BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
poniedziałek, 31 października 2011
Syta Madonna

Taki czas śmiertelny się zrobił, cmentarny i, jak to klepią na okrągło, zadumą wypełniony.

Na cmentarzach ludno. Pełno tam żywych, bo całe mrowie umarłych tam ulokowano... Co żywe... paść musi. Szybko albo w mękach i powoli - to już rzecz kaprysu. Życie się ze śmiercią koleguje, choć to koleżeństwo kłopotliwe - ale nie ma wyjścia... Jak ponuro stwierdził Beckett, kobieta rodzi stojąc okrakiem nad grobem...

Musi być mateczka, co swoje wnętrze udostępnia kolejnym nieborakom. Jakby się ziemia bez nich obejść nie mogła... (Chęć nieustępliwa i słodkie bzdety zalotników, kochanków, miłośników, tak czarujące i budujące, że wierzą w nie nawet grube filozofki o minach człowieka, który zjadł coś niesmacznego...)

Zatem słów kilka o słodkiej potworności, o zniewalającym, fenomenalnym straszydle. W sosie skandynawskim, by iść zgodnie z linią bloga... Podejmując znów temat Edvarda Muncha.

Oto jedno z jego arcydzieł. Oto ona. Nie wiem, co robi: leży, płynie, stoi, unosi się w powietrzu? Ja twierdzę, że leży. Ona. Madonna. Człowieczyca. Chutliwa bogini. Jest poważnie zadowolona, bo to, co ją spotkało, to śmiertelnie poważna sprawa. Zupełnie śmiertelnie, bo o śmiertlenika tu chodzi... Ależ jest syta, bo jej łono opiło się spermy. (Sugerowała to kiedyś rama pełna plemników i płodów...) Samo życie - zadowolone, bo osiągnęło swój cel. Za jakiś czas uroczysty wręcz nastrój zastąpi tępe, acz majestatyczne macierzyńskie szczęście. Ale ponieważ to życie, musi być więc i śmierć... Jest coś niepokojącego w tej fantastycznej postaci, na którą patrzeć można godzinami. Te dziwne, zamknięte i zapadnięte oczy - martwe... To jakby życie z obliczem wysychającego już trupa. Bogini płodności z czerwoną aureolą nad głową ma na twarzy zimny blask księżycowej nocy... Leży sobie, wyzywająca, szczęśliwa. Ma jeszcze ślady uwodzicielskości, dzięki której wywiązuje się z umowy ze śmiercią poprzez dawanie jej życia, na jakie ta ma apetyt. Coś sobie zabrała, by trwał ten cały taniec życia i śmierci... Ech, te Munchowe panie. I ci panowie wyssani w którymś momencie życia. Istna wampiriada...

W tym tańcu Munch za bardzo nie chciał brać udziału. Jak na epokę przystało, widział w kobiecie coś wampirzego, cenił więc te kobiety, które nie przekraczały granic flirtu lub zwykłego, przelotnego romansu. Był urodzonym singlem i nie chciał trwonić czasu. Miał sztukę. Kobiety jednak bardzo chciały się z nim wiązać i rodzić mu dzieci. Podobał się im - utalentowany, całkiem niegłupi i przystojny. A on był delikatny. I nie chcąc ich za bardzo ranić, dawał subtelne sygnały, że z nim im się nie powiedzie. Nazbyt jednak były subtelne, więc, nie chcąc tego robić, ranił dotkliwie... Nie mógł z nimi dzielić życia, nie chciał płodzić. Być może mnogość śmierci w jego otoczeniu jakoś go odstraszała. Był pełen dystansu. Ale też i pełen uczuć. Pozował czasem na pustelnika, chociaż nie był aż tak bardzo niedostępny. I, bywało, narzucał sobie celibat.

Tulla Larsen chciała kiedyś przebić mur. Tak bardzo pragnęła być jego pratnerką, że posuwała się wręcz do psychicznego terroru. Musiało aż dojść do niebezpiecznego wypadku, by małżeńską potworność od siebie definitywnie oddalić (Munch uważał, że budzenie się przez lata u boku tej samej kobiety jest czymś przerażającym)... Trzasnął się z pistoletu w rękę. I to niesamowicie podziałało... (Oj, ci Norwegowie - pogięci, uzbrojeni narciarze. Taki też był i Munch...)

A więc Madonna. Majestatyczna, osobliwie piękna. Łącząca w sobie Życie i Śmierć. Czułość i Cierpienie. W której zamyka się łańcuch łączący tysiące generacji umarłych z tysiącami generacji mającymi się narodzić.

Na dziś tyle. Ale do Muncha jeszcze wrócimy. Trochę w duchu Strindberga, Weiningera, więc mizoginicznie... No i dla odmiany będzie trochę nagich panów, bez wampirów, w radosnych kolorach, zupełnie mozaikowych...:)

18:19, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (6) »
piątek, 28 października 2011
Z islandzkich dźwięków

 Na pisanie dziś czasu brak. Wykorzystam jednak wizytę w Internecie, by wlepić tu znów coś dźwiękowego, żeby było przyjemniej... Bardzo lubię tę piosenkę. Birgir Haraldsson i Gildran:

15:46, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 27 października 2011
Nicnierobienie

 Żeby tak! Zawsze i z miłą chęcią... Tylko weź, i nic nie rób... Życie jednak ciągle na człowieku coś wymusza i trzeba się tym wymuszeniom poddać. Trudna sprawa, zwłaszcza dla istoty, która byłaby najwdzięczniejszym mieszkańcem Krainy Pieczonych Gołąbków... Cośrobienie zawsze tak szpeci człowieka, rysuje na jego twarzy brzydkie grymasy. No i jeszcze nieznośny pośpiech. Serce mnie boli, ilekroć widzę dorosłego człowieka spieszącego do pracy ze śmiercią w oczach. Oj, żeby się tylko nie spóźnić, żeby się tylko w porę wpiąć do kieratu. Pośpiech tak strasznie upokarza! I jak tu wracać takiemu pospiesznemu człowiekowi do domu, i jak się w tym domu puszyć przed dziećmi? Straszliwa rzecz! Niemniej zdyszany człowiek z przekonaniem mówi o swym szczęściu i wolności. Sprawia wrażenie, że jest zadowolony. I zapewne wypada go w tym zadowoleniu pozostawić. Bo przecież jest tak, jak dyktują mu jego poczucia. Wszystko, podejrzewam, bierze się z ideologicznego bełtu, w jakim się człowiek kąpie.

 Ludzie się wysilają. Nie inaczej jest ze mną. Bywa, że się wysilam mniej i całkiem mi się to opłaca. Bywa, że wysilam się więcej i nic z tego nie mam. Takie to złośliwości życia. Nie gniewa mnie to specjalnie, ale oczywiście wolałbym nie robić kompletnie nic, poza spacerami, uśmiechaniem się do wiatru i rozmyślaniem ulotnym. Coś by mi się rozjaśniało w głowie, a potem o całej doniosłej sprawie bym zapominał... Żeby tylko był przy tym wszystkim jakiś szczodry bankomat, wydający mi żądane kwoty, bez powodowania żadnych przykrości... Niestety - człowiek musi jednak co jakiś czas coś dosypywać do kupki, by swoją kartą pobudzić bankomat do wesołego sypania wizerunkami monarchów... Nie ma rady. Chociaż miałem ostatnio okazję złożyć pewną propozycję... Wpadłem do banku, bo sobie wymyślili jakąś tam aktualizację danych. Przy okazji miły pan zaczął zasypywać mnie ofertami. No bo współpraca ze mną to czysta przyjemność. Coś by mi chętnie usypał ze skarbczyka, napożyczał, podoradzał jeszcze. Taki był uprzejmie nachalny, że aż przykro byłoby stanowczo powiedzieć, żeby się odpieprzył. Strasznie się chciał ze mną kontaktować, kiedy już sobie wszystko przemyślę, lecz ja stwierdziłem, że jeśli będę czegoś chciał, sam się skontaktuję... Raczej jednak niczego nie będę chciał, więc się nie skontaktuję. Jedna rzecz by mnie tylko mogła zadowolić - gdyby mi pan w keszu wypłacił jakieś ciężkie miliony, chętnie bym je sobie zabrał, boję się jednak, że moja współpraca z bankiem przestałaby wtedy istnieć. Zniknąłbym z nadzwyczajną dokładnością.:) Ale żeby wymusić taki układ, musiałbym dokonać napadu, a we mnie nie ma ani odrobiny przestępcy, po prostu nie ma, więc cała sprawa upada.:( Niemniej ja też jestem zadowolony ze współpracy z bankiem, nie ukrywam jednak, że gdyby spełniło się wyżej wyrażone oczekiwanie, moje zadowolenie z owej współpracy byłoby niepomiernie większe...

 Trzeba więc się mozolić. Tak jak inni... Bez przesady jednak, bo przezież świat oferuje same nietrwałości. Bo wszystko jest dzisiaj tylko tak na chwilę, bo dzisiejsza nowość jutro jest już straszną przestarzałością. Mało jest rzeczy na całe lata, na życie całe. Nawet domy zdają się szybciej sypać. Tak jak koło mnie. Ja mieszkam w dość starym budynku, który całkiem solidnie się trzyma. Ale obok postawiono nie tak dawno temu zupełnie nowe domy, które właśnie przechodzą odnawianie, ponieważ kilka lat po wzniesieniu zaczęły przemieniać się w malownicze ruiny! Coś niesłychanego - tacy jesteśmy mądrzy, takimi się szczycimy technologiami, a powstaje wokół tyle nieznośnego szajsu! Wystarczy musnąć palcem, by zrobić dziurę. Trwa więc łatanina budynków. I ciekawe, na jak długo wystarczą efekty tych budowlanych wysiłków?

 Domy i cała reszta, wszystkie wytwory ludzkich rąk. Mniej lub bardziej trwałe, mniej lub bardziej szykowne. Wszystko skazane jest jednak na zagładę. Tam, gdzie kiedyś był ruch, pasą się kozy, tam, gdzie stał pałac, mieszkają lubujące się w ruinach sowy. Są oczywiście nowe zjawiska, ale i one kiedyś znikną, bądź staną się mieszkaniem sów czy nietoperzy. Zawsze jednak będzie dużo czynu, wznoszenia, akcji, zawsze będzie ruch marionetek.

 Czyn! Czym jest czyn? - pyta Wilde. - Umiera w chwili swego przejawienia się. Czyn jest podłym ustępstwem wobec faktu. Trwa tylko bajanie, w nim nic się nie starzeje, w nim sama trwałość i niekończące się nigdy życie, wieczna młodość, wspaniałość. Można opowiedzieć o czymś, co było, by nieustannie w swym ruchu i niepokoju wracało. Ale można też budować z niczego, z własnej fantazji... O, żeby tak tylko leżeć na piasku i bajać... Nie, nie myślcie, że to takie proste!

 Jak ładnie wpisuje się w to Selma, z którą radośnie odnawiam znajomość. Gösta woła: Ludzie, widzę zieloną ziemię pokrytą dziełami rąk ludzkich lub szczątkami tych dzieł. Piramidy przygniatają ziemię swym brzemieniem, wieża Babel rozdarła obłoki, piękne świątynie i szare zamki zostały z pyłu wzniesione. Czyż ostanie się cokolwiek z tego, co ręka ludzka stworzyła? O, ludzie, rzućcie precz kielnię i murarską zaprawę. Osłońcie głowy fartuchem i legnijcie, by marzyć o cudnych zamkach baśniowych! Na cóż duszy zamki z kamienia i cegły? Wznoście zamki wiecznotrwałe, utworzone ze snów i fantazji!

18:50, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
niedziela, 23 października 2011
Snorri (1179 - 1241)

 Jest ponuro i jesiennie, można więc usiąść na chwilę w kąciku i coś pogawędzić. Niektórzy czytelnicy lubią, jak mi się zdaje, historię, cofnę się więc w dawne czasy... Mamy taką skłoność, by obchodzić szczególnie uroczyście krągłe rocznice i, pozostając wierny tym nawykom, sam nakreślę z uroczystym wyrazem twarzy - niech mi czytelnicy uwierzą na słowo - słów kilka o postaci, która okrągłych 770 lat temu rozstała się z życiem w tragicznych okolicznościach...

 Na pytanie: kto jest największym spośród Islandczyków?, może być tylko jedna odpowiedź - Snorri Sturluson.

 Snorri to postać szczególna, tajemnicza, wybitna, do dziś pozostająca największym pisarzem Islandii, jeśli w ogóle nie całej Skandynawii. Minęły wieki, a on błyszczy niezapomniany!... Tak to jest z ludźmi, którzy sami swoją pracą wiele rzeczy i zjawisk ocalają od zapomnienia... Snorri wetknął stopę w zamykające się z wolna drzwi historii i ocalił wiele bezcennych skarbów nordyckiej kultury...

 Snorri, urodzony w Hvamm w 1179 roku, był synem Hvamm - Sturli Þórðarsona i Guðny Böðvarsdóttir, wnuczki największego z islandzkich skaldów Egila Skallagrímssona, którego dziad, Kveldúlfur był ponoć odmieńcem (hamramr) i umiał przemieniać się w wilka... Trzeba przyznać, że rodowód to niezwykły, choć może nieco obciążający... Sturla, ojciec przyszłego polityka i pisarza, wywalczył dla swojego rodu, zwanego od jego imienia Sturlungami, wysoką pozycję, chociaż jeszcze chwiejną i niezbyt okrzepłą... Ambicje Sturli były wielkie, nie mógł jednak zdobyć ostatecznie przewagi nad znacznie potężniejszymi ludźmi rodu Oddaverjar, którego patriarsze, Jónowi Loptssonowi, po zawarciu z nim ugody, oddał pod opiekę swego syna Snorrego. Tak to Snorri znalazł się w Oddi, ważnym ośrodku literatury i historii. Kształcił się tam pilnie aż do roku 1201. W tym czasie natomiast brat jego, żądny władzy Sigvatr, krok po kroku podporządkowywał sobie północną i wschodnią Islandię, aż wreszcie zabrał się za trzęsącymi południem Oddaverjar, co początkowo ograniczało się jedynie do lokalnych potyczek, a potem, po śmierci Jóna Loptssona w 1197 roku, przeobraziło się w wojnę domową, która stała się przełomową chwilą w dziejach wyspy - nadeszły bowiem czasy Sturlungów... Snorri, związany z Oddi, siedzibą wrogów Sigvata, próbował stać nad całą sprawą okrakiem. Był zmienny, niekonsekwentny, i dobrze kombinował jeśli idzie o osobiste sprawy. W 1199 świetnie się ożenił - doszedł do bogactwa i cudownych koligacji w zachodniej Islandii... Chociaż jego przodkowie ze strony matki odznaczali się koszmarnymi ponoć wybuchami wściekłości, on sam raczej unikał walki, ale coś z wilczej bezwzględności mu zostało... Był przebiegły, umiał dobrze zwęszyć interes, wolał wyrafinowane polityczne gierki, a ponadto był chciwy, podstępny, pozbawiony skrupułów. Ulegał ponoć nastrojom, działał czasem pod wpływem  impulsu. Trudno go było rozgryźć. Współcześni uważali go za nieobliczalnego oraz pełnego wizji i dalekosiężnych planów...

 Po czasach Oddi zamieszkał na kilka lat w Borg, a potem, w 1206 roku, osiadł w Reykholt, które wspaniale rozbudował i uczynił zeń prawdziwe centrum duchowego życia Islandii. Ogarniając swoimi wpływami całą zachodnią i południową Islandię, stał się najbogatszym i najpotężniejszym człowiekiem w kraju - w chwilach największego powodzenia 2% ludności wyspy stanowiło jego prywatną armię! Współdziałał z przeciwnikami swych braci oraz znienawidzonego bratanka, Sturli Sigvatssona, co mu sprzątnął sprzed nosa kobietę, z którą chciał się po rozwodzie z Herdis ożenić... (Swoją drogą Snorri źle na tym nie wyszedł, bo znalazł sobie wkrótce jeszcze lepszą narzeczoną, a potem żonę.)

 Snorri osiągnął szczyty - w latach 1215 - 1218 i 1222 - 1232 piastował najwyższą w państwie godność rzecznika praw. Stał się kimś na kształt głowy państwa. Ostatecznie powaśniony z Oddaverjar, zapewnił Sturlungom przewagę i jako przedstawiciel całego narodu udał się do Norwegii, której król, Haakon Stary (wówczas jeszcze całkiem młody), działał energicznie na rzecz podporządkowania sobie Islandii, wykorzystując moment natężenia lokalnych wojenek. Snorri starał się uczynić wszystko, by oddalić norweskie niebezpieczeństwo od swego kraju. W 1218 zjawił się na dworze Haakona z bardzo miłymi dla królewskich uszu obietnicami, Snorri bowiem zagrał rolę królewskiego lennika i zobowiązał się do podjęcia działań mających zapewnić Norwegii wpływy w swej ojczyźnie. A obok polityki zajmowała go historia i literatura. Podróż do skandynawskiej kolebki była wielce owocna. Stała się też początkiem przyjaźni z jarlem Skulem, królewskim wychowawcą...

 W 1220 Snorri, zostawiwszy w Norwegii swego syna w charakterze zakładnika, wrócił do Islandii nie mając absolutnie żadnego zamiaru, by uczynić cokolwiek na rzecz Haakona - jego obietnice były jedynie wybiegiem mającym hamować zaborcze działania... Snorri odzyskał zaufanie i znów, w 1222 roku, został rzecznikiem...

 Reykholt kwitło... Ale w końcu zaczęły się zbierać ciemne chmury... Z podróży do Norwegii i Rzymu wrócił znienawidzony Sturla Sigvatsson, który zaczął ochoczo norwegizować Islandię i za namową Haakona przystąpił do otwartej walki ze Snorrem.

 Wygnanie. Snorri musiał uciekać. A wojenka ogarnęła cały kraj. W 1237 Snorri znów pojawia się u króla Haakona. W Islandii wrze. Snorri brata się ze stronnictwem jarla Skulego, które szykuje bunt przeciw królowi - pokonanie króla może być przecież korzystne dla zagrożonej wyspy. Haakon zakazuje Snorremu opuszczać Norwegię. Snorri jednak łamie zakaz, gdy docierają doń wieści o klęsce Sturlungów pod Örlygsstaðir, gdzie ginie jego brat Sigvatr i jego syn Sturla, a na ich miejsce wybija się zajadły wróg Gizurr Þorvaldsson...

 Zdrajca! - zaryczał król, gdy dowiedział się, że Snorri, wbrew zakazowi, znów objął Reykholt. Gizurr dostał zlecenie - miał dostarczyć Snorrego do Norwegii albo go zabić... Gizurr wybrał prostsze rozwiązanie - napadł z bandziorami na Reykholt i zabił kryjącego się w piwnicy Snorrego Sturlusona. Stało się to w nocy z 22 na 23 września 1241... I tak to skończył ostatni obrońca niepodległości Islandii...

 A to przecież nie wszystko, bo, jakby na marginesie tego niezwykłego życia, powstały jeszcze wielkie dzieła o pierwszorzędnym znaczeniu. Przede wszystkim uratował sztukę skaldów - bez niego na zawsze utracilibyśmy sens tej poezji, bez niego byłaby dla nas kompletnie niezrozumiała. Powstaje "Edda" - podręcznik dla młodych adeptów poetyckiej sztuki dzielący się na trzy części prezentujące podstawowe działy sztuki skaldyckiej: mitologię, kenningi i strofikę. Część pierwsza to "Gylfaginning" (Oszustwo Gylfego) pełna cytatów ze starszej "Eddy", opowiadająca o nordyckiej mitologii; część druga "Skáldskaparmál" (Mowa skaldycka) wylicza podstawowe kenningi - kunsztowne metafory, których zrozumienie byłoby niemożliwe, gdyby pogubiły się gdzieś przekazy o dawnych wierzeniach; i wreszcie część trzecia - "Háttatal" (Wykaz miar) - pieśń pochwalna dla króla Haakona i jarla Skulego demonstrująca w 102 strofach rozmaite formy poetyckiej wypowiedzi... A to przeciez nie wszystko, wszak do ponadczasowego podręcznika dochodzi "Heimskringla", olbrzymia rzecz będąca historią królów norweskich od czasów legendarnych aż do roku 1177... Trudno tu wymieniać wszystkie teksty i królów, i nie ma chyba potrzeby podkreślać, jak wielkie znaczenie dla Norwegii ma to dzieło.

 770 lat temu rozstał się z życiem ten zadziwiający człowiek, który tak wiele podarował potomnym - dzięki niemu nie rozwiali się w nicość skaldowie ze swoją sztuką, dzięki niemu Norwegowie mają czytelny - spisany przez krytycznego i utalentowanego badacza - obraz rozwoju swego kraju od władzy wolnych kmieci po wysoko zorganizowaną monarchię, coraz bardziej ulegającą wpływom kultury kontynentalnej i chrześcijaństwa. Nie da się tego przecenić. Uczynił tak wiele, by setki lat później ludzie mogli lepiej pojąć nordyckiego ducha...

 Snorri dłuta Gustava Vigelanda, dar wdzięcznych Norwegów. (Reykholt)

16:28, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 20 października 2011
Antenaci

No i po wszystkim. Stało się tak, jak się tego można było spodziewać. Śmierć, pogrzeb, i tyle. Z mojej strony bez specjalnych wzruszeń, głównie ze względu na słabą znajomość i dość - powiedziałbym - kwaśne skojarzenia, wspomnienia. Tak czy owak, znów się coś zamknęło.

Inna rzecz mnie wzruszyła. Tato do jakichś tam swoich załatwień potrzebował akt zgonu swego prawdziwego ojca i naturalnie tyrknął do mnie - bo tak niemal zawsze się dzieje, gdy trzeba coś urzędowego załatwić - żebym wdepnął do USC... No i wdepnąłem, zapłaciłem 22 zł., i pobrałem stosowny dokument, mając przy okazji bardzo skąpe wiadomości, bo mój tato nawet nie pamiętał dziennej daty śmierci, a jedynie miesiąc i rok (nagrobek okazał się nieprzydatny, bo tam wykuto jedynie daty roczne)... I nagle, dzięki tej prostej czynności, zdobyłem mnóstwo informacji, co, trzeba przyznać, brzmi dość żałośnie, bo przecież skrócony akt zawiera garsteczkę suchych faktów, a ja to nazwałem całym mnóstwem. Wszystko jednak jest cenne i doniosłe, kiedy nie wie się praktycznie nic. Nagle tyle danych - miejsce urodzenia - pełen konkret, a nie jakieś chyba, gdzieś koło, w okolicach..., daty, imię pradziada, imię prababki i jej panieńskie nazwisko... I jeszcze na dodatek przyplątał się taki osobliwy zbieg okoliczności, który potraktowałem jak sympatyczne puszczenie oka z zaświatów, bo oto urzędowy świstek pobrałem dokładnie w rocznicę śmierci dziadka - ten sam dzień, ten sam miesiąc, tyle że ponad sześćdziesiąt lat później... Wzruszyło mnie to wszystko, bo nagle miałem w garści całe trzy dusze... Tak trudno myśleć o przodkach, gdy nie zna się ich imion, tak trudno ich sobie wyobrażać. Ale gdy się pojawiają imiona, nazwiska, wtedy automatycznie człowiek snuje fantazje, ludzie zuskują jakieś rysy. Byli i znów są! Prawdziwi, a nie jakieś nieokreślone, bezimienne duchy... Wstytd mi, że tak późno docierają jakieś choćby szczątkowe konkrety, i wstyd, że nikogo nic wcześniej nie obchodziło, że panowało zastanawiające milczenie.

Dziwna sprawa z tym dziadkiem. Zawsze był pamiętany, lecz owo pamiętanie ograniczało się jedynie do zanoszenia od czasu do czasu kwiatków na jego grób, nikt go natomiast nigdy nie wspominał. Głupio nawet było pytać, bo miało się wrażenie, że popełnia się w ten sposób jakiś gruby nietakt. Zmowa milczenia... Babka się wykręcała, jej drugi mąż, który też go pamiętał, także nie miał nic szczególnego do powiedzenia... Posprzątano po tym człowieku z godną podziwu starannością. Nie zachował się żaden przedmiot, żaden osobisty dokument, żadna fotografia. Został wykreślony, jakby nigdy nie istniał. I sam nie mam prawie nic do powiedzenia, a przecież mógłbym wiedzieć dużo, tak jak dużo wiem na przykład o swym pradziadku ze strony matki, którego nawet babcia nie znała, bo, podobnie jak mój tata, była maleńka, gdy odumarł ją ojciec... Ale jej matka dbała o to, by dzieci pamiętały ojca, dzięki czemumu ja sam, prawnuk, stojąc nad jego stareńką mogiłką, mam przed oczami żywego człowieka, bo znam wiele opowieści, anegdot, wiem o jego upodobaniach, o pochodzeniu... A o dziadku wiem, że był... wysoki... Żył krótko, ledwie 40 lat, ale to jednak dość, by wnieść do życia coś więcej niż tylko dane dotyczące wzrostu... Żył, pracował, spłodził syna, przyczynił się do tego, że teraz po świecie chodzi sobie taki wesoły gej...

Jakoś mi się wcześniej nie zbierało na większe poszukiwania, chociaż dokonałem kilku odkryć, całkiem przez przypadek... Charakterystyczne nazwisko rodowe... Znalazłem na liście ocałałych Żydów po obozowej makabrze. Wiedziałem też, że część korzeni sięgała wschodnich terenów kraju. Dzisiaj garstka z jakichś odgałęzień rozrzucona jest w kilku punkatach - 3 w Polsce, poza tym Norwegia i USA. Ale to moje odgałęzienie tonęło w mrokach, a mnie jakoś się nie chciało szukać. A teraz nabrałem chęci... Gorącej chęci... Zerknąć na przodków... Zaintrygowało mnie ładne nazwisko prababki...

Jak tylko wróciłem do domu, odpaliłem komputer. Mapa. Jest... A Franio zawołał - przecież to nie tak daleko od moich stron! A tam w dzieciństwie byłem kilka razy na wakacjach! Ładnie - lasy, jeziorko, resztki puszcz, do których lubiły zaglądać pradawne koronowane głowy, resztki żydowskiego cmentarza, pamiątka po żywotnej kiedyś społeczności... Moi przodkowie zmieszali się z gojami... Musimy tam pojechać... Ale powiedziałem, że nie teraz, bo to już jesień i zaraz zaczną krakać gawrony, a ja nie chcę gawronów, ja chcę bociana i wiosenną oprawę!... Muszę się tam przejść, pogapić, pooddychać, muszę wskrzesić jakoś tego zupełnie zapomnianego człowieka, poszperać, dotrzeć może do jakichś dokumentów... Bo groby nie mówią nic, nie są zbyt potrzebne. Mówić mogą ludzie i dokumenty. A skoro ludzie nie chcieli mówić...

I mój tato dowiedział się wreszcie, gdzie dokładnie przyszedł na świat jego ojciec oraz to, jak się nazywali jego dziadkowie... Niepojęte, że dopiero teraz! A wystarczyło tak niewiele!

Takie to przykre, że ludzi tak się czasem odsuwa w ciemność. Tak jak tego odsunięto, razem z jego najbliższymi. Czy tak nic nie znaczył, nic nie był wart? Strasznie to tajemnicze...

14:05, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (3) »
sobota, 15 października 2011
W łóżku z gepą i sowami

 Z północnych stron przyszły chłody i dziś wczesnym rankiem wpakowałem się w całkiem już zimowe odzienie... Ktoś by powiedział, żem oszalał, by się w sobotę zrywać o świcie... Ale to nasze psy oszalały... W okolicy bowiem panuje dzika ruja i czworonogi od unoszących się zapachów dostały kręćka... Chcą tylko węszyć i delektować się smakiem chętnych suczek. I znów godzinę targały mnie po łączce. Oczywiście mnie, bo ja jestem od czarnej roboty. Franio może sobie spać spokojnie... No, a po spacerze wracają nabuzowane. Niedźwiedź, gwałcicielsko usposobiony, bierze w obroty młodszego kolegę. Ćwiczy na nim ostro i jakoś dziwnie chce koniecznie wedrzeć się weń od przodu... Mały ma teraz ciężkie życie... Pod moim dachem są już skrajnie homoseksualne klimaty. :)

 A tak poza tym dzieją się bezsensowne rzeczy. "Tata" taty miał jakiś ciężki wypadek i jest porobione. Starca zgubiła sprawność i prawdopodobnie wódeczka. Pewnie wszystko skończy się źle. A ja jestem znieczulony - to pewnie przez brak poczucia więzi z tym człowiekiem. W sumie ledwo go znam... I rzygać mi się chce na hasło szpital. Ja już swoje przeszedłem i wystarczy mi na resztę życia tych wrażeń... Tato w sumie też jakoś to znosi. Jest bardzo zajęty sobą... Jakiś czas temu przytargałem mu odpowiedni sprzęt i ćwiczy sobie teraz osłabłe mięśnie. Mówi, że mu się lepiej chodzi. Nie na tyle jednak, by przejmować się kłopotami swych bliskich... To jest postawa...

 Mam za dużo spraw na głowie, by się przejmować nadmiernie dość jednak odległymi nieszczęściami. A gdy spływa mrok wieczorny... Jest jowiszowo i księżycowo... Najbardziej lubię teraz wieczory. Bo jesteśmy w stadzie (rozochoconym jak jasna cholera), bo są smaczne herbaty, miłe słowa i kolacje... A jak już wokół wszystko ogarnie sen, do mej lampki jak ćmy zlatują się hukające sowy i gepy... Na wszystkie złe wypadki dobra jest też stara, wypróbowana, baśniowa Selma Lagerlöf... Z przyjemnością wracam dziś do tej mistrzyni opowieści, do jej fantzji, wyobraźni, do świata podań i legend, w którym porusza się jak ryba w wodzie... Jakże ona potrafiła nawet najfantastyczniejsze rzeczy podać tak, że zdają się prawdziwe... Zapadam się w neoromantyczne klimaty. Znów odwiedzam Göstę Berlinga - kapłana - grzesznika, niezwykłą majorową i uroczych rezydentów Ekeby... Nieśmiertelna rzecz!

 Tak więc nocami z mrocznych borów wybiegają złowrogie wilki... Lasy i lasy. Jak okiem sięgnąć. A w nich gepa - ryś straszliwy, którego imienia nie trzeba wypowiadać, by nie przyszedł nocą i nie poczynił w obejściu spustoszeń; i sowa hukająca, której nie wolno odpowiadać hukaniem, bo gdyby się to zrobiło, przyleciałaby cicho jak mara i wykłuła oczy, bowiem nie jest to ptak prawdziwy, jeno zaklęty zły duch...

 A potem sen. A rano z psami na wąchanie.:)

15:17, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
wtorek, 11 października 2011
I po wyborach

 Zatem egzorcystów było dość i diabeł dalej z dala od sterów... Nie żebym jakoś tak bardzo stronił od diabłów, bo znam kilka rogatych dusz, cudownych zupełnie. Jednak ten diabeł parlamentarny to ktoś inny, to przygłupiastość podstarzałego i mściwego mieszkańca opuszczonego młyna albo dziupli w wierzbie przy mało uczęszczanym szlaku... Ta osobliwość, ta północnokoreańskość ze swym umiłowanym wodzem, dryfuje sobie - ludna, ale - zapewnić mogę - niezbyt już groźna... Powoli zgryzą ją mole.

 Zaskoczenia? - SLD - aż takiej porażki się nie spodziewałem, mimo że beznadziejność Napieralskiego przyprawiała o zawrót główy... Pomyśleć, jakim kiedyś SLD dysponowało kapitałem, jakim zaufaniem się cieszyło... Poszło jak w sroc. Z tego już nic nie będzie. Ja w każdym razie już dawno machnąłem ręką... - Pan Palikot też mnie nieco zaskoczył, bo dawałem mu góra 6%, a tu wyszła dycha z jeszcze malusieńkim haczykiem. 40 krzeseł... Patrzę na to z zaciekawieniem, ale też i z wielkimi znakami zapytania, i z bardzo, bardzo ograniczonym zaufaniem, bo po prostu zbyt mało wiem o tym tworze. Kto się tam zebrał i co tak naprawdę będzie ta gromadka miała do powiedzenia... W każdym razie jestem pełen uznania dla energii i pracowitości pana Palikota. Dobrze wykorzystał swoje niewątpliwe talenty. Nie po raz pierwszy zresztą... Jeszcze nie tak dawno temu w ogóle nie dawałem mu szans - zatem teraz - hau, hau, hau...

 Zwycięstwa PO się spodziewałem. Historyczne zdarzenie, bo jeszcze przecież nikt po 89 roku nie został po czterech latach rządzenia nagrodzony... Nagroda niezbyt zasłużona... Ale, cóż - jakiż to jednak komfort, gdy obok stoi zombie i straszy... Jestem dość spokojny, bo w tym być może trudnym czasie jest ktoś, o kim można przynajmniej powiedzieć, że jest obliczalny.

 Najważniejsze, że przegrało coś, co kojarzy mi się z głupotą, chamstwem, arogancją, fobiami, obsesjami, pomrocznością, nienawiścią, pogardą i z ponurym harcem cmentarnym...

16:17, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
niedziela, 09 października 2011
Dla Koffiego w oryginale

Dokładnie tak samo przetłumaczyłbym ten wiersz. Właściwie sama dosłowność. W oryginale brzmi tak:

Trött på alla som kommer med ord,

ord men inget språk,

for jag till den snötäckta ön.

Det vilde har inga ord.

De oskrivna sidorna breder ut sig åt alla håll!

Jag stöter på spåren av rådjursklövar i snön.

Språk men inga ord.

Różnie bywa z Tranströmerem - czasem jest kanciasty, a czasem, zwłaszcza w późniejszych utworach, zrywa z dyscypliną i surowością, by popłynąć ku nawet barokowym formom.

***

A tak poza tym... Proza. Już o ósmej skorzystałem z prawa do postawienia krzyżyka...

Krzyżyk ma różne zastosowania - niektórzy go noszą w charakterze amuletu, niektórzy go adorują, czasem w wyuzdany sposób, czemu mogliśmy się przyglądać jakiś czas temu na jednej z warszawskich ulic... A bywa też tak, że różni egzorcyści płoszą nim diabły. Ja skorzystałem z krzyżyka właśnie jak taki egzorcysta... Późnym wieczorem okaże się, ilu postąpiło podobnie.:)

14:09, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (3) »
sobota, 08 października 2011
Wreszcie!

 Bogowie, ileż to trwało. Od chyba dwudziestu lat Tomas Gösta Tranströmer był pewniakiem...

 Minęło wiele lat od ostatniego literackiego Nobla dla Szweda. Kiedyż to był ten ostatni raz? Bodaj w 1974. O ile się nie mylę, były tam jakieś kontrowersje, jakieś szemranie. Nagrodę przyznano wtedy dwóm pisarzom: Eyvindowi Johnsonowi i Harry'emu Martinsonowi. Obu bardzo lubię.

 A teraz wreszcie uhonorowano staruszka dzielnie zmagającego się z paraliżem, który pozostawił po sobie w spadku udar mózgu. Muszę powiedzieć, że czekałem na tę chwilę. I czekało wielu innch, w tym Czesław Miłosz, który zawsze wspierał gorąco jego kandydaturę. (Szkoda, że nie doczekał tego momentu...)

 Sztokholmczyk Tranströmer. Rocznik 1931. Syn dziennikarza. Psycholog. I poeta. Postać numer jeden wśród szwedzkich liryków wchodzących do literackiego świata w latach pięćdziesiątych... Poeta krajobrazu. Zafascynowany szkierami sztokholmskimi. Zafascynowany także muzyką. Sięgający też w swych utworach do przeżyć religijnych, nie związanych jednak z konkretnym wyznaniem. Piszący też o konflikcie między jednostką a otaczającym ją wielkomiejskim środowiskiem... U nas jest trochę znany. A teraz, myślę, stanie się dobrze znany. I bardzo się z tego cieszę...

Dość mając wszystkich, którzy przychodzą ze słowami,

ze słowami, ale nie mówiąc nic,

wyjechałem na zaśnieżoną wyspę.

Pustkowie nie zna słów.

Niezapisane stronice ciągną się na wszystkie strony!

Natrafiam na ślady sarnich kopytek w śniegu.

Mowa, choć żadnych słów.

                (przekład Czesława Miłosza)

13:57, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
czwartek, 06 października 2011
Śpiewająca Islandia

Jest już tu trochę wyśpiewanych wierszy Steina Steinara. A dziś dodam kolejny. Trochę smuteczków... I głos pieśniarki i kompozytorki, której już niestety z nami nie ma. Zbyt szybko odeszła. Tak jak i zbyt szybko odszedł kiedyś Steinn Steinarr.

Piękna piosenka w pięknym języku... Usiadłem sobie i tak na poczekaniu też zarymowałem...

Steinn Steinarr

"Wizje"

Siedzę wsłuchując się w ciszy

w mroków tajemny szum.

Wizje i sny ze świata, co znikł,

w duszy mej cały ich tłum.

  Młodość na powrót się zjawia,

  a z nią wraz jej dzielność i moc.

  W dalekich czasu głębinach

  mieszkaniem ich ciemna noc.

Umarłe dawno marzenia

w chwale swej jaśniejące.

Wiatr śpiewa w koronach drzew,

radości me jasne, gorące.

  - Wiara - stracona i skryta

  gdzieś w morzu czasu, na dnie.

  Marzenia rozwiane wśród wichrów i burz.

  - Nadzieja - w śmiertelnym już śnie.

Siedzę wsłuchując się w ciszy

w mroków tajemne szeptanie.

Na to już tylkom skazany,

póki wieczność mnie nie dostanie.

                         przełożył Kiljan Halldórsson.

 
1 , 2