BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
niedziela, 30 października 2016
Jak elf jakiś nieziemski

Wiersz na niedzielę...

Himnabréf... Całkiem nieziemski list... Coś jakby się wkleja w moje odczuwanie, w moją pozycję... Czy to dobrze, czy źle?? Nieco lucyferyczna rzecz.

Linda Vilhjálmsdóttir

 "Himnabréf"

Jak niesfornego anioła

i mnie strącono

z nieba

i wiszę teraz

między niebem a ziemią

niczym elf albo duch

i liczę owce. Ja!

Z wrzącą lawą

w żyłach

i jednym czułym punktem

sinym półksiężycem

na piersi.

              przełożył Kiljan Halldórsson

czwartek, 27 października 2016
Odnoty

Odnotowania...

O - na przykład- kolejnym zdrowieniu. Nic nie robię, tylko, cholera, choruję. Tym razem to jedynie przeziębienie, ale uciążliwe, paskudne... Te syfy, charkania, wydzieliny... Ja tak nie lubię zajmowania się bzdurami ciała... O, rety, gdzie ja mieszkam!!?? Wielokomórkowe bagnisko - trzęsawisko... Aż moja dusza ironicznie chce kumkać... W beztytoniowym już od lat bezsmaku...

Odnotowania...

O - tak jakby ociupinkę lepiej słyszę. Nie wiem, czy potrzebnie... Nie - jednak wyłączyłem głosy ze śpiewogry o człeku, co na Ziemię spadł... "Lazarus". Próbowałem jeszcze jakoś się przymierzyć do tych dźwięków, ale nie daję rady... Co mi tam te śpiewy, choć przecież nienaganne...(?) Piosenki Davida Bowie, które zbyt lubię. W takiej odsłonie dobre może na jednorazowe przeżycie, na jeden wieczór w teatrze, przed kolacją z winem litościwym i jakimś tam zagadaniem... I tyle, i dość... Wartość pewnie dokumentalna - nic poza tym... "Lazarus" dźwiękowy jedynie to bukiet sztucznych kwiatków, a ponieważ sztuczne kwiatki boleśnie mnie przygnębiają, udaję od teraz, że w ogóle nie słyszałem tych potworności.

Odnotowania...

Cóż tam, panie, w polityce?

No, co... Głupia Antośka chyba przestała brać prochy. Przestała brać prochy, i ocaliła świat... Bladaczka wewnętrznej sprawy to ochoczo potwierdza, z pełnym, wysmakowanym na podniebieniu przekonaniem. Jak tak dalej pójdzie, pierzchnie na dobre niepokojąca wizja ataku Obcych, i to nawet z całkiem innej galaktyki...

A Prezesina promieniuje. Na ocalony świat. Leninowatą myślą polityczną...

Kraj z comiesięcznym Halloween... Niby tak się chcemy bronić przed obcymi wpływami, a przecież ładnie dostosowujemy zwyczaje do lokalnych kolorytów, mając nawet dynię gadającą... Znaczy - dostosowujemy - naród dostosowuje, ten pierwszy, bo Polska dziś parcelą narodów obojga... Takie sorty dwa...

Świętowania dość. Ze skowytem, ogniem żywym, z pląsem trumiennym, wampirycznym... Prawie że atrakcja turystyczna... Dziady z większymi od siebie krzyżami na użytek bluźnierczy, zła czczenie, diabła przywoływanie... A na koniec, ten, co odleciał, by się do prawdy zbliżać... Co miesiąc coraz bliżej... Kulminacja - wyniesienie na plastikową podstawkę akuku - dyniogłowego zbawiciela ponuropromiennego, o umysłowości przepastnej jak orzęsiona sadzawka, z bezlikiem deficytów, bez przeszłości...

Prawda tuż - tuż... O, biedna asymptoto... Ale ile paliwa na najbliższe miesiące... Blisko, blisko, coraz bliżej... Żeby tylko krwawej biegunki od tego sort pierwszy nie dostał...

Odnotowania...

W listopadzie stuknie 10 lat temu blogowi... Stary blog, no ale przecież jak się wejdzie w "nowy wpis", to tam zawsze taka młodziutka, biała świeżość ekranowej pustoty... Nieustanny pierwszy raz... Zawsze ta sama noc, ten sam dzień... Przed, po - sprawy nieistniejące... A ja - jak zwykle - całkowicie zniszczalnie zadowolony... Bo jeszcze przecież może być coś, jeszcze... Dobra są zawsze tymczasowe, uczy Schopenhauer.

Odnotowania...

Małe i wielkie plagi... Ciągle coś. Drgania, podpalenia... Nasze największe nawet może nikłe przy potwornościach, o jakich tylko słyszymy w telewizorkach. Ale nie trzeba tak zawsze odwoływać się do porównań... Choć warto się pewnie przyglądać, byśmy pamiętali, w jaki przemiał możemy się wpędzić, jeśli dziś zdecydujemy się na stylową obojętność względem naszych własnych zarobaczywień i zaropień... 

Ech, życie, życie, zawsze kłopotliwe, a ciągle z jakimiś lukami, gdzie jeszcze tyle miejsca na głupkowaciznę przesądów, dla których traci się tyle energii i czasu. Świat rzeczywisty, wbrew pozorom, może dać wiele spokoju, odsapu, ale wielu jakoś tego nie potrafi przyjąć... Od razu przyplątuje się jakiś demoniczny wypełniacz, diabełczydło wystrojone w jakąś stworzycielską szatę, z łepetyną w kręgu świetlistym, poczwary z zaświatów oszalałych, wystraszonych mózgownic, potworzone na lichą miarę ludzkiej wyobraźni, którym się zanosi ofiary, którym buduje się ozdobne świątynie, którym się składa śluby, którym się poświęca pielgrzymkowe spacery i oracje, które się przemienia w czczone ozdóbki... Te dziwne służby własnym wymysłom, groźnym czasem, trucicielskim, miesza się z rzeczywistością, tworząc z niej trudną do strawienia brudną zawiesinę... Niekiedy rzeczywiste istoty, z ciała i krwi, czujące prawdziwie, cierpiące, są niczym, śmieciem ledwie do zdeptania, bo tak chce bohater urojeń... Dla dziwacznych podpórek duchowych ludzie gotowi są innym stwarzać piekło.

W rzeczywistości jest wiele spokoju... Jest taki cierpliwy, czeka... Byle umieć mu się oddać...

Się staram.

12:52, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 17 października 2016
Z noblistą

 Fajnie... Bardzo mnie ten Nobel dla Dylana ucieszył. Uprawiany przezeń rodzaj sztuki doczekał się tak wielkiego uznania, że aż dech zapiera, bo przecież pieśniarz znalazł się w tak zacnym towarzystwie... Tam i moi ulubieni: Tomasz Mann, i Knut Hamsun, Lagerkvist, Laxness, Miłosz, Szymborska...

 Dylan jakoś tak specjalnie nie znaczy dla mnie wiele, ale oczywiście znam, znam, jak miliony innych... Wreszcie Nobel trafił do aż tak znanej i uznanej postaci... Mnie się kojarzy z dawnymi ogniskami, bo miałem kolegę, który namiętnie skrzeczał Dylanowe pieśni przy płonących polanach i patykach... I tak wiał wiatr przez świat, co to, bracie, mógł odpowiedzieć...

 Jak Dylan, to mi się zawsze w mózgownicy wczesny Bowie pojawia, który się dawno temu po Dylanowsku pierzył... No i jego "Song for Bob Dylan" z "Hunky Dory"...

 A jeszcze - pewnie - Traveling Wilburys... Grupka nieśmiertelnych, choć niektórzy już odeszli... George Harrison, Jeff Lynne, Tom Petty, Roy Orbison z tym swoim przepięknym głosem, no i Bob Dylan, z głosem "like sand and glue" według słów Davida Bowie... I oto teraz piosenka z, jak dziś wiemy, przyszłym noblistą... Miłe niespodzianki...

"Handle With Care":

10:12, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (4) »
środa, 12 października 2016
Z biegiem lat, z biegiem dni

"Człowiek się tak w młyn zamiele,

 że bywam, i bywam wiele:

 wist, partyjka, kolacyjka,

 bliscy, dalsi przyjaciele.

 Z biegiem lat, z zbiegiem dni

 ten umarł, tamtego brak:

 człowiek sobie marzy, śni,

 a z nudów przywdziewa frak -

 przyjechałem na wesele

 i choć mi niejedno wspak,

 jakoś, jakoś dobrze mi".

 Tak to Dziennikarz z Radczynią... W "Weselu"...

 Nawet teraz oglądałem, jak już wiedziałem o śmierci Mistrza... Znowu odszedł taki, co w tym polonezie biegły, co go wiódł jak mało kto... Czasem ciskano gromy, ale to nic nie zmienia... Rangi to postać wielkiej, gdzieś tam już z naszym Mickiewiczem, Norwidem, Wyspiańskim... Takie kultury naszej niebo, wierzyć chcę, nie ze św. Piotrem w bramie, a z Piotrem Skrzyneckim, bo miłe by to pewnie było panu Wajdzie.

 Mój Andrzej Wajda to to zacytowane "Wesele". Jeden z moich ukochanych filmów. Mój to klimat, jedna z moich lokalności... Dziewka z piętrową zagrychą do kielicha, poeta, błazna duch i inne straszydła, mgły, i zakręcona Rachela, co tak pędzi przez zamglony sad... Jedna z moich ukochanych scen...

 A "Z biegiem lat, z biegiem dni"... Ten cudowny spektakl w Starym Teatrze, uwieczniony potem w serialu, ocalający od zapomnienia trochę młodopolskich perełek, tak pięknie skomponowanych, by stworzyły 40 lat historii Krakowa, ostatnie czterdzieści lat do pierwszej wojny światowej.

 Te rzeczy wspominam od dawna ze szczególną serdecznością, z ciepłem i łezką... Zamiłowany w młodopolskości i w kulcie Wyspiańskiego... Taki ja - trochę wiking i trochę Polak, tego drugiego sortu...

 Teatr - Wajda  to przecież i teatr. Dobrze, że ocalony, utrwalony tu i ówdzie, by tę ulotność, jaką jest teatr, zatrzymać... To trochę jak muzyka - zdobi jakiś wycinek czasu, ów wycinek przywołuje... Młodych lat intensywność, a w niej "Hamlet" - taki od zaplecza zobaczony, z kobietą, z cudowną Teresą Budzisz - Krzyżanowską w tytułowej roli... Pokochałem ją wtedy. Zachwyca mnie do dziś, ta szalona Julka przemieniona w Hamleta... A chwilę potem jeszcze raz ona, w niemej roli, obok gadającej Krystyny Jandy, w drobiazgu, w jednoaktówce "Silniejsza" Augusta Strindberga... To było rzeczywiście wigilijne popołudnie, w scenerii bufetu przy Woronicza... Ten Strindbergowski drobiazg mam w sobie do dziś - to mistrzostwo jego i jego aktorek w tej małej pigułce - ta rzecz jako pierwsza zjawiła się w mojej głowie, gdy dowiedziałem się o śmierci Reżysera...

 Gdzieś tam już w przeszłości. Taki nasz, i taki jednocześnie światowy... Udała mu się ta trudna sztuka... Tak więc jest już gdzieś i z naszymi duchami, i nie naszymi, a też bliskimi, gdzieś tam, gdzie i Fellini, i Bergman...

Z biegiem lat, z biegiem dni

ten umarł, tamtego brak;

człowiek sobie marzy, śni...

10:26, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 06 października 2016
Tatrzańskie... Jastrun i Gluziński

 Jesień, jesień - trochę słońca, trochę chmur, deszcze i śniegi pierwsze, grzanie się wspomnieniem jeszcze nie tak dawnych ciepłot...

 Grzanie się wspomnieniem... Też o latach ciepłych i młodościach...

 Tatry też budzą wspomnienia. Niekoniecznie nawet ciepłe, gdy się weźmie pod uwagę atmosferyczne warunki. Najbardziej zaczarowana chwila - gdy lato już pożegnane, gdy już luźniej, a nawet całkiem bezludnie... Po szarościach nagła biel. Jasna i cicha, wszelkie dźwięki tłumiąca. Tatrzański Kraków cichy aż do obłędu. Tylko własną krew słychać w uszach...

 Krew ciągle szumi, choć może dziś już trochę leniwsza...

 Wtedy szumiała przeraźliwie, w szalonych meandrach...

 Te jej oczy i uśmiech. Niezapomniane. Przeurocza chłopczyca, górołazka, narciarka, z poetyczną duszą i talentem aktorskim... Cichym wieczorem listopadowym, na Ornaku, sypiąca te wszystkie słowa ze skarbczyka tatrzańskiej poezji... Zachwycała mnie ta osoba, na jakiś czas obdarzyła nawet uroczą przyjaźnią... Pokochałem Tatry też od literackiej strony, wtedy, nagle... I zawsze, gdy jestem w Kościeliskiej, na Ornaku, albo gdy przesiaduję nad Smreczyńskim, nie mogę nie myśleć o tej dziewczynie - chłopaku.:)... Kiedyś tam - maleńki przedział czasu, w którym zdążyło zadziać się wszystko... Reszta to już powtórkowa droga... Koła, koła, koła... Wokół czarnej dziury śmierci? Tak to wychodzi...

 Jesienią nie można bez Tatr... I bez poezji...

 Krytycy często się chyba zgadzają, że to jeden z najpiękniejszych wierszy tatrzańskich z dwudziestego stulecia... Sam ogromnie lubię ten wiersz. "W Tatrach" Mieczysława Jastruna (1903 - 1983). Tekst ten ukazał się w 1946 roku w wydanym w Łodzi tomie "Rzecz ludzka"...

 Dla milszych i cieplejszych akcentów w ten ponurej dzisiejszości...

Mieczysław Jastrun

 "W Tatrach"

Wciąż jeszcze wołasz na mnie z tej wielkiej oddali,

Gdzieśmy się pożegnali, poszarpawszy przestrzeń

Szczytami gór, gdzie gwiazdę nad nami zapalił

Wieczór z drzew otrząsając cienie bezszelestne.

  Tamta noc, zatrzaśnięta w walizie podróżnej,

  Jeszcze odjeżdża głucho hucząc nieboskłonem

  Wstecz porywanym. Żyliśmy z kwiatów jałmużny,

  Z groszowych listków brzozy, z cieniów pod jesionem.

Żyliśmy z krajobrazów, które ty umiałaś

Przywoływać, że w okna stukały obłokiem,

Że z dolin ulatniały się, by w naszych ciałach

Zimować jak kolory w powietrzu głębokim.

  Źrenice ich, podbite fioletem krokusy,

  Nagrzane w ciepłej trawie, miały w sobie ciszę

  I spokój gór. Wiatr nocny, który w ziołach usechł,

  Zrywałem ręką, co do ciebie list ten pisze.

I dzisiaj w dawne lata schodząc jak w parowy

Wyrąbane w błękicie dnia, w wyłomy nieba,

Znów zanurzamy ręce w potokach gradowych

Za gwiazdą, którą górska połknęła koleba.

  Skąd - z czarnej nawałnicy Tatr - ze środka zimy

  Weszliśmy w zieleń lata, gdzie pasterski szałas

  Rzucał cień w kształcie gwiazdy, i tam zachodzimy,

  Gdzie po raz pierwszy brzask jej surowy ujrzałaś.

 

*********************************

 

 I coś może jeszcze o naturze... Bywa, że ją kochamy. Ja kocham ją bardzo, choć wiem, że ona nie kocha mnie... Że w najlepszym razie z jej strony można się spodziewać jedynie takiej tkliwej obojętności, jak to chyba powiedział Camus... No, jest w niej pewna uprzejmość, zwłaszcza wtedy, gdy podchodzimy do niej z rozwagą, z ostrożnością... Ona nam wiele daje, jest szczodra - nie rani zanadto, grzeje, łagodzi i może w samą porę gasi... Jest w niej tyle cierpliwości... Człowiek, choć sam z natury, jakoś tak zapragnął wyrosnąć ponad nią - więc wiele kanciastości tam, gdzie tyle cierpliwego wygładzenia... Szkło rozbitej butelki - świeża ostrość, niebezpieczna, nienaturalna w wygodach uprzejmie przygotowanego otoczenia... Chociaż natura robi swoje - z nas też kiedyś będzie piękno, z naszych okropnych pamiątek, o czym opowiedziało nam morze w kalifornijskim Fort Bragg - ze szklanego wysypiska uczyniło prawdziwy skarb wyrzucając na brzeg stare kawałki butelek i innego szklanego śmiecia w postaci wygładzonych, nie kaleczących paciorków...

 Za jakiś czas, za jakiś czas... Tak - dla natury - rzeźbiarki nie straszny i granit... I po nas zostaną różne ślicznostki, ale najpierw, niestety, musimy się potykać i kaleczyć... Taki to my wyjątek. Na własnych kłodach i ostrzach...

 Taki wiersz. "Dno". Autor - Tomasz Gluziński (1924 - 1986). Taternik, narciarz, narciarski trener i poeta.

 Tomasz Gluziński

 "Dno"

zdumiewające

                     co może

zdziałać czas

głazy litego granitu

od skał potężnych

do najdrobniejszych kamyczków

                                               wszystkie

gładko zaokrąglone

rzeka

         zasłana

bochenkami granitu

dwadzieścia

                  trzydzieści

czterdzieści milionów

otoczaków

                żeby choć

jeden rogaty

                   ale nie

jedyna możliwość

skaleczenia

                 jak w karczmie

o dno

         rozbitej butelki

                             nad Białką - lipiec 1978 *

* z tomu "Szczątki emocji" (1982)

11:27, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 03 października 2016
Nieznajomość fizyki kwantowej

 Pogoda trochę pod psem... Ale ja lubię - fajne przytłumienia, domu przytulność wzrastająca. W świecie jakoś mniej dziś przytulnym i mniej przyjaznym, niestety...

 A zatem na czarno... W pełni popieram i cieszę się, że poruszenie i świat obiega, nawet mój ukochany islandzki zakątek. :)) Głośno o nas, choć chciałoby się, by było o nas głośno w jakimś przyjemniejszym kontekście.

 Nagle powrót klimatów z dyktatury ciemniaków. Wydawać by się mogło, że to się już nie powtórzy, a tymczasem widzimy, jakich cudów potrafi dokonywać nienawiść. I widzimy, co się dzieje, gdy się nienawiści pozwala hasać, gdy się śpi...

 Teraz krzyk o zagrożeniach. Żartów nie ma, bo istotnie ktoś ma ochotę targnąć się na fundamenty ludzkiej godności, ludzkiej wolności.

 To, co się dzieje, jest w gruncie rzeczy nie na rękę rządzącym obecnie, lecz co poradzić - przedwyborczo zbratała się prezesikowa gromadka z rozmaitą bandyterką, z fanatykami, wariatami, więc teraz, po wygranej, owa bandyterka żąda kłopotliwej zapłaty... To może cieszyć, bo to zwiastuje, że się to obleśne towarzystwo bluźnierczo - barbarzyńskie zatłucze własnym batem i własną pałą - szkoda tylko na to wszystko naszego czasu i pieniędzy... I ta cała śmieszność ponura też do niczego nie jet potrzebna... Chociaż - z drugiej strony - może ten kipiący dzisiaj brud jednak jest potrzebny do tego, byśmy się wreszcie, my, ludzie przy zdrowych zmysłach i z jakąś choćby rudymentarną wrażliwością, poczuli tutaj nie tyle obywatelami, tylko po prostu gospodarzami, gospodarzami i gospodyniami.

 Dziś od ław decyzyjnych słychać sporo parskania... Stajennie tam coś. Kiedyś podobno Kaligula uczynił w Rzymie konia senatorem. Dziś tu jakby to samo zjawisko, tylko już w tabunowym rozmiarze - no i spryciulka - kaligulka mniej jakby spektakularna i taka jakaś wyuzdana inaczej, nieseksualnie. I wszystko to z pozwoleństwem... (He - pomyśleć, że tamten rzymski Bucik był z początku nadzieją na dobrą zmianę, a tylko rozbuchały się stare patologie...)

 Pomyśleć, że wszyscy nasi nienawistnicy tacy religijni, tak o miłosierdziach prawiący, tak w życiu rozkochani... Ech, te miłości i patriotyzmy - jakże one się kleją do wszelkiej maści bandyterek. Przychodzi mi na myśl Gore Vidal w podobnym duchu myślący. Mawiał, że jak słyszał, że ktoś go kocha, to zaraz miał wrażenie, że ten ktoś chce go okraść... Coś w tym jest...

  I ta religijka - już jak taki wyschnięty orzeszek. W złotym papierku dziwacznych obietnic. I dziwne poczucie ludu, że jak się zdemoralizuje grupkę facetów, to się pójdzie w nagrodę do nieba... Ciągle te pieszczotki ofiarne... Ponad sto lat temu Stanisław Brzozowski wytykał to, co się w ogóle nie zmienia. Przedziwny konformizm inteligencji nie tylko wobec książąt panów pierściennych, ale i w pielęgnowaniu polskiego katolickiego ogródka jako tajemniczego i głównego składnika polskiej tożsamości narodowej, jak to powiada Sierakowski w przedmowie do "Płomieni" Brzozowskiego przywołując słowa tegoż: "I tak nie wiedząc, czym jest ta wiara, nie chcąc o tym myśleć, lub lekceważąc ją, o ile idzie o nią samą, nasza inteligencja ochrania w 'katolicyzmie' jakiś skarb ludowy."

 Gdyby w tych dekoracjach i pielęgnacjach był rzeczywiście jakiś rozum, jakaś wrażliwość... A to tylko suchy tryumf głupoty, a co za tym idzie - zła. Można jednak coś z tym zrobić. Pobudka, zbieranie się z rozsypki, zdzieranie skorupek obojętności...

 Mógłbym powiedzieć, że dla mnie to dalekie sprawy, bo nic mi do rozrodu - rzecz mnie w sumie przeraża i cieszę się, żem tak, a nie inaczej zorientowany - choć i to ma swoją cenę, bo przecież w życiu mi sporo nadokuczano... Trzeba się jednak jakoś stawiać. Na miarę swych możliwości naturalnie. Nie być obojętnym wobec gróźb, krzywd.

 Gdyby to ode mnie zależało, gdybym mógł władczym gestem wydać przepis, to naturalnie poszedłbym w całkowitą liberalizację, bo w przypadku aborcji to zbyt osobiste, zbyt delikatne, trudne sprawy... Powinno się robić wszystko, by takie zabiegi, jeśli już istnieje taka konieczność, były legalne, bezpieczne i by te konieczności były jak najrzadsze. W ciemnościach trudno jednak o takie prostoty... A sumienia... Trudno byłoby w tej materii czegoś zabraniać (choć po co się dręczyć ponuro w niewygodnych specjalizacjach) - trzeba by tylko było postawić wymóg pełnej informacji, najlepiej już na drzwiach, tak by kobieta wiedziała, czy znajduje się pod gabinetem po prostu lekarza, czy pod gabinetem opętanego religią rzezimieszka. Żeby po prostu wiedziała, czego się może spodziewać... Wystarczyłby na tych drugich drzwiach jakiś jeden okrutny symbol z wiadomego zestawu potworności.

***

 A teraz muzycznie. Aż człowiekowi oczy wilgotnieją. Moje szczeniackie czasy... Ach, ach, ja się ostatnio za często wzruszam... Myślałem, że wyczerpałem już dawno zapas tych całych łez, ale gdzie tam... Tak sobie ostatnio przypomniałem ten numer. Tak mi nagle wpadł go głowy. I postanowiłem posłuchać znów w całości... 'Jótjób' niezawodny... Spodobał mi się jeden komentarz pod piosenką : "Koledzy chyba nie słyszeli o fizyce kwantowej i o tym, jak nasza intencja zmienia rzeczywistość. Problemem jest jedynie ilość świadomych ludzi".

 Ale mogę zmienić się sam... Wydaje się, że mało możemy, ale...

 Oby było nam jak w niebie...

 

14:04, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (5) »