Menu

Kiljan Halldórsson

BRUDNO W PIS Y -ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA

Urodziny

kiljan.halldorsson

Húh, húh... Wprawdzie Mundial niezbyt mnie zajmuje, ale wczoraj chętnie pokibicowałem chłopakom z Islandii, którym się przyszło zmierzyć z drużyną Argentyny. Spisali się pięknie. Bronili się dzielnie, skutecznie, naciskani do ostatka. Piękny remis 1 - 1. Bez wątpienia bohaterem meczu był bramkarz Hannes Þór Halldórsson, który ocalił skórę swojej drużny i któremu nawet Messi nie podskoczył. Niespodzianka miła i obiecująca. I taki urodzinowy prezent. No bo dziś, 17 czerwca, są urodziny wyspiarskiej republiki...

*****

A skoro urodziny. No to niech będzie "Birthday". Stare już dzieje, końcówka lat osiemdziesiątych. The Sugarcubes, "Life's Too Good", no i ten wspomniany utwór - super start dla Björk do jej światowej kariery... Wspomnienia, wspomnienia. Lubię do tego wracać.

Zatem przy urodzinach... Ważne zdarzenie dla islandzkiej muzyki, trzydzieści lat temu. Do dziś brzmi dobrze!

 

 

I może jeszcze troszkę muzyki. Jeszcze raz Páll Rósinkranz, tym razem śpiewający utwór z repertuaru Leonarda Cohena. Lubię, jak to śpiewa. No i jeszcze do tego trochę islandzkich obrazków:

Ostrość rzodkiewek

kiljan.halldorsson

Trochę minęły te upalne monotonie. Już takie wszystko dojrzałe. Przedwczesne. Lipy już w szalonych kwieciach, pachnące, wyperfumowane... Jejku, jak one o poranku potrafią pachnieć... Miłe są poranki z kwitnącymi lipami - zaraz przy nich myślę o miłości, takiej świńskiej, z wydzielinami:) Chyba miodku dużo będzie? My z Frankiem to tak sobie lubimy podjeść żytniego chleba z miodem...

Dojrzałości. I Parada Równości też dojrzała. Miłe, radosne zjawisko. I tęcza powstała, złośliwie niepalna... I jakie pląsy polityczne dookoła. Aż się można było wzruszyć. Zalatuje wyborami. Jak nam dobrze będą robić. Podobno pan Trzaskowski to już nawet marzy o udzielaniu gejom ślubów. I pani Senyszyn wydobyta z rupieciarni zaskrzeczała nawet... Przecież wszyscyście już byli, nawet ta pani, co ma teraz kropkę z przodu, też nie jest żadnym świeżakiem... Można się było popisywać... Znów gromadka przyjemniaczków ufa, że będziemy się nabierali...

Są tacy, co jeszcze upierają się przy jakichś rozróżnieniach, dostrzegają lewo, prawo, a ten szajs jest przecież okrągły, nieskrzydlaty, to kocioł, gar, w którym kitwasi się licha zupa. Ma rację Kuba Wątły, widząc w naszym politycznym żyćku jeden wielki sejmowy kartel - wszyscy siebie warci: lewi, prawi, środkowi... Ta zupka kitwasi się od trzydziestu lat i pożywna jest szczególnie dla klechy i tej jego szczycącej się wielowiekowymi tradycjami fenomenalnej firmy pogrzebowej, która nie ma sobie równych, gdy idzie o sianie zgorszenia.

Zupa się tak długo kitwasi, że aż skisła, bo to, co teraz mamy, to już tylko cuchnąca pianka, to już buzujący gnój, mus zgnilizny, tak że cały ten gar warto po prostu wynieść. Hm - żebyśmy tak zdołali to zrobić - chwycić polityczny kocioł za uszy i wynieść go daleko od ludzkich siedzib, opróżniając jego zawartość w jakimś głębokim dole.

Zauważyłem też, że dama pierwsza dumna jest ze swego męża, co się pławi w domniemaniach konstytucyjności. Taki spec, znawca i ponoć nawet czytelnik, choć, sądząc po absurdalnym zestawie pytanek konstytucyjnych, nie dość wnikliwy...

Domniemania... Nie ma czegoś takiego jak domniemanie konstytucyjności ustawy rażąco sprzecznej z podstawowymi zasadami określonymi przez konstytucję. W takie domniemania można popadać przy jakichś bardzo szczegółowych kwestiach, a mając jakieś wątpliwości, można odwołać się do trybunału, który coś ostatecznie ustali, nie zadowalając z pewnością wszystkich - bo tak to zwykle jest z sądowymi wyrokami. Ale nie można biegać po trybunałach - w normalnych warunkach - z przepisami, które są ewidentnym zaprzeczeniem konstytucyjnych zapisów. Prawo obowiązuje wszystkich, w tym Konstytucja, która daje jakieś ogólne zasady temu naszemu życiu, jakiś porządek, co do którego się umówiliśmy, i do zmiany którego, póki co, nikt nie ma mandatu.

Domniemania... Tak, wygodnie tak powiedzieć, tyle że to mało ma sensu. Z takim myśleniem można by było wprowadzać w życie najabsurdalniejsze przepisy. Fantastyczne byłoby domniemanie konstytucyjności ustawy zabraniającej na przykład rudym wchodzenia do tramwajów, przy konstytucyjnym przepisie o zakazie dyskryminacji kogokolwiek. Z czymś takim nie warto nawet biegać do trybunału, bo dla każdego byłoby jasne, że przepis o rudych nie ma żadnego znaczenia... Każdy sędzia miałby nie tyle prawo, co wręcz obowiązek zignorować taki przepis, odwołując się bezpośrednio do Konstytucji, która nie jest przecież tajemną księgą przeznaczoną specjalnemu trybunałowi do wyłącznego użytku, i każdy tramwajarski wróg rudych miałby się z pyszna.

Oczywiście mówiłem o normalnych warunkach...

Tu, dziś... Ja się w ogóle dziwię, że jeszcze cokolwiek próbuje się robić, pyskować... Można swobodnie wygaszać instytucje, już dawno to można było zrobić, nie bawiąc się w żadne prace. Na Ciemnogrodzkiej jest przecież mózg. Napastnik, co dostaje wszystko, decyduje. Trzeba było ogłosić od razu - wszystkie dotychczasowe przepisy obowiązują nadal, chyba że Prezes zdecyduje inaczej. I kropka. Można by było nawet wziąć jakiś egzemplarz Konstytucji, nagryzmolić ołówkiem powyższe oświadczenie na pierwszej stronie, dając do zrozumienia, że treść księgi z owym gryzmołem jest jedynym obowiązującym prawem - wszystkie inne, bez gryzmoła, mają zaś tylko wartość pamiątkową. I już...

A propozycje pana o bułkowatej twarzy od damy pierwszej... Że on jeszcze ma czelność cokolwiek konstytucyjnego proponować... Istniejącą Konstytucję, dla kaprysu zdemoralizowanego Prezesa potraktował jak srajtaśmę... Istniejącą, tę, na którą przysięgał... Ten pan tak lubi spożywać opłatki po kościołach! Ja naprawdę zaczynam wierzyć w cuda, bo to cud prawdziwy, że mu się te opłatki nie przemieniają w ustach w ropuchy.

Ostatnio - być może przy okazji rosnących cen paliw - wzięto na tapetę pornografię. Seks i pornosy to tematy bardziej zajmujące. Nawet papu dla autek schodzi na dalszy plan, o czym stojąca dziś u steru państwa zgnilizna wie doskonale... Tak, sam jestem za pewnymi ograniczeniami. Znaczy - nie chciałbym stronić od stojących fujarek i nawet od nabrzmiałych, pożądliwych kasiek, ale chciałbym, żeby na dobre znikły gadające dupy... Łatwo do nich dotrzeć, wystarczy pierwsze lepsze telewizyjne info... Widzisz twarz - a tu się raptem okazuje, że to dupa gada, i jest to dla mnie ten rodzaj pornograficznych udziwnień, które nie budzą mojej fascynacji - przeciwnie - spychają mnie w otchłań przerażeń najdzikszych...

Ludziom się jednak to politporno podoba, gdy się weźmie pod uwagę sondaże... To jeszcze głupota? Czy już coś straszniejszego, okrutniejszego, jeszcze nędzniejszego?...

Nie sądziłem, że wpadnę znów z wizytą do dyktaturki, i to takiej infantylnej! Wracając kiedyś do kraju, po tych swoich doświadczeniach, naukach, myślałem, że kieruję się do świata, który wyleczył się z PRL. A tu raptem taki nawrót... Kiedyś, w tamtym PRL, byłem gówniarzem i mniej polityczne sprawy zawracały moją głowę, mniej polityczne sprawy kazały mi cierpieć... A teraz... Ciężki smutek i wstyd, po prostu wstyd... (Parę razy już usłyszałem, że przecież mogę wypierdalać, tam, do tej całej Europy... Widać, tu jednak nie Europa.)

Infantylna dyktaturka należy do tych lekko nieśmiałych, to znaczy niczego nie równa z ziemią, zachowuje pozory, i wydrąża, wysysa zawartość wszelkich ważnych instytucji, i wsadza tam swoją zaufaną łobuzerkę. Zniszczenia są już znaczne. Dziś mogę mieć tylko ponurą satysfakcję, bo tuż przed poprzednimi wyborami, może trochę w zbyt żartobliwym tonie, przywoływałem pewną staronordycką bajkę i przestrzegałem wyborców, żeby się dobrze zastanowili, zanim postawią na karcie znaczek - jeśli wtrącimy się w malstrøm, to trudno będzie się zeń wydostać, trudno będzie wszystko odkręcić!

Co dalej? W rozsądnym scenariuszu chyba jakaś tymczasowa władza skupiona na bardzo elementarnych sprawach, dająca dobry grunt do odnowy, stawiająca przed sądem pożytecznych, z punktu widzenia Ciemnogrodzkiej, idiotów...( Czekam na taki czas, z pewną ciekawością - dama pierwsza dalej będzie dumna?) No i dopiero potem sensowniejsze wybory, bardziej drobiazgowe programy...

Ostatnio w warzywniaku, u kochanej pani Jadzi... - A, wezmę jeszcze rzodkiewkę. - Tylko jest bardzo ostra. Bo susza jest. A w czasie suszy rzodkiewka robi się gniewna... - Przypasowało mi to. Jakiś do tego szczypior, twarożek... Będzie gniewne śniadanie, choć z łagodną nutą białego serka, śmietanki... 

Rzodkiewka była bardzo patriotycznie ubarwiona. Biało - czerwona. I ostra. Wściekła na suszę...

Sucho... Sucho wokół... Może czas się wpieprzyć?

Rzodkiewka daje pewną radę...Pali w ryj, bo jej niefajnie było w życiu.

Z okazji Dnia Dziecka... Páll Rósinkranz

kiljan.halldorsson

Jeszcze raz Steinn Steinarr, i piosenka, co zawsze mnie wzrusza... Ach, my, wieczne dzieciaki, aż po zmierzch. Niezbyt łatwe nasze życie, straszniejsze od poświęceń tych naszych matek lekkomyślnych (ach, wybaczmy bezmyślność naszych rodziców - traktujmy ją jak okoliczność łagodzącą w naszych oskarżeniach)... Bawimy się, bawimy... matki, ojcowie, ich ofiary, następne matki, następni ojcowie, ich ofiary... Piękna islandzka piosenka do pięknego islandzkiego, prostego wiersza Steina...

Wszystkiego dobrego, dzieciaki... Ten kamienny ludzik z filmiku to Bárður Snæfellsás - duch z gór Snæfellsnes... Nich się wami opiekuje... Po buziaku dla każdego zabłąkanego tu internauty. A dla Koffiego dwa buziaki!!!:))

Bergþóra, Jónas i Lögreglukór Reykjavíkur

kiljan.halldorsson

To tak na koniec tego maja ze Steinem... Wróćmy do znoszonych robociarskich butów, w szarości, w szare  heroizmy... Jeszcze raz "Robotnik"... 

Na początek nieodżałowana Bergþóra Árnadóttir... Nie ma już jej od jedenastu lat... W lutym skończyłaby siedemdziesiątkę... Lubię jej głos. A Verkamaður i jej melodia zawsze mnie wzrusza! Piękna piosenka, bardziej pieśń:

No i Jónas Sigurðsson z towarzyszeniem chóru islandzkich policjantów... Bardzo mi się to podoba. Rzecz została zarejestrowana  w Laugarneskirkja w Reykjaviku... Steinn Steinarr, wspaniały Steinn:

Steinn Steinarr (1908 - 1958)

kiljan.halldorsson

Jedynie poeci, muzycy i święci podsuwają nam lustra Niepojętego. Oni widzą, wiedzą, rozumieją. Nie wszystko. Okruchy.

Ingmar Bergman Rozmowy poufne

W piętrowym drewnianym domu... Kto by pomyślał, że w tej niepozorności budowlanej kryło się kiedyś centrum kultury. Islandzkiej. Wychodzenie z prowincjonalnych opłotków, w kryzysowym czasie, w zamieszaniu, w chaosie... Unuhús, czyli Dom Uny, niepozorny budyneczek drewniany u zbiegu ulic Garðastræti i Bárugata w Reykjaviku... Adres związany z wielką czwórką...

Ma swoją wielką czwórkę literacką Norwegia w postaci Ibsena, Bjørnsona, Kiellanda i Lie; ma Szwecja Augusta Strindberga, Selmę Lagerlöf, Hjalmara Bergmana i Hjalmara Söderberga; czwórkę wielką ma i Islandia - tak bym zaryzykował, czwórkę tak bardzo związaną z czerwonym domkiem w Reykjaviku... Dom Uny - bo kobieta imieniem Una kiedyś go prowadziła, potem zaś domem zajął się jej syn, Erlendur, całkiem jak matka zakochany w sztuce i artystach. U Uny można było tanio zjeść, można było też znaleźć ciepły kąt na noc, co cenili wielce niezbyt śmierdzący groszem artyści... U Uny, a później u Erlenda, który grał do lat czterdziestych ubiegłego wieku rolę serdecznego przyjaciela artystów, o którym mówiono: Erlendur í Unuhúsi... Erlendur karmił i był wyrocznią... Stefán frá Hvítadal wspominał kiedyś: Nikomu nie pokazywałem nowego wiersza, dopóki nie uzyskałem aprobaty Erlenda od Uny...

Stefán wymieniony wyżej. Jeden z tej czwórki... Jak Erlendur, i on miał nosa. Był dobrym duchem dla Steina Steinara, który do wielkiej czwórki dołączył. Nastrojowy Stefán niejako odkrył pogniewanego na świat Steina, i dwa razy wyciągał go na powietrze, kierując go m. in. do gościnnego Erlenda, tej reykjavickiej legendy międzywojennego czasu... Tam wpadali jeszcze inni ważni, później ważni: niebywały kpiarz Þórbergur Þórðarson, który nawet zaplanował jaja z własnego pogrzebu, no i przyszły noblista Halldór Laxness... Myśli w małym domku fermentowały, wśród sporów, a jakże... Laxness zaraził Stefána katolicyzmem, skutecznie, sam Laxness zaś pobiegł później w stronę myśli marksistowskiej, Þórbergur poszedł w spirytyzmy, jogi, esperanta... Steinn natomiast - on wątpić zaczął dość wcześnie we wszystko, pozostając właściwie najbardziej wierny sobie... Chłopak z bolesną stratą w sercu, z zamieszek w czasach chaosu...

Wielka islandzka czwórka - najbardziej znany z niej to naturalnie Halldór Laxness, potem Þórbergur Þórðarson, no i Stefán frá Hvítadal oraz Steinn Steinarr... Chociaż - tak, były tam jeszcze dwie fantastyczne kobiety, malarki, zaznajomione już z Europą, światowe, obie zaprzyjaźnione ze Steinem: cudowna Louisa Matthíasdóttir oraz Nína Tryggvadóttir... Louisa, ta odważna kolorystka, genialna w tych wszystkich geometrycznych uproszczeniach, do których Islandia tak bardzo przecież zachęca - kocham, kocham mocną kolorystykę Louisy, ale kocham też i Nínę - przynajmniej z jedną jej pracą musi zetknąć się każdy przeciętny turysta na islandzkiej ziemi - z islandzkim Chrystusem nad ołtarzem w katedrze w Skálholt...

Wszyscy są mi jakoś bliscy. Ale chyba Steinn najbardziej. Bo doświadczył tego, co znaczy być śmieciem, bo znał smak gniewnej samotności, odrzucenia... Ale też dlatego, że poznał smak - bo ja wiem - cudu, cudu pomocnej ręki... No i też koszmarny smak straty... I ten brak złudzeń. Przynajmniej gdy idzie o wielkie sprawy, ponadindywidualne - to, co zdaje się być dobrą odmianą, podszyte jest zawsze fałszem, jest zbrodniczym kłamstwem... Poniżenie, bezrobocie, koszmar nielubianej roboty - czasem chował dumę, tyrał, gdy było gdzie, tracąc przy tym zdrowie... Miał narzeczoną, dla której rodziny był nikim, z którą jednak, po latach, był w związku - to pocieszające... Przetrwał. Zmarł mając ledwie 49 lat, zostawiając jednak fantastyczny dorobek. Stworzony dla muzyki. I dla wszystkich tych, co nie bardzo są pogodzeni ze światem, światem pełnym chciwości, korupcji, pogardy, co znają gorycz życia, smak niechcianej roboty, próżnego wysiłku, zwątpienia, osobności, outsiderstwa...

Czas i woda... To już z najpóźniejszego okresu... Steinn lubił przyrównywać ludzki los do wody...

Pieśń załączona poniżej jest tylko początkiem poematu... Na końcu jest ocean. Nasz wewnętrzny ocean, z jego głębinami, w oceanie, gdzie miesza się wszystko, co umarło... Między nami bezkresy. Nasze marzenia w migotliwych falach, ponad tajemniczą głębią... Przed nami błękitny ocean, gdzie utoną nasze smutki... Wieczność, co tak kusiła Tomasza Manna... Wodne bezdroża...

W Islandii tyle rwących rzek, wodospadów - wszystko to płynie, płynie, do morza... Steinn opowiada, że naszym przeznaczeniem jest ten poziom zero... Spływamy. Czas spływa w nas, i my płyniemy, do zera... W nic... W jakiś dziki sztorm... Ciekawe, jaki udział ma w tym strata jedynego przyjaciela z dzieciństwa. Zabrała go woda. Od tej straty zaczęła się poezja... I poszła w "Czas  i wodę".

Dziś 60 rocznica śmierci Steina...

Jeszcze trochę islandzkiej muzyki

kiljan.halldorsson

i poezji przy okazji... Maj ten należy do Steina Steinara... Steinn Steinarr i islandzka piosenka to całkiem spora historia. Ten poeta miał muzykę w swych żyłach. Inni szybko ją odkryli... Odkrywają do dziś.

Tu rzecz z 1980 roku. Z krążka z poezją Steina, zaśpiewaną uroczo... Zatem muzyka, troszkę obrazków (o, na pocztowym znaczku nawet fragment wiersza, który gdzieś tam wcześniej znalazł swoje miejsce na tym blogu:))

Mało mam ostatnio czasu, żeby coś pisać, zostawiam więc internetowych wędrowców z nutą, z Islandii... Muzyczna podróż do domu...

Robotnik

kiljan.halldorsson

Będzie to maj Steina Steinara...

Steinn - zbuntowana dusza. Z robotniczej rodziny, ze stanu, którego nie znosił... A skazany: a to na niewdzięczną robotę, a to na bezrobocie... W młodości uchodził za dziwaka, co lubił uciekać gdzieś w kąt, i co umiał odgryźć się złośliwą strofką... Chłopak z Zachodnich Fiordów... Zbratał się swego czasu z komunizującymi pisarzami, stając się pierwszym ważnym islandzkim poetą proletariackim. "Palił się czerwony płomień" to tytuł jego debiutanckiego tomu wierszy z 1934 roku, który był mocną poetycką reakcją na kryzysowe lata trzydzieste, na koszmarną nędzę robotników, bezrobocie, na głód i fatalne warunki socjalne... Reakcja pełna optymizmu; że ofiary nie pójdą na marne, że pięścią tylko można wywalczyć sobie lepszy los... Jeszcze wierzył w drzemiące siły. Choć szybko towarzysze uznali go za zdrajcę, bo niedługo potem, w kolejnych wierszach, stracił wiarę... Zbielał ten Steinn Steinarr, powiadali... Tak, zbielał, poszedł w nicości i w wodne metafory, o których później.

Teraz płomienny Steinn... Verkamaður też wszedł do pisenki islandzkiej. Swego czasu ślicznie śpiewała ten utwór swym aksamitnym głosem Bergþóra Árnadóttir. Ale bardziej podoba mi się ta najnowsza wersja, szorstka, na pozór byle jaka... Niby rzecz z odległych czasów, z innej ekonomicznej rzeczywistości, ale jakby ciągle aktualna, dla tych wszystkich, którzy w swej pracy czują się śmieciem, którego łatwo się pozbyć, o którego nikt się nie bardzo chce troszczyć... Nowa rzecz, z lutego tego roku... Brawo, chłopcy. Bardzo mi się podoba to video, i ta piosenka... Piękne rymy zacnego Steina Steinara - graficzny majstersztyk... Choć gorzka, ale i pełna nadziei treść tych słownych piękności... Obrazki dobrze ową treść ukazują... Islandia. Steinn Steinarr. Robotnik. I jego francowata dola:

Flóttinn

kiljan.halldorsson

Ég er lífið sjálft. Og þú kemst ekki undan. Ég elti þig.

Flóttinn. Ucieczka... Jak sobie tak posłuchałem i popatrzyłem, to mi się zaraz przypomniał Sigbjørn Obstfelder i jego "Bezimienny"... Jakieś nocne ubocze, park, źrenice latarni, noc, strach, cierpienie... Tylko tam było odejście... W mroku na ławce sterana kurewka... Spodobała mi się ta wizja śmierci... Kurewka wie, co i jak, wie, jak złe jest życie, i jest też uczciwa - cennik jej zawsze przyzwoity, w przeciwieństwie do cennika życiowych partnerek... Uczciwa jest też śmierć, co w końcu przychodzi, i bierze ledwie grosz, dając tę szczególną odrobinę ciepła, pociechy, czułości... Ufam, że zawsze przychodzi w porę, że w tym całym wcześniej lub później jest jakaś mądrość i ratunek przed nadmierną przesadą zła. Choć nie da się jej przywołać, to z myślą o niej poflirtować można... Zjawia się, kiedy uznaje to za stosowne, nawet wtedy, gdy strzelamy sobie w łeb...

Straszydło to życie. Co chichocze w mroku, jak w "Ucieczce" Steina Steinara. Nie śmierć jest straszna, ale to, co życie wymyśla na jej temat. Jest bezwartościowe, tworzy więc, jak opowiadał Schopenhauer, straszydła, jako takie potrzebuje przerażających strażników... Choć w końcu ustąpić musi, gdy jednak nie czas po temu, robi wszystko, by nie w śmierć kierować nasz bieg... Nie umkniesz mi, powiada Steinn Steinarr, powiada ustami samego życia, nie umkniesz mi, i ścigać cię będę...

Noc do dobry moment na zniknięcie, wycieknięcie z tego życia, z jego zgiełku, męki, lecz...

Jest noc. Idę ulicą. Cichą i bezludną. No bo jest głęboka noc. Idę szybko i pewnie... I mówię: - Widzisz? Już mnie nie ma. I nigdy nie wrócę. Nikt nie wie, gdzie jestem, gdzie moja kryjówka... Nagle słyszę kroki. Nikogo jednak nie widzę. Ale słychać wyraźnie kroki, szuranie po bruku... Co ja takiego zrobiłem?... Samo życie. W strachu muszę wiać, z powrotem, tam, skąd przyszedłem, skąd chciałem uciec, z piekła przecież...

Podoba mi się ten mrok, cmentarz w tej filmowej miniaturze, na którym raptem zjawia się życie, nagie...

Bardzo fajna miniaturka filmowa do wiersza Steina, której twórcom ogromnie dziękuję... Bardzo mi się spodobała... Steinn Steinarr i jego bliska mi poetycka nuta... Zapraszam, w noc... "Flóttinn".

Góðan dag, litla barn; gott kvöld, gamli maður

kiljan.halldorsson

Maj nastał, a z majem to mi tak często się Steinn Steinarr przypomina. W tym miesiącu minie sześćdziesiąta rocznica jego śmierci, a jesienią tego roku będzie już 110 lat od jego narodzin...

Z bied różnych wyrosły, rewolucyjnie początkowo płomienny. Potem jednak pełen zwątpień, czasem trącający o nihilizm... Trochę eksperymentujący, ceniony w swoim kraju bardzo. Czytany i słuchany, z akompaniamentem, bo z jego twórczością polubiła się muzyka, znalazła tam siebie, znalazły, muzyki, bo to i ta poważna, i ta trochę lżejsza...

Steinn Steinarr stał się istotną częścią islandzkiej piosenki. Do dziś sięga się po jego teksty.

"Barn" Dziecko. Już tu kiedyś ten wiersz wspominałem, trzy lata temu, we wpisie Zatrzymania, wiersz, co to ukazuje naszą sytuację, tyleż tragiczną, co groteskową... Jakoś zawsze jesteśmy jednak tacy sami, z dziecka wyrośli, dzieckiem będący stale, w jakimś sensie, od dzień dobry po dobry wieczór... Szczeniactwo, młodość, której pokusy szepczą na ucho czarowności, starość, którą grzecznie pozdrawiają inne dzieci... My, dzieci bawiące się na plaży, nad morzem, które przecież zawsze jest takie samo...

Trochę tu majowo może jeszcze pomuzykuję, wspominając przy okazji Steina Steinara...

Zatem już, zaczynamy: Steinn Steinarr oraz stary, kochany Ragnar Bjarnason, albo - jak wielu woli - Raggi Bjarna. Barn:

 

Dniami i nocami

kiljan.halldorsson

Pędzi ten czas. I wiruje ta ziemia, w wiosennych znów pozycjach... Jaka piękna wiosna tego roku. Taka błękitna, łagodna, wystrojona w kiecki najlepsze, promienna, uperfumowana... Aż się w głowie kręci od wonności... Kuszenie na każdym kroku... Tak, kiecka kwietna, choć pod kiecką, jak to pod kiecką - nieładne obrazki! O, ileż to trzeba otumanień, by tak w samą rzecz wstąpić!... Ale kto się tym otumanieniom nie poddaje? No, może jeden lękliwy demiurg (lękliwy demiurg - jak to brzmi - taką jednak mamy sytuację!), demiurg z Żoliborza, bo tak poza tym...

Dziwny sen w tym życiu rozkwitającym miałem wczoraj. Sen o śmierci, i to własnej. Ktoś mnie eksperymentalnie otruł, po czym miał mnie odtruć. Ale jakoś mnie nie odtruto. I zostałem sam, z własnym, bezwładnym trupem. Bo jednak jakoś żyłem, w postaci granatowego cienia. Takie w każdym razie miałem ręce, w takich oto granatowych rękach niosłem swoje nagie ciało - całkiem jeszcze do rzeczy, trochę owłosione, może z nazbyt wystającymi żebrami i zapadniętym brzuchem. Taki jakiś chrystusowy byłem, całkiem jak ta ponętna rzeźba święta zapamiętana z dzieciństwa, którą babki chustkowe w wielkanocnych skupieniach z czcią obcałowywały u wejścia do pachnących rzeżuchą podziemi, z których kiedyś wywędrowała na miejsce wiecznego spoczynku trumna z ciałem Wyspiańskiego... Chrystus umęczony, martwy, ale piękny, z nadzwyczajną miłością do męskich kształtów wyrzeźbiony! Rządek babć całował to drewniane cudo... Cóż to musiała być za orgia bakteriologiczna!... No tak - żarliwa miłość nie wymaga jednak higieny. Żarliwa miłość - wszystko jedno, w jakiej postaci - zapamiętale tarza się w brudzie!!

Sen. Wcale nie był nieprzyjemny. Jakaś ulga temu towarzyszyła, choć moje granatowe ręce dźwigały bezwładne ciało... Coś szeptało: - Nareszcie. - I obudziłem się. Z dziwnym samopoczuciem. Jakoś osobliwie swoim ciałem podniecony, a jednocześnie rozczarowany: - Więc jednak nie? (Odczytałem to jako obraz mojego lęku - umrę ostatni - zostanę któregoś dnia jak samotne drzewo na porębie!)

Ciągle żyję. Życie mija, a ja jakoś nie... Kocham się, czytam książki, piję wódkę, liczę czasem pieniądze - bo bywam czasami poważny... Ale o co biega?... Przypomina mi się pani Marta z "622 upadków Bunga" Stanisława Ignacego Witkiewicza, co to owemu Bungowi chciałaby miłośnie rozdrapać usta, która aż by się skurwić ostatecznie chciała, by znaleźć... Tylko co znaleźć? "Chciałabym czasem poznać wszystko, co może być najgorszego, i na dnie ostatnich już rzeczy znaleźć to, czego szukam". Tylko czego to się szuka? Jak się wylezie z ostatnich rzeczy, to i tak nic nie wiadomo, pani Marto... Jest może jeszcze dziwniej...

Piję, kocham, czytam... I z kotem się zagapiam... I wszystko już było... I już poeta przecież napisał... Pamiętacie, jak to Staff czekał?

Leopold Staff

"Czekam..."

Czekam na każdym miejscu i w każdej godzinie,

Wypatruję w chmur locie, w kamieniu i drzewie,

W starych księgach i w pieśni, w miłości i winie.

I szukam Bóg wie czego, bo nikt o tym nie wie.

.

Lecz dzień zawodzi w męce strawiony daremnej

I w jałowych zabiegów błędnym kołowrocie.

Może czegoś dopatrzę się wśród nocy ciemnej,

Co rozszerza księżyca sierp i oczy kocie.

© Kiljan Halldórsson
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci