Menu

Kiljan Halldórsson

BRUDNO W PIS Y -ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA

Ja tu poszczę, patrząc na kurhan w sinej mgle

kiljan.halldorsson

Z biegiem lat, z biegiem dni, ten umarł, tamtego brak: człowiek sobie marzy, śni...

Tak, Wyspiański, pewnie, bo każdy Polak kulturalny to wie... No, w każdym razie tego domagał się Franc Fiszer, który kiedyś swym tubalnym głosem zakłócał przedstawienie "Wesela" - Uspokój się pan, bo przecież nic nie słychać - zawołał jakiś podenerwowany widz, na co Fiszer niezrównany odparł: - Panie, każdy kulturalny Polak "Wesele" Wyspiańskiego zna na pamięć!! (O, Fiszer, Fiszer!! - pomysł na kolejną, lekko spóźnioną, ale okrągłorocznicową notkę się kroi!!!)

Nie jestem może nazbyt kulturalny, bo może bym "Wesela" z pamięci litera w literę nie odtworzył, ale niech mnie usprawiedliwi miłość do utworu, no i do samego Wyspiańskiego!

O- z biegiem lat, z biegiem dni... Czas płynie, tak wartko jak górski strumień... Dzieci nie mam, więc może aż tak bardzo myśl mnie ta nie dotyka, ale gdy spojrzę na daty... Co tu gadać - wkrótce wejdą w dorosłość ludzie, którzy w metrykach nie mają już roku urodzenia zaczynającego się na tysiąc dziewięćset!!! No... Tak to jest... Ten wiek dwudziesty leci w przepaść, leci... Żyłem w nim ja, długo, w tym samym wieku, u którego początków kończył swój żywot ten totalny artysta, trudny i kapryśny Stanisław Wyspiański, którego syfilis ostatecznie załatwił 28 listopada 1907 roku... Minęło 110 lat.

Rok Wyspiańskiego. Narodowe czytanie "Wesela". Dziś, w tym napadniętym kraju. Czytał to na głos i Adrian Nibygłowa, człek bez konturów... "Miałeś, chamie, złoty róg"... Gdybym usłyszał te słowa płynące z tej głupkowatej twarzy, padłbym chyba trupem... (Nagle Dureń czyta, czyta nam to, co tak źle się kończy, z całą swą bezrozumnością, malującą się jaskrawo na bułkowatym obliczu!!!!...)

------

"Cóż to, co to, czy zklęci:

stoją syscy jak pośnięci;

słysyta, Hanuś, Błazek, matuś,

panie młody, Czepiec, tatuś,

panie, cóż to - czy zaklęci;

stoją syscy jak pośnięci"

Tak mnie się czasem chce wołać! Bo nas takie wzięło spanie!... Haaaanuś!!!

Wyspiański. "Walka wewnętrzna z bezdziejowością, usiłowanie przezwyciężenia jej w sobie, zrozumienia, na czem polega psychiczna natura narodowego rozbicia..."  - że się posłużę słowami Stanisława Brzozowskiego z jego "Legendy Młodej Polski".

Chyba nie ma dnia, w którym nie myślałbym o Wyspiańskim... Każde zielsko, każde gałęzi plątaniny przywołują myśl o Nim. I ten Kraków, Kraków, ten stary, maleńki Kraków, w którym tak wiele adresów z nim związanych: Krupnicza; dawna Kolejowa (czyli dzisiejsza Westerplatte); Kopernika; Poselska; Zacisze; Kanonicza; plac Mariacki; Krowoderska... Dawny Kraków - ta - ja pisał kiedyś Boy - jedyna w swym rodzaju maleńka stolica... Stary, cichy kiedyś Kraków, zduszony austriacką twierdzą, kilkudziesięciotysięczny raptem... Tak to pisał kiedyś Tadeusz Żeleński Boy o tym mieście swej młodości, pisał w przedmowie do swoich legendarnych "Słówek": "Te stare mury, te wąskie ulice, jesienią i zimą tonące w lepkim błocie, licho oświetlone, wczesnym wieczorem puste, bez ruchu, nie dające żadnej strawy młodzieńczemu głodowi wrażeń; nabożeństwa majowe i pasterki w mrocznych, przesyconych zapachem kadzideł kościołach jako surogat erotycznych przeżyć; dewocje (o, Dudo ty, krakowska - dopisek mój!), sodalicje, sutanny, św. Wincenty a Paulo, matrony o tłustych lub kościstych rękach, czarne mantyle, dobroczynne hrabiny z ich cudzoziemską, a często polską francuszczyzną, więdnące pannice w oczekiwaniu na męża latami oprowadzane przez matki po Plantach; obchody, pogrzeby, linja A-B, lejtnanci, handelki, pilzner i bryndza, bryndza, bryndza..." Bałucczyzny, cichy pański folwarczek zacofania, błotko moralne - i nagle wszystkie oczy, ze wszystkich zaborów, ku temu małemu Krakowowi się zwróciły, bo w te zabytki nagle wtargnęły prądy nowe, sztuka ze świata: Pawlikowski, Przybyszewski z całą tą egzotyką skandynawską (Dagny, Munchy, Vigelandy, Hamsuny!!!), no i ten Wyspiański, wizjonerski, olbrzymiego formatu, choć jednocześnie taki nasz, i taki do bólu aż krakowski...

Nie ma drugiego tak krakowskiego artysty... Mało też tak wszechstronnie utalentowanych ludzi. Jego dorobek jest imponujący, choć miał na to wszystko niewiele lat, nawet nie czterdzieści. Budzi on mój najwyższy podziw, bo mimo straszliwej choroby, pozostawał twórczy, uporczywie twórczy... Już w czasie premiery "Wesela" czuł się bardzo źle. A potem było już coraz gorzej. Najgorsze były ostatnie miesiące 1907 roku, bo był już częściowo sparaliżowany, a poza tym jego nogi i ręce pokrywały trudno gojące się rany. Z trudem też przełykał i prawie nie mógł mówić. Jego żona, prosta i, jak powiadali, rozrzutna Teodora, ponoć nie chciała się nim opiekować - piła gorzałę przerażona i udręczona sytuacją, wizją śmierci artysty.

W ostatnim okresie życia Wyspiański mieszkał w podkrakowskiej wsi Węgrzce...  Tam żegnał się z przyjaciółmi... O ostatnich dniach Wyspiańskiego wspominał Władysław Reymont" "Usiadł z trudem, wyglądał strasznie, miał twarz zapadłą, poczerniałą, wyschłą, prawą rękę w bandażach, a lewą władał tylko częściowo, głos obcy, niewyraźny, a tylko oczy były jeszcze dawne, oczy jasnoniebieskie, władcze, mądre...".

Przyszedł wreszcie 28 listopada, szpital, Kraków, róg Siemiradzkiego i Łobzowskiej, ostatni adres Wyspiańskiego, nie tak daleko od niegdysiejszej "Synagogi Szatana", czyli chwilowej przystani Przybyszewskiego i Dagny, tak pięknie kiedyś przez umierającego już artystę sportretowanej Dagny, która sama już truchlała w swym tyfliskim grobie... O jego ostatnich chwilach wspominał publicysta Konstanty Srokowski: "Myślano, że zasypia. Lecz oczy miał otwarte. Na zbolałą, woskową twarz zaczął powracać spokój. Jeszcze kilka razy podniosły się piersi. Usta jeszcze kilka razy chwyciły powietrze. Twarz odzyskała dziwną swą, przedziwną piękność. Pukiel włosów z dawną fantazyą najeżył się na białem, wysokim czole. Ale Stanisław Wyspiański już nie żył".

Ale został, w swych obrazach, słowach...

Sięgnę teraz po wyrazy, pod którymi sam mógłbym się podpisać, po słowa Jarosława Iwaszkiewicza z jego "Podróży do Polski"... Kraków we wspomnieniu Iwaszkiewicza, Wyspiański... Ta jego linia... Nie, Wyspiańskiego nie można z nikim pomylić!!... Pisze Iwaszkiewicz: "Właśnie to jest najbardziej uderzające w tym życiu - ta linia. Od pierwszego pociągnięcia ołówkiem w uczniowskich jeszcze rysunkach brzmi już ona jak muzyczna struna. Są utwory muzyczne poczynające się od jednej nuty - Polonez As-dur Chopina, Sonata h-moll Liszta - i w tej jednej nucie zawarte jest jądro całego utworu. Gdy tylko tę nutę posłyszymy, wiemy, jak się dalej opowieść potoczy. Tak samo z jednej linii Wyspiańskiego rodzą się najbardziej pełne treści utwory. (...) Nastrój Wyspiańskiego jest rozlany jak gdyby w tym mieście, unosi się nad domami niby krakowska mgła, i widok na Błonie, na kopiec Kościuszki, nenufary i słoneczniki w kościele Franciszkanów są niejako wrysowane, wmalowane - pastelami i temperą - w sam byt Krakowa. (...) I wielki witraż u Franciszkanów, ten niesamowity Bóg Ojciec, w którym odżyły echa wielkiego włoskiego renesansu, staje się symbolem tego zamieszkania twórczego ducha mistrza Stanisława w tym dziwnym mieście, w tym staroświeckim grodzie, który ma własny styl, ma własne życie, własną kulturę i swoje własne, takie urzekające wspomnienia".

Widok na kopiec Kościuszki - w tym i Kościuszkowym roku!!!... Zmierzający w nicość artysta... Kurhan w sinej mgle, ów kopiec właśnie... (w mgle i w smogu dziś jeszcze, trującym, acz malowniczym)... Rok 1904, epoka słynnej niebieskiej pracowni przy Krowoderskiej... Pejzaże z kopcem... I stamtąd wiersz, który chciałbym tu przypomnieć, łączący kilka moich miłości: Wyspiańskiego, Kraków, Tatry... Wiersz "Nad Morskim Okiem...", napisany w odpowiedzi na pocztówkę wysłaną artyście z pozdrowieniami z Zakopanego przez Tadeusza Estreichera i Leona Wyczółkowskiego... Utwór ten powstał właśnie w 1904 roku, a został opublikowany po raz pierwszy tuż po śmierci Wyspiańskiego przez Estreichera w 296 numerze krakowskiego "Czasu" (1907)

STANISŁAW WYSPIAŃSKI

"NAD MORSKIM OKIEM!..."

Nad Morskim Okiem! - jakże ci zazdroszczę,

że tam stoicie w zimnie, ostrym wichrze,

w powietrzu świeżych barw - gdy ja tu poszczę,

patrząc na kurhan w sinej mgle - za szybą.

I dnie przechodzą ciche - coraz cichsze,

chyba że myśl, jak wichr, przeleci nad sadybą,

napełni pokój szum - i naraz zgłuchnie -

a potem cisza znów - i pióro skrzypi

(gdyż niepoprawnie gęsim piszę piórem),

papier zaczernia się - rękopis puchnie...

Ty masz tam jasność Zórz! i skały murem!

Tu ledwo chmurki przemkną ubożuchnie

ponad bielański las ku Bronowicom...

Ty masz tam przestwór słońc - i wiew ku licom,

i patrzysz, jak tam śnieg się wgryza sznurem

w szczeliny, wręby skał w głazów ogromie. -

- Ja tu nad moim schylony stolikiem,

ja mam tu także słońca promień w domie

na stół rzucony, na sukno czerwone,

i błękit ciemny ten nad tym promykiem,

namalowany (metr cztery korony)...

A ty tam masz prawdziwy nad głową rzucony,

Patrz się! - nie będziesz tego widział potem!

Patrz się! opowiesz mi to - za powrotem...

------

Patrz się! - nie będziesz tego widział potem!

Zrywaj się, człowieku, póki czas!... Patrz!!!... W swych rozległych działaniach artystycznych Wyspiański projektował także meble, o czym pisał kiedyś zabawnie Boy... Meble nie należały do najwygodniejszych, na co Wyspiański mówił, że są tak zaprojektowane, by w nich nie gnuśnieć... Czasu jest mało, trzeba więc biec, patrzeć i być ciągle w twórczym niepokoju...

Patrz się! Czytelniku!:)


Wielkie sumy

kiljan.halldorsson

Jeszcze w 1584 roku oglądał jej szczątki w zakrystii bazyliki św. Mikołaja w Bari wracający z podróży po Ziemi Świętej, Syrii i Egipcie Mikołaj Krzysztof Radziwiłł zwany Sierotką, który w swym pamiętniku pisał: "Ukazano mi ciało królowej Bony, które w zakrystii w wielkim kościele leży w trunie, aksamitem czarnym powleczonej, nie pochowane, całe, jeno jedna część wargi wierzchniej się nadpsowała". Dopiero kilka lat potem papież Sykstus V przychylił się do prośby Anny Jagiellonki i zezwolił na przeniesienie zwłok zmarłej królowej do bazyliki...

Ech, zły los prześladował Bonę po wiek dwudziesty, bo w jego latach dwudziestych jacyś architektoniczni puryści, co chcieli bazylikę zreromanizować, postanowili usunąć jej grób kłócący się stylistycznie z pradawnym wnętrzem. Sprawa poruszyła jednak opinię publiczną, tak więc czczoną i kochaną w tamtych stronach Italii Bonę obroniono przed zwariowanymi, dogmatycznymi konserwatorami. Jest więc Bona nadal w głównej absydzie kościoła. Nie można jej przeoczyć, bo honorowo posąg jej klęczącej postaci góruje nad głównym ołtarzem. Posąg i sarkofag miały kiedyś bogatszą oprawę, którą sto lat temu niestety boleśnie okrojono...

Jędza, zła teściowa, bogaczka, wymagająca szefowa klęcząca, w pozie pobożnej... Zbyt pobożna to ona w rzeczywistości nie była - zbyt dużą otwartością się cechowała, ciekawością świata i nowin zeń płynących... Leżała sobie jako mumia w zakrystii (ponoć flaki jej z ciała usunięte psy rozwłóczyły po okolicy), zamordowana przez fałszywców i chciwców... Największa nasza królowa, Nasza Królowa, choć całkiem obca. Urodziła się i umarła w Italii, ale życie swe poświęciła dalekiej Polsce... Można wiele jej zarzucać, ale w tej przyjezdnej pani, w żonie króla Zygmunta, Polska znalazła fantastyczną patriotkę. Szkalowaną jednak, opluwaną...

W Polsce była zjawiskiem wyjątkowym. Tu wąsacze i brodacze nie byli przyzwyczajeni do władczych dam, do kobiet wykształconych, z politycznymi ambicjami. Bona chowała się w Italii, w sferach, w których nie czyniono różnic między chłopcami i dziewczętami - wszystkich kształcono równo. Bona miała władać. Wróżono jej, że panować będzie wśród mężczyzn, co też się i stało.

Nie była przygotowana na takie ograniczenia władzy królewskiej, jakie napotkała w polskiej polityce, ale i tak swoją aktywnością naraziła się wszystkim - swoją antyhabsburską partią przekupywanym przez Habsburgów magnatom, całej szlachcie swymi projektami reform i dążeniami do wzmocnienia tronu, swymi działaniami gospodarczymi, powiększaniem domeny królewskiej, pomyślanej jako baza silnej władzy... Pieniono się jak diabli na tę przedsiębiorczą "gwałcicielkę".

Jej absolutystyczne zapędy budziły lęk, jej rozrastające się wraz ze spadkiem sił starego Zygmunta wpływy gniewały szlacheckich wąsaczy... Potwór, smok, trucicielka!

Czy była potworem? Kochała władzę, ceniła pieniądze, była politycznym zwierzem... Ale umiała też być dobrą i pamiętającą przyjaciółką, kochającą matką. Umiała żyć w tym straszliwym rozdwojeniu, łącząc w jednym ciele władczynię i zwykłego człowieka. Jakby dobra uczennica Machiavellego, który radził księciu, by w żadnym wypadku nie postępował w polityce tak, jak się postępuje w życiu prywatnym.

Bona. Kobieta sukcesu? Czy ucieleśnienie porażki? Ciężko jej było rozstawać się z władzą. Nie umiała się pogodzić po śmierci męża ze statusem królowej wdowy. Władza była jak narkotyk, a na jej drodze stał ukochany syn...

Gdy przedsiębiorcza królowa wdowa opuszczała kraj, musiała czuć gorycz. Opuszczała niewdzięcznych ludzi... (Nie w smak były im moje rządy, bom niewiasta i smoka mam w herbie!!) Opuszczała też rodzinę, która rozpadała się jak domek z kart.

Gdy jednak była już nad Adriatykiem, chciała wracać, pełna nadziei na pojednanie z synem. W Italii czuła się coraz mniej bezpiecznie. Pewnego razu zwierzyła się swej pokojowej Marinie d'Arcamone o swym zamiarze powrotu do Polski, co przypieczętowało jej los...

Co zgubiło Bonę? A no te pieniądze nieszczęsne, które tak kochała, w które tak wierzyła...

Było to jesienią 460 lat temu... Jeszcze w październiku świetnie się czuła, żywo zainteresowana lokalnymi sprawami. Zachorowała dopiero 8 listopada. Jakieś problemy żołądkowe i katar. Nic specjalnego. Ale już 17 listopada wredny Pappacoda do półprzytomnej królowej przyprowadził notariusza Marka Wincentego de Baldis. Chodziło o podpisanie testamentu, już gotowego, tak pokrętnie zredagowanego, że aż wydziedziczającego niby to głównego spadkobiercę, czyli Zygmunta Augusta. Polskiemu królowi przypadły właściwie tylko jakieś srebra i klejnoty. A poza tym miał się obłowić Filip II i rodzina Pappacodów... Dzień później Bona oprzytomniała, przypominając sobie okoliczności, w których podpisała jakiś dokument, i poleciła przywołać sekretarza kancelarii w Bari Scipiona Catapani, któremu osobiście podyktowała swoją ostatnią wolę, szczegółową zarówno w sprawach majątkowych jak i własnego pochówku... A potem już przyszła śmierć poprzedzona paraliżem... Dokładnie jutro minie 460 rocznica jej tragicznej śmierci, która nastąpiła 19 listopada 1557 roku o czwartej rano... Jak pisze Stanisław Cynarski: "Przebieg i objawy choroby, która zaczęła się przeziębieniem i katarem, a zakończyła się po ośmiu dniach paraliżem, wskazują na otrucie. Została, mimo opieki aż 6 lekarzy, otruta przez medyka Giovanniego Antonia di Matera i kuchmistrza Paola Matrillo, którzy podali jej dwukrotnie truciznę zwaną popularnie we Włoszech proszkiem albo balsamem św. Mikołaja. Lekarz, który wychylił przy niej kielich z trucizną, umarł natychmiast, gdyż Giovanni Lorenzo Pappacoda nie pozwolił mu na wypicie odtrutki. Nagle też umarł wspomniany kuchmistrz..." Usunięto też i innych świadków... I tak została królowa w Bari, po latach wreszcie uhonorowana swym mauzoleum w miejscowej bazylice, choć wbrew swej woli, bo w niej wyraziła chęć pochówku w Neapolu.

Zatem porażka? Pappacoda, któremu w ostatnich latach życia nieroztropnie zaufała, bezgranicznie zaufała, okazał się paskudną żmiją.

Powiadano, że królowa z Polski bezprawnie wywiozła fortunę, ale to nie jest prawda, bo zabrała to, co zgodnie ze ślubną umową mogła ze sobą zabrać... Jej pieniądze rozbudzały fantazje niczym dzisiejszy mityczny złoty pociąg spod Wałbrzycha.:) Zaczęła się batalia o spadek, która trwała właściwie aż po kres I Rzeczpospolitej. Szło przede wszystkim o te legendarne już sumy neapolitańskie, czyli o pieniądze pożyczone nieostrożnie przez Bonę będącemu wiecznie w potrzebie Filipowi II w chwili zagrożenia Neapolu przez Francuzów. Suma pożyczki wynosiła 430000 dukatów, na duży procent, z zabezpieczeniem na cle w Foggia, ale, jak się później okazało, była to taka pożyczka na wiecznie nieoddanie. Takie tam były zapisy zawiłe, takie testamentowe zaciemnienia, że się w gruncie rzeczy udało odzyskać jakieś odsetkowe marne ochłapy, cząstkę maleńką... A łby się paliły. Tęsknili do kasy polscy wąsacze, ale i szwedzki dom Wazów przebierał nóżkami, bo przecież miał wżenioną w ród jedną ze spadkobierczyń, Jagiellonkę Katarzynę...

Spadek budził marzenia. I podsycał złą sławę Bony, co taka niedobra była, i wozy ze złotem zabrała. 250 lat śniono. Sprawa sum neapolitańskich powracała wielokrotnie na obrady sejmików jeszcze w XVII i XVIII w., rozdrażniając szlachtę, która myślała sobie, że zwrot pożyczki z odsetkami, coraz fantastyczniejszymi odsetkami umożliwiłby likwidację podatków!

Mimo wszystko Bona okazała się jednak zwyciężczynią! Choć to, co kwitło pod jej przedsiębiorczym okiem, szybko zostało zmarnowane, choć odjeżdżała w goryczy i poczuciu klęski, choć ją struli, to rozkwitnęła wielowiekową legendą, a właściwie legendami: bardzo złą i bardzo dobrą... Zła jest niesprawiedliwa, pełna pomówień, nieuzasadnionych oskarżeń o rzeczy najstraszniejsze nawet, dobra zaś lubuje się w lukrowaniu jej wizerunku... Wolę naturalnie tę dobrą legendę, może bez nadmiernego lukru, mając na uwadze specyfikę tamtych czasów i jej wyobrażeń na temat władzy, wolę ten bajkowy może zbytnio rozkwit, tej jej ogrody, z których podkradano jej jarzyny, wszystkie dobre strony jędzy... Ona może być dobrą nauką, na dziś, nauką o tym, że i obcy może stać się nasz, że obcy może stać się też gotowym do poświęceń patriotą... Budząca grozę i wściekłość Bona, ale budząca też i podziw oraz niekłamane uwielbienie, jest nasza. W najgłębszym rozumieniu stała się naszą królową, choć korzenie jej italskie. Była, jest naszą królową. Królową, która w pewien sposób nadal panuje - no bo kto jej nie zna? Wyrasta ponad wszystkie inne królowe. A też i żaden nasz król tak mocno i tak trwale nie odcisnął się w naszej świadomości... Bona, choćby i ta jarzynowa bogaczka. Ciągle żywe są o niej opowieści. Jest bodaj najaktywniejszym polskim widziadłem, co strzeże swych poukrywanych tu i ówdzie skarbów. Pamięć o niej żyje i w Krakowie, i w Warszawie; Mazowsze, Polesie, Podkarpacie pamiętają, jakby to wszystko było wczoraj...

Bona i sumy jej wielkie, pieniężne, pożądane gorąco... Jak to się duch nie zmienia w tym krzywdzonym kraju, najczęściej na własne życzenie. A to sumy neapolitańskie, a to inne skarby, a to pociąg złoty, a to może reparacje, a wszyscy w ogóle są nam coś winni, bo nic, tylko zdrajcy wokoło, którzy by mogli wreszcie w skrusze oprzytomnieć i sypnąć nam co ze swych nieczystych szkatuł... Jakbyśmy to wszystko dostali, oczyszczone już naszym wybaczeniem łaskawym, to byśmy se dopiero poleżeli z palnikami do góry, w poczuciu, że wreszcie nadszedł sprawiedliwy dla nas czas!!! Może więc i pora Hiszpanom to i owo przypomnieć??

Historia, co się mieni od skrajności. Trochę prawd, bezlik zmyśleń gniewnych bądź miłosnych. Jej bohaterka budzi szacunek i podziw. Wielka królowa, co się podpisywała z małej litery. Przy okazji wizyty w Bari warto wpaść do niej, do litościwie jednak "zreromanizowanej" bazyliki św. Mikołaja. Z mniej lub bardziej nabożnym pozdrowieniem. Bona Sforza, nasza arcybarwna Włoszka!

Niech jak najbardziej żyją dobre legendy, złote legendy. W oporze do ohydztw, choćby i tych dzisiejszych, na których próbuje się budować coś ponurego, w oporze do niewychowanego buraka, który ma wyrastać na męczennika...

Który to już wpis?

kiljan.halldorsson

No pięknie. Tak zerknąłem w archiwum i wyszło, że dziś mija jedenasty rok. Temu blogowi mija.

Taaa, tak naprawdę nie dzieje się nic. Stoję na dwóch łapach, widzę, słyszę, etc, etc... Dalej nie wyszczególniam, żeby nie brnąć w potworności. Umówmy się - bycie żywym organizmem to nie jest znowu taka przyjemnostka...

Religijni ludzie upierają się przy myśli, że życie to jakiś fantastyczny dar (korzystanie z którego - o dziwo - uznaje się często za coś występnego, grzesznego). Ale to żaden dar - to ordynarna pożyczka na lichwiarski procent. I to wepchnięta na chama, bez pytania...

Hy... Chciane dzieci są rodzone; niechciane, niedobre, się rodzą...

Ja się, SIĘ, urodziłem, na parszywą złość tatusiowi i mamusi. No i jestem. Niedobry, pedalski, i to jeszcze w kraju, nad którym jakaś nieprzyjazna chmura się zbiera... A to dopiero - znów odżywa potwór, który kiedyś, tak po sąsiedzku, urodził się i po zachodniej stronie, z większym potencjałem jednak, co postanowił zrealizować myśl o spaleniu nas w piecu... Ho, ho - pomyśleć tylko, gdyby nasz Szatanek z drabinki napotkał na większy społeczny potencjał, mógłby być groźny nawet globalnie, ale że potencjał jednak lichy, dokuczliwy będzie tylko nadwiślańsko, lokalnie, w buraczanym polu, które chce w swym narodowosocjalistycznym rozmarzeniu zabudować największym lotniskiem świata, na przykład... To dość... I tak wstyd wielki po lekturze marszowych transparentów... Cóż za miłosna pamięć o oprawcach, co dziadziusiom w najlepszym wypadku wyrywali paznokcie i gnaty łamali... Dymił marsz, ryczał, w mieście, które ten sam myślowy syf zrównał kiedyś z ziemią... Nie do wiary, nie do wiary!!

A ja co? Obok tego wszystkiego? Na kociarza się przerobiłem. Po psiarni, która już niestety wymarła... Ciągle brak mi psów, ciągle zbiera mi się na płacz - ten pomysł z krótkowiecznością psów to prawdziwe łajdactwo natury, bo przecież gdy się weźmie pod uwagę te kumpelskie relacje w domowym stadzie, tę całą miłość i radość hałaśliwą bez skazy, co moc ma zdolną wypełnić dziesięciolecia przyjacielską tylko treścią, to myśl o takim urządzeniu świata budzić może tylko gwałtowny sprzeciw... W naturze jest tyle niedopatrzeń! Haniebnych niedopatrzeń...

Nie chciałem już w domu żadnych czworonogów. Bo się bałem kolejnych nieszczęść. Bo przerażają mnie chorobowe dziwactwa w moim otoczeniu. Ale Franek jednak postawił na swoim. Powiedziałem tylko: - Dobra, ale dla bezpieczeństwa niech to będzie twój kot... - No bo myśl o kocie się pojawiła... - Bo ja mam poczucie, że jakiś zły jestem i nieszczęścia sprowadzam na innych... (O tak, to przecież duch mego wychowania, w świetle którego ja za wszystko jestem odpowiedzialny, ja ponoszę winę za wszelkie nieszczęścia! Ktoś chce wiedzieć, kto odpowiada za jakiekolwiek trzęsienie ziemi, tsunami, wulkaniczne eksplozje? Wystarczy podłączyć mnie do wariografu...)

Jak się ta kicia darła, gdyśmy ją wieźli do domu. Uspokoiła się dopiero w przedpokoju, gdy ją wypuściliśmy z tego pojemniczka do transportowania. Chyc, chyc, myk, myk - wybiegła na wolność, już milcząca. Zaciekawiła się, troszkę jeszcze spięta, ostrożna, z lekko zgiętym uniesionym ogonem. Staliśmy gadając szeptem, a cicia udała się na obchód...  Pewnie pachniało jej psem. Zapachy jeszcze nie wywietrzały...

Najpierw zwiedziła sypialnię, potem kuchnię, potem pokój do wszystkiego, co tylko możliwe... Okazała się kotką wybitnie niełazienkową. Łazienka ją przeraża. Jest za to kuchenna i pokojowa. Nasza kicia ma osobliwą skłonność do przebywania na wysokościach - okupuje blaty kuchenne, lodówkę, półki domowej biblioteki, parapety. Słowem - jest to kot wybitnie niepodłogowy.

Na początku mieliśmy cyrk kupkowo - siusialniany, bo nie mogliśmy wyczaić jej oczekiwań. Nie chciała się załatwiać do kuwety, tylko spacerowała za potrzebą na szafkę na buty... Efekt był taki, że kupiliśmy nową szafkę, a w starej urządziliśmy koci kibel. W środku ma kuwetę, do której wchodzi sobie przez rozsunięte lekko drzwiczki, tam się chowa, tam sobie w skrytości załatwia swoje sprawy, w przedpokoju. O to jej chodziło, o odrobinę intymności w szafce...

Śmieszna jest, czarna, z malutką białą plamką koło noska i z białymi skarpetkami na przednich łapkach. Te skarpetki ma zawsze nieskazitelnie białe... Czyścioszka, zainteresowana wodą bieżącą, w zlewie... Pamiętam, że u mojej mamy kotka lubiła pić wodę z kranu i myć się przy okazji, w wannie, przy niewielkim strumyczku wody. Nasza do wanny by nie wlazła, ale do zlewu w kuchni pakuje się chętnie, w strużce wody macza sobie łapki, i to jest najlepszy sposób na zaspokajanie pragnienia. Woda w misce to tylko mało wesoła konieczność, gdy kran jest zakręcony... Oczywiście zawsze woda, bo mleka nie pije - skąd ten pomysł z pojeniem dorosłych kotów mlekiem?? . I żadne tam jakieś kocie karmy - z tych zajada tylko suchy pokarm, z najwyższej póki, a jakże, i nie na podłodze, tylko na wysokościach, na blacie kuchennym, a poza tym gustuje w mięchu, w rybach... My jemy dużo ryb, więc mamy towarzystwo czworonożne przy talerzu, całkiem po psiemu, tyle że kicia cała jest na stole i dotyka łapką upragnione kąski, mówiąc: - Nia, nia...

Nia, nia... To jej przemowy. Właściwie nie miauczy, tylko mówi: nia, nia. No i oczywiście mruczy, grucha... Pieszczoszka - łasi się, bodzie, gramoli się na kolana... Strasznie to miłe... Wieczór, lampka, książka, filiżanka herbaty, obok kot mruczący...

Franek się żali: - Miała być moja, a do ciebie lezie, w twoim talerzu chętniej miesza... - Prawda - porozumieliśmy się... Do mnie jakoś tak lgną czworonogi. A także ludzkie dzieci. To drugie jest już dla mnie zupełnie niezrozumiałe. Nie rozumiem, dlaczego lubią mnie dzieci!!

Nia, nia... Wiele w tym treści. Czasem to jej "nia, nia" dotyczy spraw przyziemnych, a czasem ma ta kocia gadka jakąś filozoficzną głębię... Krysia, Kryśka - bo tak ją nazwaliśmy - lubi mi się przyglądać. Gdy coś robię, w pokoju czy w kuchni, patrzy i dogaduje... Nia. Nia, nia... - No i co? Podoba ci się u nas? - Nia, nia... Gru, gru... - gada i wpycha mi się pod pachę... - A wiesz, że ja jestem psiarz? Psy są inne. - Nia...

Ale z kotem też fajnie. Inaczej... Kot ma kompletnie w nosie czy jesteś z niego zadowolony. Kot po prostu jest. I nie ma zamiaru ci się przypodobać. Bezszelestnie przemieszcza się po półkach, po biurku, po parapetach, wykonując te swoje susy z ogromną kocią precyzją... Ma w sobie jakiś wielki spokój. Zagapiam się razem z nią.

Cicia polubiła tez starą maszynę do pisania. Lubi koło niej siedzieć. Widocznie przedmiot ma duszę, z którą zwierzątko nawiązało jakieś przyjazne relacje.:)

I tak to miałem się nie pakować w nowe czworonogi...

Ech, jeszcze mi ten Budrek nie daje spokoju. Co się najeździłem po weterynarzach, żeby ratować... Tak z przyzwoitości, choć bez przekonania, bo cudów nie ma... Ale dość jest cynizmu łasego na zysk, niestety... I w zwierzęcych, i w ludzkich sytuacjach się z tym spotkałem. Ciemna strona życia.

Nie lubię weterynarzy, lekarzy i kapłanów - wszyscy zjawiają się w przykrych okolicznościach życiowych. Najmniej cenę naturalnie kapłanów, bo ci zwykle nie mają żadnych uczciwych, przydatnych umiejętności. Ci ostatni to już oszukaństwo na całego, połączone z rozkoszną chęcią posiadania szerokiej władzy... Ale taka to już jest religia, z ponurymi narzędziami manipulacji, z zaświatami, strachami. Straszna rzecz w gruncie rzeczy, bo gdzie zaczyna się ona, tam kończy się moralność. To już taniec z demonami... W dymach kadzideł, rac...

Z Rydla

kiljan.halldorsson

Płynie czas, jesień za jesienią, w ocuconej dziwnym trafem potworności naszej... Gwałt, plucie w twarz, człowiek płonący bezradnie... Frunę ratunkowo w baśnie, ale one coś mi przypominają, jakieś takie dziwne w swej aktualności, do wpasowania w czas dzisiejszy...

Lucjan Rydel, co to go kiedyś tu wspomniałem zainspirowany późnozimowym słońcem, co to chodzi spać w Bronowicach... Trochę obśmiany, niesłusznie. Intelektualne ADHD. Deszcz padał, padał, padał, a Rydel gadał, gadał, gadał. Z pedagogicznym zacięciem, z tęsknotą za Polską wolną.... Tak za nią tęsknił, ale jej nie doczekał, bo zmarł kilka miesięcy przed odzyskaniem niepodległości... Chłopoman, co to lubił chodzić boso, z gołym siuśkiem przedstawiany - bo i na cóż bielizna w wiejskich sielskościach?... Uroczy w sumie gość z Bronowic i z mych ulubionych Toń!...

Sięgam po baśnie, nasze i obce, dobrze się w nich czuję, choć i one, trzeźwe, umieją zahaczyć  o dzień dzisiejszy...

Polska dziś, zaskakująco przydeptana degeneratem, mocą bezwładu i obojętności... I od nowa stare lekcje...

Oj, gargulec ciemnogrodzki, do którego pielgrzymują lokatorzy gabinetu osobliwości (gęsi już po wyroku, która jednak nie doczeka się kolędy??) - to miłośnik zwierząt, co to szczypcopodobną krabią łapką pogłaszcze w wyborczej malowance baranka i kotka... Tatuś Narodu w swym bezrobociu łaskawy... Tylko co z tego, skoro sakrocwaniak toruński ma w tym całym panoptikum pakiet kontrolny i łaskawcę w postaci ministra Sz. (o, dajcież mu robotę choćby w ubojni drobiu!!!!), co cudzymi milionami szasta... Kiecka nabożna łakoma jest, i rysia podobno gołymi rękami zadusić umie... O, darz, k..., bór... !!!!! I tak Szyszko dopomóż, jak najdłużej, po ostatni zdech przyrody kochanej!

Z każdej strony ogryzanie, aż ogryzą nas do kości, na chama, na buraka... W buraczanym tym kraiku, co się prosi dziś o byt na ziemi niczyjej...

W bajki zwiewam, w Rydla tym razem... A cóż Lucjan Rydel? Ten miłośnik antyku, a nadto Kolberga, Słowackiego i Szekspira? "Zaczarowane koło"- kochana baśń dramatyczna! Trzy tomy Oskara Kolberga w pięciu aktach scenicznych, jak to podrwiwał sobie trochę Tadeusz Pawlikowski, w uroczym języku, ze spostrzeżeniem Leśnego Dziadka w pierwszym akcie, jakże ciągle aktualnym:

(...)

Idą ranki i wieczory,

Idą wiosny i jesienie,

Idą lata za latami,

Idą czasy i przechodzą,

A oni wciąż tacy sami,

Z pokolenia w pokolenie:

Jak się lęgli, takich płodzą!

- Odmienia się przyodziewa,

Jak rosochy u jeleni,

Jak listeczki te, co z drzewa

Opadają na jesieni,

A dołem zawżdy pień stary,

I gałęzie, i konary,

I rdzeń stary - do korzeni!

...Podłe, zatracone plemię,

Ród omierzły, a łakomy,

Zagarnęli całą ziemię

Pod te role, pod te domy...

Uwija się to, a krząta,

I rozpycha się i żre się,

Włazi do każdego kąta,

Spokoju nie masz i w lesie:

Łowy, trąby, huki, psiarnie,

Nie przepuszczą lichej sarnie,

Ni w łozach małej ptaszynie,

Ni rybie w jasnej głębinie!

Szumną puszczę moją drwale

Wyrębują mi zuchwale,

Krzywe kosy, zgrzytające,

Sieką moje młode zioła

Na polanie i na łące...

Ściskają mnie dookoła!

Co jeno żyje na ziemi,

Zabić, zgrabić, złapać, złupić,

Przedać za grosz, za grosz kupić;

Aż się czasem słońcu dziwię,

Że nad głowami ludzkiemi

Świecić chce jeszcze na niebie...

 

Moonage Daydream

kiljan.halldorsson

Dziś Zaduszki... Ładne, słoneczne, dość ciepłe nawet...

Zmarli, zmarli... O niektórych trudno myśleć jak o zmarłych, zwłaszcza o tych, których głos może być słyszalny przecież o każdej porze... Ech, trudno zaakceptować choćby śmierć Bowiego...

Ach, ten David Bowie, co żył, jak chciał, któremu nawet śmierć musiała pójść jakoś na ustępstwa, choć ostatecznie oczywiście musiała zwyciężyć... Tej swojej śmierci, być może z pomocą ślepego losu, dał zadziwiającą, szokującą i zastanawiającą oprawę... I przez to dał solidny odpór nudzie... David nie miał pogrzebu, nie chciał go, nie chciał głupkowatej nudy, a rodzina uszanowała jego wolę - został dyskretnie spopielony, a jego prochy uleciały... Nie ma grobu, bo po co? Żeby jakaś durnota zasypywała go pocałunkami i serduszkami??... Jest życie, utrwalone dzięki technice, jest pamięć, są inspiracje...Płyty, zdjęcia, filmy... Z większością ludzi historia obchodzi się bezwzględnie - skazuje ową większość na zapomnienie. Ale tłum zwykle jest bezimienny - a nad nim zawsze - za życia i potem - błyszczą ludzkie wyjątkowości, dobre, złe, ale zawsze wyjątkowości...

David Bowie to wyjątkowość i pracowitość... Wypada mi go znów przywołać... David został pięknie pożegnany - na wielu estradach uznano za stosowne zaśpiewać coś z wdzięcznością, uznano za stosowne coś nagrać... David został pięknie pożegnany, bez idiotycznych pogrzebowych schematów...

Uroczo wspominała Davida i Ava Cherry. Stary romans, jeszcze z czasów Ziggy'ego. David był czerwonowłosy, Ava zaś była zwariowaną czekoladką z krótkim blond barankiem na głowie... Bzik spotkał bzika. Trochę razem występowali, no i przyszedł ten czas zuchwałego zdobywania Ameryki - Ava to znaczący głos w całym tym "backing vocals" na płycie Bowiego "Young Americans", co stała się fantastyczną trampoliną dla kilku młodych artystycznych ambicji! W tym i dla samej Avy.:)

Oto jej ulubiona piosenka Bowiego... Dawna kochanka pięknie wspomina ten brylancik swego życia... Bardzo mi się to spodobało! Ava Cherry. "Moonage Daydream" z płyty Bowiego "The Rise and Fall of Ziggy Stardust and the Spiders from Mars":

(Tam da dam)

I'm an aligator, I'm a mama-papa comin' for you

I'm the space invader, I'll be a rock'n'rollin' bitch for you...

U zmarłych

kiljan.halldorsson

Grzegorz to ponoć. Orkan. Przedsmak zimy, dynamiczne a przewietrzające, orzeźwiające pozdrowienie z Arktyki... Jest wszystko: mrok śnieżnej zadymki, deszcz, olśniewające słońce i doskonale przewietrzone błękity. Doskonała pogoda na spacer, a nawet na przejażdżkę...

Akurat nie ma nic do roboty. Czas wolny. Małe wagary, czy coś, co przypomina wagary, bo przecież teraz nie mam przed czym uciekać... Jest uspokojenie i wolny czas, podczas którego chciałem trochę pobyć sam, z pustymi rękami... Wsiadłem rankiem w autobusy, tramwaje... Jechałem czasem - wszystko w zależności od kierunku - w tłumie spieszącym do pracy albo w pustkach zajętych punktowo przez nikomu niepotrzebnych, bądź też takich fantazyjnych ponuro gości jak ja, wagarowiczów... Dokąd spieszyłem? Na północ, zachód, wschód, południe, a także do centrum. Miasta. Postanawiając w dość szczególny sposób uczcić nieodległe już święto zmarłych...

W każdym zakątku, w każdej stronie mijałem miejsca, adresy puste już dla mnie, pod które nie ma sensu już się udawać... Tyle domów, miejsc, w których już nie ma krewnych i przyjaciół... Jest tego zaskakująco dużo. A to ledwie tylko jedno miasto...

Wagary z duchami. W miłym wspomnieniu tych właściwych wagarów, sprzed lat... To było ważne kiedyś odkrycie, że można darować sobie obowiązki... Czasem wagarowałem sam - wówczas jeździłem na przedmieścia, na długie dotleniające spacery lub podróżowałem po mieście. Gdy miałem towarzystwo, wtedy zwykle odwiedzałem galerie sztuki i muzea albo chodziłem na poranki do kina - słowem - odchamiałem się... Z czasem były też kawusie i alkohol... Rozkoszne posiady knajpiane, cyganeryjne, w papierosowych chmurach, w te wszystkie zapracowane i ponure poniedziałki, wtorki, w te przedpołudnia przepuszczane przez palce w odurzającym aromacie dobrej kawy, nad pieczołowicie podgrzewanym, pokrzepiającym swą mocą kieliszkiem bursztynowego koniaku... Tak, tak, moje szczeniactwo lubiło moczyć usta w koniaku... Ale, właśnie - w tamtych wagarowych czasach jeszcze nie było duchów - byłem dzieckiem, bo jeszcze wtedy wszyscy żyli... Dzisiejsze wagary upłynęły już w pełnej dorosłości, bo prawie wszyscy już nie żyją... Postanowiłem samotnie odwiedzić w mieście wszystkich tych, których nieobecność odczuwam... Czasem się uśmiechałem, czasem musiałem łapać głębokie oddechy, żeby za bardzo się nie rozmazywać... Tu mieszkała ciotka, tam moja mama, tam ten znajomy, tam tamten, a tam życzliwa mama A., której też już nie ma... Już bezlik zmarłych... Codziennie mija się takie miejsca, ale nigdy naraz, więc człowiek specjalnie nie odkrywa tej narastającej pustki...

Nie wiem czy dobrze pamiętam twarze. Ale myślę, że świetnie odtwarzam miejsca, wnętrza domów, mieszkań... Ta najukochańsza przestrzeń należała do dziadków, rodziców mojej mamy - jej obraz przechowuję w pamięci z najwyższym pietyzmem... Tam jakby miałem przerwy w odbywaniu kary, bo też i swoje życie tak traktowałem - jak karę... Tak, ta szczególna zażyłość między dziadkami a wnuczętami... Niebagatelną rolę mają tu te czasowe odległości, ten skok ponad pokolenie, do świadków rzeczywistości całkiem obcych, odległych jeszcze od świtania naszego własnego życia, a nawet naszych rodziców...

Bardzo kochałem moich dziadków. Mam po nich pamiątki, całkiem nawet sprawne - po dziadku tyka starannie zaopiekowany zegar (ach, cudowny zegarmistrz, który mi tego wahadłowca pieczołowicie konserwował, też już nie żyje - umarł kilka miesięcy temu... zgroza!!!!! - Bogowie, jak ten człowiek kochał te zadziwiające mechanizmy - ostatnim razem, kiedy u niego byłem, kazał mi się wsłuchiwać w wyjątkowo zniewalające bicie pewnej zegarmistrzowskiej cudowności... - Niech pan posłucha! - Puścił w ruch ogołocony mechanizm - mały młoteczek uderzył w niepozorny kawałek metalu, każąc mu śpiewać niespotykanej piękności melancholijny poemat o przemijaniu... Istne czary, baśń na poddaszu zamienionym na warsztat pełen chorych, domagających się leczenia mechanicznych serc... ), mam książki, starodawne radio, biurko, maszynę do pisania (która na nowo ożyła, bo bardzo zainteresowała się nią kicia, co u nas zamieszkała - wtyka łapki między klawisze, a gdy uda jej się poruszyć jakąś czcionkę, zagląda z góry w jej tajemniczą otchłań, jakby chciała zgłębić zasady tego kunsztownie wykonanego, przedwojennego jeszcze mechanizmu...) ... Kochani dziadkowie, za którymi tęsknię... Czy jednak chciałbym ich spotkać teraz? Czy chciałbym spotkać któregokolwiek z gospodarzy obcych już dziś miejsc? Problematyczna to sprawa. Czasem żartuję, że gdyby nagle w drzwiach pojawiła się moja mama, zadzwoniłbym na policję...

Przywoływanie zmarłych... Ciekawie kiedyś napisał o tym Tomasz Mann w "Czarodziejskiej górze". Sprawy najbardziej zagadkowe, czyli seans spirytystyczny w wygodnym sanatorium śmierci - wywoływanie upiornej istoty, w klimacie będącym połączeniem porodówki z burdelem (no - dla ścisłości - rzecz nie taka znów nadzwyczajna, bo w życiu przykładnie heteroseksualnym, usposobionym prokreacyjnie, przecież te zjawiska nie są sobie obce, tyle że ze sobą sąsiadują taktownie, jakby w chęci uniknięcia skandalu, choć życie tak czy owak jest zdarzeniem nad wraz skandalicznym... Ach, cóż za rozkosznie kamuflująca moc następstwa... Najpierw burdel, potem zaś dopiero doniosłość izby położniczej i uroczyste świętowanie nad chrzcielnicą)... Jak to pisał Tomasz Mann: "W ciągu ostatnich dni ten i ów zastanawiał się, kogo pragnąłby wywołać, ale powrót umarłych, a raczej to, czy powrót ten jest pożądany, jest sprawą złożoną i drażliwą. W gruncie rzeczy i szczerze mówiąc, pragnienie ich powrotu jest złudą, jest omyłką; jest, patrząc na to trzeźwo, równie niemożliwe, jak sam powrót, a wyszłoby to na jaw, gdyby natura chciała to niepodobieństwo powrotu choć na jeden raz odwołać; to zaś, co nazywamy żałobą, jest może nie tyle bólem z powodu niemożliwości zmartwychwstania zmarłych, ile z powodu niemożności pragnienia ich powrotu".

No?... Chciałbym? Nawet tego najukochańszego? Mówię tak, myślę nie. Jednak... To wszystko jest oddaleniem... Śmierć jest tylko jednym ze sposobów oddalenia... Przy oddaleniu nie ma wspólnych spraw. Zmarli wywołani byliby tym samym, co dawni znajomi, przemienieni przez czas w obcych... Po jakimś czasie nie ma o czym mówić... Oddalenie to obcość, zdecydowanie...

W sercu tylko żal, żal za zmarłymi, za minionymi czasami, za sobą samym sprzed czasu jakiegoś...

A w domu... Grzeją już kaloryfery. Gra muzyka. Ciepły piec, ciepły kąt... I kot. Cholera - zamieszkał z nami kot. Kicia. Kryśka. Która polubiła maszynę do pisania!

Życie idzie swoim torem... A wokół duchy... Wybaczcie, duchy, ale w tym roku w rumowisko kamieniarskiego bezguścia się nie udam... Nie chce mi się już chodzić na cmentarze... Ja naprawdę dobrze pamiętam... Niech to dla was będzie światłem. Póki jestem...

Valeyri

kiljan.halldorsson

Val - że eyri, łacha wyborna? Albo że od valur - od sokoła wzięta nazwa... Albo wieloryb? Hvalur, co zgubił "h"?... Wszystko jedno, wszystko do Islandii przecież pasuje. Sokoły, wieloryby, zaś wszystko, co przez ludzi zamieszkałe, zadziwiające jest w swej przyjazności otoczonej nieprzyjazną surowizną...

Wymyślone miasteczko, typowe w tej subarktycznej, twardej bajce...

Jak powiadał kiedyś Agnar Þórðarson - ludzkie życie na Islandii to taki eksperyment... Mimo bolesnych czasem zawirowań, eksperyment wydaje się dawać całkiem przyzwoite wyniki... No - właściwie to można tam i udać się po szczęście, w te dalekie, atlantyckie niepogody... Nie koniecznie jednak trzeba się wysilać turystycznie, bo można na moment zaszyć się w kąt, i poczuć szczęście z książeczką o Valeyri...

Portret Islandii, portret Islandczyków, zadedykowany ojcu autora, znakomitemu pisarzowi, zmarłemu kilka lat temu Thorowi Vilhjálmssonowi, o którym tu kiedyś wspominałem, przytaczając jego liryczną miniaturkę... Ładna kontynuacja, literacka rodzina, talent odziedziczony po nowatorskim i eksperymentującym ojcu, który też kiedyś portretował wrażliwego Islandczyka - Europejczyka... Szkice poetyckie, notatki, mozaiki, błądzenie w wielościach miejsc i czasów - syn, Guðmundur Andri Thorsson, też ułożył mozaikę. Dwuminutową, choć z przepaściami wspomnień, mozaikę z szesnastu elementów... Dwie minuty, ledwie śmignięcie na rowerze przez Katę kochaną, przez islandzkie siedlisko...

Z czasem rozmaicie można sobie poczynać. Opowieść może być ledwie dwuminutowa, lecz owe minuty tak skrupulatnie można wypełnić, że dla czytelnika bądź słuchacza potrwać mogą one wiele godzin.

Maðurinn er alltaf einn. Człowiek jest zawsze sam. Taki był tytuł pierwszego tomu szkiców Thora Vilhjálmssona... Ten człowiek, co zawsze jest sam, jest i u Guðmunda Andrego... Wydawać by się mogło, że wszyscy w wybornej osadzie znają się jak łyse konie, ale to tylko pozór, bo przecież ludzie tak wiele skrywają, miewają wstydliwe namiętności, grzeszki, rozmaite bolesne poczucia, twórcze trudności - tylko ich, tęsknoty, potworne wspomnienia... Ten znany wszystkim w okolicy człowiek, z  którym się wszyscy mijają, zatapia się od czasu do czasu w swych prywatnych otchłaniach - a to go wsysa namiętność do hazardu, a to musi swej duszy urządzić orzeźwiającą i leczniczą kąpiel alkoholową...

W tych tajemnicach, bólach, gorzkich wspomnieniach, jest jednak coś urzekającego... No bo przecież jest ta cała Islandia: z przyrodą, ptakami, mgłami, duchami, elfami, poezją, historią... Prowincja daleka? Takiej moglibyśmy sobie życzyć! Porządna, odchamiona, ze światem obeznana, wielojęzyczna..Uroczy portret Islandii sporządził  Guðmundur, syn Thora. Opowiedział o goryczy życia, o jego brutalności, o nieszczęściu, które wreszcie znalazło bezpieczną i życzliwą przystań, o ludzkich tajemnicach i zdumiewających niekiedy talentach do unikania siebie w nawet najciaśniejszych realiach, o spokoju tych dalekich stron, gdzie życie ma swój powolny rytm, o wielkich rzeczach przejawiających się w drobnostkach, o życzliwej atmosferze... Islandia dzisiejsza, już po dawnych śledziowych gorączkach, owiana historią, z burzliwymi dziejami, po kolejnym kryzysie, wygodna, fajna, w swych przemianach, z pracującymi dzielnie Polakami...

Każda pliszka swój ogonek chwali, więc wydawca polskiego przekładu "Valeyrarvalsinn" woła na okładce: "To najpiękniejsza książka, jaką przeczytasz w tym roku"... No, książka jest naprawdę piękna. Taka perełeczka w tych naszych chamskich czasach. Życie nigdy nie jest zbyt słodkie, ale budowanie takich Valeyri nie jest przecież poza naszymi możliwościami - wystarczy trochę życzliwości, szacunku, tolerancji...

Valeyri zaprasza na czytelniczy taniec, na dwie minuty, długie dwie minuty...

Guðmundur Andri Thorsson

"Miasteczko w Islandii"

Wielka Litera, Warszawa 2017

Odlatują anioły

kiljan.halldorsson

Tak się pięknie zrobiło, barwnie, ciepło... Ale ledwie człowiek wrócił do domu, a tu znów smutne wieści... Odejścia, odloty...

Zasmuciła mnie wiadomość o odejściu Anny Szałapak... Artystka piwniczna, krakowska, gdzieś tak od końca lat siedemdziesiątych, a do tego etnolożka, pracownica Muzeum Historycznego w Krakowie, opiekunka wędrówek miejskich Lajkonika, a także konkursów i wystaw krakowskich szopek, z którymi podróżowała też i po świecie... Agnieszka Osiecka nazwała ją Białym Aniołem, w odróżnieniu od Czarnego Anioła, którym była Ewa Demarczyk... Anna Szałapak miała w sobie rzeczywiście coś anielskiego, coś takiego było w jej wyglądzie, w jej charakterze... Urocza osoba, już wpisana też w legendę krakowską... Od dwudziestu lat nie ma już Agnieszki Osieckiej, od tyluż lat nie ma też Piotra Skrzyneckiego, a od chwili nie ma i tego ich anioła, krakowskiego anioła - odleciał tej jesieni...

Anioły niestety nie wracają z wiosną, ale zostawiają ślady... Tak więc jeden z nich. W muzyce skomponowanej przez Zbigniewa Preisnera do słów Czesława Miłosza... Śpiewa Anna Szałapak

Szukaj szczęścia w polu

kiljan.halldorsson

Wypadałoby się coś zblogować...

Życie, życie, w zmianach, w czasie, w pozornej tylko odradzalności, że się tak wyrażę... Cóż, że atomy nie giną, tylko zmieniają miejsce, skoro to, co złożone, indywidualne, szczególne, poszczególne nie odradza się nigdy... Misterne twory rozpraszają się jak mgły, jak prosta para wodna...

Umieranie, umieranie... Jakiś czas temu, przeglądając rankiem prasę, natknąłem się na bolesno - żałobne podziękowania za udział w ostatnim spacerku świętej pamięci... Zaraz zerknąłem w komputer, w sportowe gazetki... No tak - zasłużony, anioł nie człowiek, wybitny naukowiec i krzewiciel fizycznej kultury, działacz wielokrotnie odznaczany... Umarł kochaś mojej mamci piekłoszczki... Jeszcze jedne drzwi się zatrzasnęły... W ostatnich latach prawie się nie kontaktowaliśmy, bo ja nie bardzo chciałem, bo wolałem unikać wszystkiego, co kojarzyło mi się z matką. Tak czy owak, poczułem ukłucie w sercu, żal... Bo w sumie do faceta nic nie mam - bardzo go lubiłem, za jego energię, za genialne poczucie humoru... Mamcia - tanecznica to wszystko też lubiła - gość wziął ją w rozrywkowe obroty, pozwolił zapomnieć o rodzinnej smucie... W niektórych obrotach sam brałem udział, w dzikim śmiechu wypijając z nim całkiem pokaźne morze wódeczki... Niech to cholera - pakowano go do ziemi dokładnie w tej chwili, w której zdechł mój Budrek... Kochaś strasznie lubił tego psiaka, któremu zdarzyło się zakłócić kilka piłkarskich spotkań... Bo Budrek lubił latać za piłką .:)... Tak, pewnie figuruje gdzieś tam w sędziowskich raportach:)

Kolejny powód do smutku, jakiejś małej tęsknoty... Jezu, jak czas niekiedy potrafi zacierać ślady... Po domu, w którym mieszkała mama, nie ma już śladu. Wszystko jakby nie istniało... Miejsce odmieniło się zupełnie... Tam kochaś lubił przebywać, swoją rodzinę pozostawiając w odstawce... No, ale gdy przyszło zdychanie, rodzina oddała się bolesnym wysiłkom, niezastąpiona i pełna godnej gotowości, i pozostała w żalu nieutulona... He, he...

Ech, te domy, te rodziny... Ogniska domowe - jakże często piekielne... Nie od rzeczy to nazwanie, to ognisko, doprawdy... Ogień lubi się rozochocić, a emocje dlań są równie życiodajne jak tlen... Coś o tym wiem.

Dom, mir domowy - hehe - diabeł się cieszy - wspaniała przestrzeń w naszych duchowych realiach wrednych dla bezkarności; zacisze dla wszelkiego rodzaju nadużyć i przestępstw: dla gwałtu, pobić, kradzieży, upokorzeń, zniewagi, plucia...

Dom to też miejsce opuszczenia... I w tej wersji jest mi znany... Czasem zdarzają się powroty... Jakże nowotwory przywracają człowieka na łono... Nagle żony drogie się znajdują, albo synkowie... Kosztowne ekscesy... Ratunku, ratunku... I nagle Ojcze nasz i Zdrowaś Maryjo...

Kochaś miał już swoje lata, ale żeby nie było tak przyjemnie, natura zawsze ma w zanadrzu jakieś nieprzyzwoitości... Pomógł mu nowotwór... Bogowie, jak słyszę hasło "nowotwór", to mi włosy dęba stają. Jestem tym przerażony... Śmierć kosą nowotworową wykosiła mi trzy czwarte otoczenia. Nie darowała ludziom, nie darowała psom... Czasem bywam zaskakiwany po latach... Jakiś czas temu w Reykjaviku, jadąc ze znajomym koło Rauðavatn, rozgadałem się z sentymentem o pewnej przyjacielskiej duszy mieszkającej w pobliżu, dzięki której kiedyś w moim życiu zadziało się kilka fajnych rzeczy, fajnych i ważnych... Mieszkającej w pobliżu... Żeby tak było!... Kierowca się smutno uśmiechnął... Pan od biologii... Zaraz się dowiedziałem, że Hilmar - przyrodnik, a poza tym fantastyczny folklorysta i zawołany kuchcik i miłośnik życia, dawno temu się  z nim rozstał, z owym życiem... Chociaż kiedyś kontakty się urwały, to świadomość, że znajomek jest, była najnaturalniejszą oczywistością, bo przecież człowiek był młody... A tu się okazało raptem, po latach, że w czasie, kiedy walił się mój świat, i on odchodził, również dotknięty zasranym nowotworem... Zamilkłem podczas tamtej przejażdżki... Zostało mi po nim w szufladzie trochę starych listów. Pamiątki, stemple z prehistorii, pisanie z całkiem zamkniętej epoki, z kolejnej miejscówki, co już pusta dla mnie... Obiecywałem sobie, że wpadnę, odwiedzę, choć i tak już było za późno... O, spóźnialski, niedbały ja!

Umieranie, umieranie... W tych naszych upragnionych zadomowieniach, gdzie tylko chwilami znośnie. Przychodzi zawsze czas, kiedy człowiek ze strachem otwiera rano oczy...

W sierpniu lubiłem uciekać na podmiejskie łąki, w resztki kwietnej dzikości, w koniki polne i inne robaki... Kusząco puste ręce, takoż pusta głowa.

Nic, tylko w pole wiać, nawet w badyle jesienne i gawrony, co sobie same radę dają, co bardziej dyskretne są, gdy idzie o nieszczęścia...

Domy mogą straszyć... Ten szerzej rozumiany dom, Polska, też mnie dziś troszkę straszy... Jest tak, jakby ktoś na nas napadł. Tak w każdym razie ja czuję. (Doprawdy - nie potrzeba żadnych zewnętrznych wrogów - można go znaleźć w środku, i dać mu wolną rękę, poprzez głupotę, złość, obojętność...) Że też mogliśmy pozwolić na to, by bawił się nim mały nihilista skryty na melinie przy Ciemnogrodzkiej. Dziwaczny stwór, jakby rupieć z poradzieckiego lamusa, gra sam ze sobą w szachy - spryciarz ma łatwe dość zadanie, zabawa idzie gładko, bo pionki i figury to we wspaniałej większości moralne i intelektualne dno... Bawi się swymi zabawkami, a przy okazji rozgrywa wszelkie drugosortowe niezadowolencje, bo one lubują się w zgrupowaniach wyizolowanych i senność w nich tak imponująca jak u jakichś wielkich niedośpiałków. Naiwne taktowności, potulności i głuchoty, bo każda gromadka przy swojej rzepce.

Dziwni jesteśmy. W Euroazjatyckim rozkraczeniu. Te tam ogromy superkontynentu mają osobliwy magnetyzm. Ech, te nieobyczajności, te wesołe, giętkie nieucywilizowania, i jebał pies... Ktoś kiedyś fajnie powiedział, że Polak to taki Rosjanin, który udaje Francuza... W nas przecież tyle Francji - elegancji... Bątąpierdą... Cóż za style i smaki, jak już umiemy ze znawstwem cyckać winka, jakie papu mamy, a piripiri, a fifirifi, a dzidzilala... A tu raptem upiora budzimy, oprycha bolszewickiego (i to w jakich zadziwiających mariażach, okadzonych i skąpanych w kapuśniaczku wody omodlonej), sami w osobliwych strachach rozbudzeni, w trującym tumanie zabobonu... Tak się daliśmy rozrąbać i skąpać w najdziwaczniejszej brei, będącej mieszaniną brudnych strumieni zdziczałych świadomości... Pfe!

Chce mi się w pole wiać, choćby i w gawrony!!!!

Prawie nic

kiljan.halldorsson

I już jesień znów, pierwsze ogniska żółtych płomieni liści na brzozach... Małe uśmiechy dla barw i pięknego światła kurczących się dni... Po lecie, które w tym roku przemknęło mi niezauważone...

Ciągłe znikania... Znów się dowiedziałem o paru odejściach... Znikają ludzie, znikają psy... Im późniejsza noc, tym mniej świateł się pali... Ponure prawa, zbyt starzy przyjaciele, okrutnie krótkowieczne psy, i spóźnienia wynikłe z niedbałości...

I znów po jakimś czasie jest. Coraz ciszej wokoło, choć świat może sobie krzyczeć i szaleć...

Robimy sobie niedługo urlop... Skok na kilka dni do Oslo... Puste mieszkanko, małe oddzielenie się, i spotkania kolejne z własnymi cieniami, echami, co się ledwie we mnie trzymają kupy... (Trzeba tylko tam dolecieć, a ja, biedny, im starszy jestem, tym bardziej boję się samolotów... Co to się dzieje?)

Życie mija, a ja ciągle się telepię, cudem jakimś, z tymi swoimi matczynymi ślepiami - nie mógłbym się wyrzec tego macierzyńskiego potwora... Ja zmieszany z upiorem, i z całym tłumem gasnących istot - z sobą samym w kawałkach, w mało do siebie pasujących elementach układanki... Tandetny wyrób...

Nie zgaszę chyba swojej melancholii, jednak, trzeba więc będzie o nią jakoś zadbać, oblec w jakieś przyjemne aksamity, otulić czasem pierzynką, przygrzać przy ognisku... I dodać troszkę śpiewów, łagodnych i mniej łagodnych...

Dziś niech będzie łagodnie... Coś, co samemu sobie lubię dziś pośpiewać...

Cudowna Elżbieta Adamiak, ta Królowa Krainy Łagodności, tak miłe budząca wspomnienia, czasem dalekie już, pachnące niekiedy lasem i ogniskowym dymem, z obiecujących lat...:)

Śliczna piosenka:

© Kiljan Halldórsson
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci