą i nagle zauważyłem wystające nóżki spod małego fiacika. Fiacik wydał mi się znajomy, tak że kucnąłem, by zobaczyć, kto tam pod nim leży i czy w ogóle żyje... - Cześć - zawołałem widząc przyświecającą sobie latarką koleżankę. - O, cześć! - Coś ci upadło? - Nie, nie, tylko, wiesz, nie chce mi zapalić. - To dlaczego leżysz pod autem? - Właściwie nie wiem... --- Myślałem, że pęknę ze śmiechu. - Bo faceci zawsze leżą pod swoimu samochodami! - zauważyła lekko poirytowana koleżanka. ---Wtedy jeszcze sam byłem właścicielem samochodu, ale zapewniłem kumpelkę, że ani razu się pod nim nie kładłem... ---Latarka jednak się przydaje. Nawet gdy człowiek nie wiadomo czego szuka... Koleżanka bardzo dzielnie świeciła po brzuszku swego autka...

14:03, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 15 września 2008
Jesiennieje...

 Mówi się czasem, że zimno jest jak w psiarni... Zimno jest jak w psiarni w moim mieszkanku... Zostawiłem otwarty lufcik w kuchni i kiedy zjechaliśmy rano z górskich stron (gdzie też za ciepło nie było), zastaliśmy w domu lodownię... Ale że mam też miłą psiarnię, temperatura w pomieszczeniach jest jak najbardziej stosowna... --- Zaskakujące jest to ochłodzenie. Trochę za wcześnie spłynął do nas ten jesienny oddech. I za oknem chmury ołowiane, i już widzę na szybie pierwsze, nieśmiałe krople deszczu... ---- No, ale mimo chłodu krótki pobyt u znajomków zaliczam do udanych. Koleżanka tak się skarżyła, że ja to się tak pokazuję od wielkiego dzwonu, a zatem, żeby nie psioczyła, znów zrobiłem jej nalot, razem z Frankiem i czworonogami.---- Bardzo mnie ujęła powitalnym okrzykiem: - Są już nasze pedały! --- Tak, przyjechały pedały, z gorzałką i wałówką, bo tym razem zaprotestowałem - żadnego obżerania gościnnych gospodarzy - tym razem my zjawiamy się z wyżywieniem, oczekując jedynie odrobiny ognia, by strawę podgrzać. ----Było doprawdy przyjemnie i wesoło. Ja oczywiście w swoich odwiecznych nastrojach niezwykłych, w chłopięcych podskokach (to mi chyba nigdy nie przejdzie... Rebel never gets old :))... Tak, jak to jednak ciągle dobrze, gdy człowiek może poczuć się jak chłopiec... A gdy spływał mrok wieczorny... znów trochę mi się szkliły oczy...

 Jesień, jesień... Ponieważ aktualnie jestem na bieżąco z Czechowiczem, jego wiersz dziś, jesienny...

 JÓZEF CZECHOWICZ

 jesienią

 

w oknie chmur plamy deszczowa sieć

ogród to rdzawość czerwień i śniedź

w kroplach co ciężkie na brzoskwiń listkach

niebo kuliste błyska i pryska

 

słucham szelestów jesienny gość

mało wód szmeru szumu nie dość

czujnie czatuję rankiem przy oknie

gdy kwiat opada w kałużę ogniem

 

może usłyszę któregoś dnia

nutę człowieczą z samego dna

nutę co dzwoni mocno i ostro

a niebo całe dźwiga jak sosrąb

14:54, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
piątek, 12 września 2008
Pamięć i dobry uczynek

 Jak jednak leci ten czas... Pewnie wczoraj wszyscy, albo prawie wszyscy, przypominali sobie dzień, kiedy runęły wieże WTC w Nowym Jorku. Tak, to był czas, kiedy na powrót zagnieżdżałem się w naszym czarującym kraju... Tyle latek już minęło i tyle zdążyło się wydarzyć. Ale tamten dzień pamiętam doskonale, zupełnie jakby to było wczoraj... Wróciłem do domu z pewnego spotkania. Byłem trochę głodny i przyrządziłem sobie taki szybki posiłek - ot, wrzuciłem w garnek z wrzątkiem trochę mrożonych pierogów z truskawkami. I kiedy tak się zabierałem do żarcia, włączyłem telewizor, żeby obejrzeć wiadomości. Jadłem sobie i gapiłem się trochę bezmyślnie w ekran. Ostatnią informacją była migawka z Nowego Jorku. Jakiś wypadek. Pożar w jednej z wież World Trade Center. Przerzuciłem na CNN, żeby dowiedzieć się czegoś więcej. Tak, rzeczywiście, dziura, której raczej nie zrobiła awionetka... I poszło. Po jakimś czasie okazało się, że to zaplanowana akcja. Kolejny samolot wbija się w drugą wieżę. To było wstrząsające. I do tego jeszcze dymiąca wyrwa w gmachu Pentagonu, i jeszcze jeden samolot roztrzaskany w Pennsylvanii... Patrzyłem na to wszystko z prawdziwym przerażeniem... Dziennikarz stojący na jakimś tarasie, przekazujący najnowsze informacje, a w tle wieże, jak dymiące kominy. W pewnej chwili jedna z nich zapada się. W jej miejscu pozostaje słup pyłu. Wygląda to tak, jakby w środku miasta urodził się wulkan... Makabra...--- Wieczorem wpadli do mnie znajomi. I naturalnie nie robiliśmy nic innego, tylko gapiliśmy się w telewizor. Nie mogliśmy uwierzyć, że to się naprawdę wydarzyło... "Piękny" początek nowego wieku. Coś, czego absolutnie nie da się zapomnieć...

No - a tak obok pamiętania toczy się życie. Także i to moje, małe takie... Psiarnia jest szczęśliwa, bo stado znowu w komplecie (na czas wyjazdu odstawiłem je do ojca - Boże, co się ten człowiek znowu napsioczył: co to za psy, niedobre takie, rozwrzeszczane, dzicz!), no i tak sobie wracamy w stare koleiny. A w tym wracaniu wypadki różne się zdarzają...---- Wczoraj, późnym wieczorem, szedłem sobie do domu. Miałem do pokonania może jeszcze ze dwieście metrów do bramy, kiedy ujrzałem przed sobą faceta z dzieckiem. Niby nic niezwykłego, jednak sposób, w jaki poruszał się ów facecik wskazywał na solidne spożycie, tak że chłopczyk miał z nim niezłą mordęgę. Nie bardzo było wiadomo, kto tu kogo tak naprawdę prowadził. Nagle gość się wypierdolił i to tak, że tylko beknęło. Podszedłem sprawdzić czy nic się nie stało. Chłopiec był przestraszony i płakał, a tatuś, sztywny, leżał ugnojony w kałuży. "Palant cholerny" - pomyślałem. Z dzieciakiem wybrał się na papojkę. Szczyt odpowiedzialności. Szkoda mi się zrobiło chłopaczka i stwierdziłem - nie ma rady, trzeba pomóc. - Żyjesz gościu? Pfe, zaleciało jak z gorzelni. Chłopczyk był zrazu nieufny i prosił, żebym zostawił jego tatę, ale dałem mu do zrozumienia, że spieszę tu właśnie z pomocą. I podniosłem tego jego tatę, który zachował jednak tę odrobinkę przytomności, by zapytać: - A ty, kurwa, kto? - A, kurwa, Misiek. - A, Misiek... Coś jeszcze tam pobełkotał, ale dał się ruszyć z miejsca. Zapytałem chłopca, gdzie mieszkają. Czy daleko? Chłopiec nie chciał powiedzieć. Być może wziął sobie do serca naukę, że obcym się nie podaje adresu. "Brawo" - pomyślałem. - Ale myślę, że możesz wskazać drogę. Bez słowa. A ja obiecuję, że niczego nie zapamiętam. Mama jest w domu? - Tak - padła odpowiedź. - To co, idziemy do mamy. Ty jesteś przewodnikiem, a ja tragarzem. Daleko mamy iść? Nie, nie było daleko. I ruszyliśmy. Dwa kroki w przód, jeden w tył. W końcu dotarliśmy do domu. Otworzyła nam kobieta. Wściekła jak osa. Początkowo wzięła mnie za jakiegoś kompana od kieliszka, ale wyjaśniłem jej grzecznie, że jestem tylko pomocną dłonią przypadkowego przechodnia. To zmieniło postać rzeczy. Zrobiła się miła i gorąco mi podziękowała. - Niech pan patrzy, co za idiota. Skurwysyn głupi! --- Ułożyliśmy półprzytomnego skurwysyna na kanapie. - Jeszcze raz panu dziękuję. - Nie ma sprawy. Po prostu szkoda mi było chłopaczka. Trochę się z nim, biedak, musiał namordować... ----- Pieprzony tatuś. Mam nadzieję, że dziś rano dostał porządnie w ucho od swej połowicy.

 I co jeszcze. Zapowiadają rozpogodzenia. To dobrze. Jutro pakujemy psiarnię i jedziemy na trzy dni w góry. Pożegnać lato przy ognisku i trochę połazić. Mam więc nadzieję, że prognozy się sprawdzą...

14:56, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (5) »
środa, 10 września 2008
Zrzut kolejny. Pomięszanie

 Allir litir hafsins eru kaldir.*

Przez tydzień cały nie napisałem ani słowa! Chociaż nie, napisałem kilka zdań na pocztówce do przyjaciółki, ale tak - ten mały pisarski wypadek, ta minutka z długopisem, może być potraktowana jako taki malutki grzeszek, nieznaczny, zatem mogę spokojnie donieść, że przeżyłem ostatnie dni przyzwoicie, bez jakiegokolwiek gadulstwa, ani pisanego, ani mówionego, co odrobinkę martwiło (och, ty niepewności głupia!!) Franka, którego zdążyłem przyzwyczaić do prawdziwych potoków słownych, które uznaje za zajmujące. (Stwierdził niedawno, że jeszcze nie spotkał nikogo, z kim mógłby rozmawiać przez bite dwanaście godzin i się przy okazji nie zmęczyć). Tym razem jednak starałem się wyłączać, do czego fantastycznie nadawały się poranki i pusta plaża.--- Ja, morze plus najdroższa dla mnie dziś osoba, a do tego niebo z chmurami, pachnący wiatr i czasem też słuchawki na uszach ze stosowną dla tej pory muzyką, z Koncertem klarnetowym A-dur Mozarta, jednym z najwspanialszych dzieł tego kompozytora, ukończonym tuż przed śmiercią.----- Cóż powiedzieć dziś? O ile przyjemniej rozmawiać przy kieliszku, kiedy słowa są żywe... Jakże piękne jest zawsze to, co ulatuje, co nie powraca, co gaśnie po chwili pozastawiając jedynie jakieś malownicze wrażenie... Niepowrotność.--- Powiada się: verba volant, scripta manent... Ale cóż pismo - słowa jego wyblakłe, zawsze drętwe, nie dla niego szczególny polot i dowcip, nie dla niego bystrość, zbyt bowiem zajmujące, czasochłonne jest jego budowanie... O ileż lepsze jest to, co nie napisane... Duch człowieczy, jeśli chce na dłużej pozostać wśród żywych, może tylko oddać swój nikły cień. -------Słów kilka? Kilkadziesiąt? Kilkaset? Kto wie, ile ich urośnie. Nie ma niczego, od czego by to zależeć mogło. Nie miewam niestety wen ani natchnień, takie rzeczy są mi najzupełniej obce - jedyną granicą są bariery czasowe. Słowa - czy raczej, biorąc pod uwagę to komputerowe, plastikowe coś, słówka- utworzyły już tu prawdziwy gąszcz, wyrosły jak chwasty na opuszczonym poletku, gdzie w pełnej swobodzie rozmaite ulokować się potrafią ziarenka... Co najdziwniejsze, zawsze znajdzie się ktoś, kto w żywiołowym bezładzie, przypadkowości, kapryśności znajdzie urokliwy porządek, dopatrzy się dyscypliny, ktoś, kto w wietrze niosącym ot - tak sobie strzępki dmuchawców, pyłki i różne wymyślne śmigiełka, słowem wszystko, co się ochoczo powiewom poddaje, dopatrzy się zamysłów i doboru... ----Jedno głupie, przypadkowe życie. W dłuższych i krótszych kawałkach. Życie - by użyć słów Norwida - na scenie tak małej i tak niemistrzowsko zrobionej. Życie z genetyczną klątwą, jak każde, na kulce trzeciej kategorii, nad którym świecą miliony doskonale obojętnych gwiazd... Wszystko zresztą wokół jest dość obojętne... Chciałem dodać też, że milczące, ale to akurat nieprawda, bo głosów wszędzie bez liku, choć większość z nich nie jest żadnym zaproszeniem do rozmowy.--- Słuchamy czasem szeptów rozmaitych, a niekiedy nawet ludzie, zbrojni w jakieś czułe aparaty, nastawiają ucha, by wychwycić coś szczególnego w tym, co płynie z dalekiej zewnętrzności, z dołów głębokich a mrocznych kosmosu, szukając głosów, beknięć czegoś w ich pojęciu najwspanialszego, czyli jakiejś innej cywilizacji technicznej, tak jakby mało im było tego okropieństwa, w jakim budzą się każdego ranka... Póki co jednak, zdaje się, iż emitowany przez nas jazgot jest jedynym we Wszechświecie tego rodzaju zanieczyszczeniem, głosem alarmującym, że oto jedna z planet ciężko, bardzo ciężko zapadła na zdrowiu, i pewnie niektórych to smuci, bo przecież nigdy dość widowni i słuchaczy, słowem publiczności - a najwspanialsza jest przecież taka, co daleka i rozległa, bo też tak już nauczeni jesteśmy, że wszystko, co dobre i zbawienne daleko jest, hen - za górami i lasami. I oczywiście za chmurami, gdzie, wedle dziecinnych wierzeń, siedzi taki tato czekający na nas z nagrodą... Pewnie ta uporczywa wiara w tatę ma jedno ze swych źródeł w poczuciu niesprawiedliwości, jaką rządzi się ten świat, którego "najlepszość" wymaga niesłychanie karkołomnych dowodów - nie trzeba wszakże wybujałej przesadnie wyobraźni, by w głowie wyświetlić sobie coś jeszcze lepszego, lepszego od tego najlepszego z wszystkich padołów (posądzając Naturę o jakąś myśl, gdy widzi się marsjańskie czy księżycowe pustkowia, można by twierdzić, że tkwi w Niej jednak, przy pewnej skłonności do szaleństwa, szczypta, a może nawet dwie szczypty najczystszego, najtrzeźwiejszego rozsądku - tak że zawołać można, iż jak chce, to potrafi!!), gdzie sama tylko słodycz, ciepłe, serdeczne lulilaj przed snem, chatka z piernika bez baby jagi i kojąca świadomość, że sąsiad, któremu za życia wiodło się lepiej, nosi teraz gryzące łachmany i cycka bezzębnym ryjem resztki słodkości z wyplutych pestek po śliwkach zrywanych w ogródku hojnego taty... ---Życie nieszczęsne. Dziwny wypadek. Wykwit zdumiewający. Od jakiegoś pryszczyka poprzez pierwsze rozwierające się ślepia, płetwy, łapy, aż po stopy i dłonie i po psychozę człowieczeństwa zwaną czasem dość humorystycznie rozumnością... (Człowiek - jeden - to może niekiedy zabrzmieć nawet dumnie(niech będzie, niechze ta!); dwoje ludzi - może być dumnie i interesująco; troje i więcej - katastrofa, miazga, błoto z buzerem, popierdółą w roli przewodnika). W zaiste infernalny kącik zabrnęła Natura. Żeby zapędzić się tak daleko, w przerażenie, w świadomość swej własnej potworności i w zdziwienie samą sobą... Dalej już pójść nie można. Dalszym krokiem mogłaby być już tylko próba złapania się za włosy, by wyciągnąć się z całego tego bagna, lecz próżny byłby to wysiłek... Nadal nie wiemy nic poza tym, że jesteśmy. I można tylko wiatru pytać: czemu jestem własnie taki, a nie inny, czemu tu, a nie gdzieś tam, czemu teraz i dlaczego w ogóle jestem. Przecież kiedyś mnie nie było! Czy nie mogło tak zostać? Do kurwy nędzy!! Czemu, jeśli już koniecznie mam być, nie jestem jakimś leśnym zwierzem? Jego życie to równie nędzny przypadek, ale jego sytuacja mimo wszystko jest lepsza, bo nie ma w nim pytań o sens, śmiesznych i zarozumiałych (a jednak podszytych zwykłym straszkiem) bajdurzeń o duszach nieśmiertelnych, nie ma powodów do wielkich sprzeciwów, jest natomiast pewność, spokój, nierozciągliwość apetytów i śmierć poznawana w chwili, gdy nadchodzi, nasze zaś, ludzkie, bóle i niepokoje osiągają rozmiary piekielne i do tego dochodzi to wstrząsające poczucie uwięzienia - to osobliwe przebudzenie woli, która raptem odkrywa, że jest w absurdalnym, absolutnym potrzasku, w sytuacji bez wyjścia.--- Sądzić jesteśmy skłonni, że cierpienie wynika z jakichś przewin - i rzeczywiście - obok stałego konfliktu ze wszystkim, co na zewnątrz, dochodzi jeszcze coś, co nazwać by można lekkomyślnością. Bo życie jest lekkomyślne i niedbałe. Bo jakoś Naturze nie specjalnie zależy na jej dzieciach, na tym wesoło wiecznie odradzającym się życiu, którego każdy przejaw - używając słów Witkacego - jest niczym ta działowa kula wystrzelona z tajemnej otchłani bytu, co pędzi, by się roztrzaskać z tym samym bezsensem, z którym wszystko inne też spieszy ku swemu końcowi... My staramy się w tym swoim przypadkowym locie wpływać na jego przebieg, wyposażeni - przynajmniej w to wierzymy - w lepsze usterzenie, nader często jednak ludzie, po upływie pewnego czasu, orientują się, jak wiele obcych rąk kładło się na ich sterowniczych drążkach... Ludzie - wkopani w formy, zwyczaje... Zawsze i wszędzie w woalu poczuć, a to swej małości, a to znów potęgi... Jakiś stan to chorobowy. Ten nasz apetyt. Iście nowotworowy. --- Ludzkość przedziwną ma fantazję, która każe wręcz sądzić o nadrzędności zła, o jego władztwie... Nasze wizje przyszłości, które tak łatwo nam przychodzą do głów, są iście dantejskie - a to jakaś pandemia, a to kometa, straszliwy wulkan, przebudzony potwór, potop, ogólna, szaleńcza rzeź... Może to sen Natury za zdrowiem? Zdarzają się takie przypadki, że nowotworowa choroba jakoś tak sama ustępuje... Czy po nas coś innego zechce rozrosnąć się na naszą modłę? --- Póki co jesteśmy my z naszym życiem na kredyt. Boleśnie sami, próbujący jakoś przekroczyć swe ograniczenia, w swych zabiegach o pamięć serdeczną albo i nieserdeczną, w zdobyczach, my, w naszej rozumności i racjonalności (pięknieśmy się urządzili - na powierzchni trzeźwość - w głębi średniowiecze, dzięki czemu psychologowie i psychiatrzy mają pełne ręce roboty) i w naszych tęsknotach i bólach, bo przecież tak wiele się nie udało, tak wiele trzeba było porzucić, bo rozwiały się liczne nadzieje i na dotatek trzeba nam słono płacić za rozmaite, głupie czasem bezgranicznie decyzje - wszak życie to konsekwencja poczynań młodocianego kretyna, idioty... Cierpimy, bo jesteśmy, i za to bycie, za tę tajemną chęć bycia płacimy... A ta cholerna chęć - jak wiele strachów trzyma ją w pionie... I ten czas, te przebywane godziny, minuty, dni, lata - co raz o jeden stopień bliżej tego, gdzie tylko wielki znak zapytania i straszliwe wyobrażenia... A z drugiej strony gdzieś tam tkwiące na dnie pragnienie wielkiego snu, roztopienia się, rozpłynięcia... Chcemy czasem wszyscy w jakiś sposób uwolnić się z naszych więzień, zerwać łańcuchy, pęta... Takie małe, przejściowe samobójstwa - ucieczki w sen, wnikanie w sztuczne raje, upijanie się, kontemplacja, miłość - w tym wszystkim jest coś ze śmierci, odwracania się od siebie, od ograniczeń, ustalonej formy, od świata. Taka obrona: przed potwornością czy też nudą... Małe zatraty, które jednak czasem przybierają rozmiary niebezpieczne, śmiertelnie niebezpieczne, a w ostatnim przypadku, w cielesnej miłości, głos najdonioślejszy ma ta pragnąca się wcielać ślepa siła, która nic sobie nie robi z pojedynczych przejawów, w których budzi się poznanie i sprzeciw - obok tego jest jednak ta dzika przyjemność, której z lubością się oddajemy, znając sposoby, by uniknąć kłopotliwych konsekwencji (o takich jak ja już nie mówię, bo nasz popęd wybrał manowce, potrafi on jednak także brać udział w budowaniu pięknych związków i pięknego życia). --Jak rzekłem - coś w tym jest ze śmierci, z roztapiania się, z zatraty. Próba przedarcia się przez zasieki własnego porządku - w zapominaniu siebie obcując ze sztuką, z przyrodą, z niebem i gwiazdami czy splatając się z innym ciałem, by choć na chwilę przestać istnieć w swej odrębności... ---Znów mi się w tym nadmorskim czasie nasunęły pewne zbieżności z Mannowskim życiem i spojrzeniem. Wprawdzie nie jestem, jak Mann, zakochany aż tak bardzo w morzu i nie mówię o górach, że to taka pretensjonalna wielokształtność, ale wspólną mamy skłonność do bezkształtu, śnienia i do tęsknoty za nicością czy nirwaną, a także niechęć do ograniczającego ładu, umiaru... Jednak, by coś zrobić, ład, umiar, rygor, dyscyplina są niezbędne, toteż trzeba często zaciskać zęby. Mann wszystko to, co przeciwstawiało się jego tęsknotom i lenistwu, nazywał moralnością, tak że wysnuć mogę z tego przekonanie, iż ja także niekiedy bywam moralny. --- Jest jeszcze inna rzecz, także podobna, Mannowska, a mianowicie morze i muzyka! To własnie tam, nad morzem, w Świnoujściu, które właśnie co odwiedziłem po raz kolejny (ileż się wspomnień znowu obudziło: i tych dawnych, ale też i tych bliższych, bo to przecież punkt ważny w mych podróżach na północne krańce naszego szacownego, gustownie rozczłonkowanego kontynentu [Patrzcie na te wszystkie Ameryki, Afryki, Australie - jakże prostackie to formy! A Europa - cóż za kunszt, cóż za fantazja - jakaż to wprawna ręka wyrysowała tę oszałamiającą linię brzegową, która już całkiem sobie pofolgowała tworząc wybrzeże Norwegii! Talent to najwyższy, godny najgłębszych pokłonów! No tak, ale już wyjaśniałem, czyje zdolności dały tak zachwycający rezultat.]), po raz pierwszy zetknąłem się z wielką muzyką. Byłem tam kiedyś, w dziecięctwie, na wakacjach z mamą. Pamiętny to był wypoczynek, bowiem przez całe dwa tygodnie naszego pobytu panował okropny chłód i ciągle lało. No i ta muzyka! Pani, u której wynajmowaliśmu pokój, miała bilety na przedstawienie, jednak z jakichś powodów nie mogła z nich skorzystać i postanowiła odstąpić je mojej mamie. Były to bilety na "Barona cygańskiego" Straussa. Mama bardzo się ucieszyła, bo zawsze była wielką miłośniczką operetki i opery, no i zawlokła mnie do amfiteatru, gdzie siedzieliśmy w foliowych pelerynach wśród udekorowanych radzieckich żołnierzy i ich ostro umalowanych żon (ach, te ich powieki uniebieszczone i te usteczka malinowe!!)

Nie będzie to już za wielgachne? Puchnie to ścierwo głupio a bezładnie! Ciąg dalszy poniżej...

15:44, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
Zrzut kolejny. Pomięszanie (Tolli i Gjul na dodatek)

Wielkie to było dla mnie przeżycie, fantastyczne oczarowanie, które zresztą już przy mnie pozostało, gdyż do dziś jestem zafascynowany, rozkochany w muzyce Johanna Straussa (syna) - słucham jej często i namawiam Franka, żeby też ją docenił, ale tu jestem raczej na straconej pozycji. Raz chciałem go naciągnąć na wizytę w operetce, jednak błagał mnie, żebym nie kazał mu się aż tak poświęcać, poszedłem więc na przedstawienie z koleżanką. Ale cóż - mówi się trudno. Spróbował by mnie on namówić na przykład na jakiś pokaz flamenco! Spotkałby się ze stanowczą odmową! Raz już omal nie wykitowałem na takim paskudztwie i mam dość na całe życie. (W ogóle zresztą nie znoszę Hiszpanii i prawdę mówiąc nie rozumiem tej swojej wielkiej niechęci. W poprzednim wcieleniu ktoś mnie tam spalił na stosie czy jak? Do cholery! Brr - już sam język hiszpański budzi we mnie odrazę.) I tak to już jest - nawet kochaś nie musi podzielać naszych pasji. On czyta z upodobaniem książki biograficzne i polityczne, czego ja w zasadzie nie praktykuję, i dobra jest. Tak się plecie - Franek lubi poczytać coś, co naśladuje życie, w życiu zakręcił się koło czegoś, co mimo wysiłków do życia za bardzo podobne być nie chce. A ja? Wolę czytać coś, co życia nie naśladuje, ale w życiu raczej mam na odwrót. W takim miśku jak ja to bym się już nie zakochał - uchowaj Boże! Wprawdzie człowiek, by kogoś pokochać, musi wpierw pokochać siebie, żeby jednak szukać w świecie kogoś podobnego... Nie, nie, nigdy więcej tego rodzaju bratnich dusz, bo wśród takich bratnich dusz najmniej jest szans na prawdziwe braterstwo. -- I tak sobie jesteśmy. Ja ponoć z zachowanym w sobie dzieckiem - a ściślej z tym, co w dziecku piękne (i może nie jest to takie złe, choć życia to nie ułatwia, prościej bowiem mają raczej ci, co zachowują w sobie nieco inne cechy dziecka - jego bezwzględność, rozdęty egoizm, brutalność); on zaś ze swoim spokojem, sennością (i to jednak pocieszające, bo, widać, duch jego nie chce zatracić kontaktu ze swoją ojczyzną), głową pełną faktów i słabą do picia, lekką ironią, która jednak niekiedy potrafi nabrać solidnego ciężaru, z solidnością i odwagą (bo przecież związać się z takim dziwolągiem!!). Obaj ze swymi tajemnicami. Choć on jest raczej taki prostszy, ja natomiast jestem z tych bardziej skomplikowanych, podupconych...-------- Morze! Rozumiem to zamiłowanie Manna. Do morza ze swą ogromną prostotą. Drugi raz tego roku wylądowałem nad słonymi wodami, ale wcześniejszy, wiosenny z nimi kontakt raczej się nie liczy, Oslo bowiem leży na końcu stukilometrowej, wąskiej zatoki, tak że tamtejsze morze podobne jest do jeziora, teraz natomiast spotkałem się znów z bezkresem, z nieskończonością... --Wielka, szumiąca woda o zimnych barwach. Ulotne formy. (Tak, góry zdają się wieczne, choć i ich kiedyś nie było i także ich wyniosłości skalne zetrze z powierzchni nieubłagany czas, nie stanie się to jednak na naszych oczach, bowiem przy nich nasze życie to istnienie jętki.) Wszelkie tworzące się na jej powierzchni kształty są takie nietrwałe. Fale, jedna po drugiej, pędzą, by rozlać się na piasku i zniknąć. To zupełnie jak my, z naszym czasem, co też, niczym woda, przelewa się przez palce. My, jak te wypiętrzenia albo jak krople wody w mgiełce nad wodospadem, w których światło przez chwilę się rozszczepia tworząc tęczę - ona trwa, choć my, kropelki, jedna po drugiej, dawno już na powrót w szumiącym nurcie rzeki. Jak to Norwid pisał: "I ziemia stoi - i wieków otchłanie,/ I wszyscy żywi w tej chwili,/ Z których i jednej kostki nie zostanie,/ Choć będą ludzie, jak byli..." ---- Dziwna to rzecz - to dążenie woli, by się wbić w grząską materię. Wydobywanie się z nicości, wyrzeczenie wolności, nieskończoności, "sennej - jak notuje Mann - wegetacji wśród nocy nie znającej czasu i granic." Zaistnieć  i cierpieć! Cierpieć... Przeżywać potworność przebywania w worze cuchnących flaków, jak każde zwierzę, które o tyle ma lepiej, że bardziej na tym świecie jest zadomowione - chociaż patrząc na niektórych ludzi dochodzę do przekonania, że i oni coraz bardziej się zadomawiają - i to może jest ten ustalony, bezwzględny kierunek? Jak mówił Witkacy - z bydła w bydło. A bydło jest zadomowione i szczęśliwe, nie żywi szczególnych tęsknot, ma pysk przy ziemi i nic nie wie o ciszy gwiazd, jest nieśmiertelnie pospolite i dzielne, "że - jak zauważa Mann -trudno sobie wyobrazić, by mogło kiedykolwiek umrzeć, aby majestat śmierci mógł stać się kiedykolwiek jego udziałem." I nawet jeśli pragnie zatraty, to tylko w rozrywce, w użyciu, tak do zwykłej nieprzytomności, by nasycić swą żarłoczność i zabić zwykłą nudę, w którą wszelka bezduszność lubi popadać. Takie odwroty to ucieczka przed czarną dziurą, nie ma w nich istotniejszych przeżyć, obcowania z Tajemnicą. Nawet strach jest czysto bydlęcy. Istni szczęściarze... Ja taki zadomowiony niestety nie jestem i bardziej jest dla mnie wstrząsające więzienie niż wieczność - chociaż po swych milczących odwrotach i ono potrafi być przytulne - może dlatego, że jest obok towarzysz, też ze swą niezmierzoną głębią. Wokół same tajemnice... Patrzę ku nim ze spokojem. I tak jak potrafię rzucić się w wir obowiązków, tak też z ochotą oddaję się wszystkiemu, co człekozwierzęta uznają za stratę czasu. Lubię tracić czas, mam na swym koncie mnóstwo grzechów zaniechań, zaniedbań, lenistwa, beztroski, dzięki temu jednak, nawet gdybym miał jutro umrzeć, mógłbym powiedzieć, iż żyłem dłużej od stulatka. Bo cóż takie wypielęgnowane, bezdusznie cnotliwe życie wyłącznie w swój czas zaangażowane, skoncentrowane na zadaniach i stale użyteczne. Pół biedy, gdy to absolutnie opowiadające się za formą życie dobrnie do końca bez wstrząsów - zdarza się jednak, że w którymś momencie wybucha w nim wulkan... Kto wie, może dzięki swej skłonności do bezkształtu, do swobody, łatwiej mi uporać się z bolesnymi ciosami, łatwiej też złapać dystans do całej tej głupkowatej ludzkiej pogoni za rezultatami... Może dzięki temu nie zwariowałem. Kto wie, może przy innej konstrukcji, nawet nieznacznie odmiennej, nie przetrzymałbym tych wszystkich lat, może już dawno łykałbym tabletki i siedział w domu bez klamek... Albo pierdolnął sobie w łeb.------------- Cudnie było nad morzem, na brzegu, jak to mówią - wanny Berlina... Zafundowaliśmy sobie spokojny, trochę senny i rozkosznie małomówny wypoczynek. Doszliśmy do przekonania, że powinniśmy tam powrócić w przyszłym roku, najlepiej późną wiosną. I zapuścić się dalej, powędrować trochę po Vorpommern, zahaczyć może jeszcze o Rugię - chciałbym zwłaszcza odwiedzić miejscowość Sellin, gdzie pomieszkiwał kiedyś August Strindberg. Być może znaleźliśmy nasz krajobraz? Uznam to czarowna wyspa, pełna naprawdę urokliwych miejsc, ślicznych wypoczynkowych miasteczek z miłymi dla oka zakątkami, willami, które układają się jak paciorki nanizane na rozpięty wzdłuż brzegu sznurek. Teraz, obok Świnoujścia, odwiedziliśmy cesarskie kurorty: Ahlbeck (tam ponoć dobrze pracowało się Tomaszowi Mannowi), Heringsdorf i Bansin, gdzie kiedyś odpoczywali Wilhelmowie - pierwszy i drugi, a także Franciszek Józef.... Dużo tam wody - jakby mało jej było wokół, wyspa użycza w swym wnętrzu miejsca mokradłom i jeziorom, gdzie można odnaleźć prawdziwie idylliczny spokój... Ach, lasy, łąki, niebo, chmury... Wszystko stonowane, niekrzykliwe, gustowne... Dostojeństwo północnych stron - godny sprzeciw wobec wybujałości i wulgarności Południa... W takich okolicznościach w głupio zdyszanym człowieku rozlega się głos rozsądku - daj se siana, choć trochę! No i daliśmy go sobie. I przy okazji pośpiewaliśmy trochę Am... chciałem napisać: Amorowi, ale Amor to bzdura. Pośpiewaliśmy przykładnie Erosowi. A Eros to poważna sprawa!

To co - poklepałem trochę, za co serdecznie przepraszam. Coś lepszego w godzinę z większym hakiem powstać niestety nie mogło. A teraz może część misyjna :) Małe zaproszenie na jeszcze dalszą Północ - bo gdzieżby indziej??

***

 Dwaj artyści. Jeden z Norwegii, drugi z Islandii.

Pierwszy to Morten Gjul. Już o nim kiedys wspominałem. To artysta związany silnie z Trøndelagiem, tak bliskim memu sercu, do którego trochę, co tu dużo gadać, tęsknię. Tęsknię może nie za samą krainą geograficzną, bo zawsze przecież można tam powrócić, ale za czasem. Coś chciałbym może odzyskać z tamtego rozkapryszonego, chaotycznego chłopca... A Mortena Gjula bardzo lubię. Ogromnie mi się podobają jego akwarele (to swoją drogą trudna, przynajmniej tak sądzę, technika), którymi potrafi nieźle czarować. Morten robi też ciekawe zdjęcia. Umie patrzeć. Dostrzega piękno w zaskakujących miejscach, w drobiazgach. Jakże pełno go w zwyczajnych rzeczach. Tylko czeka, by je wydobyć, ukazać tym wszystkim nieuważnym... A to lampa, a to znak drogowy, śruba, słup... A zatem garść fotografii Mortena Gjula.

Drugi to Þorlákur Kristinsson, którego artystyczny pseudonim brzmi Tolli. Nie będę się już rozpisywał i wyrażę jedynie zachętę do wędrówki wśród jego niezwykłych prac. Warto spojrzeć na Islandię jego okiem. Mnie wydał się fascynujący. A zatem Kiljan poleca: Tolli.

To tyle na dziś. Pozdrawiam.

* Wszystkie barwy morza są zimne. (isl.)

Tagi: sztuka
15:44, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 01 września 2008
Wrzesień

 I po sierpniu. Lato, późne, znów zacznie udawać wiosnę, będzie odmaładzać niższym słońcem dojrzałą zieleń... Lubię ten czas i nie miałbym nic przeciwko temu, gdyby przedłużył się on aż do, powiedzmy, marca... Bo jak sobie pomyślę o czekającej nas zimie, o tym opatulaniu się w ciepłe okrycia, to robi mi się nieprzyjemnie...

 Dzieciarnia wraca do szkółek. Zauważyłem, że teraz odświętnie odziana dziatwa pędzi najpierw do kościółka, zatem rok szkolny rozpoczyna się modłami... Już tak od najmłodszych lat gwałcą ludzi tym okropnym Bogiem... Taka narodowa metafizyka (jak to Nietzche mówił... Takie umysłowe rokoko)... Instytucja zabiega nieuczciwie o klientelę... Oby trwali wszyscy w ofiarności, mniam, mniam... Później, nawet gdy człowiek bezbożny, przy pewnych okazjach przypomina sobie o urzędzie Pana Boga... Śluby, chrzty... I jeszcze taki człowiek potrafi nakłonić innego bezbożnika, by wziął udział w czarodziejskich obrzędach... Mnie się też tak przytrafiło... Ojciec chrzestny, naturalnie bez spowiedzi... Tak że złego ducha chyba nie wypędziłem z dzicięcia...

 No - i nadejszla odpowiednia pora, dobra na wycieczkę... Odmeldowuję się na chwilę... Będę się teraz godził z morzem. Na wyspie Uznam... :-)

13:36, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (4) »