Menu

Kiljan Halldórsson

BRUDNO W PIS Y -ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA

Roald Amundsen

kiljan.halldorsson

Są tacy ludzie, co znikają. Ich życie kończy się dla nas jakby wielokropkiem... (o, mój ulubiony znak, biorący się z intelektualnej nieporadności, narastającej niestety...) Znikają, przepadają, nie osiadają w żadnych grobach. Rozpływają się w jakichś niejasnościach, w jakichś mgłach. Tak też przepadł, rozpłynął się, Roald Amundsen. Niby wiemy, że nie żyje, że nawet gdyby gdzieś ocalał, z czysto biologicznych powodów nie mógłby dziś żyć, bo to zbyt wiele lat, ale że nie powrócił, to jest jakby w ciągłej podróży... Leci na tę cholerną Północ, ratować swego wroga. Wróg przeżył, pożył jeszcze długo, choć i on już nie stąpa po tej ziemi... A Roald Amundsen leci - taka to przewaga zaginionego... Wystartował z Tromsø, i przepadł gdzieś w Morzu Barentsa... Był już właściwie na pamiętnikarskim aucie, w swym ujutnym Uranienborgu nad Bunnefjorden, z widokiem na czarujące zieloności Nesodden, miały być już tylko wspomnienia, przyprawione trochę goryczą... Nie odmówił jednak pomocy, chcąc może pokazać, że taki zimny to on nie jest... Człowiek, który wbrew pozorom wcale nie szukał przygód...

Czerwcową porą szedłem na pociąg, i po drodze wstąpiłem do antykwariatu, ot tak... I nagle Roald Amundsen. Mała książeczka "Moje życie polarnika". Czytałem kiedyś inne teksty Amundsena, ale tej książeczki akurat nie. Pomyślałem sobie, że będzie coś do poczytania w niezbyt długiej podróży... Może będzie jakiś literacki błysk? Pamiętam, że kiedyś, w szczeniackich czasach, zachwycił mnie opisem Framheimu nad Zatoką Wielorybów. Na moment go wtedy polubiłem... Bo tak poza tym, zawsze wydawał mi się jakiś suchy, zimny, nieprzyjemny... Przyjemna okładka książeczki - "Belgica" w lodach antarktycznych, a nad horyzontem unoszący się potężny Amundsen ze słynnej fotografii, w graficznym uproszczeniu... Amundsen na południowym biegunie, z pewnością jeden z najsłynniejszych wizerunków XX wieku. Na głowie kaptur z foczej skóry, zamglone nieco spojrzenie, szalenie zmęczone, spod ciężkich powiek; uprzejme cienie łagodzące jakoś ten ostry, wydatny nos, przypominający trochę dziób maskonura, cudny rysunek ust; wychudzona twarz ekstremalnego podróżnika, niemal piękna, jakaś taka nawet trochę kobieca...

Zimny świat, na zimno obliczone życie... Bardzo osobliwe motywacje miał ten człowiek. Kiedyś czytał teksty sir Johna Franklina, który chciał pokonać przejście północno - zachodnie. "Spodobały mi się cierpienia, jakich zaznali - pisał po latach Amundsen. - Dziwna potrzebna wyzwoliła we mnie pragnienie przeżycia podobnych doświadczeń. Może to młodzieńczy idealizm, tak często zwracający się ku męczeństwu, sprawił, że widziałem  siebie w roli swoistego krzyżowca badań arktycznych. Też chciałem cierpieć za sprawę: nie na rozżarzonym piasku pustyni, w drodze do Jerozolimy, lecz na mroźnej Północy, poznając dotąd nieznane, ogromne pustkowia".

Pustkowia Północy, pustkowia Południa... To kiedyś rozpalało moją fantazję. Lód mnie rozpalał. Bo przecież i zimno potrafi palić! Myślałem kiedyś, żeby zostać przyrodnikiem, takim zanurzonym w tych wszystkich zimnych polarnościach... Ale gdzieś to po drodze zabiłem - po tym wszystkim została mi jakaś dziwaczna wiedza o roślinach i zwierzętach, momentami nawet dość szczegółowa - i z niezbyt potrzebnym bagażem utknąłem pośród poetów, dziwaków, w bibliotecznym kurzu, w rękopisach, starodrukach, w przepełnionej duchem makulaturze. Choć nie oderwałem się od Północy, nie!. I też swoje marzenia jakoś tam spełniłem, bo jako turysta do tej całej Arktyki dotarłem... Hmmm, takie do czasy nastały - kiedyś mordercze wyprawy, bez łączności, niemal jak wyprawy w kosmos, dziś przemienione w turystyczne wypady, w cieple, rejsowym samolotem, z Kopenhagi, Oslo czy Tromsø...

Ziemia jest już taka opanowana. Nie od dziś, bo przecież już dawno temu, w 1899 roku, pisał ze Szwajcarii do Louisa Wilkinsona Oscar Wilde: "Mój Drogi Chłopcze, (...) Jestem, jak widzisz, w Szwajcarii: nad Jeziorem Genewskim, w willi przyjaciela. Po przeciwnej stronie Jeziora wznoszą się góry Savoyu i Mont Blanc, który o zachodzie słońca czerwieni się jak róża: może ze wstydu, że tu tylu turystów: przestał napawać grozą: stare panny nań teraz wchodzą: a jego śniegi już przestały być dziewicze".

Coraz mniej było dziewiczości, największe pozostawały na terenach podbiegunowych, pełne jeszcze bezimienności.

Amundsen sposobił się do swej roli w sposób poważny i systematyczny. Był sportowcem, ćwiczył mięśnie (aż potem wprawił w zachwyt lekarza z komisji wojskowej), hartował się, zaznajamiał z zimnem. Szczęśliwie rodzice umarli w stosownym czasie (z wdzięcznością potem zawiesił ich duże portrety nad swoim biurkiem), nie musiał więc starać się o dyplom lekarza i poświęcił się zdobywaniu wiedzy pomocnej dla przyszłego podróżnika i odkrywcy. Był szalenie zdeterminowany.

Męski świat, absolutnie. Kobiet tam nie ma żadnych. Jest życie absolutnie sensowne i nakierowane na określone cele. Zimno sensowne.

Próby. Najpierw niewinna Nordmarka, potem pierwsze morderczości - zimowa przeprawa przez Hardangervidda gdzie razem z towarzyszem wędrówki omal nie wyzionęli ducha... Przygoda - to po prostu błędy. Z nich się bierze coś, co się szumnie nazywa doświadczeniem... Cel - przewidywać jak najwięcej. Znać przyrodę jak najlepiej. Bez jakichś większych sentymentów... Przyszedł wreszcie czas wielkich wypraw. Antarktyka na statku "Belgica". Potem Przejście  Północno - Zachodnie na kutrze "Gjøa", który potem przez lata stał w jednym z parków San Francisco (łajba przetrwała z powodzeniem polarne mroźne grozy, mniej miała szczęścia w spotkaniach z wandalami...), upamiętnionym w nazwie kanadyjskiej osady Gjoa Haven... Później wyścig ze Scottem, do którego przystąpił podstępnie. Trochę mętnie się potem z tego tłumaczył. No, ale był zwycięzcą, w czysto sportowym, brutalnym w swym przebiegu wyczynie. Amundsen okrył się sławą, ale z pewnym cieniem. Tragiczny Robert Falcon Scott stał się jednak głośniejszym bohaterem i przez wiele lat pozostawał jednym ze wspaniałych mitów brytyjskich, w sam raz na nadchodzące wojny... (Dopiero w epoce Margaret Thatcher zaczęto z większym rozsądkiem przyglądać się tej imperialnej wyprawie pod kierownictwem Scotta, dostrzegając w niej koszmarną partaninę - gorące były wtedy spory między miłośnikami brutalnej prawdy a mitotwórcami!... W jakimś sensie jednak zmarły ze swymi towarzyszami Scott nadal pozostał większym bohaterem, być  może i przez lepsze tło literackie, bo jednak bardziej przejmująca jest jego relacja od opowieści Amundsena. Wyprawa Amundsena w swym prymitywizmie była doskonała, była starannie zaplanowaną eskimoską wyprawą z psami, które w większości stały się potem pokarmem zarówno dla pozostałej siły pociągowej, jak i dla dwunożnych uczestników wyprawy... (Amundsenowi smakowało, rodacy byli zniesmaczeni...), wyprawą z wewnętrznym konfliktem w załodze, przypieczętowaną bodaj w 1913 roku samobójczą śmiercią Hjalmara Johansena, wykluczonego z ostatecznego podboju bieguna... O tym Roald nie wspomina... W ogóle Roald mówi mało, wygodnie mało.

Potem pojawiają się inne cienie, które znów mącą jego karierę podróżnika. Nowe zdobycze techniki pozwalają latać, latać daleko... Po próbach dotarcia do Bieguna Północnego bardziej tradycyjnymi metodami, chce tam dolecieć. Samolociki zawodzą. Ale są sterowce. Na horyzoncie pojawia się Umberto Nobile - zakała pierońska, nieudaczny fanfaron, konstruktor sterowców... Decyzja Amundsena i Lincolna Ellswortha - kupujemy od Włochów sterowiec. Sterowiec otrzymał nazwę "Norge". Nobile staje się członkiem załogi. Cel - lot nad biegunem. Sukces. Trasa: Svalbard - Teller na Alasce. Wyprawa była prywatnym przedsięwzięciem, choć oczywiście z patriotycznymi akcentami (nazwa sterowca, zrzucenie flag na biegunie), ale nagle, już po wszystkim, roztrąbiła się italska propaganda. Umberto stroił się w idiotyczne mundury, Mussolini poczuł się biegunowym zdobywcą, tanim kosztem, bo przecież za cudze pieniądze, z wynajętym Umbero, co skitrał zawczasu owe galowe kostiumy... Ach, autorytaryzmy nie mogą żyć przecież bez propagandy. Cała impreza stała się itlaskim sukcesem! Bufonady i pierdolamenta. Do pewnego momentu śmieszne, w końcu jednak irytujące...

Potem Nobile poleciał na Północ sterowcem "Italia", jakby chciał udowodnić, że on żadnych tam Amundsenów nie potrzebuje. Impreza skończyła się katastrofą. Na ratunek głupiemu Włochowi poleciał Amundsen. Gdy startował z Tromsø, miał ponoć złe przeczucia... W czerwcu 1928 roku Roald przepadł. A Włocha uratowali Rosjanie.

Szczeniacka przygoda z polarnikami, w tym z chłodnym Amundsenem, chłodnym, choć nie pozbawionym poczucia humoru, co jednak jest cenne... Nagle, po latach, w 90 rocznicę zaginięcia, woła mnie z półki w antykwariacie... Krótka podróż z Amundsenem. Zagadkowym, odważnym, równie tchórzliwym co odważnym... Tak, w sumie lubię przeciwności. W jednym ciele. Sobie pomyślałem - biorę cię, mężczyzno! Zapłaciłem. I poszedłem na dworzec... Mógłbym się w tym dopatrywać jakiejś metafizyki, ale ja tak bardzo nie lubię się przeceniać... Nawet nie mam kwalifikacji na religijność, mimo że posiadam parę certyfikatów... Tak czy owak, rocznicowo - przypadkowo, Amundsen wpadł mi w ręce...

"Moje życie polarnika". Zwięzła, sucha książka, właściwie wypracowanie. Ale rodząca pewne refleksje...

Przygoda... Przygoda wynika z nieprzewidzianych spraw... Można poznać naturę, dowiedzieć się, skąd wieje wiatr, na ile mnie stać, fizycznie, poznać fizykę i chemię, zorientować się w odwiecznych prawach... Najtrudniej jednak zaplanować człowieka... Przygodą Amundsena stali się ludzie. A szczególnie Umberto Nobile... Nie odmówił mu jednak, przebrzydłemu... Mógł sobie siedzieć i patrzeć przez okno na zielone Nesodden, mając już dość Północy... Ale nieznośnie malownicza przygoda wezwała...

W zasadzie w Amundsenie nie było niepokoju duszy. Chciał tylko poznać nieznane. A to nie przygoda. Bo podróż odkrywcza to nie zabawa, to nie igraszki. W takiej podróży przygoda to ledwie nie najmilej widziana przerwa w pracy, w poważnej pracy. Dla niego podróż nie była oderwaniem od codzienności. Ona była codziennością, jak walka o byt naszych przodków...

Dla naszych przodków - powiada Amundsen - życie było wieczną przygodą, w tym całym podnieceniu, jakie daje ryzyko. "Nasi przodkowie każdego dnia ryzykowali życie, aby zdobyć wszystko, co niezbędne. My natomiast, flirtując ze śmiercią, powracamy do nerwowej radości człowieka pierwotnego, która chroniła go i krzepiła w codziennych zmaganiach"... 

Myśmy w gruncie rzeczy od takiej przygody odeszli. W większości. Amundsen miał jeszcze to osobliwe szczęście, by powalczyć o coś nieznanego... Mieć ryzyko, ale w pancerzu wiedzy i umiejętności. Zaliczał się do ludzi, których można porównać do astronautów. Choć decydował się nawet na większe ryzyko, bo płynąc w białe otchłanie, zrywał łączność z cywilizacją, absolutnie...

Chcemy trochę ekscytacji... Choć jednak szczęśliwi w naszych cywilizowanych bezpiecznostkach.... Tak, zachwycamy się podróźniczo codziennościami, z którymi na dłuższą metę nie chcielibyśmy mieć nic do czynienia, góry zdobyte już od przodu, inni chcą brać od tyłu, najlepiej srogą zimą... Aż nawet żal słuchać uzasadnień, tych wszystkich mistycyzujących bulgotów... Po co gadać?... Po te wszystkie przygody, dziś już tylko  przygody dla niespokojnego ducha, leci świat syty, ucywilizowany, który nie wie, co zrobić z życiem, tu, na tej planecie, gdzie wszystko już zdobyte... Ryzyko stało się zabawą, poszukiwaniem przygód, takich z zabezpieczeniem i ubezpieczeniem najlepiej (choć natura zawsze umie spłatać figla)... Amundsen był jeszcze w tym ostatnim momencie, gdy podejmując ryzyko, człowiek starał się unikać przygód! Bo kiedyś przygoda inne zupełnie miała znaczenie...

Tak więc znów na trochę wpadłem w czasy, gdy jeszcze można było zacierać białe plamy na mapie... Jak to niedawno temu było. Pustacie nieznane. Dziś też jeszcze są, ale już podpatrzone, nazwane... Tajemnicze lodowisko Północy - dziś nawet arena sportowych zmagań dla dobrze wyposażonych obłąkańców - sponsorzy płacą, można więc się i przebiec w jakimś technociuszku i po lodzie biegunowym. Dla prymitywnej satysfakcji... Skoro już byt zapewniony.

Kiedyś nieznane odkrywane z lękiem przed przygodą. Dziś przygoda, z lękliwym profesjonalizmem, by przygoda nie miała większych konsekwencji - ledwie flirt ze śmiercią , po którym lepiej się rozstać pogodnie... Choć flirciara czasem lubi chwycić i przygodziarza, co przecież chciał tylko dla ekscytacji pocałować, obmacać. Syta część ludzkości bawi się na tej kuli ziemskiej, obwąchuje brudy, zawisa na trudno dostępnych skałach, skacze w przepaści pewna zabezpieczającej gumy (aż mi się to z bezpiecznym seksem kojarzy - bo mi się często w ogóle kojarzy, czego się nie wypieram i nie wstydzę)...

Amundsen przekraczał bariery nieznanego. Chciał coś jeszcze uczynić znanym nie tylko sobie, ale i innym...Przekraczanie barier. To też trochę i taka artystyczna robota. Białe plamy w życiu i na świecie. Skoki w nieznane, czasem z brutalną zaciętością... Dziś mapy już kompletne, i ostatnie majtki plączą się koło kostek. Ludzie jednak dalej brną w zagrożenia, we flirty groźne... Taka zabawa, całkiem serio, bo przecież nie ma nic poważniejszego od zabawy. To walka o przetrwanie, w zabawowym przebraniu. Nawet żeby dziecko zrobić, trzeba się pobawić. Śmiertelnie poważna rzecz. Dla dobrego samopoczucia ludzie gotowi są na wiele... A najbardziej zaskakującym żywiołem potrafi być drugi człowiek, który umie wytrącić z radosnych ekstaz. Bywają gorsi od burz śnieżnych i lawin!

Amundsen - jeden z ostatnich, co rozdziewiczał ziemię. Zagadkowy... Czyżby z ...hm... branży, jak to sugerował  Kåre Holt? Zraniony przez innych, innych raniący... Swoje życie polarnika streścił zwięźle, sucho... Wielki, zdeterminowany człowiek, ocieniony albo tragediami innych, albo cudzą bufonadą. Miał szczęście i nie miał szczęścia. Poróżniony był ze światem, który czasem surowo go oceniał. Ale pozwolił jednak rzucić na siebie cieplejsze światło, bo poleciał ratować tego nieznośnego włoskiego cymbała... I upomniało się o niego morze, jak to pisali kiedyś Centkiewiczowie... Życie naturalnie oddało mu sprawiedliwość; stoi na cokole, ma swoją zatokę, morze, dobra Gjøa tkwi w nazwie osady, w miejscu, gdzie kiedyś dzielnie zimowała...

Życie polarnika. W sumie nijaka książeczka, ale jednak jakoś krzepiąca. Bo dużo w niej zdecydowania. Tej siły, jaka potrzebna jest do spełnienia swoich wariackich marzeń... Jest taką podpowiedzią, że można osiągnąć wiele, jeśli bardzo się tego chce, choć jednocześnie opowiada, że trzeba liczyć się z goryczą. Ale tak to już jest - zdobyte skarby zawsze, cholera, muszą mieć jakąś skazę - nic nie jest idealne, a już w szczególności ludzie...

Ach, te życiowe bariery!... Od razu przypomina mi się norweski Elling... Jedni zdobywają jakieś tam Everesty, a dla innego wyczynem nie lada jest pójście do restauracji albo odlanie się do pisuaru... Ale to warto. Bo i przy pisuarze można się natknąć na poetę!:) Po sukces trzeba ruszyć się z domu! A że dziś, w świecie, w którym wszystko już było, trzeba organizować sobie coraz bardziej niedorzeczne polowania, przynajmniej w atmosferze sytości, to już trudno...

W dziewięćdziesiątą rocznicę zniknięcia Amundsen wpadł mi w ręce. Bohaterowie szczeniackich czasów nie dają o sobie zapomnieć. To miłe z ich strony... Jechałem pociągiem przez zielone pola, a myślami unosiłem się na pokładzie "Norge" nad lodami nieznanymi... Rety, te lody, po których truchtają dziś jakieś męskie ślicznoty, topią się na naszych oczach... Jak to wszystko szybko się zmienia!

Roald Amundsen

"Moje życie polarnika"

Iskry, Warszawa 1993

Brak słów na dziwny świat, czyli parzę się pokrzywą

kiljan.halldorsson

Gołębie dzisiaj na mnie napadły. Nigdy mi się to jeszcze nie zdarzyło. Franciszkowe niemal miałem nastroje - ja i ptasząt tłum, ptasząt, co to pokój mają symbolizować... I Duch Święty też ponoć ma być taki gołębiowaty! Najbardziej zuchwały był gołąb o rudawym upierzeniu, aż mi przysiadł na ramieniu! No nie, aż strach kojarzyć to z jakimiś duchami świętymi, bo to takie jakieś w nadwiślańskich warunkach niepolityczne - świętości pierzaste na ramieniu starzejącego się homoseksualisty?... Matko - dopadły mnie przed domem. Rudy i jego banda - rety, chyba ze czterdziestu było tych skrzydlatych rozbójników! One chyba myślały, że niosę jakieś żarcie. Ale taki atak... Tak, tak, pamiętam oczywiście scenki z dzieciństwa na krakowskim rynku, gdzie kupowało się pszenicę dla niemal oswojonych gołąbków, które dawały się pogłaskać i siadały na głowie, ale tu, w tych pozarynkowych okolicznościach... Stado - część leciała, część biegła za mną. Akurat sąsiadka wychodziła z kamienicy: - A cóż to pan za sobą prowadzi? - Odwracam się, a tu ptasi tłum i ocząt okrągłych bezlik wpatrzonych we mnie z jakimś wyczekiwaniem... - Czegoś takiego jeszcze nie widziałam - stwierdziła sąsiadka. - Ja chyba też nie. Aż się przestraszyłem. Gdybym był nachlany, to być może mnie by to nie zdziwiło, ale ja ani kropli, więc czuję lekki niepokój... Znam oczywiście ptasie ataki, agresywne odganianie od gniazd, co mi się wielokrotnie przydarzało, zwłaszcza w ptasiej Islandii czy w Norwegii, ale takie przyjacielskie oblężenie... Coś podobnego przydarzyło mi się tylko z krowami, w Norwegii. Wracaliśmy z przyjacielem drogą z wędkowania. Mijając wielkie pastwisko zamuczałem do odżywiających się spokojnie krówek, i to wystarczyło, by stać się przewodnikiem dla ogromnego stada mlecznych dziewcząt. Wszystkie puściły się biegiem w moją stronę. Gdyby w pewnym miejscu nie zatrzymało ich ogrodzenie, mógłbym spowodować niezłe zamieszanie w miasteczku... Od tamtej chwili nie odzywam się do krów, w każdym razie nie po krowiemu... A te ptaki... Nie wiem - musiałem chyba przypominać im jakiegoś dobroczyńcę, tyle że ja w siatce nie miałem nic dla gołębi, bo tam był iście Strindbergowski zestaw - trochę warzyw, śledzie i piwo...

Dziwny jest ten świat, bo dziwne to, gdy się nagle gołąb do ciebie przysiada, tak w marszu...

Z gołębiami to w ogóle śmieszna jest historia... Jeszcze w zeszłym roku kupiłem taką plastikową wronę do odstraszania ptactwa, żeby jakoś uchronić nasz balkon przed nadmiernym obsrywaniem... Wrona jednak tylko przez chwilę zdawała egzamin. Bo tej wiosny definitywnie przestała straszyć, bowiem zakochał się w niej mały, ciemny gołąbek. Taki widać młody gołąbek, nie taki zapasiony... Szarak taki. Zdaje się, że to jego pierwsza miłość była, i taka raptem skucha... Odganiałem go, mówiąc: leć gdzieś indziej, bo to przecież plastik, uległy wprawdzie, ale jaja z tego nie będzie, nawet sadzonego! - Gołąbek jednak nie dawał za wygraną - gruchał, nawet dosiadał tę sztuczną przychylność, aż piszczał i srał z miłości, tak że w końcu zlikwidowałem zabawkę... Ech, gdyby się koledzy gołąbka dowiedzieli, to byłby śmiech bolesny przecież przy dziobaniu wielkomiejskiego ziarna! - Zdecydowałem się na drobną siatkę, nawet tak z myślą o naszej kici, której urządziliśmy na balkonie mały wybieg... Siatka wydała mi się konieczna, bo od razu wyobraziłem sobie naszą kicię wylatującą na bruk z naszego balkonu, w tym moim poczuciu, że wszystko, co żyje koło mnie, ma dużą szansę na śmierć straszliwą a dziwaczną... Jest zatem siatka, pieńki do ścierania pazurków, drabinka z kuchennego okna - tyle że kicia nie bardzo chce z tego korzystać, uparcie kuchenna, w ogóle wnętrzarska - wychodzi na balkon, kiedy ja tam jestem... Krowy, gołębie, koty, psy - wszystko to lezie za mną, aż mnie to krępuje...

Dziwny jest ten świat...

Ach - ta siatka - jakie śliczne chłopaki przyszły ją założyć!... Sprytni i śliczni... To są dobre czasy! Mimo wszystko... Młodzi mężczyźni wyglądają dziś tak ładnie! Ta estetyka budzi nadzieję... Tylko czy da się oszukać naturę, wulgarną, wstrętną? Ona jednak chce się w czasie przeciągać, czemu naprzeciw wychodzą kobiety, które niestety tak brutalizują obyczaje... Tak czy siak chłopcy pięknieją. Nie tak dawno, gdy remontowano elewację naszej kamienicy, po rusztowaniach śmigało samo piękno. To nie byli żadni paskudni robociarze, tylko piękni, zadbani chłopcy, opaleni, fryzjersko zaopiekowani - gdy przychodził fajrant, w cudowny sposób ostatecznie przemieniali się w bóstwa płodności, w typowej, acz uroczej oprawie - mogli zaraz ruszać do tych swoich dziewcząt i żon, w to krowie ciepełko i macierzyński smalczyk, z obowiązku, przynajmniej w pewnym stopniu - w pewnym - bo trudno ocenić, na ile wymuszona była ich wulgarność...

Świat to dziwactwo...

Skoro już była mowa o fryzjerskim zaopiekowaniu... Oczywiście piłkarze przychodzą na myśl. Ależ sobie nadmuchaliśmy balonik. Te ryki na jedną nutę, no - dwie, bo to i "Guantanamera" i "Go West" (no, do tego drugiego to się trochę gejowska buźka uśmiecha, choć pewnie narodowo usposobiony huzar katolicki z ciążą piwno - spożywczą nie wie, czemu), ci komentatorscy idioci, te panie skretyniałe z tvn, na obcasach... A co zjadły nasze delikatne gwiazdy, a zeszły po schodach, a weszły po schodach, a zjadły omlecika po treningu, a na podusi usiadły, a krioterapia, a masaże mieli, a czy waginy już dojechały (koniecznie przecież, bo w końcu reprezentant biało - czerwonych musi być chłopem z waginą dochodzącą), a stukali się już, a kto był od ściany?... Piłkarzyki -  jak piłkarzyki - sieczkobrzęki z kasą, ładne, można by nawet pomarzyć o jednym wychodkowym numerku, średnim, bo pewnie bezwłosym, bo takie to lale plastikowe (i trzeba by było pewnie bardzo uważać, żeby nie uszkodzić delikatności drogocennej, przeziębliwej i łamliwej) ... Niby wielki świat, niby dobra opieka fryzjerska, szczebiotki z tv, lifestyle wysokobudżetowy, a jednak to wszystko takie jakieś zza stodoły, w klimatach co najwyżej gorączki sobotniej nocy w pierdziszewskiej remizie... A ta remiza - jakże w naszym nieszczęsnym duchu... O prowincjo!... Globus Polski w "Uchu Prezesa" dobrze to wszystko opisuje. Matka Boska jest z Częstochowy, i Polska jest tylko... I wie o tym huzar, i jak tak stanie czy to w Moskwie, czy w jakim innym Vikersund, to on jest w centrum, i daje do zrozumienia, jak ważny on jest, i pisze swój adres na fladze: na białym: Pierdziszewo, a na czerwonym precyzuje czasem: kolonia Stare Gacie. Niech widzą, czy raczej: widzom! Tu jestem! Niech się dziwi świat, za miedzą!!

A dalej co? Potrzebny był wstrząs, a teraz przyszedł czas na korektę... Takie bzdury, takie idiotyzmy fruwają w życiu naszym publicznym... Niektórzy może rzeczywiście byli na kolanach. No może tak. Tyle że nogi im tak pocierpły, że gdy spróbowali wstać suwerennie, runęli prosto na ryj! Ale w propagandowym przekazie nawet upadek na ryj jest wielkim sukcesem (czysty Orwell)... Oczywiście mam tu na myśli korektę do ustawy o IPN. Najlepiej to wszystko, co zdarzyło się w Sejmie, podsumował Stefan Niesiołowski cytujący Kisiela: - Jezu, jacy idioci nami rządzą... Wszystko się to działo 27 czerwca. Może warto by było utrwalić tę datę i wpisać ją w kalendarz jako dzień idioty, kretyna, cymbała... Śmietnisko i pośmiewisko - to sobie urządziliśmy. Prezes tylko czekał, jak hibernujący nietoperz, tylko czekał na moment, gdy zrobi się cieplej i gdy inni otworzą mu drzwi. I mu otworzyli. I działa on, zadziałał aż do 27 czerwca. Tak więc proponuję, by dzień 27 czerwca stał się kalendarzowym dniem kretyna. I nie likwidowałbym też tych schodków warszawskich, smoleńskich, bo to jest znakomity pomnik, choć bolesny. Schody są donikąd, są absurdalne, głupie, więc doskonale się nadają na pomnik naszej głupoty. Może pobudzą nas w końcu te schody do refleksji? Niech zostanie ten pomnik, niech nikt nie planuje jego przenosin, niech jest, niech sterczy, niech krzyczy o głupocie, o tym najstraszliwszym grzechu, jakim jest właśnie głupota, która jest zawsze powodem nieszczęść, tragedii, katastrof...

Jezu, jacy idioci nami rządzą... Inny jeszcze cytat z Kisiela mi się przypomina: - Nawet nie to jest problemem, że żyjemy w dupie, ale to, że zaczynamy się w niej urządzać! - Na Boga, nie urządzajmy się w tej dupie, wyjdźmy z niej, jak najszybciej... Bo inaczej zrobi się z tego plus, Białoruś plus, jako dopełnienie tych innych cynicznych plusów... Nie urządzajmy się w tej dupie, błagam!!!!!!!

Póki co jednak w dupie jesteśmy, sterowanej zza jakichś żoliborskich krzaczorów przez stare zdemoralizowane dziecko (już to powinno w ludziach dorosłych i odpowiedzialnych wywołać rumieniec wstydu). Mówi się często - nie wierzę, uszczypnij mnie... Ja nawet nie proszę o szczypanie. Trochę poprzesadzałem kwiatki, podosypywałem nowej ziemi - gdzieś się nawet w tej ziemi przemyciło ziarenko, z którego wyrosła mi w jednej z doniczek całkiem przyjemna pokrzywa. Zaczerwieniła jej się łodyżka i jest straszliwie jadowita... Dotykam jej i parzę się nią. Nie chce być inaczej. Głupota ma się dobrze, pokrzywa moja prywatna mi to potwierdza...

Znowu zrobiłem w domu remont. Męczące estetyczne zabiegi. A jak mnie z moim facetem zaraz wypędzą? Dziś zuchwałe gołąbki... A jak się orzeł zmanipulowany wścieknie? Wbije w kark pazury, znaziolony, oko wyłupi dziobem haczykowatym a mocarnym... To pogański kraj jednak, o czym warto pamiętać!!!!

Sąd Najwyższy uznał wyższość Konstytucji nad resztą przepisów... Tak powinno być, naturalnie... Tyle że kierownik szatni nie ma waszych płaszczy, drodzy sędziowie...

Pewnie w lipcu będzie wiele powodów, żeby podchodzić do pokrzywy na mym kuchennym parapecie...

Urodziny

kiljan.halldorsson

Húh, húh... Wprawdzie Mundial niezbyt mnie zajmuje, ale wczoraj chętnie pokibicowałem chłopakom z Islandii, którym się przyszło zmierzyć z drużyną Argentyny. Spisali się pięknie. Bronili się dzielnie, skutecznie, naciskani do ostatka. Piękny remis 1 - 1. Bez wątpienia bohaterem meczu był bramkarz Hannes Þór Halldórsson, który ocalił skórę swojej drużny i któremu nawet Messi nie podskoczył. Niespodzianka miła i obiecująca. I taki urodzinowy prezent. No bo dziś, 17 czerwca, są urodziny wyspiarskiej republiki...

*****

A skoro urodziny. No to niech będzie "Birthday". Stare już dzieje, końcówka lat osiemdziesiątych. The Sugarcubes, "Life's Too Good", no i ten wspomniany utwór - super start dla Björk do jej światowej kariery... Wspomnienia, wspomnienia. Lubię do tego wracać.

Zatem przy urodzinach... Ważne zdarzenie dla islandzkiej muzyki, trzydzieści lat temu. Do dziś brzmi dobrze!

 

 

I może jeszcze troszkę muzyki. Jeszcze raz Páll Rósinkranz, tym razem śpiewający utwór z repertuaru Leonarda Cohena. Lubię, jak to śpiewa. No i jeszcze do tego trochę islandzkich obrazków:

Ostrość rzodkiewek

kiljan.halldorsson

Trochę minęły te upalne monotonie. Już takie wszystko dojrzałe. Przedwczesne. Lipy już w szalonych kwieciach, pachnące, wyperfumowane... Jejku, jak one o poranku potrafią pachnieć... Miłe są poranki z kwitnącymi lipami - zaraz przy nich myślę o miłości, takiej świńskiej, z wydzielinami:) Chyba miodku dużo będzie? My z Frankiem to tak sobie lubimy podjeść żytniego chleba z miodem...

Dojrzałości. I Parada Równości też dojrzała. Miłe, radosne zjawisko. I tęcza powstała, złośliwie niepalna... I jakie pląsy polityczne dookoła. Aż się można było wzruszyć. Zalatuje wyborami. Jak nam dobrze będą robić. Podobno pan Trzaskowski to już nawet marzy o udzielaniu gejom ślubów. I pani Senyszyn wydobyta z rupieciarni zaskrzeczała nawet... Przecież wszyscyście już byli, nawet ta pani, co ma teraz kropkę z przodu, też nie jest żadnym świeżakiem... Można się było popisywać... Znów gromadka przyjemniaczków ufa, że będziemy się nabierali...

Są tacy, co jeszcze upierają się przy jakichś rozróżnieniach, dostrzegają lewo, prawo, a ten szajs jest przecież okrągły, nieskrzydlaty, to kocioł, gar, w którym kitwasi się licha zupa. Ma rację Kuba Wątły, widząc w naszym politycznym żyćku jeden wielki sejmowy kartel - wszyscy siebie warci: lewi, prawi, środkowi... Ta zupka kitwasi się od trzydziestu lat i pożywna jest szczególnie dla klechy i tej jego szczycącej się wielowiekowymi tradycjami fenomenalnej firmy pogrzebowej, która nie ma sobie równych, gdy idzie o sianie zgorszenia.

Zupa się tak długo kitwasi, że aż skisła, bo to, co teraz mamy, to już tylko cuchnąca pianka, to już buzujący gnój, mus zgnilizny, tak że cały ten gar warto po prostu wynieść. Hm - żebyśmy tak zdołali to zrobić - chwycić polityczny kocioł za uszy i wynieść go daleko od ludzkich siedzib, opróżniając jego zawartość w jakimś głębokim dole.

Zauważyłem też, że dama pierwsza dumna jest ze swego męża, co się pławi w domniemaniach konstytucyjności. Taki spec, znawca i ponoć nawet czytelnik, choć, sądząc po absurdalnym zestawie pytanek konstytucyjnych, nie dość wnikliwy...

Domniemania... Nie ma czegoś takiego jak domniemanie konstytucyjności ustawy rażąco sprzecznej z podstawowymi zasadami określonymi przez konstytucję. W takie domniemania można popadać przy jakichś bardzo szczegółowych kwestiach, a mając jakieś wątpliwości, można odwołać się do trybunału, który coś ostatecznie ustali, nie zadowalając z pewnością wszystkich - bo tak to zwykle jest z sądowymi wyrokami. Ale nie można biegać po trybunałach - w normalnych warunkach - z przepisami, które są ewidentnym zaprzeczeniem konstytucyjnych zapisów. Prawo obowiązuje wszystkich, w tym Konstytucja, która daje jakieś ogólne zasady temu naszemu życiu, jakiś porządek, co do którego się umówiliśmy, i do zmiany którego, póki co, nikt nie ma mandatu.

Domniemania... Tak, wygodnie tak powiedzieć, tyle że to mało ma sensu. Z takim myśleniem można by było wprowadzać w życie najabsurdalniejsze przepisy. Fantastyczne byłoby domniemanie konstytucyjności ustawy zabraniającej na przykład rudym wchodzenia do tramwajów, przy konstytucyjnym przepisie o zakazie dyskryminacji kogokolwiek. Z czymś takim nie warto nawet biegać do trybunału, bo dla każdego byłoby jasne, że przepis o rudych nie ma żadnego znaczenia... Każdy sędzia miałby nie tyle prawo, co wręcz obowiązek zignorować taki przepis, odwołując się bezpośrednio do Konstytucji, która nie jest przecież tajemną księgą przeznaczoną specjalnemu trybunałowi do wyłącznego użytku, i każdy tramwajarski wróg rudych miałby się z pyszna.

Oczywiście mówiłem o normalnych warunkach...

Tu, dziś... Ja się w ogóle dziwię, że jeszcze cokolwiek próbuje się robić, pyskować... Można swobodnie wygaszać instytucje, już dawno to można było zrobić, nie bawiąc się w żadne prace. Na Ciemnogrodzkiej jest przecież mózg. Napastnik, co dostaje wszystko, decyduje. Trzeba było ogłosić od razu - wszystkie dotychczasowe przepisy obowiązują nadal, chyba że Prezes zdecyduje inaczej. I kropka. Można by było nawet wziąć jakiś egzemplarz Konstytucji, nagryzmolić ołówkiem powyższe oświadczenie na pierwszej stronie, dając do zrozumienia, że treść księgi z owym gryzmołem jest jedynym obowiązującym prawem - wszystkie inne, bez gryzmoła, mają zaś tylko wartość pamiątkową. I już...

A propozycje pana o bułkowatej twarzy od damy pierwszej... Że on jeszcze ma czelność cokolwiek konstytucyjnego proponować... Istniejącą Konstytucję, dla kaprysu zdemoralizowanego Prezesa potraktował jak srajtaśmę... Istniejącą, tę, na którą przysięgał... Ten pan tak lubi spożywać opłatki po kościołach! Ja naprawdę zaczynam wierzyć w cuda, bo to cud prawdziwy, że mu się te opłatki nie przemieniają w ustach w ropuchy.

Ostatnio - być może przy okazji rosnących cen paliw - wzięto na tapetę pornografię. Seks i pornosy to tematy bardziej zajmujące. Nawet papu dla autek schodzi na dalszy plan, o czym stojąca dziś u steru państwa zgnilizna wie doskonale... Tak, sam jestem za pewnymi ograniczeniami. Znaczy - nie chciałbym stronić od stojących fujarek i nawet od nabrzmiałych, pożądliwych kasiek, ale chciałbym, żeby na dobre znikły gadające dupy... Łatwo do nich dotrzeć, wystarczy pierwsze lepsze telewizyjne info... Widzisz twarz - a tu się raptem okazuje, że to dupa gada, i jest to dla mnie ten rodzaj pornograficznych udziwnień, które nie budzą mojej fascynacji - przeciwnie - spychają mnie w otchłań przerażeń najdzikszych...

Ludziom się jednak to politporno podoba, gdy się weźmie pod uwagę sondaże... To jeszcze głupota? Czy już coś straszniejszego, okrutniejszego, jeszcze nędzniejszego?...

Nie sądziłem, że wpadnę znów z wizytą do dyktaturki, i to takiej infantylnej! Wracając kiedyś do kraju, po tych swoich doświadczeniach, naukach, myślałem, że kieruję się do świata, który wyleczył się z PRL. A tu raptem taki nawrót... Kiedyś, w tamtym PRL, byłem gówniarzem i mniej polityczne sprawy zawracały moją głowę, mniej polityczne sprawy kazały mi cierpieć... A teraz... Ciężki smutek i wstyd, po prostu wstyd... (Parę razy już usłyszałem, że przecież mogę wypierdalać, tam, do tej całej Europy... Widać, tu jednak nie Europa.)

Infantylna dyktaturka należy do tych lekko nieśmiałych, to znaczy niczego nie równa z ziemią, zachowuje pozory, i wydrąża, wysysa zawartość wszelkich ważnych instytucji, i wsadza tam swoją zaufaną łobuzerkę. Zniszczenia są już znaczne. Dziś mogę mieć tylko ponurą satysfakcję, bo tuż przed poprzednimi wyborami, może trochę w zbyt żartobliwym tonie, przywoływałem pewną staronordycką bajkę i przestrzegałem wyborców, żeby się dobrze zastanowili, zanim postawią na karcie znaczek - jeśli wtrącimy się w malstrøm, to trudno będzie się zeń wydostać, trudno będzie wszystko odkręcić!

Co dalej? W rozsądnym scenariuszu chyba jakaś tymczasowa władza skupiona na bardzo elementarnych sprawach, dająca dobry grunt do odnowy, stawiająca przed sądem pożytecznych, z punktu widzenia Ciemnogrodzkiej, idiotów...( Czekam na taki czas, z pewną ciekawością - dama pierwsza dalej będzie dumna?) No i dopiero potem sensowniejsze wybory, bardziej drobiazgowe programy...

Ostatnio w warzywniaku, u kochanej pani Jadzi... - A, wezmę jeszcze rzodkiewkę. - Tylko jest bardzo ostra. Bo susza jest. A w czasie suszy rzodkiewka robi się gniewna... - Przypasowało mi to. Jakiś do tego szczypior, twarożek... Będzie gniewne śniadanie, choć z łagodną nutą białego serka, śmietanki... 

Rzodkiewka była bardzo patriotycznie ubarwiona. Biało - czerwona. I ostra. Wściekła na suszę...

Sucho... Sucho wokół... Może czas się wpieprzyć?

Rzodkiewka daje pewną radę...Pali w ryj, bo jej niefajnie było w życiu.

Z okazji Dnia Dziecka... Páll Rósinkranz

kiljan.halldorsson

Jeszcze raz Steinn Steinarr, i piosenka, co zawsze mnie wzrusza... Ach, my, wieczne dzieciaki, aż po zmierzch. Niezbyt łatwe nasze życie, straszniejsze od poświęceń tych naszych matek lekkomyślnych (ach, wybaczmy bezmyślność naszych rodziców - traktujmy ją jak okoliczność łagodzącą w naszych oskarżeniach)... Bawimy się, bawimy... matki, ojcowie, ich ofiary, następne matki, następni ojcowie, ich ofiary... Piękna islandzka piosenka do pięknego islandzkiego, prostego wiersza Steina...

Wszystkiego dobrego, dzieciaki... Ten kamienny ludzik z filmiku to Bárður Snæfellsás - duch z gór Snæfellsnes... Nich się wami opiekuje... Po buziaku dla każdego zabłąkanego tu internauty. A dla Koffiego dwa buziaki!!!:))

Bergþóra, Jónas i Lögreglukór Reykjavíkur

kiljan.halldorsson

To tak na koniec tego maja ze Steinem... Wróćmy do znoszonych robociarskich butów, w szarości, w szare  heroizmy... Jeszcze raz "Robotnik"... 

Na początek nieodżałowana Bergþóra Árnadóttir... Nie ma już jej od jedenastu lat... W lutym skończyłaby siedemdziesiątkę... Lubię jej głos. A Verkamaður i jej melodia zawsze mnie wzrusza! Piękna piosenka, bardziej pieśń:

No i Jónas Sigurðsson z towarzyszeniem chóru islandzkich policjantów... Bardzo mi się to podoba. Rzecz została zarejestrowana  w Laugarneskirkja w Reykjaviku... Steinn Steinarr, wspaniały Steinn:

Steinn Steinarr (1908 - 1958)

kiljan.halldorsson

Jedynie poeci, muzycy i święci podsuwają nam lustra Niepojętego. Oni widzą, wiedzą, rozumieją. Nie wszystko. Okruchy.

Ingmar Bergman Rozmowy poufne

W piętrowym drewnianym domu... Kto by pomyślał, że w tej niepozorności budowlanej kryło się kiedyś centrum kultury. Islandzkiej. Wychodzenie z prowincjonalnych opłotków, w kryzysowym czasie, w zamieszaniu, w chaosie... Unuhús, czyli Dom Uny, niepozorny budyneczek drewniany u zbiegu ulic Garðastræti i Bárugata w Reykjaviku... Adres związany z wielką czwórką...

Ma swoją wielką czwórkę literacką Norwegia w postaci Ibsena, Bjørnsona, Kiellanda i Lie; ma Szwecja Augusta Strindberga, Selmę Lagerlöf, Hjalmara Bergmana i Hjalmara Söderberga; czwórkę wielką ma i Islandia - tak bym zaryzykował, czwórkę tak bardzo związaną z czerwonym domkiem w Reykjaviku... Dom Uny - bo kobieta imieniem Una kiedyś go prowadziła, potem zaś domem zajął się jej syn, Erlendur, całkiem jak matka zakochany w sztuce i artystach. U Uny można było tanio zjeść, można było też znaleźć ciepły kąt na noc, co cenili wielce niezbyt śmierdzący groszem artyści... U Uny, a później u Erlenda, który grał do lat czterdziestych ubiegłego wieku rolę serdecznego przyjaciela artystów, o którym mówiono: Erlendur í Unuhúsi... Erlendur karmił i był wyrocznią... Stefán frá Hvítadal wspominał kiedyś: Nikomu nie pokazywałem nowego wiersza, dopóki nie uzyskałem aprobaty Erlenda od Uny...

Stefán wymieniony wyżej. Jeden z tej czwórki... Jak Erlendur, i on miał nosa. Był dobrym duchem dla Steina Steinara, który do wielkiej czwórki dołączył. Nastrojowy Stefán niejako odkrył pogniewanego na świat Steina, i dwa razy wyciągał go na powietrze, kierując go m. in. do gościnnego Erlenda, tej reykjavickiej legendy międzywojennego czasu... Tam wpadali jeszcze inni ważni, później ważni: niebywały kpiarz Þórbergur Þórðarson, który nawet zaplanował jaja z własnego pogrzebu, no i przyszły noblista Halldór Laxness... Myśli w małym domku fermentowały, wśród sporów, a jakże... Laxness zaraził Stefána katolicyzmem, skutecznie, sam Laxness zaś pobiegł później w stronę myśli marksistowskiej, Þórbergur poszedł w spirytyzmy, jogi, esperanta... Steinn natomiast - on wątpić zaczął dość wcześnie we wszystko, pozostając właściwie najbardziej wierny sobie... Chłopak z bolesną stratą w sercu, z zamieszek w czasach chaosu...

Wielka islandzka czwórka - najbardziej znany z niej to naturalnie Halldór Laxness, potem Þórbergur Þórðarson, no i Stefán frá Hvítadal oraz Steinn Steinarr... Chociaż - tak, były tam jeszcze dwie fantastyczne kobiety, malarki, zaznajomione już z Europą, światowe, obie zaprzyjaźnione ze Steinem: cudowna Louisa Matthíasdóttir oraz Nína Tryggvadóttir... Louisa, ta odważna kolorystka, genialna w tych wszystkich geometrycznych uproszczeniach, do których Islandia tak bardzo przecież zachęca - kocham, kocham mocną kolorystykę Louisy, ale kocham też i Nínę - przynajmniej z jedną jej pracą musi zetknąć się każdy przeciętny turysta na islandzkiej ziemi - z islandzkim Chrystusem nad ołtarzem w katedrze w Skálholt...

Wszyscy są mi jakoś bliscy. Ale chyba Steinn najbardziej. Bo doświadczył tego, co znaczy być śmieciem, bo znał smak gniewnej samotności, odrzucenia... Ale też dlatego, że poznał smak - bo ja wiem - cudu, cudu pomocnej ręki... No i też koszmarny smak straty... I ten brak złudzeń. Przynajmniej gdy idzie o wielkie sprawy, ponadindywidualne - to, co zdaje się być dobrą odmianą, podszyte jest zawsze fałszem, jest zbrodniczym kłamstwem... Poniżenie, bezrobocie, koszmar nielubianej roboty - czasem chował dumę, tyrał, gdy było gdzie, tracąc przy tym zdrowie... Miał narzeczoną, dla której rodziny był nikim, z którą jednak, po latach, był w związku - to pocieszające... Przetrwał. Zmarł mając ledwie 49 lat, zostawiając jednak fantastyczny dorobek. Stworzony dla muzyki. I dla wszystkich tych, co nie bardzo są pogodzeni ze światem, światem pełnym chciwości, korupcji, pogardy, co znają gorycz życia, smak niechcianej roboty, próżnego wysiłku, zwątpienia, osobności, outsiderstwa...

Czas i woda... To już z najpóźniejszego okresu... Steinn lubił przyrównywać ludzki los do wody...

Pieśń załączona poniżej jest tylko początkiem poematu... Na końcu jest ocean. Nasz wewnętrzny ocean, z jego głębinami, w oceanie, gdzie miesza się wszystko, co umarło... Między nami bezkresy. Nasze marzenia w migotliwych falach, ponad tajemniczą głębią... Przed nami błękitny ocean, gdzie utoną nasze smutki... Wieczność, co tak kusiła Tomasza Manna... Wodne bezdroża...

W Islandii tyle rwących rzek, wodospadów - wszystko to płynie, płynie, do morza... Steinn opowiada, że naszym przeznaczeniem jest ten poziom zero... Spływamy. Czas spływa w nas, i my płyniemy, do zera... W nic... W jakiś dziki sztorm... Ciekawe, jaki udział ma w tym strata jedynego przyjaciela z dzieciństwa. Zabrała go woda. Od tej straty zaczęła się poezja... I poszła w "Czas  i wodę".

Dziś 60 rocznica śmierci Steina...

Jeszcze trochę islandzkiej muzyki

kiljan.halldorsson

i poezji przy okazji... Maj ten należy do Steina Steinara... Steinn Steinarr i islandzka piosenka to całkiem spora historia. Ten poeta miał muzykę w swych żyłach. Inni szybko ją odkryli... Odkrywają do dziś.

Tu rzecz z 1980 roku. Z krążka z poezją Steina, zaśpiewaną uroczo... Zatem muzyka, troszkę obrazków (o, na pocztowym znaczku nawet fragment wiersza, który gdzieś tam wcześniej znalazł swoje miejsce na tym blogu:))

Mało mam ostatnio czasu, żeby coś pisać, zostawiam więc internetowych wędrowców z nutą, z Islandii... Muzyczna podróż do domu...

Robotnik

kiljan.halldorsson

Będzie to maj Steina Steinara...

Steinn - zbuntowana dusza. Z robotniczej rodziny, ze stanu, którego nie znosił... A skazany: a to na niewdzięczną robotę, a to na bezrobocie... W młodości uchodził za dziwaka, co lubił uciekać gdzieś w kąt, i co umiał odgryźć się złośliwą strofką... Chłopak z Zachodnich Fiordów... Zbratał się swego czasu z komunizującymi pisarzami, stając się pierwszym ważnym islandzkim poetą proletariackim. "Palił się czerwony płomień" to tytuł jego debiutanckiego tomu wierszy z 1934 roku, który był mocną poetycką reakcją na kryzysowe lata trzydzieste, na koszmarną nędzę robotników, bezrobocie, na głód i fatalne warunki socjalne... Reakcja pełna optymizmu; że ofiary nie pójdą na marne, że pięścią tylko można wywalczyć sobie lepszy los... Jeszcze wierzył w drzemiące siły. Choć szybko towarzysze uznali go za zdrajcę, bo niedługo potem, w kolejnych wierszach, stracił wiarę... Zbielał ten Steinn Steinarr, powiadali... Tak, zbielał, poszedł w nicości i w wodne metafory, o których później.

Teraz płomienny Steinn... Verkamaður też wszedł do pisenki islandzkiej. Swego czasu ślicznie śpiewała ten utwór swym aksamitnym głosem Bergþóra Árnadóttir. Ale bardziej podoba mi się ta najnowsza wersja, szorstka, na pozór byle jaka... Niby rzecz z odległych czasów, z innej ekonomicznej rzeczywistości, ale jakby ciągle aktualna, dla tych wszystkich, którzy w swej pracy czują się śmieciem, którego łatwo się pozbyć, o którego nikt się nie bardzo chce troszczyć... Nowa rzecz, z lutego tego roku... Brawo, chłopcy. Bardzo mi się podoba to video, i ta piosenka... Piękne rymy zacnego Steina Steinara - graficzny majstersztyk... Choć gorzka, ale i pełna nadziei treść tych słownych piękności... Obrazki dobrze ową treść ukazują... Islandia. Steinn Steinarr. Robotnik. I jego francowata dola:

Flóttinn

kiljan.halldorsson

Ég er lífið sjálft. Og þú kemst ekki undan. Ég elti þig.

Flóttinn. Ucieczka... Jak sobie tak posłuchałem i popatrzyłem, to mi się zaraz przypomniał Sigbjørn Obstfelder i jego "Bezimienny"... Jakieś nocne ubocze, park, źrenice latarni, noc, strach, cierpienie... Tylko tam było odejście... W mroku na ławce sterana kurewka... Spodobała mi się ta wizja śmierci... Kurewka wie, co i jak, wie, jak złe jest życie, i jest też uczciwa - cennik jej zawsze przyzwoity, w przeciwieństwie do cennika życiowych partnerek... Uczciwa jest też śmierć, co w końcu przychodzi, i bierze ledwie grosz, dając tę szczególną odrobinę ciepła, pociechy, czułości... Ufam, że zawsze przychodzi w porę, że w tym całym wcześniej lub później jest jakaś mądrość i ratunek przed nadmierną przesadą zła. Choć nie da się jej przywołać, to z myślą o niej poflirtować można... Zjawia się, kiedy uznaje to za stosowne, nawet wtedy, gdy strzelamy sobie w łeb...

Straszydło to życie. Co chichocze w mroku, jak w "Ucieczce" Steina Steinara. Nie śmierć jest straszna, ale to, co życie wymyśla na jej temat. Jest bezwartościowe, tworzy więc, jak opowiadał Schopenhauer, straszydła, jako takie potrzebuje przerażających strażników... Choć w końcu ustąpić musi, gdy jednak nie czas po temu, robi wszystko, by nie w śmierć kierować nasz bieg... Nie umkniesz mi, powiada Steinn Steinarr, powiada ustami samego życia, nie umkniesz mi, i ścigać cię będę...

Noc do dobry moment na zniknięcie, wycieknięcie z tego życia, z jego zgiełku, męki, lecz...

Jest noc. Idę ulicą. Cichą i bezludną. No bo jest głęboka noc. Idę szybko i pewnie... I mówię: - Widzisz? Już mnie nie ma. I nigdy nie wrócę. Nikt nie wie, gdzie jestem, gdzie moja kryjówka... Nagle słyszę kroki. Nikogo jednak nie widzę. Ale słychać wyraźnie kroki, szuranie po bruku... Co ja takiego zrobiłem?... Samo życie. W strachu muszę wiać, z powrotem, tam, skąd przyszedłem, skąd chciałem uciec, z piekła przecież...

Podoba mi się ten mrok, cmentarz w tej filmowej miniaturze, na którym raptem zjawia się życie, nagie...

Bardzo fajna miniaturka filmowa do wiersza Steina, której twórcom ogromnie dziękuję... Bardzo mi się spodobała... Steinn Steinarr i jego bliska mi poetycka nuta... Zapraszam, w noc... "Flóttinn".

© Kiljan Halldórsson
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci