Menu

Kiljan Halldórsson

BRUDNO W PIS Y -ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA

Heroes

kiljan.halldorsson

 Miałem ostatnio takie znalezisko książkowe, które mi przywiało myśl o nieśmiertelnej piosence Davida... Ale dziś... Lemmy, David - co odeszli w sąsiednich miesiącach... Dobra - teraz to, a następnym razem książkowe znalezisko...

 Nie bardzo lubię, gdy inni śpiewają i grają Davida, ale jeśli nie gwałcą materiału, to jest OK! Robert Fripp dał kiedyś żelazne ramy temu numerowi, i lepiej nie wychodzić za daleko, lepiej być blisko doskonałości, prostej doskonałości... Motörhead. Lemmy. David Bowie. Heroes... Tego mi trzeba na dziś. I niech wam się przyda...

 

Cornelis

kiljan.halldorsson

Tak wypada znowu muzycznie. Może i lepiej, bo co tam gadać... Jutro Cornelis Vreeswijk skończyłby 80 lat... Tak długo jednak bard nie pożył, bo i w tym roku minie 30 rocznica jego śmierci... Szwedzki pieśniarz o niderlandzkim pochodzeniu... Oryginalny, ale także odtwórca mistrzowskich rzeczy Bellmana czy Taubego... Się kręci łezka... Ta pieśń przypomina mi jeszcze nie tak dawne czasy, kiedy uważałem, że chodzenie do kina ma sens... "Aberdeen" - piękny film Hansa Pettera Molanda, o tym, że zawsze można dojrzeć, z cudną muzyką Preisnera... Ale na końcu akurat nie Preisner zabrzmiał, a szwedzko - niderlandzki bard, bardzo też popularny w Norwegii... Końcowa scena ze wspomnianego filmu...

To tak wspomnieniowo, pod ten księżyc sierpniowy, co tak mnie już zawsze wzruszać będzie... Małe moje skandynawskie wzruszenia... Księżyc, on, ona, on stary, ona coś jakby trochę zbyt młoda...

 

 

Muzowulkanizm

kiljan.halldorsson

 Smutny mam czas... W ojczyźnie głupio... Władze mnie brzydzą, społeczność świeczkowa śmieszy... Durnie, durnie, durnie!!!

 A prywatne sprawy oddalają mnie od kaczodudokodoijakichtamjeszczegłupociznoidiotyzmów... Pies mi się pochorował na stare lata, czeka nas operacja, teraz śmigamy po mieście od vetspecjalisty do vetspecjalisty... Hojnie sypię pieniędzmi... Pani psia kardiolog powiedziała dziś memu psiakowi, że ma wspaniałego pana. Ale co to zmienia... Widziałem dziś na tablecie serce mojego psa. To stare serce, z typowymi zmianami, trochę w sobie nieszczelne, ale jak na czternastolatka wcale niezłe... Dziś było robione echo serca. Mnie samemu serce pękało, bo psiak płakał straszliwie leżąc na boku na stole z dziurą. On tak nie lubi być zmuszany do leżenia... Potem był tak wściekły, że obszczekał wszystkie napotkane czworonożne stwory i wydudlał gniewnie całą michę wody w poczekalni, gdy odbierałem wyniki badań... Przed nami jeszcze cała przeprawa... Bardzo mnie to martwi. Wszystko przez jakiegoś paskudnego raka w oku. Jeszcze tego nie przerabiałem...

No dobra, ale uprzyjemnijmy sobie trochę ten niemiły czas... Wyspy dwie, dwa rodzaje gorącości... "Okkar menn í Havana" Nasi - no, moi na pewno... Kuba - wyspa jak wulkan gorąca. I Islandia - wyspa wulkan, wyspa na ogniu, ale z kontrastującym chłodem. Różne przyprawy w muzycznej zupie smakowitej... Lubię to. Dwie wyspy się spotkały. Dwa urocze drobiazgi z atlantyckiej otchłani. Kuba - Islandia... Śpiewa Sigurður Guðmundsson:

Æventyrland

kiljan.halldorsson

Czyli kraina przygody. To tak od Knuta Hamsuna, który powędrował kiedyś na wchód, między innymi do Gruzji, czego owocem stał się potem tom impresji i wspomnień pod takim właśnie tytułem, a także dramat erotyczny "Dronning Tamara"... Norwegia - Gruzja, Gruzja - Norwegia... Dalekie to od siebie strony, a jednocześnie bliskie... Hamsun, a także Dagny Juel, której polska przygoda znalazła swe tragiczne zakończenie w dzisiejszym Tbilisi... Kompozytor norweski Henning Sommerro też zawędrował do Gruzji, nią się zechciał zainspirować, wędrując śladami Knuta Hamsuna oraz właśnie Dagny, której 150 urodziny obchodzimy w tym roku... Kraina baśni i tragicznych, choć też i baśniowych rozwiązań... Sommerro w odwiedzinach w Gruzji, w Gruzji, z której z kolei do Norwegii zawędrował skrzypek Aleksandre Khatiskatsi, który nauki gry pobierał w rodzinnym Tbilisi oraz w Oslo... W Oslo postanowił zostać, i przyłączyć się do tamtejszych filharmoników...

Knut Hamsun, Dagny Juel, Henning Sommerro, Aleksandre Khatiskatsi... Norwegia, Gruzja, Gruzja, Norwegia... Dalecy - bliscy, czarodziejscy... Wpleceni w muzykę, w ten zrozumiały dla wszystkich język.

Czy uda się kogoś zatrzymać na dłużej? : -) Koncert Henninga Sommerro. Solista - Aleksandre Khatiskatsi...

 

Chilcott

kiljan.halldorsson

Kształty, linie, które dają krajobrazy - a do tego, jako tworzywo na usługach artysty, co tam może być pod ręką, z którą się idzie, pustą, do natury... Ach, ta natura - mam coraz bardziej mieszane uczucia, coraz bardziej, cóż jednak pozostaje, temu czemuś, co się gnieździ w tych kiszkach bulgoczących i w tym mózgu wrzącym nieustannie... Ileż to rzeczy ma ten mózg do wykorzystania, przy użyciu rąk, co przychodzą puste... Kamienie, pniaki, gałęzie, kości, mchy, trawy, paprocie, kwiaty... Bezlik tworzywa... Po wspomnianej wcześniej wystawie, w Klaustur - nowa... Karl Chilcott... Szwecja, Islandia, Szwajcaria, Holandia, Dania, Kanada... ze swymi użytecznymi dla artysty różnościami... Podłubać, poukładać, sfotografować... Może być tu ładnie i intrygująco... Człowiek tworzy, z Naturą.

Zapraszam:

Karl Chilcott

Kwadransik nienawiści, czyli wystawianie gargulca

kiljan.halldorsson

Kiedyś pan się kłócił z panią, na mych oczach, i jeszcze na dodatek całkiem publicznie, na alei osiedlowej, pod płaczącą wierzbą... Padły wszystkie możliwe wulgaryzmy, z obu stron, aż wreszcie jedna z nich, tych stron, jasna rzecz, sięgnęła po instrument! Męska to była strona, co to - wiadomo - z wydobyciem instrumentu ma mniejszy problem, mniej wybebeszania  wymagający. - A ch... ci w d... - I owego ch... w całej krasie ujrzałem, bowiem pogniewany pan pokazał odchodzącej pani swe wyposażenie... Hyyyyyyy! - cóż za widok to był! W tak nieoczekiwanym miejscu! W drodze chyba z jakichś prozaicznych zakupów... Tu proza, siata plastikowa, a tu raptem genitalny poemat... Aż bym się na miejscu zagniewanej pani zawahał... Iść precz? A może nie? Bo taka fujarka!! - Naturo ty wariacka!!!!!...

No tak, ale fujarka jednak to taka nieczysta jest, boć to rura tylko wydalnicza... Szczochy, życie... Taa - kłania się Strindberg, co się na taką wulgarność natury oburzał... Sik tu, sik tam - w porcelanę - to jedynie ulga, w ciało damskie - ulga, ale i zło straszliwe, aż się zarumienić można z przejęcia i wstydu - boć wylatuje potem z tych wszystkich klęp, loch, suk, krów (co poradzić - taka chamska nomenklatura) to życie nieszczęsne, wydalone niczym garstka żałosnych ekskrementów...

Jak się człowiek wścieka, to wywala chamskość, nieczystość, dupę pokazuje, fallusem macha, z ryja ciska śliną... Gniew z żalem srają, sikają, rzygają, plują... Tak lubi ów gniew, gdy nie jest w stanie zdobyć się na refleksję, gdy nie ma obok przyjacielskiej ręki, co by mogła pomóc, uspokoić...

My tak tu od wampiriady, do wampiriady... Te wampiriady, te miesięcznice, rozciągają się w czasie, bo już tydzień przed jest gadanie, a potem tydzień po też jest gadanie, analityczne... Nic nie znaczące głupstwo, chamski żart tylko, jaja z pogrzebu, neopogańskie sratytaty, ledwie polityczna nędza, zanik zahamowań, goła dupa bezwstydna, kulturowa i moralna pozanawiasowość, rodzaj już chyba turystycznej atrakcji - takie nasze małe święto duchów, takie sobie ekscesy kradnące przestrzeń, język...

Oto jestem, mówi ten mały... A myśli jego jak białe zeszyty... Oj - tusze dawnej edukacji minęły, wyblakły, głuptactwo zostało nienawistne... Ale i do głupiego te jego gadki... Ach, ty rzygaczu publiczny z podeściku, marzycielu o życiu intelektualnym bazującym na jednoznaczności... Brawo!!... A durnota łyka wszystko jak kaczka kluchy!... Można mówić wszystko, można zachowywać się byle jak, bez hamulców, można łgać patrząc prosto w oczy, i można zbliżać się do dowolnie wyfantazjowanej "prawdy", bez ustanku, z chytrym, wrednym przekonaniem, że przecież nigdy się jej nie dosięgnie, bo przecież ignoranckie fantazje zawsze sobie swawolnie uskakują z dala od brutalnych faktów...

Oto żyjemy dziś w rzeczywistości, którą bawią się jacyś potworni nekrocelebryci, łgarze i cwaniacy, co to nas chcą uszczęśliwiać za nasze własne, w pocie czoła zarobione pieniądze... Może się ockniemy, jak nam zaczną jajka obierać ze skorupek, bo póki co, fantastycznie dajemy się karmić kretyńskimi zastępczościami... Tak więc znów podniecenia wokół comiesięcznego pokazywania uroczystego gargulca na kwadransiku nienawiści, po mszy świętej - tak to usposabiają msze!... - który, jak to na rzygacza przystało, rzyga sobie w poczuciu absolutnej bezkarności.

Jarosławy różne i Janusze cieszyć się muszą... Dopompowani... Komiwojażer jeszcze nam nagadał. Taki zza oceanu. Taki daleki, a tu jakby nam opowiadał o Mickiewiczu i jego Księgach narodu polskiego i pielgrzymstwa... Aleśmy ważni, chrystusowi, nieskazitelni, mocarni... Wlazł żabie śmierdzącej w tyłek słomką, i dmuchnął... Niezatapialność, na długie miesiące... Super sprawa, podniecenia takie, że nawet się nie zwraca uwagi na jakąś obcą łapę gmerającą w portfelu...

Mamy święta... Mroczne trochę takie, pod księżycem, z wampirami, gadającą dynią i gargulcem, ale też i jasności świąteczne, co zlatują magicznym samolotem nieco majtkowo niebieskim - ależ się znów kretyńskie media ekscytowały - i co nas zapewniają o swej zaatlantyckiej miłości... Rachunek - to potem. A teraz - bawmy się... Niech nam powiatowa zajęczy, niech gargulec zaskrzeczy, zadrze się wiecowo nibygłowa... Są organizmy, co mają nibynóżki, my jesteśmy organizmem, co ma nibygłowę... A jak się komuś coś nie podoba - pies go drapał. Prawa zapisane na papierze? Papierem dupę się podciera. Przyzwoitości - a macie! I mamy - to dupę na wierzchu, co udaje twarz, to gargulca - rzygacza comiesięcznego, lękliwego jednak, bo potrzebującego coraz więcej ochraniających go pałkarzy.

No, ale przecież prowincja nasza spokojna jednak. Nadęta. I obśmiana. Więc tym bardziej nadęta, bo naiwnie wierząca, że kiedyś ona się pośmieje... Żeby jednak być ostatnim, to trzeba się z dna wygrzebać... Czy się wygrzebiemy? Bo póki co, grzebiemy w głąb, a jak się grzebie tak w mule, to się można natknąć na różne dziwne stwory... Przecież widziałem ostatnio dwa, wspominane tu już - z mułu, tak, oba, z mułu dennego - jeśli pominąć gargulca - jednemu, co to przeraża swym humorem i bawi powagą, coś oberwało potylicę, drugiemu, na gościnnych występach geszefciarskich, ktoś na głowę włożył kapeć z narciarskiego buta... Pięknie jest... I od "mądrości" promiennie...

A gargulec: rzyg, rzyg, rzyg...

A Bóg widzi, i nie grzmi...

Ale... Nie dziwi nic...

Kyrrðin i inne obrazki

kiljan.halldorsson

Tak, to do dziś, gdyby ktoś zawitał do Skriðuklaustur, w krainę Gunnara Gunnarssona... Wystawa prac Stuarta Richardsona...Kyrrðin, czyli spokój. A jak ktoś nie jest tam, daleko, to zawsze może zajrzeć tu, i naturalnie zorientować się odnośnie innych terminów wystaw, w Islandii i poza Islandią... Ładne obrazki, z niespokojnej - spokojnej Islandii... Ech, te przeciwności!!!

Zapraszam, na sztukę... Stuart Richardson

Vicki

kiljan.halldorsson

Tak , żeby było w pełni, pamiętając o roku 86... Sopocki słowik ze Szwecji... Z pozdrowieniem i uściskami dla Ernesta, co też pamięta... 14 tygodni na liście trójkowej. Vicki Benckert:

Mara Getz, czyli dobre pamiętanie

kiljan.halldorsson

Piątek, trochę z chmurą, trochę z błękitem... Życie się toczy, z porannym lękiem, bo tak za bardzo nie chce się oczu otwierać... Zacząłem znów krótko spać. Tym razem nawet z chwilową radością, że otwieram oczy przed rozpoczęciem dnia. Gdzieś tam słońce wstaje, malowniczo, a ja mam dziecinną nadzieję, że może jeszcze się rozmyśli i zmieni zdanie... Nigdy nie zmienia...

Czeka mnie miejskie lato. Franek kuśtyka o kulach - pan sportowiec... I tak poszedł przez sport do szpitala po zdrowie, na które jednak przyjdzie jeszcze poczekać... Trochę było z tym śmiechu, bo jak pojechałem po ofiarę i zobaczyłem tę girę na sztywno, to tylko jęknąłem - no i co my będziemy robili z taką nogą??... Na domiar złego jeszcze pies nam się sypie. Zawsze psiak był młody, młody, bo był młodszy od Niedźwiedzia, ale przecież już się zestarzał, także, niepostrzeżenie... Jest problem. Coś mu się złego z okiem podziało. Na razie jest tak leczony objawowo, mamy niedługo konsultację u psiego okulisty... Wetgwiazda go będzie badała... Sceptycznie do tego podchodzę. Kieruję się pewnymi wyobrażeniami o przyzwoitości, ale... Martwią mnie te zabawy, ta kolejna wetimpreza z udziałem psiego staruszka, co do której wyobraźnia podpowiada mi, że sporo wydam niewiele osiągając, bo i cudów nie ma... Do dupy... No, ale co poradzić - życie to nieszczęście, więc gdy się wiążemy z jego przejawami, musimy się liczyć z nieprzyjemnościami... Sami też jesteśmy nieszczęściem... Kochanych ludzi wkręcamy w nasze piekła... Ale dość o smutkach... No, może jeszcze tylko wspomnę o tacie... Co z tego jeszcze będzie?... Kiedyś wpadłem do jego lekarki, po recepty... Miła pani doktor, stara, pogodna - zrobiła ze mną wywiad - co robię, ile mam lat, czy mnie stawy nie napieprzają... Na szczęście mnie nie napieprzają. - E, to może nic nie będzie. Bo inaczej to by pan już to miał... Ta, może wolny jestem od tego parcha bolesnego... - Pan jest jedynakiem? - Tak. - Tylko machnęła ręką współczująco... --- Tak, tak, jak chcecie mieć, ludzie, dzieci, róbcie je na potęgę; nie twórzcie jedynaków... Bo jedynak to tylko żałosna zabawka, której łatwo zdemolować życie... Bo to układ - dwójka złego na jednego... --- Mnie opadają powoli witki.

I co jeszcze? W tych złych osobistych sprawach jeszcze cała ta dobra zmiana. Twórcze rozwijanie wszelkich możliwych patologii... I nic się nie dzieje... Usnęliśmy, przesrywając kraj... Prezes z plastikowej drabinki dobitnie pokazuje, że nie mamy szacunku dla siebie... Rozczarowujące to, bo myślałem, że to wszystko, co stało się po 89 roku, to była poważna i wielka sprawa, ale okazuje się, że nie... Żarcik trwa, stare dzieci się bawią, nic już nikogo nie dziwi... Aaaa, kotki dwa.

Uciec... Znajomi ciągną nas na wybrzeże, lecz ta noga sztywna, i ten pies nieszczęsny... Zostają pielesze własne, remont hałaśliwy, trochę roboty w zniechęceniach... I może jeszcze pamiętanie o dobrych, ekscytujących czasach... Ostatnio ze znajomymi tak sobie wspominaliśmy. Zeszło na festiwale, tak przy okazji zamieszania z tegorocznym Opolem... Śmiesznota żałosna. W sumie pies tam drapał... Ostanie Opole, które pamiętam, to to z 1997 roku, sprzed tej powodzi strasznej, na które specjalnie przyjechałem do kraju, na to cudowne wspomnienie o Agnieszce Osieckiej "Zielono mi"... Potem to już nie wiem... Ale przedtem... Zeszło też na Sopot. Ten stary Sopot. Dla mnie to dwa nazwiska, z 86 roku - aj, co to robią pierwsze przebudzenia, pierwsze zaspokojenia apetytów - ech - człowiek jest niemal jak jętka jednodniówka - bo żyje chwilę, a potem, że dycha jeszcze przez dziesiątki lat - dycha, w zadyszce powtórek, coraz mniej zachowując w pamięci... A to, co wtedy, a to, co stamtąd, ze szczeniackości, pamięć ma w sobie w nieustającej świeżości... Mara Getz! Pamiętam ją, jak by to było wczoraj. I jeszcze Szwedka Vicki Benckert. Ale przede wszystkim Mara Getz z USA, która zachwyciła publiczność... Znajomi nie pamiętali, więc rzuciliśmy się w elektroniczne źródła... Jest... Tak to było... Sierpień, czarno - biały telewizor, wakacje w Zembrzycach. I ta Mara Getz... Był taki wtedy zwyczaj, że zagraniczni artyści mieli za zadanie przygotować jakąś polską piosenkę, w tłumaczeniu na wygodną dla siebie mowę... Vicki śpiewała "Nie płacz Ewka", a Mara "Poranne łzy" z repertuaru Krystyny Prońko... Nie mogę sobie odmówić przyjemności zamieszczenia tutaj tego kawałka... Tak to bywa - ludzie się potrafią przykleić do pamięci, wpisać w nią trwale... Dla mnie hasło Sopot, to Mara Getz. Posłuchajcie:

Niedzielne muzeum

kiljan.halldorsson

Było poprzednio o dziwnościach, ukłuciach... W takim niepozornym w sumie nigdzie, w zakamarkach, zaroślach Oslo. Padła nazwa Slemdal... W to nigdzie, w te zarośla, płotki, domki, sosny warto wstąpić, najlepiej w niedzielę... Tam bowiem, przy uliczce Grimelundsveien, kryje się pewna osobliwość, niezbyt dobrze znana, tajemnicza - pamiątka po Emanuelu Vigelandzie (1875 - 1948), młodszym bracie Gustava Vigelanda... No, Gustav Vigeland - wiadomo - spektakularna ozdoba parku Frogner, obowiązkowy punkt turystycznych wypadów do Oslo, norweska duma, choć kiedyś tak kontrowersyjna, wstrząsająca goliznami dawną purytańską publiczność.

I Emanuel - ten mniej znany -  wstrząsnął dawnymi świętoszkami. W Slemdal wybudował sobie ten witrażysta, rzeźbiarz i architekt muzeum, które stało się mauzoleum. Ceglane dziwactwo - brzydkie, bezokienne coś, co przypomina swą bryłą kościół. Co w środku? W świetle reflektorów życie we fresku, a w nim najważniejsze, najbardziej tajemnicze i niesamowite jego przejawy - erotyka i śmierć... Uderzająca artystyczna wizja... W zaciszu, przez lata okryta tajemnicą. I dziś raczej poza głównymi szlakami turystycznymi...

Zostawiam linki, z zachętą:

Emanuel Vigeland

Emanuel Vigeland - visitoslo

© Kiljan Halldórsson
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci