BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
niedziela, 25 września 2011
Skrik eller fortvilelse

 Munch, "Fortvilelse"

 W tygodniu udało mi się znów zahaczyć o naturę, naturę górską. No więc niech będzie dziś coś o naturze.

 Daje nam ona odsapnąć, odpocząć od ludzi, których czasem ma się dość. Bywa gościnna i udaje niekiedy, że jest bardzo przyjacielska, a nawet troskliwa. Ale to tylko takie umajone oszustwo. Zajmie się ona nami czule, gdy się definitywnie skończymy, a póki co, pozostaje oddzielenie i mały światek własnej przyrody, w którym kitwasi się dusza, opleciona mikroświatami cząstek, współpracujących ze sobą komórek, bakterii, grzybów i różnych malutkich robali łażących po nas tak, jak my łazimy po ziemi. I wszystko to wydane na łup, na żer, na kąsanie.

 Nie ma w naturze pociechy dla człowieka. Niesie się tylko przez nią echo rozpaczliwych krzyków.

 Naturalnie to pan Munch. Duży człowiek o delikatnej konstrukcji. Tak bliski mi. Z jednej strony kruchy, nadwrażliwy, a z drugiej po prostu mocarny, oddany bezgranicznie swojemu zajęciu. Jego panią była sztuka i z jej objęć nie wybijały go nawet najcięższe ataki psychozy. Tylko ta pani, pani w czerwonej sukni, się dla niego liczyła - do innych pań podchodził z rezerwą.

 Rzecz znana wszystkim doskonale. Bo któż nie zna "Krzyku" i tej niesamowitej postaci, której sławę porównać można do sławy Mony Lizy Leonarda. (Oj, pewnie każdy chciałby stworzyć coś tak uderzającego i tak unieśmiertelniającego.)

 Munch spotykał się z naturą, potrzebował tego, potrzebował pejzażu, by opowiedzieć o emocjach. Ważnym dla niego obszarem były brzegi Oslofjordu. To tam, po stronie Ekeberg w Oslo, malował te swoje malancholie (a przy okazji malancholie Jappego), tam także przeżył ten ważny dla swojej twórczości moment...

 "Krzyk"... Najpierw było dojmujące przeżycie, którego wspomnienie prześladowało Muncha. Znalazło swój ślad w notatkach, w kawałkach poetyckiej prozy, potem przyszły szkice i obrazy o tytule "Fortvilelse" (Rozpacz), na których przedstawiał samego siebie opartego o balustradę. Wreszcie któregoś razu został zastąpiony przez tego osobliwego stwora. Dziwna zjawa wygląda straszliwie, ale widać po jej minie, że są na świecie rzeczy jeszcze bardziej upiorne.

 Jeg gik bortover veien med to venner - så gik solen ned - himmelen ble pludselig blodrød - jeg stanset, lænet mig til gjærdet træt til døden - over den blåsvarte fjord og by lå blod og ildtunger - mine venner gik videre og jeg stod igjen skjælvende av angst - og jeg følte at det gik et stort uendelig skrig gjennem naturen.

                                                     Edvard Munch

Byłem na spacerze z dwójką przyjaciół - słońce chyliło się ku zachodowi - naraz niebo przybrało kolor krwi - stanąłem i oparłem się o balustradę śmiertelnie zmęczony - nad granatowo - czarnym fiordem i nad miastem płynęła krew i sunęły języki ognia - moi przyjaciele poszli dalej, a ja stałem ciągle dygocząc ze strachu - i poczułem, jak jeden wielki nieustający krzyk przeszywa naturę.

15:37, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (4) »
środa, 14 września 2011
Taki sobie wpis środowy

 Wczoraj, późnym wieczorem, zachwycił nas młodzieniec w krótkich spodenakch, którego księżyc całkowicie zahipnotyzował. Wlepiał wzrok w jego zimne i niezwykle intensywne światło i w roztańczone wokół niego maleńkie chmurki, gnane jakimś wysokim podmuchem. Księżyc zdawał się być oczarowany. Stwierdziłem, że gdyby chłopiec wybrał na swoją schadzkę bardziej ustronne miejsce, mógłby ukazać się księżycowi jeszcze bardziej odsłonięty, a wtedy latarnie z pewnością by pogasły i noc stałaby się jeszcze bardziej niesamowita.

  Ciągle na głowie czuję zdumiewający chłód. Korzystając z luzu wpadłem dziś przed południem do fryzjera. Kumpla nie było, więc zajęło się mną dziewczę sympatyczne, malowniczo rozmowne. Ależ mnie wygłaskała. Na zimno. Pomyślałem sobie, że z tą dziewczyną nie jest najlepiej, że chyba ma jakieś krążeniowe dolegliwości, bo miała trupio zimne dłonie. Na swój sposób ta fryzjerska pieszczota była całkiem ekscytująca. Przez sekundę - dwie zrobiło mi się jakoś tak heteroseksualnie. W pierwszej chwli pomyślałem sobie, czy ona przypadkiem nie odstrasza klientów, ale po chwili nabrałem podejrzenia, że jej obecność jest głęboko przemyślana, być może nawet przemyślana z pewną dozą serdecznej złośliwości. Ona jest po to, by figlarnie przestawiać na moment różnym takim wesołym chłopcom zwrotnicę. Osobliwa sprawa - lodowata pieszczotliwość, czułość Królowej Śniegu. Zostawiłem jej spory napiwek... Doprawdy, jeszcze trochę tego chłodu, a wprawiłaby mnie w zakłopotanie... Oj, zdaje się, że poproszę Frania, żeby ponacierał sobie trochę łapy szronem z zamrażarki. Muszę to jeszcze przećwiczyć we właściwszym układzie. Choć naturalnie tylko głowa wchodzi w rachubę, bo lodowatość w niższych partiach byłaby raczej trudna do zniesienia.

 A w tle różnych bzdur kampania. Tak sobie na nią czasem patrzę i się zastanawiam. Nie bardzo wiem, na kogo zagłosuję. Wiem tylko, że nie zagłosuję na partię o rozbrajającej i osłabiającej nazwie kryjącej się pod skrótem PiS - gdybym to uczynił, we własnym sumieniu czułbym się jak jakiś przestępca. Dla mnie to jest siedlisko niebywałej pogardy i nie ma żadnych powodów, dla których mielibyśmy być jeszcze bardziej obrzucani błotem... Niech raczej skrzywdzeni i poniżeni na nic nie liczą... Ciągle z zainteresowaniem patrzę na twór pana Palikota. Coś nawet drgnęło i nie jest wykluczone, że drgnie jeszcze bardziej. Ma imponującą energię, coś zbudował od podstaw, nie działa dla jakichś pieniędzy, bo te już ma. Byłoby ciekawiej, gdyby zdołał wprowadzić do parlamentu swoich posłów i niosłoby to być może jakąś większą nadzieję dla tych wszystkich, co tworzą taki elektorat obyczajowy... Wygląda jednak na to, że po wyborach będzie tak samo, że się jeszcze tym razem tej politycznej zaskorupiałości nie rozbije. Jeśli pozostanie ten układ, który mamy dziś, to nie jest to jednak aż tak tragiczna wiadomość.

  A tak poza tym przeczytałem ostatnio wspomnienie o Stanisławie Lemie. Teraz pisarz miałby już 90 lat. Nie powiem, żebym kiedykolwiek był jego miłośnikiem. Z obowiązku musiałem trochę przeczytać, ale bez jakiegoś przesadnego entuzjazmu, bo nie bardzo, a właściwie w ogóle nie interesowałem reprezentowanym przezeń gatunkiem. (Za to mój pierwszy chłopak, kiedyś także miłośnik komiksów o Tytusie i "Młodego Technika", uwielbiał go...). Zaciekawiał mnie bardziej jako człowiek i dość surowy krytyk naszych czasów. Podobała mi się jego skromność. Uważał, że jest raczej takim człowiekiem bez roboty, miał też dystans do pieniędzy zarobionych dzięki książkom, wyglądał skromnie: koszulina, stare portki, no i też dystans do technicznych osiągnięć: - "Skomputeryzowałem się, ale nie wiem, po co..." Kiedyś, w młodości, wierzył tak bardzo w postęp, w rozwój, na starość stał się człowiekiem rozczarowanym. Mówił o ludzkości jak o osobie spadającej z 10 piętra, która, póki co, znajduje się na wysokości piętra czwartego i uważa, że wszystko jest w porządku. Robił się bardzo wymagający, a tymczasem otaczające go istoty rozumne rozsmakowały się w prostackich rozrywkach. Ludzkośc zaczęła budzić niesmak, stała się wręcz jakąś zniewagą. Coraz bardziej irytowały go cynizm, hipokryzja, głupkowaty kult seksu i pełnego brzucha, głupoty lejącej się z mediów, deprawacja intelektualistów i autorytetów religijnych. Doszedł do wniosku, że nawet najlepszym piórem nie da się zbawić ludzkości. Ogarnęła go gorycz. Uważał, że cywilizacja gnije. A nim nie za bardzo się przejmowano...

 Sam nie wiem, czy spadamy i przy okazji jeszcze gnijemy... Bardziej mi się zdaje, że po prostu idziemy. Przed siebie. Nie mamy z tym większego problemu, ponieważ nie wiemy, dokąd zmierzamy. Otaczają nas cuda, korzystanie z których ma najczęściej błahe powody. Spełniło się trochę snów. Marzyciele stają się czasem ludźmi czynu, co znaczy po prostu, że ulegli jakimś złudzeniom. Marzyciel niezachwiany ma znacznie mniej złudzeń, dlatego brzydzi się czynem i jest czarujący. Ale nie ma się co martwić, jest dostatecznie dużo ludzi czynu, zatem nigdy nie zabraknie nam rozczarowań, gorzkich rozczarowań... Mnie jednak Lemowa gorycz nie zalewa, chociaż chętnie uciekam od naszych czasów do starych duchów. Można się tu jednak jakoś ulokować, i nie we wszystkim uczestniczyć... Przynajmniej jest o tyle lepiej, że nikt mnie nie chce zamykać do więzienia za to, kim jestem. To już coś. Każde czasy mają, obok cieni, także swoje blaski. A grzechy ludzkości będą chyba zawsze te same. I dalej będzie albo jazda z górki, albo ciężka wspinaczka. Ale nie sądzę, że to wycieczka ku jakimś doskonałościom.

16:31, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 września 2011
Węgierki

 Ale nie, że jakieś dziewczęta węgierskie... Chociaż kiedyś mi się nawet takie trafiły. To były dawne czasy. Słoneczny Balaton, atmosfera sportowa, dobre żarełko. I przy żarełku się zaczęło. Poprzez ogromą stołówkę dobiegały mnie spojrzenia. Dwie dziewczynki. Jedna dziewczynka była zupełnie jak dziewczynka, natomiast druga miała w sobie wiele chłopięcości (bogowie, jak ta druga potrafiła wyśmienicie pływać, i jaka szkoda, że nie była prawdziwym chłopcem). Nie poczułem się zbyt dobrze mając na sobie te całkiem czytelne oczęta. Byłem pechowcem. Wokół mie było tylu kolegów, a te sobie mnie upatrzyły. Po pewnym czasie pojawiły się w oknie. Płaszczyną porozumienia był kulawy język rosyjski pomieszany z jeszcze bardziej kulawym angielskim... Zostałem zaproszony na tańce. Będziesz wieczorem? Co miałem począć... Trzęśliśmy się w ów wieczór przy muzyce... Dowiedziałem się potem, że ja charaszo dance... Biedny byłem, chciałem, żeby mi dały spokój, żeby sobie poszły. Koledzy stwierdzili, że jestem jakiś nie tego - to one przyłażą, wystają pod okienkiem, a ja się zachowuję jak jakiś dziwak. Oni to już by dawno gwałcili!!! Co za los parszywy, my tu tacy do przytulania, a tym się zamarzył ten idiota... Na szczęście dziewczynki też w końcu stwierdziły, że ze mną coś nie tego, odkryły bowiem, że od ich towarzystwa wolę mocowanie się z wiosłami. Rzeczywiście opanował mnie jakiś wioślarski szał, dzięki czemu byłem daleko od plaży (a właściwie od zwykłego trawnika zakończonego krawężnikiem, za którym zaczynało się jezioro), z której mi uporczywie machały. Precz! W końcu przestały na mnie patrzeć. Mogłem jeść spokojnie. Dotarło do nich, że mnie kompletnie nie interesowały. Moje jednoznaczne spojrzenia biegały za czymś innym, a właściwie za kimś. Codziennie pojawiał się nad wodą dzikus o łamiącym się głosie. Prawie już dorosły chłopak - piękny jak bóg, o barbarzyńskim imieniu Attila. Przecudny, z niebywałym pakiecikiem w błękitnych kąpielówkach. (Gdyby zobaczył go Strindberg, też by stwierdził, że to jakiś nieokrzesany dzikus, biorąc pod uwagę rozmiary jego wyposażenia, Strindberg bowiem twierdził, że im bardziej kulturalny mężczyzna, tym mniejsze ma przyrodzenie - tak się pocieszał patrząc na swoją mikrą męskość). Ależ mi się wtedy chciało przytulania z takim łobuzem... Po latach odbiłem sobie wszystko. Razem z A. poczyniliśmy kilka fantastycznych wypadów w madziarską naddunajskość, na małe pluskanie się w rozochoconym towarzystwie.:) Pozostał mi więc pewien sentyment węgierski oraz... fenomenalny garnek... Tak, znowu przychodzą pod palce dawności, kiedy ustawiały mi się kierunkowskazy. Oby jak najdalej od złych przeczuć, ku przeczuciom dobrym, ku słońcu... Może to też i zasługa domu, a nie tylko figlarnej biologii... W typowych zjawiskach widziałem czarną dziurę samotności. Świat rodzinności, czterech ścian piekła zawiązanego przed jakimś bogiem, od którego zwiewa się w pracę albo do kumpli od kieliszka... Te złe wyobrażenia się pogłębiały, w miarę, jak więcej widziałem. Sam się mogłem przebrać za kobietę, co w pewnym czasie było całkiem fascynujące... Wszystko można było zmieścić w sobie, dwa bieguny, zebrać się w kupę i w całość, i wyjść naprzeciw jakiejś innej całości... Nie ku tradycyjnym węzłom wiązanym na chama, często z powodu braku higieny w erotycznych kontaktach. (Sam zawsze uważałem się za owoc zwykłego brudu, nie zaś miłości) Złe wyobrażenia porozumiały się z potrzebą pulsującą w moich komórkach. Będzie inaczej, na opak, gustowniej i bez zbędnych słów - z wyrazami szacunku, bez niepotrzebnych obietnic... (Pobierzmy się - jak zawoalowane zawołanie, że z jakichś powodów trzeba zabić tę miłość). Lepiej bez morderstw, bo lepsza śmierć naturalna, jeśli już, i lepiej bez płodzenia - to traktuję jak wielki dar, jednak, bo człowiek zawsze na początku jest dzieckiem, a to bywa czasem straszne.

 A przecież miało być o śliwkach. Bo czas przecież śliwkowy! Opycham się węgierkami, jem je upieczone w ciasteczku, jem je na surowo, i nawet myślę o zrobieniu knedli... W naturze wszystko jest takie niezawodne, jeśli tylko sprzyjają warunki - i śliwki zawsze wracają! Tyle że to już niestety zapowiedź jesieni. Jeszcze jest owocowo, jeszcze się astry pysznią w wazoniku, całkiem letnie, ale to już prawie jesień. A już się przyzwyczaiłem do lata, bardziej niż kiedykolwiek, bo w tym roku nie było przecież nazbyt pogodnie... A końcwka jest cudowna, pełna umiaru i błękitów... W weekend łaziliśmy po lasach. Pachniało... Nie, nic nie zbieraliśmy. Tylko poszliśmy powiedzieć latu do widzenia... Ach, bo gdzie mi tam do zbierania... Wszystko, co dostrzegam, jest zawsze niejadalne albo śmiertelnie niebezpieczne... Mam jednak, mimo wszystko, większe szczęście do ludzi niż do leśnego jedzenia... Zawsze się znalazł dobry duch... Ostatnio w Trøndelagu myślałem o P., ale też i o K. Ten drugi to był dopiero leśny zbieracz. Dary lasu - grzyby przepiękne mogłem potem zajadać... Aleś ty leniwy, nieużyty. Sam nie pozbiera, ale jeść, to by jadł. A ja tylko mogłem powiedzieć: - Ale spójrz mi w oczy i zobacz w nich moją wdzięczność! Czy nie warto dla tych oczu zapraszać mnie na smakołyki?

 Gdzie mi tam do zbierania czegokolwiek. Ja umiem tylko kupować lub przyjmować dary... Ach, mógłbym siedzieć cały w drogocennych jedwabiach i być karmiony złotymi łyżeczkami i widelczykami... Różowe mięska, wymyślne budynie, zupełnie niesłychane owoce... A potem szedłbym na wieżę i strzelałbym z kunsztownie wykonanej procy drogocennymi kamieniami. A jeśli nachodziłoby mnie przekonanie, że zanadto grzeszę, wtedy delikatnie przyłbym się pokrzywą w paluszek, by nie zapominać, że życie to także droga przez cierpienie... Cóż, w rzeczywistości więcej jest pokrzyw, ale co tam - ważne, że jest się z kim śmiać i że są zupełnie zwyczajne węgierki, po 3 złote za kilogram!!! :)

14:53, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
piątek, 09 września 2011
Z norweskiej prozy

A dziś trochę surowej, oszczędnej, nieco grubo ciosanej prozy... 

MERETHE LINDSTRØM

Jego dłonie są stare

przekład z norweskiego Kiljan Halldórsson

 Na początku pakujemy się do samochodu. On jak zwykle ma świetny humor. Sadowimy się na miękkich siedzeniach, które wydzielają dziwny zapach. Oni siedzą z przodu, my siedzimy z tyłu. Paluchy z dala od drzwi, gotowi do drogi. Czemu mielibyśmy nie być w dobrym nastroju. Przed nami tyle rozmaitych rzeczy. Mama pali. Ma otwartą popielniczkę, siedzi trochę bokiem, by wszystkich mieć na oku, jego i nas. Wiemy doskonale, za czym się rozgląda. Dojeżdżamy do głównej szosy. Tato właśnie opuścił szybę. Teraz jego dłonie spoczywają na kierownicy, jest wczesna pora.

 Jego dłonie stały się stare, zauważam to od razu, jak tylko otwiera drzwi i zaprasza mnie do środka. Na zewnątrz słońce, mrok w korytarzu. Mimo wszystko dostrzegam to. W wąskim przedpokoju panuje zastały zaduch i pachnie zupełnie jak w nagrzanym samochodzie, tak jak pachniało podczas tamtych letnich przejażdżek, w czasie upału, takiego, jaki panuje teraz. Wszystkie okna pozamykane. Na wieszaku wisi jego cienkie palto, a obok czapka z daszkiem. Na ścianie ciemne zdjęcie w ramce, jest nowe, trudno jednak odgadnąć, co przedstawia, trzeba by było się pochylić, ale to tylko przedłużyłoby nasze zmieszanie. Daję temu spokój. Koncentruję się na okryciu, butach oraz odpowiedzi na pytanie czy miałam dobrą podróż. Mówi, że w gruncie rzeczy to nie jest zbyt daleko. A ja przyznaję mu rację. Uwalniam się od lekkiego żakietu. Moje obuwie nadal jest takie małe, gdy układam je obok jego ogromnych butów. Wejdźmy do pokoju, mówi, wszystko jest tam takie jak dawniej.

 Smuga słonecznego światła, w której unoszą się drobinki kurzu, dosięga stołu przykrytego białym obrusem. Mimo tych drobinek w pokoju jest czysto. Zawsze miał czysto, nie potrzebował jej do utrzymywania porządku. Teraz będzie pięć - sześć lat odkąd się rozeszli. Co u niej słychać, zapyta z pewnością. A ja odpowiem, że wszystko w porządku, że doskonale, że ma sporo zajęć. Jednak jeszcze o nic nie pyta. Jedną rękę wsunął do kieszeni, drugą oparł się o futrynę drzwi, boli go biodro. Usiądź, mówi, usiądź tam.

Siadam.

 Nie oddzywam się wcale. Znam ten dom, wiem, kim tu byłam. Te ściany, poduszki, tę sofę, fotografie. Znam wszystkie dźwięki, wystarczy nadepnąć na próg, jeśli chcesz kogoś zbudzić. Patrzę na jego ręce. Zrobiła mi się dziura w płaszczu, oznajmia. A ja udzielam mu rady, że powinien ją zaszyć. Odpowiada, iż wiem przecież, jak jest w tych sprawach nieporadny. Przyznaję, że wiem. Uśmiecha się. Tym swoim odwiecznym uśmiechem. Nie każdy ma taki. Uśmiech, choć właściwie nie uśmiech. Nie taki. Pytam czy go boli. Czy odczuwa ból w biodrze. Nie bardzo. Nie. Nie ma się co uskarżać. On nigdy się nie uskarża. Postarzał się. Ale się nie skarży. Na lewo od drzwi znajduje się jego portret z młodości, na stole fotografia z naszymi podobiznami. Jego rodzina. Duża kobieta oraz, po obu stronach, jej młode. Mamy na sobie sukienki, ja i moja młodsza siostra. Pończochy. Nie patrzę na zdjęcie, wiem tylko, że tam stoi. Stało tam przez wszystkie te lata. Zwracam uwagę na jego rzeczy starannie ułożone na sofie, koszule, ręczniki, wszystko w nienagannym porządku. Rzucam uwagę, iż powinien sobie wstawić do kuchni pralkę. To zbyt kłopotliwe nosić tak wszystko do pralni. Ee, żaden kłopot, odpowiada. I znów się uśmiecha. Ten uśmiech rozprzestrzenia się po całej twarzy, prześlizguje po niej, lśni w oczach, ogarnia całe oblicze. Jednak uważnie mnie obserwuje. Towarzyszy moim spojrzeniom. Ma jakąś kulkę w rękawie, coś tam upchnął.

 Co tam u niej? - pyta. Ja zaś odpowiadam, mówiąc to, co wiedziałem, że powiem. Wydaje się, że odczuwa ulgę, niekoniecznie dlatego, że wszystko w porządku, ale dlatego, że wydusił z siebie to pytanie. Trudno je było sformułować, jednak poradził sobie. Takie jest moje wrażenie.

 Pokazuje mi artykuł w jakiejś gazecie, na który zwrócił ostatnio uwagę, zawsze kolekcjonował gazetowe artykuły. Przedstawienie idiotów. Na wędkarskiej wyprawie. Gada. Rzucam okiem na tekst i chcę wiedzieć, czy teraz używa okularów, jeśli chce, mogę zamówić mu wizytę u optyka. Nie odpowiada. W dalszym ciągu wpatruje się w artykuł. Idioci. Zawsze takich pełno, mówi. Widzę jego czoło i cienkie żyły na dłoni. Kim jesteś? Nie zadaję głośno tego pytania. Świetna wędkarska wycieczka.

  Potrząsa głową. Mogłabym ponownie spytać o okulary, nie chcę go jednak dodatkowo irytować. Milczę i wycofuję się. W pokoju panuje zaduch, niemal taki jak w przedpokoju. Składa artykuł i odkłada go na półkę, która znajduje się tu od zawsze. Będzie miał ślady na palcach. Czarne. Nasze oczy znów się spotykają, moje zielone, poprzetykane brunatnymi punkcikami, jego ciemnoniebieskie. To bez znaczenia. Jeśli jest coś, co zapamiętam, nie będą to jego oczy. Chcesz herbaty? - pyta. Nigdy nie piję herbaty, ale mówię tak i idę za nim do kuchni. Coś opowiada. A ja, nie przeszkadzając mu, podążam za jego słowami, do chwili, gdy zrobi pauzę i będę mogła coś powiedzieć. I znów rzucam okiem na jego ręce. Chwilę po tym, jak wpatrywałam się w stół. I tutaj obrus jest czysty, piękny, wzorcowy. Choć jest na nim samotna plamka, nachodzi mnie ochota, by zdrapać tę niedoskonałość. Powinieneś pomyśleć o pralce. Jasne, jasne. Mówię poważnie. Spójrz.

 Dzieci za oknem, w ogrodzie, piskliwe, bawią się, lecz nie je ma na myśli. Chodzi mu o roślinę na parapecie, prezent ode mnie. Dostał tego kwiatka poprzednim razem, gdy się widzieliśmy, sporo lat temu. Ma powód do dumy, bo dobrze się nim opiekował i kwiatek ładnie urósł. Ma niewielkie jasnozielone listki, wypuścił nowe pędy. To o nim myśli. Piękny, zauważam. Przycinam go, usuwam to, co uschło. Postarzał się. I jego ręce się postarzały. Bierze pudełko z ekspresową herbatą z półki nad kuchenką, nalewa wodę, szuka w szufladzie łyżeczek. Znów odwarcam się do przesłonętego rośliną okna, ponad jej liśćmi mogę patrzeć na dzieci. Biegają chaotycznie, przynajmniej tak to wygląda. Zajęte zabawą. Jest lato. Robią to, co robi się w lecie, w taką pogodę. Są gołe, jedno z nich dopada ogrodowego węża i pryska wodą. Są półnagie i zupełnie mokre. Nic z tych rzeczy, które pamiętam. Długie spodnie, nawet gdy było gorąco. Żadnych sukienek, a jeśli już, to w żadnym wypadku bez pończoch.

 Zanurza torebki z herbatą w filiżankach z wrzątkiem. Porusza nimi w górę i w dół. Używa obydwu rąk. Małe papierki na końcach sznureczków zwisających z filiżanek. Podaje mi jedną z nich.

 Zauważa to. W kuchni zauważa, że wodzę wzrokiem za jego dłońmi. Lecz nic nie mówi. W każdym razie nic, co miałoby z tym jakikolwiek związek. Wracamy do pokoju. Gdy mieszkałam w tym domu, nasz pokój znajdował się w kuchennym wnętrzu, mój i mojej siostry. Zdarzało się, że leżałam nie śpiąc i przysłuchiwałam się tej samej krzątaninie. Herbata, łyżeczki. Niekiedy też wyjmował z szuflady nóż, by pokroić chleb. Cienkie, równe kromki. Ma coś w rękawie, coś tam ukrył, myślę, iż spostrzegł, że znów zerkam, lecz nie daje  tego poznać po sobie. Mówi, że od dwóch dni nie ma gazety. Nie, to nie to, że stały się bezsilne, ręce. Nie wydają się słabe, tylko jakieś spokojniejsze, w pewien sposób mniej wyraziste, gdy są czymś zajęte. Długie palce, zadbane paznokcie, z pewnością nadal pachną mydłem.

 Co teraz czytasz? - pytam. Tygodniki, od czasu do czasu. To ona czyta książki. Tam jest, dodaje.

 To takie przyjemne, mówi ona, zupełnie fantastyczne, mówi on. Wszystko jest jak trzeba i rozmawiają sobie. Trudno dosłyszeć wszystkie wypowiadane przez nich słowa, bo właśnie mija nas wielka ciężarówka. Nie powiem, nie powiem, co, powtarzał bezustannie, kiedy nie umiałam znaleźć odpowiedniego słowa, a potem zwykle szarpał mnie ze śmiechem za włosy. Tym razem jest inaczej. Czy się śmeje? Co takiego widzi przed sobą, na czym skupia uwagę?

 Jest ociężały, nie, tego bym nigdy nie powiedziała. Na serdecznym palcu widnieje ślad po ślubnej obrączce, cień, który zapewne próbował zmyć. Zawsze tak skupulatnie dbał o dłonie, palce, paznokcie, które przycinał i czyścił, żadnych żałóbek, ani odrobiny brudu, żadne tam ślady atramentu czy tuszu, jakie można przynieść na dłoniach z biura. Mówię, że mógłby chodzić do biblioteki. Gdy się chcę czegoś dowiedzieć, oglądam telewizję, odpowiada. Ktoś stuka, może sąsiad. Czy on też to słyszy? Gładzi się po ramieniu, taki nawyk, już od lat, od czasu, gdy nabawił się zapalenia stawu, nosił jakiś usztywniający opatrunek, który ciągle zajmował jego uwagę, jakby było w tym coś przerażającego. Pamiętam dobrze dzień, kiedy wreszcie go zdjął. Opatrunek zniknął, nawyk pozostał. Nikt nigdy o tym nie wspominał, nie wymienialiśmy uwag na ten temat. Wszyscy to widzieli, ale nikt nic nie mówił. Coś jest w rękawie. Teraz sięga po to. To chusteczka. Niebiesko - biała. Ciasno zwinięta w kulkę. Wyciera się nią pod nosem. Muszę do toalety.

 Czasem się zatrzymujemy, gdy warto spojrzeć na coś uważniej. Zdarza się, że w tym celu wysiadamy z samochodu. Coś nam pokazuje. Coś, co powinniśmy obejrzeć. Częściej to tylko pobieżny rzut okiem na mijany obiekt. Jak się nazywa to drzewo? To jest świerk. Nie, to modrzew. I na co wywiesili tu ten szyld? Gapimy się przez okno. Gorący podmuch powietrza. Spocona głowa pod opaską, lepkie od wilgoci majtki. Patrzcie. A my patrzymy.

 Lecz wcale tam nie idę. Jedynie w myślach wędruję do toalety, pachnącej zapewne jego mydłem. Myślę, że otwieram apteczkę. Jakieś środki przeciwbólowe ze względu na biodro, parę mało istotnych leków na receptę. Nie ruszone. Pojemniki z różnymi rzeczami, witaminy. Nić dentystyczna. Na jednej z półek obcinacz do paznokci. Tak dobrze znany, mogłabym go użyć, bo też lubię porządne paznokcie. Jednak nie, nie potrafię z nich skorzystać, dlatego zamykam z powrotem drzwiczki. Jest i lustro. Z pewnością bym w nie nie spojrzała, odkręcając kran.

 Nie chcę widzieć żadnych plam, mówi mama przechylając się do tyłu, byśmy lepiej słyszały, żadnych lodów na siedzeniach. Czyż tu nie jest cudownie, ojciec nie odpowiada, mama powtarza swoją kwestię, z jakiego powodu nie odpowiada, czy to samochód, który minął nas z tak wielką szybkością, że powstał podmuch powietrza i sprawił, że depnął mocniej na pedał gazu, a może upał bądź przykry zapach, chyba nikt nie puścił bąka, musi śledzić, musi przecież śledzić wszystko, co się dzieje.

 Pewnie zużyłabym sporo wody, jednak nie dotknęłabym jego mydła, podobnie jak jego cążków do paznokci. Jego ręcznik. Jest tylko jeden. Dla gości, taki napis widnieje na małej tabliczce nad haczykiem. Zawsze się zastanawiałam, coż to mogą być za goście. To on wyciera nim ręce. Suchy ręcznik, suchy i czysty. Na pewno bym go nie użyła. Korzystając z łazienki, otarłabym ręce o nogawki. Do tej pory nie odzwyczaiłam się od nich, od długich spodni w lecie. Droga powrotna przez przedpokój. Ponownie jakieś przytłaczające uczucie. I myśli, co powie w chwili, gdy się pojawię, że byłam za krótko, zbyt cicho, albo że zajęło mi to sporo czasu, wyrazi zaskoczenie, że w ogóle wróciłam?

Ciąg dalszy poniżej

15:03, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
Z norweskiej prozy

Jego dłonie są stare, ciąg dalszy:

 Lecz cały czas siedzę na swoim miejscu. Właśnie uniósł filiżankę, nasze spojrzenia spotykają się. Pijemy herbatę. Trzymamy filiżanki, pochylamy się nad gorącymi oparami i dmuchamy, jakbyśmy chcieli upchnąć je z powrotem, nigdy nie lubiłam herbaty. Odstawił filiżankę i patrzy, jak piję. Zobaczmy, mówi nagle i wstaje, zatrzymuje się przed komodą. Przynosi coś. Zobaczmy. Kładzie na stole pudełko. Proszę. Trzęsą się? Wydaje mi się, że tak, choć to do niego niepodobne, czyżby podniesienie pudełka stanowiło dlań wysiłek? Zawsze był taki silny, jednak myślę, że zadrżały. Ręce. Częstuję się cukierkiem, wysysam nadzienie. Jakby pojmował to, o czym myślę, przyciąga je do siebie, gładzi się po przedramieniu, ból, którego nie ma. Prosiła mnie, bym go pozdrowiła, po co, spytałam. Bo mimo wszystko, odparła.

 Mówi, że mu przykro, iż nie ma więcej do zaproponowania, ale nie był jeszcze w sklepie, zaskoczyłam go swym telefonem, wybierze się później. Chcesz, żebym ja poszła? Twoje biodro. Jeżeli cię boli, mogę pójść na zakupy. Jeśli to sprawia ci kłopot. To mój spacer, odpowiada. Lubię to. Pozwól więc, że sam będę chodził. Zdaje się być urażony. Bawi się ukrytą w rękawie kulką.

  Na kolana wpełza mu kot. Nigdy wcześniej go nie widziałam. Nigdy nie miał kota. Jak długo go znam, nie znosił zwierząt. Ale coś mi o nim wspominał przez telefon. Że adoptował kota. Nawet go nazwał. Jednak do tej pory go nie widziałam, musiał gdzieś spać, albo się gdzieś schował. Głaszcze kota, ostrożnie, delikatnie gładzi szaro - białe futerko, kot mruczy, wymawia jego imię i uśmiecha się do mnie. Uwielbia, gdy się go tutaj drapie, za uchem, taki miękki, gibki, śliczny, nie wydaje się mieć wiele lat, w każdym razie to młode stworzenie, kocurek. Porządny z niego łobuziak, mówi. Ale to raczej jeden z tych pozbawionych kręgosłupa kiciusiów rodem z dobranocki, rozciągnął się na jego kolanach jak długi, palce prześlizgują się po sierści. Pytam, gdzie robi zakupy. W dole, przy skrzyżowaniu jest nowe centrum handlowe, odpowiada. Nie lubię tego centrum, dodaje. Czemu więc nie chodzisz do tego małego sklepiku? Splajtował wiele lat temu. Robi małą pauzę, drapie kota za uchem. Po chwili znów się oddzywa: Ona to lubiła. Zwykliśmy jeździć do takiego centrum. W soboty. Tylko dlatego, że to lubiła. Cała wyprawa. Pamiętasz? Nie, mówię. Nie pamiętam. No, łobuziak musi dostać swoje jedzonko, prawda? Rozmawia z kotem. Kot mruczy. Mogłabym go schwytać, udusić jednym ruchem, w chwili, gdy jego pan szykuje coś w kuchni. Obrzydliwa myśl.

 Musi dostać swoje jedzonko.

 Kot mruczy i mruczy.

 Jest sobota, wystroiliśmy się. Zwalniamy, ojciec zatrzymuje się na poboczu, odwraca się i każe mi wysiąść z samochodu. Mam wysiąść z samochodu.

 O czym myśli kot, zastanawia się. Nie wiem. Może o jedzeniu. Masz rację. Z pewnością. Jedzenie i sen. Jednak musi być jeszcze coś, o czym myśli, kiedy tak sobie leży, tak jak ten tutaj. Musi być jeszcze coś. Że mógłbym otworzyć okno, a on by wyskoczył, lub że wyjeżdżając mógłbym go wywieźć na drugi koniec kraju. Możliwe, mówię.

 Stoi przede mną na drodze. Ma zwyczaj nie zaciskać rąk, palce rozprostowane, dłonie otwarte. Co ty sobie myślisz, że kim jesteś. Nie oszukasz mnie.

 Rozlega się dzwonek do drzwi.

 Ostry dźwięk, jak ostrzeżenie. Nie otwieramy, mówi zerkając na zewnątrz. Nie otwieramy. Zastanawiam się czy ma na myśli nas, czy tylko siebie. Czy tak jest tylko teraz, czy zazwyczaj. Czy to się powtarza. Że nie otwiera drzwi. My. Może nie odzwyczaił się od mówienia w ten sposób. Mimo że upłynęło już tyle lat od chwili, gdy było więcej sposobności do używania liczby mnogiej, gdy kogoś miał. Ją. Nas. Dzieci. Sprzedawcy losów, mówi. Przez telefon też się podobni naprzykrzają. Ale ich nie odbieramy, oznajmiam z uśmiechem. Przez chwilę zerka na mnie zmieszany. Wzdycha z ulgą. To był żart. Nie, możesz być pewien. Znów rozlega się dzwonek. Patrzymy na siebie, on na mnie, ja na niego. Jego oczy są szeroko otwarte. Łokciem wyczuwam wzór obicia na oparciu sofy. Pierwszy się odwraca, albo i nie, ale spuszcza wzrok, bierze czekoladkę. Spojrzenie na drzwi, wyczekuje.

 Na ciele czuć silne podmuchy powietrza, które wywołują przejeżdżające samochody, włosy rozwiewają się na wszystkie strony. Matka woła przez okno. Tu są ludzie, Karsten, mieliśmy jechać do centrum, Karsten. Patrzę na jego ręce, ale nie ma co czekać, aż się zamkną w pięści, by wiedzieć, kiedy należy spróbować ucieczki, on ich nigdy nie zaciska. Nigdy nie bije. Niemniej trudno oderwać od nich oczy. Mama znów coś mówi. Wiem, w jaki sposób to się odbywa. Jej twarz w małym czworokącie okna. Jej twarz w małym czworokącie samochodowego okna, chwilę wcześniej.

 Dzwonek już się nie oddzywa. Mija pół godziny. Rozmawiamy, on głaszcze kota. Mówię wreszcie, że powinnam już lecieć. W przedpokoju ten sam zaduch. Biorę żakiet, owijam się nim, zawiązując rękawy wokół talii. Mówi, że się zdzwonimy. Kot łasi się o jego nogi. To pewnie z powodu tego kota ma tak ciepło. I poci się teraz, odkąd pojawił się w domu. Wypadła mu. Chusteczka.

 Tylko kopniak, aż tracisz równowagę, polecisz prosto na słup, ścianę, może upadniesz na ziemię. Żadnego krzyku czy choćby podniesionego głosu, żadnej oddzywki, ten film nie ma dźwiękowej ścieżki, wszystko odbywa się w całkowitej ciszy.

 Niebieski zwitek, niebieski zwitek na wykładzinie. Stoi przed nim, spogląda w dół, zanim zdecyduje się go podnieść, to jego chore biodro, nie skarży się jednak. Wyciąga rękę, rozcapierza palce. Czekam. Beztrosko patrzę, jak ponawia swoją próbę dosięgnięcia zguby.

 Dziwny, dziwnie metaliczny smak. Tak jakby smak i zapch były bardziej dotkliwe od bólu, w każdym razie na początku, patrzę nadal na jego dłonie, jakby tkwiła w nich jakaś moc. A teraz z powrotem do auta, mówi tak, jakby nagle mu się spieszyło.

 Schylam się, mówię, że oczywiście, podnoszę chusteczkę. Prostując się dotykam lekko twarzą jego płaszcza, szary letni płaszcz, znajomy, stary, ma go od dawna, to prawda, widać rozdarcie, jego zapach, coś, co tak dobrze znam, wypełnia mój nos w chwili, gdy powracam do pionu. Ten szary płaszcz wisi jak dawniej. Podaję mu zwitek, bierze go. Patrzę, jak wpycha go w rękaw. Wdycham jego zapach. Ale to tylko zapach. Stary płaszcz, rozdarcie, chusteczka, jego dłonie, które się zestarzały. Trzymaj się, mówię. Uważaj na biodro, dodaję. Kiwa głową. Oczywiście, odpowiada, zawsze jestem ostrożny. Choć to nie ma znaczenia. To coś nowego. To coś, czego wcześniej nie słyszałam. W porządku, mówi. To znak dla mnie. Teraz muszę iść. Wszystkiego dobrego. Żegnaj, odpowiada. Kot ociera się o nogawkę moich spodni, futrzaki, lubią to, lubią być głaskane, pochylam się i pozwalam dłoni prześlizgnąć się wzdłuż kręgosłupa. Jest ciepły, ciepły wąski grzbiet. Dziecko może.

 Jak liczenie książek na półce lub listewek w suficie, niedokładne, bez zwracania uwagi na szczególy, a mimo wszystko dające ten rodzaj uspokojenia, jaki daje wiedza, że wszystko jest na swoim miejscu. I dalej: Jedziemy samochodem. Rodzice z przodu, my na tylnym siedzeniu. To coś, co się powtarza, ciągle i ciągle. Tak będzie zawsze.

 Idąc przez ogród odwaracam się, widzę jego twarz ponad rośliną w oknie, zdaje się, jakby jego głowa spoczywała na postumencie. Jakby był bez ciała, jakby jego głowa unosiła się w powietrzu ponad zielonymi liśćmi, albo jakby jego ciałem była zielona roślina, żadnych ramion, żadnego torsu, żadnych rąk. Bezręki nie może pomachać, może jedynie kiwać, kiwać głową. Otaczają mnie dzieci, czegoś chcą, są mokre, ociekają wodą, krzyczą do siebie, wtedy znów się odwracam, czy już odszedł, a może to słońce odbijające się w okiennej szybie sprawia, że go nie widzę z miejsca, w którym stoję, myślę jednak, że już oddalił się od okna. Tak myślę.

 Zawsze tak samo. Jest sobota i jest ciepło, pod sukienką pończochy, wydaje się, jakby nogi znajdowały się w wełnianym futerale. Mijamy domy i jedziemy główną szosą. Coś mówi, ojciec coś mówi, ale jego głos nie dociera wyraźnie do tyłu samochodu, patrzę na jego dłonie spoczywające na kierownicy, knykcie, jasna skóra lśni w słońcu, próbuję odpowiedzieć, naprawdę próbuję odpowiedzieć, staram się, lecz mój głos zanika, moje słowa wyparowują gdzieś, jak krople wody na rozgrzanym asfalcie pod kołami auta.

15:02, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 04 września 2011
Dźwiękowa pocztówka z Islandii

Na dziś taki numerek:

 

13:56, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
piątek, 02 września 2011
Orgazm, śmierć i sny o pracy

 I tak to zaczął się kolejny rok szkolny... Coś dziwnie rozpocząłem jak na notkę, w której tytule umieściłem orgazm i zgon... Tak mnie natchnął pewien Mikołaj... Ale może zanim do Mikołaja rodem z Islandii przejdę, pozostanę przy szkole, bo jak tak sięgam pamięcią, to przecież w okołoszkolnej rzeczywistości było sporo erotycznych ekstaz, zaś śmierć plątała się uporczywie wśród mózgowych wyładowań... Zatem rok szkolny się zaczął... Muszę powiedzieć, że do dziś cieszę się ogromnie, że mnie to już nie dotyczy. Choć tyle lat już upłynęło. Jezu - przecież 1 września otwierała się przed człowiekiem prawdziwa czarna otchłań nudziarstwa, sztubackiej pierdoły wszelakiej, śmierdzących szatni, jazgotu przechodzącego mutację, szkolnej stołówki pachnącej uporczywie kalafiorem... Nie, nie, to nie była czarna otchłań, to była wściekle żółta otchłań, syfiaście żółta; tak się jakoś ułożyło, że pomieszczenia w szkółkach, do których chodziłem, zazwyczaj pomalowane były w tym kolorze, "ozdobione" błyszczącymi lamperiami... Nie wiem, kto tę kolorystykę obmyślił, ale mam wrażenie, że był to ktoś, kto chciał nas po prostu wykończyć. (Był jeden przyjemny wyjątek - w podstawówce klasa geograficzna radowała me oczy relaksującą zielenią... I pewnie dlatego lubiłem geografię... W tematach polarnych byłem bezkonkurencyjny!:)))... Szkółka - pilne dziewczynki w fartuszkach, którym jeszcze wtedy nie zależało na wyglądzie dziwki, i chłopcy - rozdarci śmierdziele... To było miejce, do którego się chodziło, ale też miejsce, do którego można było nie pójść. Ważna lekcja! Budził się we mnie człowiek z krwi i kości, czyli istota potrafiąca mówić nie... Krystalizowała się z wolna moja droga... Najsilniej odczułem to chyba podczas jednej ze szkolnych wycieczek. Panie nauczycieleczki zabrały raz gówniarstwo do jednoski wojskowej. Przeszliśmy przez bramę ze strażnikiem, bo szkoła chciała nam pokazać wojsko... Nie wiem, jak inni, ale ja poczułem się nastraszony. Wkroczyłem w coś patologicznego. Odseparowałem się od innych. Nie zainteresowały mnie toporności, na których żołnierze mieli ćwiczyć swą sprawność (Bogowie - ileż trzeba zdrowia, by uczestniczyć w chorobie!!). Inni chłopcy zaś wydawali się zachwyceni - włazili do jakichś studzienek, biegali po rozhuśtanych dechach... Okrponość... Nastroszone pojazdy też wydały mi się głupie... A pokazy żołnierskiej krzepy sprawiły, że chciałem już iść do domu... Jakiś duży chłoptaś zaczął na naszych oczach roztrzaskiwać gołymi rękami cegły i łamać deszczułki... Szczególnie paniom się to spodobało. A ja chciałem uciekać, ze swoją wzruszającą wiedzą, że do rozbijania cegieł bardzo przydatny może być młotek, zaś deszczułki... mój dziadzio ciupał takie siekierką, żeby babcia miała na podpałkę do pieca... Potem jednak nastąpiła przemiana. Słodka przemiana. Bo krzepki młodzieniec, po dokonaniu dzieła zniszczenia, usiadł niedbale pod drzewem. Już nie chciałem uciekać... Biedny dzieciak nie chciał uciekać, bo dostrzegł coś interesującego... Pełne erotyzmu przeczucia, jakieś mglistości mną powodowały. Miałem ochotę wykonać padnij!, prosto między uda, tak by twarzą pacnąć w jego krok... Gapiłem się na niego. Całe jego otoczenie było absurdalne, chore, straszne, ale on był po prostu zachwycający... Długo potem myślałem o nim. I do dziś go widzę, jak siedzi oparty o drzewo... (Rety, teraz, jeśli gdzieś żyje, jest mężczyzną na półmetku...) I zjawiły się też obietnice: nigdy nie dam się wpakować w wojsko, precz z kobietami, nikt mi nie będzie mówił, co mam robić, będę się pieprzyć z chłopakami... Pozostałem im w zasadzie wierny - w wojsku nigdy nie byłem (kiedyś zagadał do mnie jakiś obelkowany żołnierzyk, rozsiadłszy się również w wielkim, kuszącym rozkroku [aż chciałem unieść nogę, by mu nią przydeptać to i owo] - popatrzył na mnie z czymś zaczepnym w oku i uśmiechnął się pod wąsikiem [tak, duży chłopiec z wąsem, żeby widzieli, iż ma te swoje "cojones"] - Student by się nie przeszedł do wojska? Miałem ochotę odpalić, żeby spierdalał na drzewo, lecz ze względu na jego uśmiech odpowiedziałem łagodnie: - Gdyby ktoś mnie wcielił do armii, dokanałby aktu sabotażu. A poza tym moje skłonności do męskiego towarzystwa nie idą aż tak daleko... Atmosfera lekko zgęstniała. Właściciel "cojones" wstał i wyszedł); kobiety natomiast lubię, ale inaczej, choć raz nawet przydarzył mi się gorący romans, a do niedawna miałem wieloletnią, podstarzałą od dłuższego czasu wielbicielkę - przyjaciółkę mojej śp. mamy, która z uporem widziała we mnie kandydata do stukania się na boku - KOSZMAR!; natomiast co do gadania, co mam robić - różnie bywało - często mówiłem nie i to powodowało kłopoty - moi bogowie - tylu było ludzi, którym przyszło wręcz żyć z takiego gadania, co inni mają robić... Ja pokazywałem ucałowaną w samouwielbieniu piąchę; no i pieprzoty - szkolne tęsknoty, rękodzieło do lustra, rękodzieło po kiblach, niuchanie po portkach w szatni na wuefie, niemy kwik pewnej nocy w schroniskowym łóżku - chłopak ze mną spał, pod jednym kocem! - niestety tylko spał, a ja czuwałem w obłędzie... Jeszcze musiało upłynąć trochę czasu. A gdy ów czas nadszedł, dygotałem ze strachu... Okazało się jednak, że niepotrzebnie... Dużo było wtedy syfiastego samopoczucia. W tych szkolnych czasach. Uciekałem. Ciągle myślałem o umieraniu, umykałem w swoje wewnętrzne przestrzenie, bo nie miałem odwagi, żeby uciec razem z ciałem, głownie uciec jak najdalej od domu... Z czasem zaczęły ratować mnie przyjaźnie... Jakoś się przepchnąłem przez czas, by mieć dziś dobry nastrój... Nie chce mi się uciekać... Choć oczywiście nadal bawię się ze śmiercią - jak każdy... Taka drobna uwaga doktora... Orgazm to też zgon... Takie Mannowskie podejście do sprawy - seks, śmierć - jakoś to się wiąże... Tę kwestię wypowiada lekarz z powieści Arnalda Indridasona "Głos"... W hotelowej piwnicznej kanciapie znaleziono zadźganego gościa w stroju św. Mikołaja, z opuszczonymi gaciami i kondomem na członku... Mikołaj miał dwa zgony... Smutny koniec dawnej dziecięcej gwiazdy, podstarzałego pedzia płacącego za usługi erotyczne... Nie, jednak miał tylko jeden zgon, nie zdążył strzelić. Jedyna wydzielina to ślina usługodawcy, ślina jakiegoś pieprzonego przeżuwacza tytoniu, który dziamdział ogumionego fiuta... No, ale nie ma się co rozpisywać o powieści, mrocznej, z ciemnego, zimowego, przedwigilijnego Reykjaviku, w którym - tak jak w wierszyku Vilborg Dagbjartsdóttir - Amora wypieprzono na śmietnik... Wracając do zgonu... Coś w tym jest, też tak trochę myślę. Człowieka ciągnie do zapadania się. Leci w bezbronność, traci z radością czujność... Rozłazi się... Dzikie przyjemności, nieodparta potrzeba... Są też i inne sytuacje, codzienne, zwyczajne... Zapadanie w sen. Lubię zasypianie. Beztroskie. Bez pewności, czy się obudzę. Wszystko jedno. Byle spać. W kompletnej bezbronności... Albo jawa, w której dobrze i cicho... Siadasz gdzieś nad wodą, patrzysz na przyrodę... Zostać, nie ruszać się, niech tak będzie zawsze, poddać się, rozpaść się w ciszy... Wreszcie jednak człowiek się podrywa do dalszego życia, po tych chwilach słabości. Zmartwychwstania, do obowiązków... I do sikania... Cholera, szczególnie po tych ćwiczeniach, co jest trochę irytujące... Pluszcząca proza w porcelanie po gwałtownych poematach, na granicy śmierci słodkiej!:)

Młodziki idą do szkoły. Ku życiu poprzetykanemu zgonami, jak rodzynkami słodkimi... Jeden taki uczniak rzucił mi się wczoraj w oko. Chodząca sprzeczność. Od pasa w dół był w militarnym przebraniu, zaś od pasa w górę był w przebraniu bielinka kapustnika. A na głowie, ponad słodką twarzyczką, szalały niesforne loki. W połowie anielski, w połowie infernalny... Idzie sobie w życie chłopiec... Młodość... Tyle że ta młodość trochę jest dziś zasmucająca... Oglądaliśmy w niedzielę wieczorem na tvn24 rozmowę z jakąś socjolożką, która podzieliła się trochę ponurą obserwacją, powiedziała bowiem, że poprosiła swoich studentów, by opisali swoje marzenia - prawie wszyscy napisali, że marzą o dobrej pracy... Nikt nie napisał czegoś szalonego, pełnego fantazji, czegoś nieziszczalnego... Nie wiem, czy marzenia muszą się spełniać... Spełniać mogą się jakieś plany... Może ludzie mają dziś tylko plany? Lecz jak żyć bez śnienia, jak żyć spełniając jedynie zadania, plany, zaspokajając przyziemne apetyty w lichym ochłapie wolnego czasu...

Ech, marzenie drobne. Niech już się do cholery podorabiają, niech powstaną pałace pełne nowych cudownych próżniaków! Żeby bogactwo dla jak najliczniejszych nie było zasługą, a jedynie słodkim kaprysem, uroczą fantazją losu... Gdy słyszę: praca, od razu na myśl przychodzi mi Oscar Wilde mówiący: - Ach, wczoraj cały dzień pracowałem nad poematem - rano usunąłem jeden przecinek, wieczorem wstawiłem go z powrotem. Marzę o całych tabunach ludzkich cacuszek z duchowymi predyspozycjami do kompletnego próżnowania. Niech się zjawią i niech zasypie ich złoto... Tu znów kłania się niezrównany pederasta: - Mamy pieniądze, więc nie szukamy pracy, ani praca nie szuka nas. :)

15:56, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (4) »