BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
czwartek, 30 września 2010
Celna leworęczność 11 (Duży Książę)

- Może Książę nie powinien jeszcze wychodzić? - Tak? - Za chwilę będzie pociąg. Chyba nie chce się Wasza Wysokość spotkać z pasażerami? - Wszystko mi jedno. - Ale mnie nie jest wszystko jedno. - Przykro mi, że zakłóciłem ci twój spokój. - Trudno, stało się - mówi Leo i zeskakuje z parapetu. - Może jednak napije się Książę ze mną piwa? - Niech będzie - odpowiada Książę wzruszając ramionami. - Czytał już Książę? - pyta Leo wracając z butelkami i poranną gazetą, którą rzuca niedbale na biurko. - Nie wiem czy dobrze postępuje decydując się na powrót. - Kto, Aubrey?  Chyba wszystko popsułem... - Sam chciał. O ile sobie przypominam, miał żal, że zainteresowania Waszej Wysokości znacznie rozmijają się z jego oczekiwaniami... Tak mi się zdaje. - Rozmawialiście o tym? - Zmęczyła mnie jego obecność. - Ach tak... - A teraz wypisują jakieś głupoty. Trochę to dziwnie wygląda - jakby Książę rozglądał się za mężem dla... - Może już nie kończ. - Tak, tak, bywają czasem problemy z odnalezieniem odpowiednika... Gubię się czasem w językowych formach... - Nie musisz być chyba taki złośliwy. - Wszystkiego mogłem się spodziewać, ale nie tego, że wtargnie do mego jaskółczego gniazda głowa państwa, o której na dodatek czytam w gazecie, i to nie w rubryce towarzyskiej, tylko na pierwszej stronie, jednak w artykule całkiem towarzyskim. - Taki niezwykły jest twój kolega. I najwyraźniej mu zazdroszczą. - Księcia to nie martwi? - Martwi. Księżna nie zjadła z tego powodu śniadania. - I na dodatek takie szczegóły. Proszę wybaczyć, ale mnie to przerasta. - I mnie czasem brzydko pachną nogi - zauważa Książę unosząc brwi, jakby trochę zdziwiony swoimi słowami. - Tak - wzdycha Leo i przysysa się na chwilę do butelki z piwem. - Nie uważa Książę, że takie wyznania mogą być... bo ja wiem - niebezpieczne? - Przychodzę tu jako przyjaciel. -- Leo kręci głową z niedowierzaniem i wpatruje się w nasyp po drugiej stronie stacyjki. Zauważa, że w plątaninie zeschłych zeszłotrocznych badyli porastających stromą skarpę pojawiła się już pierwsza wiosenna zieleń. Na tor wjeżdża pociąg. Nikt z niego nie wysiada, nikt nie wsiada. Książę podchodzi do okna. - Tyle było obaw. - Mało ludzi jeździ. Zwłaszcza o tej porze. Są takie plany, by w ogóle zrezygnować z tej linii. Od niej zależy moje życie. - Proszę się tym nie martwić. - Proszę mnie lepiej nie przerażać. Chyba że Książę ma na myśli dotowanie tego połączenia... Byłoby to wzruszające. - W sumie to bardzo sympatyczne miejsce. - Tak, zupełnie na krawędzi. - Czego? - Niczego. Teraz sobie wyobrażam... Ba - wyobrażam sobie - wiem dokładnie, że za tym nasypem nie ma nic. Wiem, bo to sprawdziłem... Gdzieś indziej jest nic. Czy Książę nie ma tego poczucia, gdy pomyśli o ozdobnym ogrodzeniu swych pałacowych ogrodów? Czy przypadkiem nie przylatują tam ptaki zupełnie znikąd? O czym się Książę teraz przekonuje? - Masz dużo racji, drogi Leo. Naturalnie. Nic tu nie ma, chociaż piwo smakuje podobnie... Chyba nie możesz powiedzieć, Leo, że uciekłeś? W świetle tego... - Tak, tak, tak, tak... Rzeczywiście. -- Pociąg rusza. Stukot kół szybko niknie w oddali i znów zapada błoga cisza. - Tylko książki pisać w tym spokoju. - Można by było to robić. Ale wszystkie książki zostały już napisane - mówi Leo. - Mam podejrzenie, że gen... - Niech Książę nie przesadza... - Myślę, że pański dziadek by się ucieszył... - Dużo mu z tego zostało. Odkrył z pewnością, że stał się ledwie przypisem do czegoś, co niestety pierzchnęło bez śladu... Został tylko strzępek człowieka... Co to było, co to było? - musiał sobie myśleć. Skąd ja się urwałem, gdzie reszta? I poszedł sobie. - Tak pan marnuje czas. Przecież pan jest młody! Nie do wiary... - Niech się Książę o mnie nie martwi. - Ale Aubrey coś mi kiedyś mówił... - Ja naprawdę nie mam nic do powiedzenia. Choć oczywiście - tak, tak; czytając Anne Ragde można dojść do przekonania, że hodowanie świń jest najcudowniejszym zajęciem pod słońcem... Naprawdę Waszej Wysokości potrzebne są jakieś niebywałe zjawiska? - Zawsze martwią mnie życia, które jak woda wsiąkają w piach. - Też się Książę ma czym przejmować... Pusto jest. Droga wolna. Jak dla mnie za dużo już tej dziwności. - Tak. Ja też się czuję dość dziwnie. Wszyscy chłopcy Howarda muszą kończyć marnie. - Może z punktu widzenia Waszej Wysokości... Skoro Książę przyszedł tutaj jako przyjaciel, to ja Waszej Wysokości poradzę coś po przyjacielsku: Niech się Książę... - Odpierdoli. - Nie chciałem być tak obcesowy - śmieje się Leo. - Czas już na mnie. - Wszystko się pewnie ułoży. - Można się zakochać w tej ciszy. W kieszonkowym życiu. Hm, może Aubrey też zrozumiał... - Może zrozumiał. To miejsce jest rzeczywiście zachwycające. Nigdy mi się nie znudziło, tyle że gdy teraz na nie patrzę, coś tak w środku boli, coś jakby tęsknota... - Mimo wszystko dziękuję, że zechciałeś mi, Leo, poświęcic trochę czasu. - Przydało się to na coś? - Może dojdę kiedyś do przekonania, że się przydało. Zresztą... Gdyby brać pod uwagę znaczenie porzywidzeń. Nie wiem, czemu widziałem, czemu widzieliśmy tu tyle dziwnych rzeczy z Aubreyem... Może więcej jest w tym nadziei dla ciebie, Leo... Będzie już tylko wspomnienie, żadnych negatywnych emocji, tylko własna bajka. Słodka, cicha samotność pamiętania... Mam dreszcze, kiedy o tym myślę. - Co Książę chce powiedzieć? - Co szykuje los? Może on o tobie nie zapomniał. Może to ty jesteś tym, któremu szykuje największą niespodziankę. Niech pan czeka. - Mówiłem, cały czas czekam. Na śmierć. - Niech pan... Żegnam pana, panie Leo - mówi Książę i wybiega z pokoju. Przy drzwiach orientuje się, że ciągle trzyma w dłoni butelkę z piwem, którą z wyrazem obrzydzenia odstawia na półkę z butami... -- - Ruszaj, ruszaj, Dino! - krzyczy gramoląc się do powozu. - Dokąd? - Nie wiem. Zastanowimy się po drodze. Może najpierw jakiś sklep z alkoholem. Mam ochotę na coś mocniejszego. Tylko, hm... Jak na człowieka skrajnie bogatego przystało nie mam przy sobie pieniędzy. W końcu bogacz z czymkolwiek, czym można płacić w sklepie, jest kimś nieskończenie absurdalnym. - Ja mam parę groszy. Jestem biednym chłopakiem, a biedni z reguły mają przy sobie trochę pieniędzy. - To cudownie! Naturalnie ty zrobisz zakupy. Nie chcę już tutaj wywoływać popłochu. A poza tym czułbym się idiotycznie płacąc banknotami, na których widnieje moja twarz. To byłaby przesada. -- Dino spełnia życzenie Księcia i przynosi ze sklepu niewielką butelkę whisky. - Jesteś cudowny! Oczywiście jeszcze dziś zwrócę ci pieniądze. A teraz ruszajmy. Chcę się dostać do domu na tamtym wzgórzu. - Może być ciężko. Tamtejsza droga zrobiła się zupełnie nieprzejezdna. - Co ty powiesz? Jest aż tak źle? Wiesz coś może o człowieku, który tam mieszka? - To jakiś dziwak. Nic bliżej nie wiem. Ostatnio ktoś tam umarł. - Tak, tak, o tym akurat wiem... To straszne. Nieprzejezdna droga... Dobrze, podwieziesz mnie, jak daleko się da, a potem pójdę piechotą... -- Dino zatrzymuje konia w miejscu, gdzie droga zamienia się we wstęgę błota wijącą się pośród starych, srebrzystokorych buków. Książe wysiada ściskając w dłoni butelkę. - Nie czekaj na mnie. - Co mam powiedzieć panu Luce? - Nie wiem. - Będą się gniewać. - Proszę... Jedź już... -- Książe wciąga w płuca ciężkie, wilgotne, zimne powietrze przesycone zapachem gnijących liści. "Kiedy ja byłem ostani raz sam w lesie? Książe jest taki biedny. Zawsze ktoś musi być koło niego. I niczego nie może ukryć". -- Droga jest niemiłosiernie grząska i bezlitośnie babrze drogocenne buty Księcia. Ale co tam. Ważne, że może być wreszcie sam, choć na chwilę. Wreszcie nastał ten wspaniały moment, kiedy nikt na całym świecie nie ma pojęcia, w którym miejscu dokładnie się znajduje. Whisky smakuje wybornie i przyjemnie rozgrzewa gardło. Jeszcze łyczek. Jeszcze. Mmmm... Idąc pod górę i popijając przygląda się roślinom gotującym się do wiosennej zieloności. Tylko patrzeć, jak rozprysną się ich nabrzmiałe, lepkie pąki uwalniając świeże, lśniące listki. Niech no tylko zaświeci słońce!!! -- Widać już dom, bardzo zniszczony, z łuszczącą się farbą na ścianach. Książę przystaje na chwilę, nasłuchuje i patrzy z oddali. Jeszcze raz odkręca butelkę, by się napić. Już chce zwilżyć gardło, gdy nagle do jego uszu dobiegają krzyki. Przykuca lekko, by lepiej widzieć, co się dzieje. Dostrzega biegnącego Aubreya. Za nim jest jeszcze ktoś, kto najwyraźniej go goni. "To musi być Petrus"... Drugi mężczyzna coś krzyczy. Wygląda na wściekłego. W dłoni ma jakiś błyszczący przedmiot, z którego mierzy do uciekającego. Książe patrzy jak zahipnotyzowany. "Co się dzieje?" Nagle leśną ciszę rozbijają strzały - jeden, drugi, trzeci... - C... Co? Książe zrywa się do biegu. Gubi butelkę, zaczepia rękawami o kolczaste krzaki, omal nie upada zaplątując się nogą w jakieś powiązane na supeł trawsko. - Nie strzelaj!! Nie strzelaj, idioto!!. -- Mężczyzna w grubej kraciastej koszuli odwaraca się w stronę biegnącego Księcia. Jest zdyszany i zaskoczony jego obecnością. Zdaje się, że chce wydobyć z siebie jakiś głos, lecz najwyraźniej struny głosowe odmawiają mu posłuszeństwa. Rzuca rewolwer na trawę. Chce uciekać, ale uczyniwszy kilka kroków, zawraca. Łapie się za głowę patrząc w stronę leżącego Aubreya. - Boże, coś ty zrobił? Coś ty zrobił? Zabiłeś go? Po prostu go zabiłeś?...  - Niech pan stąd idzie! - wrzeszczy roztrzęsiony Pertus. - Proszę, niech pan stąd idzie. Niech pan idzie. Ja... - Mam sobie pójść, durniu?!! -- Książę, nie posiadając się z wściekłości, rusza w kierunku Pertusa, który zaczyna ryczeć jak opętany. Dopiero silny cios w twarz odbiera mu głos. Oszołomiony patrzy na Księcia. Sięga językiem do strużki krwi płynącej z nosa. Jego oddech się uspokaja, staje się głębszy i bardziej równomierny. - Nie chciałem, przecież nie chciałem...

CDN

17:07, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
środa, 29 września 2010
Sigrid forteller

O jej, tyle rzeczy by tu trzeba było pokontynuować... O wikingu, o Księciu. Ale dziś, korzystając z chwili czasu, wrócę jeszcze do Sigrid Undset i jej "Olafa", bo znalazłem w nim historyjkę, która mnie rozbawiła...

 Mało mam ostatnio czasu na lektury dla przyjemności, ale to może i lepiej, bo tak sobie pomalutku kroczę przez karty opowieści o Olafie, o tych jego osobistych powikłaniach życiowych... Z prawdziwą radością to robię... Są takie książki, które nigdy się nie starzeją, z którymi spotkania są zawsze jednakowo miłe... Przypominam sobie postaci, zdarzenia... Już wiem, czemu mi utkwił w pamięci życzliwy Olafowi Arnvid... No jasne - przecież Arnvid był inny, okazujący współczucie ludziom i zwierzętom, był łagodny i patrzył tak dziwnie... Miał jakąś słabość do Olafa, podziwiał jego urodę... Jego życiowe plany zostały pokrzyżowane - chciał poświęcić się Bogu, a rodzina zmusiła go do małżeństwa i przedłużenia rodu, jego, któremu życie rodzinne nie było w smak. Ożenił się, spłodził dzieci... I owdowiał, co przyniosło mu pewną ulgę. Już dalej nie myślał o ożenku... Miał jednak nadal pecha, bo kiedy już bliski był święceń, kiedy zaczęło się spełniać jego marzenie, zmarł nagle... Choć nie jest to powiedziane wprost, łatwo można odgadnąć, że stale był posądzany o homoseksualizm... A raz nawet takie posądzenie skończyło się rąbanką w wikingowym stylu, i to podczas gościny w hamarskim klasztorze... Einar, krewniak narzeczonej Olafa, zaczał sobie po pijaku żartować z Arnvida i jego przyjaźni z "jasnowłosym chłoptysiem"... "Słyszeliśmy przecie to i owo o takiej przyjaźni"... Tak, tak, zwłaszcza Einar mógł coś na ten temat powiedzieć, bo ponoć jemu samemu takie przyjaźnie obce nie były... Olaf nie wszystko załapał, ale widział, że jego przyjaciela krewniacy Inguny traktują z ohydną pogardą... Rzecz cała skończyła się awanturą - Einar dostał w plery toporem i już się nie podniósł, co niestety jeszcze bardziej skomplikowało sytuację Olafa...

 Olafowi ciągle los rzucał kłody pod nogi... Cudze nieszczęście cieniem się na jego własnym losie położyło... Dawne wypadki splotły się z jego życiem... Chował się od dziecka na dworze Steinfinna, ojca Inguny, którą już w dzieciństwie uczyniono narzeczoną Olafa. Wszystko układało się wspaniale, aż do pewnego wypadku, kiedy na dwór zjechał pewien mężczyzna srodze kiedyś zraniony... Steinfinn w młodości zakochał się w dziewczynie przyrzeczonej innemu. Miłość była tak silna, że malowniczo uprowadził swoją ukochaną... Kłopot się zrobił, jednak ugodzono się i Steinfinn mógł ze swą panią pozostać... Ale dawnego narzeczonego krew zalała i płazem takiej zniewagi nie puścił... Pamiętliwy był i pewnej nocy wtargnął do domu szczęśliwych małżonków. Wywlókł z małżeńskiego łoża Steinfinna i go okrutnie upokorzył; bezbronnemu i gołemu łaskawie podarował swoją dawną narzeczoną... To zmąciło zupełnie spokój na Frettastein. Już nic nie było jak dawniej... Wiele czasu upłynęło, zanim Steinfinn zdołał pomścić tę hańbę... Zgładził w końcu nocnego najeźdźcę, lecz sam został ranny i już długo nie pożył... A Olaf został sam, wśród wrogich sobie ludzi, którzy przyrzeczonej Inguny oddać raczej nie chcieli, bo mieli już na oku małżeństwo lepsze, bardziej odpowiednie dla jakichś planowanych politycznych harców... Stało się jednak tak, że Olaf uległ wdziękom Inguny, tak więc rzecz się z punktu widzenia jej krewnych skomplikowała... Grzech się zrobił, ale nie tak duży, bo jeśli zrobili to narzeczeni, można było na rzecz popatrzeć przez palce, zapłacić Kościołowi (ach, te duchowne interesiki) i wszystko wyprostować urządzając zaślubiny... Olaf sobie swe prawa zaklepał... Miał jednak dużo spraw do załatwienia - trzeba mu było zadbać o swe sprawy majątkowe, zapłacić jeszcze za Einara... Kiedy Olaf ruszył w świat, jego Inguna czekała nań u krewnych. Czekała i czekała, marzyła o Hestviken, o przyszłym życiu... Aż się zjawił wesoły Islandczyk Teit. Rozrabiaka, włóczykij, przeuroczy i wesoły chłoptyś, idący przez życie swobodnie i bez lęku, wykształcony, biegły w pisaniu, znający się na księgach i starej literaturze... I tak się zakręcił, że zrobił Ingunie dzidziusia... Straszny był to cios... I rzecz skończyła się kolejną zbrodnią, bo Olaf uroczego Islandczyka zabił na odludziu... Po tym wszystkim życie ruszyło ponurym nurtem... Żal, smutek, i ciężki grzech nie wyjawiony... Upragnione małżeństwo stało się ponurą drogą przez mękę... Jego synowie wyłaniali się z mroku, by zaraz w mrok się przenieść... Tylko syn Teita rósł sobie zdrowo jako mała kopia swego urokliwego taty... Olaf wziął go do siebie - zrobił to dla Inguny, która usychała z tęsknoty za nim... Ciężko na duszy było im bardzo - wiele złego narobili, a tu na dodatek jeszcze chrześcijanami być im przyszło, małymi, udręczonymi, przytłoczonymi jakimiś wmówionymi zewnętrznymi siłami...(Jakże łatwiej było wikingom z ich obyczajową swobodą, jakże lżej było wikingowym kobietom, którym łatwiej było o swym losie decydować... Człowiek jeszcze nie był taki spaskudzony...) I jeszcze w to wszystko wpadł raz wielebny Hallbjörn ze swoją opowiastką... Biednemu Olafowi narzeczona się puściła, cudzego syna musiał chować, duszę jego obciążało skrytobójstwo, a ten wyjechał z dowcipną historyjką... Bardzo mi się ona spodobała i ją w tym miejscu przytoczę:

 Pewien bogaty kupiec wyruszył w podróż i przez trzy lata wędrował po świecie. Każdy więc może łatwo osądzić, czy był bardziej zdziwiony, czy też uradowany, kiedy po powrocie zastał swą małżonkę w łożu, a u jej boku maleńkiego synka liczącego miesiąc życia. Żona kupca była sprytną niewiastą i miała głowę na karku, rzekła więc: "Wielki cud stał się ze mną. Bardzo tęskniłam za tobą, mój małżonku, podczas gdy podróżowałeś i byłeś z dala ode mnie. Pewnego dnia tej zimy stałam w drzwiach domu pod zwisającymi z dachu soplami lodu. Ułamałam jeden i ssałam go, cała w tęsknocie i najgorętszym pożądaniu. I wówczas poczęłam to dziecko. Osądź sam, czy to nie ty, lecz kto inny jest jego ojcem. Dałam mu na imię Jökull (czyli sopel lodu)" -- Kupiec musiał się tym zadowolić. Był pełen dobroci dla tej kochającej żony i zdawał się uradowany synem Jökulem; ilekroć bawił w domu, chciał mieć zawsze chłopca przy sobie. A gdy Jökull skończył lat dwanaście, ojciec wziął go ze sobą w podróż. Pewnego dnia, kiedy znaleźli się na pełnym morzu i Jökull stał oparty o burtę, kupiec stanął za nim i gdy nikt tego nie widział, pchnął go do wody. -- Powróciwszy do żony, oznajmił ze smutną twarzą i łzami w głosie: "Wielkie spotkało nas nieszczęście i okrutną ponieśliśmy stratę, moja najmilsza. Jökull nie żyje! Wiedz, że podczas morskiej ciszy nasz okręt stał na morzu, dzień był upalny i słońce paliło. Jökull przystanął na pokładzie z gołą głową. Prosiliśmy go serdecznie, aby osłonił czymś głowę, ale nie chciał nas słuchać. Nagle rozpłynął się w słonecznym żarze i z naszego Jökula nie pozostało nic prócz mokrej plamy na deskach..." :-))

15:52, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
piątek, 24 września 2010
Szczęście Misia

nie polega na niczym szczególnym. To po prostu radość z bycia Misiem. Ale nie, że takim misiem - grubciem kudłatym, bo ja jestem taki Misio od imienia - Misio, Misza, Miszka. :) Bo gdzie mi tam do niedźwiadka - grubcia z moimi nędznymi osiemdziesięcioma pięcioma centymetrami w pasie... - Trzymajcie mnie - zawołał wczoraj Franio w sklepie, kiedy mnie pani mierzyła... - To źle? - Franio oczywiście musiał wypalić: - Wie pani, ile on żre? Gdzie mu się to mieści?...  --Tak, bo wybraliśmy się na zakupy razem, z nerwów. Miałem wczoraj dość dużo łażenia, snucia się po mieście. Nogi mi do d..., za przeproszeniem, właziły, jeszcze na dodatek przystroiłem swe stopy nowymi butami, z których jeden mnie iście po diabelsku obtarł... No i taki poobcierany i zmachany dotarłem do domu, wyprowadziłem psy, zjadłem coś, wdepnąłem na chwilę do netu... Nagle telefon... Mąż - bo tak sobie opisałem F. w komórce. - No, co tam? - Kwas. - Czyli? - Awantura z szefem. - O co? - No jak, o co, o jajka kwadratowe. - No i? - Kawę piję, jestem zły. - A do domu nie ciągniesz? - Nieee. - Jak to, nie chcesz przyjść do Misia? - Chcę, żeby Misio przyszedł do mnie... Czekał na mnie w poniklowanym kołchozie handlowym. - Chodź, przepuścimy trochę kasy, kupimy sobie coś ładnego. Poprzebieramy się. Może za kowboja? Ja stwierdziłem jednak, że na kowboja się nie piszę, bo mam za małą dupę. - Kuupuię ci spodenki. - Bogowie! - I będziemy się przebierali w jednej przymierzalni. - No nie wiem, nie wiem. - Choodź. Jesień już, coś nowego by się przydało. Powiesz mi, co jest ładne, a ja tobie powiem, co jest ładne. - Teraz? Nóg nie czuję. - Pochodzisz jeszcze, to poczujesz na nowo. - A pokażesz mi ptaszka? - Hm... No dooobra. :) Tak więc się dałem naciągnąć. I między innymi poszliśmy po spodenki. A w spodenkarni stwierdziłem, że się chyba zmierzę. Bo tak czułem, że przynajmniej o centymetr się jeszcze zwęziłem. Pani mi pożyczyła miarkę, ale gdy zobaczyła, jak się do pomiarów zabieram, powiedziała stanowczo - E, daj pan to! Może tutaj lepiej? Co?... Ładnie pachniała. I pierś miała jędrną - wiem, bo się nią o mnie przytarła... Ktoś inny być może doznałby w takiej chwili jakiejś zwiewnej przyjemności... Ale to już zależy od tego, kogo do czego ciągnie. Jednak - tak, tak, to jest ciekawe - pewne części ludzkiego ciała tak w dotyku smakują inaczej, jeśli można się tak wyrazić. Młody cycuszek dziewczęcia albo organ niesforny chłopca, który w dotyku jest zupełnie inny od całej reszty... Taka to przebiegłość natury - specjalne smaczki i uwrażliwiające na nie receptory, pozwalające budować określone wrażenia, rozlokowane wszędzie... Zadziwiająca sprawa... -- Nakupiliśmy trochę rzeczy... I możemy spokojnie iść w jesień. Ale naturalnie nie w jesień życia... Przed nami jeszcze niejedna wiosna. Ja w każdym razie jestem pełen wiary, że tak będzie... -- Niezmiennie wpadam w euforię, bez żadnego chemicznego wspomagania. Jestem oburzająco zadowolonym człowiekiem. :) Trwa dobry czas! Wczoraj tak radośnie fruwałem po mieście, fundując sobie przyjemne w gruncie rzeczy zmęczenie... Słońce, wiatr we włosach, taki delikatny, aksamitny, wiosennie pieszczotliwy (co za radość, gdy można znów wbić się w coś lekkiego, z krótkim rękawem!!). Czasem jak tak śmigam, mam ochotę padać ludziom w ramiona, klepać ich po plecach, tarmosić czupryny... Rzecz jasna aż tak radośnie nie szaleję, na całe szczęście, bo gdybym tak poklepał jakiegoś niedotykalskiego typa albo gdybym zburzył jakiejś pani jej misterną fryzurę, mógłbym dostać po gębie, ograniczam się więc do przelotnych uśmiechów. Niektórzy ludzie na nie odpowiadają. A pewnie uśmiechaliby się jeszcze bardziej, gdybym popełniał czyny, na jakie w radosnych momentach pozwalałem sobie kiedyś tam w przeszłości, kiedy byłem bardziej lekkomyślny, bo potrafiłem na przykład podarować potrzebującej osobie wszystkie pieniądze, jakie miałem w kieszeniach... Raz mnie za coś takiego okrzyczał pewien dawny kolega... Szliśmy sobie wieczorem przez miasto, ja byłem w siódmym niebie, bo przeżywałem taki tam drobny sukces, żarliśmy sobie coś śmieciowatego - jakąś fastfoodową bułę z mięchem... Zaczepił mnie głodny czegoś chłopak... Nie zainteresowała mnie jego potrzeba - wcisnąłem mu tylko w dłoń zwitek banknotów. Nawet nie wiem, ile dokładnie tego było. I usłyszałem - Co ty, k..., robisz? Ileś mu dał, idioto?... Do licha - trochę tego było. I bawiła mnie myśl, że chłopak będzie miał wesołą noc poprzez środki być może potrzebne na coś pomocnego przy autodestrukcji... Musiałem wtedy pożyczyć od kolegi parę groszy na bilet autobusowy.:) Ten sam idiota zresztą pomógł później owemu koledze, któremu tak się nie spodobała moja niefrasobliwość... Nie mam zamiaru mu niczego wypominać, ale dzięki mnie udało mu się przejść przez potworny życiowy dół i zachować dach nad głową - bez wahania pospieszyłem mu z pomocą, po przyjacielsku... I cieszyło mnie, gdy widziałem, jak powoli wychodził na prostą. Niestety, musiałem się też zasmucić, bo koleś postanowił nie kontynuować naszej znajomości. Ale tak to bywa - okażesz serce, a potem zapada cisza... Niczego w sumie nie oczekiwałem w zamian... Myślałem, że będzie jak dawniej, jak zawsze, że będziemy się spotykać, coś tam popijać, gadać, wypadać w góry... Ale trudno. Jego sprawa... Ja się w każdym razie nie gniewam... No, jednak teraz - żeby byo jasne - rozdaję tylko uśmiechy!! :))) --- Tak, łykam sobie każdą chwilkę, chwytam każdy promyk, cieszy mnie każdy zielony listek - trzeba się nimi cieszyć, bo zaraz zaczną zmieniać kolory - ba, już zaczynają zmieniać; brzoza koło mojego domu powolutku, powolutku zapala się już jesiennie... I jak tylko możecie, wy też się cieszcie. I kochajcie się, ile wlezie. Także fizycznie!:) Bo jak się nie będziecie kochać, to potem może być krucho... Tak mi się teraz przypomniała sąsiadka moich dziadków. Ja ją zapamiętałem jako starą wariatkę widzącą duchy i straszącą dzieci... Zaczynała się już bardzo zaniedbywać i coraz bardziej gadała od rzeczy. Skończyła, biedaczka, w jakimś zakładzie dla obłąkanych. Była samotną panienką pochodzącą ze wschodu. Jej mowa była śpiewna... Zajmowała niewielką norkę wydzieloną z olbrzymiego, wypasionego mieszkania w starej kamienicy - tak, to było jedno z tych wręcz pałacowych mieszkań szatkowanych bezlitośnie przez powojenny kwaterunek... (Ach, z tym mieszkaniem to była cała historia, bardzo zabawna i absurdalna...) W latach pięćdziesiątych żyła tam kupa ludzi... I między innymi owa pani, która już tam w swojej norce została na całe lata... Była panienką, ale braną, i to nie przez byle kogo, bo przez księdza... Babcia lubiła opowiadać, jak złośliwy dziadzio postanowił napsuć trochę krwi kryjącym się po kątach kochankom... Dziadzio był cierpliwy. - Poczekaj, poczekaj, ja im pokażę - mówił, na co babcia odpowiadała - Dajże im spokój. Przecie on do niej jako duszpasterz przychodzi, li tylko grzechomierz jej w organizm wpuszcza... - Ja mu tu powpuszczam... Ślubował? -- Pewnego razu dziadzio księżyka przyuważył, zaczaił się więc w ciemnym korytarzyku, i czekał, czekał długo... Wreszcie się doczekał. Księżyk cichaczem chciał się wymknąć i wpadł prosto na dziadka, który zaczął drzeć się jak opętany na całą kamienicę: - AAAAA! Luuuudzie, diabeł! Diabeł czarny! Zabić mnie chciał! Luuuudzie! Diabeł!! - Księżyk podobno spierdalał tak, że omal nóg nie pogubił... Po księżyku już się chyba pani sąsiadce nie przydarzały przygody z Amorem. Dziwaczała coraz bardziej. Duchy koło niej chodziły. I przylatywały do niej też same głowy. Opowiadała: - Głowy dziś latały, głowy. I tu mi robiły - dodawała pokazując miejsce, w którym należało się spodziewać tej straszliwej, ciemnej damskiej otchłani, z jakiej wszyscy wyjrzeliśmy na świat i w którą, w jej przypadku, pakował się kiedyś duszpasterz ze swym grzechomierzem. :) No, tak więc dbajcie o siebie, żeby wam potem starości nie mąciły latające głowy. :)

16:21, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 20 września 2010
Breivik

Tak wpadając na chwilę, zachęcę do odwiedzenia strony pewnego artysty. Autor bardzo ciekawego bloga ( http://cowul.blox.pl ) właśnie się rozgląda po Bergen. I się natknął na Kostkę Breivika. To taka rzeźba - instalacja, która czasowo (na wiosnę i lato) tam zagościła. Ponoć ma ona skłonić nas do pomyślenia o czymś, co nam zawsze towarzyszy, a o czym specjalnie pośród codzienności nie rozmyślamy, o ile nie jesteśmy matematykami. Bo idzie o matematykę właśnie, o te jej równania... Ponoć ta bergeńska Kostka z polerowanej nierdzewnej stali ma znaleźć swoje stałe miejsce w Oslo, gdzieś przy wejściu do Instytutu Informatyki tamtejszego uniwersytetu.

 Bård Breivik - jeden z czołowych artystów norweskich, wystawiający swe prace od lat w wielu krajach, nie zamyka się jedynie w galeriach, bo ze swoimi dziełami wychodzi także w przestrzeń publiczną. U nas chyba nie jest znany, niestety... Tworzy ciekawe rzeczy, na które warto popatrzeć i coś sobie pomyśleć, wszystko jedno, co, bo sztuka przecież daje nam pełną swobodę... A zatem Breivik:

 www.bardbreivik.no

16:07, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
sobota, 18 września 2010
Zwarta maźga słowna o wikingu 1

Odświeżająca się od niepamiętnych czasów zieloność. Ta sama zieloność, chociaż coraz jej dalej od niegdysiejszej dziewiczości. Pośród niej znaki ludzkiej myśli, myśli ubezpieczającej, zabezpieczającej... Bo trza się ogrodzić, bo trza i coś bogom, takim czy innym, postawić... Wszyscy coś zostawiają. Narośl ziemna obwałowań; sylweta katedry po drugiej stronie zatoczki, w okolicach której ponoć do dziś straszy król duński Nils, co po skańskiej bitwie, w której stracił swego syna Magnusa, małżonka naszej Ryksy, córy Krzywoustego zresztą, zbiegł do Szlezwiku głuchy na wszelkie ostrzeżenia. (No, naskoczą mi! Bać się mam garbarzy i szewców? Dobre sobie!... Nie posłuchał i śmierć mu zadali. Takie było zlecenie Eryka Pamiętnego, bękarta nie patyczkującego się z nikim na swej drodze do władzy - tłuc on kazał wszystkich bezwzględnie!... Zabitemu już wiele nie zostaje, tylko straszenie... [Mówią też, że i po polach gdzieś goni z psami, poluje... A skoro mówią, pewnie tak jest... Bo czemu by miało nie być...]); to znów wiatrak całkiem szkaradnie dzisiejszy, biały - cienki słup ze śmigłem... Wiatr wieje, śmigła się kręcą, dębowy, katedralny Chrystus dźwiga swój dębowy krzyż, i dębowo w Niebo wstępuje, milczą sobie ozielenione wały okalające zaczątek... Njapołudniowsze miasto Skandynawii, punkt węzłowy dla międzynarodowego handlu, skandynawskie wrota, bo tuż obok wiódł na północ główny jutlandzki trakt - Droga Wołów przecinająca graniczne umocnienia Danevirke, funkcjonujące między VII a XIII w, przydatne i rozbudowywane także później, bo i w 1864 roku oraz podczas II wojny światowej (ech, ta historia, ten spis ludzkich furii:))... Jeszcze nie tak dawno temu trzeba było się tam całkiem zdać na wyobraźnię. Ale jak się dogrzebano do pamiątek... A wygrzebano ich mnóstwo, bo grubo ponad trzysta tysięcy... Wikingowie i przybysze z rozmaitych stron... Taki przypadek to szczególny, wyrosły pośród dzikości, dziewiczą puszczę mający za sąsiadkę. Dobry punkt - koniec wąskiej zatoki wcinającej się głęboko w ląd, skąd niedaleko do rzeki wpadającej do szumiącego po drugiej stronie półwyspu Morza Północnego. W tym punkcie nie zamieniła się wsiowość w miejskość, ale na odwrót - to Hedeby spowodowało, że się dzicz zamieniła w coś rolniczo zagospodarowanego. Zastukało Hedeby do drzwiczek historii w 804 roku. Frankońskie roczniki państwowe podają, że z wojskiem przybył tam król Godfred. Cztery lata później ten sam Godfred  rozwalił handlowy ośrodek Reric, skąd przeniósł kupców do Hedeby i od tamtej chwili żyło sobie to miejsce aż po kres epoki wikingów - a do dziś żyje jego kontynuacja - Szlezwik. Ten przedział czasowy życia miasta, znany z dokumentów, mniej więcej pokrywa się z informacjami, jakie podały znaleziska - wygrzebane resztki budowli, zbadane, opowiedziały, że najstarszy okruch pochodzi gdzieś tak z 811 roku, najmłodszy zaś z 1020... Zrobił się tam punkt o magnetycznej sile. Taka zwyczajna to rzecz... Trza do Hedeby - na zarobek - z niewolnikiem, błyskotką, skórą, futrem, orzechem (ło Jezu, co tam orzechów nawieźli, ale nie po to, by je jeść, ale żeby farbować materiał na ciuchy, bo wiking - o, wiking to się lubił wystroić, o czym tu, mam nadzieję opowiem, o ile zdołam dobrnąć do tego :-) albo z umiejętnościami.  Tam zaczęto tłuc pierwsze skandynawskie piniondze, tam się mody wymyślało, tam się dłubało rzemieślniczo na wielką skalę: szyło się buty, robiło pierdoły ozdobne z kości, bursztynu, rogu: grzebyki, igły, piszczałki; toczono drewno, kuto żelazo, kwitło też wspaniale złotnictwo, prowadzono stocznię remontową... Dawny port Hedeby okazał się skarbnicą. Śmietnik nieziemski - nagubiono i nawyrzucano tam rzeczy bez liku, dzięki którym wiemy... jak w sumie bardzo podobni do nas byli tamtejsi ludzie... Łaskawe warunki przechowały wiele cennych rzeczy, na przykład zużytą odzież, którą wykorzystywano jako szmaty do smołowania okrętów. No i resztki samych statków się odnalazły: a to szykownego okrętu wojennego, a to frachtowca wielkiego... Resztki skałaniają dziś ludzi do czynienia drobiazgowych rekonstrukcji - właśnie statków, a także domostw - taka moda dziś, by pokazywać, jak to dawniej było, jak się żyło, jak się jadło, jak się walczyło, co się nosiło... Jak się żyło? Dość skromnie, bo kto wtedy skromnie nie żył? Nawet najlepsze domy nie byłyby dla nas zbyt wygodne. Wieczny półmrok wypełniał ówczesne chałupy, bo otworów było w nich niewiele poza drzwiami i dymnikiem. W zimie, kiedy dużo czasu spędzało się pod dachem, mieszkańcy byli notorycznie podtruwani dymem z palenisk. I, biedni, musieli chronić się na podwyższeniach, żeby uniknąc przeciągu i żeby nogi nie marzły - mieszkalne części domów ciągnęły się zazwyczaj wzdłuż ścian, a ich podłogi uklepywano nieco wyżej od komunikacyjnych ciągów... Pamiątki. Jakże bywają niekiedy zaskakujące. Raptem bardzo dawno przemienia się w ledwie wczoraj, ze względu na świeżość zachowanych śladów. Tak stało się na przykład w jednej z duńskich miejscowości, kiedy spod łachy piachu naniesionego przez jakąś pradawną burzę wyłonił się fragment pola z epoki wikingów - wyglądało ono tak, jakby dopiero co ktoś z niego zszedł po zakończeniu orki, zobaczono bowiem wyraźne odciski stóp ludzi i zwierząt, a nawet ślady kół jakiegoś wozu... Jacy byli? Zapominając o ich wojenkowych wyprawach, które były tylko cząstką ich dziejów, spośród odnalezionych przedmiotów wyłaniają się zwyczajni, spokojni, pracowici ludzie o podobnych do naszych zamiłowaniach i słabostkach... Lubili mieszkać z psami i kotami. Siali, kopali, polowali, grali w bierki, mieli swoje sporty, chlali, żarli dość podobnie - chlebek, rybka, produkt mleczny, owoc. Lubili chrzan i musztardę - tak w każdym razie twierdzą uczeni wygrzebcy ze słynnego Osebergu... A kobity szyły i szyły.:) No i rzemiosło - arcymistrzostwo w produkcji jednostek pływających, znakomite osiągnięcia w zdobniczych sztukach, które do dziś zachwycają i zdumiewają... Hedeby słynęło właśnie z rzemiosła. Śliwkowe Hedeby - bo ponoć rosło tam dużo tych drzew... Śliwkowe i oczywiście pełne nierówności. Świadczą o tym groby - proste i jakby odzwierciedlające życie w niewielkich domach Hedeby. Ale znaleziono też i bogate komory grobowe, a nawet grób iście książęcy, łodziowy, z mieczami i innymi rycerskimi akcesoriami... Jak się prezentowali wikingowie? Byli trochę mniejsi. Miewali kłopoty z artretyzmem, ścierały im się zęby, ale znacznie rzadziej dokuczała im próchnica, tak więc dentysta nie miałby u nich zbyt wiele do roboty i majątku by na ryjogrzebstwie nie zbił. Czy ich życie było jakąś burzą? Raczej nie. Wśród kościotrupów z epoki nieliczne noszą ślady jakichś stłuczeń, cięć, rąbań, mówią więc te kościotrupy coś innego niż poezja skaldów, runiczne kamienie i sagi. Ci ludzie po prostu zazwyczaj rodzili się i umierali, nie zaś ginęli bohatersko. Ich budowę cechowała harmonijność. Kobiety były równomiernie obciążone. Mężczyźni zaś mieli trochę dłuższe prawe ramię... Chłopcy. Dla nas naturalnie znacznie ciekawsi... Chociaż, chociaż - jaki ładny opis średniowiecznej baby znalazłem przypominając sobie historię o Olafie Sigrid Undset; Olaf słucha opowieści o przodkach i oto co usłyszał: "Co do babki, nigdy nie była urodziwa. W tym czasie, kiedy ją pamiętam, była tak wielka i tęga, że przez drzwi nowej izby musiała przechodzić bokiem i zupełnie zgięta. Była o pół głowy wyższa od synów, a i ci byli wysocy. Ładna nie była; miała nos tak ogromny i krzywy, że nie wiem, z czym mógłbym go porównać, oczy niby jaja mewie, podwójny podbródek zwisał jej aż na piersi, a te znów sięgały do brzucha.:)" Co za ulga, gdy się pomyśli, że chłopcy nie przechodzą aż tak wstrząsających przeobrażeń, by dojśc do takich efektów. :) A więc chłopcy. Byli zadbani. Prawdziwi dandysi. Troszczyli się o włosy, o zarost. Nawet niezamożny chłopak musiał mieć choćby skromny grzebyk. Dbali też o pazurki. A pewien Arab, który dotarł kiedyś do Hedeby, zanotował, że zarówno mężczyźni jak i kobiety nie stronią od tuszu do powiek, który sobie tam na miejscu sporządzają. Często się też myli, choć nie dość często w oczach muzułmanina, bowiem jeden z arabskich posłów - znamy donosiciela z imienia - Ibn Fadhlan - stwierdził, że wikingowie to stworzenia paskudne, bo po sikaniu nie myją rąk, a jak se pójdą pociupciac, to też się tak zaraz za wodą nie oglądają. Słowem - fe!... Tak, w ogóle fe... Z pewnością tłoczne Hedeby nie przypadłoby dzisiejszemu mieszczuchowi do gustu - latem na pewno urwałoby mu kinol... Chłopak lubił się dobrze ubrać. Dobrze i kolorowo... Bo w ogóle ich świat był dość kolorowy... Lubił się pokazać, dać dobrym ciuchem i ozdobą do zrozumienia, że sroce spod ogona nie wypadł. Taka sobie próżność. Włosek uczesany (modne były długie grzywy opadające na ślepia i wygolone karki), ciuszek... Ponoć zagraniczne panny patrzyły na północnego chłopaka bardzo pożądliwym okiem!! A niejeden zagramaniczny chłopak, którego gdzieś w świat ciągnęło, słyszał od swego rodziciela: Trzymaj ty się zwyczaju twych ojców i wystrzegaj się duńskiej mody!!!... Ach, co za ludzie. Mistrzowie w stylowych mieszankach, wędrowcy... Świadectwa swych światowych kontaktów nosili na sobie - na czapeczkach, na kurteczkach... Kto miał grosz, nie szczędził go na łaszki, na dobre buty, naprawdę dobre buty, na biżuterię - co ciekawe biżuterię użytkową, bowiem bardzo rzadko noszono coś tylko dla samej ozdoby - tu zawsze dominowało wyczucie... Istnieje takie przekonanie, że wiking był kretyńskim zbójem obwieszonym wszystkim, co zdobył na łupieżczej wyprawie. Nie, to co zwinął, to był pieniądz, za który dopiero coś sobie można było zrobić. Mieć dobrą klamrę zrobioną przez mistrza, spinkę do płaszcza itp... Pierścienie były rzadkością, kolczyków ówczesna kultura skandynawska nie znała - one tak od Słowian się przyplątały - naszyjniki i inne pierdółki, jeśli je noszono, to bardziej jako takie podręczne skarbonki, z których można było coś ułupać... Można zaryzykować stwierdzenie, że byli prawdziwymi kreatorami mody, na których patrzono z podziwem... Nosili fajne buty. Dużo wiemy o ich obuwiu - sporo ich butów się zachowało... Trochę mniej wiemy o ubiorach, ale znaleziska, różne strzępy odkryte a to w Birce, a to właśnie w Hedeby oraz zachowane wizerunki, dają pewne wyobrażenie... Buty były rozmaite - a to trzewiki, a to takie do kostek (bardzo fajne, nadające się nie tylko do rekonstruowanych strojów, ale i świetnie, moim zdaniem, komponujące się z dzisiejszymi łachami - można sobie takie zamówić, bo szyje się je ciągle) no i też całkiem wysokie... W spodniach też trochę się działo - długie, wąskie, sięgające kostek; obowiązywały też takie do połowy łydki, nieco szersze, a także bardzo szerokie, o nogawkach sięgających pod kolana, gdzie były przewiązywane jakąś tasiemką (w Hedeby znaleziono takie, zrobione z cieniusieńkiej krepy). Do krótszych spodni można było ubrać pończchy czy też długie skarpety... A wyżej... Wyżej tunika albo koszula plus niekiedy podkoszulek... Koszule bywały luźne albo ściśle przylegające do ciała. Do tego czasem pas. Czapeczki. Niekiedy spiczaste. Opaski na głowę. No i płaszcze. Czworoboki materii zakaładane tak, by prawa ręka była swobodna, tak na wypadek, gdyby trzeba było sięgnąć po miecz. I do tego rozmaite dodatki, błyskotki, opaski z drogocennych jedwabi... No i też futra, którymi świat się zachwycał... A szwedzcy wikingowie ponoć lubowali się w kurtkach i czapeczkach do kompletu ozdabianych złotymi nitkami, pełnych orientalnych akcentów... Naturalnie można by było wdać się w szczegóły, ale mało tu miejsca... Dziś niech będzie tyle - wystarczy słabostka jedna - łaszki, w które sami się lubimy pakować. Tak jak lubimy rąbnąć sobie na łapkę markowy czasomierz - niech widzą, żeśmy nie takie jakieś byle co... Z tych samych powodów tamci lubili błysnąć dobrą klamrą... My, jeśli nas tak za bardzo na to i owo nie stać, sięgamy po podróbki jakieś. Nie inaczej było u wikinga - rynek zalewały różne taniochy, pozłacane tylko świecidełka, tańsze paciorki, tak żeby i mniej zamożny też se trochę mógł pobłyszczeć. :) O innych rzeczach wkrótce, bo już się tu nie pomieszczę... Wolnymi krokami dojdziemy do wieczności... A potem jeszcze powędrujemy w czasie, by spotkać się z pewnym cierpiącym bogiem... :)

16:31, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 14 września 2010
Okruszek islandzkiej poezji

 Miała być proza, ale szybciej pójdzie z wierszem, który wczoraj na kolanie przełożyłem. Spodobał mi się i z chęcią go tu zamieszczę...

ÓLAFUR JÓHANN SIGURÐSSON

 Um gamlan mann

Hvert af öðru

berja árin að dyrum þínum,

gráklæddir sendiboðar

á göngu hús úr húsi,

æ fóthvatari póstar

með forlög í töskunni:

rétta þér fleiri daga,

en færri heiðskírar stundir,

meira erfiði,

minna líf,

og framar öllu

einsemd í stærri og stærri

umslögum

Bréfið góða

sem þú bíður sífellt eftir,

hvenær, ó hvenær kemur það?

 O starym człeku

Raz za razem

pukają lata do twych drzwi,

szaro odziani posłańcy

idący od domu do domu,

coraz bardziej szybcy listonosze

z przeznaczeniem w swych torbach:

doręczają ci kolejne dni,

lecz coraz mniej bezchmurnych chwil,

więcej trudów,

mniej życia,

a przede wszystkim

samotność w większych i większych

kopertach

Dobre wieści,

na które tak czekasz,

kiedyż, o kiedyż one nadejdą?

                           przełożył z islandzkiego Kiljan Halldórsson

sobota, 11 września 2010
Lubię

  Yyyy, tak... A ja właśnie z krótkiej podróży. Uff - ciężkie dni mam za sobą. Bo musiałem ładnie wyglądać i takie tam... Ale wreszcie jestem w domu, w którym zastałem zmiany. Spodziewałem się ich, ale mimo to jestem zaskoczony... Bo teraz mam tak ładnie w pokoju. Jakiś czas temu odświeżyliśmy sobie mieszkanko, tylko moja nora pozostała nietknięta. Pomyślałem jednak, że i na nią przyszedł czas. Tylko że mi się za bardzo nie chciało wysilać... No i Franio stwierdził, że w takim razie sprowadzi ekipę wyspecjalizowaną w odświeżaniu wnętrz. - Ty sobie pojedziesz, a ponieważ ja mam trochę czasu... Ale jest teraz pięknie. Mój pokój taki świeży i jasny. I w ogóle wszędzie porządek. Zaraz po powrocie do domu i po kąpieli rozsiadłem się z rozkoszą. Jak to czasem miło, gdy za człowieka zrobią coś opłacone krasnoludki.:)

 No, a teraz jest czas na leniuchowanie. No i tak odpoczywam, że włączyłem ustrojstwo.

 Wpadło mi do głowy, by nadrobić wakacyjne zaległości i przenieść się teraz trochę do Hedeby i na Sylt, ale może jutro coś poklepię, bo mnie wywołała Agnieszka, do odpowiedzi, do wzięcia udziału w zabawie - łańcuszku.... Co tam trzeba zrobić - powiedzieć, kto zaprosił, podwiedzieć coś o dzisięciu ulubionych rzeczach i wessać do łańcuszka kolejnych dziesięć osób...

 Co lubię? Tak na poczekaniu powiem, że lubię:

1. Duże, grube topole (to w związku z wagarami, o których zapewne tu wspominałem).

2. Kawę lubię - moją wierną towarzyszkę, doprzyjemniającą rzeczy przyjemne, uprzyjemniającą rzeczy uciążliwe.

3. Papierosy. (Trudno, za panią Czubaszek powiem, iż wytrwam w nałogu.)

4. Lubię kilka miast:

    Oslo - miejsce dobre na ręce w kieszeniach;

    Reykjavik - przez kontrast do surowego otoczenia, ma dla mnie wiele przytulności. Lubiłem tam słuchać deszczu. I włóczyć się z moim czarująco niezgrabnym, prawie dwumetrowym przyjacielem. (Przyjaciel niestety od jakiegoś czasu mieszka w Kopenhadze i bez niego Reykjavik byłby dla mnie dzisiaj trochę pusty. Tak czy owak jednak lubię bardzo to urbanistyczne zdarzenie nad Faxaflói.)

    Kraków- za maj i duchy.

    Zakopane - za chodzenie po torach, moje niegdysiejsze gorzkie łzy i za pobliskie góry.

    Suchą Beskidzką - za wspomnienie o parowazach i kładce nad torami, na której zatapiałem się w gorących wyziewach cudownych, rozsapanych lokomotyw.

5. Lubię chłopaków z owłosionymi nogami. (A jednego to nawet bardzo kocham!)

6. Lubię książki, bo ładnie pachną - te stare i te nowe. Już ich nie mieszczę na półkach, układam je więc w stosy... Niektóre zawierają w sobie treści bliskie mej duszy. Bywają dobrymi przyjaciółmi.

7. Lubię myśleć o czekającej mnie pracy. To bardziej podniecające niż sama praca.:)

8. Lubię mieczyki, bo przypominają mi dziadka.

9. Psy.

10. Zupy wszelakie. (Jestem strasznym zupiarzem.)

 A teraz kogo tu zaprosić... Dobra, niech wszyscy z kolumienki "Odwiedzam" czują się zaproszeni do zabawy.:)

14:03, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
sobota, 04 września 2010
Wielbicielka

 Goście przyjechali, goście pojechali... Nalot rozpoczął się w środowe popołudnie, a zakończył dziś nad ranem... Pojechali goście mili, którzy się zatrzymali u nas w poworotnej drodze z wakacji... Hałasu było mnóstwo, trochę też wódeczki, gadanie... Kuzyn i jego przyjaciółka to porządni ludzie, którymi za bardzo nie trzeba się zajmować. Mamy dzięki temu ze sobą wiele wspólnego, bo ja też nie należę do ludzi, którym trzeba rozpaczliwie organizować czas, przez co nigdy nie byłem dobrym klientem biur turystycznych. A właściwie to w ogole nie jestem takim klientem... Bogowie, kiedy ja ostatnio korzystałem przy okazji jakiegoś wyjazdu z turystycznego biura... Chyba wtedy, kiedy byłem po raz pierwszy na Islandii - wykupiłem sobie na miejscu wycieczkę po wyspie. Bardzo była sympatyczna ta wycieczka, ale i tak mnie drażniło, że wszystko odbywało się według ustalonego rozkładu. Generlanie nie lubię przewodników, żarcia o ustalonych porach... Misio musi wszystko siam wyniuchać, siam albo z kolegą.:) I na przykład kolega Franio ma potem co opowiadać: że z Misiem to można połazić po torach, natknąć się na tartak, tudzież na jakieś miejsce, gdzie są opalizujące kałuże... Tak, bo Misio, jeśli idzie o przejawy ludzkiej działalności, woli zaglądać w miejsca, gdzie jest brzydko, gdzie droga nie jest przesadnie utwardzona, gdzie można poczuć zapach śmieci... Oczywiście jest też miejsce na piękno, na sztukę, ale jakby mniej mam dla takich rzeczy serca, bo wolę piękna szukać w przyrodzie... A wtedy są góry, jest las i takie tam... I lubię też rozmaite byle gdzie.  Choć nie wszędzie udaje mi się takie byle gdzie znaleźć, przynajmniej według Frania, bo Franio uważa, że na przykład w Norwegii nie ma dla Misia żadnego byle gdzie i żadnego byle czego - Misiowi wystarczy wymienić nazwę dowolnego zadupia, a on już ma gotową opowiastkę, wie, co się tam kiedy stało i kto się tam urodził. Jest w tym oczywiście mnóstwo przesady, bo znam Norwegię tyle co przeciętny Norweg, zatem średnio... No, a kuzyn natomiast zna Polskę nawet chyba lepiej od przeciętnego Polaka... Może dlatego, że jest tylko pół - Polakiem, tkwi w nim taki zainteresowany wielbiciel?... Urokliwy kraj przodków. Tylko przyjeżdżać  i żyć. I zadziwiać. Na przykład swoim językiem, bo chociaż nigdy tu dłużej nie mieszkał, gada lepiej niż niejeden okrzyżowany patriota. (Tak się żartobliwie namawiamy - ja mówię, żeby się pakowali i przeprowadzili tutaj, on zaś gada, żebyśmy się zainstalowali na Północy... Ale się raczej nie namówimy, bośmy już pozakorzeniani.:)) Tak więc wpadli, w tygodniu, zatem nie mogliśmy ich niańczyć - pozostały instrukcje: czyste ręczniki w szafce, lodówka pełna, ekspres działa, tylko lampka się nie świeci, psów nie wyprowadzać, bo i tak z wami nie pójdą, klucze zostawiamy w przedpokoju - i bawcie się dobrze. No i świetnie się bawili - coś tam sobie zwiedzali, łazili... Wspólne były wieczory... A najmilszy był wieczór czwartkowy, podlany dość ostro... Franio tylko biedny poprzestał na symbolicznych ilościach alkoholu, bo na drugi dzień po prostu musiał być w biurze i nie chciał być skacowany... Ale reszta... Piątki i soboty zostawmy przeciętności - ludzie wybitni piją wtedy, kiedy mają na to ochotę.:) Franio się koło pierwszej odmeldował mówiąc - Przeciętność idzie spać... A w piątkowy wieczór humor mi się popsuł. Już tak na trzeźwo siedzieliśmy ze względu na czekającą naszych gości dalszą jazdę... Zadzwonił telefon. Franio sięgnął za siebie, odebrał, po czym podał mi słuchawkę: - Misiu, jakaś baba do ciebie... Myślałem, że mnie pognie. Frankowi tylko pięść pokazałem. - Co? - Jajco - odpowiedziałem bezgłośnie. Baba zadzwoniła. Upiór! Pani nauczycieleczka. Jedna z przyjaciółek mojej śp. matki. Byłem pewien, że to już przeszłość, że nikt już się z tego towarzystwa nie będzie oddzywał, a tu nic z tego... I co za rozmowa. Dowiedziałem się, że pani się na mnie gniewa. Taki niedobry jestem. Bo obiecałem, że się spotkamy.... (????) - Tak, ale tacy są mężczyźni... Jezus - Maria! Jak kobieta nazywa mnie mężczyzną, to mnie dosłownie mrozi! Jaki mężczyzna? Dla kobiet to ja mogę być... mogę być aniołem, bo anioły ponoć nie mają płci, a zatem aniołem - dobrym lub złym - wszystko jedno... Pani sobie pomyślała o mojej mamie, bo to przecież mamy urodziny niedługo... Prawda... Zaczęła mi coś tam gadać, że jej się zdaje, jakby moja mama ciągle żyła... Jakieś takie pieprzenie... Mnie się tam nic nie zdaje. I nie mam zapotrzebowania na takie przywidzenia i poczucia. Co umarło, nie istnieje. Nie jestem samotny, czuję się dobrze i jestem wyleczony z wszelkich żałób... Pani, choć troszkę na mnie za milczenie obrażona, to jednak stęskniona... To ta sama, która mnie kiedyś napastowała na schodach w kamienicy u mojej mamy. Już tu o tym kiedyś pisałem. Co za potworna sytuacja. Ciemność, zlew żeliwny obok i rozochocona ogromna baba, napierająca, dysząca pożądaniem, gotowa mnie zeżreć na surowo. Ledwie wyjąkałem, że się na panie nie orientuję... Słowo daję, gdyby nie odstąpiła, chyba bym się rozpłakał.:) Doprawdy, w akcie rozpaczliwej zemsty powinienem był pójść do szkoły, wtargnąć na lekcję i powiedzieć jej uczniom, że ich pani grasuje po zmroku po mieście i usiłuje nawracać porządnych, uczciwych homoseksualistów na drogę rozrodczego występku... Myślałem kiedyś, że na dobre ostudziłem jej żądze względem mojej osoby, ale przekonałem się potem, że się przeliczyłem... Najwyraźniej jej się spodobałem... Aż taki jestem, do diabła, niezapomniany??... Umarłbym ze strachu, gdyby mi przyszło znaleźć się z nią gdzieś sam na sam... Bogowie, mówiła ze mną jak z jakimś mężczyzną... Co ja jej mogłem obiecać? Pewnie powiedziałem na odczepnego, że się jakoś tam zdzwonimy... Ale nigdy nie zadzwoniłem, bo i po co? Bo po co mam dzwonić do kogoś, komu nie mam nic do powiedzenia... Franio był zaciekawiony, czemu mu tak ze złością pokazałem piąchę...  -A, to ona? Kuzyn oczywiście podjął temat - No! Co za ona? Franio na to ze śmiechem: - Misio ma wielbicielkę! Frania oczywiście to bawi. A ja tylko ostrzegam - kiedyś mnie gdzieś dopadnie i nie będzie czego zbierać... Tu się nie ma z czego śmiać... Okropna była to rozmowa. Mówiła do mnie cały czas w taki sposób, jakby coś nas łączyło. A ja odpowiadałem coś półgębkiem... Taki jestem czasem delikatny i nie umiem powiedzieć: spier... Włos mi się jeży, gdy mi ktoś taki nagle wskakuje z jakimiś wyznaniami o głęszej sympatii zmieszanymi na dodatek ze wspominkami o czasach moich mrocznych relacji z matką...

 No i tak zleciał tydzień, częściowo z gośćmi... Zimno jest i szaro. Chyba pójdziemy dziś na piwo... Mimo że to sobota.:)))

15:19, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (6) »