BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
sobota, 27 października 2007
Czas i woda

Wybrałem się wczoraj wczesnym popołudniem na cmentarz. Obiecałem mamie, że zajmę się w tym roku rodzinnym grobem, poszedłem więc, korzystając z ładnej pogody, żeby porobic troche przedświątecznych porządków.---- Nie lubię cmentarzy i bardzo rzadko odwiedzam jakiekolwiek groby, co wcale nie wiąże się z jakimś zanikiem pamięci czy czułości. Po prostu nie rozumiem tego pomysłu z upamiętnianiem zmarłych w takiej formie. Po co te wszystkie pomniki, tablice, brzydkie figurki? Gdy sobie pomyślę, że całe pogrzebowe zamieszanie stało się wielkim przemysłem, że odbywają się dziś niemal rozrywkowe targi, na których prezentowane są coraz wymyślniejsze przedmioty związane z pochówkiem, będące w sumie dowodem coraz bardziej pogłębiającego się infantylizmu i głupoty, pomysłowej, trzeba przyznać, robi mi się niedobrze. Tak jakby ludzie robili wszystko, żeby śmierć odsunąć gdzieś daleko, jako coś, co nie pasuje do wesołego miasteczka. Ekspensy, zabieganie, okazja do wypitki, po to chyba tylko, żeby oddalić od siebie trudne i bolesne pytania. I nagle ludzie przypominaja sobie o umarłych, w ich święto - w zgiełku, w idiotycznych ulicznych korkach, z siatkami pełnymi zniczy kupionych po promocyjej cenie, ze stukilogramowymi wiązankami, tupiąc po bruku kościółkowymi bucikami. Ot - jeszcze jedna rozrywka. Interesująco napisał o tym przed laty Erich Fromm w Ucieczce od wolności: "Chrześcijaństwo odebrało śmierci jej realność i usiłowało pocieszyć nieszczęśliwego człowieka obietnicą życia po śmierci. Nasza epoka śmierć po prostu ignoruje, odrzucając tym samym jeden z fundamentalnych aspektów życia. Zamiast pozwolić świadomości śmierci i cierpienia stać się jednym z najsilniejszych bodźców życiowych, podstawą ludzkiej solidarności, doświadczeniem, bez którego radość i entuzjazm pozbawione są intensywności i głębi - jednostka zmuszona jest ją tłumić. (...) Tak więc lęk przed śmiercią wiedzie wśród nas swój nielegalny żywot. Istnieje w dalszym ciągu, mimo że usiłujemy go odrzucić; tyle że tłumiony, staje się lękiem bezpłodnym. Oto jedno ze źródeł płytkości innych doświadczeń i niepokoju przenikającego świat; to także, śmiem twierdzić, tłumaczy ogromne sumy wydawane przez Amerykanów na pogrzeby." Sądząc po rozmaitych a szkaradnych budowlach cmentarnych, i u nas ludzie miewają skłoność do wyrzucania pieniędzy w błoto, byle tylko zrobić bzdurne wrażenie. W niektórych miejscach widziałem nawet przygotowane siedziby, błyszczące niczym karoserie drogich samochodów, oczekujące na właścicieli, którzy, boję się, muszą mieć jakieś niecodzienne wyobrażenia o leżeniu pod powierzchnią ziemi. Wszystko już przygotowane - wyzłocone imiona, nazwiska, daty narodzin... Szaleństwo. I nie wiem doprawdy, czy pośród tych głupstw jest jeszcze szansa na jakieś głębsze refleksje... No tak, ale przecież śmierci nie ma. Uczepieni jesteśmy życia i naszej prywatności kurczowo, tak że ci, co tkwią pod ciężkimi płytami są nadal żywi. Oni tylko śpią, spoczywają. I my też tak sobie będziemy, będziemy spać. ---- Minąłem ogromne grobiszcze. Na chwilę przykuło moją uwagę. Spczywała w nim kobieta. Spoczywała w tym miejscu od 1975 roku. Pani kiedyś ważna i przydatna. Kiedyś, w swoim czasie. Ludzka próżność nakazała wyryć na tablicy kamiennej cały oszałamiający ciąg tytułów naukowych oraz informację, że pracując jako lekarka, pani ta uratowała całe rzesze istnień. Klękajcie narody!! Uu, pani doooktoor... Potrzebuję ratunku! No, no, już, już, wstajemy, wstajemy. Co? Nie? Jednak nie. A ja byłem pewien, że to gabinet lekarski. Z taką wizytówką! Nic tylko się tu leczyć! I nic z tego. I pewnie jej pacjenci z zamierzchłych czasów też już gryzą glebę. I kogo to wzrusza? Normalka. Wszyscy zlepieni w masę, jaka kiedyś się tłoczyła, podobną do tej, jaka kłębi się dziś na ulicach, zupełnie anonimowa. Tysiące nazw, których z nikim i niczym nie kojarzę. Tu i ówdzie spotykałem twarze. Nagrobkowe fotografie. Dziwaczny zwyczaj. Najbardziej zaskoczyło mnie jedno - wszystkie te dostrzeżone oblicza były przeraźliwie pospolite... Nie, może właściwie nie powinienem był być zaskoczony... Za życia byli zapewne niewidoczni, a przecież trzeba, trzeba jakoś zaznaczyć swą obecność (diabli wiedzą, po co) poza swym wąskim kręgiem. Był sobie człowiek! Taki. O twarzy jak z dziecinnego obrazka.--------- Dotarłem do grobu dziadków. Rodziców mojej mamy. Dawno temu byłem tam po raz ostatni. Gdyby teraz gdzieś przebywali, tak żywi inaczej, z pewnością nie mieliby mi tego za złe. Zbyt byli mi drodzy, bym mógł o nich zapomnieć. Oni istotnie pozostają dla mnie żywi, we mnie żywi. Myślę o nich często i ze wzruszeniem. Brzmią mi w uszach ich głosy, pamiętem wszystkie zapachy ich domu, wszystkie detale wnętrz. I żyję pośród przedmiotów, które do nich należały. Bardziej nie mogę ich pamiętać i nie mam potrzeby dawania świadectwa mej pamięci osobom postronnym, dla których ja sam i mój świat nie mają żadnego znaczenia, o co nie mam do nich pretensji... ---- W sumie niewiele było do zrobienia. Przetarłem płytę, wyrzuciłem przepalone znicze, położyłem kwiaty, zapaliłem światełko i postałem chwilę w bezmodlitewnym milczeniu, bo nie umiem się modlić. ---- zastanawiam się czasem nad swoją religijnością. Naturalnie przyjaźnię się z bogami, z bogami nordyckimi, ale nasza znajomość ma bardziej towarzyski charakter - ja odwiedzam ich, oni odwiedzają mnie, w zaden sposób jednak nie wpływamy na siebie. Pozostaje jeszcze ten jeden. Ten. Nigdy Go o nic nie proszę, bo wiem, że on lubi spełniać nasze pragnienia, z czego zawsze wynikaja potem poważne, a czasem nawet upiorne, problemy, wolę więc, żeby zbytnio się nie mieszał do moich spraw - wystarczają mi jego działania, które nie wynikają z moich podpowiedzi... Czasem spojrzę w górę i krzyknę coś niecenzuralnego. Wiem, co wtedy robi. Unosi głowę znad pucharu pełnego rubinowego wina i rozkłada ręce w nieśmiałym geście wyrażającym bezradność. Mówi też czasem: popróbuj jeszcze trochę, co ci szkodzi? No i próbuję. I też w sumie mogę napić się wina. Z aniołem stróżem przy boku. Każdy ma takiego anioła. Mój niestety jest bardzo roztargniony, ciągle się zagapia, wiecznie mu się rozwiązują rzemyki u sandałów, ma porwane rękawy, bo zahacza nimi o klamki, ale jego uroda sprawia, że nie gniewają mnie jego niskie kwalifikacje. -------------- Cmentarz. Tonący w krzyżach, w tych potwornych, nie dających żadnych złudzeń i pociechy symbolach. Krzyż, a na nim człowiek - nagi, obity, upokorzony, zmarły straszliwą śmiercią. Ludzie utrzymują, że to Bóg, który stał się człowiekiem i który przyszedł, żeby podzielić nasz los. Tak, wcześniej czy później musiało do tego dojść. Najwyraźniej nie było innej możliwości, by raz na zawsze sobie coś uzmysłowić. Jaką naukę z tego pobieram? Że sprawa jest beznadziejna. Że niczego po prostu nie da się odkręcić. Że jak się życie rozpęta, to nie ma z tego wyjścia. Kropka. A, i, pamiętając o tym, starać się, żeby owego życia, szczególnie cudzego życia, nie zamieniać w większe piekło niż to, jakim już jest. -------- Dziadkowie. Powrócili tam, skąd przyszli. Kto wie czy chodziłbym dziś po świecie, gdyby nie oni, którzy stanowili cały urok mojego dzieciństwa. Czas z nimi to były jasne punkty i wytchnienie od płaczu, nerwów, narastającego strachu, samobójczych fantazji i przerażającej samotności. Oni pokazywali mi, jak ludzie powinni żyć. Moi rodzice pokazali mi, jak ludzie żyć nie powinni. Ich dom to była miłość. Mój rodzinny dom był chemicznie wyprany z miłości, zatruwany kolejno nienawiścią, poczuciem wstrętu, wreszcie zimną obojętnością - ot, był takim małym ziemskim piekiełkiem, na pozór wzorowym inteligenckim potworkiem, wywołującym we mnie lęk i odrazę. --- Bardzo przeżyłem ich śmierć, bo straciłem w nich po prostu dobrych przyjaciół. Szczęśliwie zahaczyli swym życiem o kawałek tej mojej - jak to ludzie dziecinni mówią - dorosłości, tak że w swojej wieloletniej bezładnej tułaczce - szarpaczce, miałem jakąś przystań. Byli naprawdę fantastyczni i kochani. ---- Coś się jednak niedobrego w rodzie uaktywniło, co przeszło też na mnie, coś, co najwyraźniej przez wieki tkwiło w uśpieniu, co każe mi przypuszczać, iż natura, uruchamiając specjalny mechanizm, powiedziała dość!! Starczy!!  -- Jakiś czas temu ojciec trafnie mnie scharakteryzował. Powiedział mi - cytuję - Jesteś tak samo popierdolony jak ta twoja mamusia. Tak, jego dawna kochanka, później żona, jest dziś tylko tą moją mamusią. (I ślubuję ci, i ja tobie też, że cię aż do śmierci, i wierność, i uczciwość, w zdrowiu i chorobie, i Boże Ojcze... - pierdolenie w bambus). Nie mam o to żalu do niego. W sumie jest w tym wiele racji. Widzę coraz bardziej, coraz wyraźniej, że mój los jest w pewnym sensie odbiciem losu mej matki. W gruncie rzeczy jesteśmy do siebie podobni - równie pogmatwani, wściekli, nie potrafiący za bardzo ułożyć sobie życia, chciwi, samolubni, bezczelni, trudni, skłonni do pogardy... Staram się walczyć z bulgoczącymi we mnie truciznami, którymi sobie niejednokrotnie komplikowałem życie, ale nie zawsze mi to wychodzi. ---- Ponieważ już byłem na miejscu, przespacerowałem się jeszcze do Adriana. Och, kawał drogi. Świeże kwiaty. Z pewnością Anka je przyniosła. Ja nie przyniosłem kwiatów. Miałem tylko znicz. Obłęd. I kupa śmiechu. Moja największa klęska. Zdarła ze mnie skórę. I cóż mogę robić teraz? Jedynie podziękować grzecznie za to, że był. ---- Odwróciłem się na pięcie. Groby, groby. Przeszłość. Coś co nie istnieje. Tak, jak w "Poziomkach" u Bergmana. Uświadomienie sobie, że osoba odeszła jakby nigdy nie istniała. Że kołacze się tylko gdzieś pośród wszelakich fantazji, w snach na jawie. Czas. Czas miniony. Śniony jedynie, dzień po dniu odkształcany. Czas jak woda. Jak w wierszu islandzkiego poety. Czas jest jak woda, co zimna jest i głęboka jak moja świadomość. Czas jest jak obraz, którym pospołu z wodą namalował. Czas - woda, co spływa bez śladu w głąb mojej świadomości...

  TÍMINN OG VATNIÐ

Tíminn er eins og vatnið

og vatnið er kalt og djúpt

eins og vitund mín sjálfs

  Og tíminn er eins og mynd

  sem er máluð af vatninu

  og mér til hálfs

Og tíminn og vatnið

renna veglaust til þurrðar

inn í vitund mín sjálfs

(...)    

                        Steinn Steinarr

środa, 24 października 2007
10 słów spod prysznica i trochę pierdół

 Napisać coś czy nie napisać? Jak zwykle nie mam nic mądrego do powiedzenia, dręczy mnie jednak wyrażona przez pewnego człowieka groźba, groźba przekleństwa, które na mnie spadnie, jeśli uchylę się od tego swojego klepania. By się nie narażać, spróbuję dziś coś wstawić... Tylko co? Hm... ------- Wybory, wybory i po wyborach. Przyszedł czas wykluwania się nowej władzy. Ufam, że proces ten upłynie w atmosferze spokoju... --- Przypomina mi się zdanie, jakie napisał dawno już temu niemiecki psychiatra Ernest Kretschmer: "Psychopaci istnieją zawsze, jednak w zwykłych czasach my bywamy ich ekspertami, w czasach gorących oni panują nad nami." Wszystko wskazuje na to, że czasy, w jakich żyjemy, choć nie brak w nich trudności, niepokojów i niebezpieczeństw, są jak najbardziej zwykłe, i cieszy to, że tak wielu ludzi, wystarczająco wielu, zadało sobie trud, żeby to zauważyć...----------- Nieszczęsny jest odchodzący premier. Widzę w nim takie bardzo już stare dziecko z dużą głową, z którym jakakolwiek dyskusja nie ma sensu. Dziecko, które sieje zamęt w piaskownicy. To uosobienie klęski. To człowiek, który nie potrafi ani zwyciężać, ani przegrywać. W jego rękach złoto zawsze będzie zmieniać się w błoto. Gdy wygrywa - chce mieć wszystko, a więc zbyt wiele. Gdy przegrywa - pluje, szczypie, ciągnie za włosy i kopie po kostkach. To człowiek bez zasad i godności, mimo że ciągle zapewniał wszystkich, że jest inaczej. I w gruncie rzeczy nie jest zjawiskiem nadzwyczajnym. W końcu jakże często nasze czyny różnią się od wyrażanych myśli. I jak wielu z całkowitym bezwstydem akceptuje tę przepaść. Normalka! Takie jest życie. Bo taka konieczność. Potrzeba chwili. --------Mam nadzieję, że przez najbliższe lata nie będziemy ośmieszani, obrażani, niegrzecznie pouczani, skłócani, i że rządzący skupią się na rozwiązywaniu rzeczywistych problemów, bez zbędnych i wątpliwej jakości fajerwerków. Oby tak było! Oby starczyło pomysłów...

I cóż poza tym... Jesień, jesień, jesień... Płacząca i zimna... Jak zwykle zbudziłem się wcześnie rano. Chociaż może stwierdzenie zbudziłem się jest trochę na wyrost. Od dłuższego czasu bowiem budzi się raczej moje ciało. Uszy zaczynają słyszeć, oczy stwierdzają, że z przedmiotów nie wypełzły kolory, nos wyczuwa rozmaite wonie, a tam, niżej, poranny, wesoły wzwód, i szczęśliwie nigdzie nie zapalają się ogniska bólu. Ból, innego rodzaju, pojawia się nieco później. To wstrętny, utrzymujący się od dawna skurcz coraz bardziej zgniłego ducha... Kiedy wstaję, psy wyją z radości. Jest wtedy jak w małpim gaju. Drapią mnie, cholery, po nogach, robią mi pies ci mordę lizał, no i nie ma rady - muszę podnieść ciepłego, dychającego jeszcze trupa, odcedzić go po nocy, odziać się pospiesznie i wyprowadzić stado, by samo mogło się odcedzić. A po spacerze gorący prysznic. Dzisiaj, podczas kąpieli, ułożyła mi się lista moich 10 słów. Tak sama się ułożyła, szybko, sprawnie. I zaakceptowałem ją. Słowa te brzmią: śnieg, noc, pustkowie, papier, góry, osobność, cierpienie, droga, seks, śmierć...

Oscar Wilde powiedział, że świat został stworzony przez poetę dla marzyciela. I bardzo ładnie. I bardzo dobrze...  --- Chłopiec ze sklepu, o którym już wspominałem kiedyś, tkwi nadal na swym posterunku. Już nabrał wprawy i w krótkim czasie utracił wiele ze swej uroczej niezręczności. Wydaje się jednak, że chęć bycia gdzieś indziej w dalszym ciągu w nim istnieje. Jego rozmarzone oczy mnie zachwycają. Oddałbym wszystko, gdybym mógł choć przez chwilę popatrzeć na świat poprzez te niezrównane błękity. Świat jest doprawdy okrutny - takie cudo w takim miejscu!!-- Nie należę do osób łatwo nawiązujących kontakty, raczej nie zagaduję do ludzi, nie zaczepiam ich, ale tutaj pozwoliłem sobie na odstępstwo od zasady. Chłopiec okazał się miłym i dowcipnym stworzeniem.----- Bardzo mnie rani fakt, że musi tam pracować. Byłoby lepiej, gdyby, sowicie wynagradzany, mógł oddawać się gdzieś snom na jawie. Świat by od tego nie ucierpiał. Wręcz przeciwnie... Praca jest w gruncie rzeczy czymś dobrym dla ludzi, którzy nie mają nic do roboty.------- Oliwkowy chłopiec nie jest już takim rodzynkiem, ma bowiem nowego kolegę, który jest wesoły, energiczny i hałaśliwy, ale, podobnie jak jego koleżanki z pracy, nie ma w sobie żadnej tajemnicy...

 Miła, drobna pogawędka w sklepie to dobry początek dnia. Przyjaźniejszym okiem patrzę na dziurę w suficie. Tak, trzeba coś z nią zrobić. Nie, nie, nie będę odkładał tego problemu do jutra, skoro mogę zająć się nim pojutrze... Tak generalnie zajmę się tą bzdurą chyba dopiero na wiosnę...

 A teraz pora gasić ten cholerny komputer. Czeka mnie dziś drętwe spotkanie w złym towarzystwie, na nieszczęście bezalkoholowe. A przecież alkohol jest po to, by złe towarzystwo uczynić sobie miłym...

13:44, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (6) »
sobota, 20 października 2007
CZESŁAW MIŁOSZ

  WŁASNE TAJEMNICE

Wszystkie moje nieszczęsne tajemnice

Jedna po drugiej będą wypatrzone.

Aż powie ktoś: jakie ubogie życie

I ścieżki stamtąd w górę jakie strome!

 

13:46, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (5) »
piątek, 19 października 2007
Śnieg

 "Świat, cierpienie, ziemia, matka, ludzie, pustynia, honor, bieda, lato, morze." Tymi wyrazami odpowiedział Albert Camus na pytanie o jego dziesięć słów.

 Postanowiłem zapytać samego siebie o moje dziesięć słów. Odpowiedź na to pytanie z początku wydawała mi się dziecinnie prosta. Natychmiast pojawiło się pierwsze ważne słowo - śnieg. I rzecz niezwykła - na tym zakończyło się moje wyliczanie. Naturalnie przez myśl przemknęło mi mnóstwo słów, ale przy żadnym nie zrodziło się we mnie przekonanie, stuprocentowe przekonanie, że mógłbym umieścić je na liście. Utknąłem. Utknąłem w śniegu. I trochę mnie to przestraszyło.

 Nie tak łatwo zmieścić siebie, swoje życie w dziesięciu słowach.

 A zabłąkany w te strony czytelnik umiałby z pełnym przekonaniem stworzyć swoją listę?

 

 

 Jeszcze jeden drobiazg, z innej beczki, choć również pochodzący od Alberta Camusa. Przeglądając jego notatniki natknąłem się na zdanie, które mnie zastanowiło: "Człowiek labiryntu nigdy nie szuka prawdy, zawsze i jedynie Ariadny."

14:13, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (4) »
środa, 17 października 2007
DAVID BOWIE - "Stage"
 Czasem, żeby poprawić sobie nastrój, muszę sobie coś kupić. Ot - sprawić sobie prezent, by mieć chwilę przyjemności. Wypuściłem się więc wczoraj na misto na małe polowanie. Najpierw wypatrzyłem buty. Przymierzyłem, kupiłem. Ale to jednak żadna radość. Ubiory, obuwie to mimo wszystko bzdury, ponura i kłopotliwa konieczność wymuszona zmiennym klimatem. (Czasem myślę, mimo że ciepłe kraje budzą we mnie pewną odrazę, iż życie w warunkach pozwalających ograniczyć okrycie do ozdobnych paciorków i ewentualnie przepasek nie byłoby takie złe. Ach, człowiek wstawałby rano, zakładał przed wyjściem z szałasu jakiś koralik, piórko i szedłby sobie ot tak - z radosnym, swobodnym, nieskrępowanym zwisem do swych codziennych obowiązków, oczywiście nielicznych - to bezwzględny warunek - ograniczonych do strącania z drzew czegoś jadalnego, palenia umilających życie ziółek i troskliwej obserwacji uwijających się przy pracy kobiet). Ruszyłem więc dalej. Do księgarni. Poszperałem trochę wśród książek, podelektowałem ich zapachem, ale na żadną się nie zdecydowałem. (Dziś kto żyw coś pisze [jedni robią to rękami, drudzy - i tych jest chyba większość - nogami, jeśli nie czymś straszniejszym], tak więc pośród tego drukowanego zalewu człowiek stoi czasem zupełnie bezradny). Powiodło mi się natomiast w sklepie płytowym. Też długo szukałem, grymasiłem, aż w końcu wydłubałem coś, na co od razu się skusiłem. Znalezisko nie było dla mnie niczym nowym - wręcz przeciwnie - "Stage" Bowiego - bo o ten album chodzi - znam wszak od lat, chociaż morze czasu upłynęło od chwili, kiedy słuchałem go ostatni raz. Przypomniały mi się od razu późne lata osiemdziesiąte i mój pierwszy wyjazd na Zachód. Ależ to były wtedy kontrasty... I jakże odmienny był tamten świat, w którym istniało coś tak dziwacznego, klaustrofobicznego i niesłychanego jak Berlin Zachodni. Tam właśnie kupiłem sobie m. in. "Stage" - kolejny klejnocik do mojej mozolnie gromadzonej bowiefilskiej kolekcji. (Łezka się kręci w oku na wspomnienie tych dużych winylowych krążków, kopert, lakierowanych okładek, adapterów no i tego dźwięku dobywającego się z głośników, bogatszego zawsze o jakieś trzaski... Wcale się nie dziwię, że do dziś istnieją ludzie rozkochani w tych drobnych niedoskonałościach, bo ta dzisiejsza nieskazitelność jest taka trochę bezduszna. Niestety mój adapter dawno już temu zdechł, a winyle przehandlowałem i mam teraz kupę płyt CD w plastikowych pudełkach, które szybko stają się brzydkie, porysowane, a z muzyki uleciały bezpowrotnie sympatyczne dodatki). --- Mówią, że stara miłość nie rdzewieje. I racja. W gówniarskich czasach z muzyką Bowiego obcowałem najchętniej - wystarczała mi, zadziwiała ogromnym bogactwem nastrojów i stylów. Później mi przeszło - zwróciłem się ku muzyce klasycznej, której do dziś słucham najczęściej, ale Bowie jednak nie dał mi spokoju. Nadszedł moment, że za nim zatęskniłem i z biegiem czasu odbudowałem kolekcję jego płyt i ciągle, wracając do nich od czasu do czasu, odkrywam w tych znanych mi od lat nagraniach coś nowego.--- No i tak, ponieważ "Stage" wpadło mi w ręce, postanowiłem odświeżyć i tę znajomość. I nie żałuję, bo to świetny koncertowy album z chyba najlepszego okresu kariery Bowiego, dokumentujący światową trasę z 1978 roku. Świetny album i dodatkowo, w swym wcieleniu z 2005 roku, o niebo lepszy od wydań poprzednich, jego twórcy zdecydowali bowiem umieścić na nim utwory w takim porządku, w jakim wykonywane były na koncertach, co pozwala jeszcze bardziej przybliżyć słuchaczowi klimat tamtych wieczorów sprzed lat, a poza tym bogatszy o kilka rzeczy, które w czasach płyt winylowych musiały odpaść ze względu na ich ograniczoną pojemność. ---- Zrobiłem sobie ucztę! Wgniotłem się wygodnie w kanapę w towarzystwie słoiczka z niedojedzonymi oliwkami i pozwoliłem płynąć muzyce, dźwiękom z dawnych czasów. -- Najpierw długi, długi instrumentalny wstęp w postaci fenomenalnego utworu Warszawa. Wyczekiwanie w narastającym napięciu na pierwsze mocne uderzenie. Czasem słychać w tle drobne pogwizdywania - ktoś widać się niecierpliwi, nie odpowiadają mu nastrojowe muzyczne tapety, woli Bowiego w nieco innym repertuarze, i wreszcie dostaje to, na co czeka - na pierwszy ogień idzie genialne, nieśmiertelne Heroes, a potem doskonała mieszanka pochodząca z berlińskich popisów: płyt Low i "Heroes". Po kilku dynamicznych numerach przychodzi czas na oddech w postaci Sense of Doubt. Dalej koncert znów się rozpędza - najpierw rozbrzmiewa także instrumentalny, sto razy lepszy od wersji studyjnej, energetyczny kawałek Speed of Life, po czym przychodzi czas na kolejną porcję piosenek z zamykającym pierwszą część pełnym autoironii hitem Fame. Drugą część w dużej mierze wypełniają piosenki z dawniejszych czasów, z najsłynniejszej chyba płyty Bowiego The Rise and Fall of Ziggy Stardust and the Spiders from Mars. Brzmią nieźle, chociaż ma się wrażenie, że muzycy podeszli do tego materiału zbyt rutynowo. I znowu po sporej dawce energii przychodzi moment wytchnienia - melancholijna kompozycja Art Decade z Low. Potem jest jeszcze fantastycznie wykonany Alabama Song Bertolda Brechta i Kurta Weilla. I deser! Trzy dynamiczne, rozgrzewające, porywające kompozycje ze Station to Station - również i one - podobnie jak Speed of Life - o wiele, wiele ciekawsze, bardziej ożywione, bogatsze od nagrań studyjnych.----------- Świetnie, świetnie zrobiona rzecz, na wysokim poziomie. Dzięki doskonałym muzykom  - kto wie czy nie najlepszym, z jakimi Bowie współpracował (m. in.gitarzyści Adrian Belew, Carlos Alomar; basista George Murray; perkusista Dennis Davis...) - utrwalone na płytach występy są prawdziwym rarytasem... Warto dodać, że nad całym przedsięwzięciem czuwał Tony Visconti, który, mam wrażenie, pełni w karierze Davida rolę dobrego ducha. Visconti przez wiele lat współpracował z Davidem Bowie, był współproducentem wielu jego najznakomitszych płyt. I w ostatnich latach panowie znów się spotkali, po to żeby wypuścić w świat kolejne wspólnie wyprodukowane cacka: doskonałe albumy: "Heathen" i "Reality"... --- Cóż powiedzieć jeszcze... Po przesłychaniu "Stage" utwierdzam się w przekonaniu, że jest David Bowie, potem długo, długo nic, a poźniej cała estradowa reszta, która mało mnie obchodzi.
15:54, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
sobota, 13 października 2007
Pięknie, że szkoda gadać
 Być albo nie być... Oczywiście nie być. Wolałbym nie być, nie istnieć. Wolałbym się nigdy nie zdarzyć. Naturalnie przyjemnie jest pić czekoladę, patrzeć przez okno, czytać Tomasza Manna, gdzieś pojechać; z tego, co sobie przypominam, niezła jest obłapka; dobre są lody orzechowe, szarlotka, gorzka kawa i papierosy; miłe jest kupowanie róż i słuchanie ludzi, którzy mówią winem (choć tych jakby dziś mniej - w każdym razie ja najczęściej natykam się na takich, co mówią piwem albo jogurtami - jedni i drudzy są nie do zniesienia); rozkoszne jest powietrze pachnące śniegiem, wspaniały koncert fortepianowy Griega... Mógłbym tak jeszcze trochę powymieniać, wyliczać przyjemnostki pieszczące wszystkie zmysły i... właściwie nie miałbym nic przeciwko temu, żeby to wszystko trafił szlag. Wystarczyłoby tylko się zgasić, zdmuchnąć i przejść tam, gdzie nie roją się żadne myśli, wspomnienia, gdzie się już nie jest uchem, okiem, językiem, nosem, penisem, garstką szarych i różowych komórek i czym tam jeszcze. Zgasić się z nikim się nie licząc, mówiąc - to moje życie i mogę z nim zrobić, co chcę, mam do tego prawo, mam prawo nie chcieć, nie chcieć więcej, by w uroki i przyjemności wtapiało się okrucieństwo, cierpienie, melancholia, mam prawo odmówić ponoszenia coraz większych kosztów, by podtrzymywać coś, czego wartość z dnia na dzień maleje. Oddać się na złom! Samolubnie.---- Ze swojego życia wypisać się nie możemy - musimy je przeżyć w całości - to jedyne w tym świecie, co musimy doprowadzić do końca. Obojętne jak. Obojętne kiedy. Nie jest ważna długość życia, chociaż skłonni jesteśmy często do podawania liczb określających wiek, w którym śmierć jest stosowniejsza, tak jak, pozbawieni beztroski, lubimy opowiadać, co po upływie tylu a tylu lat powinno się w życiu człowieka przydarzyć, i nieraz słychać głosy pełne ubolewania mówiące: za wcześnie albo: za późno. Tymczasem życie biegnie swoim rytmem, toczy się we właściwy sobie sposób. Zazwyczaj rozciąga się na dziesięciolecia, niekiedy zaś gaśnie niesłychanie szybko. Życie zawsze trwa tak długo jak to możliwe i nie ma większego znaczenia, jaki jest jego koniec. Śmierć jest jedna i obojętne, co ją sprowadza: wypadek, starość, choroba ciała, duszy. Umierając sami nic nie tracimy. Umierając... powodujemy straty. W życiu innych. To z życia innych możemy się wypisać albo jesteśmy zeń wypychani. Naturalnie nie zawsze owo wypisywanie się czy wypychanie musi przypieczętowywać śmierć, bo w końcu z biegiem lat mnóstwo ludzi traci nas z oczu, bynajmniej nie dlatego, że dobiega kresu nasze istnienie, śmierć jednak stanowi najstraszliwszą ze strat poprzez swoją nieodwołalność - ona nie pozostawia uchylonej furtki, nie daje szans na żadne odnowy. --- Niemal wzystko, co robimy, czynimy we własnym interesie - także nasza troska o innych jest ocieniona naszym egoizmem. (Nie sądzę, by całkowita bezinteresowność była zjawiskiem częstym. Nawet ten, co porzuca wszelkie dobra i swój czas w całości poświęca bliźniemu, nie jest zazwyczaj wolny od głębokiej troski o samego siebie, bo nawet jeśli nie spodziewa się żadnych nagród w świecie doczesnym, liczy na uznanie swych zasług w zaświatach). Chcemy bowiem, by trwał nasz świat, którego składnikiem są bliscy w ten czy inny sposób ludzie. I niekiedy pragniemy nawet, aby cudza męka trwała jeszcze, a wraz z nią rozpaczliwa nadzieja na jakieś lepiej, żeby tylko nie gasły patrzące na nas jeszcze oczy, by nie stygły dłonie, które nas dotykały, by razem nie przemieniło się w nieodwołalne osobno. Trudno byłoby ganić kogokolwiek za to samolubstwo. Trudno ganić wolę, która chwyta się wszystkiego, aby utrzymać to, co dla niej ważne, która do upadłego nie chce rezygnować, która chce się na każdym kroku potwierdzać. Trudno więc też ganić tego, który ośmiela się targnąć na własne życie. Nie ma chyba wyrazistszego sposobu na wyrażenie woli życia. Nie ma wtym ani krztyny zaprzeczenia. W wieku młodzieńczym tak drastyczny krok jest najczęściej rozpaczliwym wołaniem o pomoc, jest wołaniem życia, by inni zwrócili na nie uwagę, bez której nie może się rozwijać. Później zaś jest już tylko niezgoda - bo można rozmieniać się na drobne, próchnieć, utaplać się w kloace - ale do pewnego momentu, jest bowiem jakaś granica, poza którą ceniące się życie (albo nawet przeceniające się) nie przejdzie. Zejść jeszcze jeden stopień? Niżej? Nigdy! Tego byłoby za wiele! Może jakiś inny przejaw życia zdołałby to przetrwać, może ktoś zdolny do obojętnego przyjmowania ciosów, ale nie ja! Nie ja! Kłopot jedynie w tym, że takie zatopione w sobie, protestujące życie najczęściej zazębia się o inne, potrafiące stawiać opór, gdy otrzymuje sygnały dające do zrozumienia, że jakaś jego cząstka usiłuje mu się wymknąć.------------------------- Mama zaczęła świrować. Kilka dni temu zatelefonowała do mnie jej siostra. Wpadła w lamentacyjny ton. - Byłam u twojej matki. Słuchaj, ja już nie żyję, chodzę z kąta w kąt, całą noc nie spałam. Ona mnie w ogóle nie chce słuchać. Wygaduje tylko jakieś okropieństwa, że już jej niewiele zostało, że już sobie obmyśliła nawet plan samobójstwa, gdyby coś, że wszyscy ją okłamują, że musi sobie kupić porządne buty do trumny, że w szafie ma przygotowane ubranie do pochówku, że musi zrobić trochę porządków, powywalać, co niepotrzebne, żebym nie miał później zbyt wiele do roboty... (Ach, jakie wielkoduszne wychodzenie naprzeciw memu lenistwu! Wzruszyłem się!) Czy ty się ostatnio z nią widziałeś? - Owszem. I znam pobieżnie te malownicze plany. - I co ty na to?----- Co ja na to? Sam nie wiem. Latem ubiegłego roku, tkwiąc w samym sercu życiowych upiorności, gdy byłem sam, siedziałem razem z psami w kuchni pod lodówką i krztusiłem się smarkami. A teraz? Po tym telefonie poczułem się - niech mi czytelnik wybaczy - najzwyczajniej w świecie wkurwiony. - Błagam cię - wołała ciotka - Zrób coś! Bo ona mówi, że już nie chce się dalej leczyć. Że to bez sensu... Obiecałem, że zaraz do niej pójdę. --- Ja ci dam buty do trumny! Wściekły rzuciłem słuchawkę i zacząłem wywrzaskiwać wszelkie możliwe wulgaryzmy, tak że psy pochowały się po kątach. (One doskonale rozumieją moją mowę - są takie ucieszne. Wystarczy, że powiem, nawet zupełnie spokojnym głosem: k... mać. Cisza. Stado rozbiega się w poszukiwaniu kryjówki, przeczuwając zbliżającą się burzę. Oho - żywiciel jest zły i trzeba zejść mu z drogi. Widać wtedy tylko a to czujnie nastawione ucho wystające z jakiegoś zakamarka, a to oko wyłaniające się zza kanapy. Ale starczy, że zawołam: gdzie są moje potwory? - a stado zbiega się radośnie i znów panuje sielanka).---- Złapałem kurtkę, buty (poleciało jeszcze kilka przekleństw, bo jednej sznurówce zachciało się nagle zwinąć w złośliwy supeł) i udałem się w drogę.---- Człowieka ogarniają czasem dziwaczne emocje, wręcz niestosowne, gdy w grę wchodzi choroba: ze współczuciem miesza się gniew, i to gniew uderzający w osobę, która przysparza nam trosk, zupełnie jak by ponosiła całkowitą odpowiedzialność za swój stan. Sytuacja w ogóle była idiotyczna, straszliwa, schizofreniczna. Ja - pierwszy kandydat na samobójcę, zarobaczony mrocznymi myślami, miałem coś zrobić! Miałem iść, by przemawiać do tego tam - rozsądku!----- Jak na złość nie wziąłem ze sobą kluczy do jej mieszkania, a ona nie miała zamiaru nikogo wpuszczać. Alarmowałem domofonem i nie było żadnego odzewu. Zadzwoniłem więc do sąsiadki. Wpuściła mnie. Potem jeszcze musiałem podobijać się trochę do drzwi i wreszcie ją ujrzałem. - A to ty? - A to ja. - Gdybym wiedziała, ble ble ble. Zamknęła się w rozmemłaniu. - Chyba musimy pogadać? -- Tylko o czym? - pomyślałem. Bardziej chciało mi się strzelać niż gadać. Mama zamieniła się w chudego zgniciołka. Poprzeganiała wszystkich, kochaś utknął u siebie w domu powalony przez grypę czy coś w tym rodzaju... Na pytanie, jak się czuje, otrzymałem odpowiedź w postaci wzruszenia ramionami, któremu towarzyszyło wydęcie ust. - Dzięki za wyczerpującą informację. - No bo co to takie życie. - Tak, tak, ono jest całkiem do dupy. Sam to zdołałem ustalić. --- Właśnie umarł jej znajomy. Od wielu, wielu miesięcy walczył z chorobą nowotworową, jeszcze nie tak dawno temu nawzajem się pocieszali, a tymczasem poddał się. Zrezygnował, przerwał leczenie, i do piachu. - I kto wie czy dobrze nie zrobił? Bo wiadomo, co będzie dalej? --- Przemawiam, proszę, by nie gadała bzdur. Jeszcze trochę. Cierpliwości. Wszystko idzie, jak trzeba. Jest przecież ogromy postęp. Dolegliwości ustąpią. I nikt cię nie okłamuje. Na litość Boską! --- Ale to bzdury. Takie gadanie. Pociecha dla ubogich. Bo ten umarł, bo ktoś tam jeszcze... No, no i ten... Ach, ale ma kłopoty! Jak go tu nazwać? Niby wszystko do chrzanu i tylko machać ręką, ale byłoby jakoś tak mniej do chrzanu, gdyby jej syn nie był homoseksualistą. Kompletna porażka. Tak, tak, nawet moje emocje, mój żal, rozpacz były czymś dziwacznym ,niestosownym. W głowie się nie mieści! Jakaś pieprzona, ponura komedia. Ale tak czy siak, wziął i umarł. I proszę o litość. Choćby w związku z tym. Choćby ze względu na mnie. Bo jeśli się nie pozbiera, nie wiem, co będzie. Potrzebuje trochę wytchnienia. Nie może mi ktoś co rok umierać! Bo jeśli tak miałoby być, to pozostają mi już tylko białe miękkie ściany, krata w oknie, zupa przez nos i uporczywa masturbacja. Przekonuję ją, że jest mi potrzebna, chociaż ona zawsze w to powątpiewała. - A do czego ja ci jestem teraz potrzebna? --- No, trochę mnie przyłapała. Ale wypaliłem, że potrzebna mi jest jej obecność, tak żebym nawet teraz, będąc już starym koniem, mógł się czasem poczuć jak takie dziecko, które ciągle ma jeszcze mamę i tatę (gdziekolwiek on jest). To z jakichś powodów jest niekiedy przyjemne. Z bardzo nieokreślonych powodów. - A tak swoją drogą, to czy ty jesteś jakiś burak? - Dlaczego burak? - No bo tylko buraki pakują się do trumny w nowych butach. - Dzwoniła do ciebie ta pinda? - Tak, pinda zadzwoniła i jest przerażona twoimi fantazjami. -- Coś mnie naszło i pozwoliłem sobie na żarty: - Podobno masz jakieś pomysły na dobre zejście? Nie, nie mów! Jeszcze chwilę! Muszę znaleźć coś do pisania. Zrobię notatki, żeby niczego nie uronić. - Co ty pieprzysz? - Każda wiedza może się przydać. ---- Wprawdzie jestem szczęśliwy, mam taki obowiązek, ale przcież nigdy nie wiadomo. (Swoją drogą szkoda, że mama nie rozmnożyła się bardziej. Gdyby miała gromadkę dzieci, świat zostałby opromieniony szczęśliwością. Ona jest najdoskonalszą mamą, została powołana do tego, by dawać światu uosobienia szczęścia. I po co jej wyjściowe buty? Niebo czeka na nią z otwartymi ramionami. Może tam spokojnie iść w szlafroku i kapciach). Mama niczym się nie chce podzielić. I dobrze. Absolutnie nie chcę słyszeć o samobójczych fantazjach. Nie tak się umawialiśmy. Daj sobie, kobito, sznsę. Byłoby idiotyzmem cokolwiek teraz przerywać. Jest bliżej, jak dalej! Zacząłem rozwodzić się nad tym, jak mimo wszystko warto i dobrze jest żyć. Sam niemal uwierzyłem w te wszystkie wyrzucane z siebie kretynizmy.--- Nie wiem doprawdy czy walczyłbym, gdyby mnie dopadło takie złowrogie choróbsko. Chyba wolałbym zwinąć się w kłębek jak zwierzę gdzieś pod kupką liści. --- Mama się zastanawia, dlaczego musi przechodzić te medyczne okropności. Mógłbym na to jej odpowiedzieć, gdybym był bardziej złośliwy. Ona przecież zawsze miała raka, przez całe dekady. I to był też jeden z cieni mojego dzieciństwa. Mama była zupełnie nieprzewidywalna. Nigdy nie mogłem być pewien, co jej się spodoba, a co nie. Jeśli zalazłem jej za skórę, urządzała swoje popisy. Najmocniejszym numerem była historyjka z rakiem. Taki byłem czasem niedobry, że wybuchała płaczem. Przemawiała żałośnie: Ty mnie nie kochasz. Ja się żywię samymi resztkami (jadała to samo, co wszyscy), żyły sobie wypruwam, a ty co? Ale zobaczysz! Mama niedługo umrze. Na raka (w tym momencie pokazywała jakiś pieprzyk na nodze). Czułem się w takich chwilach jak kawałek ścierwa. A teraz? No - taka zawsze byłaś chora, pozwalałaś sobie na takie wybryki - to masz. Pieprzyk. Trochę wyżej. Już nie na żarty. --- Okazałem znów wielką gościnność. Zwykle się ją okazuje, jeśli się wie, że zapraszana osoba nie ma zamiaru jej nadużyć. Straszne to, ale prawdziwe. Ona nigdzie nie zamierza się przenosić. Zastanawiałem się głośno - nie przydałoby ci się jakies dodatkowe wsparcie? Jakiś spec od głowy? Czuję, że i mnie by to nie zaszkodziło. Ostatnio wszystko - od światła dziennego, poprzez własne kąty, sprzęty, ulice aż po nocne ciemności - nabrało dość męczącej i niepokojącej dziwności. -Eee - padła odpowiedź. -- No, w każdym razie trzeba brać się w garść. - Masz wkrótce wizytę u lekarza. I pójdziesz tam. I to jak człowiek. Domyty i porządnie ubrany. Jeśli jeszcze raz cię zobaczę w tych powywlekanych łachach i strąkami na głowie, zadzwonię na policję. I nie strasz nas. - Nie będę. - Mam nadzieję. - Zjadłbyś może coś? Na pewno jesteś głodny. -- Nie, nie byłem głodny i poprzestałem na piątej czy szóstej kawie. - Masz się trzymać kupy. Dla mnie! Obiecujesz? ----- Będzie oczywiście, jak zechce.---- Wracałem przez wieczorne, rozbawione miasto. Drażniła mnie ta ogólna wesołość. Psy czule mnie przywitały. Musiałem się z nimi trochę potarzać na podłodze. To nasz rytuał. Uff, jedyne normalne dziś stworzenia. Dla nich mógłbym chodzić w łachmanach. Mogę być świrem i pedałem. Mają to wszystko tam, gdzie kura ma jajko, zanim je zniesie.---- Spacer, kolacja, gorąca kąpiel. Nie dałem rady się na niczym skupić. Wrzuciłem w odtwarzacz "Eventyr" Garbarka. Zapadłem w sen bez marzeń.--------------------------O dupę to wszystko rozbić.
15:48, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (12) »
sobota, 06 października 2007
Krótko słowem pożyczonym

 Cóż dziś wpisać? Jest jakoś tak niewyraźnie. Mogę właściwie oświadczyć coś podobnego do wyznania Wilde'a...

 Przez cały wczorajszy wieczór szukałem pokus, którym mógłbym ulec. Nie znalazłem ani jednej. Ani jednej. Bardzo, bardzo niepokoję się o przyszłość.

13:22, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (12) »
czwartek, 04 października 2007
Na stokrotkach spać

 Teksty Agnieszki Osieckiej są w historii polskiej piosenki prawdziwym skarbem. Ogromnie je lubię i cenię, i od czasu do czasu chętnie puszczam sobie rozmaite utwory, by zachwycić się znowu słowem, jak i muzyką, tworzoną zawsze przez świetnych kompozytorów. (Kim są dziś te wzystkie ładne chłopaki, których twarzy nie sposób zapamiętać i te wszystkie cizie jak sen podstarzałego świntucha, klecące, chyba przez zachłanność, prymitywne zwrotki? Do licha - na żadnym ładniutkim obliczu nie pojawia się nawet cień wstydu). Wśród tych uroczych, a nieraz prawdziwie wybitnych klejnocików i perełek jest piosenka, która zwróciła moją szczególną uwagę - "Damą być" z repertuaru Maryli Rodowicz. Tak sobie słucham, słucham i - zaraz, zaraz - coś ona mi na myśl przywodzi, rysuje mi postać, którą dobrze znam, z którą się budzę i z którą zasypiam. Cholera - to ja! Wypisz - wymaluj! Widać wyraźnie, że przypisywanie pewnych cech jednej tylko płci jest poważnym, krzywdzącym nieporozumieniem. Bycie kimś na wzór owej damy jest moją rolą! Piszę to bez cienia skrępowania. ------ Co też mówi Osiecka? Informuje, że tak chciałaby, umiałaby powiewną być - niby dym. No - to ja też - chciałbym, umiałbym - ba, umiem!! Choć w ostateczności potrafię i ryj komuś obić, bliżej mi do dymków i muskających milutko mgiełek... Dalej - królewną być - złote kwiatki rwać i terenować nowe miny, i przed lustrem stać... Tak... Królewnę mogę sobie darować, bo nigdy bym nie chciał być kimś płci przeciwnej - wolę mieć ładne, wygodne, niezbyt absorbujące swymi przypadłościami ciało. Ale już rwanie złotych kwiatków? Naturalnie. Po nic innego nie przychodzimy na świat! A stanie przed lustrem? To moja specjalność. Przeglądam się zresztą nie tylko w lustrach, ale też w szybach, wypolerowanych łyżeczkach... -- I dalej - być na wyspach bananowych i dyrdymały śnić. - Składam się wyłącznie z dyrdymałów! Pozostaje jedynie niezgoda na wyspy bananowe, bo one pachną ciepłymi krajami, a te są stanowczo w złym guście. -- I jeszcze: nie mam serca do czekania, do liczenia, do zbierania; nie mam głowy do posady, do parady, do ogłady - to zbyt opłakany stan. --- No, może teraz nauczyłem się nieco cierpliwości, ale kiedyś na nią nie cierpiałem, co czasem wpędzało mnie w malownicze kłopoty... A serce do liczenia? - No, policzyć forsę - to i owszem, ale żeby jakieś wielkie, wydumane matematyki? - a precz mi z tym! Sio! Posada? Nevermore! ---- Mieć swój szyk? A jak!! Mdleć z wrażliwości jak ciocia Jadzia? A proszę bardzo! Na widok krwotoku, ran ciętych, oberwanych kończyn - zawsze! --- Mieć serce dla sieroty, zgubionego wajdeloty? - Co za dużo, to nie zdrowo.------- I jeszcze, jeszcze. To absolutnie nie mój styl z musztardówki pić. -- Co do życia z panem na wiarę... No - he-he...---Zdecydowanie wolałbym na stokrotkach spać. I dalej stać przed lustrem. (Mam to od dziecka. Pamiętam, jak moja babcia zawsze wołała: Nie patrz w to lustro, bo w końcu zobaczysz diabła!)-------- Spójrzmy na kolejną zwrotkę. Pić bananówkę. No, może akurat nie to. Ale kieliszek koniaku, szklaneczkę whisky, setkę wódy - jak najbardziej.------------- I znowu dama nie ma do czegoś serca. Nie ma go do pilności. Ja też. Do świętości. Mam sporo nieodpuszczonych grzechów na swoim koncie. ----- I znowu nie ma do czegoś głowy. Do dyplomu... Taa, ja coś tam wyskrobałem, ale żeby takie rzeczy budziły we mnie entuzjazm - nie, nie... Byłem zawsze daleki od sztubackich zapałów i nigdy nie miałem naukowych ambicji. (Nauka zresztą, wbrew pozorom, niewiele mówi o świecie. Więcej o nim można dowiedzieć się od nawet średniej klasy poety).-- A poziom? - Ot, trochę lukru i kolorowej posypki na mózgu, i pewien stopień bezradności we własnym i kilku obcych językach. Od bycia intelektualistą dzielą mnie lata świetlne, co zupełnie mnie nie martwi. - Nie mam też głowy do zbiórki złomu. W ogóle nie wiem, co to jest zbiórka złomu.

 Damą być, ach, c'est si bon - tylko gdzie te, gdzie te damy, gdzie te damy są? Dowiadujemy się - poszły z kochasiem w siną dal. Odfrunęły z królikami.----------- No, to ja je sobie troszkę pozastępuję. W miarę swych możliwości. W męskim przebraniu.-------- Nie ma dam. Zostały kobiety. Śmiertelnie poważna sprawa. No i cóż... Hm... Do pracy, niestety, do pracy. W tym odbaśniowionym, coraz bardziej śmieciowatym świecie.

13:31, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (6) »
wtorek, 02 października 2007
Jakoś leci...

 Niedzielny wieczór spędziłem z mamą. Moje drobne choróbsko ustąpiło, mogłem więc wejść w jej progi bez obawy przywleczenia ze sobą czegoś absolutnie niepożądanego.---- Prawdę mówiąc, ilekroć idę do niej, czuję niepokój, bo nigdy nie wiem, w jakiej kondycji ją zastanę, i na co powinienem być przygotowany, jak się nastroić. Czy będzie pogodna i w formie, czy pokurczona, przygnębiona i pełna strachu. Wczoraj niestety było to drugie. Otworzyła drzwi i jedno moje spojrzenie wystarczyło, by ocenić sytuację. Miała na sobie rozciągniętą bluzę, wiszącą na niej teraz jak na wieszaku (Chryste Panie - z baby jak rzepa zrobiła się krucha anorektyczna dziewczynka!) i jakieś przedpotopowe spodnie, a na jej głowie sterczało coś, co przypominało bujną, acz sfatygowaną nieco florę rodem z nasypu kolejowego. - Co jest? - zapytałem. - A idź - padła odpowiedź, której towarzyszyło machnięcie ręką. "No to przerąbane" - pomyślałem. ---- Coś jej zaszkodziło, coś ją gniotło w żołądku. Wszystko do niczego. Musiałem wysłuchać znowu wszystkich okropieństw typu: człowiek już jest do niczego, trzeba się już chyba zabierać itp, itd... A do tego doszły strachy, bo czekają ją jeszcze jakieś zabiegi, o których snuje najdziksze fantazje.---------- Trudne są takie rzeczy dla kogoś, kto stoi po przeciwnej stronie, po stronie zdrowia. Bogu dzięki przyszedł jej wierny i oddany adorator i wspólnymi siłami udało nam się ją jakoś rozruszać i skłonić jej myśli do podążania innymi torami. ---- Kochany jest ten jej przyjaciel. Mama czasem go źle traktuje, syczy nań jak wąż - jego to nie zraża. On ją uwielbia. On jest cierpliwy i wyrozumiały. On ją po prostu kocha. I całe szczęście. Dzięki temu mogę przynajmniej mieć odrobinkę spokoju. Odrobinkę.  ------ Cholera - życie lubi jednak popadać w przesadę....

 Choroba. Okropieństwo. Interesująco napisał o niej Marcel Proust: "Dopiero w chorobie zdajemy sobie sprawę, że żyjemy nie sami, ale zespoleni z istotą innego gatunku, od której dzieli nas przepaść, z istotą, która nas nie zna, a z którą niepodobna nam się porozumieć: z naszym ciałem. Bandytę spotkanego na drodze zdołalibyśmy może wzruszyć jego własną korzyścią, jeżeli nie naszym nieszczęściem, ale błagać litości naszego ciała, znaczy mówić do potwora morskiego, dla którego słowa nasze nie więcej mają znaczenia niż szmer wód i z którym współżycie wydałoby nam się czymś przerażającym".

13:42, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (4) »