BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
poniedziałek, 28 października 2013
Uprzejmość XXVI

 No to jazda.

 Jan zachrobotał kluczem w zamku i otwarł swój magiczny domek.

 Jeśli gospodarz miał za sobą jakiś nieudany związek, jeśli wiódł teraz pogodne życie po pożyciu, to bynajmniej nie była to egzystencja w gnoju. Sądząc po ubiorze Jana, można było żywić pewne obawy przed wejściem do jego domu, ale okazało się, że i jego wnętrze daleko odbiegało i od brudnych spodni gospodarza, i od zarastającego zielskiem wszelakim starego, oślepionego grata. Jeśli panował tam bałagan, to był to bałagan wysoce artystyczny, wszystko tam bowiem było jedną wielką malarską pracownią, w której niezbędne rzeczy znajdowały się akurat pod ręką... Panujący we wnętrzu chaos był doprawdy pozorny. Raczej zasługiwał on na nazwę praktycznego porządku. Bo tak - jak tylko Timo zerknął do kuchni, od razu się przekonał, że Jan przejawiać musiał silną skłonność do ładu i czystości, owa kuchnia wszak właśnie lśniła czystością i nigdzie nie można było dostrzec choćby cienia brudnego naczynia. Bywa chyba tak, że mężczyźni porzuceni przez te swoje baby zaczynają żyć w czymś przypominającym kubeł na śmieci, ten tutaj jednak pewne niechlujstwo wybrał z rozmysłem, dla jakiejś tam fantazji, ale zarezerwował go tylko dla pewnych obszarów, poza którymi nie mogło być mowy o żadnym chlewie, można by więc powiedzieć, iż Jan zdobył się na przeistoczenie w zaradnego i szczęśliwego kawalera. Święty spokój pośród, być może, osobliwych, odstraszających nawyków...

 - Rozgośćcie się, łazęgi. Ja za ten czas pójdę na pięterko, żeby się przebrać  - powiedział Jan.

 - Bardzo to uprzejme z twojej strony - odparł Vernick.

 Timo pomyślał o jego bohaterze z gównianej książeczki. Czyżby autor coś podebrał od Jana? Jego wędrowiec wszak jakoś osobliwie lubował się we własnym brudzie i smrodzie i byłby chyba nawet chętny dbać o higienę na całkiem psi sposób...

 Fotografia z siatką rzeczywiście widniała na honorowym miejscu, była wręcz pierwszą rzeczą, na jaką gość się natykał, wisiała bowiem tuż obok wejścia, zielona jak jakaś orzeźwiająca landryna... Wielki, chyba podkolorowany jeszcze, bujny krzak, a na jego tle całkiem byle jaki, codzienne, deko zarośnięty i nieświeży facet z siatką z marketu. Rozporek był rzeczywiście niezbyt starannie zasunięty...

 Głębiej człowiekowi aż mieszało się w głowie od obrazków, były to głównie pejzaże oraz świątynie, wśród których jedna zdawała się szczególnie interesować malarza. Na wieżyczkach miała zielone cebule...

 - To coś rosyjskiego? - próbował domyślić się Timo.

 - Blisko... Można by powiedzieć - pacyficzny absurd. To jest właśnie ta jego Ameryka. Unalaska. To sobie ubzdurał.

 - I to tam właśnie pojechałeś?

 - Nie inaczej. Dobrnąłem na to aleuckie zadupie, żeby znaleźć zupełnie swojską pogodę. A to góra nakryta pierzynką, a to deszcz prosto w pysk. Brakowało mi gumiaków... On oczywiście zupełnie nie wie, co go tam ciągnie. Mówi tylko tajemniczo, że różne miejsca wołają do różnych ludzi...

 - Teraz jednak, jak usłyszałem, obrał inny kierunek. Nuuk leży chyba na Grenlandii...

 - No tak, ale to ciągle ta podbiegunowość. Zdaje się, że dla niego już południowe brzegi Bałtyku są zaczątkiem czegoś obrzydliwego... Kiedyś spytał się mnie czy zauważyłem, że ludzie zwykli roić się tam, gdzie najohydniej.

 - Coś w tym jest...

 - Tak sądzisz?

 - Zdaje się, że w swoim liście znad Adriatyku nie wyrażałeś się zbyt pochlebnie o tym całym Południu.

 - Ale żebym mówił o ohydzie... Dokuczał mi nieustępliwy upał. A poza tym ciągle musiałem bawić jakichś obcych ludzi.

 - I swoją dziurę wyjścia znalazłeś w Dimmuborgir na Islandii.

 - No tak, właściwie nie powinienem się dziwić. Ale żeby aż taki szmat drogi...

 - Kto bogatemu zabroni...

 - Słyszę, że jestem obmawiany - powiedział Jan schodząc ze swego stryszku, zupełnie teraz lniany, przebrany za jakiegoś bosego siewcę.

 - Jak nie Unalaska, to krój wieśniaczy stroju, licho wie skąd...

 - Dość oryginalny - zauważył Timo.

 - Grunt, że czysty - dodał Vernick.

 - Paul uważa, że oryginalność to zazwyczaj hałaśliwe nic, bzdura. Zapewne jestem bzdurą, ale trudno byłoby mnie posądzać o hałaśliwość.

 - Dostatecznie hałasujesz barwami. Oczywiście nie w przypadku tego lnu. Ale te nieba różnobarwne nad kościołem w Unalaska wrzeszczą tu na nas... Aleś się do tego przypiął. Przecież to zwykła buda. Timo się zaciekawił, ale ja naturalnie niczego mu nie mogłem opowiedzieć. Bo i ty sam nie wiesz, czemu ta nabożna buda na krańcu świata...

 - O, to to, kraniec świata. Czy to mało? To jednak żadne kurwa mać! - powiedział lejąc do szklanek wódkę.

 - A teraz Nuuk. Co tam za świątynia jest?

 - Całkiem nieludzka - usłyszeli w odpowiedzi.

 Toast został wzniesiony za miły dzień, choć doprawdy trudno było ocenić, czy dzień ten w całości będzie miły, zwłaszcza że Jan już sięgnął po butelkę, by jej zawartością wypełnić na nowo iście studzienne otchłanie szklanic.

 - Conrad, Conrad - rzekł tajemniczo Jan i odkaszlnął.

 - Co, co? Jaki Conrad?

 - Korzeniowski, do licha - rzucił Jan. - Północ... Lingard i jego ukryty sentyment. Lady się rozpływa, odpływa w przeszłość razem ze swym mężem, a wtedy Lingard obiera rozsądny kurs na północ. Sfera chłodu, trudności i opanowania... Południe zdaje się nazbyt śpiewne i łatwe...

 - Pan chłodzi tu swoje serce? - spytał się Timo.

 - O,o, cóż to za dziwaczne wyobrażenia - powiedział Paul.

 - A junior szanowny czego dla serca swego poszukuje? Pamiętasz ten wiersz, Paul? Jens Bjørneboe. "Moje serce"... Biedne serce, sierota bez domu i łóżeczka, bosa, głodna i goła, co wędruje od zagrody do zagrody i żebrze o chlebek, kropelkę mleka oraz o szmatkę jakąś, by nią opatrzyć rany... Dajcie choć łaszka jakiegoś, pozwólcie przysiąść na ławie, dajcie odpocząć, zdrzemnąć się może w stodole... A tu byk się sroży, psy i ludzie ujadają... Gdzie mama, gdzie tata? Pyta się i pyta, lecz znikąd nie nadchodzi odpowiedź... Serce - chłopczyk biedny... Szukałeś, juniorze, taty? Z chłopcem biednym trzymanym za łapkę? Cóż odpowiedzieć wypada?... Chyba tylko to, co powiedział Jens - on, którego tak szukałeś, blisko i daleko, tutaj nie przebywa... Za siedmioma morzami... Tam jego pałac przepyszny, tam zasiądziesz jak książę szczęśliwy...

 - Siedem razy za najdalszy horyzont - mruknął Timo i znów wychylił szklankę.

 - Pomyśl, czy tak szybko chcesz się tam wybierać - powiedział Paul z jakimś znaczącym spojrzeniem...

 Rozmowa na chwilę wygasła, a spojrzenia wszystkich znów powędrowały do Unalaska. Naraz Paul zapragnął podzielić się krótką opowieścią o roznamiętnionym Ljanie. Był jeszcze oszołomiony swojskością amerykańskiej północy, gdy wypadło mu z przyjacielem obejrzeć na scenie ich wspólny płód.

 - O, patrzenie na swoje dzieci jest takie okropne. Człowiek wypuszcza je w świat, by inni się nad nim pastwili. I gdy się tak pastwią, pojawiają się pytania, czy przypadkiem nie mają słuszności. Dla mnie patrzenie i słuchanie było męką i wolałem nie pamiętać o całej włożonej w to dzieło pracy. Ljan przeciwnie, był wielce podekscytowany tym, że wreszcie obejrzymy wszystko razem, tak bardzo bowiem zależało mu na tym, bym się przekonał, co się stało po tym, jak sypnąłem nasieniem słów w tę jego muzyczną, żyzną breję. Orkiestra huczała, moje słowa rykiem śpiewaków i śpiewaczek świdrowały mi uszy... Złotnicy, skrzydlate walkirie, zły król, jeszcze gorsza królowa i ich dzieci... Po pierwszym akcie byłem już półżywy, Ljan zaś coraz bardziej pobudzony kręcił się, aż wreszcie zaczął się do mnie dobierać. Do różnych przykrych wrażeń zmysłowych doszło jeszcze poczucie, jakie musi mieć człowiek tonący, którego dostarczył mi jego jęzor zagłębiający się w me udręczone ucho. Jakby mu w tym wszystkim brakowało jednak czegoś lubieżnego. Syczał i dyszał jakimiś uroczystymi słowami, którymi okrasza się niekiedy swe niepohamowane popędy, a przecież kłopot już się stał, no i gdzie tam do męskich porodówek potrzebne takie uniesienia - wszak one to przecież jedynie wywoływanie duchów, które teraz, solidnie podczas twórczych seansów wywołane, znalazłszy odpowiednie media, zawodziły na scenie. Nie miałem najmniejszej ochoty na żadne drażniące wycieczki po jego intymnych zakamarkach, do których tak bardzo mnie zachęcał. Zauważyłem, iż nasze wielogłowe dziecię przecież jest i dudni właśnie basem, którego właściciel, niby to z podciętymi ścięgnami, pełza po swym więzieniu - pracowni, obwieszczając donośnie swój makabryczny plan dyktowany potężną żądzą zemsty za swe okaleczenie... O, chciwi monarchowie, podli złodzieje!! Ich przyszłość malowała się w nader ponurych barwach, wszak będą pić wino czerwone jak krew z oprawnych w złoto czaszek swych synów... Nie może być miejsca na najmniejszy cień litości... Ljan najchętniej by mnie rozebrał i bałem się, że po przedstawieniu będę zmuszony Bóg wie gdzie szukać garderoby... W końcu moja niechęć trochę go ostudziła i tylko okręcał sobie moje włosy wokół palca... Rozpalił się na nowo dopiero w hotelu, choć jego entuzjazm nie był już tak teatralnie czy - lepiej powiedzieć - operowo rozbuchany... Chodź, tatuśku, do mamuśki... Więc tatuś poszedł, powodowany bardziej troską niż pożądaniem, bo chciałem, by choć jeden z nas to sceniczne dziecię szczerze pokochał. Ljan zmienił zdanie - do okrutnej, hałaśliwej sztuczki potrzebna mu była jednak obłapka. Chciał, by było w tym coś bliskiego natury - trudy i całkiem cielesne rozkosze... Wyszło tak do góry nogami - najpierw zrobiliśmy dziecko, a potem poszliśmy do łóżka...

 - Nie gadaj tyle, tylko pij - powiedział Jan. - Może namalowalibyśmy razem jakiś obraz - dodał jeszcze ze śmiechem.

 - Szczęśliwie jestem już całkiem bezpłodny.

 Pokój, w którym się teraz znaleźli, ciągnął się przez całą szerokość domu. Sporą jego część zajmowały obrazy porozrzucane byle jak na podłodze. Poza tym sporo tam było przedmiotów mających związek z jego niedochodowym zajęciem - sztalugi, taborety, stół zawalony słoikami, paletami, tubkami... Widać, Jan zabawiał się różnym sprzętem, bo obok najzwyczajniejszych pędzli do babrania płócien używał także brzozowych gałązek, szpachelek oraz zwykłych kuchennych noży... Tylko jeden kąt cechował należyty porządek - pod samym oknem były dwie długie kanapy, ustawione tak, że nabierało się podejrzenia, iż gospodarz urządził sobie tu coś w rodzaju kolejowego przedziału... Timo podzielił się spostrzeżeniem, że Jan, gdyby siadywał tu o zmierzchu, byłby jak ten samotny człowiek z Nocy w St. Cloud Muncha.

 - I też o tym myślałem.

 - Doprawdy?

 - Bardzo często jestem w podróży, w tej kolejowej podróży - powiedział Jan, nagle jakoś ponuro odmieniony, choć Timo nie bardzo mógł odgadnąć czy za tą ponurością kryło się coś tragicznego. - Chce się pan wybrać w podróż? To zapraszam!

 - Zanim usiądziemy, chciałbym obejrzeć te wstydliwie poodwracane obrazy - powiedział Timo z coraz większym entuzjazmem.

 Wszystko wydawało się takie niezwykłe, prawie jak ze snu... Pomyślał, iż szkoda, że nie oddawał się wcześniej samotnym podróżom. Tyle niespodziewanych rzeczy przydarzyć się może w drodze... Czy mógł się spodziewać, że będzie buszował po czyjejś malarskiej pracowni? Biedne serce, poraniony mały chłopczyk... Nie ma taty, za siódmym morzem jest jego pałac... Tak sądził już wcześniej, teraz o tym się na dobre przekonał... Jest tam, gdzie znika księżyc, którego kreślił w literkach...

 Uderzyła go w oczy oszałamiająca, piekielna wprost czerwień pocięta jakby czarnymi konarami...

 - O, do licha - zawołał Paul. - Coś jak Strindberg!

 - Niesamowite - osądził rzecz zachwycony Timo.

 Po wódce człowiek lubi wiele rzeczy. Aż chyba nawet nazbyt wiele rzeczy go zachwyca.

 - Jeśli ci się podoba, jest twój.

 - Nie mogę sobie pozwolić...

 - Ale ja nie sprzedaję obrazów. Mogę je tylko dawać. Nie maluję przecież dla chleba... Źle bym się czuł, gdybym robił takie rzeczy z myślą o jakichś pieniądzach... Tak sobie myślę, że to nieładnie, gdy człowiek usiłuje żyć z obrazków. Podobnie jak nie jest ładnie żyć z filozofii albo z klepania paciorków...

CDN

16:22, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
środa, 23 października 2013
Uprzejmość XXV

(To brnijmy dalej...)

 Zielnik piął się dość stromo pod górę, przecięty nikłą kamienistą ścieżką. Timo zauważył, że chyba mało kto nią chodzi, na co Vernick odparł, że owszem, Jan bowiem wydeptał tu sobie mnóstwo innych ścieżek, których używa na przemian, w zależności od nastroju.

 - O jaki nastrój go podejrzewasz, gdy używa ścieżki, po której właśnie się pniemy? - spytał Timo.

 - Wydaje mi się, że gdy tą właśnie ścieżką idzie, niknie w nim wszelka poezja. Jest zupełnie prozaiczny i praktyczny. W końcu tędy najbliżej jest do sklepu, w którym zapewne będą o tobie pamiętali.

 Wkrótce ich oczom ukazał się niewielki drewniany domek, całkiem przyjemny i, w przeciwieństwie do otoczenia, dobrze utrzymany. Można się było spodziewać, że wśród tych wszystkich zarośli oczom ukaże się jakaś rozpadająca się rudera pokryta łuszczącą się farbą, tymczasem cała budowla lśniła zachęcającą do wejścia świeżością. Jedynie otoczenie skromnego budynku działało dość odstraszająco i sprawiało, że całość wydawała się zupełnie absurdalna. Miejsce mówiło raczej o ludzkiej nieobecności, dom zaś obwieszczał coś zaskakująco przeciwnego.

 - Tym tu przyjechał - powiedział Paul wskazująć na zaparkowany obok ścieżki samochód.

 Wielki, stary, jasnożółty mercedes zarastał sobie spokojnie kurzem i niknął powoli w świeżej, soczystej zieleni. Jego koła dawno już sflaczały i jakby przyrosły nieodwołalnie do ziemi. Jak się Timo dowiedział, gdy tylko Jan przyjechał, by tu zamieszkać, pozostawił samochód własnemu losowi. Nigdy go już nie uruchomił i pozwolił, by pożarły go flora, korozja i wszystko inne, co, ku swojemu zaskoczeniu, mogło okazać się samochodożerne.

 - Przyroda musi rozwiązywać wiele różnych problemów, powiada Jan. I mówi, że sobie patrzy, jak pomaleńku dokonuje się dzieło litościwego zniszczenia, z czym jest mu bardzo przyjemnie. Marzy o tym, by doczekać chwili, kiedy wyjrzy przez okno i nie zobaczy już tego cywilizacyjnego śmiecia. Razu pewnego - kontynuował Paul - siły przyrody przyszła wesprzeć ludzkość w postaci sezonowych robotników zatrudnionych na pobliskiej farmie. Przyszli ci polowi pracownicy i, korzystając z nieobecności Jana, wybebeszyli mercedesa. Pokradli dywaniki, poodkręcali, co się tylko dało odkręcić, kamieniami obtłukli światła... Jan się strasznie wkurzył i powędrował do sąsiada. Panie Christensen, do jasnej cholery - darł się - niech pan pilnuje tę swoją tanią siłę roboczą. Ja wiem, powinienem być wyrozumiały, bo to moi rodacy, ale tutaj przywykłem do innych zwyczajów i na wyrozumiałość się nie zdobędę! Nie ich rękom powierzyłem rozpieprzenie mercedesa, więc niech ci cholerni burzyciele harmonii naprawią, co spieprzyli... Na drugi dzień wszystkie skradzione rzeczy wróciły na miejsce i chłopcy w miarę możliwości naprawili wyrządzone wcześniej szkody, trochę zdziwieni, że zrobiło się tyle szumu wokół bezużytecznego dezelota, który od tamtej pory straszy pustymi oczodołami...

 Okazało się, że w domu nie było nikogo.

 - A więc Jan gdzieś się snuje - zauważył Paul. - Nie wiem czy warto czekać... Muszę wylać gdzieś to liche piwko. Ponoć Munch nie robił żadnych ceregieli z sikaniem; będąc z kimś w plenerze, nie przerywał rozmowy z powodu takiego drobiazgu, tylko po prostu wyjmował interes i szczał bez cienia wstydu na oczach swego interlokutora. Ja jednak zachowam się bardziej wstydliwie i usunę się ze swą potrzebą w krzaki.

 - To dla mnie wielka ulga - odpowiedział Timo.

 Paul znikł, a Timo usiadł na schodkach wiodących na werandę. Nagrzane w słońcu deski były przyjemne w dotyku, niemal aksamitne. Całkiem surowe i zdrowe musiały być czymś dobrze zaimpregnowane, skoro nie szkodziło im takie przebywanie w swej nagości na świeżym powietrzu.

 Ze swego miejsca miał widok wcale pyszny. Góra, którą u Paula miał za sąsiadkę, z tej perspektywy wydawała się jakimś pochylającym się olbrzymem. Co za trolla przyłapało tam słońce? Jakby czegoś szukał, jakby pochylał się za jakąś zgubą. Czy jest jakaś bajka mająca coś na ten temat do powiedzenia?... Trolle nie umierają jak ludzie, co w zgodzie z nieuniknionym kładą się izolowani bólem. Wbrew pozorom świat łatwo zbagatelizować, pominąć, machnąć nań ręką - starczy powalające cierpienie. Troll chyba nie zna takich rzeczy, zawsze zdrowy patrzy gdzieś dalej, zaciekawiony i spragniony, chętny by dokuczyć, porwać coś, kogoś. Pędzi za dziewoją hożą albo za chłopcem, takim jak ten, którego przed straszliwymi potworami uratowała czarodziejska krowa... Gdy giną, to zawsze w trakcie czegoś, jakiegoś działania, jakichś złośliwych czynów czy poszukiwań. I nie przychodzi na nie czas smrodliwego rozkładu, bo naraz stają się skałą, górą, po której, jak chce poeta, kiedyś pozostanie jeno czysty piasek.

 Timo rozmyśla nad odmianą. Czy to możliwe? Czy jest możliwa? Jaka, w co? Gdybyż tak w kamień. Ale słońce świeci i nic się nie dzieje... Baśniowość w życiu ma swoje granice...

 Sięgnął do kieszeni po komórkę. Była rozładowana. Zważył ją w dłoni. - Ale ją można zamienić w kamień. Dziecinada, a jakże - smutna sprawa... Czary - mary... Siup! I już jej nie było. Tylko coś syknęło w gęstym listowiu. Telefon przeleciał nad dachem samochodowego trupa i zniknął w zdziczałym gąszczu.

 - Rzuciłeś czymś? - spytał Vernick powracający z siusialnianego spaceru.

 - Zwykły kamień - odparł Timo.

 - Tylko ty nie baw się w wandala.

 - Ach nie, nie celowałem w truchło - oznajmił patrząc nadal na górę i małą miejscowość przyklejoną do brzegu morskiej zatoczki. Szosą przecinającą miasteczko mknęła połyskująca srebrzyście cysterna. Zmierzała w kierunku, w którym i on sam powinien już dawno zdążać...

 Co zostało, gdzieś tam?... Czy śmierć może tak sobie uciec? Rainer z pewnością żyje. Nic mu nie zagraża. Może trochę tęskni, gdy przejeżdża pod jego oknem, na ulicy, której zabudowa przypomina dwa rzędy wywieszonego do suszenia pstrokatego prania? Ech, w gruncie rzeczy okropieństwo, które przylgnęło tam, gdzie wyczuło coś równie okropnego...

 - Dużo jest ludzi, którzy w niczym nie są dobrzy, prawda? - spytał Timo.

 - Dlaczego?

 - Nic, tak sobie mówię. Niczego nie umieją i niczego nie chcą. I jeszcze na dodatek nie mają żadnego wdzięku. I jeszcze są tacy, z którymi nie sposób być. Uprzejmość niektórych nawet sprawia, że próbują, ale po pewnym czasie machają ręką... Ludzie byle jacy, jakby takich ludzi w ogóle miało nie być. Brzydkie muchy, od których najlepiej się opędzać...

 - Z ludźmi gorzej niż z muchami. Muchy bywają brzydkie, ale żadna z nich nie jest zbędna...

 - Tak, nie ma co. Święta prawda...

 - Że co?

 - Że pieniądze są jedynym przyjacielem człowieka.

 - Nie da się ukryć. Dobrze traktowane naturalnie...

 - Przyszedłeś mi szczać w maliny? - rozległo się nagle gromkie pytanie, a zaraz za głosem zza węgła wyłoniło się jego źródło. I znów Timo musiał poddać się zaskoczeniu, tak jak w przypadku domu, bo znów coś nie pasowało do jego wyobrażeń, myślał bowiem, że zastanie tutaj jakiegoś tęgawego obszarpańca, a tymczasem jego oczom ukazała się postać wprawdzie niedbała, ale tylko do pewnego stopnia, gdyż Jan okazał się mężczyzną wcale przystojnym, szczupłym, opalonym i zniewalająco, lśniąco uzębionym. Nie miał też wielodniowego zarostu, a jego włosy były starannie przystrzyżone. Całkiem pasował do tego domu - sam był zadbany, ale w byle jakiej - można rzec - dzikiej, kloszardzianej oprawie, nosił bowiem starą, postrzępioną koszulę, aż świecące z brudu spodnie i mocno sfatygowane trampki. W dłoni trzymał starannie okorowany kij, którym mocno wymachiwał zmierzając w kierunku gości.

 - Nie sądzę, by tym malinom mogło coś zaszkodzić. Zobaczysz, kiedyś coś ci się stanie i żadna pomoc nie zdoła się przez ten maliniak przedrzeć.

 - Co miałoby mi się stać, do cholery?

 - A jakby jakaś choroba?

 - Ty mi tu, kur..., z chorobami nie wyjeżdżaj - ryknął z udaną wrogością. - Nie uważam, bym prowadził jałową egzystencję, więc po diabła mi choroby, a? I na przyszłość, nie lej mi pod domem. Poszedłem, by się trochę pokochać ze światem i nagle patrzę, jak mi tu stary dziad jakiś potrząsa swym kranikiem pozbywając się resztek tej tam uryny.

 Jan nie przestawał wywijać swym kijem.

 - Ha! - zawołał Timo jakby dokonał jakiegoś oszałamijącego odkrycia. - Kochać się ze światem! Ależ tak! Ma się rozumieć! Wtedy tylko, gdy każdy jeden przejaw ludzkości znajduje się co najmiej w odległości odpowiadającej długości tego kija!

 - Kurwa, toś go wyłowił!! - krzyknął Jan zwracając w tej chwili uwagę na Tima.

 - Ależ to junior.

 - Co, co? Jaki junior?

 - Jak to, jaki? Przyjechał.

 - Jeden się utopił, drugi przyjechał... Powariowali. To książkę o tym napisz teraz.

 - Właściwie to on już ją napisał. Zanim się tu zjawiłem.

 - Pojebańcy, dajcie spokój.

 - Widzę ogolony, ostrzyżony, znać, że ci czas w drogę - powiedział Vernick.

 - A tak - potwierdził Jan. - Za dwa dni lecę do Kopenhagi, a stamtąd do Nuuk.

 - Do Nuuk?

 - A tak. Ja, bracie, kurwa, potrzebuję świątyni...

 - Że też tak musisz przeklinać...

 - Dajmy pokój manierom - powiedział Timo jakoś dziwnie ożywiony. - W nich, do diabła, najczęściej kryje się nieżyczliwość, a nawet więcej - podstęp i zło.

 - Junior - mruknął jakby z uznaniem Jan i stuknął Tima końcem kija w pierś. - To co, kutasy, może małego sznapsa? Jazda!

CDN

15:56, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
piątek, 18 października 2013
Uprzejmość XXIV

(Nie wiem, o co chodzi i nie wiem, jak z tego wybrnąć...)

- Tak, zmęczony - odparł Timo. - Gdybym był teraz w swoim miejscu, znów bym się tak poczuł. Nie musiałbym się specjalnie wysilać... Zresztą, moje miejsce.

- Tak, tak, miejsce... - szepnął Paul. - Bywają miejsca, które potrafią człowieka zezłościć. Zapewne za chwilę zachce nam się sikać, dobrze więc poszukać zawczasu miejsca, w którym moglibyśmy sobie ulżyć. Bo przecież nie będziemy się załatwiali jak zwierzęta. - Cholerne morze - dodał jeszcze, gdy wyszli z przystankowej wiaty.

 Wyciszona zatoka. Martwa woda, gładka jak lustro, w którym przegląda się góra. Bajeczny obrazek, jeden z tych, jakie kiedyś artystczny proletariat odwzorowywał na płótnach na potrzeby niemieckich saloników. Krzepkie piękno, nieznośne w oleju.

- Połyka ludzi - powiedział Timo.

- Moja babka przeklęła je na amen. Gdy zbliżała się pora połowów zimowych wściekała się na swój los, na niepewność, na wieczne kłopoty. Wszystko wisiało na włosku albo -  lepiej powiedzieć - bujało się na falach nieobliczalnego żywiołu. I każdego roku dyszał nad karkiem lichwiarz... Dziad umiał tylko łowić. Morze było mu pisane. Można rzec, był to twardziel - dupa... Nie gadaj, kobieto, tylko lej tutaj - mówił do babki, każąc jej sikać na liny, haki i co tam jeszcze... Kobieta była zjawiskiem niepożądanym w rybackiej łupinie, ale moc miała w pęcherzu, przynoszono jej więc sprzęt, by go na swój sposób poświęciła... Niech złoty deszcz będzie dobrą wróżbą... A potem znikali za cyplem. Siłacze. W wiosce zaś robiło się pusto. Zostawały siłaczki i potomstwo, pewnie też jakiś idiota, który zawsze przecież wzbogacać musi społeczność swoją niesamowitością, oraz starcy. Babka z tęsknotą opowiadała o swym dzieciństwie, o zielonych łąkach, o krowach, o zacisznych dolinkach z dala od paskudnego rybiego królestwa... Kobiety złaziły się wieczorami, by paplać i wiecznie coś dziergać. Każda z ogromnym kamieniem na sercu. Owe kamienie spadały dopiero wtedy, gdy zza cypla wyłaniały się na powrót absurdalne łupiny. Chociaż niektóre spadały prosto na nogi, bo nie wszyscy wracali... Jak dobrze poszło, na stole lądowały pieniądze, dziwnie paskudne, brudne, jakby wydarte z jakiejś wstrętnej, śluzowatej gardzieli. Miały skłonność do szybkiego znikania. Ale tak to jest - arcyciężko zapracowane pieniądze są zwykle brzydkie i trudno im usiedzieć na miejscu. Takie taktowne brzydale, które nie chcą straszyć i szybko się ulatniają. Chociaż człowiek z chęcią wybaczałby im ich szpetotę i wolałby, aby jak najwięcej tego brzydactwa mieć w kuferku... Babka chciała, by jej syn nie szedł na morze. Lecz jej modły nie zostały wysłuchane. Jego chęć była inna. W końcu dziada morze nie połknęło - ostatecznie wylądował na brzegu w postaci sękatego pniaka. W ostatnich latach swego życia był kawałem dobrze zakonserwowanego drewna z ogromną, śnieżnobiałą brodą. Często przesiadywał na przystani i patrzył na młodych jak tajemniczy, małomówny bożek morski. Syn był dumny ze swego ojca i podziwiał to stare, osobliwe, spracowane męskie piękno, które ożywiało się tylko wtedy, gdy ktoś chciał słuchać historii o połowach. A było o czym słuchać, bowiem dziad śmigał jeszcze po falach jak prawdziwy wiking. Bo w czasach jego odpoczynku gołe łupiny były już tylko wspomnieniem. Zawitała wszak nowoczesność. Okazała się ona jednak mało skuteczna w zmaganiu się z żywiołem, przynajmniej w przypadku mego ojca, bo ten właśnie poszedł gdzieś na dno razem z całą tą nowoczesnością... Syn brodatego bożka okazał się łakomym kąskiem. I może morze uczyniło dobrze, bo przecież boski syn nie byłby raczej dumny ze swego syna - wątłego, lękliwego chłopca, który nie bardzo umiał posługiwać się swym opornym ciałem. Byłoby obelgą dla morza, gdybym swoimi niezgrabnymi kończynami chciał coś z niego żywego wydostać. Kiedyś próbowałem zarzucić wędkę, ale ryby odmawiały ofiarnej współpracy... To był jeszcze jeden powód do drwin. Mnie się nic nie udawało. I morze mnie jakby ostrzegało... Nie lubiłem wody, a gdy sprowadziła ona nieszczęście, całkiem się odeń odwróciłem. Pognałem w głąb lądu - śmieszny pieszczoszek gdaczących kobiet, synek dziuraworęki, wieśniaczyna... Ludzie to też morze - syczące i uszczypliwe. Równie łatwo w nim utonąć. A ja marzyłem o tym, by mnie wreszcie chciało przyjemnie kołysać. Obrzydliwe i znienawidzone. Ale cóż - trzeba było przecież wyłowić zeń pieniądze. Wszystko postawiłem na jedną kartę, co naturalnie niepokoiło moich bliskich, nie miałem jednak innego wyjścia. Rozsądek zawsze mówi, że trzeba zabezpieczyć sobie rozmaite wyjścia, możliwości - rozsądek innych zdaje się jednak nie wiedzieć, że ci, co stawiają w życiu wszystko na jedną kartę, nie mogą postąpić inaczej, gdyż tylko tę jedną kartę posiadają. W gruncie rzeczy niczym nie różniłem się od dziada i ojca, wszak oni też umieli tylko jedno robić. Naturalnie łowienie ryb nazywano konkretnym, dobrym fachem, nie to co jakieś tam pisaniny... O ileż jednak było mi radośniej... Dziwne, że po latach zdecydowałem się wrócić nad morze. No, ale byłem taki uczynny i pozbawiłem przyjaciela kłopotu - tak dziwnie go ten samobójca - figlarz wypłoszył stąd. No i proszę - twój ojciec wykazał się gniewem i rozbił dechą łeb kompozytorowi, a potem postanowił zrobić sobie wakacje i przestał się starzeć, słowem odmówił współpracy z czasem. Ale czas znalazł sposób. Po to wróciłem nad to morze paskudne, żeby znów mi kogoś połknęło. Obrzydliwość. Że też się zachciało tym cymbałom pływania!... I nagle zjawiasz się ty, demolujesz sklep recytując Shakespeare'a...

- Dziwnie to jakoś przewidziałeś - powiedział Timo.

- Hm... To rzeczywiście trochę niepokojące, biorąc pod uwagę, że masz utopić kalekę.

- Sprawa wygląda na przesądzoną.

- Tak, życie ma skłonność do naśladowania literatury.

- Czy nie wyraziłeś wcześniej czegoś wręcz przeciwnego? A może mi się tylko wydaje...

- Ach tak. No tak, to wada wielu dzieł. Ale jeszcze jak życie znów zabiera się za naśladowanie. Nie, to już prawdziwy obłęd. No, a teraz pozbądźmy się szkła i ruszajmy w poszukiwaniu toalety. Naturalnie moglibyśmy wrócić do domu, ale nie chce mi się tam teraz siedzieć. Mam tutaj przyjaciela, tam, w tym domku pod lasem. To taki trochę niedomyty dziwaczek z wielodniowym zarostem. Bywa czasem kostyczny, ale to nic nie szkodzi. 

 Timo i Vernick ruszyli spacerowym krokiem w kierunku małego domku kryjącego się w zaroślach pod lasem.

 Paul kontynuuje: - Człowiek ten ma na imię Jan i jest obcokrajowcem. Wygląda ubogo, choć jest prawdziwym bogaczem. Właściwie chciałbym pokazywać go wszystkim napotkanym ludziom, by ich podrażnić, by pokazać im złośliwie, że najlepszym przyjacielem człowieka są pieniądze. Oczywiście nie pieniądze mozolnie zarabiane. Bo zarabianie pieniędzy łączy się zazwyczaj ze zmniejszaniem dystansu do ludzi. Trzeba się mrowić z nimi, bawić w znajomości często na wyrost nazywane przyjaźniami. Słowem - trzeba człowiekowi w takich okolicznościach nadstawić głowę, by ciągle ktoś w niej mieszał na prawo i lewo. Jan ma maszt i wiesza na niej flagę, jak większość tutaj, tyle że jego flaga ma barwę cytrynową, bo taki jest jego ulubiony kolor. I może sobie kupować uśmiechy. Sam nikomu w głowie nie miesza i niczego nie chce. A jeśli już ma jakąś skromną potrzebę, to po prostu płaci. Nie wierzy w miłość, bo uważa, że ludzie to przecież też zwierzęta, tyle że zwierzęta majaczące. Zwykle gada: mówisz róża, myślisz cipa... Tak, tak, w duchu Strindbergowskim można by do tego dodać zachowania mniej poetycznej części ludzkości: mówisz gruchu i mrau mrau, myślisz - w zależności od epoki - sadło, dziczyzna bądź portfel. Naturalnie trudno byłoby komuś się w nim zakochać, bo jego zapach jest raczej stajenny, jego strój nędzny i niemodny, no i często ma rozpięty rozporek. Chociaż gdyby rozeszła się wieść, jakimi kwotami dysponuje, na pewno posypałyby się jakieś propozycje natury matrymonialnej... Strindberg powiada, że małżeństwo nie jest żadnym boskim wynalazkiem, tylko pomysłem kurwy i alfonsa. Kim była ta pierwsza, która odkryła, że może się sprzedać? I kto odkrył, że mężczyzna zechce kupić jej wdzięki? Jan w każdym razie nie kupuje... Często mu dokuczam, że przydałaby mu się jakaś dodatkowa dusza, takiej płci, jakiej jego wewnętrzne bydlę oczekuje, ale on mówi, że się z bydlęcia otrząsnął. Ejże, wołam wtedy - toć wali od ciebie jak od capa... No i mam na co pluć - odpowiada. - A w niedzielę robię sobie kąpiel i bydlę leci w ściek... Coś mi się zdaje, że ma za sobą jakieś bardzo nieudane i burzliwe pożycie. A teraz ma życie po pożyciu. Być może stał się cud, jak w książęczce, że tak się mógł wyzwolić i zasiąść w swym królestwie w zaroślach pod cytrynową flagą? Nie mam pojęcia, dlaczego jest bogaty... Mnie naturalnie ufa. Jest mu lżej, kiedy ktoś wie, że mógłby nas tu wszystkich kupić. I cieszy go to, bo nie ma we mnie zawistnika, bo ja się tylko z tego śmieję... Pozwala mi patrzeć na swoją pracę. To artysta, choć i nie artysta... Kiedy usiłuję odczytywać jego malarskie prace, prosi mnie, bym nie pierdolił... Ja to robię, powiada, bo - popatrz - tu mam miedziaki na bułeczkę i kawusię. One zawsze są... Gdyby było inaczej, nie mógłbym tego robić. Choćby przez czystą uczciwość. Wcale nie potrafię malować, a i też nie stać by mnie było ani na napisanie, ani nawet na zaakceptowanie napisanej przez kogoś broszurki objaśniającej uczenie moje kolorowe trele morele... Kiedyś podesłałem mu artystkę... Mam dla ciebie mordę, a nawet rozpięty rozporek do tej twojej siatki plastikowej. Zjechaliśmy do niego. Artystka była zachwycona, bo znalazła i syf, i rzeczywiście rozpięty rozporek. Z trudem namówiła Jana na fotkę. Napełniła czymś do połowy siatkę z napisem REMA 1000, dała mu ją do łapy i cyknęła mu fotkę na tle krzaka. - Co to, kruwa, ma być? I już żeś, panienko, dzieło stworzyła? - Okazało się, że tak, bo łebska panna wyłożyła mu całą sprawę w jakiejś oszałamiającej nowomowie... - No, ma się rozumieć - powiedział - teraz wszystko jasne... Artystka z wyrazami sympatii przysłała mu odbitkę w dużym formacie, którą powiesił na honorowym miejscu. Wprawdzie obaj nie pamiętamy, co artystka chciała przez to zdjęcie powiedzieć, ale to przecież nie jest takie istotne. Na jakiejś zasadzie jest to dzieło sztuki. I kiwali przy tym i innych tego typu obrazkach głowami widzowie od Oslo po Madryt. Coś sprawia, że ludzie kiwają głowami, ktoś te głowy umie rozkiwać, tak jak ktoś umie sprawić, by kupa blachy latała - widzimy, że lata, choć dla nas, laików, to trochę niepojęte. Ktoś zawsze zna zasady, sprawiające, że dzieją się istne niemożliwości, z powodu których takie małe myszki jak ja drapią się po głowie... Jan jednak nie umie, jak twierdzi, tworzyć dzieł sztuki, chociaż potrafi całymi dniami zastanawiać się nad a to jakąś czerwoną plamą, a to niebieską linią... Ale to nie jest tak, że całkiem brak mu zdolności, co zresztą będziesz miał okazję ocenić. Czasem robi pejzaże. Nawet w tym celu odwiedza Amerykę. Taką ma fanaberię. Raz w roku leci do Ameryki. I żałuje trochę, że nie żyje ze swoimi pieniędzmi w dawniejszej epoce, kiedy do Ameryki zazwyczaj udawali się ludzie, których nie stać było na bilet. Wtedy byłoby to coś zwariowanego. Bo dziś... Ech, zresztą, co to za Ameryka, mój Boże. Raz się wybrałem do tej Janowej Ameryki. Skorzystałem z okazji, bo Ljan namówił mnie do wyjazdu do Nowego Jorku, gdzie miano trąbić to nasze dziecko o Wolundzie. Urwałem się na kilka dni, żeby odwiedzić Jana... Padłem na kolana wołając: Zlituj się, Janie!!... No, i oto jesteśmy. Teraz jeszcze łatwo do niego dojść. Gdy lato jest już dojrzałe, człowiek tonie tu w paprociach... Istny tu zielnik...

CDN

17:21, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 14 października 2013
Kobieta i drzewa. Halldis Moren Vesaas

Co takiego można powiedzieć o drzewie... Jest jednonogie i wielorękie. Bywają takie drzewa, co zielenią się przez całe życie. A inne znów każdego roku rozbierają się do czarnej nagości. Są drzewa szczęśliwe, objęte opieką, szumiące pośród tłumów sobie podobnych, szczęśliwych istot. Są też takie, jeszcze szczęśliwsze, którymi nikt się nie opiekuje - te rosną w niedostepnych dziczach. Lecz bywają i drzewa samotne, poszarpane przez wichry, przez nikogo nie chronione. Drzewa chore, ciągle przez kogoś nękane, okaleczane... Są i drzewa parkowe - prawdziwa, wypielęgnowana arystokracja, korzystająca z przestrzeni, w której pyszni się swymi rozłożystymi koronami... Bywają drzewa, o których miałoby się ochotę powiedzieć, iż są nierozsądne, bo wyrastają w jakichś zupełnie dziwacznych miejscach - a to w rynnie jakiegoś zaniedbanego domu, a to w jakiejś garstce ziemi pośród skał - w takich okolicznościach trudno o szczęśliwą długowieczność, ale cóż - trwają tam, gdzie posiał je los, trwają z uporem typowym dla życia...

 Ludzie też tak wyrastają, jak drzewa. Jedni żyją i szumią w tłumie. Inni zaś stoją samotnie na miedzach. Albo, pośród rozmaitych nieszczęść, wiszą nad jakimś strasznym urwiskiem, beznadziejnie powykrzywiane, ledwo zipiące... Zwykle trzymają się swych miejsc, choć owe miejsca bywają takie niełaskawe. Niektórzy zaś próbują ukorzeniać się gdzieś indziej. Sami się przesadzają. A z przesadzanymi drzewami bywa różnie - jedne odżywają, inne całkiem marnieją...

 Lubię drzewa. Lubię patrzeć na nie i wśród nich chodzić. Każde warte jest uwagi, i wielki dąb, i stara sękata jabłoń, i dorodny świerczek, i jakiś mały śliwkowy dziczek... Wszystko jest urocze. Choć najbardziej lubię świerczki... Kiedyś, jeszcze w norweskich czasach, miałem przyjemność mieszkać koło świerkowego lasu. Jeżył się pięknie tworząc od północy bliski horyzont i gdyby nie czubek wyrastającej ponad lasem góry, można by pomyśleć, że dalej nie ma już nic, tylko spotykające się z ziemią niebo... Lubiłem przesiadywać na schodach u wejścia do domu i patrzeć na ten spokojny las stykający się z niebem. Im bardziej dojrzałe było lato, tym cudowniejsze światła rozpalały się nad ciemną ścianą lasu. Zapadał zmierzch, który niepostrzeżenie przemieniał się w świtanie. Sen wydawał się całkiem zbędny wobec cichego spektaklu darowanego przez jawę. Cisza obezwładniała, była gęsta i ciężka, kazała siedzieć i patrzeć... Można by bawić się w porównania, sięgnąć do skarbczyka po szkatułkę z klejnotami, by wyłowić z nich cudowności dające nazwę barwom, kamienie i perły, i metale: złoto gorące dla słońca, i chłodne srebro dla porannej rosy na łąkach...

 Pomyśałem sobie o drzewach, a zaraz potem o poetce, co żyła wśród drzew... I o jeszcze jednej pani od drzew...

 Pierwsza pani to Halldis Moren Vesaas (1907 - 1995), żona Tarjei Vesaasa, wybitnego norweskiego pisarza. Nie znamy jej tak dobrze, jak znamy jej męża, ale i ona ma swój ciekawy dorobek. Kiedyś tam ukazała się u nas jej książeczka "Wczesną wiosną" - przyjemna rzecz, dla młodzieży, dziewczyńska, ładna, mądra, o dojrzewaniu, o pierwszych ważnych spotkaniach z życiem, w którym nie zawsze wszystko układa się po myśli... Zapewne kiedyś, gdy wspominałem tu jej męża, wystukałem też kilka słów na jej temat, o tym, że była córką pisarza Svena Morena, że pochodziła z Trysil w leśnym Hedmarku... Ale wypada może powiedzieć coś jeszcze. Z wykształcenia była pedagogiem. Jakiś czas pracowała jako urzędniczka w Oslo. Potem kilka lat spędziła w Szwajcarii pracując w charakterze sekretarki radcy handlowego. Aż wreszcie poznała Tarjei Vesaasa (chyba, jeśli dobrze pamiętam, dzięki Mikkjelowi Fønhusowi) i wyszła za niego za mąż. Odtąd jej stronami stał się Telemark.

 Halldis Moren Vesaas działała na wielu polach. Pisała wiersze, książki dla dzieci i młodzieży, eseje, a także zajmowała się twórczością translatorską (tłumaczyła na norw. m. in. dzieła Shakespeare'a).

 W utowrach pisarki mnóstwo jest ciepła, uczucia, natury, wiele refleksji na temat szczęścia w życiu. Jej twórczość cechuje miła prostota. Opublikowała m. in. tomiki: "Strender" (Brzegi) traktujący o miłości, "Lykkelege hender" (Szczęśliwe ręce) o domowym cieple i macierzyństwie... Z końcem wojny napisała "Tung tids tale" (Słowa w ciężkich czasach) pełne upartej wiary w człowieka, zaraz jednak, w tomiku "Treet" (Drzewo), pojawiły się w jej twórczości nastroje pełne niepokoju, obawy przed zniszczeniem, strachu przed wojną, przemijaniem...

 Drzewo to ulubiony symbol poetki. Wzrastanie, wspaniałość rozkwitu, upadek, tuż obok zaś nowe życie, nowa nadzieja...

 Zaraz przypomniano sobie o drzewach Halldis Moren Vesaas, gdy w 2004 roku w Oslo Pokojową Nagrodę Nobla przyznano pani Wangari Maathai, afrykańskiej działaczce, twórczyni kobiecego Ruchu Zielonego Pasa, z której inicjatywy posadzono w Afryce miliony drzew i dzięki której tysiące Kenijek znalazło zatrudnienie. Ogłaszając decyzję o Nagrodzie, przywołano słowa norweskiej poetki, słowa o kobiecie niestrudzenie sadzącej drzewa...

 Ziemio, obyś była spokojną...

HALLDIS MOREN VESAAS

Kobieta sadzi

Kobieta sadzi drzewo,

na kolanach, jak ktoś pogrążony w modlitwie,

sadzi pośród resztek wielu drzew

powalonych przez burze.

Na nowo musi próbować,

być może jedno wreszcie

zdoła wyrosnąć w pokoju.

Patrzy na dłonie rozpostarte na ziemi,

jakby własnemu spokojowi próbowała nakazać,

by wyciszył jej złowrogie drżenie.

Och, ziemio, uspokój się,

bądź spokojna, by moje drzewo mogło wzrastać.

                                          przełożył Kiljan Halldórsson

15:22, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
czwartek, 10 października 2013
Jacyś ludzie

 Coś mnie przytkało. Coś mnie struło. Ostatnie dni miałem dość kłopotliwe. Aż mi się rankami nie chciało otwierać oczu... Doprawdy ostatnio przyjemne miałem tylko noce. Ach, żeby tak można było spędzić taką wielką noc, nie z jakiegoś dnia na jakiś dzień, ale taką noc - powiedzmy - z października na maj... Zawsze powtarzam, że nocami świat normalnieje...

 Słów mi ostatnio brakuje... Jak znajduję trochę czasu, to się gapię. Zrobiło się tak ładnie, tak żółto, jesienno - wiosennie, bo zażółciły się klony i topole, a na trawniku znów zakwitł mniszek.

 Czasem zerkam do późnych dzieł Hamsuna, w kolorową biologiczną miazgę, w świat, gdzie człowiek wiedzie swe życie w ogromie, w próżni, w jakiejś niemożliwości, w czymś, co nie ma żadnego właściciela...

 Momentami dopadają mnie smutki. Ale to nic dziwnego. Jak się człowiek przeczołga przez depresję, to w jego głowie już na zawsze pozostaje taki czarny kleks, bynajmniej nie zaschnięty, gotowy rozlewać się po mózgu mrocznymi odnogami... Paskudny kleks. Trzeba dobrze kręcić głową, by tę niezaschniętą czerń utrzymać w jednym miejscu, na jak najmniejszym obszarze, by była jak najmniej kłopotliwa.

 No i tak... Nie mając nic szczególnego do powiedzenia, dam pogadać poecie... Taki utwór mi się nawinął pod rękę:

ROLF JACOBSEN

Jacyś ludzie

Jacyś ludzie wyrastają z naszego życia, jacyś ludzie

wchodzą w nasze życie

i rozsiadają się nieproszeni,

jacyś ludzie

przechodzą obok obojętnie, jacyś ludzie

dają ci różę,

kupują nowy samochód,

jacyś ludzie stoją zbyt blisko ciebie, o jakichś ludziach

całkiem zapomniałeś,

jacyś ludzie, jacyś ludzie

to ty,

jacyś ludzie,

których nigdy nie widziałeś, jacyś ludzie

jedzą szparagi, jacyś ludzie

są dziećmi,

jacyś ludzie wspinają się na dach,

siadają przy stole,

wylegują się na hamakach, spacerują pod czerwonymi

parasolami,

jacyś ludzie patrzą na ciebie,

jacyś ludzie nigdy cię nie dostrzegli, jacyś ludzie

chcą cię trzymać za rękę, jacyś ludzie

umierają nocą,

jacyś ludzie to inni ludzie, jacyś ludzie to ty, jacyś ludzie

nie istnieją,

jacyś ludzie tak.

                      przełożył z norweskiego Kiljan Halldórsson

14:43, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
sobota, 05 października 2013
Pociecha duchowa

- Cholera, zimno się robi - powiedział Franio zerkając na termometr za oknem.

- No, co poradzić. Pogoda nas nie rozpieszcza. I kaloryfery zimne. I ja jakoś mało erotycznie usposobiony jestem. Widać, ostygły mi gruczoły pod nosem.

- O jej, tak szybko stygniesz? To może ja ci podmucham suszarką do włosów?

- Obawiam się, że to nie wystarczy. Weź od razu farelkę.

- Martwisz mnie, Misiu.

 No, takie sobie dialogi głupawe prowadzimy inspirowani rzeczywistością, którą ubarwia niezwykle stan kościelnych umysłów...

 I śmieszno, i straszno, i bezczelnie...

 Dziwaczna była rozmowa księdza o ponurej sławie z dziennikarskim niczym... Cóż to była za relacja, że dziennikarzyna tak się nie wykazała? Jakiś zabobonny lęczek wieśniaczyny w konfrontacji z szamanem świętym?... Księżyk przeprosił za... naiwność. Ciekawe... Skrzywdził, bo zaufał? Jakoś tak to chyba brzmiało? Czyli co sobie trzeba pomyśleć? Przebrzydłe dzieciaki okazały się mało dyskretne?... Nie, nie, nic nie rozumiem... Jak dla mnie, to rzecz jest paskudna, a oczęta niezbyt szczere...

 Rozbrajająca jest ta chęć instytucji nabożnej do umycia rąk. Niestosowne jest jej obwinianie. I aż włos się jeży na głowach książętom panom na myśl o płaceniu odszkodowań... Niech się martwi sprawca, przestępca, sam. Nagle sam on zostaje. Wychowanek ich szkół, podwładny... Ci, co chcą wszystkich pouczać, którzy samych siebie uznali za moralnych przewodników, moralnej odpowiedzialności przyjąć nie chcą... Ale zapłacą. Myślę, że wkrótce ruszy lawina pozwów, tak, jak to stało się w innych krajach.

 Póki co, nic się wielkiego dla nich nie dzieje. Przecież to znowu nie aż takie wielkie zło - człowiek ma w końcu swe namiętności, gruczoły pod nosem, które tak rozbudza upał pod palmą... Przecież zło prawdziwe czai się gdzie indziej: w kucyku czy w kiciusiu z kreskówki, Lady Gaga jest zła, serek kozi za 6 zł. 66 gr., no i też ideologia gender (chociaż jaka to znowu ideologia kryć się może w zwykłej mieszance socjologii i kulturoznawstwa, w naukowym opisywaniu świata - to raczej rzeczywiście ponura ideologia stara się walczyć z nauką, z jakimś rozsądnym podejściem do człowieka...) Tyle jest zjawisk, w których czai się demon. Ale na pewno nie w opierścienionym kłamstwie, chciwości, pragnieniu władzy despotycznej, w łajdactwie, w gwałcie...

 Osobiście nic nie mam do kapłanów. Żaden mi krzywdy nie zdążył wyrządzić. Ja zresztą już jako dziecko dałem sobie spokój, bo w trzeciej klasie podstawówki odmówiłem brania udziału w dziwactwie katechezy, głownie właśnie za sprawą księdza, który usiłował mnie upokorzyć za moją wesołość. Wyszedłem, i się skończyło. I nie pomogły prośby i groźby. Dopiero presji uległem przy okazji bierzmowania - bo co ludzie powiedzą. Więc się w siódmej klasie dla świętego spokoju zapisałem na religię, kłamiąc księdzu w żywe oczy, że wcześniej nie chodziłem na katechezę, bo byłem w... Iraku. (Czemu akurat w Iraku, te go nie wiem.) I - no własnie - ta głupia presja... Po latach znowu uległem. Wrobiono mnie w rolę ojca chrzestnego... I tak właśnie ulegamy, i interes się kręci - opieka duszpasterska hula w najlepsze, pieniądze się sypią, a ludzie mają spokój, bo jakieś zdewociałe ciotki nie skrzeczą i nie obmawiają. Nawet ludzie bezbożni są w takiej sytuacji źródłem dochodów, bo tak się już urobiło, że Kościół to taki punkt usługowy, w którego katalogu figurują rozmaite rytuały, zaklęcia, pochówkowy spacer ze śpiewem... I tak albo człowiek sam idzie, albo go szarpią do tego serwisu. Lecz treści w tym - przynajmniej dla mnie - żadnej.

 Dużo w nas jeszcze takiej wsiowości, takiego właściwie pogaństwa z kapłanem - szamanem, świętym, nietykalnym, nieziemskim, zdolnym do zaklinania i przeklinania. Do dziś panie całują panom rączki i gną się ludzie w pokłonach. A inne nieboraki, by czcicieli nie drażnić, dają się wodzić za nos. I człowiek robi im dobrze... A recepta jest taka prosta - dać sobie wreszcie spokój, ogłuchnąć na skowyty miłośników szamanów, skończyć z finansowaniem żałosnych magików i nie posyłać do nich dzieci - to ostatnie zabolałoby ich najbardziej, bo to przecież jest istotna podstawa ich działalności - wmówić małym móżdżkom swoją świętość i moc nieziemską.

 Ostatnio natknąłem się na taki mały felietonik napisany przez jakiegoś księdza - ów ksiądz rozwodził się w nim o swoich zarobkach, a właściwie o braku wiedzy na temat tychże. Ile ja zarabiam? Ach nie wiem, nie wiem, nie wiem, czy w ogóle zarabiam... Ja wiem tylko, że całym sercem oddaję się swej pracy... Ach, cóż za szczęśliwy człowiek, doprawdy. Sam znam tylu ludzi, którzy pracują ciężko, a mimo to ciągle myślą o tym, ile zarabiają i boleśnie wiedzą, że wiecznie im brakuje, i ciągle muszą kombinować, główkować. Nie opierają i nie karmią ich siostrzyczki, nikt nie poleruje im posadzek... Kapłaństwo to rzecz bezcenna, rzecze kapłan. Ale już ilość i jakość włożonej pracy można ocenić. A ta praca jest ogromna i wspaniała. Kapłan zaczął się zastanawiać, co by było, gdyby nie było kapłanów. Niestety nie podzielił się swoją refleksją, swoimi wyobrażeniami, tylko stwierdził fakt, że się zastanawiał. I jeszcze wyliczył te wszystkie grupy, dla których są tacy niezbędni: młodzież, dzieci, chorzy, małżeństwa, starzy... Ach, ach, ach... Ileż przejawów życia do wychowywania, pouczania i do dawania duchowej pociechy - tej ostatniej chyba najwięcej, biorąc pod uwagę przekonanie o szczególnej mocy modlitwy... Trudno jakoś o wiekszą bezczelność.

 Tak się jakoś składa, że w moim życiu, w moim świecie kapłanów nie uświadczysz. I co? I nic! Sam umiem pomagać, bez wiary w bogów. I spotykam też fantastycznych ludzi, dalekich od wód święconych i zabobonnych szeptań. (Życie zawsze układa się jakichś ramach etycznych - bez tego by się nie dało funkcjonować i doprawdy, wierzenia są sprawą całkowicie drugorzędną.) Nikt mi nie musiał moralizować i mnie straszyć. A cudze pociechy? Do diabła z pociechami. To nic nie znaczy. Po co te majaczenia? Choć jeśli ktoś ich potrzebuje... I wierzy, że coś sobie może - wzorem życiowego doświadczenia - kupić także i w wmajaczonych głębiach ponad chmurami... No cóż, zawsze będzie miał chętnych do przyjęcia ofiary.... Z ludzkich tęsknot zawsze dobrze się żyło, do tego stopnia, że aż się pocieszyciel i przewodnik nie musiał zastanawiać nad tym, czy w ogóle coś zarabia...

 Kiedyś usłyszałem takie fajne zdanie. Nie przypomnę sobie, kto to powiedział... Nie ważne. Grunt że mam w pamięci te słowa: Mam w domu wielką skrzynię z duchową pociechą. Gdy ją otwieram, zawsze jest pusta...

16:24, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »