BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
sobota, 29 września 2012
Głos ryby

 Byczę się po ciężkim tygodniu. Piję piatą kawę... I tak sobie zajrzałem do sieci, bo przypomniałem sobie o blogu... Już się taka trochę bezsensowna robi ta pisanina, zbyt długa...

 Tak, w zasadzie wszystko gra... Na poruszanie ważnych tematów mi się nie zbiera. Nie mam też powodów do gniewnego maszerowania, nię tęsknię za zbawicielami... Dzień był dziś piękny, spędzony pod gołym niebem... Cóż za błękity, iście letnie, z cudownymi smugami jedwabistych cirrusów... Małe szczęścia dużego chłopca...

 Tak więc cóż tu klepać... Może więc oddam głos pani Vilborg. Pomyślałem sobie o niej chwilę temu i tak na kolanie przełożę jej tekścik... Dawno już jej tu nie było, zatem...

VILBORG DAGBJARTSDÓTTIR

 "DOŚWIADCZENIE"

Miałam wtedy chyba osiem lat. Było gdzieś tak koło południa, późnym latem. Postanowiłam pójść nad rzekę. Na jej brzegu stała zazwyczaj drewniana balia pełna wody. Balia służyła kobietom do prania, zaś my, dzieciaki, czasami trzymaliśmy w niej złapane w rzece pstrągi. Szybko je potem wypuszczaliśmy, chcieliśmy jedynie trochę je poobserwować. Zdjęłam buty, by pobrodzić boso w płytkiej rzece. Woda była czysta i zimna. Spore rybki przemykały wśród kamieni. Udało mi się jedną schwytać i, ściskając ją kurczowo w dłoni, pobiegłam na brzeg, żeby wpuścić ją do balii. Naraz zdałam sobie sprawę, że woda w niej była gorąca, przygotowana właśnie do prania - pstrąg wydał z siebie przenikliwy jęk i wypłynął martwy białym brzuszkiem do góry. Czym są fakty i zdrowy rozsądek, jeśli doświadczenie im przeczy? Ryba nie ma głosu, powiesz, ryby nie wydają dźwięków. Ale ja do końca życia będę pamiętała przejmującą skargę pstrąga.

                                                  przełożył Kiljan Halldórsson

sobota, 22 września 2012
Jasny tunel

 Tatry się zimowo polukrowały. To się zdarza o tej porze. Dla mnie to widok miły, choć nie ukrywam, że cieszą mnie zapowiedzi mówiące, iż lato nie powiedziało jeszcze ostatniego zdania... Nie da się jednak ukryć, że coraz szybciej zmierzamy do jesiennych i zimowych mroków... Tak, tak, w moim wieku w ogóle wszystko się dzieje szybciej...

 Są ludzie, którzy uważają, że życie trwa do trzydziestki. Powinni oni naturalnie uważać, bo trzydziestka mija i zazwyczaj nic się nie kończy, warto więc pomyśleć o czymś na lata dalsze, bardziej letnio - jesienne... W pewnym sensie oczywiście ci, co twierdzą, że życie trwa do trzydziestki, mają rację, bo to najczęściej jest taki moment, kiedy kończy się epoka nowości. No bo to przed trzydziestką zwykle pisze się uroczyste klasówki i zdaje najważniejsze egzaminy, to wtedy budzi się człowiek do miłości, to wtedy w kieszeni lądują pierwsze zarobione pieniądze (pewnie najczęściej dość w swej znikomości rozczarowujące), to wtedy kończą się w życiu jakieś ważne czasy, o których wcześniej się sądziło, że nie miną, to wtedy znad człowieka znikają różne ochronne klosze, to wtedy dociera doń, jak bardzo jest sam i jak bardzo zdany na własne siły, których czasem brak, to wtedy podejmuje się sporo ważnych decyzji, to wtedy człowiek pierwszy raz jest zdradzony, i pierwszy raz zdradza, itd, itd... I tak z decyzji i wyborów młodego idioty wyrasta człowiek dorosły - sprawa mało poważna, tym bardziej że człowiek dorosły wie, jak szalenie jest skończony, śmiertelny. W obliczu czegoś takiego trudno o nadmierną powagę... I też nie ma się co w nią za bardzo stroić, skoro wiemy, że żywi stąd nie wyjdziemy...

 U Koffiego rocznicowo, bo już cztery lata jest ze swym partnerem. I tak sobie wczoraj przy tej okazji pomyślałem, jak to ulatują lata... Od razu mi stanęły przed oczami moje początki z Franiem, w tamtych podłych czasach. Cieszy mnie, że tamte dni stają się coraz odleglejsze i że już mnie tak wspomnienia o nich nie mrożą... Czasem tak bywa, że to, co dobre, rodzi się w okolicznościach, do których nie chce się wracać, o których nie chce się myśleć. Mogłem w nich stracić coś ważnego, ale na szczęście jakoś się udało... Moi bogowie, co to znaczy umieć się wkręcić w czyjeś życie... Czasem mówię, że Franio to taka śrubka, taki zaostrzony wkręt - jak już się wbił i jak gwint miał już się o co zaczepić, to już poszło jak z płatka... Zawsze podziwiałem takich ludzi, bo sam nigdy takich rzeczy nie potrafiłem robić... Widać nie taka moja natura. I może gra w tym rolę też jakaś taka niepewność co do swojej wartości... Lecz cóż, tak to już jest urządzone - jedni zabiegają, drudzy dają odpowiedź...

 Sporo już czasu minęło, kiedy Franio wypłoszył moją mamę... Taka była jej odpowiedź na moje prywatne szczęście - wzięła nogi za pas... Mówi się trudno... Gdyby ona wiedziała, że to właśnie on, tylko on pojawił się koło mnie, kiedy czuwałem nad tą jej agonią... Wtedy już nie mogła uciec... Nie musiał tego robić, a jednak przyjechał... Zawsze mu będę za to wdzięczny, za ten gest...

 No i tak mijają miesiące, które układają się w lata... Tkają się wspomnienia o zdarzeniach i miejscach, wpalatają w codzienność dwóch zwyczajnych, przeciętnych ludzików... I dwóch całkiem nieprzeciętnych psów... Szkoda tylko, że po Niedźwiedziu widać już wyraźnie starość. Ale psisko się trzyma. Czasem łapy nie chcą go za bardzo nosić, ale zazwyczaj jest w swojej właściwej pogodzie, to znaczy jest złośliwy, dokucza swojemu mniejszemu koledze, ciągle się o coś awanturuje, i niezmiennie kocha mojego Franka, który najlepiej ze wszystkich potrafi wytarmosić karczysko i podrapać za uchem... (A jakie było kiedyś zaskoczenie, gdy po raz pierwszy odkryły go rano w sypialni - obydwa stanęły jak wryte, w pozie całkowitego zaskoczenia i nieufności - A ten tu co??)

 No i właśnie, codzienność... W przyszłym tygodniu remont łazienki. Już na samą myśl jestem chory, choć nie ja się będę babrał... Ale zawsze ten syf remontowy w domu...

 I dobrze jest... I noga mi wydobrzała sama... Znowu się kiedyś wybraliśmy na piłkę. Zeszła się ekipa, więc doszło do kopaniny. Zgoniły nas chłopaki. A ja na dodatek na drugi dzień nie mogłem się podnieść, bo powalił mnie okropny ból łydki. Nie wiem, co mi się stało - coś sobie naderwałem, naciągnąłem?? Już nawet myślałem o wizycie u lekarza, ale po dwóch dniach zaczęło mi przechodzić, więc sprawa z lekarzem upadła. Dziś już po dolegliwości nie ma śladu...

 I tak się plecie wesoło... Chłopcami ciągle jesteśmy, więc atmosfera musi być siłą rzeczy nieco wakacyjna... Dobry czas. Jak pogodny dzień z umiarkowanym zachmurzeniem... Czasem mówi się o tunelu ze światełkiem na końcu... W moim tunelu na szczęście światło! Tylko tam, gdzieś za mną, jest czarna czeluść, z której udało mi się wypełznąć... A przede mną? Otaczające mnie światło dobrotliwie chowa wszelkie strachy... Jestem tylko ciekawy... Jeden krok naprzód, i jeszcze jeden, i jeszcze... Póki co, nikt prądu nie wyłączył...

 I coż jeszcze w to wczesne sobotnie popołudnie dodać... Może szczypta autoironii... Jestem człekiem wykształconym... Czyli po prostu umiem znaleźć różne cytaty... To zdanie lubię i się z nim zgadzam:

  To jednak prawda, że miłość przewyższa wszystkie inne wartości. Rzeczy nadprzyrodzone są wprost śmieszne w zestawieniu ze sprawami naturalnymi, tak samo jak cuda są nędzne w porównaniu z ludzkimi czynami.

                                             Halldór Laxness

15:02, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
czwartek, 13 września 2012
Snabb poszedł na północ

 Zbudzić się w zimowy poranek i widzieć świeżo spadły śnieg na polach i trawnikach. Człowiek zrywa się, ubiera, wybiega, chce być pierwszym, który postawi stopę na tej ziemi, co nagle stała się dziewicza i nie tknięta.

                              Per Olof Sundman

 Dziwna jest północ, dziwne jej przyciąganie. Jakieś samotne ptaki tracą rozsądek i lecą na zatracenie. I ludzie, których coś nienazwanego woła. Jak cieślę Snabba z ekipy Nordenskjölda zimującej przed laty na Spitsbergenie, który nagle opuścił obóz i poszedł na północ przez zamarzniętą zatokę. Szedł szybko, jakby miał coś pilnego do załatwienia. Wołano za nim. Nie odpowiadał. Strzelano w powietrze z karabinu. Nic. On szedł uparcie na północ. Nordenskjöld wysłał za nim ludzi, było jednak zbyt późno, by zdołali go dopędzić przed zapadnięciem zmroku. Nazajutrz można było iść jego śladami parę godzin; potem gubiły się one w krótkotrwałej zadymce z gęstym opadem śniegu. Cieśla Snabb poszedł na północ. I nigdy nie wrócił.

 Osobliwe arktyczne szaleństwo. Osobliwa Arktyka. Piękna, zdumiewająca... I mordercza. Biała pani wabiąca, jeszcze nie tak dawno pełna niewiadomych, pełna nieodkrytych lądów, wabiąca śmiałków, odkrywców, rozniecająca ludzkie ambicje... Odkrycia, wzbogacanie wiedzy, magnetyzm bieguna, na którym jeszcze nikt nie postawił stopy... I jeszcze to coś. To coś w niej... Płaszczyzny zamarzniętego morza, górskie wyniosłości i lodowce spotykające się z niebem... Przypominają mi się słowa, które kiedyś w Fegurð himinsins napisał Halldór Laxness: Tam, gdzie lodowiec sięga nieba, okolica nie należy już do ziemi, a ziemia staje się cząstką nieba; nie ma tam zmartwień, tak więc i radość nie jest potrzebna; tam króluje jedynie piękno, wolne od wszelkich pragnień.

 W swej niezwykłej, cudownie beznamiętnej powieści o wyprawie balonowej S. A. Andrée'go Per Olof Sundman przywołuje wspomnienie o cieśli Snabbie, by w ten najprostszy sposób opowiedzieć o tej fantastycznej i niebezpiecznej stronie świata... Równie niezwykli i jakoś opętani byli jego bohaterowie, pierwsi polarni aeronauci, którzy, wreszcie doczekawszy się pomyślnego wiatru, unieśli się nad Wyspą Duńczyków i śmignęli na północ. Już nad cieśniną, tuż po starcie łatwopalnego kolosa, wszystko się potwornie skomplikowało - w diabły poszły wleczki i balon, który miał być sterowny, stał się balonem wolnym, zdanym na kaprysy pogody... Wbrew zdrowemu rozsądkowi trzej faceci polecieli w dal. Załoga Statku "Svensksund" natychmiast postanowiła ruszyć w ślad za aeronautami, sądząc, że ci zaraz gdzieś wylądują, tamci jednak, rozpaczliwie pozbywając się balastu, poszybowali dalej... I już nikt ich nie zobaczył... Były nikłe sygnały. Na Morzu Barentsa, na pokładzie jakiegoś statku przysiadł całkiem niearktyczny ptaszek, którego jakiś marynarz puknął ze śrutówki (wiadomo - chłop żywemu nie przepuści). - Idioto, to może być gołąb Andrée'go - usłyszał. Ptaka udało się znaleźć wśród lodu. Istotnie, był to pocztowy gołąb wysłany z balonu... Potem była cisza. Jeszcze tylko w 1899 roku rybacy wyłowili u północnych brzegów Islandii boję wyrzuconą przez zaginioną ekipę... Chwilę później, gdy Szwecja pogrążyła się w żałobie po Nordenskjöldzie, opłakano też zaginionych aeronautów... Próbowano ich szukać, ale sprawa była beznadziejna, bowiem wiatr przecież mogł ponieść ich gdziekolwiek: nad rozległe syberyjskie tundry, nad Grenlandię, do Kanady, na Alaskę. Nie dało się zawęzić terenu poszukiwań... Dopiero przypadek sprawił, że po 33 latach, na Wyspie Białej, załoga norweskiego statku "Bratvaag", płynąca w celach badawczych na Ziemię Franciszka Józefa, stanęła u wspomnianego, beznadziejnego zupełnie, jałowego lądu. Arktyczne lato w 1930 roku było wyjątkowo ciepłe, tak że można było bez trudu dotrzeć do brzegu. Chłopcy z załogi zobaczyli strumień. Poszli po wodę... I nagle - rany boskie! Oczom przypadkowych gości objawił się uwolniony z lodów obóz śmierci. Sprzęty, jeszce nie rozładowane sanie, łódź... Na skale wmarznięte w podłoże zwłoki. Bielejące piszczele okryte postrzępionymi spodniami. Na odzieniu znaleziono monogram "A" - zatem to naczelny inżynier Królewskiego Urzędu Patentów i Rejestracji w Sztokholmie. W pewnej odległości kolejne zwłoki. Fraenkel - młody inżynier, który koniecznie chciał zdobyć biegun, wspaniały, wysportowany chłopak z Jämtland... Pochowany był tylko Strindberg. To więc było pewne, że Nils Strindberg, krewniak wielkiego Augusta Strindberga, umarł pierwszy... Świat dowiedział się wreszcie, co się wydarzyło. Zachowały się dokumenty, zapiski, sprzęty (ich prymus po 33 latach działał bez zarzutu), a także zdołano wywołać robione głównie przez Strindberga zdjęcia... Ujrzano na nich leżący w szarawej beznadziei balon, ujrzano polarnych wędrowców i badaczy, ujrzano myśliwych pozujących przy zwłokach ustrzelonych niedźwiedzi polarnych, którymi, ku własnej zgubie, wzbogacali swoją dietę.

 Doktor Horn, dowódca załogi "Bratvaag", wspominał poruszony do głebi odkryciem: Za nami morze wolne od lodu, ciche jak śmierć. Na mieliznach sterczą milczące lodowe kolosy. Kto kiedykolwiek mógł sądzić, że uchyli się wreszcie zasłona skrywająca los tej wyprawy przed naszymi oczami? Że Andrée, Strindberg i Fraenkel przed trzydziestoma trzema laty spoglądali na te same wody, co my dzisiaj, na ten sam bezludny kraj... Jak często wspinali się na stromiznę wyglądając pomocy z morza i dostrzegali tylko wieczny lód? Może w pogodny dzień widzieli lodowiec, za którym leży Spitsbergen, gdzie stały statki z ojczystą flagą? Nigdy jednak nie było im dane opuścić Wyspy Białej, tutaj znaleźli śmierć z mrozu i wyczerpania...

 Trzech zuchwałych, lekkomyślnych ludzi odwieziono przez Tromsø do Sztokholmu. Pogrzeb tych niesamowitych gości stał się wielkim wydarzeniem... W końcu wrócili...

 Do Helsinek dotarła pewnego razu wieść, że Strindberg wybiera się na biegun. Przeczytała o tym Siri, była żona Augusta Strindberga. Wiadomo - mężczyzna równa się pieniądze - tak więc wszczęła alarm - zatrzymać tego idiotę, tego wartiata, bo była przekonana, że to jej były chce ulotnić się przed zobowiązaniami... Odczuła ulgę, gdy dotarło do niej, że to nie August leci, tylko Nils, syn jego kuzyna... Sprawa była niezwykle głośna, chociaż druga wyprawa pana inżyniera z Biura Patentów nie wzbudzała już tak wielkiego entuzjazmu, jak pierwsza, z 1896, która skończyła się niepowodzeniem - balon w ogóle nie wystartował z Wyspy Duńczyków, bo wiatry były uporczywie niepomyślne, tak więc za drugim razem publiuczność zachowywała pewną powściągliwość... Niezbyt liczni wierzyli w powodzenie ekspedycji. Nansen uważał pana inzyniera za durnia... Ale pan inżynier miał silną wolę, pchało go do tego przedsięwzięcia, niezbyt, trzeba to przyznać, przemyślanego...

O tej drugiej wyprawie napisał powieść wspaniały Per Olof Sundman, wybitny Szwed, który mówił o sobie skromnie, że jest takim sobie pisarzem prowincjonalnym, a którego z początkiem lat siedemdziesiątych okrzyknięto mianem najwybitniejszego pisarza europejskiego... Sundman - ten mistrz pióra, u którego zawsze tak wiele treści kryje się między wierszami... Zawsze chłodny, pokazujący człowieka w działaniu, nie bawiący się za bardzo w opowiadanie o uczuciach, nastrojach, w nazywanie ich... Człowiek jest tajemnicą, o której sami sobie musimy coś dopowiedzieć, bez ostatecznej pewności... Jest oszczędny, a jednocześnie jego teksty tak niezwykle poruszają. Jego książki nie dają spokoju, ciągle się chce do nich wracać i przeżywać te wszystkie tajemnicze rzeczy dziejące się między ludźmi...

 Nie było problemu ze skompletowaniem załogi. Strindberg pozostał wierny. Nowy był Fraenkel. I doszedł jeszcze czwarty - rezerwowy - Wilhelm Swedenborg ożeniony z córką Nordenskjölda. Co za towarzystwo! W pewien sposób rąbnięte, obciążone... Swedenborg, w prostej linii potomek brata TEGO Swedenborga, Emanuela, miał się zastanawiać, kto ma bardziej stukniętego krewniaka - on czy Nils Strindberg... Ostatecznie tylko jeden krewniak świra poleciał - Strindberg.

Sundmana zastanawiały postaci o zdolnościach przywódczych. Andrée bez wątpienia takie zdolności miał. Budził zaufanie, spokój. Ci młodzi faceci wbrew wszystkiemu mu wierzyli. Byli nim jakoś zafascynowani. Pisarz dopiero w trakcie przeprawy przez lody każe się swemu bohaterowi zastanawiać, kim tak właściwie był pan inżynier Andrée... W gruncie rzeczy mało o nim wiemy. W rozplotkowanym Sztokholmie był figurą tak ważną jak choćby wspominani tu Nordenskjöld czy August Strindberg, ale o ile o tamtych plotkowano nieustannie, o panu inżynierze plotkować się nie dało, bo nie dostarczał odpowiedniego materiału. Pan inżynier miał kochającą go bardzo mamę. Rodziny nie założył, bo uważał, że żadna kobieta go nie zrozumie. Poza tym nie chciał, by ktoś kierował jego życiem. Ponad wszystko cenił sobie wolność. (Ale on sam jakoś się nie wahał wpływać na cudze życie, kierować nim, wystawiać na ryzyko, by dopiąć swego, by urzeczywistnić plany, jakich nikt przed nim nie ośmielił się podjąć... Znamienny jest zapisek odnaleziony w jego notatniku, już z końcówki, z października 1897: "Piszę w ciemnościach. To najbardziej ponury dzień mego życia. Uważam, że po tym  wszystkim, czegośmy dokonali, możemy umrzeć spokojnie"... Możemy(!) umrzeć...) Skryty, ponoć wrażliwy bardzo pan. Cichy szaleniec, zuchwalec...

 Ta wyprawa to jakby cywilizacja w pigułce. Pęd do sławy, chęć bycia tym pierwszym, nadmierne zaufanie do technicznych zdobyczy, pewne lekceważenie natury, niedocenianie jej sił... Baloniarze naturze zadali pytanie... Ufali zapewnieniom, że ta techniczna zabawka będzie się unosiła tygodniami, tymczasem natura odpowiedziała - w wilgociach arktycznego lata balon "Orzeł" poleci godzin sześćdziesiąt pięć z hakiem... Koniec lotu. I straszliwe oblicze Arktyki... Czy świat jest ogromny czy mały i ograniczony? Przed śmiałkami rozpościerała się biel bez horyzontu - kawałek przed nimi - mały, duży - nikt tego nie potrafił ocenić - biel lodu mieszała się z bielą mgły, a biel mgły zlewała się z kopułą białych chmur. Deszcz. Rozproszone słońce. Wieczny dzień lata. Zagubienie w czasie. A pod nogami nie ziemia, a dryfujący lód. Rozpoczął się marsz, a jednocześnie obłędny taniec przedśmiertny, wielomiesięczny... Aż trudno było uwierzyć, że znajdowali się na ziemi, tej samiej ziemi, na której gdzieś tam dalej Sztokholm, Paryż... Byli w krainie śmierci, gdzie wszelkie sprawy ludzkiego, normalnego życia, były niesłychanie odległe. Nie było przecież wtedy łączności. Trzej faceci znaleźli się w zaświatach. Z upiorami w postaci polarnych niedźwiedzi... Tańczyli na lodzie. Gdy szli ku południowemu wschodowi, w stronę Ziemi Franciszka Józefa, lód dryfował ku Spitsbergenowi. Gdy ruszyli na Spitsbergen, lód zaczął dryfować na wschód albo na północ... Byli źle wyekwipowani, mieli wadliwe sanki, kiepską broń, brakowało wielu narzędzi - tylko łódź mieli doskonałą, dzięki której mogli pokonywać cieśniny między lodowymi polami... Walczyli o życie, z nadzieją, z optymizmem... Ale bez dostatecznej wiedzy. Najgorszą rzeczą było raczenie się niedźwiedzią wątrobą... Gięli się w skurczach, okrywali wrzodami, nękały ich okropne sraczki. Jechali na opium i morfinie... Ale w tym wszystkim było też miejsce na dostrzeganie piękna i niesamowitości miejsca... Jesienna arktyka, ognista czerwień lodu, zaświaty z trzema słońcami, zorze polarne... 

 Zachowały się zapiski szefa wyprawy, także listy do narzeczonej Strindberga... Zaginęły zapiski Knuta Fraenkla... I w niego niejako wcielił się Sundman. Ma się wrażenie, czytając książkę Szweda, że jest to autentyczny pamiętnik. Rzeczowy, beznamiętny pamiętnik speca od drogownictwa, któremu też nieobce były bezdroża zimowe północnej Szwecji. Narciarzowi brakowało nart - bo reszta nie bardzo umiała na nich jeździć, więc ich nie przewidziano... Wiedział dużo o wyprawach Nansena - jego doświadczenia jakby nie zostały wzięte pod uwagę... Masa drobnych i całkiem poważnych błędów, widocznych już wcześniej, doprowadziła do katastrofy... A jednak polecieli z nim, zaufali mu... I tylko na samym końcu, w notatkach Andrée'go pojawiają się ledwie czytelne wzmianki o jakichś groźnych tarciach... Wcześniej, wobec beznadziei, wszyscy byli zgrani... W sumie zdali najważniejszy egzamin. Sprostali swemu losowi... Sundmanowy Fraenkel jest ironiczny, nazbyt gadatliwy - oczywiście specjalnie, by czytlenik mógł pozastanawiać się nad tą tajemniczą postacią, jaką był S. A. Andrée...

 Nie znamy końcówki. Pewne jest tylko, że pierwszy umarł Strindberg. Sundman chce by drugim był Andrée... Pozostaje sam Fraenkel. Żywy w krainie śmierci. Samotność absolutna. Niczego gorszego wyobrazić sobie nie można... Ocalały i najsilniejszy miał szanse na przeżycie. Rozbitkowie zgromadzili dość jedzenia, mieli sporo foczego mięsa i jeszcze trochę zapasów z innego świata, który w ich sytuacji nie miał żadnego znaczenia, był bowiem całkiem poza zasięgiem... Sundmanowy Fraenkel idzie rozprostować kości, potem robi sobię dobrą kawę. Już nie trzeba oszczędzać...

 Problemem nie była żywność. Problemem była samotność. Albo nie samotność - raczej utracona wspólnota... Było jeszcze sporo opium i morfiny...

 W przedziwny sposób zżyci ze sobą szaleńcy... Żyć to znaczy na coś się zdecydować... Sposób na przejście po swojemu przez czas, i sposób na śmierć...

 Ta przedziwna północ... I ci niesamowici faceci, co się odważyli. Poczucie szaleństwa gdzieś się rozmywa, gdy tworzy się niezwykła wspólnota... Wzrusza mnie zawsze ta balonowa historia. Trzej fantastyczni ryzykanci, gotowi na wszystko... Dla sławy, dla ludzkości, dla nauki - Andrée do samego końca badał otaczający go świat, zbierał rozmaite próbki, przechowywał łebki ustrzelonych ptaków, by można było badać ich oczy przywykłe do jednej wielkiej bieli...

Pierwsi polarni aeronauci. S. A. Andrée. Knut Fraenkel. Nils Strindberg.

Muzeum w rodzinnej miejscowości Andrée'go, w Gränna, udostępnia obfitą dokumentację fotograficzną wyprawy. Zdjęcia bohaterów, także te z przygotowań na Wyspie Duńczyków, startu, lądowania na lodzie, wędrówki przez dryfujące lodowe płyty, a także pokazujące moment odkrywania tej arktycznej tajemnicy... Wystarczy kliknąć w "bildbanken":

http://www.grennamuseum.se/grennamuseum/andreexpeditionen/

*

Per Olof Sundman, Podróż napowietrzna pana inżyniera Andrée, Czytelnik, Warszawa 1971

16:40, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
czwartek, 06 września 2012
Peer Gynt

Peer, du lyver!

No to Peer Gynt. Kłamczuszek, fantasta i karierowicz, co gadał niestworzone rzeczy, przemierzył kawał świata, a wcześniej wskoczył na koziołku w głąb samego siebie. Łobuziak, na którego tak cierpliwie czekało kochające serce...

Stareńki już poemat dramatyczny Henrika Ibsena, tego wielkiego króla dramatopisarstwa. Stareńki poemat, ale jakże ponadczasowy, i jaki piękny. Wyrosły z legend norweskich, z ludu trochę chrześcijańskiego, a trochę pogańskiego, z własnych badań folklorystycznych Ibsena, a także z zebranych przez leśnika z Trøndelag, Petera Christena Asbjørnsena, baśni, wyrosły także z rodzinnego życia samego pisarza i z całkiem współczesnej autorowi Norwegii wiodącej spory o swej historii, tożsamości, języku...

Peer Gynt pochodzi trochę z baśni, trochę też z rzeczywistości - ponoć jednym z jego pierwowzorów jest krewniak Edvarda Muncha, kuzyn jego ojca, Peter Munch Tronhuus, który był trochę takim norweskim Sabałą, był bowiem i takim gawiędziarzem, a także zawołanym myśliwym i znakomitym przewodnikiem przeprowadzającym turystów przez Jotunheimen... Świat jest mały, a Norwegia jeszcze mniejsza... Z jednego Muncha wyrósł sympatyczny, acz nieznośny Peer, z którym potem inny Munch, ten wielki, mocno się utożsamiał. I zrobił niezwykle celny afisz do paryskiej inscenizacji dramatycznego poematu swego wielkiego rodaka. To był obraz do "Peer Gynta" bez Peer Gynta. Bo choć Peer Gynt jest główną postacią dramatu i nigdy nie znika nam z oczu, pozostaje jednak wielkim nieobecnym, bowiem gdy on ruszył po przygodę, pieniądze, karierę, pozostała tęsknota malująca się w twarzy jego nieszczęsnej matki, Aasy, oraz w odwróconej tyłem do widza Solveig patrzącej w pusty górski krajobraz...

Peer Gynt to leniwiec i kłamca. Nie szanuje swojej matki, która trochę jest sobie sama winna, bo pośród finansowego upadku (tu widać wyraźnie odniesienie do rodzinnych wspomnień autora) ubarwiała sobie i swemu synowi życie fantazjami i bajkami. Tak więc Peer nasiąknął atmosferą wytworzoną przez matkę i wyfrunął na świat jako taki barwny ptaszek. Lubił Peer opowaidać, straszyć dziewczęta, tłuc się z chłopakami, bawić się, pić. Sama w nim była lekkomyślność. Ale i mnóstwo uroku. Bo czyź nie kochamy pełnego fantazji łobuza, wrażliwości czułej na najbłahszą nawet pokusę, poetyckiej wyobraźni?? Jakże miło się przecież słucha najdziwniejszych nawet wymysłów. Bajki są przecież ciekawsze od normalnego życia... Poza tym ileż w Peerze optymizmu, jakże łatwo on się umie pocieszyć. Nic go nie potrafi złamać: ani utrata jachtu, ani podstępna ucieczka Anitry, która pozostawiła go na pustyni bez konia i bez pieniędzy... (Tutaj to i ja się z Peerem utożsamiam, bo też jakoś straty mnie specjalnie nigdy do końca nie przewracały)... Było jednak w Peerze coś złego, coś, w czym zagubiła się jego barwna dusza, przyjął bowiem filozofię nieludzką, filozofię wyznawaną przez trolle... Omal sam się trollem nie stał! Niechże mi i sterczy ogon! - pomyślał sobie. Ale nie chciał się dla korzyści tak całkiem wyrzec człowieczeństwa, bo nie pozwolił sobie odmienić oczu; nie chciał palić za sobą mostów... Nie stał się więc trollem, ale z filozofią życiową trolla poszedł w świat, nauczywszy się wcześniej, że warto omijać przeszkody i trudności... Filozofia trolla brzmi: Wystarczaj sobie. W przeciwieństwie do ludzkiej filozofii: Bądź wierny sobie...

Bądź wierny sobie. Przeciwieństwem Peera była zakochana w nim Solveig. Obiecała, że będzie czekać. Pozostała sobie wierna, wierna swej miłości, i żadne trudy ani samotność nie były jej straszne.

O, czego to Peer nie dokonał i czego nie nawywijał... Wszystkim się człek może stać, królem i małpą. Wszystko może osiągnąć, stać się nie lada światowcem. I wszystko może sobie wytłumaczyć, oszukiwać samego siebie, wszystko do swoich potrzeb dostosowywać i przeinaczać... Aż się okazało, że całe jego ja było niczym cebula - obierasz ją, a tam łupina za łupiną - żadnego środka, żadnego jądra, słowem nic, jeno same łupiny... Opanowało go przerażenie nicością - to jego Gyntowskie JA, o którym mówił, że jest jak hufiec marzeń, pożądań, snów i tęsknot, że jest morzem fantazji najwspanialszych, co rozpierają pierś i targają wnętrzem, okazało się bzdurą. Chciał zostać sobą w każdym calu, a przekonał się, że źle pojął własny interes. Nie znalazł siebie pośród rozmaitych podpórek, w sukcesach i posiadanych rzeczach, które łatwo człowiekowi odjąć albo im zagrozić. Przyszło mu uznać, że starając się zdobyć całe bogactwo świata w pogoni za czymś, co wydawało mu się być jego własnym interesem, zatracił swego ducha, zgubił swoje JA.

Wystarczał sobie. Tak jak ciągle mnóstwo ludzi sobie wystarcza, by mieć, mieć, mieć... Tak jak błądzący Peer, całą swoją energię wykorzystują jedynie do zarobienia pieniędzy i osiągnięcia sukcesu.

Peer okazuje się letni. Ani dobry, ani też szczególnie zły, dlatego do niczego się nie nadaje i grozi mu po prostu przetopienie. Dla niego ani niebo, ani piekło. Żeby choć był wielkim grzesznikiem. (Stara się oczywiście wymyślać jakieś straszne przewiny, by wyglądał lepiej, lecz to znów jest tylko oszustwo). Ale jest tylko złomem, materiałem, z którego wypadałoby zrobić coś lepszego.

Ocaleniem dla niego jest Solveig, która z tęsknoty za nim wypłkała morze łez, aż oślepła... Peer powrócił. Grzesznik proszący o wyrok. Domagający się oskarżeń. Lecz Solveig grzechu w nim nie znalazła. - Co mówisz? - Cicho! Ty kochasz jak matka, miłością ślepa. - Prawdę, prawdę powiedz. - Tak, jestem matką, a twym ojcem, miły, ten, co na prośbę matki ci przebaczy... - Gdzie byłem, spytał Peer. - Możesz powiedzieć? Możesz to rozwikłać? Jeśli nie - zginę, rozpłynę się w nicość. - Dla Solveig nie było to zagadką: - Byłeś w miłości mej, wierze i nadziei. Peer się rozjaśnia: Ukryj mnie w swym sercu, w swej duszy... Odlewacz guzików się odgraża, że jeszcze się kiedyś z Peerem spotka na rozstajach... Ale może to tylko taka bezsilna groźba... O świcie Solveig śpiewa kołysankę... W moim sercu zamieszkałeś długie lata, wiek miniony, dzisiaj jesteś już strudzony. Śpij, mój synku, śpij, kochany, ja kołyszę cię i czuwam...

Ilu ludzi wyszło z wnętrza góry? Ilu od trolli wzięło naukę? Wystarczaj sobie... Zamienieni w towar na rynku, oddzieleni od samych siebie... Do ilu przemówią gorzko kłębki na ziemi, suche liście, głosy w powietrzu, krople rosy, źdźbła połamane... My twoje myśli z ciebie zrodzone, na wątłych nóżkach okaleczone... My wielkie słowa, głosić je miałeś, dziś schniemy marnie - ty zapomniałeś... My pieśni, które miałeś wyśpiewać! Nie pozwoliłeś pieśniom rozbrzmiewać!... My łzy jesteśmy niewypłakane! Umiemy leczyć serdeczne rany. Lodem zastygłe pod twą powieką, łzy ukojenia już nie pocieką!... My twoje czyny niepopełnione i małodusznie zaprzepaszczone...

I jak dalece można dzisiaj nie być trollem??

Henrik Ibsen. Pisarz z dawnych lat, a ciągle tak bliski, aktualny, apelujący o autentyczność w życiu, nieustannie obecny na światowych scenach... Również dzięki niezaprzeczalnemu pięknu, które przecież nigdy się nie starzeje.

Czytajcie Ibsena! I wybierzcie się koniecznie do magicznej Gudbrandsdalen!:)

15:22, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 04 września 2012
Prawo

Że jest prawo... Tak, tak, na przykład karne. Chociaż to może zły przykład, bo akurat nim sobie głowy nie zaprzątam, nie dlatego, żebym był jakimś super odważnym przestępcą lekceważącym sobie literę tegoż, tylko - wręcz przeciwnie - jestem tak miłym ludzikiem, że nie jest ono dla mnie nawet żadnym straszakiem. Nikomu nie robię krzywdy, nie okradam nikogo, nie oszukuję, nie uśmiercam... Nie robię tych rzeczy, bo potem byłoby mi bardzo wstyd, a ja nie lubię się wstydzić. Poza tym niczego nie potrafiłbym ukryć. Zaraz bym się przyznał - wina malowałaby się na mojej twarzy... Kiedyś to nawet w ogóle byłem winny. Także i za syf, i za korniki... Mnie - tego troszkę dawniejszego - można by było oskarżyć nawet o wywołanie tsunami. Nie miałbym absolutnie żadnego problemu z opisaniem swojej przewiny - zarzut wcale nie brzmiałby dla mnie absurdalnie; prosta rzecz - by ukrócić cała sprawę, kłopotliwe dochodzenie, wyznałbym, że złośliwie spuściłem wodę w klozecie w niefortunnym momencie, w wyniku czego wszystko poszło na Japonię... Byłoby mi bardzo przykro z tego powodu i domagałbym się kary najsurowszej... Kiedyś byłem szalenie winny. Nawet z własnej winy się urodziłem, za co się na mnie bardzo pogniewano w domu... No, ale teraz już jest ze mną lepiej i uznaję, że są na świecie złe rzeczy ode mnie niezależne. I wiem na dodatek, że sam nie sprawiam, aby świat stawał się miejscem jeszcze potworniejszym... Tak więc takie prawo sobie daruję. Nie zamierzałem i nie zamierzam go łamać.

Ale są jeszcze inne sprawy, przy których gęga się: PRAWO... Takie prawo, któremu muszą towarzyszyc jakieś obowiązki... Są oczywiście obowiązki, które sobie sami narzucamy, są też obowiązki narzucone w sposób rozbójniczy - te wobec państwa; w zamian za to mamy jakieś prawa - mniejsza o to, w jaki sposób z nich korzystamy i jaki jest efekt, kiedy na skorzystanie z nich się decydujemy... No, też są takie prawa, o które dopiero wypada zabiegać, skoro już podlegamy państwowemu rozbójnictwu. Ja na przykład bym chciał, żeby w zamian za rozbójnicze wymuszenia, wszyscy mieli jednakowe prawa do legalizowania swych związków... Ba, ja nawet jestem za tym, by tylko takie związki partnerskie istniały, dla wszystkich, bo ratowałbym chętnie ludzi przed przeżytkiem małżeństwa, przed tym zjawiskiem, które w naszych czasach już chyba nie przystoi dorosłym ludziom... No bo to mało przystojne i mało poważne, jeśli dorośli ludzie organizują sobie życie w kajdankach, po kluczyk do których trzeba iść aż do sądu... Trzeba chcieć być. Być ze sobą. A jak się chce, to niepotrzebne są uroczyste przysięgi, groźby, wymuszenia... I zresztą - bogowie - uroczyste nastroje w przebraniach... Dramat smutny... Nie, żebym sam nie wpadał w uroczyste nastroje - przeciwnie - miewam je nieustannie - wystarczy mi choćby przysiąść gdzieś na Antałówce i popatrzeć na Tatry... A jeszcze jak razem z Franiem!!! Bardziej uroczyście być nie może!

No i jeszcze te jakieś prawa człowieka do czegoś tam... Zastanawialiśmy się czy my mamy jakieś prawa? Oscar Wilde powiedział kiedyś, że nikt nie powinien mieć żadnych praw! I w sumie dużo w tym racji...

Macie jakieś prawa? Bo mnie się wydaje, że nie mam żadnych, z czym wcale tak źle się nie czuję...

Że prawo do życia... Tak, tak, podobno te zalążki wśrod kobiecych podrobów mają takie prawo. Ludzie, którzy jakoś tak gniewnie są usposobieni do pań, uważają, że mają obowiązek strzec te kiełkujące ziarenka przed bestią... Ale ja sam nie poczuwam się do takiego obowiązku i uważam, że wszystko zależy od samej kobiety... Trudno bowiem domagać się od niej jakichś heroizmów... Nic wielkiego się nie dzieje, kiedy ktoś się nie rodzi... Sam, mając świadomość, że kiedyś nie istniałem, nie uważam, by tamten stan był czymś niewygodnym. Gdyby ten przerywnik nieistnienia w postaci życia nie nastąpił, nic złego by się nie stało. Ale ponieważ jestem, no to jakoś brnę do przodu. Ale czy z prawem do istnienia? Raczej nikt nie ma obowiązku jakoś tak strasznie przejmować się moim istnieniem... Może kiedyś zakochana we mnie pani sprzątająca, w gniewie, że pozostaję nieczuły na jej wdzięki, zadusi mnie mokrym mopem... Zabierze mnie Franiowi jako ta, która nie ma żadnych obowiązków względem jego szczęścia...

Że mamy prawo do szczęścia? Czuję się szczęśliwy. Zadzieram głowę, gra we mnie muzyka - sam się do swego szczęścia przyczyniam, z pewną pomocą tego jednego i jeszcze paru innych fajnych ludzi... Ale nikt niczego nie robi z obowiązku... Znajduję się w kręgu dobrego chcenia, i sam też chcę, żeby dobrze się działo mojemu partnerowi, i wszystkim życzę wszystkiego dobrego... I nie ma tupania nogą - bo ja mam być szczęśliwy, i już... Bywałem też aż do kości nieszczęśliwy, ale trudno - takie jest życie! Bywa, że trzeba je też opłakać i zawyć nad nim...

Prawo do pracy? Litości!! Był kiedyś taki okres, kiedy wręcz istniał przymus pracy - rzecz niebywała i nieprzyzwoita!!! Bo co, jak ktoś ma ciekawsze sprawy na głowie, ma co robić!! Poza tym nie trzeba przecież być nigdzie zatrudnionym na stałe... Więc prawo do pracy! Ale skoro prawo, to i obowiązek... Obawiam się jednak, że na całym świecie nie ma ani jednej osoby, która  miałaby obowiązek mnie zatrudniać... Chcieć może, ale żeby od razu obowiązek??

Może prawo do miłości? Ale któż ma obowiązek mnie kochać? Urząd do kochania? Kochamy się, bo się chcemy kochać.

Nie, nie, do diabła - nic mi się nie należy. Kompletnie nic... I tak jest dobrze...

15:08, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »