BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
sobota, 31 października 2009
Ars moriendi

Dobrze by było napisać coś ładnego. Ale to się z pewnością nie uda, bo nie umiem pisać ładnie.

 Czas się listopadowy zbliża, z wiadomym świętem u jego początków, więc może z tej okazji wystukam trochę chaotycznych zdań, urządzając malutką wycieczkę poprzez nierozwiązywalne zagadki, świat dawnych nordyckich bogów, jedną z ulic Reykjaviku (do której poszybuję sokołem), a także jeden piękny film, by dotrzeć wreszcie do muzyki. Taki jest ukuty naprędce plan...

 Z życia nie ma żadnych wyjść. Wchodzi się w nie, po to tylko, żeby dobiec do ściany i się o nią rozbić. Wiemy, że gdzieś tam ona jest i na nas czeka. Twardy, niezniszczalny mur, który od zawsze próbujemy jednak przebić, powodowani lękiem i nadzieją, że może jesteśmy wyjątkowymi istotami, którym nie jest pisana skończoność. Narzędzia mamy jednak wątłe. Słowa układają się w twory bez znaczenia. Wyobraźnia, nawet najdziksza, w swych największych nawet dziwactwach, nie przekracza tej najważniejszej granicy...

 Skąd - dokąd? I w ogóle z jakiego powodu? Czemuż to coś się zjawia i czemu istnieć przestaje i przez co istnieje? Gdzie tylko się człowiek obejrzy, widzi zawsze tylko horyzont. Gdy zamknie oczy, ogarnia go ciemność. Ciemność i głucha cisza, gdy zniknie panoszący się w głowie codzienny zgiełk myśli. Ani z dali, ani z głębi nic do nas nie przemawia. Wszystko zdaje się być zbiorem zjawisk zatopionym w tajemniczej, mrocznej ciszy.

 Cisza, z której przybywamy i ku której zmierzamy. W której się rozpuścimy. Dziwne NIC! Dziwne, ale może nie takie straszne? Patrząc wstecz, trudno dostrzec początek - niknie we mgle, z której wyłaniają się pierwsze wspomnienia, z czasów, gdy człowiek przestał być już oseskiem... Żaden dramat. Ani cienia pierwszego krzyku. Płynne przejście z mgły do słońca i gwiazd, dające nadzieję, że wniknięcie w nią z powrotem będzie równie łagodne. Nie odczuwa się życia jako czegoś, co ma początek. Nasi rodzice mogą z całą pewnością powiedzieć, że się zjawiliśmy o określonej porze, sami zaś możemy w myślach wędrować w najodleglejsze nawet "dawniej", "dawniej", które nas jeszcze nie obejmuje, tak jak wybiegamy myślą w przyszłość snując fantastyczne wizje, w tę nawet przyszłość, która już nas nie obejmie, nie myśląc o końcu, być może nawet słusznie przeczuwając, że nigdy nie będzie nam dane zauważyć, że oto życie się skończyło - to stwierdzi tylko lekarz i inni pozostający przy życiu, nas samych zaś nie ogarnie żal ukrytego obserwatora, wściekłego, że dalej nie może już uczestniczyć w rozkoszach życia.

 Co było przed i co będzie po? Wyobraźnia czerpie garściami z życia, nie ma mocy, by poza nie się przebić. (Fantazje o jakichś tam zaświatach, o towarzyskim wydarzeniu w postaci spotkania ze zmarłymi wcześniej czy z bóstwem niewiele się różnią od rozmyślań o spodziewanym przyjęciu połączonym z orgietką w pałacu u zaprzyjaźnionej księżnej czy gdziekolwiek indziej, u kogoś tam innego.). Pozostaje tylko poczucie, że NIC nie było takie straszne. Sto lat temu nie żyłem. Żadna potworność! Czemu więc miałbym sądzić, że oto czeka mnie coś złowrogiego? Tam, za horyzontem?

 NIC. O którym nie sposób cokolwiek rzec. NIC, do którego pisane nam powrócić? Wprawdzie zapadając w sen, nie obawiamy się niczego, nie zasypiamy ze strachem, choc nigdy nie mamy pewności, że się zbudzimy. A jednak świadomość, że kiedyś nadejdzie to ostanie zaśnięcie, wielu wprawia w drżenie. Bo żeby tak nie istnieć wcale? Tak bardzo przywykliśmy do ciał. A tu rapetem żadnego czucia, żadnych myśli, wrażeń? Idziemy zazwyczaj przez życie z poważną miną - tym rozczulającym grymasem dzieciństwa, pośród spraw doniosłych (że tylko pęknąć ze śmiechu) i wszystko raptem miałoby mieć tak żałosny finał? Wielu woli trzymać się wytworów ułomnej wyobraźni. Nieuleczalni egotyści, co dla swego nieustannego "ja i ja, moje i dla mnie" znajdują coś dla siebie w religii, tej wielkiej pocieszycielce, będącej jednocześnie - co trzeba ze smutkiem stwierdzić - doskonałym paliwem dla ognia, którego imieniem jest zło. (Tak to bywa z wiarą oferującą prywatną nieśmiertelność, że potrafi niebywale rozzuchwalić. Wiemy, co człowiek zdolny jest zrobić w imię wybzdurzonych nagród pośmiertnych i jak, na użytek własnej, potwornej natury, umie sobie zinterpretować teksty uznane za święte... Wszak religia, jak wszystko inne, jest narzędziem, z którego korzystają zarówno jasne jak i ciemne charaktery. Ona sama nie ma mocy zdolnej kogokolwiek naprawić, uczynić dobrym. Sama ludzka dobroć, wypływająca ze współczucia - jak zauważa Schopenhauer -  jest faktem ludzkiej świadomości, jest jej istotnie właściwym i nie opiera się na żadnych przypuszczeniach, pojęciach, religiach, dogmatach, baśniach, wychowaniu czy wykształceniu - jest pierwotna i bezpośrednia, tkwi w naturze ludzkiej.)

  Co będzie potem? Nieobecność. Wśród pamiętających - używając słów Tischnera - żywa nieobecność. Poza tym kręgiem - po prostu nieobecność.(Tu śmierć nie ma zresztą żadnego znaczenia, bo dla tych, w których świadomości nigdy nas nie było, po prostu w ogóle nie istniejemy).

 Myślimy nader często o tej żywej nieobecności. Niektórzy może nawet wyłącznie są tym pochłonięci, jakby mieli pewność, że kiedyś, pełni próżności, będą patrzyli z góry na swe dzieła i dobrodziejstwa. Zwróceni całkiem ku ziemi. A póki co - przyszłość otoczona ubezpieczeniami, lokatami i coraz makabryczniejszą medycyną mającą odstraszać jak najskuteczniej to, co i tak nieuniknione... W takich okolicznościach naturalnie owo nieuniknione skazane jest na trochę taki nielegalny żywot, w ukryciu, a przez to ukrycie owo nieuniknione wydaje się tym bardziej straszliwe, ilekroć zdradzi czymś swoją obecność.

 Pewnie niestarannie dziś szykujemy się do tej najbardziej tajemniczej podróży. Zakrzykujemy w sobie potwora. Po co jednak zakrzykiwać tę wielką ciszę. Po co własnym strachem czynić ją przerażającą?

 Skończoność, żadne jakieś dalej, jednorazowość powoduje to, że życie nabiera smaku. Jego kruchość czyni je piękniejszym i drogocennym. Nie jest dla bydlaczych, niszczycielskich mrzonek, nie jest po to, by cokolwiek i kogokolwiek bezmyślnie niszczyć... Kruchość nie jest zachętą, by czyjekolwiek życie lekceważyć...

 Sztuka życia - sztuka umierania. Pomiędzy nimi można postawić znak równości. Skoro i tak wszystko biegnie w NIC, warto chyba życie przebyć pięknie. Pomimo zła, bólu... Być wiernym sobie, swoim pragnieniom, a nie tym podyktowanym, których spełnianie kiedyś może nam stanąć kością w gardle. Być uważniejszym. Częściej się zatrzymywać. Pozwalać ciszy na przyjacielskie wizyty.

 Śmiertelny ktoś z milczącym NICZYM w sobie i wokół siebie. Przejaw bezgranicznej wolności drogą przedziwnego kaprysu wbitej na czas jakiś w cielesne sidła, w pajęczynę rozmaitych pragnień, dla samej siebie odgrywającej zdumiewający spektakl - pokaz osobliwych fajerwerków, pośród przelotnych oczarowań i wzruszeń...  Śmiertelny ktoś - obecny w świecie zawsze tak długo, jak to jest tylko możliwe...

 Wpis się rozrósł. Dalszą część umieszczę więc w drugiej notce. Coś jeszcze napiszę i dodam muzykę...

 CIĄG DALSZY PONIŻEJ

14:52, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
Ars moriendi (ciąg dalszy)

 Żyje się, póki można. A można coraz dłużej. Nie jestem jednak pewien, czy to takie znów wspaniałe...

 Zanim przejdę do muzyki, skupię się przez moment na filmie, z którego pochodzi. Na obrazie sprzed kilkunastu lat pod tytułem "Dzieci natury" (Börn náttúrunnar) w reżyserii Friðrika Þóra Friðrikssona. Film ten to opowieść o drodze, starości i miłości. Jego bohaterem jest Þorgeir (w tej roli nieżyjący już niestety, fenomenalny Gísli Halldórsson), który na starość musi porzucić życie na farmie. Rozstaje się ze swoim światem na odludziu, by zamieszkać w Reykjaviku - najpierw u rodziny, a potem w domu starców, tym smutnym miejscu, do którego wypycha się ludzi stanowiących niewygodną przeszkodę dla nowoczesnego, ruchliwego, rozpaczliwie młodego życia pragnącego, jeśli to tylko możliwe, unikać kłopotów, potrafiącego z łatwością wyciszać swoje sumienie przekonaniem, że przecież w domach spokojnej starości opieka jest taka fachowa. (Stary człowiek jawi się jako jakiś niepotrzebny mebel, jako ktoś, kogo wypada już trochę tak pochować. Sytuacja nie do pozazdroszczenia, taka sytuacja, kiedy jest się ciągle jeszcze żywą, czującą i jako tako sprawną istotą, której życie jednak ktoś inny już domknął i odsunął na bezpieczną odległość.) W domu starców Þorgeir spotyka swoją dawną, szczenięcą miłość - Stellę (Sigríður Hagalín), która, niezadowolona ze swego położenia, toczy cichą walkę z personelem. Na przekór bezdusznej rzeczywistości postanawiają wreszcie na powrót złapać swoje życia we własne ręce. Przeczuwając nadchodzącą śmierć decydują się na ucieczkę do swojego świata. Chcą jeszcze raz nacieszyć się pięknem ich rodzinnych stron, pięknem Zachodnich Fiordów. Gasnące powoli dzieci natury kradną więc jeepa (czarodziejski to jeep, potrafiący nawet znikać!) i ruszają w drogę, do starego domu Stelli. Ruszają, bo dopóki żyją, jest jeszcze czas na przygodę, na piękno i miłość. Na miłość, która powróciła, bowiem ta pierwsza okazała się być też ostatnią... Wzruszający to obraz. O ludziach cicho broniących swej godności. Zadający jednocześnie ważne pytania: Na co długie życie, skoro człowiek zmuszony jest do tego, by porzucić wszystko, co jest mu drogie? I ile jest ono warte, gdy pogrąża się w sztuczności, rozprasza w zgiełku, tracąc kontakt z naturą?

 "Börn náttúrunnar" - wspaniały przykład magicznego realizmu... Z niego pochodzi poniższy utwór. Napisał go Hilmar Örn Hilmarsson - islandzki kompozytor, wybitny twórca muzyki filmowej, a także goði - bo Hilmar jest poganinem i stoi na czele Ásatrúarfélagið. (Nie będę się już tu rozpisywał na temat jego pogańskiej działalności - zainteresowanych zachęcę jedynie do lektury wywiadu z artystą na stronie: www.islandia.org.pl/artykuly/2006/hilmarsson.html . Powiem tylko, że najważniejszym bogiem dla pana Hilmara jest Óðinn, bo jakoś dobrze współbrzmi z jego własnym temperamentem i jego rzeczywistością... [Hm - a ja najbardziej lubię Lokego. Loki to fascynująca postać, której nie da się zaszufladkować. Ten właściwie nie bóg, tylko dziwny demon, stanowi zlepek sprzeczności: raz jest pożyteczny i wręcz niezastąpiony, innym razem wyłazi z niego szkodnik i potwarca; potrafi też zmieniać płeć - krył i był pokrywany - jest i ojcem, i matką; zmienia też postać: może być koniem, pająkiem, umie czmychnąć do strumienia łososiem, a także wzbić się nad ziemię sokołem. Jest bardzo związany z Islandią - jedna z mitycznych opowieści o Lokem wyjaśnia niepokojące zjawisko, jakim jest trzęsienie ziemi. No i ten sokół. Islandia słynęła niegdyś ze swych sokołów. Cenili je niezwykle duńscy monarchowie. Jeden z najstarszych budynków w Reykjaviku ma związek z królewskimi zamiłowaniami - to Fálkahúsið przy ulicy Portowej (Hafnarstræti) {dziś ta ulica jest nieco mniej portowa niż to było kiedyś, bo islandzka stolica wytargała morzu trochę powierzchni dla siebie i tym samym odsunęła ją od wody}, gdzie schwytane sokoły trzymano przed ich podróżą do Danii. Dziś już się szczęśliwie tego nie praktykuje - lotny fálki znajduje się pod ochroną, a we wspomnianym domu można coś przekąsić i wypić. To charakterystyczny budynek, z dachem ozdobionym właśnie sokołami oraz wizerunkiem długiej łodzi Wikingów...])

 Ale zostawmy już Lokego i sokoły... Wróćmy jeszcze do życia i umierania... Człowiek się rodzi i jest już skazany. Gdy żyje, umiera z każdą chwilą, po odrobince. Ciągle przesuwa się do swego kresu...

 Pewnie łatwiej odchodzić, gdy człowiek może sobie powiedzieć: żyłem własnym życiem. Do końca! Pewnie trudniej odchodzić, gdy człowiek zauważa, iż nie zdążył pożyć własnym życiem.

 Czas nie ma znaczenia. Nie o długość tu idzie. Ani o to co zostało, a co nie zostało zrobione (ach, ta nieznośna choroba czynu!)... Najistotniejsze jest nie "co", tylko "jak"... Nie tak łatwo trzymać własne życie w rękach. Ważne jednak, by nie dać go sobie całkiem z nich wytrącić... Z pewnością nie wszystkie sny się spełnią. Istotne jednak, by mieć pewność, że owe sny są naszymi własnymi, a nie wyłącznie zbiorem cudzych życzeń i oczekiwań.

 Zawsze to lepiej, kiedy można sobie w czasie zwrotu pożyczki powiedzieć z czystym sercem: nie żałuję...

 A teraz już Hilmar Örn Hilmarsson i "Ars moriendi":

14:52, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 października 2009
Trzy kilogramy mniej...

...taty. Nie, wcale nie jest to widomość dramatyczna. Mój ojciec jest wszak człowiekiem wielkości średniego wieloryba, tak więc każdy kilogram stracony jest czymś pocieszającym. Zawsze to jakaś ulga dla jego obolałych stawów... Tatuś ma tuszę po swojej mamie, która była nawet większym jeszcze wielorybem... I tatuś wielorybi zadzwonił do mnie po dzisiejszej wizycie kontrolnej u lekarza, że waga, na której go postawili, wskazała ten radosny ubytek kilogramów... Tatuś się ucieszył, bo pani doktor go pochwaliła... Tak się ucieszył, że aż wylądował na piwku! Jest co oblać... Każda okazja zresztą dobra... Zawsze ją można znaleźć... (Słonko świeci, ptaszek kwili, może byśmy coś wypili...) Tak że już godzinę temu tatko mój zaczął dzień... Małe alkoholowe odprężenie... Od doktora do baru... Kolejność wydaje się rozsądna...

 A ja już jestem po urodzinach. Ściślej po imprezie urodzinowej, bo do rocznicy najtragiczniejszego dnia w moim życiu zostało jeszcze troszkę czasu... W sumie nic specjalnego... Normalna domowa popijawa połączona z żarciem... Początkowo nawet myślałem, żeby gromadkę znajomych zaprosić po prostu do knajpy, doszedłem jednak do wniosku, że w domu będzie lepiej, bo do knajpy to się trzeba odziewać, mieć na nogach skarpety i buty... I pozostałem bez butów i skarpet... (Bosy Misio, bardzo domowe stworzonko...) I dałem się nawet wpuścić w gołąbki... Dowaliłem sobie kiedyś tymi gołąbkami. Do łba mi raz wpadło przytargać cały ich gar na imprezę... I zrobiłem się gołąbkowy... - Ty, zróbże, to sobie pojemy...

 Gołąbki były podobne do tych, jakie robiła wielorybia i porcelanowa matka mego ojca... Moja druga babcia, której nie lubiłem i która pozostawiła mi w spadku całe tony porcelanowych naczyń ozdobionych chińskimi smokami i najprzeróżniejszymi kwiatkami oraz wzorkami... Gołąbki były podobne, choć uboższe, bo babka ogromna wzbogacała je czasem mięskiem z gąski, a ja poprzestałem jedynie na kawale łopatki i boczku... No i było z tym trochę najpierw pichcenia, potem mielenia, w czym mi nawet Franio dzielnie pomagał (lubi sobie chłopak pokręcić korbką) i pakowania farszu połączonego z kaszą (bo ja zawsze robię gołąbki z kaszą - ryż bowiem to zbrodnia!!) w listki kapuściane... A potem wszystko powędrowało do kosmicznego gara - pamiątki z nieco wyuzdanej wycieczki do Budapesztu.

 Cudnie jest w domu, gdy wieczorową porą świat niknie za lekko zaparowanym oknem i gdy pachnie żarłem... Tak można żyć! Tak według mnie trzeba żyć: z kuchennymi oparami, wśród kwiatów, z czworonogiem plątającym się pod nogami... Zawsze dziwią mnie ludzie, którzy nie mają w domu nawet kwiatka, byle tylko się do niczego nie przywiązywać... Wyobrażam sobie, że ich dusze muszą być pustynnie jałowe... (Chociaż z kwiatkami bywa problem. Kiedy wyjeżdżaliśmy z Frankiem na wakacje, poprosiłem ojca, żeby zajrzał do chałupy i podlał rośliny. Jezu, co się namruczał... Bardzo mu to było nie w smak. Bo nie dość, że psy, to jeszcze las... Ale coś tam podlał, bo kiedy wróciliśmy, kwiatki jeszcze żyły - ledwie, bo ledwie, ale żyły... - Na co ci tyle roślin? - spytał mnie mój tatko. - Z pięć wiader trzeba w nie wlać! - Bez przesady. - No nie wiem, nie wiem... Ale co poradzić - nawet najdrobniejsze szczegóły mojego życia są w jego pojęciu dziwaczne... Nie wiem, co musiałbym zrobić, żeby tak całkiem zyskać w jego oczach? Może gdybym zapuścił sobie wąsy, miał oczy głupkowatej dziewczynki i bohatersko ostrzeliwał wioski w jakichś wschodnich górach, i wysadzał w powietrze baby w ciąży, moje życie stałoby się czymś sensowniejszym? On w końcu tak bardzo lubi strzelaniny... Nie wiem... W każdym razie tak na trzeźwo jestem dla niego kimś trudnym do strawienia. Jednak wcale się nie gniewam. W końcu tato to taktowny gość, który, od chwili, gdy dotarło doń, kim tak naprawdę jestem, nie wypowiedział ani jednego obraźliwego słowa pod adresem pedałów...

 A gołąbki? Zostały utopione w gorzale... Urodzinowo... Grała muzyczka i płynęły rozmowy, z czasem coraz bardziej o niczym... I dobrze, że o niczym, tak jest bowiem zawsze najdowcipniej... Jedno wielkie barwne "o niczym" jest najstosowniejsze do treściwych potraw i wódki...

14:21, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (8) »
środa, 21 października 2009
Dźgając ziemię tłustą (Duży Książę)

 Pora zajrzeć do Księcia... Bez specjalnego pomysłu na dalszą część. No, ale w gruncie rzeczy o nic tu przecież nie chdzi, jeno o zupełnie bezmyślną paplaninę, która nie ma żadnego kierunku, która do niczego nie zmierza... Pewnie już teraz pełna jest powtórzeń, tak jak i inne wpisy, ale to przecież tylko puchnący blog, nie zaś powieść, nie ma więc potrzeby biadolenia nad wszelkiego rodzaju usterkami... Nie ma też obowiązku pamiętania, co było wcześniej - sam autor "książęcych" wpisów nie zadaje sobie najmniejszego trudu, by śledzić poczynania swych całkiem bezkrwistych bohaterów... Utknęliśmy na cmentarzu...

 Nagle przestaje padać. Zupełnie jakby ktoś zakręcił prysznic. Aubrey składa parasol. - Co za ulga. - Tak, deszcz potrafi być taki uciążliwy - zauważa Książę. - Zabierz go jednak ze sobą, skoro wybierasz się do miasta. Deszcz może powrócić. - Oczywiście. - Mógłbyś wprawdzie pojechać ze mną, w bardziej komfortowych warunkach, bo przecież po południu sam się tam wybieram, skoro jednak zdecydowałeś się na pociąg. - Mam ochotę pobyć we własnym towarzystwie. - Naturalnie. -- Aubrey wbija zakończony szpikulcem parasol w grobowy kopczyk. - Wlazł jak w masło - mówi. - Tłusta ziemia - dodaje Książę. - Przypominają mi się cmentarne rozważania z "Ulissesa"... Tam pod ziemią jest coś na kształt pszczelego plastra... Komórki, w których jednak nie pulsują wiecznie głodne larwy, tylko obrzydliwe, gnijące ścierwa... Ludzie chcą się jednak jak najdłużej separować od ziemi... Mieć swoją osobną przestrzeń, nawet na powolne gnicie... W nadziei, że to, czemu na co dzień przyglądają się w lustrze, po śmierci uchowa się przynajmniej przez jakiś czas... Są tak bardzo przywiązani do ciał. Będę, dopóki pozostanie oznakowane miejsce kryjące choćby moje kostki... Bez sensu. Tak jak bez sensu byłoby troskliwe przechowywanie własnych odchodów... Tak w każdym razie uważał Schopenhauer... - Który kazał sobie przygotować solidną dębową trumnę, grób na wieczne czasy i płytę granitową... Obojętne mu było tylko miejsce spoczynku, bo wiedział, że i tak go znajdą - dodał Książę. - Ach, te obyczaje... - wzdycha Aubrey. - Jakie to paskudne! - Może już nie dźgaj w ten grób, bo jeszcze ci się coś nadzieje... - Kiedyś Petrus zadał naszej matce pytanie: Po co się urodziłem? Był jeszcze mały, zadawał więc bardziej filozoficzne pytania, a nie te skupiające się raczej na technicznej stronie powoływania do życia nowych istot, które ciągle jeszcze są niewygodne, bo wmówiono nam kiedyś, że seks jest rodzajem wstydliwej chałupniczej roboty... - I co mu mama powiedziała? - Nie miała żadnego problemu z odpowiedzią! Rzekła, iż po to zjawił się na ziemi, żeby mu było lepiej. - Lepiej? Żeby miał lepsze życie niż ona? - Tak... Okazuje się, że te najtrudniejsze pytania kłopotliwe są tylko z pozoru. Życie nie jest czymś, nad czym warto się zanadto rozwodzić. Odpowiedzi nasuwają się same. A że brzmią zupełnie niedorzecznie... W gruncie rzeczy po co udawać, że coś nie jest skrajnym idiotyzmem, skoro nim jest! Prawda, że to może być nie do zniesienia, ale przecież umiemy się śmiać... Kto twierdzi, że są okoliczności, w których śmiech nie przystoi, powinien z miejsca dostawać w mordę. - Coś mówiłeś wcześniej o pewnym rodzaju mistrzostwa... Zmartwiło cię, że Petrus nie tryskał dowcipem w trakcie posępnej ceremonii? - Nie oczekiwałem dowcipów. Oczekiwałem natomiast jakiejś wyrozumiałości. Chciałbym mu wynagrodzić wszystkie krzywdy. Chcę, żeby wiedział, iż jest dla mnie najdroższą istotą na ziemi... - No, zabrzmiało groźnie. - Aż tak? - Jeśli nie potrafił złapać w garść swojego życia... - Myślę, że uczepił się lichej tratwy... Powiedzmy, że był to rodzaj marnej przebiegłości w absolutnym zablokowaniu. Liczył może, że zdoła jakoś wykiwać życie... Że dotrwa do jakiegoś cudu... - No to dotrwał. - Tylko że górę wzięła złość okrywająca palący wstyd - tak sądzę. Cierpienie nie musi prowdzić do nienawiści, gdy jednak brakuje mocy do bycia sobą... Jeśli on nie będzie chciał, bym na niego patrzył? Jeśli zechce mi w szaleństwie na dobre zamknąć oczy? - Co ty wygadujesz? - Nic takiego. Pójdę teraz sprawdzić, o której mam pociąg. -- Książę i Aubrey idą cmentarną aleją w kierunku głównej bramy. Książę milcząc przebiega wzrokiem po kamiennych aniołach i krzyżach. Znieruchomiali skrzydlacze wbijający oczy w ziemię. Zatroskane oczekiwanie. Ciągle nic się z tłustej ziemi nie wykluwa, w każdym razie nie to, czego się z kamiennym uporem spodziewają. W pobliżu bramy stoi masywna i lekko pochylona wierzba płacząca. Jej korzenie układają się w coś na kształt monstrualnej stopy jakiegoś wymarłego ptasiego olbrzyma. Ogromne palce pokrywa gruba warstwa nasiąkłego wodą mchu. Powietrze wypełnia zimna wilgoć. Aubrey i Książę zatrzymują się przed bramą. - Może jednak pojedziemy razem, późnym popołudniem? - Do zobaczenia wieczorem - odpowiada Aubrey i chce już odejść. - Jak chcesz... - Idę więc. -- Aubrey odwraca się na pięcie i szybkim krokiem rusza w dół, do kolejowej stacji. Książę patrzy przez chwilę za chłopcem. "Cóź właściwie miałbym z nim robić?" - przebiega mu przez myśl. -- Poczekalnia jest pusta. W niewielkim pomieszczeniu ogrzewanym piecem kaflowym panuje dziwny zapach, którego Aubrey nie potrafi z niczym skojarzyć. Poczekalnie na małych stacjach mają po prostu zarezerwowany tylko dla siebie aromat. Nigdzie indziej nie można się z nim zetknąć. Nad okratowanym okienkiem kasowym wisi staroświecki zegar szafkowy. A obok okienka znajduje się rozkład jazdy, nieobszerny, opisujący ruch na niezbyt uczęszczanej odnodze wielkiej sieci kolejowej, jaką poszczycić się może kraj Aubreya... Rozglądając się po owej prowincjonalnej poczekalni można dostrzec jeszcze pociemniały, od lat domagający się konserwatorskich zabiegów obraz olejny przedstawiający parowóz otoczony kłębami bardzo już zabrudzonej pary. Aubrey patrzy przez chwilę z melancholijnym uśmiechem na malowidło. Zna ten obraz doskonale. W dzieciństwie wielokrotnie przestudiował wszystkie jego detale. Kiedyś wydawał mu się arcydziełem. -- Okienko kasowe jest zasłonięte kwiecistym lnianym materiałem. Aubrey naciska dzwonek. Po chwili słyszy, jak Leo schodzi ze swojego mikroskopijnego mieszkanka. Zasłonka rozsuwa się niczym kurtyna w dziecinnym teatrzyku. Kudłata głowa kasjera. Lekko zdumiona. - Witaj, Leo. - Czego chcesz? - pyta zaskakująco szorstko Leo. - Przychodzę tu jako klient naszych zacnych kolei, który wolałby być potraktowany w bardziej cywilizowany sposób. - No to gdzie ma być: tam czy tam? - Tam - oznajmia Aubrey pokazując ręką kierunek. - Pociąg będzie za pół godziny. - Bardzo mnie cieszy ta wiadomość. -- Aubrey odlicza żądaną kwotę i otrzymuje bilet. - Coś jeszcze życzy sobie klient? Pan podróżny? -- Aubrey chwyta za pomalowaną na zielono kratę. - Siedzisz sobie tutaj. - Jesteś bardzo spostrzegawczy. - Nie było tu Petrusa? - Nie, nie widziałem go. - Więc jeszcze nie wrócił? - Nie wiem. Równie dobrze mógł przyjechać autobusem. - No tak, możliwe... Zastanawia mnie jedna rzecz - mruczy Aubrey mocując się z solidnie wykonaną kratą... - Co cię tak zastanawia? - Kto jest przed nią, a kto za nią? - Chyba nie jestem ci już potrzebny... -- Leo opuszcza kurtynę. Przerywa przedstawienie. Widz okazał się być aktorem, któremu nie zabrzmiały brawka. Stoi trzymając się kraty i kiwa głową kilka razy przytakując smutno jakiejś myśli. Wreszcie rozluźnia uścisk. Zbielałe ślady na dłoni pozostawione przez metalowe pręty szybko znikają. Aubrey znów, jak w czasach dzieciństwa, przystępuje do wnikliwego studiowania malowidła z parowozem, by wypełnić czymś czas oczekiwania na pociąg...

cdn...

15:15, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (4) »
wtorek, 20 października 2009
Ciemno

 No, tak jest, widzę ciemność... Takie chmury przyszły, że aż światło trzeba świecić... Zgłupiała ta pogoda i zawzięcie oddziela nas od słońca chmurzaną kołderką. I żeby chociaż było pod nią ciepło - ale gdzie tam, nadal panuje wilgoć potęgująca tylko uczucie chłodu... I człowiekowi aż się pusto robi w głowie...

 Właściwie to nie wiem, po co tu zajrzałem, bo raczej do powiedzenia nic nie mam, nie w taką posępną pogodę...

 Wczoraj tak jednym uchem słuchałem programu "Teraz my"... Jeśli tak rzeczywiście było, jak to przedstawiły występujące tam osoby, sprawa wydaje się dość interesująca... Śmigał więc sobie po kraju dżolo, szastał na prawo i lewo publicznym groszem, by kogoś ułowić i utaplać... Zatem co - próbka poronionej IV RP, gdzie wszyscy są podejrzani... I nowa definicja państwa, która by mogła brzmieć: Państwo, czyli przestępcza organizacja polująca na swych obywateli... Polująca w luksusowych autach i na takichże motocyklach, odżywiona dobrze w najlepszych restauracjach...

 A co z tą chatą w Kazimierzu? Wychodzi na to, że wszyscyśmy ją sobie kupili... Ja bym sobie chętnie zarezerwował tam kilka noclegów... Skoro już się dorzuciłem...

***

 Ech, nie dość że ciemno, to jeszcze człowiek musi być rozczarowany... Patrzę z niesmakiem także na naszą władzuchnę... Dałem jej tak na kredyt swój głos, a tu takie rzeczy - istna woda na młyn dla wszelkiej maści ujadaczy...

 Śmiać mi się chce, gdy sobie pomyślę o panu Chlebowskim... Co se misio jasnowłose narobiło... Tak się biedak spocił po szczeniacku, a teraz pozostaje nieuchwytny przebywając w przysłowiowym terenie... Sam raczej bym się w takiej sytuacji nie ulokował, ale gdyby już do tego doszło, to nie wiem, co bym zrobił... Też chyba ruszyłbym w teren. Bieszczadzki... I to na amen!

 Wstyd, panowie, wstyd... Takie duże chłopaki...

13:23, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 19 października 2009
By się nie rozkładać

 Jak już siedzę przy komputrze, to coś dorzucę tutaj...

 Ach, taka wieść do mnie dziś radosna przyszła... Psiapsióła mi się pochwaliła, że jej czas jakiś temu dzidziuś się w brzuchu zrobił, po czym z krzykiem zjawił się na świecie... Po czasie milczenia dała znać dzieląc się ze mną taką rewelacją!!! Wreszcie ma to, na co tak długo czekała, tracąc czasami nadzieję... Jednak udało się! Jej radość jest nieopisana! A ja się cieszę razem z nią!

 Pewnie człowieka ogarniają jakieś szalenie wzniosłe uczucia - o ile się oczywiście śmiertelnie nie przestraszy - gdy za jego sprawą pojawia się dzidziuś... Tak sobie myślę... I na tym pozostaje mi poprzestać, bo sam nigdy się w sytuacji rodzica nie znajdę, co przyjmuję ze spokojem. Gdzieś tam wprawdzie mam drobne tęsknoty ojcowskie, jednak nie spędzają mi one snu z powiek.

 Jak się coś rodzi, to wiadomo, że musi też wcześniej czy później umrzeć. Nie ma rady... Tak więc od narodzin można spokojnie przejść do umierania... Usłyszałem ostatnio, że coś ma wreszcie drgnąć w prawie! Mają ponoć zezwolić na bardziej swobodne obchodzenie się z prochami umrzyków. Nie będzie już konieczności robienia pogrzebów i umieszczania resztek ludzkich na cmentarzach. - Doskonale! - zawołałem - Człowiek będzie mógł spokojnie umrzeć! - Bo doprawdy, gdybym miał umierać pod panowaniem obowiązujących teraz przepisów, czułbym głębokie niezadowolenie, bo ani mi się śni leżeć w miejscu tak odrażającym jak cmentarz. Chcę być bowiem po śmierci spalony i rozsypany. Nie mam zamiaru tkwić pod ziemią, obojętnie pod jaką postacią. Nie chciałbym się obrzydliwie rozkładać, ani też tkwić zamknięty w jakimś absurdalnym garnku. Nie mam zamiaru pozostawiać po sobie tak koszmarnych śladów jak grób z całą otaczającą go tandetą... Żadnego zawracania głowy żywym, żadnych kwiatków, żadnych kapłanów - zero! Ja chcę się rozprysnąć na wietrze!

 Zahuczał już biskup Pieronek - że prochy to nie gadżeciki! Specjalista od tego co święte... To niech on i jego współwyznawcy stęsknieni za prywatną nieśmiertlenością kładą się w marmurach i niech leżą w zarozumiałym odseparowaniu. A póki żyją, niech się wreszcie odwalą od tych, co pragną czegoś innego...

 Na cóż mi tabliczki? Kopczyki? Na cóż próba unieśmiertelniania tego, co całkowicie jest ulotne... Jeden zwiewny przejaw życia, który z czasem znika bezpowrotnie... Kiedyś zgaśnie w końcu i ostatnia mogąca nas przywołac pamięć... I będzie tak, jakby człowieka nigdy nie było... 

 

15:42, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (5) »
środa, 14 października 2009
Smil!

 Niestety nie mam dzis za wiele czasu na blogowanie... Ale trochę uśmiechu się przyda w ten brzydki czas... Brrr, dziś jest tak nieprzyjemnie...

 Namawiam do uśmiechu zapraszając jednocześnie na małą wycieczkę na Północ. Daleką. Aż do Finnmarku, do niezwykłej Alty... Na uśmiechy, na buźki mieszkańców dalekich skandynawskich stron, które się śmiały na przestrzeni wielu lat...

 http://alta.museum.no/sider/tekst.asp?side=191&valgtmenypunkt=192

 (wystarczy kliknąć na drugie zdjęcie, by obejrzeć galeryjkę)

 A przy okazji zachęcam jeszcze do odwiedzenia strony www.verdensarvenialta.no

 W miejscowości Alta jest największe skupisko pradawnych rysunków naskalnych w północnej Europie. Te liczące sobie wiele tysiączków lat dzieła zostały wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO.

  Udanej środy życzę! SMIL!!! :-) 

14:20, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 12 października 2009
Z archiwum miasta Oslo

 Ciągle w Norwegii trwa rok Knuta Hamsuna. I naturalnie nie może zabraknąć tego pisarza i na tym blogu. Krótsze lub dłuższe notki mu poświęcone przewijają się tutaj od stycznia.

 Mała wizyta w archiwum miasta, miasta, które Hamsun poznał z nienajlepszej strony. Czasy jego włóczegi po Kristianii - dzisiejszym Oslo... Włóczęgi po mieście, które "każdego musi naznaczyć swym piętnem..."

 Była druga połowa XIX wieku - czas rozwoju niełaskawej stolicy Norwegii. Bieda, głód, brak miejsca... To był los wielu przybyszów... Misto przemysłowe, kupieckie, bykiem patrzące na przybywających z prowincji ludzi o większych ambicjach, bardziej wrażliwych...

 Życie Hamsuna poddane zostało arcyciężkiej próbie - poznał bowiem co to skrajna bieda, palący wnętrzności głód, bezdomność, bezrobocie, którym ówczesne prawo się nie zajmowało i nie uważało go za wystarczający powód, aby nieść pomoc... Stronka Archiwum Miasta Oslo poświęcona Hamsunowej włóczędze opowiada pokrótce o tamtych czasach, wzbogacona o garstkę fotografii z epoki oraz o cytaty z arcydzieła Hamsuna "Głód"... Kristiania, jaką widział, jakiej doświadczył przyszły Noblista... Kilka cytatów tu zamieszczę... Tych ze strony Archiwum, które zdobią zamieszczone tam obrazki... Może dla jakiegoś turysty będzie ona zachętą do włóczęgi po Oslo śladami Knuta... Port, ulice, parki...

[Klokken var ni...] Była dziewiąta. Rozbrzmiewał codzienny gwar poranny, złożony z głosów ludzkich, tętentu, stapań, trzaskania biczów dorożkarzy. Ten rozgwar mnie ozywił i poweselałem trochę.

[det nærmet seg spasertiden...] ...zbliżał się czas przechadzki, a roześmiany tłum pozdrawiających sie ludzi płynął przez Karl Johan gate. Przycisnąłem łokcie do boków, skuliłem się i minąłem pospiesznie i niepostrzeżenie kilku znajomych, obserwujących publiczność u narożnika uniwersytetu. Poszedłem zadumany w stronę zamkowego wzgórza.

[Jeg bevæget mig i stærk gang opover Ullevålsveien...] Kroczyłem żwawo ku Ullevålsveien, minąlem St. Hanshaugen, wyszedłem na pola, potem przebrnąłem ciasne, dziwne uliczki Sagene i przez parcele budowlane i oraninę dotarłem w końcu do gościńca ginącego w dali na widnokręgu. Tu stanąłem, postanowiwszy wracać. Rozgrzał mnie długi marsz, szedłem teraz z wolna, przygnębiony. Spotkałem niebawem dwie fury z sianem. Woźnice leżeli na wierzchu i śpiewali, obydwaj bosi, o okrągłych, beztroskich twarzach... (za chwilę dostał od nich batem w ucho - przyp. mój)

 Knut Hamsun przez jakiś czas mieszkał przy Tomtegaten 11 w Vaterland... Stara mapka pokazuje to miejsce... Patrząc oczami Hamsuna widzimy je takim, jakim było przeszło sto lat temu.... Podszedłem do okna wychodzącego na Vognmandsgaten. Na nędznej ulicy bawiło się kilkoro nędznie odzianych dzieci. Rzucały do siebie pusta flaszką i wrzeszczały. Powoli toczył się wóz z rzeczami. Była to zapewne jakaś wypędzona rodzina, bo czas normalnej przeprowadzki dawno minął. Przyszło mi to zaraz do głowy. Na wozie leżała pościel i meble: zżarte przez robactwo łóżka, komody, czerwone trójnogie stołki, maty, stare żelastwo i blacha. Na wierzchu siedziała dziweczynka, dziecko niemal jeszcze, z zasmarkanym nosem i trzymała się posiniałymi rękami, by nie spaść. Siedziała na kupie obrzydliwych mokrych materaców i spoglądała na malców rzucających flaszką...

  [Jeg holdt mig en tidlang i Torvgaten...] Przez jakiś czas wałęsałem się po Torvgaten, siadałem na schodach, gdy ktoś nadchodził - kryłem się do sieni, trwałem bezmyślnie przed wystawami, patrząc na ludzi snujących się z towarami i pieniędzmi, wreszcie znalazłem zaciszny kącik za stosem desek, pomiędzy kościołem a bazarem.

 [Hvordan kunde det være at det slet ikke vilde lysne for meg?] Dlaczego nie robiło się wokół mnie jaśniej? Wszakże miałem takie samo prawo do życia jak antykwariusz Pascha i ekspedytor okrętowy Hennechen. Wszakże miałem barki jak olbrzym i parę silnych rąk do pracy, tak że nawet starałem się o rąbanie drzewa na Møllergaten celem zarobienia na życie. Starałem się o mnóstwo zajęć, słuchałem mnóstwa wykładów, pisywałem artykuły i po całych dniach i nocach uczyłem się jak szalony. Żyłem przy tym jak skapiec, chlebem i mlekiem w chwilach dostatku, chlebem, gdym miał mało, a głodowałem, gdym nie miał nic. Wszakże nie mieszkałem we wspaniałych apartamentach o mnóstwie komnat, ale na poddaszu blacharskiego warsztatu, z którego zeszłej zimy wszyscy uciekli, bo śnieg padał do wnętrza. Nie mogłem się zorientować w tym wszystkim.

  Hamsun w Kristanii. Czasem człowiek wiele musi się nacierpieć, zanim go docenią... Zanim przyszedł rozgłos i wielkość, trzeba było przejść przez piekło...

 link: Oslo kommune, Byarkivet - En Kristiania - fortelling 

15:02, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
sobota, 10 października 2009
Było, będzie

 Rozpadało się na dobre. Deszcz bębni po parapetach, a ja cieszę się domową przytulnością. Jestem sobie ja i są psy. Franek zaś w rozjazdach, których mu nie zazdroszczę. Nie miał jednak, biedaczek, wyboru.

 Cisza i spokój. Wreszcie!

 Carpe diem! Bardzo słusznie. Trzeba łapać to, co teraz. Także i domową ciszę, którą bardzo lubię. Chwytam dzień pochmurny z jego pokrzepiającymi herbatami, plackiem śliwkowym, stroniczkami "Do latarni morskiej" Woolf, a teraz skacząc trochę po blogach, po których pójdę na spokojny deszczowo - kasztanowy spacer, po nim zaś powrócę do herbat i zadrukowanych kartek... (Carpe noctem! - o tym też trzeba pamiętać! Przed dniem złapać noc - dać pospać słodko ciału, a wcześniej wydusić zeń w kochanym towarzystwie wszelkie możliwe lepkie świństwo, jakie tylko wyprodukować potrafi, czyniąc wszystkie nieprzyzwoitości długo a namiętnie!)

 Jestem obrzydliwie sytym bydlęciem. Bydlęciem - bo przecie człek to bydlę: ryjące, chłepczące, ssące, liżące, popadające w regularne zaśmierdzenia... Bydlę jednak szczególne, bydlę metafizyczne, bydlę tragicznie świadome swego końca... Ta sytuacja wpędza go w myśli, czasem w zawiłe gęgoty o Nieskończonościach, Absolutach, o których z całą pewnością nic wiedzieć nie może... Niemnej człek gęga, a jego myśli kamienieją w księgach... Rozum się zjawił... I dla niektórych czymś nawet nadprzyrodzonym się stał... Człowiek to jednak bydełko, takie samo, jak każdy inny myszoskoczek, tylko lepiej, bogaciej wyposażone... Ma rozumek na usługach swej natury, swej woli... Tak, bo to nie wola jest na usługach rozumu, tylko rozum na usługach woli...

 Biedzimy się. Tym bardziej, im bardziej jesteśmy ciekawscy. Ze śmiercią na karku, od której dzieli nas czas jakiś... Czas niezczęsny, którym moje psy w ogóle nie zawracają sobie głowy... (Gdy na nie patrzę, od razu przypomina mi się Schopenhauer i jego ukochany pudel Atma ze spojrzeniem wieczności... Bo wieczność patrzy wzrokiem zwierzęcym, zalękniona ulotność patrzy wzrokiem człowieczym...)

 Tak mi się przypomina jedno z opowiadań Klausa Manna, w którym pada zdanie, że świat powstał na skutek uczucia samotności... Bóg był samotny, stworzył więc sobie towarzystwo... Towarzystwo to zawsze coś nowego, to możliwość niespodzianki, zmiany, to oczekiwanie, to nadzieja - to czas...

  Czas. Właściwie wszyscy wiemy mniej więcej, o co biega. Ciągle mamy z nim do czynienia. Patrzymy na zegarki, kalendarze, obserwujemy zmiany, mówimy było, będzie... Ale z drugiej strony... Jest takie znane zdanie św. Augustyna, który powiada o czasie: "Jeśli nikt mnie o to nie pyta, wiem. Jeśli pytającemu usiłuję wytłumaczyć, nie wiem." Taki to kłopot...

 Zerknąłem na półkę, by wziąć książkę Barbary Skargi "Kwintet metafizyczny". Ona też przytacza zdanie Augustyna. A cytując Lévinasa pisze, iż nieobecnością czasu jest samotność... Tak się to zbiegło z samotnym Bogiem Manna... By czas zaczął biec, trzeba przekroczenia zamkniętego kręgu, trzeba spotkania z innym. "Inność musi się pojawić, gdyż dopiero wraz z nią wdziera się w nasze istnienie to, co będzie, co niespodziewane, co niewiadome." Tym innym czymś jest też śmierć - coś niepojętego, co zawsze jest przed nami, co nigdy nie bywa teraźniejszością, co zawsze jest w przyszłości, nieokreślonej, nieznanej... To z myślenia o niej pochodzi czas...

 Książę i Aubrey szli ku bramie, która nawet zdawała się oddalać... W końcu jednak do niej dotarli, bo wszystko i tak musi się skończyć. Śmierć też jest taką bramą, którą staramy się od siebie oddalić, z każdym kęsem jedzenia, z każdym gestem ratującym nas przed upadkiem, z każdym łykiem wody, z każdym oddechem... Spragnieni zazwyczaj nieznanego, tę największą tajemnicę pragniemy w czasie oddalić... Wydłużamy też czas poprzez uczestnictwo w życiu, w jego sprawach... W aktywności jednak zdaje nam się, że ów nieubłagany czas biegnie szybciej, gdy jednak zastanowimy się nad bogatym w wydarzenia życiem, spostrzeżemy, że czas jest niesłychanie pojemny i że życie może być wcale długą sprawą... Inaczej jest, gdy popadamy w monotonię - czas zdaje się dłużyć, ale jakże krótkie, nieuchwytne potrafią być wówczas nawet całe lata - o tym przekonał się choćby Castorp, który wypadł poza czas zwyczajnego świata, pozostając w zaczarownym kręgu komfortowego sanatorium...

 Dziwny czas, rozmaicie doświadczany... Te same dni, miesiące, lata dla różnych ludzi mogą być nieskończenie długie albo żałośnie krótkie...

 Bywają też tacy, co tragicznie się zatrzymują... Mają poczucie, że stoją w miejscu - jak ten Bóg, zanim jeszcze pokonał swoją samotność...

 Tak sobie poplotłem deszczowo...

16:00, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
środa, 07 października 2009
Dusza

 Będzie krótko... Właściwie nic dziś nie miało się pojawić, ale postanowiłem coś tutaj znowu zostawić, na wypadek, gdyby ktoś lubił moje wizyty w blogosferze...

 Cudzym słowem, treściwym się posłużę. Słowem poety, którego bardzo cenię... Prawda nienajweselsza o człeku dzisiejszym... Wiersz z tomiku "Anteny":

ADAM ZAGAJEWSKI

  "DUSZA"

Już nam nie wolno używać twojego imienia.

Już wiemy, że jesteś niewyrażalna,

anemiczna, bardzo krucha i podejrzana

o tajemnicze przewinienia w dzieciństwie.

Wiemy, że nie wolno ci teraz mieszkać

ani w muzyce, ani w drzewach, gdy gaśnie słońce.

Wiemy - a raczej tak nam powiedziano -

że nie ma cię wcale, nigdzie.

A jednak wciąż słyszymy twój zmęczony głos

- w echu i w skardze i w listach, które pisze

do nas z greckiej pustyni Antygona.

13:59, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2