BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
piątek, 25 września 2009
Notka po barankach

Uuu - a to sobie narobiłem tymi baranami. Aż się link do nich znalazł na głównej stronie gazety.pl. Tak że znowu mój nieszczęsny blożek przeżył najazd...  Islandzkie tematy najwyraźniej mu służą... Kiedyś wieść o martwym golasie na Esji spowodowała podobny nalot... No, ale teraz jest już przyzwoity spokój. Można odetchnąć. Przy trzeciej kawie... Hm - o tej porze już trzecia kawa... Ale cóż - tak jakoś wyszło. Budzę się do tej pory... Bo w ogóle nie mogłem się dziś zwlec z wyrka... Byłem cały jakiś połamany, bardziej niż zwykle... Bo zwykle jestem połamany, gdyż z tym moim miłym spać się normalnie nie da... Nowe łózio jest nawet większe, ale w niczym nie poprawiło mojej sytuacji - Franio ma tylko większą powierzchnię do sennego dryfu... I dryfuje tak, dryfuje, aż dobija do brzegu, czyli do mnie... I często się budzę nocami w plątaninie nóg, rąk i w odrętwieniu nie bardzo rozeznaję się, czyja kończyna do kogo należy... :) Bogowie - chyba zacznę go na noc przywiązywać do łóżka... - Ale popatrz, przynajmniej nie chrapię - zauważa pocieszająco... Tu trzeba przyznać, że jest to wielki plus... Ale myślę sobie, że może ja powinienem zacząć chrapać...:) Tak dla równowagi... Póki co chrapie tylko czasami jeden z moich kundli - ten mniejszy, który musi, po prostu musi spać koło mnie, zwija się więc w malutki kłębuszek w samym rogu, tuż za moją głową i zdarza mu się niekiedy wydawać przedziwne dźwięki... Doprawdy - w takiej sytuacji człowiek nie może być normalny... Ale nic to - bo kto powiedział, że człowiek ma być normalny? Zresztą patrząc na świat mam wrażenie, że to, co uważa się za normalne, jest wymysłem kogoś nie całkiem zrównoważonego...

 Ciekaw jestem czy ładna pogoda się utrzyma. Jutro jedziemy na wieś spokojną, zatem przydałoby się słońce na błękitnym niebie...

 A dziś wieczorem jeszcze muszę wpaść do swej przyszywanej siostry, bo już słyszę narzekania, że gdzieś się zapodziałem, że się nie oddzywam... Utnę więc dziś to gadanie...

 Mnie choroba podarowała - poszła sobie i śladu po niej nie widać... Franek też się powoli wylizuje z uszkodzeń... Mówi, że go czasami coś zakłuje w nodze, ale generalnie nic się wielkiego nie stało... I proszę go tylko, żeby był trochę ostrożniejszy, by uważniej stawiał stopy na podłożu i nie prał łbem po szafkach...

 No i tak biegną dni... Jesień chyba spędzę dość pracowicie i nieco się z tego powodu krzywię... To będą długie miesiące... (Hm - a może by tak rzucić wszystko, spakować dobytek na wóżek i pójść przed siebie... Frankowi by się to chyba nie spodobało... Nie, gdyby poszedł ze mną, zaraz zatęskniłby za tą swoją pracą, na którą wiecznie psioczy, bez której jednak żyć nie może... To pilny, zdyscyplinowany i słowny chłopczyk... Oj, bardzo się musiał starać, żeby na dobre wydostać się z rodzinnego zapadliska. Kawał życiowej roboty odwalił, co budzi szacunek...

 Ile czasem się człowiek musi namordować, żeby wyjść na jakąś prostą. Dobrze by było, gdyby ludzie nie musieli się z niczym zmagać... Ale na to się raczej nie zanosi. Zawsze jest to samo, choć inaczej. Eadem, sed aliter.

***

 Mali i duzi ludzie - tworzywo historii - cała ich niepowtarzalnośc i przypadkowość - ludzkie jednostki, które istnieją raz jeden, w swych zmiennych powiązaniach, same zmienne jak obłoki... I w tym my - dążący, jak wszyscy, do tego, by było wygodniej, przyjemniej... Budowanie szczęścia na zawsze niestabilnym gruncie... Z domieszką płaskiego optymizmu... Płaskiego, bo taki właśnie jest optymizm...

 Bawią mnie ludzie, którzy wierzą usilnie, że dzieje świata układają się wedle jakiegoś planu i że wszystko zmierza do wspaniałego celu, po którym wpadniemy w wielki błogostan... Jak pisze Schopenhauer - zgodnie z tym traktują świat jako w pełni realny, a jego cel upatrują w marnym szczęściu doczesnym, a przecież rzecz to próżna, złudna, przemijająca i żałosna, choćby ludzie nie wiem jak o nie dbali i los im sprzyjał, zaś ani konstytucje i prawodawstwa, ani maszyny i telegrafy nigdy nie stworzą czegoś istotnie lepszego... Nie ma więc co nadmiernie windować ludzkich zamiarów i nadawać im rangę celów wiecznych i absolutnych...

 O co biega w płaskim ludeczkowym optymizmie? - o tłuste państwo, prawa, policje, technikę plus jeszcze doskonalenie umysłu... Wszystko to ważne, ale też i straszne, jeśli stanowi jedyną treść życia...

 No, to idę sobie teraz na chwilę precz od prymitywnych, płaskich realizmów... :)

 Miłego weekendu! :)

14:34, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
wtorek, 22 września 2009
Koniec owczej swobody

 Dwie notki na dzień to chyba trochę za dużo, ale ponieważ się dzisiaj zawiesiłem na dłużej w sieci, nie zaszkodzi dodać nieco klimatów islandzkich... Wszak dobiega końca wrzesień, miesiąc na Islandii szczególny... Można powiedzieć - nawet w pewien sposób od zawsze świąteczny... Ma to związek z owcami, których tam więcej niż ludzi, choć ich liczebność nie jest już tak imponująca jak dawniej...

 Z początkiem września zaczyna się Réttir, czyli spędzanie owiec do zagród... Owieczki tamtejsze latem pasą się swobodnie... To szczególne zwierzęta o wspaniałej wełnie. Są dość płochliwe - lubią popatrzeć na człowieka z oddali - stoją i obserwują z niesłychaną uwagą - ale gdy się chcesz do nich zbliżyć, natychmiast znikają...

 Przychodzi jednak taki czas, że muszą znaleźć się blisko ludzi. Hodowcy zbierają się więc z prowiantem, namiotami, śpiworami i flaszeczkami czegoś mocniejszego na rozgrzewkę, by zgromadzić to rozpierzchnięte po pastwiskach wełniane towarzystwo... Wszystkie zwierzęta zapędza się do specjalnych zagród, gdzie właściciele rozpoznają swoje sztuki po znakach umieszczonych na uszach... Cała gonitwa po górach i dolinach zakończona liczeniem i sortowaniem zwierząt trwa wiele dni...

 Tak grzebiąc tu i tam znalazłem garść malowniczych zdjęć z tegorocznego owczego święta:

Jak ktoś ciekaw, niech sobie kliknie TUTAJ 

17:06, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (10) »
Brnę

w chorobę, ale z okiem przymrużonym... Nic mi z kichania nie wyszło... Nie rozumiem. Przychodzi coś paskudnego, drapie po gardle, a potem sobie idzie... Nie, naturalnie wcale się nie gniewam... Kogo trzeba ostrzegłem wczoraj oznajmiając, że znikam pochorować... Ominie mnie dzięki temu jedno spotkanie, na które nie miałerm najmniejszej ochoty... Choroba się nie zdecydowała, ale ja i owszem - poudaję trochę... W dobrym samopoczuciu...

 Dzisiaj rano poświęciłem trochę energii naszemu mieszkanku... Umyłem okna! I jakie światło się wlało do wnętrz! Słońce świeci na naszej ulicy!!! Odkrycie miesiąca!

 Można się nacieszyć światełkiem trwając w bezmyślności... Bo myśli się dziś nie da skupić... Wszystko rozbija się o grzechot betoniareczki... Trwa jakaś robota w pobliżu...

 Dzisiaj w ogóle jest betoniarski dzień... Przez fasolkę po betoniarsku (niektórzy nazywają to fasolką po bretońsku, lecz nie mam pojęcia dlaczego... Franek uważa, że jest to potrawa całkiem betoniarska, a ja zgadzam się z nim w stu procentach...)... Taka zachcianka się pojawiła, na kulinarną straszliwostkę, na barowe klimaty... (Zawsze jak pomyślę o fasolce po betoniarsku, przychodzą mi na myśl pradawne dworcowe obrazki - aluminiowa łyżka, talerz z granatowym paskiem... Ach, i jeszcze malutki wazonik ze stokrotkami...:)

 Fasolka wyszła całkiem dobra...

 A tak poza tym to nic się nie dzieje. I całkiem mi to odpowiada... To przyjemne. A w życiu musi być przyjemnie... O to w tej zabawie przecież chodzi... Ja to wiem, Franek to wie, psy to wiedzą... Bardzo zgodne z nas stado... :)

14:55, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 21 września 2009
Zakichany koniec lata

 Znowu mnie coś bierze. Jakieś przeziębienie. Już to czuję w nosie i gardle. Mam jednak nadzieję, że, tak jak ostatnio, szybko mi przejdzie. Rano czułem się fatalnie, ale jak się trochę przeszedłem, zjadłem coś i wypiłem kilka herbat, to odzyskałem dobre samopoczucie. Nawet drapanie w gardle przestało być dokuczliwe...

 W ogóle nigdzie się nie możemy wyrwać. Ciągle nas coś zatrzymuje, krzyżuje plany. I tylko łapiemy oddech późnymi popołudniami i wieczorami, które niestety coraz wcześniej sprowadzają ciemności...

 W sobotę urządziłem sobie popołudniową przejażdżkę rowerową - sam, bo Franusiowi zepsuła się noga... Lekko się zepsuła... I lekkie zepsucie otoczone zostało nader przesadną troską... - Nie umrzesz, nie umrzesz - pocieszyłem go... A ten do mnie - I kto się tu naśmiewa? Ten, który wrócił z Beskidu z dziesięcioma metrami bandażu owiniętego wokół palca.. - Misio krwawił ciężko. I by uniknąć paniki, musiał szybko odseparować się od nacięcia.

 Mężczyzna był przez trzy dni bardzo zajęty swoim uszkodzeniem. Lekko nadwyrężoną kostką i małą ranką na czole... Nie mam pojęcia, co on wyprawiał... Czasem nosi go na pływalnię... Tapla się w basenie, bo mówi, że go to odpręża... Ostatnio też go poniosło... I wyrył tam gdzieś w szatni... (Misio udał zasmuconego, pociągnął chmurnie noskiem i powiedział - Pewnieś się za bardzo oglądał za ładnymi chłopcami... I coś cię pokarało - dodałem ze złośliwym uśmieszkiem... - He, he, to gada ten, co się nie ogląda... - Myśli twe musiały być nader lubieżne! - Do dziś tkwię w zdradzieckim podnieceniu!)

 Straszne jakieś okłady sobie porobił, poowijał sobie stopę i był bardzo biedny, chociaż dzielnie kuśtykał... Słodkie moje szczęście nieszczęsne!!!

 No, a mnie coś musiało przewiać na tym rowerze. Zdradliwa jest ta obecna pogoda. Niby jest ciepło, ale nie do końca... Tak czy siak przejażdżka się jednak udała. Było równie przyjemnie jak na wakacjach... U kuzyna w chcie był dyżurny rower, którym jeździło się do sklepu po pierdoły do żarcia... A ja sobie jeszcze dodatkowo robiłem takie samotne wycieczki po okolicy... Leśnie dróżki, poziomkowe poręby, świerkowe gałązki... Hm, Norwegia ma jakiś wyjątkowy klimat - ile razy tam zmarzłem, ile razy zmoczył mnie tam deszcz, przewiał wiatr - i nic... Nie, nie przypominam sobie, by mnie tam dopadały jakieś przeziębienia. A jeszcze latem, w czasie długich, długich dni nie ma mowy na dodatek o jakimś długotrwałym poczuciu zmęczenia. Nic z tych rzeczy! Rześkość powracała zawsze po ledwie drobnej chwilce wypoczynku...

 A tu mnie coś drapie po gardziołku. I katar z tego będzie chyba solidny. Już trochę kicham... Kicham, mniej jakoś uodporniony na rozmaite paskudztwa...

 I tak sobie czas leci. I tak się toczy ten świat w swoim malowniczym po nic! Kiedyś trafiłem w necie na wiersz pewnej islandzkiej poetki. Rozwodziła się w nim owa poetka na temat tego  naszego niezbyt wydarzonego życia... Pewnie mogłoby być inaczej, mogłoby być jakieś inne "po nic", podobne do tego, jakie możemy dostrzec choćby na sąsiadujących z nami planetach. Z jakiegoś powodu jednak jest tak, jak jest... I skoro tak już musi być, to dobrze przynajmniej, że Bóg uczynił ten świat pięknym... Diabelski duch estety w nim zwyciężył! I piękno to jest jakąś pociechą w bezsensie... A zresztą - sam bezsens też nie jest taki zły - przynajmniej dla mnie... Dzięki niemu duch robi się lżejszy i lepszy... Człowiek żyje i mówi sobie: Trudno... Wszyscyśmy nabici w butelkę, w życiowej spirali długów. Ale jesień znów zacznie się złocić, potem zima się będzie bielić i iskrzyć, itd, itd... Cudowna sceneria, na której rozgrywa się ten odwieczny sen wariata... I niech się to wszystko kręci jak chce... Niechze ta! Niechze ta!

 Obawiam się, że kiedy człowiek wybzdurzy sobie jakiś sens, jakieś żelazne "po coś", zaraz rozdwaja mu się język, rosną mu kły i pazury, a wszystko po to, by innych w mało wybredny sposób nakłaniać do swoich przekonań...

  Żywi z tego ziemskiego balu nie wyjdziemy, nie ma więc się co tak pieklić. Lepiej zadbać o spokój. A jeszcze gdy cię Eros jebnie ze swego łuku... Jak zostaniesz człowieku trafiony, to jesteś oczywiście ranny... Ale rana od takiej strzały to szczególny przypadek... Bywa tak, że sama się paprze i przynosi cierpienia. Ale jest też tak, że człowiek sam chce, by ciągle była otwarta...

 Myślę, że jestem takim dziabniętym szczęściarzem. Dostałem niespodziewanie w plecy. I teraz staram się, by dziabnięcie się nie zrastało. To jest też to świetliste piękno świata. Bycie z. Razem...

 Człowiek nie może nikogo posiadać. Nie powinien nawet tak myśleć. Ale gdy tak na niego czasem patrzę, to myślę sobie, że jest mój. Jednak nie ma w tym niczego złego. Jest już wszak istotną częścią mojego własnego życia. Wpłynął na nie przychodząc ze swoimi zaletami, wadami, przyzwyczajeniami, zapachem... Gdyby nas teraz coś rozdzieliło, byłoby to jak chirurgiczny zabieg polegający na usunięciu jakiegoś ważnego organu... Ech - już raz przeszedłem coś takiego, coś nawet bardziej przypomniającego eksplozję granatu niż koronkową robotę chirurga. Szczęśliwie człowiek potrafi się jednak pozbierać do kupy. I jeszcze może go coś dobrego trafić.

 I niech się życie miłośnie paprze. Wśród kwiatów, jesiennych liści, przy winie i muzyce... :)

 

15:10, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
piątek, 18 września 2009
Usiadł mu na ramieniu wróbelek

 "(...) Wbrew temu, co się o nim mówiło - był poważny, dobrze wychowany, honorowy (...). W ogóle był w dobrej formie, nic nie zwiastowało tragedii, nie wyglądał na człowieka, który ma za dwa miesiące popełnić samobójstwo. Gdyby je planował, nie przyjeżdżałby przecież na zarobek.

 Wstawał też niespodziewanie od stołu, robił we włosach przedziałek, przykładał nad górną wargą kawałek czarnego grzebyka, podnosił rękę i ryczał po niemiecku naśladując Hitlera. Wróżył też wspaniale z kart i pisma, choć pani Adzia* nie chciała słuchać, bała się, bo widział wszystko bardzo czarno. Przewidywał na przykład wojnę, zagładę Europy, pewnego świata, w tym właśnie ziemiańskiego. Nie wierzył zupełnie, że jesteśmy silni, zwarci, bojowi. Rozumiał się doskonale z panią Adzią, która urodziła się przecież w Petersburgu, przeszła rewolucję 1917 roku i - tak jak on - bała się bolszewików - po prostu ich znała. Tak że gdy weszli, natychmiast rzuciła się do ucieczki, a reszta sąsiadów nie potrafiła, nie chciała opuszczać swoich majątków.

 Przy pożegnaniu nie ukrywał, że boi się nadciągającej wojny i schroni się właśnie w Augustówku. Po wiadomości o jego śmierci pani Adzia była przekonana, że uciekał właśnie do nich. Ale nie udało się, nie chodziły pociągi na Białystok, na drogach tłumy uciekinierów, panika, zatory, pojechał wobec tego na Brześć.

 Przewidział też zresztą, że tu nie wróci. - Gdy odwożono go bryczką na dworzec, usiadł mu na ramieniu wróbelek. - Oho, to znak, że jestem tu po raz ostatni! - żartował, ale bardzo smutno."**

 Wrzesień 1939 był prawdziwym końcem świata. Stało się to, czego tak bardzo Witkacy się obawiał. Na Polesiu, w Jeziorach, po tym, jak dotarła doń wieść o sowieckiej agresji, postawił kropkę po swoim życiu. Wszystko było dlań skończone - leśna śmierć samobójcza okazała się jedynym wyjściem... I stała się też dramatycznym punktem życia jego towarzyszki - Czesławy Oknińskiej, która, choć zdecydowana była umrzeć z Witkiewiczem, próbę samobójczą przeżyła... Pozostała z ciężarem niemal nie do udźwignięcia, pozostała i żyła z nim aż do końca, do 1975 roku...

 Witkacy. Ten, który nie snuł utopijnych marzeń, ale rozpamiętywał apokalipsy. Pamiętając rewolucję 1917 roku, wyrażał przekonanie, że nadejdzie "fala przemian, która zmiecie, zniweluje wszystko i inni ludzie, tak inni, jakby z innej planety, wypłyną na wierzch i będą tworzyć nowe życie, jakościowo niepodobne do naszego..." Mówił, że w końcu etyka pokona ostatecznie estetykę, potrzeba metafizycznych doznań, właściwa wybitniejszym jednostkom, stopniowo zaniknie. Po religii zamrze filozofia, sztuka zaś skona w konwulsyjnych dreszczach i sytą, szczęśliwą - bydlęco szczęśliwą - ludzkość zaspokoi w zupełności masowa rozrywka... Snuł katastroficzne wizje i przewidywał władzę wielkiego Chama... Jakże to się sprawdziło...

 Witkacy - odrębny bardziej przez swoją osobliwość niż doskonałość. Był specyficznym geniuszem, który jakoś tak wszystko robił źle. Ale jego dokonania należą bez wątpienia do najważniejszych w polskiej kulturze. To był wspaniały człowiek, dziwaczny, skrywający się pod błazeńską maską głęboki myśliciel, artysta i osoba o wielkiej wrażliwości i mądrości...

 Był czas, kiedy ogromnie się nim zachwycałem. W początkach lat dziewięćdziesiątych. Zresztą razem z człowiekiem, w którym byłem wtedy śmiertelnie zakochany. :) Odpowiadał mi ten typ osobowości, tego rodzaju wrażliwość. To były śmieszne czasy studenciackie, które, jeśli pominąć garść mniej i bardziej egzotycznych wypadów, zamykały się na linii Kraków - Zakopane. Było dużo używek, gór, zakopiańskich zdarzeń, teatru... Tkwiłem w oparach strindbergowsko - witkacowskich, bo tak się złożyło, że obu tych pisarzy odkrywałem jednocześnie, co było dość ciekawe, bo obaj lieraci, by użyć słów Lecha Sokoła, byli sobie zarówno dalecy, a jednocześnie bardzo bliscy, bowiem to co u Strindberga tchnie jeszcze śmiertelną niekiedy powagą, u Witkacego jest już jaskrawą groteską... Szalenie wciągające były te dwa w pewien sposób się uzupełniające literackie światy.

 Dzisiaj tamte zachwyty ostygły, niemniej o Witkacym pamiętam i do niego wracam. Zaglądam do albumu ze zdjęciami i pracami, na których można prześledzić całe jego życie - od niemowlęctwa, aż po pełen smutku ostatni autoportret. Obrazy zza przepaści - potworne miny, zgrywy, uśmiechy, poważne portrety... Czytuję też jego listy do żony Jadwigi, w których widać zupełnie innego człowieka - zwykłego, borykającego się z codziennymi kłopotami, cierpiącego, płaczącego... Do dziś jedną z moich najulubieńszych powieści jest książka "Pożegnanie jesieni" - znam ją niemal na pamięć... Strasznie też lubię to momentami piekielnie nużące - to trzeba przyznać - młodopolskie czytadło "622 upadki Bunga"... Lubię nadal też niektóre jego sztuki, w tym szczególnie: "Matkę", "Sonatę Belzebuba", "Gyubala Wahazara", "Szewców"...

Pesymizm co do losów naszej cywilizacji, lęk przed wyzbytym ducha szczęściem w zmechanizowanym społeczeństwie kazał mu zajmować się postaciami szaleńców, ludzi nieprzystosowanych, wariatów, maniaków - wszystkie one były dlań przedstawicielami świata skazanego na zagładę. Budowały one pod jego piórem przedziwną rzeczywistość z jej fantastyczną psychologią, pełną zupełnie nieprawdopodobnych sytuacji, stanowiącą zlepek rozmaitych epok, w której najbardziej nawet skromne istoty zdają się dobrze zorientowane w filozofii... Jest w tym ciągle wielki, wielki magnetyzm... Upływ czasu w żadnej mierze nie ograbił tego zdumiewającego dzieła z wartości...

 Mija 70 lat od jego śmierci. Smutnej śmierci pod dębem, która przyszła w tak tragicznej chwili, kiedy to ludzkość pokazała samej sobie swoją najpotworniejszą twarz... Nie było już miejsca dla tego utrudzonego życiem człowieka...

 Kim był naprawdę? - pyta we wstępie do pomnikowego wydania jego zebranych dzieł nieodżałowany Jan Błoński. - Młodopolskim awangardzistą? Szalonym strażnikiem estetycznego ładu czy przeciwnie, burzycielem, który kodyfikował - jak Rimbaud - bezład własnego umysłu? Prorokiem nowej sztuki, której razem z narodzinami zapowiadał śmierć? Więc grabarzem? Nie ma chyba na te pytania jednoznacznej odpowiedzi - nawet dzisiaj. Był sobą - Stanisławem Ignacym Witkiewiczem. A ponieważ nie mógł wytrzymać ani z nim, ani z intelektualno - artystyczną sytuacją, w jakiej się znalazł... postanowił zostać także Witkacym. 

 Jest jeszcze jedna rzecz, za którą cenię Witkacego - za jego wielką miłość do psów... (Ponoć po Zakopanem snuły się za nim czasami najdziwaczniejsze kundle na świecie...). Witkacy nie mógł znieść widoku psa na łańcuchu. Ja mam podobnie!

----

* Adzia - Nadzieja ks. Drucka (1898 - 1986) - pisarka, tłumaczka. Jej mężem był Maurycy O' Brien de Lacy, właściciel majątku w Augustówku, gdzie w czerwcu 1939 roku gościł Witkacy.

** Cytat pochodzi z książki Joanny Siedleckiej "Mahatma Witkac".

13:57, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (3) »
wtorek, 15 września 2009
Z obrazkami Mortena

  Słońce się dziś bardzo długo przebijało przez mgłę...

  Rano nie bardzo chciało się wstać... W wyrku poranną porą jest tak cudownie... Ciała są takie rozgrzane po nocy... Nic, tylko po przebudzeniu zamruczeć słodko, wtulić się we Frania i spać dalej... Ale w środku tygodnia nie ma na to większych szans - trzeba wstawać do codziennych obowiązków...

 Jestem w nastroju pomidorowym... Nakupiłem pomidorów i robię z nich sałatki, zupy... Ostatnio wyszła mi genialna zupa, tak że migiem zniknął cały kociołek... Pyszota!!! Ech - pomidory, pomidory... czerwone słoneczka!!!

 A tak w ogóle to leci. Zwykłe życie. Trochę pracowite, trochę leniwe - jak się uda... Tylko do lasu nie możemy się wybrać, a koleżka nas namawia i namawia...

 Zakopane też chyba przeniosę na październik, bo teraz się nie wyrobię... Albo może nawet na listopad... Listopad to świetny miesiąc, bo można w górach znaleźć prawdziwy spokój... Trzeba o tym pomyśleć...

 Trzeba się też wybrać do fryzjera... Coś skosić...

 I zabieram się do pisania listu do wieloletniej przyjaciółki... Tacy jesteśmy wierni tradycyjnej korespondencji - papier, pióro, znaczki... Tyle że ja się ostatnio opuściłem... Muszę się więc zebrać i coś skrobnąć... Hm - pomyśleć, że jeszcze nie tak dawno temu miesięcznie produkowałem czasem i dziesiątki listów, a dziś to wszystko wyparły najczęściej zdawkowe maile i inne rodzaje komunikacji - szybsze, lecz już nie takie eleganckie... Na pocieszenie mogę sobie powiedzieć, że często jeszcze jednak piszę ręcznie... Mam zbyt czarujący charakter pisma na to, by go zapuszczać, porzucać... :)

 I co jeszcze... Niby jest ciągle lato, nocami ćwierkają świerszcze, jednak czuć już jesień w powietrzu... Już są te mgły, i trochę chłodu spłynęło... Ponoć ma być jeszcze ciepło, ale będzie to już i tak ciepło jesienne... Dołączę więc do wpisu trochę ozdobionych muzyką obrazków jesiennych jednego z moich ulubionych artystów - Mortena Gjula:

 

16:10, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 14 września 2009
Spacer na cmentarz (Duży Książę)

- Trudno to bagatelizować - mówi Aubrey i wzdycha ciężko. - Chyba nie powinniśmy sie tak łatwo poddawać, co? Nie żywię żadnych przekonań, które nakazywałyby mi traktować poważnie takie przywidzenia - mówi Książę. - Czyżby? - Bo to wszystko przez ciebie - woła rozdrażniony Książę. - Hm... - Co - hm?! Gadasz o jakichś okropnych przeczuciach, przywołujesz jakieś zdarzenie, o którym nawet nie wiadomo czy miało miejsce... Głupie czary - mary. Doprawdy nie ma o czym mówić. Zapomnijmy o tym. - Tak po prostu? Książę przeląkł się nie na żarty. - Daj już spokój, proszę! - W świetle tego zdarzenia trudno zdobyć się na entuzjazm, jaki winien towarzyszyć malowniczemu planowaniu... Nie ma tu zbyt wiele miejsca na przesadne rozmarzenie... - Znowu robisz się nieznośny! - Taka moja rola. - Tak, taka rola... - Ale to przecież nie ma wpływu na uczucia Waszej Wysokości? - Naturalnie, naturalnie. Jestem przecież tak cudowny, że nie zgłaszam żadnych oczekiwań... - Może poza jednym. - I tu zgodziłeś się, że mam rację. - Niech Książę jednak nie myśli, że będę przywiązywał w przyszłości jakąś wagę do swego nużącego pobytu na uniwersytecie... To zabawne - ludzie religijni myślą czasem, iż są lepsi tylko dlatego, że wierzą. Podobnie postępują niekiedy ludzie z tak zwanym starannym wykształceniem - uważają, że już z tego tytułu należy im się więcej... - Znowu nawiązujesz do różowego wiecznego chłopca? - Tak, tak - mówi Aubrey wybity z przelotnego zamyślenia. - On nie był dżentelmenem. - A jeśli nie jesteś dżentelmenem, wiedza może ci tylko zaszkodzić... Wiemy, kto to powiedział? - Tak, oczywiście. Coraz bardziej pada - zwraca uwagę Książę. - Rzeczywiście. - Czy mamy jakis parasol? - Obawiam się, że zbytnio zaufaliśmy rozpogodzeniu i nie zadbaliśmy o tę rzecz. Ale mogę pobiec do domu i przynieść. - Zatem biegnij, a ja tu troche pomoknę. --- Książę czeka na Aubreya. Wyciąga przed siebie dłoń i patrzy na rozbijające się na niej grube krople wody. Deszcz jest dziwnie ciepły, właściwie przyjemny. "Chce mi się spać" - przebiega mu przez myśl. Po chwili zjawia się Aubrey z parasolem. Wkrótce obaj idą dalej. Nad ich głowami deszcz sennie bębni o materiał. Kroczą długą aleją, w dół, ku bramie. - Jutro albo nawet dziś będzie o nas w gazetach - zauważa Aubrey w dość beztroskim tonie. - Głupie skurwysyny. - Ach, niech już Książę nie przeklina. - A co? - Pewien mój znajomy powiedział mi kiedyś, że osoby używające wulgarnych słów to moralne zera. Tak niewiele mu trzeba było, aby wystawić tak miażdżącą ocenę. - I co na to odparłeś? - Czemu miałbym coś mówić? Szybko wyszło na jaw, że sam był moralnym zerem, co wcale mnie nie zdziwiło. W końcu ludzie niemoralni mają najwięcej do powiedzenia w temacie moralności. To chyba zresztą już ustaliliśmy? - Ten dzień rozrósł się do tak monstrualnych rozmiarów, że z mojej pamięci uleciały już wszelkie dzisiejsze ustalenia. - I co napiszą? Jakiś sensacyjny nagłówek? Może w formie pytania? Książę Aleksander gejem? - Dobrze, że nie jem w tej chwili ciasteczka, bo musiałbym się zakrztusić! Że kim? Że co? Drżę na samą myśl, że ktoś mógłby skojarzyć moją osobę z estetyką jarmarcznej pornobudy! To już wolę jakiś medyczny termin. Ech, i pomyśleć - dodaje Książę po chwili - o Księżnej milczą tak taktownie, a ona tak źle się prowadzi. No tak, ale ona przecież obok turystyki seksualnej uprawia pokutniczą turystykę współczucia - wyszczepiona na dziesiątą stronę odwiedza siedliska najgorszych zaraz i nędzy. Serdeczna mateczka szerokim gestem rozsiewająca w błoto zawartość mego skarbczyka... - Ten skarbczyk jest bez dna - zauważa Aubrey - Łaskawie mi go napełniają w zamian za rezygnację z wszelkich ambicji. - Księciu chyba nie żal. - Ależ skąd. Postawiłem jednak tylko na dekoracyjność i w efekcie tego posądzają mnie o najgorsze rzeczy. - Sądzi Książę, że to Max mógł komuś podszepnąć, że znajdzie tu ciekawy materiał? On jest przecież taki zazdrosny. - O tym nie pomyślałem. Niee, to przecież zupełnie idiotyczne... Tak, ale wracając do Księżnej... Ona dotyka potworności, a ja karmię ją tajemniczymi miodami, by mieć trochę przyjemności. Nawet nie wiem, na co się narażam. - Powiedział Książę, że jest wyszczepiona na dziesiątą stronę. - Ale czy można tak wszystkiemu ufać? - To teraz i ja jestem w niebezpieczeństwie. - W świetle tej zjawy... - Książe miał rację, przy zajmującej konwersacji można o wszystkim zapomnieć. - Czy ona jest istotnie taka zajmująca? - Zajmująca, bo w gruncie rzeczy nieistotna. - Ach, to chyba jednak dość pocieszające. Wszak tylko w trakcie nieistotnych konwersacji udaje się czasem powiedzieć coś istotnego... - Przy odrobinie szczęścia. - Tak, wszystkim potrzeba trochę szczęścia. - Nie trzeba tracić nadziei, tak? - Nie tracisz jej, mam nadzieję. - Chce mi się znów płakać z zadowolenia. Jak to dobrze, że ta brama wcale się do nas nie przybliża. Nie sądzi Książę, że ona nawet nieco się od nas oddaliła? - Tu wszystko jest możliwe, mój chłopcze. Lecz czas zrobi swoje. Tak jest zawsze, nawet w krainie czarów... - Krainy czarów z bajek są jednak, niczemu ani nikomu nie uwłaczając, o wiele wspanialsze. - Drogi chłopcze, literatura jest zawsze ciekawsza od życia. - Dzisiaj, mam wrażenie, literatura z uporem chce naśladować życie... - I robi wielki błąd! Życie jest czymś, czego absolutnie nie powinno się naśladować. - Wróćmy jeszcze do Księżnej. - Jeszcze? - To chyba dobrze, że swoją obecnością zwraca uwagę ogółu na istniejące zło. - Często krzyczy, że coś z tym trzeba zrobić! Ach, to takie okropne. Krzyk współczucia rozlegający się w tej części świata, która kiedyś zachorowała na bezprzykładną, drapieżną chciwość, co potrafiła zrujnować życie ludzi, gdzie tylko wpuściła swoje brudne macki. Popiskiwania nieczystego sumienia teraz... - Zawsze to lepsze od zdziwienia, że oto istnieją tacy, co styczność z naszą szumną cywilizacją nie poczytują sobie za zaszczyt. - Brr, jak sobie pomyślę... Przyszło nam kiedys do głowy, żeby doły kloaczne wykopać sobie gdzieś dalej. My na to wpadliśmy, wyznawcy miłującego Boga. - To nam chyba ułatwiło zadanie. Mamy wszak kogoś, kto nam może wybaczyć niczym dobry i cierpliwy rodzic. To taka dobra podpórka - z lżejszym sercem człowiek zaprzyjaźnia się z bóstwem otwierającym bramy grzesznej szczęśliwości. W końcu wszysytko można jakoś usprawiedliwić, powiedzieć, że przecież chcieliśmy dobrze, ale nie wyszło albo że zgoła nie wiedzieliśmy cośmy czynili... Oj, jakoś tak nas coś oczadziło czy jak? - Niebiańska wybaczalnia. Dla nas! I składowisko nagród. Skarby do wynagrodzenia za plagi, jakie na siebie ściągnęliśmy za życia... Fantastyczna wprost rzecz - ufność, że nasi kaci i prześladowcy doznają naszych cierpień, a dla nas sto lat i wszystkiego najlepszego, bo przecież my to tylko ofiary... - Potrzeba sprawiedliwości u pokrzywdzonych, co przez całe życie celebrują swój popaprany los... To i tęsknota różowego, prawda? Jego krzywdziciele - wybaczył im i pożyczył czyśćcowych cierpień... - Wspaniałomyślny... Widzisz, brama jednak się zbliżyła! --- Książę i Aubrey wyszli na asfaltową drogę okalającą niedbałą posiadłość Luki... - Zdumiewające - mówi Aubrey odwaracając się za siebie. - Co takiego? - Tak, ten kamienny mur pamiętam. Przecież mijałem go tyle razy idąc do szkoły... Ledwie wystawał przez krzewy dzikiej róży... Ale ta brama... - Była tu zawsze... Tak myślę. Chociaż to boczny wjazd i może kiedyś także obrastały ją gęsto krzaki... - Ciekawe, że nigdy nie zastanawiałem się nad tym, co jest po drugiej stronie... Nie pojmuję. Niemniej wiem, gdzie jesteśmy. Jeśli przejdziemy na drugą stronę, natrafimy na wąską ścieżkę wiodącą wprost do bocznej furtki cmentarnej... Skoro już korzystamy z bocznych przejść... ---- Na cmentarzu. Trochę grząska alejka pośród nagrobków. Miejsce nie należy do specjalnie zadbanych. Widać pozapadane ziemne mogiłki, stare grobowce, poobijane rzeźby i wadliwie przycięte stare lipy. - Posępne miejsce - mówi Książę. - Odwiedzimy nasturcjowego króla? - Biedaczek, taka go spotkała kara. Nie dość, że został podstępnie zamordowany, to jeszcze jego królewskie kości muszą próchnieć na tak podłym wiejskim cmentarzyku. - Leży wśród ludu... czy jednak lud nie okazał się wielkoduszny? Popełnili zło, bo musieli się ratować. Gdyby jednak zaślepiła ich podła mściwość, wrzuciliby go do jeziora albo w jeszcze jakieś gorsze miejsce. Oni zaś dali mu miejsce wśród swoich bliskich. I jeszcze do dziś ich potomkowie hodują nasturcje, które tak strasznie ludziom obrzydły... Jego grób latem i wczesną jesienią świeci na żółto i pomarańczowo. Zwariowany król w wesołym grobie! Czym wobec tego są pomniki pyszniące się po katedrach? - Król był bardzo poetyczną duszą. - A to co poetyczne trwa wiecznie... Gdyby prowadził okrutne i posępne wojny i wikłał się w somplikowane układy, stałby się nieznośnie nudną lekcją historii, o której wszyscy chcą jak najprędzej zapomnieć... Co wiedzą o naszych królach ludzie zaskakiwani w trakcie robienia ulicznych sond? Prawie nic. Wszystko im się myli. Ale o królu nasturcjowym pamiętają. Bo przecież chętniej pamiętamy o tych, co obsypują nas kwiatami. Nawet spowodowane przez nich kłopoty są takie malownicze! I możemy z dumą powiedzieć - tak, to u nas urodził się nasturcjowy wariat! - Oj, jakie to miłe. - Tutaj leży. Mój ojciec - mówi Aubrey. - Dużo kwiatów. - Ludzie lubili mojego ojca. Znali jego dobrą stronę. - A ty? - Trudno powiedzieć. W pewien sposób się go bałem. - Był okrutny? - Ależ nie. On tylko tworzył dziwną atmosferę. W jego obecności odczuwałem silny niepokój. Zupełnie  nieokreślony. Zawsze mi się zdawało, że zamknięty w sobie tato zaraz ujawni nam jakąś potworną nowinę, od której skamieniejemy z przerażenia. Nie lubiłem zbliżać się do niego. Generalnie jednak był porządnym człowiekiem. Ganiał do gminy, gdzie całe życie pracował. Był sumienny, życzliwy dla ludzi, rzetelny i nie specjalnie ambitny. Nie pchał się nigdzie, o co żal miała do niego matka, zawsze złakniona zaszczytów... Śmieszna kobietka... Chyba nienawidziła ojca. Tak, jestem tego pewien... Ale sam nie chcę uważać się za pokrzywdzonego. Lubimy wprawdzie traktować swoje rany jako coś specjalnego i wyjątkowego, ale to przecież bzdura... Szczęścia, nieszczęścia - wszystko bierze się z porównań. A bardziej nawet nieszczęścia... Chociaż tak słabo znamy przecież innych. Nader często powierzchnię bierzemy za głębię... Zdaje nam się, że aż dno dostrzegamy. Cudzego szczęścia. - Tak, chyba masz rację. - Zastanawiam się, co sądzi o nim Petrus. Jego spotkało o wiele więcej upokorzeń. Bez wątpienia był ofiarą. Za dużo morderczego śmiechu i pogardy. I pomyśleć, że to on oddał swój cenny czas temu dziwnemu człowiekowi. Tak to bywa, że ktoś, kogo uważamy za najgorsze ścierwo, staje się dla nas jedyną nadzieją, jedyną deską ratunku. Trzeba będzie go poszukać. - Tak, myślę, że to konieczne. Bo chyba ma prawo do swojego zdania... Wiesz, te twoje plany... - Przykro mi to stwierdzić, ale myślałem o nim jak o kimś już ubezwłasnowolnionym. Brzydkie to. - Hm... - Boję się, że znajdę w nim istotę, jakiej najbardziej się brzydzę... Okadzone nieszczęście... Dający jakieś przewrotne zadowolenie zestaw paskudnych psychologicznych izmów... Zatrzymany w czasie kapłan własnego nieszczęścia. Opleciony złem... Ile takich różowych monstrów żyje na świecie... - Już nie wracajmy do tamtego... - Tamto tu się może nam objawić... - Tyle że ten może nie zabił miłości swojego życia? - Tak, to chyba nie wchodzi w rachubę... Ale cierpienie... Obawiam się, mając w pamięci nasze przelotne spotkanie z pogrzebu, że nie zastanę tu mistrza cierpienia, co w całej tej ponurej sytuacji nie byłoby takie złe... - Myślisz, że można cierpieć po mistrzowsku? - Ależ tak, drogi Książę! Ten jest mistrzem cierpienia, w kim dotykające go zło nie zabiło humoru. To tyle i aż tyle!... Pomyślałem sobie, żeby pojechać teraz do miasteczka. Rozejrzę się. Jestem Pewien, że spotkam tam Petrusa... - Myślisz, że miota się teraz po uliczkach jak bezpański pies? - Nie wiem... - Może poczekasz... - Nie, pojadę pociągiem. Sam. - Jak chcesz. Zabierz ze sobą parasol. - Dobrze. - To co, pójdziemy? - Tak, niech sobie tato leży. - Ciekawe czy potem jednak coś jest? Jakieś życie... - I może jeszcze rozliczenia - uzupełnia z uśmiechem Aubrey. - No właśnie. - Moje zdanie jest takie, drogi Książę - nazbyt przeceniamy nasze życie! To, w czym żyjemy, jest kompletnym absurdem. Ale gdyby nad nami coś jeszcze tkwiło i gdyby jeszcze spałacało się za tę całą przypadkowość jakieś długi w zaświatach, byłby to absurd do kwadratu. Ach, nieszczęśni ci, co trwonią swój czas na bzdurzenie o tym, jak być powinno...

CDN

15:37, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
sobota, 12 września 2009
Harald Oskar Sohlberg (1869 - 1935)

 Jeszcze się na moment zatrzymam przy niezwykłym górniczym miasteczku Røros. Ze względu na jeszcze jedną wspaniałą osobę z nim związaną. Już w poprzedniej notce chciałem coś na jej temat powiedzieć, ale niestety blox odmówił współpracy... Blog ma niestety swoje prawa i trzeba się streszczać. I w tym streszczaniu się nie zawsze udaje się wygospodarować miejsce dla wszystkiego, co chciałoby się w jednej notce zawrzeć...

 Stare Røros, ze swoją czarującą zabudową, z rzędami drewnianych domów udających kamieniczki, ze starymi domkami górników krytymi darniną, jest wprost stworzone do portretowania. To przecudne miejsce - jedno z najurokliwszych w całej Norwegii...

 Do tego miejsca przywędrował kiedyś malarz... Nazywał się on Harald Oskar Sohlberg.

 Sohlberg przyszedł na świat w 1869 roku w Kristanii (o, i jest przy okazji rocznicowo - 29 września miną jego 140 urodziny), w bardzo wielodzietnej rodzinie... Początkowo przyszły artysta kształcił się na teatralnego dekoratora w Den Kongelige Norske Tegnskole, zaś po jej ukończeniu poszerzał swoją wiedzę i rozwijał malarskie zdolności najpierw u Svena Jørgensena w Skagen, a potem w szkole Kristiana Zahrtmanna w Kopenhadze, wreszcie w szkole Sztuk Pięknych w Waimarze pod okiem samego Frithjofa Smitha...

 W sumie to przypadek sprawił, że Sohlberg, ten wspaniały, neoromatyczny pejzażysta, jeden z najświetniejszych w historii norweskiego malarstwa, który pozostawił po sobie m. in. niezwykle nastrojowe obrazy wspaniałych gór Rondane, trafił do tego górniczego miasta... Właśnie stamtąd, z Rondane, z tego świata wyniosłych szczytów, wąskich dolin, rwących potoków przybył do Røros. Jego żona oczekiwała dziecka, potrzebowała opieki lekarskiej... Było to w 1902 roku. Malarza zrazu ogromnie zainteresowała tamtejsza społeczność robotników, a jeszcze bardziej otoczenie, w jakim żyli... To tam właśnie powstały jego najsłynniejsze i chyba najpiękniejsze dzieła...

 Pobyt w Røros nie trwał długo. Nie było to jednak najlepsze miejsce do życia dla artysty. Choć tak niezwykle inspirujące, wpędziło malarza w długi i nie najlepszy nastrój... Sztuka jednak zyskała bardzo wiele... I dziś, gdy wymienia się jego nazwisko, zaraz pojawiają się charakteryzujące go słowa: malarz Røros i gór Rondane...

Røros. Mal. Harald Sohlberg.

15:42, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
Jeszcze jeden Sohlberg

 Ten obraz zawsze robi na mnie wrażenie. Jasna noc nad misateczkiem. Jak zwykle u Sohlberga jest ten niezmącony spokój. Na jego obrazach jest po prostu jakaś wręcz nierzeczywista cisza... Sohlberg zawsze protestował, kiedy ktoś próbował go łączyć z innymi artystami, gadać coś o jakichś wpływach... Nie, on wszystko brał z siebie, z własnego wnętrza. Potrzebował pejzażu, tego pierwszego wrażenia, by dzięki niemu opowiedzieć coś o sobie, o własnej duszy...

 Na pierwszym planie tonące w cieniu cmentarne krzyże... Niżej jest coraz jaśniej. Miejsce życia i pracy - w błękitnej poświacie... Mały krąg ludzkiego istnienia... Pomiędzy światami żywych i umarłych kościół... Wszystko blisko, w zasięgu ręki...

 Można godzinami patrzeć na to dziełko... I dumać...

15:42, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
czwartek, 10 września 2009
Ameryka

 I tak płynie czas... Wrzesień po wrześniu... I z każdym rokiem człowiek, miast się do przemijania przyzwyczaić, dziwi się jednakowo - wierzyć się nie chce, to już tyle lat?

 Jutro kolejny 11 września... Osiem lat od tamtego amerykańskiego dramatu... Każdy chyba dokładnie pamięta tamten dzień, pamięta co robił, kiedy dotarła do niego wieść o nowojorskiej tragedii...

 Jakiś czas po tym straszliwym zdarzeniu zorganizowano koncert dla Nowego Jorku. Chyba najbardziej niezwykłym i poruszającym momentem tamtego wieczoru był Bowie śpiewający przy akompaniamencie grającej zabawki "Amerykę" Paula Simona...

Let us be lovers we'll marry our fortunes together.

I've got some real estate here in my bag.

So we bought a pack of cigarettes and Mrs. Wagner pies,

And we walked off to look for America.

(...)

 

12:43, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2