BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
środa, 30 września 2015
Fińskie buciory

Krótko. Rocznicowo. Bo to dziś rocznica pewnej tragedii na jeziorze. Sześćdziesiąt lat temu, 30 września, rozstał się z życiem Pentti Haanpää... Bohater jednego z jego opowiadań ciągle musiał się topić w jeziorze, co stanowiło pewne urozmaicenie życia, jego własnego oraz jego sąsiadów... No i tak Pentti opowiedział o topieniu się w jeziorze, a potem sam w nim utonął, podczas łowienia ryb. Młody był, miał ledwie 50 lat - 14 października minie 110 rocznica jego urodzin.

Pisarz budzi moją sympatię. Bo był samoukiem. W samouctwie jest dużo entuzjazmu i przyjacielskości. Po szkołach ludzie często jakoś dziwnie hołocieją. Samoukom raczej się to nie przydarza... Budzi moją sympatię też poprzez swoją ogromną niechęć do miasta. Haanpää był wiejski od a do z. I nie rozstawał się prawie nigdy z rodzinnymi stronami. Był rolnikiem i pracownikiem leśnym. I wyrósł na fantastycznego stylistę, obojętnie idącego obok wszelkich literackich mód.

Celny, oszczędny, mistrz anegdoty, pogawędki. Lubił ten styl i nawet swoje powieści czynił takimi zbiorami umiejętnie powiązanych ze sobą opowiastek. 

Haanpää kochał ludzi. Zwłaszcza tych prostych, na pozór zwykłych. Mówił o nich, że to fundament wszystkiego... W tych zwykłych ludziach mieni się jednak od dziwaków, spryciarzy, kombinatorów... Chłopi, robociarze, włóczędzy. Bardzo to wszystko jest malownicze, opisane z sercem, humorem, mądrością, wyrozumiałością.

Trochę go tu znamy. Choćby z powieści "Jauhot" (Mąka) opublikowanej u nas pod tytułem "Pomysł gubernatora", która nawiązuje do lat wielkiego głodu w Finlandii w połowie XIX wieku. A także z garści opowiadań, wśród których wyróżnia się szczególnie mikropowieść "Wędrujące buciory" - oryginalny tytuł to chyba "Buty dziewięciu mężczyzn". Te buty, te wojskowe buciory odbyły swoją wojenną wędrówkę w fińskim zakątku światowej jatki. W nich pyszna galeria chłopaków starających się jakoś przetrwać koszmar. Jednym się udało, innym niestety nie. Wojna, o której opowiedziały buciory, sfatygowane jak ich właściciele.

Pentti Haanpää mocno się w swej ojczyźnie wystawiał na gniewne ataki, bo nie wahał się dotykać krytycznym piórem fińskich świętości. Taką świętością była na przykład armia, z której młody kraj był niesłychanie dumny. Tak więc Pentti uchodził czasem za takiego Fina nieprawdziwego, bez patriotycznych uczuć... (Ach, te żołnierki, te wojenki...) I piewca osobistej wolności czasem miał utrudniony dostęp do wydawców i niektóre jego rzeczy ukazały się dopiero pośmiertnie.

Polecam dziś opowiastki o fińskich chłopcach z  nieszczęsnej II wojny światowej. I kilka jeszcze innych opowiadań, które towarzyszą wspomnianej mikropowieści: o ostatniej drodze flisaka, o babce, co sobie lat dodawała, o wariacie i jego koniu, o osobliwym, iście upiornym śpiworze, o gościu, co się musiał topić, czy o zuchwałym dziwolągu, co zawsze lubił udawać kogoś innego...

Fińskie lasy i jeziora, pustkowia dalekie od miast. Gdzie choroba to nie tylko zło, ale i grzech...

Pentti Haanpää, Wędrujące buciory, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 1984

13:55, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 21 września 2015
Forma

Jest - wydaje się. W pomysłowości... W państewku, co swe takie prowincjonalne Davos ma (tak, tak - przecież zawsze jednak życie jest gdzieś indziej...). Forum ekonomiczne, czy jak to tam zwą - zaszczytne utytułowania miało dla trwale bezrobotnej persony... Prezes albo nic - bo przecież nawet nie grządka ani zmywak... Ale może nie trzeba się śmiać, wszak bezrobotny ów na fantastycznym zasiłku tkwi. Medal za cwaniactwo, za psi swąd, którym się przemknął przez życie. Robaczek życie oszukał, w konia zrobił... W naszej demokracyjce panoszą się wesoło dyktaturki. Ta z Prezesem wydaje się najbardziej czarująca i zdumiewająca. Ten poklask i przytup dla bezmyślnych beknięć, ordynarnej gry na emocjach durniów, dla rojeń i snów maluśkiego o wielkościach - na stojąco... Ta kapryśność i surowość wiecznego dziecka - karuzela z partyjnymi misiami - narzeczonymi i partyjnymi mamuniami. I ci, i te kończą zwykle z etykietką niemoralnych - taki los parszywy miłości partyjnych... Ale nie brak takich, co pchają się w to szaleństwo, w ten psychotyczny opar, z miłosnym wyznaniem... Patrzę na to i nie mogę powstrzymać się od śmiechu... Sondaże jak marzenie. Patrzę, jak wesoło i beztrosko poddajemy się zidioceniu... Forma jest i zmiany się szykują. Słyszałem o malowniczych przymiarkach. Ponoć ministrem edukacji mogłaby być ta pani, co się o zbrodni w Katyniu uczyła z rzetelnych podręczników przedwojennych (sic!)... Że ministerstwo sprawiedliwości można by oddać w ręce pannicy z ludu smoleńskiego... Że ministrem obrony mógłby być policmajster, który podczas pełni księżyca powinien raczej siedzieć w domu... Forma jest zaskakująca - Pierwszy Urzędnik powtarza właściwie to, co gadał kiedyś potomek literata - noblisty, ale w bardziej wiecowej, więc mniej ordynarnej formie... Nie ma do czego wracać. Ch..., d... i kamieni kupa - w wielkim skrócie. Żeby tylko przejęty Urzędnik sam się nie przestraszył po swoich oracjach i przy którejś z kolejnych wizyt zagramanicznych  nie przyłączył się do pochodu uchodźców. Tylko patrzeć, jak poprosi gdzieś o azyl... No - wybrali, i co teraz? Obietnice głupkowate, nie do spełnienia... Z pysia wyjdzie cholewa jak się patrzy... Oj tak, oj tak - ja wiem, to wszystko odejdzie w niesławie, ośmieszone - tylko czy nie szkoda na to wszystko czasu? Warto iść takim pijackim tempem - trzy kroki w przód, dwa kroki w tył?

Rodacy w formie. Takoż i sąsiedzi... Wracam z wakacji leniwych, zielonych, z wiatru, z viddy północnej - i widzę, że budują szlabany... Dołączamy do oszlabanionych, ogrodzonych, osłupkowanych cymbałów... Tęsknoty za ekskluzywnością? Śmiałem się z ogrodzonych osiedli. I sami teraz w takim mieszkamy. Zgłaszałem drobne protesty, bo jestem chłopcem z otwartego miejskiego podwóra - to na mnie naskoczono. Jak to? Przecież wszystko po to, żeby obcy nie przyjeżdżali... Jacy obcy, do diabła?! I gdzie idą ci obcy, jak już tak zaparkują? A może spodziewają się najazdu Marsjan?... Wspólnota zdecydowała większością. Przymierzała się, przymierzała, aż wreszcie dopięła swego. A mnie tak smucą wszelkie bariery, pomalowane na biało i czerwono zapory, słupki i szlabany... Jaka to ironia - akurat to nasze barwy państwowe... Kolory zagrodzeń, niechęci - barwy, które przełożone na mowę, brzmiałyby w duchu: wypierdalać, won stąd, kurwa dziady...

Forma... Żeby jakoś tak dalej... Jeszcze nie tak dawno temu był upał, z krystalicznym powietrzem... Zrobiliśmy sobie z Frankiem urocze wagary... Są dni, podczas których jest mi tak dobrze, że myśląc o nich żal by było umierać...

Maksymalnie udana egzystencja. Tak kiedyś Ludwik Hering powiedział o życiu Mirona Białoszewskiego... (Tak, znowu Miron...) W rąbniętej rzeczywistości... Bardziej nawet niż nasza... No przecież... Ta moja egzystencja też nie najgorsza, mimo wszystko... Miron o swoim życiu pisał, że było niezwykłe, dobre, mimo iluś marzniętych zim, lat niedojedzeń... I w końcu śmierć. Kiedyś będzie. Ale co przedtem? Zna się te dojrzewania. Z obserwacji. Może się uda na nie tak źle? --- Sam takie nadzieje chowam w sercu. Może nie na tak źle... "Ale przecież nie omijały mnie i te złe - pisał Miron. - I to spadały nagle. Jak te bomby i wciąganie w wodę. Nieraz popadało się w popłoch. Potem pocieszenie się, że to jeszcze nie to złe, przedłużenie sobie dobrego mniemania o sobie z wyglądu. Aż nagle. Ząb. Ząb. Jeden, drugi. Wypluty. Z bułeczką i mlekiem. Jak złe sny. Potem i ten przód głowy. Ze środkiem. Łysym. Potem odwrócenie się ode mnie, potem ustąpiła mi miejsca jedna... " Mógłbym to samo o sobie. Częściowo - bo jeszcze nie plułem nigdy zębami. I jeszcze nie ten czas, by ustępować mi miejsca... Mam jeszcze swoje pociechy... Franek kiedyś obwieścił znajomym - Słuchajcie, w Miśku zakochał się rumuński wampir!! Jaki niesamowity, mówię wam!! - Młody był wampir, bardzo w swej urodzie niepokojący, że aż ciarki szły po człowieku... Jakaś przyjemność w tej niesamowitości była, ale odprawiłem zalotnika... 

Ponoć znów ma się ocieplić. Trzeba jeszcze pomyśleć o jakichś letnich niezwykłościach... Piękność jest kuzynką niezwykłości i nieprzyzwyczajenia. Tak w każdym razie piękność zdefiniował kiedyś Per Olof Sundman... Zatem życzę wszystkim jak najwięcej niezwykłości - letnich, potem jesiennych...

I pomyślcie trochę przy okazji październikowego głosowania... Bo jednak nie wszystkie niezwykłości muszą być na dłuższą metę piękne... Zawsze są przecież jakieś wyjątki.

13:56, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 14 września 2015
W tyle

Za innymi, na przykład. Bo czemu nie?

To może wypada tak skrótowo choćby, donosowo... Że żyję. Z połową głowy jeszcze w Laponii... Połową głowy prawie pustej. Odkryłem bowiem wielką pustkę. Najpierw się jej przestraszyłem. Teraz się oswajam. Uczę się czegoś nowego. Na tej śmiertelnej ścieżce...

Niech będzie donosowo. Tak na siebie. Że gdyby wszyscy byli tacy jak ja, internet stawałby się dziś przebrzmiałą zabawką. Brzmi idiotycznie w naszych czasach... Ale cóż - nienawistnik ze mnie żaden, poza tym - ktoś mógłby powiedzieć, że przecież w internecie jest wszystko, tyle że ja wszystkiego nie szukam. Zresztą - wszystko, czyli nic... Potrzebne mi okruszki i garsteczki są raczej w realu, w pokoiku na stoliku, w wyrku albo za oknem. Wystarczy zejść po schodkach, pójść, pojechać...

Ach, gdyby wszystko ode mnie zależało, to może byśmy w ogóle nie złazili z drzew... A jak byśmy zeszli, to tylko żeby se posiedzieć tak przy ognisku, pogrzebać patykiem w węgielkach - takie tam ciepłe, serdeczne matriarchalne palenisko - gnojowisko. I wszystko na wierzchu, co by się nie dać dewiacjom.:)

A gdybym to ja był Adamem? Sam bym Ewę wypędził z Raju. Profilaktycznie. Nawet dla jej dobra. Bo to potem się Adamy na Ewy gniewają, bo Adamy bardzo chcą być z Ewami, ale zwykle przez chwilę, Ewy zaś myślą o miłościach wiecznych, i krok tylko do gorzkich nieporozumień... Zatem Ewa musiałaby bawić się sama, szemrane drzewko poszłoby na opał - jak by były brzoskwinie i winogrona, to na cholerę jabłka - i cieszyłbym się nieróbstwem i bezpłodnym kosztowaniem pyszności... No tak - do licha, ale przecież co ja innego robię? To się przyłapałem... Bogowie jeszcze dla uciechy podesłali mi drugiego Adama... Ale gdybym był tym pierwszym, nie rozpanoszyłoby się zło... Ale co tam - i tak w tyle...

Tak chyba jest u Elektrycznych Gitar - są takie chwile, mam wszystko w tyle... Coś jakby od Mirona poszło. Białoszewskiego. Bo Miron zanotował przecież w Donosach: 

Są takie chwilee,

że jak się schylee,

to mam cię w tylee...

       Pijak w pociągu do Kobyłki w Wigilię podczas dwugodzinnego stania pod sygnałem.

Z głupstwa żeśmy się z Frankiem zaśmiewali... - To się, Miśku, pochyl. - O, ale to chyba trzeba ostrożnie, bo to bóg wie, co tam jest... I tak jakoś cały jeden wieczór mieliśmy z głowy. Na parskanie w herbaty, kawy...

Trochę rzeczy mam w tyle, chociaż mnie martwią... No, bawta się, wyborcy, bawta się dalej. Na razie mamy jeden głupawy uśmieszek, pobożność pokazową - am, am, do buzi, ładnie, Bozia bardzo się cieszy! - nieustającą wiecowość krzykliwą, bezmyślność, chamstewko... Bawta się dalej, to wam się zesrają do środka. Dadzą radę. To na pewno!

Uchodźcy i imigranci też mnie specjalnie nie podniecają. Sami też się przed wiekami tu przywlekliśmy - bo to nie tak, że nas jakiś stwórca od razu nad Wisłą wykiprował. - Mata - pierdolta się, tu... To jest oczywiście smutne, że istnieją tysiące powodów, dla których ludzie czołgają się do obcych albo po samo gołe życie, albo po wyśniony lepszy poziom tegoż. Za dużo miejsc, w których żyć się nie da... Pytanie, czy na długo będzie tu miejsce do życia dla przybyszów... Nie boję się ich. Ale obawiam się, że oni będą w przyszłości mieli znów powody do obaw... Żeby nie byli jak te mrówki walące w rosiczkę. Zależy, jaki potwór się obudzi. Wszak bestiarium nasze potrafi zaimponować... Zawsze będzie jakieś zło. Bo życie jest tryumfem zła. Życie - zło - to w zasadzie to samo... Nie ma się co bać i pieklić, bo to tylko zło potęguje. A ja zawsze powtarzam, że złu pomagać nie trzeba. To jest dobre minimum. Jak się ktoś nie chce szczególnie wysilać. Póki co Zachód pobełtał sobie tu i ówdzie, posiał burzę, to mu teraz zaczęło padać... Przecieka jak diabli.

I cóż by tu dodać... Augustem może skończyć dzisiejsze wystąpienie...

Znów zaczyna się wędrówka

Po chwastach, cierniach, kamieniach!

Ledwieś na utartej drodze,

A już ci jej zakazano.

Ledwieś zerwał kwiat, a zaraz

Mówią, że to kwiat innego.

Drogę ci zagrodzi pole,

A ty musisz naprzód iść,

Podeptałeś plon innego.

Inni depczą potem twój, 

By różnica była mniejsza!

Każda radość, której doznasz,

Wszystkim innym niesie troskę,

Twoja nie raduje innych!

I tak troska troskę goni

Wiecznie, aż do śmierci, która

Niestety innym chleb daje!

                        August Strindberg

14:16, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »