BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
sobota, 27 października 2012
Det regner i dag

 Ponieważ jest deszczowo, nastrój mam niezły... Chociaż może powinienem mieć ponury, bo się dowiedziałem, że pewna znajoma osoba odebrała sobie życie... Nikt bliski, ale zawsze... Już jakiś czas temu dowiedziałem się o tej śmierci, ale początkowo byłem przekonany, że to z jakiejś nagłej choroby... Aż tu nagle usłyszałem: No co ty?? Ona się powiesiła... A więc się zdziwiłem. Bo w pogodnej osobie zapadła straszliwa noc. Ponoć wszystko to sprawiło rozpadające się małżeństwo. Aż taką boleść i taki gniew to wywołało... Zadziwiające i upiornie złośliwe zdarzenie. W środku dnia, w godzinach przerwanej raptem pracy, w domu, przy samym wejściu, być może w sąsiedztwie wiszącej na wieszaku odzieży... Zatem idź sobie do innej, z tym obrazkiem przed oczami, na wieki... Straszne... Zdaje się, że kobiety rzadziej rozplątują samobójczo życie w aż tak drastyczny sposób... Trochę o tym wczoraj myślałem. Bzdurne życie, kompletnie bzdurne. Pełne strat, z którymi nie zawsze można sobie poradzić... Żałoba po kimś żywym bywa trudniejsza do udźwignięcia.

 Takie mi się to wydaje znane. O ile to całe rozstanie stanowiło przyczynę. Bo wygląda to tak, jakby w ten sposób postanowiła niewiernego ukarać... Ja też, gdy kiedyś snułem samobójcze myśli, wyobrażałem sobie, że będzie to kara, kara wymierzona rodzicielce. Miała sobie w moich wyobrażeniach pomyśleć w przerażeniu: To ja go zabiłam!!!

 Bywają takie dziwaczne i złośliwe samobójstwa... Jak sobie przypominam, ojciec jednego z kochanków Klausa Manna (nie przypomnę sobie teraz, jak się zwał ten pisarz i ultrawściekły a śliczniutki pederasta, który zresztą też się zabił, gazem) powiesił się w salonie, chwilę przed jakimś przyjęciem organizowanym przez żonę... Niezwykle sobie ten gniewny pisarczyk żartował z tego zdarzenia. Do tego stopnia nienawidził swojej matki, że bardzo cieszyło go to, co ją spotkało.

 A ja sobie przypominam innego wisielca. A właściwie przyszłego, wisielca, o czym naturalnie nie wiedziałem wtedy... To było na jakimś spotkaniu. Nagle podszedł do mnie facet, który powiedział: A ja pana dobrze pamiętam! Znał nawet moje imię, co mnie zdziwiło, bo sam człowieka w ogóle wcześniej nie widziałem... Okazało się, że pracował w miejscu, gdzie jedna z moich koleżanek miała praktyki... Koleżanka chodziła do jakiejś zupełnie niemożliwej szkoły, w której uczyła się o budowlach wodnych. I przy takiej właśnie budowli miała praktyki, które były właściwie fikcją, bo polegały one na wylegiwaniu się w trawie nad rzeką ozdobioną jakąś zaporą czy czymś równie niesłychanym. I ja ją nad tą rzeką odwiedzałem. Jeździłem wtedy dość sfatygowanym garbuskiem, na głowie miałem ufarbowany na rudo permanentny nieład i w ogóle byłem dość kolorowy... Była wiosna ciepła, mnie się nie chciało uczyć, więc robiłem sobie zamiejskie wagary... I nagle, po jakimś czasie, kiedy już nie byłem rudy i miałem na sobie coś w sam raz na kulturalną popijawę (z akcentem na "ą" i "ę"), jakiś pan inżynier zaczął mi opowiadać, jakim to byłem motylkiem na nadrzecznej łączce... Trochę się dziwnie czułem w jego towarzystwie, bo gość się przyssał, by akurat ze mną konwersować... I że też mnie akurat spotkał. Że jakimiś różnymi drogami dotarliśmy do ludzi, których razem znamy. Takie niespodzianki... Tak jak nie przypuszczałem, że kiedyś mnie jakiś pan obserwował i na dodatek dobrze sobie zapamiętał, tak też nie przypuszczałem, że poznany jegomość zawiśnie za jakieś dwa tygodnie, w dodatku właśnie tam, w okolicy łączki nadrzecznej... Dziwnie mi się zrobiło w duszy, gdy do mnie dotarło, że się człowiek powiesił. Nawet nie zadałem sobie trudu, by zapamiętać jego imię. Usiłowałem sobie wtedy przypomnieć, czy było w nim coś niepokojącego, ale nic mi do głowy nie przyszło... Chyba dość często spoglądał na płyn kołyszący się w kieliszku. Uznałem go za kogoś nudnego... Nie wiem, co mu dolegało. Mam go w pamięci otoczonego jakąś mgłą. Nawet nie wiem, czy byłbym w stanie rozpoznać go na jakiejś fotografii... Dziwny zbieg okoliczności - facet, pewnie już w śmiertelnej nocy, ucieszył się na mój widok. Nie wiem, może byłem twarzą z lepszych czasów, jego lepszych czasów?? Licho wie...

 O jej, i zrobiło się tak wisielczo... A przecież... No ale tak - mrok, deszcz, zimno... I mąż na dodatek trochę ponad sto kilometrów od domu... Więc wychodzą duchy... Hu - hu... Ale ja się duchów nie boję... Czarna groteska ziemska. Coś, czego absolutnie być nie powinno, a co jednak jest, z niepojętych przyczyn. Komu to potrzebne? Nie wiadomo! Na co cierpienia sięgające po pętlę, tabletki... Ziemska bzdura, choć chciałoby się powiedzieć - nieziemska...

 Dziś mam pewność, iż dobrze postąpiłem nie robiąc sobie kuku... Cieszy mnie, że pada deszcz. Że zaraz pójdę na deszcz, by wysikać psy i żeby kupić jeszcze paczkę fajek. Ach, i jeszcze jakieś wafelki, bo bez czegoś słodkiego chyba nie usnę.:)) Potem kołderka, bajki Strindberga, i jakaś muzyka...

 Już się w wielu miejscach zimowo zrobiło. Jak zapowiadali kilka dni temu chłody, Franek mówił, że to przeze mnie... Trochę za wcześnie, powiedział... Znajomi się dziwili, co ja mogę mieć z tym wspólnego? - Bo Misiek zaczął znów słuchać Czajkowskiego. A jak Misiek słucha Czajkowskiego, to znak, że idzie zima... :)

 Ale póki co, pada deszcz. Cudowny, jesienny deszcz. Mokry, rzęsisty i rozzuchwalony. Chlapie i stuka, pluska w kałużach i ścieka z dachu. Jak w wierszyku Obstfeldera...

 Sigbjørn Obstfelder

 "Regn"

En er en, og to er to

vi hopper i vann,

vi triller i sand.

Sikk, sakk

vi drypper på tak,

tikk, takk,

det regner i dag.

Regn, regn, regn,

øsende regn,

pøsende regn,

regn, regn, regn,

deilig og vått,

deilig og rått!

21:19, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 15 października 2012
Śmiałkowie

 Ładnie, i jak odważnie... Wczoraj ze znajomymi oglądaliśmy tę balonową transmisję. Fascynujące... Gdyby mi przyszło stanąć na stopniu tej kapsuły wiszącej pod tą monstrualną piłką pełną helu na wysokości niemal czterdziestu kilometrów, wykitowałbym mimo całej tej nowoczesnej techniki... Niesamowity jest ten Felix Baumgartner, stworzony do tak zwariowanych akcji...

 Człowiek, pośród samych nieprzyjazności, musi w jakiś szczególny sposób odczuwać samotność. Mimo łączności, jest jednak gdzieś, gdzie prócz niego nie ma nikogo. Życie podtrzymuje tylko odpowiedni sprzęt. Pod nim otchłań. I zapewne szczęście, że się jest tym jedynym, który może na nią popatrzeć nie za pośrednictwem telewizji... Niezwykły był ten moment, gdy Austriak otworzył kapsułę, za której progiem pojawił się horyzont spotykający się już z kosmiczną nocą... A potem myk, i zaraz stał się malutkim punkcikiem porywanym z powrotem na dół przez Mateczkę Ziemię, taką drobinkę kosmiczną, na której tylko maleńka przestrzeń sprzyja naszemu istnieniu...

 Czymś równie fascynującym była dla mnie podróż Jamesa Camerona na dno Rowu Mariańskiego. Całkowita odwrotność - bo tam, ponad naszą pogodą morderczo niskie ciśnienie, w głębinach zaś ciśnienia morderczo miażdżące - jednak ta sama niezwykłość, ta sama nieprzyjazność, ta sama samotność...

 Podobają mi się tacy ludzie. Ciągle chcą przekraczać jakieś granice, coś nowego wypróbowywać, ryzykować... Jakiś czas temu wsponinałem tu o pierwszych polarnych aeronautach... Ten sam typ ludzi... Śmiałkowie, technika... Pierwsi ponad lodami, z nadzieją na nie zdobyty jeszcze biegun, wśród istniejących jeszcze białych plam na mapie... To było w tamtych czasach coś jak lot na Księżyc... Andrée i jego towarzysze utknęli w tym innym świecie, poza obszarem przyjacielskim dla człowieka... Ten, który został przy życiu ostatni, też musiał w szczególny sposób odczuć swoją samotność, większą niż kiedykolwiek, i to jeszcze bez żadnej łączności z resztą podobnych mu istot... Mały, odzielony od reszty ludzik... W jakimś tu i teraz jedyny przedstawiciel gatunku... Czasem śmiałkom się nie udaje, czasem pokonuje ich natura... Ale nigdy nie brak następców... Latano potem balonami nad biegunem, nad oceanami... No, a wczoraj ten już stary i poczciwy pomysł z unoszącym się bąblem gazu, odpowiednio nowoczesny, jeszcze raz się przydał, by pokazać światu coś spektakularnego, pięknego i zapewne przydatnego, bo i nauka też coś tam pewnie na tym skorzysta...

14:27, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
sobota, 13 października 2012
Dobrze się ułożyć

 To trzeba coś wpisać... Choćby po to, żeby się Ernest ucieszył.:))

 Tylko co napisać... Mam w brzuchu dużo szpinaku, więc chyba z tego powodu żelazieję... Będę żelazny - o ile oczywiście szpinak jest bogaty w żelazo; takie opinie słyszałem o szpinaku, ale sam pewien nie jestem, co mnie okrywa rumieńcem wstydu, bo przecież kiedyś miałem takie wielkie zamiłowania botaniczne... Ale zaraz, żeby nie ruszać się od biurka... Przeskoczyłem do Wikipedii (i do tego już doszło!!), a tam jest napisane, że to żelazo to mit... Więc nie będę żelazny, jeśli jest tak, jak przeczytałem, lecz nie ma tego złego, bo szpinak ma inne zalety i bogactwa, witaminy, magnez, fosfor, zatem - na zdrowie... Obyś człeku zdrowy był i żył długo mając czas na poszukiwanie najdogodniejszej pozycji... Pozycja jest w ogóle ważna - dla różnych satysfakcji, mniej i bardziej świńskich... Tak sobie myślę, bo przeczytałem wierszyk, który zrazu wydał mi się jakimś głupstwem... Po chwili jednak stwierdziłem, że mała Hildur wie, co mówi... Słowem - mądra dziewczynka... A słowa mądrej dziewczynki zanotowała poetka...

 Czasem tutaj prezentuję w kilku słowach różnych islandzkich twórców, więc niech i dziś będzie krótka notka...

 Pani zwie się Sigurbjörg Þrastardóttir. Urodziła się w 1973 roku w Akranes. Gdy podrosła, to się wiele nauczyła, skończyła studia na uniwersytecie w Reykjaviku, została dziennikarką (jest związana z gazetą Morgunblaðið) i sięgnęła też po pióro (jak to się ładnie gada, ale wśród tych wszystkich dzisiejszych klawiatur... gdzież tam pióra?!...:)), sięgnęła, by pisać wiersze, prozę, sztuki teatralne... Zadebiutowała w 1999 roku tomikiem "Blálogaland" (Kraina niebieskich płomieni). I chwyciło, całkiem nieźle, bo już w 2002 roku za "Sólar saga" (Opowieść o słońcu) dostała od burmistrza Reykjaviku nagrodę literacką imienia "reykjavickiego skalda" Tómasa Guðmundssona (1901 - 1983)... Dała się też z powodzeniem poznać jako dramaturg sztuką "Egglos" (Jajeczkowanie), którą w sezonie 2003 - 2004 grano w Akureyri... Sigurbjörg mieszka w Reykjaviku i jest zaliczna do tzw. grupy poetów z Grafarvogur (nazwa jednej z większych dzielnic mieszkaniowych islandzkiej stolicy)...

 No i wierszyk prosty, jakby notatka z dziennika...

SIGURBJÖRG ÞRASTARDÓTTIR

 19 stycznia

Hildur ma siedem lat

 

Mówi

że gdy ludzie umierają

to leżą

bez ruchu

w trumnie

- pokazuje mi

jak - już na zawsze

w niebie

 

Mówi

że się przygotowuje

 

Mówi

że wybierze sobie

bardzo

wygodną pozycję

                         przełożył Kiljan Halldórsson

 Brzmi to może makabrycznie, ale z drugiej strony... No cóż - jak się żyje... Wszystkim nam pisany zdech. I dość szybko się o tym dowiadujemy. Ale oczywiście jest taki okres, gdy człowiek wie, że przed nim jeszcze ocean czasu, i że w trakcie płynięcia przezeń coś trzeba zrobić... Poszukiwanie dobrej pozycji nie jest przecież głupim pomysłem. Trochę wygody w życiu nie zaszkodzi. A jak jedna nie przypasuje i po chwili okaże się jednak nieco uciążliwa, zawsze można poszukać lepszej... Przy odrobinie szczęścia i wśród nieustających wysiłków, można w końcu osiągnąć taką, która nam przypasuje i która w naszych wyobrażeniach niezdarnych mogłaby trwać wiecznie... Można przejść od położenia dosłownego, do mniej dosłownego, do sytuacji życiowej... Jak się dobrze pokieruje sobą, jak się będzie miało w miarę czyste sumienie, myśl w końcu uspokojoną, to wtedy i spokojnie można zamykać oczy, w poczuciu, że warto było się potrudzić, by w zgodzie ze sobą oddać się na koniec wieczności... No, tylko to niebo... Dla dziecięcia to może być jeszcze coś pięknego... Potem można zmienić zdanie... Nie wiem, czy sam w dziecięctwie myślałem o jakichś niebach wygodnych... Dziś już nie biorę nieba pod uwagę... No bo jak to tak? Najpierw życie na ziemi, a potem wieczność w niebie, uporczywie odczuwana ziemska wygoda? Raczej to pomysł z piekła rodem... Ale dobre ułożenie za życia, na to warto przystać... Bo już złe ułożenie, gdzieś pod płotem, to już nie bardzo... Ale co tam człowieka może jeszcze spotkać, zanim go szlag... Hmm... Wtedy wrzucą go w dołek byle jak... Tak, tak, trzeba się starać, trzeba, by uniknąć niebezpieczeństw i złej, gorzkiej myśli na koniec...

środa, 10 października 2012
Uprzejmość XIX

(Czas płynie. I przewietrza głowę. I już nie pamiętam, co było w poprzednim odcinku. A czytać mi się niestety nie chce... Paul - o ile takie ta osoba nosi imię -  zaprosił chyba Tima na piwo w spoconych butelkach...)

 Inger wróciła już ze szpitala. Długo jej nie było, bo przy okazji postanowiła spędzić trochę czasu w sklepach. Wniosła ze sobą torby pełne zakupów.

 - Pewnie Paul zapomniał, że trzeba się też odżywiać? On nigdy nie proponuje gościom jedzenia. A pan chyba u nas zostanie?

  - Pan zostanie? - spytał Paul.

 Timo nie wiedział, co odpowiedzieć.

 - Pan chce, by za pana zadecydowano. A więc postanowione, droga Inger, pan zostaje.

 Timo zostaje. Trochę się spiął, ale teraz znów złapał oddech. "Zrobiło się chyba już późno i raczej nie wtargnie tu nikt obcy, bardziej obcy od tych poznanych tu ludzi"- pomyślał sobie zapewne.

 Inger zaczęła robić hałas w kuchni. Coś zasyczało na rozgrzanym tłuszczu.

 - Co się tak zamyśliłeś?

 - Poszedłem do głowy po spokój - odparł Timo czując, że coś mu nagle ścisnęło gardło. Odchrząknął i jeszcze raz wygłosił swoją kwestię.

 - To znaczy, że coś sobie wyobraziłeś?

 - Tak, właśnie.

 - A można wiedzieć, jak prezentuje się ten spokój? Ma jakiś kształt?

 - To miasto.

 - Miasto to spokój? Cóż to za miasto?

 - Nie wiem. Nie ma go na żadnej mapie. To miasto, które kiedyś przyszło mi na myśl. Od tamtej pory jego obraz mnie nie opuszcza. Tylko się we mnie rozrasta. Zwiedzam je, odkrywam nowe dzielnice - powiedział, a widząc zaciekawione spojrzenie Paula, upiwszy łyk piwa, postanowił kontynuować swoją opowieść. - Nie ma w nim niczego nadzwyczajnego: ma swoją część zabytkową i nowoczesną, z oszklonymi wieżowcami, widowiskowymi halami i stadionami bez wyrazu. Ma niezwykle rozbudowaną sieć tramwajową. Leży nad morzem, a za jego plecami, jeśli tak się można wyrazić, wznoszą się dość wysokie góry, często przyprószone śniegiem. Jest dość długie, w niektórych miejscach całkiem wąskie, a miejscami rozlewa się szeroko na płaskich półwyspach sięgających daleko w głąb morskiej zatoki. Widzę tam dużo światła i zieleni. Lekko falujące morze lśni zazwyczaj... Ciekawe tylko, że jednej góry nie mogę sobie wyobrazić skąpanej w słońcu. Zawsze tonie w głebokim cieniu, ale co ów cień rzuca, tego nie mogę ustalić. Wznosi się ona nad przystanią, przy której cumują śnieżnobiałe statki wycieczkowe... Jeżdżę po tym mieście tramwajami. Dziwi mnie tylko to, że nie widzę tam ludzi. Rzadko przypominam sobie o tym, że chociaż samochody powinny tam jeździć... Pusto jest na ogromnym podziemnym dworcu kolejowym. Pusto na lotnisku, mimo że pozwalam na nim lądować wielkim odrzutowcom... Nie ma ludzi. W każdym razie nigdy nie pojawiają się tam spontanicznie, zawsze muszę się wysilać, by ich tam powstawiać... Ulice wznoszą się i opadają. W starej części pośrodku jest park z wodospadem. A nad wszystkim góruje stara kamienna twierdza na skale... Myślenie o tym mieście sprawia mi przyjemność. Ta wyobrażona przestrzeń jest jedyną, w której czuję się naprawdę dobrze... Myślę, że to dość pocieszające... Nikomu jeszcze o nim nie mówiłem.

 Inger nasmażyła pełno małych mielonych kotlecików rybnych. Przysiadła się do gwarzących sobie mężczyzn. Zaraz jednak wstała, by donieść kilka butelek piwa.

 - Ryba i piwo - ulubiony zestaw Strindberga - stwierdził Paul.

 - Jest pan tak niezwykle podobny do ojca - powiedziała Inger wnosząc piwo. - Tak mi przykro, że... Trudno uwierzyć... Przepraszam, tak trudno o tym mówić.

 - A co u Marie?

 - Lekarze chcą ją jeszcze zatrzymać. Przynajmniej tydzień. Ale ona upiera się, że powinna już wrócić do domu. Jednak udało mi się ją przekonać do pozostania w szpitalu, chociaż jeszcze kilka dni. Tak ciężko to wszystko przeżyła.

 - Tak, możemy sobie teraz założyć klub dotkniętych - powiedział Paul niezbyt uszczęśliwiony tym pomysłem. - A czy w twoim prawdziwym mieście są ludzie? - zwrócił się z pytaniem do Tima.

 - W zasadzie też ich nie ma, chociaż nie w tak dobitny sposób.

 - Tak - mruknął Paul rozgniatając widelcem kotlecika. - Co to ja chciałem powiedzieć...

 Niczego nie dodał.

 

 Cisza dzwoniła w uszach. Inger już sprzątnęła ze stołu i poszła się położyć. Za oknami spokój, aż straszny. Iglak zasnął. Wszystko zasnęło. Nie spali tylko Paul i Timo. Chociaż Timo odczuwał senność, nie chciał iść na górę. Wolał siedzieć w fotelu. Może ze strachu...

 - Tak więc z nikim ci nie po drodze - odezwał się nagle Paul.

 Timo wzruszył ramionami.

 - Opowiedz lepiej coś o Ljanie. Skoro ojciec go tak... kochał? Tak? Do tego stopnia, ża aż go zdzielił deską po głowie. Bo przecież nie ma przedawnień?

 - Ljan. Ljan był wytrwałym graczem. Cachowała go pilność, żądza sławy, wściekła, jakby sobie wyobrażał, że dzięki niej stanie się dokuczliwy... Silił się nawet na wyrzeczenia. Jakby jego sztuka domagała się cierpienia, ofiary... Ljan chodził z Ljan do miasta na piechotę. Jak ostatni cymbał. Chodził po wiedzę. Usłyszał, że kiedyś tak spacerował Andreas Munch. Tyle że jeśli tamten tak chodził, to robił to z ubóstwa, z oszczędności, tymczasem Ljana stać było przecież na dojazdy, mimo że w jego domu się nie przelewało. Kiedy go pytałem, czemu się tak wygłupia, mówił, że potrzebny jest wysiłek, każdy. Wreszcie udało mi się go przekonać, by nie przesadzał, bo z pewnością tajemne moce, w które gorąco wierzył, przymykają oko na to, że ludzie korzystają z rozmaitych udogodnień, choćby z transportu... Zwróciłem mu też uwagę, że ten cały Andreas tak wiele na tym nie skorzystał - choć wypchany był marzeniami, skończył w Pierdziszewie na dalekiej północy i szlag go trafił; nawet nie doczekał narodzin swojej córeczki... Nie ma się co przemęczać tam, gdzie nie jest to konieczne. Tak więc przestał łazić bezsensownie ten tajemniczy piękniś.

 - Tajemniczy?

 - Tak. Miał jakiś bolesny - tak mi się przynajmniej zdaje - bolesny sekret. Czasem znikał na mieście, bo musiał iść wydalać, jak to nazywał. Musiał wydalić z siebie uciążliwy smark. Był szczególnie zadowolony, gdy udało mu się do tego smarkania zaangażować jakiegoś wsiowego synka o obliczu, na którym żadne uczucie nie mogłoby się odmalować. Jeśli jakaś durnota niedomyta dawała mu się przelecieć, był w siódmym niebie... Jeśli walić, to w pień! - powiadał... Czasem mi się wydaje, że człowiek miewa skłonność do powracania do czegoś, co wcześniej uczyniło mu jakąś krzywdę, zadało głębokie rany... Ktoś musiał mu coś złego zrobić, tak myślę... Z czasem przeniósł się do miasta. Mieszkał we wschodniej części, przy torach kolejowych. Hałasy mu przeszkadzały, chociaż to było sympatyczne miejsce. Ciągle miał jakiegoś nowego lokatora. Żaden z nich niczego nie rozumiał i nie brał udziału w naszych przemądrzałych wtedy rozmowach. Wszyscy oni chyba ciężko pracowali. W każdym razie tak można było sądzić po ich rękach o zaniedbanych paznokciach. Bardzo kontrastowały z muzycznymi dłońmi Ljana. Ljan sprawiał wrażenie człowieka o delikatnej konstrukcji, natomiast jego kochankowie byli tacy, jakby ich ktoś wyrzeźbił przy użyciu siekiery - zapewne ci drudzy znacznie bardziej i głębiej przeżywali to, co im się przydarzało. W grubo obciosanych ludziach zwykle mieszka mały i delikatny duszek. Ljan zaś miał w środku skalpel, który te duszki skutecznie siekł na kawałki... Często po swoich zajęciach spotykaliśmy się u Ljana, który umiał tworzyć przytulny nastrój, wszystko bowiem było u niego otulone wzorzystymi dywanikami, narzutami, szmatkami, płonęły świece, no i była jego gra na pianinie o trochę rozstrojonych nerwach, tak więc nawet najsłodsze melodie dolatywały do naszych uszu wzbogacone o jakąś niepokojącą albo śmiesznie rozczulającą skargę. Słuchać było pociągi, przetaczane wagony, które zderzały się z łoskotem, co wzniecało w człowieku marzenie o podróży i przygodzie. Kolejowy zgiełk zawsze kojarzy mi się z tymczasowością. Także i Ljan tak myślał twierdząc, że to jego pierwsza stacja w podróży życia, z konieczności uciążliwa, marna, biedna, mała i śmierdząca, bo przecież wszystko, co jest po wschodniej stronie, musi być śmierdzące - tak się utrwaliło z dawnych czasów, kiedy lepszość mieszkała po zachodniej stronie, bo stamtąd zazwyczaj wieją wiatry i unoszą smród rynsztoka i cmentarny zaduch ku wschodowi... Nie mógł się tam za bardzo koncentrować na pracy, której efekty miały mu stworzyć bilet z tej niedobrej stacji na pociąg do kariery, do świata. Prawdę gadał niedoszły noblista Sandemose, iż czynnikiem bezwzględnie decydującym o losie człowieka jest intensywność i sposób, w jaki umie się koncentrować.

 - Tak - szepnął Timo. - A Timo? Rozumiem, że z Timem chodziłeś na tę stację?

 - Timo nawet czasem zostawał. Jako sympatyczny kwiatuszek. Ja szedłem, a on decydował się na chwilowe geometrie miłosne... Był zafascynowany Ljanem i godził się na wszystko... Był też użyteczny. Pod koniec tego stacyjnego życia do Ljana przylgnął jakiś nieborak. Podobno były jakieś niebywale łzawe sceny, które zakończył Timo ostrym mordobiciem, za co dostał jakiś drobny wyrok. A Ljan odzyskał wolność.

 - Wyrok? No tak. Skoro to była natura zdolna do bicia po głowie deską... Ale w takim razie nie powinien był opuszczać swego Kaliguli. Swój miał swego.

 - Ale Kaligula chyba znalazł się pod opieką specjalistów... Zresztą w ogóle ci, co biją, potrzebują opiekunów, bo sami na nich się nie nadają...

 - Biada opiekunom...

 - Opiekują się i są całkiem podporządkowani. Taki to dziwny układ. Tak jak Ljan i Inger. Choć oczywiście nigdy jej nie bił w dosłownym znaczeniu tego słowa, ale z pewnością ranił ją swym brakiem przesadnego zainteresowania dla jej uczuć. Ala jakoś tak poszła na układ. Ljan uważał, że do życia potrzebuje kobiety, zorganizowanej, z głową na karku. Potrzebował kogoś do przedsiębiorstwa, do artystycznej firmy Ljan. Lodowy królewicz, wieża z kości słoniowej, egzotyczne podróże, pieniądze, oklaski i słowa wdzięczności, których Ljan nigdy nie skąpił. Widocznie była to doskonała rekompensata za całą mroczną podszewkę... Choć oczywiście Ljan na samym początku zapowiedział, że zawsze pozostanie jej wierny, to znaczy, że nigdy jej nie opuści... A to że będzie kochał innych, jeszcze innych... Zawsze powtarzał, że jeśli człowiek mówi, iż oprócz swojej żony kocha jeszcze kogoś innego, to tak po prostu jest. Koniec. Kropka. I albo się to akceptuje, albo nie. Bez dyskusji na ten temat!! Dbała o niego zawsze. I jakoś tam o siebie. Uwijała się... A gdy się okazało, że nie może mieć dzieci, Ljan kupił dla niej zawartość całej kwiaciarni... Oto mój najdroższy skarb! Nie muszę dbać o higienę!... Że też potrafiła znieść coś takiego...

 - Może rzeczywiście przydarzyło mu się coś tak złego, że uznał świat za tak straszliwy, iż wydawanie nań nowych istnień byłoby w jego przekonaniu zbrodnią?

 - Może... Jak to powiedział Camus... Decydując się na życie, czyli rezygnując z samobójstwa, popełniamy samobójstwo filozoficzne. Wybierając życie decydujemy się na chaos, okrucieństwo i brak ładu moralnego. Może więc jest mało stosowne przywoływanie nowych istnień, by musiały się po przebudzeniu decydować, decydować się na jedną z dwóch potworności... Mojego ojca mordercza polityka zmieniła w mordercę, na jakiś czas. Do końca życia miał przed oczami młodego chłopaka, któremu w lesie po cichutku poderżnął gardło. Najlepiej było się na nich zaczaić i zarżnąć albo zadźgać, by nie czynić niewygodnego hałasu. Uzbrojeni chłopcy wyglądali tak niewinnie i jednocześnie groteskowo, tak że można by sądzić, że ktoś po prostu dziwnie sobie zażartował, lecz większość z nich była tak sfanatyzowana, że nikt nie zdołałby ich wypranych do czysta mózgów zabrudzić na nowo wrażliwością. Jedynym lekarstwem na to młodzieńcze zbrojne ramię oszalałego wodza był nóż albo bagnet, albo kulka... Ojciec wybrał życie... Życie, w którym czasem morduje się ślicznych, błękitnookich chłopców o twarzyczkach niewiniątek... Tak, ale wracjąc do Tima... On umiał być i troskliwy... Ljan odziedziczył po jakiejś ciotce obszerne mieszkanie przy Jacob Aalls... Tam Timo krzątał się ze ściereczką. Trochę już zaczynało zalatywać pieniędzmi... Sam patrzyłem na to bez zazdrości. Może raczej z troską... Ale było doskonale. To były momenty z rodzaju tych, do których zawsze się wraca z tęsknotą. Nic nie mogło być lepiej. Ciepłe letnie wieczory, już dobrze nastrojony fortepian, wino i Debussy, którego Ljan kochał ponad wszystko. A my kochaliśmy go razem z nim. Kazał nam zakochiwać się w księżycu opowiadając o jego blasku muzyką, wzruszał "Marzeniem" i "Tańcem pajaca"... Wiele lat potem nagrał specjalnie dla mnie płytę, w podzięce za nasze wspólne dziecko... I na pamiątkę naszych młodzieńczych wzruszeń, z czasów, gdy z zachwytem patrzyłem na jego kształtną głowę, jego smukłe ciało porwane przez muzykę, którą nas łaskawie obdarowywał... Fortepianowe drobiazgi... Ljan rzadko grywał publicznie i nie wykonywał sam swoich utworów. Tu jednak zrobił wyjątek... Nie chciał mieć dzieci z kobietą. Do tego potrzebował wykańczających schadzek z mężczyzną. Wybór padł na mnie, gdyśmy siedzieli nad jeziorem, tam, gdzie kiedyś zaciągał czasem prostackich chłopców na swoje wydalanie... Będziemy płodzić, i proces ten będzie wspanialszy od najdzikszych seksualnych ekscesów... Tematem była zbrodnia, okrutna zemsta... Miałem dać sposobność wyśpiewania tej staronordyckiej historii... Musiałem słyszeć muzykę. Niemal ją sam skomponowałem, chociaż o tworzeniu muzyki nic nie wiem. Mogę ją jednak sobie wyobrażać, więc poddawałem mu swoje pomysły, a on dość często je wykorzystywał... Jego duch wisiał nade mną i dyszał mi do ucha... Sprężaj się, sprężaj, bo wkrótce zjawię się także ciałem... Cięcie ścięgien, krew, zgwałcona dzierlatka, puchary z chłopięcych czaszek... Byłem tym wszystkim wykończony. Nie miałem odwagi pójść na premierę. O to dziecko nie musiałem się troszczyć... Krytyka nazwała je zwykłym Wagnerowskim blacharstwem... No, a twój Timo...

CDN

20:43, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
piątek, 05 października 2012
Anker

 Chyba dawno nie było sztuki... Niech więc będzie. Oczywiście nordycka... Mała zachęta do zapoznania się...

 Wszędzie kryje się piękno. Nawet w odrobinie światła na podłogowej desce, w kawałku schodów, w krawędziach drzwi, w rurce od centralnego. Wystarczy tylko je dojrzeć... Jakiś niezwykły spokój jest w fotografiach Hedevig Anker... Drobiazgi, codziennie mijane, układają się w fascynujące kompozycje...

 

www.hedeviganker.no

15:52, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
środa, 03 października 2012
Sara Lidman

 Wyspa - smuga suchej ziemi w bagnistym trzęsawisku, przystań wspólnoty w morzu samotności.

 Wspólnota ludzkiego drobiazgu, płodnej biedoty, osadników na ziemi, co wcześniej nie znała człowieka i najmniejszej potrzeby obcowania z człowiekiem nie odczuwała. Ludzie to byli zbędni, których Korona zachęciła po pierwszej wojnie światowej do życia na sennym skrawku ziemi dając zapomogę i zwalniając z obowiązku płacenia czynszu na lat piętnaście.

 Västerbotten. Kraina długich i przytłaczających zim, podczas których człowiek zapomina, że było kiedyś lato, gdy więc to przybywa na powrót ze swym światłem i ciepłem, jest prawdziwie radosnym zaskoczeniem; wtedy, gdy blaski dnia nie kwapią się do zgaśnięcia, ma się wrażenie, że czas przestał upływać i chętnie zapomina się o zimie, a z nią i o śmierci, chce się żyć i marzyć barwnymi wieczorami... Wśród blasków bezkresnego dnia naturę ogarnia kwietne szaleństwo. Wielkie moczary porośnięte karłowatymi drzewkami, co przez swą suchotniczą lichość mają w sobie coś ludzkiego, stojącymi czasem i przez całe życie nietknięte ludzkim spojrzeniem, stają w białym kwieciu moroszki - małej dzielnej maliny, tak charakterystycznej dla północnych stron. Każda roślinka ozdabia się jednym kwiatuszkiem, wyczarowującym potem owoc, który, gdy dojrzeje, okrywa się przepiekną, intensywną żółtą barwą. Gdy urodzaj, bagno zasypuje moroszkowe złoto - przepyszne i niezwykle cenione, prawdziwy owocowy skarb, bogaty w witaminę C, wspaniały na surowo, doskonały w charakterze przetworów, botaniczny skarb, który kiedyś ratował śmiałych polarników przed szkorbutem...

 Przepyszna moroszka. Norwegowie mówią na nią multe, Szwedzi - hjortron... Hjortronlandet. Kraina moroszki. Bagienny świat Sary Adeli Lidman (1923 - 2004). Kraina, w której się wychowywała, gdzie zdobywała pierwsze doświadczenia, gdzie nauczyła się marzyć i gdzie kształtowała się jej wrażliwość... Świat zabobonnej biedy kazał jej, trochę takiemu odmieńcowi, tęsknić za lepszym życiem, ale też ogromnie ją wyczulił, uwrażliwił. Wyrosła z niej wspaniała kobieta, oryginalna i odważna. Była Sara Lidman charakterystyczną osobą, szczupłą, uczesaną po męsku, o intrygującym spojrzeniu, a całym jej życiem była troska o ludzi pokrzywdzonych, biednych, wykluczonych. Jej niezwykłe pisarstwo było nieustannym protestem przeciwko wszelkim przejawom ucisku, gwałtu, zarówno wtedy, gdy pisała o rodzinnej Szwecji, jak i wtedy, gdy sięgała swym czujnym i troskliwym spojrzeniem dalej - do Afryki i Azji...

 Sara - Claudette z "Bagiennych malin" (Hjortronlandet). Ta, której się udało wyrwać z beznadziei, która - w przeciwieństwie do swej uzdolnionej kolażanki, powieściowej Märit - nie poddała się lekkomyślności i wyszła zwycięsko ze swych wewnętrznych zmagań.

  Domowa skromność, Biblia, Postylla - bardzo to typowa niegdysiejsza skandynawska droga, przydająca wielu tamtejszym pisarzom skłonność do wnikliwości i - jak powiada Zygmunt Łanowski - moralnych medytacji. Do tego dochodziły jeszcze ludowe historyjki, za którymi poszła ciekawość literatury. Sprzyjała jej w tym choroba płuc, pobyt w sanatorium, później też kuracja domowa. Pożerała książki, głównie Dostojewskiego oraz pisarzy norrlandzkich z Thorstenem Jonssonem na czele. Po ważnych dla siebie lekturach sama zaczęła tworzyć jakieś literackie drobiazgi. Jako eksternistka zdała maturę. I ruszyła w świat. W Sztokholmie była jakiś czas kelnerką, trochę chodziła do szkoły teatralnej, wreszcie skończyla studia w Uppsali i stała się specjalistką od angielskiego, francuskiego i pedagogiki. Przez chwilę pracowała jako nauczycielka, zaraz jednak - co za szczęście - porzuciła ten fach i na dobre zajęła się pisarstwem...

 Posypały się wspaniałe książki, które w Szwecji (i nie tylko tam) przyjęto z zachwytem tak ze względu na tematykę, oryginalny styl, jak i na przesiąknięty dialektem ze stron rodzinnych język, soczysty, wyrazisty.

 Z początku Sara Lidman sięgała do własnego dzieciństwa i odmalowała na kartach swych pierwszych utworów czarowny świat Västerbotten, nieco wyidealizowany, pełen miłości, w opisie którego nie zabrakło jednak doświadczanej tam nędzy, głodu, społecznych niesprawiedliwości, podziału na wyzyskiwanych i wyzyskujących...

 Potem zaś z pisarki prowincjonalnej wyrosła prawdziwa światowa wielkość literacka...

 Lidman, potrzebując nowych wrażeń, nowych artystycznych podniet, ruszyła z początkiem lat sześćdziesiątych do Afryki, do RPA, by odbyć studia językowe. Jej lingwistyczne zamiłowania poszły jednak w odstawkę, przejęła ją bowiem okrutna, drańska rzeczywistość południowoafrykańska, tak więc szybko zetknęła się z kołami czarnych intelektualistów i działaczy, a to z kolei zaowocowało uczuciem do Petera Nthite'a, lidera zakazanego przez władze RPA Afrykańskiego Kongresu Narodowego, przez co na własnej skórze przekonała się o brutalności rasistowskiej polityki; oboje zostali aresztowani. Jej groziło 7 lat więzienia, a jemu, oprócz tego, jeszcze dotkliwa kara okaleczającej na całe życie chłosty. Rzecz stała się niebywale głośna. W Szwecji zawrzało. A gwałtowność reakcji światowej opinii publicznej była tak wielka, że władze RPA nie ośmieliły się wszcząć procesu, Lidman więc uniknęła absurdalnej kary za swe uczucia do człowieka o "niewłaściwym" kolorze ciała - została jedynie wydalona z RPA.

 Nie był to jej jedyny związek ze światową egzotyką, bo chwilę potem w obrębie jej zainteresowań znalazła się także Azja, głównie Wietnam... Doświadczenia uczyniły z niej kobietę bezkompromisową. Z całą mocą potępiała wojny i wszelkie idee nadczłowieczeństwa, każdy przejaw preześladowania ludzi, poniżania ich i okaleczania... Była często niezwykle emocjonalna i impulsywna... Czy chodziło o daleki świat, czy o jej małą ojczyznę nad Zatoką Botnicką, widziała zawsze tego najdrobniejszego nieboraka. Jej człowiekiem był ten maluczki, któremu różne zwierzchności pragną odebrać jego godność, jego człowieczeństwo.

 W Polsce troszkę ją znamy. Z "Bagiennych malin", z jej afrykańskiej książki "Z pięcioma brylantami", także z "Rozmów w Hanoi"...

 Pierwsze ukazały się "Maliny", wtedy, gdy było o niej bardzo głośno... Realia jej rodzinnej prowincji. Środowisko biedoty trudzącej się wśród moczarów. Botnik - błotnik. Dorastanie wśród ludzkich osobliwości... I kobiety, kobiety - bo to one w jej twórczości odgrywają największą rolę - jako rodzicielki i takie centra, wokół których kręci się życie rodzinne i społeczne. Są mocne, jakieś takie bardziej żywe i wyraziste, niezwykle wytrwałe w walce o byt... Wśród nich żyje mała Claudette zwana złośliwie Kleksem, w której rysach można odnaleźć Sarę... Claudette jest trochę takim kleksem, bo cechuję ją jakaś taka nieforemność. Dziewczynka nie lubi siebie. Nie chce myśleć o swoim wyglądzie. Czuje się odrzucona, wyobcowana, inna, nie pasuje do zastanej rzeczywistości, jest sama z sobą zwaśniona. Choć dobrze się uczy, jej zdolności gdzieś się gubią i pozostają niezauważone przez nauczycielkę, która miast ją wyróżnia równie zdolną Märit, która przez jakąś głupią przekorę i lekkomyślność kończy marnie w niezrozumiałym małżeństwie... Claudette patrzy na ten świat odrzuconych, na społeczność trochę takiej ludzkiej masy upadłościowej, wobec której nawet właściciel najlichszego gospodarstwa jest wywyższającym się kimś, bo oni, ci z "Wyspy", są nikim, są na dnie społecznej hierarchii... Rzeczywistość jest szorstka. Nie brak tam uczuć, lecz są one gdzieś głęboko poukrywane. Ojciec nie wie, co to radość (gdy przez moment zaskakuje go uroda życia, szybko się ocyka, bo cóż za gwarancje dać może gdzieś tam schowane głęboko poczucie piękna), wie natomiast, co to mordercza robota przy kopaniu odwadniających rowów. To człowiek spętany i nieszczęśliwy. Nieszczęśliwa jest też matka, jak ptak z nieodwracalnie poprzycinanymi skrzydłami - a miało być cudownie i dobrze jak w powieści!!... Inni zaś... Mężczyznom trudniej było o pracę. A niektórzy wcale się do niej nie kwapili i woleli leżeć i śnić o rewolucji, dzięki której zasiądą przy pańskich stołach i pić będą szampana... Nieudaczni śmierdziele z duszami w klatkach, zagdakani przez baby, które jakoś tak bez nich żyć nie mogły... Pewien czar ukryty jest tylko w męskiej odmienności, w postaci Panienki - wędrownego fryzjera wpadającego czasem do osady, by przystrzyc zawszone łepetyny i olśnić opowiastkami oraz przerazić ponurą historią rodzinną, osobliwy elegancik, co umiał ładnie kręcić biodrami i który tak starał się osłodzić ostatnie chwile biednej Märit...

 Więcej ducha jest w babach, w babach energicznych i rozgadanych. A wśród nich dwie są szczególne - babka Anna ze smutną tajemnicą - wprawna akuszerka i wiedźma jasnowidząca; trochę straszna, z wolem, jest mądrością "Wyspy"... Trudne stało się życie, kiedy jej zabrakło, bo wraz z nią rozwiał się świat widziadeł i koboldów... A druga to Stina - wygadana swawolnica rodząca dzieci jak maszyna - wprost nie znosiła pustych przebiegów i zdrowiała, gdy ją stary zapłodnił... Ta miała odpowiedź na wszystyko i z każdym umiała się rozprawić. Nie sztuką było dla niej a to osadzić głupkowatego klechę, a to załatwić sprawę z niezbyt zrównoważoną nauczycielką z wiejskiej szkółki. (Lubię tę scenę, gdy do szkoły wpadła Stina uzbrojona w giętką gałąź, by wymierzyć nią sprawiedliwość. Vera, nauczycielka, razu pewnego pobiła dotkliwie jedną z jej córek, więc ta nie pozostała jej dłużna; nie poleciała na skargę do żadnych władz, gdyż uważała, że  nie ma co wyrządzać niepotrzebnych szkód, bowiem wystarczy zwykła nauczka w postaci wychowawczej lekcji, tak więc przyszła i złoiła skórę pani nauczycielce latającej po pokoju jak przstraszona kura, bo skoro podniosła rękę na bezbronne dziecko, niech teraz poczuje moc karzącej ręki dotkniętej do żywego matki: - A chowaj se głowę, ja i tak po plecach i po dupie biję!!)

 Chutliwa, surowa, grubo ciosana Stina była jednak kochaną osobą. Była, obok Anny, życiem osady... A smutna Vera... Samotnica, której życie sprawiło wielki zawód. Wyżywała się na śmierdzących, zawszonych dzieciach, traciła panowanie nad sobą, napawała się swoją nędzną władzą - tą lichotą, jaka jej pozostała - choć się wykształciła, nie przyjęło jej upragnione południe, utęskniony, kulturalny Sztokholm, musiała więc wrócić w znienawidzone strony... Tęskniła, patrzyła na obrazki w czasopismach... Gdzieś tam, w cieple, nawet bieda jest malownicza... Bo szwedzka bieda była taka drobiazgowa, dokuczliwa z tym swoim lodowato zimnym wychodkiem... Nawet Märit ją zawiodła, przed którą roztaczała szerokie panoramy urokliwego i dostatniego życia, do którego kluczem jest wiedza i wykształcenie... Nie dostrzegła nieśmiałej Claudette... Ale ona pojechała w świat... Pełna zrozumienia dla nieszczęśników z bagien, przekonana o tym, że jednak ktoś ją tam kochał... Wraz z nią pojechało w świat rodzinne Västerbotten, jej wyspa na bagnach...

 Pewnie często tak jest, że do krainy ciężkiego dzieciństwa żywi się uczucia mieszane. Chce się zapomnieć o wszelkich biedach... A jednak jest coś, do czego się tęskni, do jakiegoś utraconego skarbu... Bo tam gdzieś była dusza marzycielska, bo tam dojrzewa przepięknie moroszka, bo bagna są takie niesamowite... No i też ludzie, dzięki którym wyostrzyła się wrażliwość, których można przecież ubarwić - wszystko w imię wybaczającej i rozumiejącej miłości... Do krainy bagiennych malin wracała zawsze, do Västerbotten, gdzie też, w Umeå, zakończyła swe życie w 2004 roku...

 Warto znów wydobyć z zakurzonych półek "Bagienne maliny", jedną z najpiękniejszych powieści norrlandzkich!

Sara Lidman, Bagienne maliny, PIW, Warszawa 1965.

19:35, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »