BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
piątek, 29 października 2010
Zbawienna abdykacja mózgu

Może powinno być smutno. No bo to zbliża się święto cmentarne, a dodatkowo jeszcze zbliżają się moje kolejne urodziny... Ale akurat te rzeczy mnie smutkiem nie napawają. Tym bardziej że taka urocza pogodność spłynęła na okolicę - śliczne słońce, ciepło raczej kwietniowe, błękit nieba. Tak ponoć ma być przez najbliższe dni... No i są jeszcze kwiaty, rozkoszne chryzantemy, którym w naszej kulturze przypadła dość niewdzięczna rola kwiata cmentarnego, co jest prawdziwym okrucieństwem - kwiatom nie robi się takich przykrości. Mnie chryzantemy cieszą i z wielką ochotą wstawiam je do wazonu... Cieszy mnie jeszcze luz. Odpuszczam sobie rzeczy poważne... Na kilka dni... Chociaż naturalnie nie zabraknie spraw ponurych - bo to jutro tatę muszę odwiedzić, a w niedzielę wybiorę się na cmentarz, by zrobić jakieś porządki na grobach, co by gnojki nie gadały... Zaniosę też jakieś kwiatki, znicze i odbębnię święto, dzień wcześniej... Tak, tak, nie jestem najporządniejszy - chyba ostani raz na grobach byłem wiosną. Ale też czego szukać na cmentarzach... No, są tacy, co nawet gadają tam ze zmarłymi, ale ja akurat mam lepsze miejsca do tego, by ze sobą pogadać, bo w gruncie rzeczy rozmówki ze zmarłymi czy z bogami - wszystko jedno - to nic innego, tylko pogaduchy z samym sobą. Ja zresztą w ogóle mało ze sobą rozmawiam, bo też i nie jestem typem myśliciela... A poza tym mam haniebnie mało problemów życiowych. Zaświatowych też jak na lekarstwo, bo nie ma sobie czym zawracać głowy. Nie mam poczucia bycia pokrzywdzonym, choć bywało, że ludzie mnie krzywdzili, o co jednak pretensji nie mam, tak że nie muszę żywić żadnej nadziei, że się kiedyś dokona jakaś straszliwa sprawiedliwość. Odrzucam więc spokojnie piekło, bo nie chcę tam nikogo posyłać. Niebo też odrzucam, bo nie potrafię go sobie wyobrazić. Wystarczają mi ziemskie nieba - niebo w gębie i jeszcze w paru innych miejscach. :-DD Na dalsze czasy zaś zostawiam sobie przekonanie o jednym wielkim niczym. Nie będzie mi się nic wydawało, moje ciało uwolni się od życia. Chociaż życie tak całkiem w nim nie zagaśnie, (życie w ogóle ustanie dopiero wtedy, kiedy cała Ziemia zostanie kompletnie wyjałowiona, co ma zresztą za jakiś czas nastąpić), bo przecież bakterie, grzyby... Nic się naturalnie nie marnuje, żadna cząstka nie znika - życie się tylko odmienia, rozpuszcza formy, przepoczwarza się w inne, zjada się, wydala, samym sobą nawozi... Nie zawracam sobie też głowy urodzinami - pewnie je uczczę, bo zawsze się znajdą chętni do wypitki, ale żeby mnie jakoś wprawiały w rozliczenia... Niektórzy mężczyźni w moim wieku wpadają w jakieś obrzydliwe kryzysy, lecz mnie obce są takie rzeczy - nie dbam o żadne półmetkowe podsumowania. I nie sądzę też, abym kiedykolwiek miał robić jakieś całościowe rozliczenia, bo i po co? Za wiele sobie w życiu nie dałem wmówić... Żyję sobie w poczuciu szczęścia. I mam czas. Na wiele rzeczy i spraw. Tak sobie uważam i całkiem mi z tym do twarzy.

 Znowu mam moment bezfraniowy, bo mężuś mój zaraz po pracy jedzie do mamy - właściwie już jest w drodze, o czym mnie poinformował telefonicznie... Grzeczny Franio - dba o to, żeby dać znać Misiowi, czasem nawet ponad miarę... Nie ma rady - musi się meldować. Ale nie, że tam chcę go kontrolować. Ja chcę tylko wiedzieć, jak jest gdzieś w drodze, że wszystko jest w porządku, że dojechał, albo że coś wypadło i będzie później. Jak mu coś wypada, to się grzecznie nie dopytuję o nic, tylko po prostu chcę wiedzieć, że się nic złego nie stało. Bo nie lubię się denerwować. Bo taki przewrażliwiony jestem. :) No, tak więc Franio pojechał i też czekają go cmentarne wędrówki. Będzie woził mamę i kwiatki... I dobrze... Jego mama, jak dzwoniła, ponoć się o mnie pytała i kazała mnie serdecznie pozdrowić... Najwyraźniej wszystko przyjęła do wiadomości. Nawet nie spłoszyło jej to, że byłem tak po cygańsku przyprawiony... Misio się cieszy. I Franio też. Lżej jest chłopakowi na duszy.

 Trochę mnie dziś gniecie w żołądku. Nażarłem się kapusty kiszonej. Tato ma ochotę na kapustę. Pochwaliłem się kiedyś, że koło mnie mają w warzywniaku wyśmienitą kiszonkę. O! To tato by zjadł. Kupiłem zatem i jutro mu zaniosę. A ja, póki co, podżarłem trochę... Hm, ładne mi trochę. Chyba będę musiał dokupić. Nie wiem, co mnie tak wzięło na kapustę. A tak mnie wzięło, że przesadziłem...

 Czas na ponurą refleksję odciążyć wypada. Słońce jest pomocne... I uśmiechnąć, a nawet zaśmiać się wypada. Śmiać się zresztą trzeba zawsze... Coś sobie czasem naturalnie podczytuję - nieuleczalna to rzecz... Nie wiem, to chyba Umberto Eco powiedział, że ci, co czytają, żyją jakoś bardziej, nie tylko jednym życiem... Ja tam nie wiem czy tak od razu trzeba mieć tyle tych żyć rozmaitych - jedno to już jest dużo. No, ale... Trudno. Jak się ma nawyki... A ja nawyków mam trochę: papierochy, książki, obłapki... Z pewnym umiarem... Mógłby ten umiar być większy, ale i tak cieszy mnie, że jednak mieszczę się w jakichś rozsądnych granicach (Czasem można natrafić na przykład na takie czytelnicze blogi - są zazwyczaj dziewczyńskie i zawierają zupełnie oszałamiające spisy lektur oraz całe fury recenzji publikowanych z częstotliwością, z jaką karabin maszynowy wypluwa pociski. Fantastyczne to jest. Umysłowe nadwagi. Godzille oczytania...) No, ale ja też tak książkowo teraz... Takie sobie czasem robię nawroty do epok minionych, odwiedzam rozmaite duchy... I tak sobie zerknąłem do książki Józefa Hena o Boyu... Tak... Jakież to podobne do dzisiejszych były historie, jakże go wyklinano z ambon, jakże dawny odpowiednik mohera modlił się gorąco o jego nawrócenie... Jakiż ten naród nieuleczalnie obłąkany... Ale nie o tym przecież... Przyjemny fragment o śmiechu mi się nasunął przed oczy. Tak się kiedyś Boy zetknął z filozofią śmiechu i - bogowie... Tak jak i filozofia zresztą cała - bogowie, się westchnąć chce. Ale to ja już wzdycham. Tak też trochę za Montaignem, który rzeczywiście "osielstw" się w niej doliczył, że ho-ho... Brr - jak się człowiek tak całkiem zamóżdży, to oszaleć można... Nic, tylko karać pieniężnie za próby nauczań o niej... Ale ze śmiechem to już rzeczywiście dramat - te wszystkie Platony, Arystotelesy, Kartezjusze, Kanty... Tak, nawet ten wielce, wielce utalentowany Schopenhauer, jeden z nielicznych filozofów, który umiał pisać... Nie poszło im ze śmiechem, ze śmiesznością... Nie daj Boże zacytować Hegla - gdyby pies to połknął, zdechłby na pewno (to jedno z ulubionych powiedzonek mojego Frania, tyle że on mówi, że pies by nie zdechł, jeno się wściekł)... A Pascal to już w ogóle groźny jak cholera, bo według niego Bóg będzie śmiał się szyderczo widząc mękę potępionych. Wszędzie szpetoty, poniżenie... Boy ma swoją własną formułę śmiechu. "Bawiliśmy się jak dzieci - zawsze to będzie najwyższym określeniem zabawy" Zdrowe dziecko śmieje się ciągle. Z latami jednak łatwość śmiechu maleje. A Hen komentuje: "I u dziecka, i u młodego psa jest "optymistyczna" wizja istnienia. Beztroska - niezmącona walką o życie czy późniejszą perspektywą kresu. Stary pies nie ma już skłonności do zabawy - wie więcej o bólu, posłuszeństwie, chorobie, niedołężności. Na szczęście niektóre osobniki nigdy nie dorośleją. Lekkoduchy - szczęśliwy sposób na życie"... Coś mi się zdaje, żem takim właśnie lekkoduchem!! Wprawdzie jestem człowiekiem, do którego przedarło się wiele smutku, nieszczęścia, cierpienia, ale moja dusza się nie rozdarła. Nie chcę się w niczym roztapiać... Życie nie przemieniło mi serca w jedynie zwykłą pompkę do tłoczenia krwi! Świadomość jakoś mi tam wprawdzie urosła, złudzeń straszliwie naiwnych nie pielęgnuję, ale nie mam takich tęsknot, o których Boy, wyprzedzając Ericha Fromma, napisał, o tęsknotach za roztopieniem się w całości za pomocą zbiorowych uczuć... Wszystko przez mózg nasz nieszczęsny... Powiedziałbym, że jeśli nie ma przy nim serca - nie ma miłości, jak nie ma przy nim serca - złe poczucia i krzywdy uruchamiają paskudne emocje, w wyniku czego mamy takie obrazki, jak te niedawne pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu, mamy straszne nastroje podsycane jeszcze, bo zawsze znajdzie się jakiś szubrawiec, który dla swoich nędznych celów chętnie na nich pogra jak na organkach... Bez serca nie ma radości życia, nie ma śmiechu, nie ma uczuć, tylko dzikie emocje... Jest tylko okropny mózg... Boy powiada: "Mózg jest naszym tyranem, patologiczną naroślą na organizmie naszego animalnego życia, nieustannie czynnym gruczołem, który sączy nam przeważnie smutek". Tak, ważne, żeby w życiu była równowaga między głową, sercem i dupą, bo o niej też nie należy zapominać. Trzeba mieć w sobie takiego radosnego zwierzaka. Nawet nie będąc już całkiem młodym. I stare psy też się potrafią cieszyć, mimo że są już nieco ociężałe. Jak mózg ma dość inteligencji, wie, że czasem trzeba się wyłączyć, abdykować. By się kochać, płakć ze śmiechu, nie wpadać w paranoję. Zatem drzyjmy się, wrzeszczmy ze śmiechu jak idioci, tarzajmy się, wyjmy, ryczmy, zanośmy się, masujmy sobie brzuchy, płaczmy ze śmiechu, rechoczmy z przesadnych patosów, grajmy na nosie ponurej powadze, nie bierzmy wszystkiego serio... A jak macie łaskotki, to dajcie się łaskotać... Ja szczęśliwie mam!!!!

Ileż mądrości jest w tych, co się umieją śmiać. Ile cholernego zła narobic potrafi czarna powaga... Dobrze o tym pamiętać... Tylko czarna powaga potrafi sklejać ludzi w przerażające, wulgarne, a czasem nawet śmiercionośne lawiny.

 Jak was życie kiedyś przewróci - bawcie się, kurwa, na leżąco. Kiedyś i tak przecież wstaniecie!!

17:11, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (5) »
wtorek, 26 października 2010
Pjetur Hafstein

 Znowu okruszek poetycki, z Islandii... Tak sobie... Pjetur Hafstein Lárusson. Pochodzi z Vestmannaeyjar, gdzie urodził się w 1952 roku. Wychowywał się później w północnej Islandii, w Akureyri, dorastanie zaś dokończył w Reykjaviku. Kształcił się w Szwecji, która stała się takim trochę jego drugim domem. Pjetur opublikował kilkanaście książęk. Tworzy wiersze,  haiku, opowiadania... Tutaj takie dwa drobiazgi... Choć myślę, że na nich się nie skończy, bo znajduję u niego ciekawe nastroje i myśli, którymi może jeszcze okraszę tego bloga. A póki co takie okruszeczki...

PJETUR HAFSTEIN LÁRUSSON

"Wolność człowieka i psa w mieście"

Twoja wolność, piesku,

równa się długości smyczy

od twojej szyi

do dłoni twego pana.

Na więcej nie ma co liczyć.

Zważ jednak,

że wolność twego pana

oraz psia obroża

wyrastają z tego samego,

z długości smyczy.

*   *

"ZNIKANIE"

Nie żal mi ani liści,

ani śpiewu ptaków,

choć są tak zachwycające.

Znikają mi, lata,

jedno za drugim.

 

ale nigdy nie odchodzą daleko.

                               przełożył Kiljan Halldórsson

poniedziałek, 25 października 2010
Listopadzieje

 I tak, prosto, potem trochę na lewo, a jak na lewo, to później musi być na prawo. Każdej stronie coś się należy. Góra i dół też się domagają uwagi. Bo góra coś może zrzucić. A jak góra coś zrzuca, to to spada. Dół zaś potrafi mieć w sobie doły jeszcze głębsze. Ma w sobie nierówności. Dół tak ma. Że usiany jest dołami. Albo wypukłościami, by nierówność urozmaicić. Uważać trzeba. Patrz, z czego żyjesz, prosi coś tam w człowieku. Albo obok niego. Taki anioł stróż... (Mój anioł stróż. Widziałem raz skurwiela. Ale to było dawno temu. Dziś pewnie jego widok by mnie zdziwił. Jak bym go zobaczył w tamtej postaci. Teraz go nie widziałem, ale wydaje mi się, że wyporządniał. No musiał jakoś... Teraz pewnie ładny jest. Chociaż wtedy, kiedyś tam, przed laty, też brzydki nie był. Tyle że był trochę taki niedbały: sznurowadła rozwiązane, porwane rękawy - gapcio, zaczepiał nimi o klamki - i coś jakby wczorajszy. Ale tu nie jestem pewien, bom mu w huh nie wchodził. Męczył się, na płotach, żerdziach przysiadał. Albo gubił się w lesie i dopiero nad ranem pukał w okno, zmachany, cały w igliwiu i mrówkach... Chociaż może z tym igliwiem... Nie, to raczej ja byłem, siebie odbitego w szybie musiałem zoczyć... Zdarzały mi się kiedyś takie chwile, kiedy po pijaku szedłem spać do lasu... Takie bywały uroki Północy... Tak czy siak, poprawiło się...)  Schody? Mogą być. Też się stąpa. I też przystaje. Na półpiętrach. W sobotę tak stanąłem. Robota mi nie szła, miałem jakiś mózgowy zator. A jak jest problem, to Misio nie ustąpi. To jest tylko on i problem do rozwiązania... Franio jednak powiedział dość. Coś go zaczęło nosić... Coś - zwykła potrzeba rozrywki... Misio czas wypełnia, dmucha wypełniaczem w czas jak w balon, zawsze pełen naiwnej wiary, że się dobę da rozepchać. Albo go nie wypełnia. Przepuszcza go przez palce jak wodę. Plusk. I w diabły, i poszło, ku pożytkowi własnemu. I też Franiowemu... Dopieszczanie niedopieszczonego... Z włosem i pod włos. Z mrukiem i mlaskaniem... Ale bywa też tak, że trzeba czas przegnać. Takie niby że coś, a właściwie nic... Nic, ale coś, bo za pieniądze. Takie, śmakie, mniejsze, większe... Daje się człowiek, powiedzmy, przelecieć kulturze. Albo idzie się urżnąć... Miśku, oczy sobie popsujesz. Pyk, pyk, pyk. Ciemno, jasno, ciemno, jasno. Czary na miarę możliwości. Noc, dzień. To i to przywoływane wyłącznikiem na kabelku od lampki... Wyrwał mnie zza biurka... No tak, chłopiec czeka. Trochę znudzony... Chodźmy do ludzi, bo zdziczejemy... Ładne mi zdziczejemy. Ostatnio nic nie robiłem, tylko spotykałem się z ludźmi, i już mi się ryczeć chciało tygrysio co najmniej. A jak mi się chciało, znaczyć to może jedno, że mi się zbierało na zdziczenie... A w pracy to nie masz ludzi?... Ludzie? W pracy? Tego widać Franio sobie do końca nie przemyślał... Niby w zoo nie pracuje, ale wychodzi, że jednak tak trochę... No więc do ludzi. Na rozrywki proste. Na piwska chlanie. Doczepiliśmy sobie towarzystwo w postaci Duszka i jego przyjaciela... Strasznie się ten Duszek cieszy, gdy się kroi wieczór w naszym towarzystwie. Polubił nas... Trudno się zresztą dziwić, skoro zdaje sobie sprawę, że go uwielbiamy... Jest taki uroczy, niezbyt mądry, trochę plastikowy, jakby znaleziony w zabawkarskim sklepie... Duszek chciałby, żeby już było lato. Tak bardzo znów chciałby pojechać z nami nad morze... Duszkowi służy morze. Gdy siedzi sobie na lśniącym w słońcu piasku, jest po prostu wzruszający... Dla Duszka zawsze powinno być lato, żeby mógł sobie siedzieć na piasku albo brodzić w wodzie... Powinien więc chyba zamieszkać na jakiejś tropikalnej wysepce. Bo oczywiście szkoda by było tak uletnić całkowicie Europę. (Mam wrażenie, że właśnie teraz, jesienią, Sylt musi być genialnym miejscem. I może też w marcu...) Taki uroczy Duszek... Nie bardzo z moich klimatów, ale mimo wszystko uroczy... Wcale mi się nie chciało oglądać sobotniej nocy. Zaraz się poczułem zmęczony, i jak tylko znalazłem się w knajpianym cieple, ogarnęła mnie senność... Ale potem przeszło, gdy poziom stał się aż żenujący... Zrobiło się świńsko, sprośnie, latały jakieś obsceniczne dowcipy, w których celuje Duszkowy kolega... I od razu przeganianie czasu ukazało swój powab... Prześcigaliśmy się w głupotach i ryczeliśmy jak osły... A potem mnie sen nawiedził śmiertelnie niebezpieczny... Pożeglowałem. W krajobrazy lesiste, w których natknąłem się na wypreparowaną z ulicy kamienicę, w której mieszkała moja mama. Wypisz, wymaluj ten budynek, tyle że samotny, otoczony trawą pełną wydeptanych ścieżek. Przed wejściem klepisko. Mama mi się nie przyśniła, za co jestem jej wdzięczny. Ale ten dom. Spotkałem w bramie jej sąsiadkę, trochę męczącą staruszkę, zasuszoną zupełnie. Staruszka chciała, żebym do niej wstąpił i coś sobie zabrał, coś, co kiedyś zostawiłem. Klatka schodowa. Trochę inna od tej rzeczywistej. Bo tu była winda. Taka staroświecka, w długiej drucianej klatce pnącej się zaskakująco wysoko, oplecionej schodami. Ruszyliśmy windą. Dojechaliśmy do jakiegoś piętra. I nagle zorientowaliśmy się, że winda gdzieś znikła. Wisieliśmy wewnątrz pustego szybu. Darłem się, na pomoc, uczepiony stalowych prętów. Staruszka też wisiała. Wisiała nawet bardziej, bo głową w dół. Poruszała się po tym windzianym ogrodzeniu z prawdziwie owadzią zręcznością. Istna potworność, która gdzieś popełzła... A ja zawisłem jakimś cudem na szczycie szybu trzymając się schodów biegnących od sufitu i urywających się nad ziejącą dziurą... Gładki kamień... Już mi się te urwane schody zaczynały wyślizgiwać. Strach, ale też i poczucie jakiejś dziwnej ulgi. Zaraz się puszczę i dam odpocząć rękom... Tylko co dalej?? Na dnie widziałem zieloną ścianę z drzwiami... Niby podłoga, a jednak ściana kryjąca jakieś wejście... Jeszcze moment i spadnę... Czy coś przedtem poczuję? Nic nie poczułem, bo sen prysnął... Wreszcie niedziela... Taka jakaś ślimacząca się, rozlazła... Poszliśmy w czułości, w ciastka, w odgrzewany barszczyk... Potem trochę bezsensownie podłubałem w sieci... Wieczorem zaś łeb mi się odkorkował... W dziwny sposób trochę mi się rozjaśniło... Misio zmienił się znowu w pracusia... Bo co też robić, gdy już listopadzieje... Na to najlepsza jest praca... I mówi to taki wychwalacz lenistwa... Ale tak to jest z takimi wychwalaczami... Uwijają się czasem na pszczelą modłę...

16:22, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
piątek, 22 października 2010
Buda jarmarczna

A, może coś wpiszę...

 Tak się to dzieje - ktoś gdzieś pójdzie, przyjdzie, ktoś kogoś zastrzeli w obłędzie... No i właśnie - zastrzeli. Groza. Oczywiście. A potem fala wariactwa. Histeryczne zawołania, czyjaś paranoja dostaje nowej pary. I pan Prezes, w świecie którego wszystko przecież jest spiskiem, wszystko jest ukartowane. I znów niedorzeczne wypowiedzi, żenujące komentarze, jakieś brednie, w których Prezes celuje, głupkowate żądnaia. Kolejna odsłona, kolejny akt bzika...

W dawnych czasach uprawiano smutny proceder polegający na obwożeniu po jarmarkach osobliwości... Człowiek - słoń, baba z brodą, chłop z trzema jajami czy jakiś inny stwór - nie kaleka, bo zabił ch... człowieka... Wydawać by się mogło, że takich bud z potwornościami już nie ma, tymczasem ich rolę spełniają dziś media, które z upodobaniem pokazują nieszczęścia... Mamy więc stały jarmark, na którym pokazuje się uporczywie Prezesa, ten skrajny przejaw ludzkiej niedoli. Widzimy ukrzywdzonego człowieka miotającego się od ściany do ściany, widmo byłego polityka, człowieka nadto głęboko zdemoralizowanego, którego złość potęgują nieprzyjemne wypadki. Słuchamy jego absurdalnych monologów, bo do rozmowy sensownej ten człowiek zdolny nie jest. Ani też pewnie do refleksji na swój temat. Widzimy człowieka żyjącego w jakimś odrębnym świecie... A gdyby tak zapanowało wokół niego milczenie? Gdyby nie przychodzono na jego idiotyczne konferencje, na których głosi swe kazania? Po co nam to? Do czego to potrzebne? Po co zaśmiecać wiadomości jego osobą? Po co potem te komentarze, podczas których muszą padać słowa nawet dosadne, by opisać ponurą rzeczywistość? Prezes jest już tak przewidywalny, że można sobie darować... Za dużo tego już.

 Prezes to człek o mentalności typa, który idzie do kogoś, robi mu kupę na wycieraczkę, a potem krzyczy: O, patrzcie, jaki brudas, gnój tu mieszka, bo ma nasrane pod drzwiami... Po co go jeszcze pokazywać? Czy to ludzi bawi, jak się niedola do potęgi podnosi?

Boże drogi - lew się waleczny obudził. Będzie walczył o Polskę wolną, teraz, kiedy można wszystko wygadywać bez ponoszenia kosztów... Czasy dziś takie zwyczajnie trudne. Gdyby były może trudne nadzwyczjnie... Mógł się popisać w takich właśnie czasach...

Z nim nie trzeba walczyć. On się rozpłynie. Trzeba mu tylko w tym nie przeszkadzać. Nie podnoisić niepotrzebnie kurtynki w jego teatrzyku...

16:24, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (3) »
środa, 20 października 2010
Jeden dzień w roku

Postanowiłem troszkę porymować. Opierając się na cudzych rymach, szwedzkich. Rymy zawsze są kłopotliwe. Ale że się na nich nie znam, nie kłopoczę się zbytnio. Jak przyszło, tak wyszło.

 Przywołałem tu chwilę temu Stiga Dagermana. A teraz przywołam go jeszcze raz.

Stig Dagerman

"Jeden dzień w roku"

Powinniśmy wszyscy udawać przez jeden w roku dzień,

że śmierć w białej trumnie spoczywa,

naszych złudzeń wielkich nie okrywa cień,

dla czterech dolarów nikt broni nie używa.

 Śpi spokojnie i cicho katastrofa świata

 w hotelu schludnym pod prześcieradłami,

 żadne pęta nie krzywdzą twego brata,

 żadna siostra pod zatrzaśniętymi nie sypia drzwiami.

Żadni się raptem ludzie nie rozpalają,

na ulicach nikt życia nie musi oddawać...

Oczywiście to kłamstwo, te rzeczy ciągle się zdarzają,

ja tylko powiadam: Możemy tak udawać.

                                     przełożył Kiljan Halldórsson

13:35, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
sobota, 16 października 2010
Sobotni spokój

Jaki luz wreszcie. W zaciszu... Przez ostatnie dwa tygodnie byłem raczej gościem we własnym domu, pora więc nadrobić zaległości i trochę w domu pomieszkać, co uczynię z dziką przyjemnością, bo ja bardzo, ale to bardzo lubię swój domek... Ech, jestem prawdziwie zagnieżdżonym ludziem i dostaję dreszczy, gdy pomyślę o czasach, kiedy wszystko cechowała tymczasowość... Brr, te wszystkie wynajmowane pokoiki, mieszkanka, których nawet nie chciało się niczym zagracać, te śmieszno - upiorne zabawy w emigranta... Dziś już bym tak nie chciał.

 Franio jest na jakimś firemkowym wyjeździe. I z całego serca mu współczuję. Baaardzo mu się chciało jechać, baaardzo... Ja zaś na szczęście wyjeżdżać nigdzie nie muszę. Jak na razie dość mam wrażeń związanych z wyjazdami... Ale nie, żeby wrażenia były niedobre... Frania bardzo ucieszył poprzedni weekend. Ulżyło mu. Ja też się zresztą ucieszyłem, bo zostałem przyjęty dość ciepło, przyjaźnie. To wystarczające. Bo też i nie oczekiwałem jakiejś euforii... Dość, że poznałem jeszcze jedną rozsądną mamę, tak różną od mojej własnej... Bo przecież moja śp. mama nigdy by mnie nie zaprosiła do siebie z chłopakiem - to by było ponad jej siły... Nigdy nie zapomnę jej ostatniej w życiu wizyty w moim domu. Jak przyszedł Franio, jak się zorientowała, że ja znowu mam jakiegoś faceta, to po prostu uciekła... Ale pocieszające jest to, że nie wszyscy uciekają... Było miło. Troszkę sztywno może, ale... Przy okazji usłyszałem od F. przyjemną rzecz, bo powiedział mi, że jak się znalazłem w jego dawnym pokoiku, to było tak, jakby spotkał mnie na nowo...

 Tak, a teraz może poodwiedzam blogi, coś popatrzę, a potem się ulokuję na kanapie z kawą i książką. Miłej soboty!:)

14:13, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (3) »
piątek, 15 października 2010
Stary, choć już na zawsze młody Stig oraz nowa Yrsa

 Różne rzeczy mnie cieszą. Także książki. Na przykład ucieszył mnie fakt, że na półkach w księgarniach można znaleźć powieść Stiga Dagermana "Wyspa skazańców". Ciekawa to rzecz... Zastanawiam się, na ile pomocny okazał się duch Augusta Strindberga, bo Stig napisał tę książkę w jego domku, na jego ukochanej Kymmendö... (Jakże August zawsze tęsknił do tej wysepki na szkierach, tego ogrodu pośród fal...)

 O Dagermanie ciągle wiemy w Polsce niewiele. Znamy jego pojedyncze utwory zawarte w paru antologiach, znamy go też z powieści "Kłopoty z weselem" - bardzo odmiennej od reszty jego twórczości, bo to powieść bardziej optymistyczna, pełna ciepła, osadzona w realich jego rodzinnych stron - Upplandu... Bo tak poza tym to u Dagermana sporo jest niepokojów, koszmarów, ciężkich dylematów, ludzkich obsesji, wyrzutów sumienia...

 Dorobek Dagermana. Mały i duży. Mały, bowiem Stig aktywny twórczo był właściwie tylko przez cztery lata. Duży, bo przez ten czas zdążył zrobić tyle, że do opisu jego pisarstwa potrzeba wielu słów, bowiem był i powieściopisarzem, i autorem opowiadań, i poetą, i dramaturgiem, i dziennikarzem, reportażystą...

 Stig Halvard Dagerman. Rocznik 1923. Jedna z najciekawszych postaci w szwedzkiej literaturze. O anarchistycznych sympatiach. Szybko stał się znany. Uwielbiają go do dziś. Zestawia się go często z Kafką, Faulknerem, Camusem... Ukształtowały go czasy wojenne, małżeństwo z młodziutką uciekinierką z Niemiec Annemarie Götze... (Nawiasem mówiąc w swoim krótkim życiu zdążył nawet mieć dwie żony, bo tuż przed śmiercią związał się z aktorką Anitą Björk)... Ta uciekinierka, to sąsiadowanie spokojne z koszmarem w problematycznie neutralnej Szwecji, ten straszliwy kontrast między oszalałym światem a jego spokojną ojczyzną - wszystko to gwałtownie wdarło się w jego duszę...

 Bardzo różnorodne jest skandynawskie piśmiennictwo ukształtowane przez czasy wojenne. Wspominałem kiedyś o tym wystukując tu parę słów o powieści Halldóra Laxnessa "Dzwon Islandii". Ma to naturalnie związek z rozmaitymi doświadczeniami poszczególnych krajów płn. Europy... Tam, gdzie wojna nie deptała ludzkiego życia, były niepokoje i strachy... No i rozmaite szaleństwa we względnie cichych i tuczących się na światowej bijatyce zakątkach (dobrym przykładem tego może być "Czarny kocioł" Williama Heinesena, wybitnego prozaika farerskiego). A także - szwedzka specjalność - apologie tchórzostwa... Tematem tchórzliwej lękliwości zajął się i Stig Dagerman. Jest ona choćby w dramacie "Skuggan av Mart", gdzie w konfrontacji postaw bohaterów zawiera się pytanie o najwyższe wartości: honor czy życie (Mart jest dzielny, działa w ruchu oporu i przez to traci życie, jego brat zaś jest uosobieniem tchórzostwa, dzięki czemu swoje życie ocala), i gdzie widać metaforę szwedzkiej polityki w dobie II wojny; jest też ona i w "Wyspie skazańców"...

 "Wyspa skazańców". Koszmar rozbitków. I w ogóle koszmar człowieka. Książka jest jak zły sen, potworny majak, rzeczywiście wsysający człowieka jak trzęsawisko... Jaszczurki, jakieś okropne ptaki, koszmar nieprzyjaznego świata, podstawowe potrzeby domagające się zaspokojenia, ale też i coś więcej - wszelkie piekiełka ludzkiego życia: wyrzuty sumienia, lęki, fałsz, miłość sąsiadująca z nienawiścią... Czyta się.

 Mknąc wzrokiem wśród Dagermanowych zdań widzi się talent, o którym wielu by pewnie powiedziało, że z pewnością jest przed nim wspaniała przyszłość, że to grunt, z którego wyrosną prawdziwe arcydzieła... Jednak z tego gruntu nie wyrosło zbyt wiele... Nie wiem, może zbyt intensywnie Stig eksploatował swoje zdolności... Bo powstało pod jego piórem sporo wierszy, krótkich tekstów (To wszystko ukazało się pośmiertnie w tomie "Vårt behov av tröst" (Nasza potrzeba pociechy), bo powstały cztery powieści, tom nowel "Nattens lekar" (Nocne zabawy), trochę sztuk, a także tom interesujących reportaży z powojennych Niemiec "Tysk höst" (Niemiecka jesień)...

 Dopadły go własne koszmary, pewnie i wyrzuty sumienia wynikłe z osobistych zawikłań uczuciowych, przyszła stagnacja twórcza. Coś się podziało z tym wspaniałym talentem... I dalej ani kroku. Depresja okazała się zabójcza. Nie dało się już żyć, niczego naprawić, bo wypadło mu gdzieś narzędzie jego pracy. Stig Dagerman 5 listopada 1954 r. popełnił samobójstwo mając zaledwie 31 lat.

 Cieszę się bardzo, że "Wyspa skazańców" po tak wielu latach znalazła swojego polskiego tłumacza. Myślę, że to wypełnia kolejną lukę w naszej znajomości kultury naszego północnego sąsiada.

** (...) co by z nami było bez naszych umierających, czymże byłoby nasze zdrowie bez naszych chorych, nasze szczęście bez naszych nieudaczników, nasza odwaga bez naszych tchórzów?

           Stig Dagerman

www.dagerman.se

 

--

 A przy okazji jeszcze odnotuję inny zakup. Yrsa Sigurðardóttir. Pani inżynier z Reykjaviku, która postanowiła zostać także pisarką. No i pisze sobie pani Yrsa już tak od 12 lat. Z powodzeniem. Tworząc prozę kryminalną... Sam nie jestem wielbicielem takiej literatury, ale powodowany ciekawością, do jej wcześniejszych książek zajrzałem. Nie zostałem jej fanem, ale nadal ciekawy kupiłem sobie "Lód w żyłach"... (W weekend będę takim chwilowym, słomianym wdowcem, to się zaszyję w kącie i sobie poczytam... O jej, będzie najwyraźniej grenlandzko i koszmarnie:))

 Ostatnio, gdy tak biegałem po mieście, wstapiłem do księgarni na oddech... Kupiłem kilka książek... Przy kasie zrobił się delikatny ogonek... Czekałem na swoją kolej z nochalem w Yrsie. Zaczepiła mnie starsza pani: - Widzę, że pan też kocha zapach świeżych książek? - O tak! - Powiem panu, że ja to się dosłownie odurzam ich zapachem - szepnęła do mnie, zwierzając się ze swego nałogu... Lubię starych, sympatycznych ludzi. Pani musiała sobie z kimś pogadać. Opowiedziała mi o swej doli emerytki... Tyle się człowiek napracował... Ale dobrze, że nie choruję... Nie wydaję więc fortuny na lekarstwa. Na szczęście. Bo mogę sobie przynajmniej wysupłać coś na książkę. Chociaż raz na miesiąc, jak dobrze pójdzie... -- Trzeba przyznać, że to jest jednak oburzające - wielu ludzi po latach pracy dostaje nagrodę na starość!! Smutne, że ludzie muszą supłać. Książki są drogie, a - mam wrażenie - w ogóle najchętniej sięgają po nie ci, co muszą tak właśnie supłać.

 Yrsa pachnie cudownie... (natomiast Dagerman został wypuszczony w postaci dziwnie bezwonnej, o co mam wielką pretensję do PIW-u:))...

16:26, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (3) »
czwartek, 14 października 2010
Napad perfumowany

 Coś ostatnio nie wyrabiam. Doby są za krótkie i się nie mieszczę. Za to musiałem się ciągle gdzieś przemieszczać. I jeszcze sobie palec uszkodziłem - prawy "faker", co czyni mnie w szczególny sposób osobą niepełnosprawną. Ale na szczęście to niepełnosprawność czasowa. Póki co jedak mam problemy z pokazywaniem prawego środkowego paluszka w wiadomym geście, co mnie trochę martwi, bo akurat spotykać ostatnio muszę ludzi, którym chętnie bym go pokazał. (Naturalnie można do tego użyć ręki lewej, ale sądzę, że "fak" z prawej ręki jest bardziej dosadny, przynajmniej ten uczyniony przez osobę praworęczną... )

 Tak, od weekendu minęło już troszkę czasu... I... Hm... To znaczy, jest w porządku... Ale jakby dobrze, że daleko i wielkim mieście.:)) W sumie to miłe, ża mama F. wyszła ze swoją propozycją... Być może powalczyła ze sobą, czy jak... Ona bardzo swojego syncia kocha. I się o niego martwiła. Tyle było niedomówień... Ale od słowa do słowa... W końcu ludzie różne rzeczy z siebie wyduszają... Tak, Franio był zawsze trochę skryty... No jasne... Ale można sobie z tym poradzić... Mama nie wie, że trzeba usiąść na stole i podyndać nogami... Mamy zresztą takich rzeczy nie robią. I w ogóle mamy za dużo nie muszą wiedzieć. Przynajmniej od pewnego momentu, kiedy to odchodzą na bok, bo pociechy z czasem żenią się z żonami albo mają swojego Misia.:) Ta mama na szczęście jest z boku, wtrącać się nie chce. Ale też i nie chce, by jakaś cząstka jej życia umknęła gdzieś za horyzont. I bardzo dobrze... Ze mną już sobie trochę pogadała wcześniej, bo rozmawialiśmy kiedyś przez telefon... Cały układ stał się czytelny. Ale też i nieco kłopotliwy, co jednak nie jest naszym problemem.

 No i ruszyliśmy. My i psy. Ale psy tylko kawałek, bo jedynie do mojego taty, który, nie mając wyjścia, zgodził się zaopiekować naszą hołotą. Musiał oczywiście poburczeć, ale trudno, taka jego uroda... I pojechaliśmy dalej, w jesień pogodną... Trzeba się jednak było zatrzymać, bo autko sygnalizowało: wrzuc monetę, wrzuć monetę... Zajechaliśmy na stację benzynową. F. zajął się tankowaniem, a ja podskoczyłem do sklepiku po fajki... Misio zaopatrzony w nikotynę, promienny, elegancko przebrany za mężczyznę... Misio sobie idzie. I nagle ktoś na niego zawołał: - Mogę się o coś zapytać? Panie! - Cyganka w beżowym płaszczu wyrosła koło mnie... - Nie, chyba nie - odpowiedziałem. - Ale nie bój się pan, bo ja w ciąży jestem! - Pomyślałem sobie, że jeszcze takim tekstem nikt do mnie nie pojechał! - Chodź pan bliżej... - No dobra - żeby nie wyszło, żem taki bojący się ciężarnych Cyganek... Skoczyłem nagle jak oparzony... No w pizdu! Wszystko na marne! Był Miś, nie ma Misia! - Co ty robisz, kobieto!!! - Ale weź pan, za dwie dychy. Weź pan!!! - Z trudem przepędziłem cholerę... Bogowie - zawsze się do mnie musi coś przyczepić, zawsze to na mnie musi nasrać ptak, i takie tam... Tym razem przylepiła się Cyganka. Jak tylko się zbliżyłem do niej, ta wyjęła zza pazuchy jakieś śmierdzielstwo, którym mnie przykładnie spryskała. Jakieś koszmarne perfumy... Cała równowaga zapachowa została zniszczona... Byłem w rozpaczy, aromatycznie zdemolowany!!!

 Wsiadłem do auta zrezygnowany. - Czego od ciebie chciała? - Chciała mi sprzedać to, czym teraz śmierdzę... Przez okropną Cygankę zostałem zamieniony w jakąś kostkę do klozetu... Słowo daję, wnętrze samochodu wypełnił zaduch dobrze nagrzanego, takiego powiedzmy lepsiejszego pisuaru... - Dooobra, nie przejmuj się... - Jak się nie przejmować. Twoja mama gotowa sobie pomyśleć, że potrafię rozpinać spodnie samym językiem... - Franio jednak mnie zapewnił, że wyobraźnia jego mamy nie wybiega aż tak daleko... Ja jednak nie dałem się przekonać, bo po takim zapachu człowiekowi mogą przyjść do głowy rzeczy, jakich nigdy by się nie spodziewał... Już nawet się chciałem przebrać, Franio jednak stwierdził, że to może być temat do rozkręcenia rozmowy... Tak sobie pomyślał, obawiając się może jakiejś drętwoty...

 Ładnie... Przyjemny, nieduży dom. I ogródek... Mogłem się swobodnie przebrać, bo jak jest ogródek, to od razu jest o czym gadać... Zaraz okazałem entuzjazm, bo znalazłem w nim bardzo urodziwą sosenkę!!... Lodołamacz ruszył sprawnie i energicznie. Zwykłe rzeczy, naturalne powitanie, wyciągnięta dłoń, podaj łapę... Nazawała nas chłopcami. - Wchodźcie, wchodźcie, chłopcy, i zamykajcie drzwi, bo wieje... A być nazwanym chłopcem jest zawsze bardzo miłe... Bo chłopiec... Tak... Różnica między chłopcem a mężczyzną jest mniej więcej taka jak różnica między fantazyjnym, barwnym obrazem a rysunkiem technicznym. Mężczyzna to jakiś kanciasty sen kobiety, co nie może znieść niedojrzałego chłopca, którym się musi opiekować. O dojrzałym chłopcu kobieta nawet nie śni - i słusznie, bo jeśli śni, popełnia wielki błąd, gdyż dojrzały chłopiec nie potrzebuje kobiet; chętnie spotyka je na tanecznym parkiecie, ale poza nim świetnie sobie radzi bez nich, umie się on bowiem kochać jedynie w doskonałości, a nią jest zawsze inny dojrzały chłopiec... Los dla pewnych chłopców jest łaskawy... Chłopcy jego wyroki przyjmują, by się szczęśliwie w życiu umościć... OK - Misio pachnący jak pisuar lepsiejszy... Wszedł... W tyłek szczypnięty ukradkiem przez F.. Dla kurażu. Nowe zapachy...

 Moment wyczajony. Tak żeby było kameralnie.:)) OK! :) Był jeszcze oprócz nas taki dziadzio. Gadał ze mną, jakby mnie znał od lat. Musiałem do niego krzyczeć, bo słabo słyszał... Zupełnie go nie obchodziło, po co znalazłem się przy stole, przy którym za karę jedliśmy odgrzewane papu. Za karę, bo przyjechaliśmy później niż się spodziewała... Nawet udało mi się niczego nie rozlać. Bo łatwo coś rozlać, gdy się czuje na sobie badawczość spojrzeń... Tak, trzeba być czujnym, bo gdyby się nagle przemienił w nietoperza... Ja się jednak tak nagle nie przemieniam. Nie, do tego, by przemienić się w nietoperza, potrzebuję przynajmniej kwadransa, więc pozostawiam czas na odpowiednią reakcję... Zdecydowałem się jednak nie korzystać nadmiernie ze swych niecodziennych umiejętności i nie przemieniłem się w nietoperza.

 Pewna niecodzienność. Szerszy wachlarzyk życiowych możliwości. Jeden syn dał jej synową, drugi zięcia. Ale przecież mówią, że od przybytku... Dla mnie to pewna powtórka z rozrywki. Dość udana. Pełna raczej takich neutralnych rozmów. Plus małe sam na sam, bo postanowiłem trochę pomóc w kuchni, właśnie po to, żeby było sam na sam... Żeby w paru słowach zrelacjonować to, o czym chciała wiedzieć. I dowiedziała się o bardzo zwyczajnym życiu... Być może po tym spotkaniu jest spokojniejsza... Przy okazji musieliśmy się pośmiać z F., który panicznie boi się dużych zwierząt... Na szczęście nie lęka się małych... - Naprawdę macie dwa psy??

 Generalnie dła nam luz. Poplątaliśmy się trochę po lasku, po polach... Trochę się dowiedziałem jeszcze o różnych historyjkach z przeszłości... No i noc w chłopięcym pokoiku. To takie wzruszające... Małe muzeum pozostałe po szczenięctwie - stare książki przygodowe, jakieś plakaciki, biureczka - jedno jego, drugie brata, który gdzieś się tam plącze teraz po świecie (szkoda, że go nie spotkałem, bo bym się przekonał, co to za typek:)... To takie niezwykłe móc oglądać dawny pokoik swojego chłopca... I wyobrażać sobie, jak siedział mały przy biurku i skrobał zadania z rachunków albo wypracowanie z polskiego... Przeszłość zastygnięta w nie wyrzuconych zeszytach... Ucieszyło go to, że tam byłem... Kiedyś nawet nie wyobrażał sobie, że może nadejść taki moment... Ja też się ucieszyłem. Jakoś tak się radośnie szczeniacko poczułem siedząć tam z nim po ciemku gadając o zwykłych wesołych pierdołach... Mamy taką ulubioną pozycję... Ale nie, nie, nie - nie że tu o seksie jakimś będę... Lubimy sobie siedzieć pod kocem albo kołdrą na wyrku opierając się o ścianę... Tak się dobrze gada, tak się dobrze podróżuje przez pewne wycinki czasu... No i generalnie dobrze czasem oprzeć się o ścianę - nie stać pod nią - tego nikomu nie życzę - ale się o nią swobodnie opierać. Zawsze mówię, że człowiek nieustannie poszukuje oparcia i czasem dobrze, gdy znajdzie je w ścianie, bo to pozwala wytchnąć trochę temu drugiemu.:) Tak więc się niekiedy opieramy o ścianę i zapominamy o wszystkich trudach życia. Ale blisko siebie, czujni, gotowi w razie czego... A pokoik nam przypomniał, jak różne od dzisiejszych były nasze życiowe troski... Bo teraz to już sami musimy się mocować... W dorosłości bogowie i czarodzieje żyją w odleglejszych krainach... Jednak nas to specjalnie nie martwi. Bo jesteśmy dojrzałymi chłopcami...

 Wie już ona jak się układa. Wie, że jesteśmy. Wie, gdzie jesteśmy... To tyle. I musi sobie sama to jakoś poukładać. Rada dobra dla rodzica jest zawsze ta sama - ciesz się, gdy twoje dziecko jest szczęśliwe na swej własnej drodze. Nawet jeśli twój sen co do jego przyszłości się nie ziścił, ciesz się, widząc, że jest mu dobrze... Ciesz się i zajmuj się własnymi sprawami.

 No, a po weekendzie znów przyszedł kołowrotek, który na szczęście trochę zwolnił, więc se mogłem dziś poblogować... I co jeszcze... Ach, do licha, czas zleciał, a ja nie dałem znać... Chłopaku - tak się tu zwrócę, bez żadnych imion, bo chłopak będzie wiedział, że to do niego... Chłopaku, wiedząc, że czytasz tego bloga, powiem ci tu, że absolutnie się za tego "starszego brata" nie gniewam.:)) Mam nadzieję, że Ci się w dalszym ciągu dobrze wiedzie! Chciałbym, żebyś był zawsze młody i kolorowo zakochany!!:)) Pozdrawiam!:)

16:18, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 04 października 2010
Poniedziałek 4.10.10

jak to poniedziałek. Przychodzi po niedzieli. Taka kolej rzeczy.

 Bardzo ładny jest ten poniedziałek. Wyżowy. Podobny do niedzieli, którą spędziliśmy na rowerowej wycieczce... Jakoś tak wyszło, że w tym roku mało jeździliśmy, więc postanowiliśmy to nadrobić... Trzeba było wykorzystać ładną pogodę... Coś straszą, że to ostatnie takie ładne dni, że jeszcze trochę i przyjdzie zima, która ma być sroga i piekielnie długa... Czy jednak przepowiadacze mają rację? Podobno biedronki wiedzą, jaka ma być zima. Ale ja nie wiem, gdzie poszły biedronki... Może ktoś wie i z nimi gadał??

 Tak, tydzień zapowiada się pogodnie i malowniczo. Z mocnym akcentem na koniec, bo w najbliższy weekend wybieram się z Franiem nie gdzie indziej, tylko do jego rodzinnego domu. Przełomowa sytuacja. Pewnie gdzieś tak koło piątku zacznę mieć lekką tremę. Muszę dobrze wypaść. :)) Heh - z zaciekawieniem czekam na moment, kiedy zobaczę chłopięcy pokoik swojego F. Bo podobno jest i nic się w nim nie zmieniło... Taką ma przewagę! Bo ja niestety swojego pokoiku nie mogę mu pokazać, ponieważ tego pokoiku już nie ma - to znaczy naturalnie istnieje, tyle że mieszka w nim już od dawna ktoś inny... Pozostała mi więc jedynie pamięć o nim, wspomnienie, niezbyt sympatyczne... Chociaż działy się w nim i miłe rzeczy. Niektórzy moi koledzy uważali, że w moim pokoiku było przyjemnie... Tak, były oczywiście jakieś młodzieńcze pogaduchy, pierwszy gwałtowny raz z M. na podłodze w pewną niewydarzoną noc sylwestrową... Tak, przyjemnie - zastanawiam się czy cała ta przyjemność, jaką mieli moi koledzy, nie polegała na obserwacji kretyńskich zachowań mojej mamy, która, jeśli byli u mnie goście, chcąc czegoś ode mnie, nie pukała do drzwi, tylko rzucała w nie butami, by mnie wywabić... Jednych to bawiło, M. natomiast uważał, że to było jakieś dzikie... Bał się, biedak, spojrzeń mojej mamy, przeszywających... Ona uważała zawsze, że M. wyrośnie na kryminalistę... Bogowie!!

 Poniedziałek. Może piosenka z tej okazji? Jasne, że Bowie... "Baby Universal"

(SnowWhiteTan)

15:11, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (4) »
piątek, 01 października 2010
Gdyby tak Alan Campbell... (Duży Książę)

Czuję się zmobilizowany, by jak najszybciej wyjść naprzeciw oczekiwaniom Agnieszki... A także swoim, bo sam nie wiem, co się dalej stanie... A zatem niech się pisze dalej... Zapewne znów wplączą się tu jakieś cytaty... Jak ktoś chce, może się pobawić... :))

 - Czego nie chciałeś?! - drze się Książę szarpiąc za koszulę Petrusa. - Co ci wpadło do tego głupiego łba, człowieku? -- Petrus zaczyna płakać i prosi, by czerwony ze złości mężczyzna dał mu spokój. - Zgnijesz, łajdaku - syczy Książę i już chce ponownie uderzyć, ale powstrzymuje się i puszcza spłakanego durnia. - Przecież gdybym chciał, gdybym chciał... - mówi walcząc z łkaniem Petrus - gdybym chciał, to bym go nie trafił. Ja nigdy nie strzelałem, niech mi pan uwierzy, nigdy nie strzelałem. - Poradziłeś sobie jednak całkiem nieźle. I to z lewej ręki. - Bo jestem leworęczny. - Trudno w to doprawdy uwierzyć! Idioci nie są leworęczni. - A kto powiedział, że jestem idiotą? - Petrus zmienia nagle ton. -- Książę sięga do kieszeni po chusteczkę. - Masz, obetrzyj sobie twarz. Już dość tej krwi. -- Petrus posłusznie stara się usunąć krew z twarzy, jednak rezultaty jego wysiłków okazują się opłakane - wygląda teraz jak drapieżnik, który właśnie skończył się posilać. Książę nie może na to patrzeć i odwraca głowę. Odkrywa, w jak bardzo posępnym miejscu się znalazł. Może to przez ten wypadek polana na wzgórzu wydaje się teraz tak posępna, niesamowita, przywodząca na myśl same przygnębiające słowa..."Opuszczenie, zastój, beznadzieja, zaniedbanie... Naraz wszystko odarte z piękna. Niczego kojącego nie ma w tej ciszy ani w krajobrazie. Tylko krzyczeć w trwodze i zawodzić. Wzgórze płaczu i zgryzoty. Obdarta, wyschnięta samotnia patrząca tępo na stalowoszare jezioro". Książę przypomina sobie o butelce, którą gdzieś upuścił. "Może nie wszystko się wylało, do diabła!" Idzie w stronę krzaków, z których wybiegł w chwili palby... "Człowiek to idiota. Chowa się w krzakach jak zając, a gdy zaczynają strzelać, wybiega z nich prosto ku myśliwemu. Przecież mnie też mógł zastrzelić" - ta myśl sprawia, że czuje zimny pot na plecach. -- Petrus, widząc, że nieznajomy zamierza się oddalić, zrywa się, by podążyć za nim. - Niech mnie pan nie zostawia, proszę! - jęczy czepiając się książęcych nóg. - Niechże się pan tak nie maże! - prosi stanowczo Książę usiłując podnieść Petrusa z klęczek. - Zgubiłem tu gdzieś butelkę. Coś mi się zdaje, że może nam się przydać. Chyba że masz coś... - Nie pamiętam już, jak smakuje alkohol. - Tak, życie zawsze nas zaskakuje. -- Książe wydaje okrzyk radości na widok połyskującej zguby. Jakby odnalazł jakiś oszałamiający klejnot. Butelka szczęśliwie wpadła w niewielkie zagłębienie, co uchroniło ją przed przewróceniem i utratą bursztynowej zawartości... Rozgrzewający łyk jest jak przypomnienie promiennego czasu, który właśnie przed chwilą dobiegł końca. Zabolało ono Księcia dotkliwie. - To takie nierzeczywiste - wzdycha i podaje butelkę Petrusowi. - Nie chcę - mówi tamten. - Napij się, dobrze ci to zrobi. -- Petrus, upiwszy łyk, krzywi się z niesmakiem. Jest w tej chwili podobny do złowrogiego wampira - niechluja. Jego włosy, nieumiejętnie przycięte, przypominają gniazdo jakiegoś niedbałego ptaka. Ma na sobie sprane dżinsy i kracistą koszulę narzuconą na szary, rozciągnięty, poplamiony tiszert. A na stopach stare, rozdeptane adidasy. "Musi dużo przebywać na powietrzu" - myśli Książę patrząc na zakrwawioną twarz młodego mężczyzny. - Niech mi pan pomoże. - Ale ja nie wiem, co robić... - On nie może tam leżeć. - Wszystko musi pozostać nietknięte do przyjazdu policji. - Policji? - To chyba jedyne rozsądne wyjście. - Nie. Nie! - To co? Co chcesz zobić? Zakopać go w ogródku?! - Zabierzmy go do domu. Proszę, proszę mi pomóc. -- W błagalnym spojrzeniu Petrusa Książę dostrzega coś, co jest mu tak dobrze znane. "Aubrey nie mógłby wyrzec się swego brata". Wyrywa mu z rąk butelkę z whisky. - Zejdę na dół. I nie rób scen. Już się dużo zadziało. Zbyt dużo. Proszę mnie zostawić! - Książę strząsa z siebie rękę Petrusa, który chce się go uczepić jak topielec... Idzie coraz szybciej i szybciej. Czuje w sobie narastający niepokój. Ma wrażenie, że zaraz rzuci mu się na plecy coś straszliwego, co będzie go chciało zadusić, zagryźć. "Byle tylko zniknąć wśród drzew". Wszystko wydaje się być jedynie złym snem. Już nie cieszy go samotność. Jest teraz przeraźliwie zaskoczony ciszą. "Dlaczego nikt nie nadchodzi?" Tak naprawdę nie wierzył przecież, że jego ochrona całkowicie zlekceważyła swoje obowiązki. "Niepojęte! Pozwolili, by robili mi zdjęcia! A teraz pozwolili, bym znalazł się oko w oko z uzbrojoną wściekłością. Jak tłumaczonoby całą sprawę, gdyby znaleziono mnie zastrzelonego w lesie? Czyżby czekano na jakiś wypadek? Kto chciałby, kto...?" Książę zatrzymuje się na skraju lasu. Strach nie pozwala mu uczynić kroku naprzód. Pogubiony w niejasnych podejrzeniach odwraca się na pięcie i biegnie w stronę domu. Uszy go pieką, a serce bije w jego piersi jak oszałałe. -- Petrus siedzi na skraju ścieżki dłubiąc lufą rewolweru w ziemi. - Nie mam więcej amunicji. - A ja nic nie rozumiem. Okazuje się, że nic nie działa. Albo działa, lecz w sposób, który jest dla mnie niepojęty. - Powinniśmy go zanieść do domu - mówi łamiącym się głosem Petrus ciągle wpatrujący się w wykopany lufą w rozmokłej ziemi dołek. - Myślałem z nadzieją, że zostało coś dla mnie. - Chciałeś się zastrzelić? Czemu, do cholery, nie zrobiłeś tego wcześniej? - Petrus bierze kilka głębokich wdechów chcąc obronić się przed kolejnym atakiem płaczu: - Tak planowałem, ale... Myślałem, żeby strzelić do jakiejś przypadkowej osoby... Ale jakoś mi nie wychodziło... Pomyślałem, że jak skończą mi się pieniądze, będzie łatwiej, tak więc postanowiłem odwlec... - Dlaczego chciałeś strzelać do kogoś przypadkowego? - Po prostu chciałem sprawdzić czy to zabija... - Jezu, co ty gadasz, człowieku?! - No bo nie wiedziałem!! - krzyczy z irytacją Petrus. - No to teraz już wiesz... - Ale wszystko wystrzelałem. Trafiłem go w głowę, prawda? - Prawda - odpowiada ponuro Książę. - Zabierzmy go. Zabierzmy! Niech on tu nie leży!!! - Nie wiem czy możemy to zrobić. Nie wiem czy ja mogę... - Przecież to nic trudnego! -- Książę w jakiś niepojęty sposób daje się namówić na te upiorne przenosiny. - Gdzie?!! - ryczy na Petrusa - ja biorę go za nogi. Nie zrobiłem mu tej dziury w głowie i nie mam zamiaru na nią patrzeć. Wezmę go za nogi i pójdę przodem. -- Uchodzą ledwie kawałek, gdy nagle Petrus upuszcza swój ciężar, który uderza z głośnym plaśnięciem o błotnistą ścieżkę. Książę, słysząc to, także puszcza trupa i uskakuje w bok wydając z siebie jakiś osobliwy, krótki pisk. - Coś w nim mruknęło - zauważa z przestrachem w głosie. - Czemuś go upuścił? -- Petrus nie odpowiada, tylko wpatruje się w pomagającego mu mężczyznę. Zdaje się, jakby właśnie coś odkrył... - Boże - mówi w końcu i dodaje - przecież to nie może być... To nie... to nie jest przecież możliwe! Nie! Pan jest taki podobny... Książę Aleksander? - We własnej, kurwa, osobie!!!! I co się tak gapisz?!! - Ale jak to? - Nie wiem! Nie wiem, jak to! Wiem tylko, że zaraz dostanę szału, jeśli będziemy tu nadal stali jak idioci! Podnośmy to ciało, i dalej jazda!! Już!! -- To, co zostało z Aubreya, stanowiło dziwnie wielki ciężar. "Życie zamienione w bezwładną śmierć" - przebiegło przez myśl Księcia. - "Jak to szybko może się stać. Jeszcze dziś w nocy... Cztery orgazmy, po dwa na łebka... Jeszcze dzis rano, na moich kolanach... Tuliłem go, wdychałem zapach jego włosów, cieszyłem się jego ciepłem... Ta piękna pierś, te wspaniałe uda... Mój kochany chłopiec..." -- Ciało z łoskotem uderza o drewnianą podłogę sieni. Książę nie daje rady nieść go dalej. To ponad jego siły. Jest mu wszystko jedno, gdzie będzie spoczywał ten przerażający przedmiot, w jaki przemienił się jego chłopiec... Wbiega w głąb domu w poszukiwaniu łazienki... Zwymiotował do muszli klozetowej po czym usiadł na chłodej betonowej wylewce. W drzwiach ukazuje się Petrus. - Książę dobrze się czuje? - Nie dobijaj mnie, człowieku! - Pomyślałem, że gorąca herbata... -Zdumiewające... Że też pomyślałeś o herbacie... - Teraz to już wszystko jedno... Kiedy... A właściwie... - Co? - Czy to nie dziwne, że nikogo tu nie ma? Przecież Książę... - Tak. To dziwne. Nie wiem, co powiedzieć. Pozwolono mi być jednym z was... Dziecku pozwolono być dorosłym - przez twarz Księcia przebiega nikły uśmieszek. - Dziwaczne uczucie. - Poleci chyba wiele głów, chyba że... - Przestanę chyba komukolwiek ufać... Boże, nigdy więcej, nigdy... - Jak Książę tutaj trafił? - To chyba ja powinienem zadać trochę pytań. - To nie powinno wyjść na jaw. - A skąd wiesz czy już nie wyszło? Może gdybyś strzelił do mnie... Wypadek na polowaniu... A ty? Przecież ty już chyba nie istniejesz? - Tylko że przy pańskim znaczeniu, raczej symbolicznym... - snuje myśl dalej, jakby nie dosłyszał słów Księcia. - Uważaj sobie, Petrusie!! - woła Książę i wstaje gwałtownie z podłogi, tak że aż doznaje małego zawrotu głowy... - Usiądźmy w kuchni - proponuje Petrus... -- Mijając sień Książę kątem oka dostrzega nieruchome ciało. Nie jest w stanie powiązać go z osobą Aubreya... Aubrey się rozpłynął. Rozwiał się jak mgła... To co zostało... "Celofan obcości i sztywności... Ciało z minuty na minutę przestawało być człowiekiem" - przebiegło przez myśl Księcia jakieś echo... "Skąd ja to znam? Chwilowa marmurowość. Ostatni błysk piękna... Moment przed syfem, przed gniciem... Życie wygasło. Jeszcze pewnie resztki ciepła... Już jest sztywny?" -- Z czajnika elektrycznego bucha kłąb pary... Petrus jakby nigdy nic krząta się po kuchni. Chce zrobić herbatę i usiąść przy niej, jak się siada po męczącej robocie... Na okrytym starą ceratą stole leży ubrudzony ziemią rewolwer... - Skąd masz taką broń? - Należała do naszego ojca. - Po co mu ona była? - Nie wiem - odpowiada Petrus i wzrusza ramionami. - Leżała w pudełku pod łóżkiem. - Dziwne rzeczy ludzie trzymają pod swoimi łóżkami. - Chyba nie mam cukru. - To może nawet lepiej. Spożywać cukier w takiej chwili. -- Petrus stawia filiżanki na stole i siada. Chowa na chwilę twarz w dłoniach. - Co teraz będzie? - pyta po chwili. - Nie jestem w stanie zebrać myśli. Można jednak przypuszczać, że byliśmy obserwowani... Nie wiem, każdy pomysł jest zły... - Ciało to taki straszny kłopot. - Doprawdy?! Nic prostszego! 152, Hertford Street, Mayfair - pod ten adres trzeba się zwrócić, i sprawa będzie załatwiona! - Bardzo śmieszne... Chyba źle zrobiliśmy przynosząc go tutaj. -- Książę nie dowierza sobie. Nie wie, jak to się dzieje, że bez większych oporów znów przyczynia się do realizacji niedorzecznych pomysłów Petrusa... Wprawdzie niechętnie podszedł do myśli, że mógłby znowu dotykać zwłok, zgodził się jednak ponownie je ponieść, kiedy Petrus nakrył ciało wielką kwiaciastą, lnianą zasłoną. -- -Ja chyba śnię! - drze się Książę stojąc obok rozwalającego się garażu i ubłoconego trupa owiniętego zasłoną ozdobioną wielkimi czerwonymi kwiatami, gdy mu Petrus oznajmił, że wyleciały mu gdzieś klucze... - Jak upadłem, musiały wylecieć... Miałem je w kieszonce. Muszą gdzieś tu być! - Jeśli jutro nie rozpęta się jakieś szaleństwo, będzie to prawdziwy cud! Bierzmy go z powrotem! -- Kolejna przechadzka z nieboszczykiem znacznie pogorszyła ich stan. Obaj docierają do domu niemiłosiernie ubłoceni i przemoczeni, bo przy okazji dopadła ich nagła ulewa. - Dosyć już tych twoich pomysłów. Przecież ten trup nie będzie tu leżał w nieskończoność. Musimy działać naprawdę! Jest tu telefon? - Nie. - Uspokój się!! Potrzebujemy ratunku... - Proszę się wstrzymać. Bardzo proszę! - Jeszcze sobie pogadamy. -- Petrus chce przeszkodzić Księciu, ten jednak jednym silnym kopniakiem toruje sobie drogę do aparatu telefonicznego. Gdy Petrus zwija się na podłodze ściskając swoje krocze, Książę stara się przypomnieć sobie numer do lady Dunghill. Przywołuje w myślach wszystkich bogów, by mu w tym pomogli. W końcu wystukuje numer, który okazuje się być właściwym: - Jesteś, moja droga! Jak dobrze cię słyszeć! O, wybacz mi, ale jest coś... Błagam, powiedz, że jesteś jeszcze w Nasturcjowej Dolinie! Nie? To zawracaj! Zawracaj!!! Oj, wysadź swoją przyjaciółkę gdziekolwiek. Tu idzie o losy, nie waham się powiedzieć... Co? Nie mogę ci powiedzieć. Mogę tylko wyznać, że chłopcy mają problem i tylko kobieta może ich uratować!! Odwołaj wszystko i spiesz mi na ratunek!! Jestem na wzgórzu, tym bukowym! Tak. I nie wiem co robić, bo nie wiem, na czym stoję!!... Zatem czekamy, czekamy, owiani najprawdziwszą grozą!! Jesteś cudowna... Jak fantastycznie, że z zaświatów można się dodzwonić na ziemię!! Bo musisz wiedzieć, że przebywam właśnie w zaświatach... Mój drogi aniele kurzoskrzydły!!! Wołam do ciebie z otchłani!!!!

CDN

16:31, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »