Menu

Kiljan Halldórsson

BRUDNO W PIS Y -ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA

Odlatują anioły

kiljan.halldorsson

Tak się pięknie zrobiło, barwnie, ciepło... Ale ledwie człowiek wrócił do domu, a tu znów smutne wieści... Odejścia, odloty...

Zasmuciła mnie wiadomość o odejściu Anny Szałapak... Artystka piwniczna, krakowska, gdzieś tak od końca lat siedemdziesiątych, a do tego etnolożka, pracownica Muzeum Historycznego w Krakowie, opiekunka wędrówek miejskich Lajkonika, a także konkursów i wystaw krakowskich szopek, z którymi podróżowała też i po świecie... Agnieszka Osiecka nazwała ją Białym Aniołem, w odróżnieniu od Czarnego Anioła, którym była Ewa Demarczyk... Anna Szałapak miała w sobie rzeczywiście coś anielskiego, coś takiego było w jej wyglądzie, w jej charakterze... Urocza osoba, już wpisana też w legendę krakowską... Od dwudziestu lat nie ma już Agnieszki Osieckiej, od tyluż lat nie ma też Piotra Skrzyneckiego, a od chwili nie ma i tego ich anioła, krakowskiego anioła - odleciał tej jesieni...

Anioły niestety nie wracają z wiosną, ale zostawiają ślady... Tak więc jeden z nich. W muzyce skomponowanej przez Zbigniewa Preisnera do słów Czesława Miłosza... Śpiewa Anna Szałapak

Szukaj szczęścia w polu

kiljan.halldorsson

Wypadałoby się coś zblogować...

Życie, życie, w zmianach, w czasie, w pozornej tylko odradzalności, że się tak wyrażę... Cóż, że atomy nie giną, tylko zmieniają miejsce, skoro to, co złożone, indywidualne, szczególne, poszczególne nie odradza się nigdy... Misterne twory rozpraszają się jak mgły, jak prosta para wodna...

Umieranie, umieranie... Jakiś czas temu, przeglądając rankiem prasę, natknąłem się na bolesno - żałobne podziękowania za udział w ostatnim spacerku świętej pamięci... Zaraz zerknąłem w komputer, w sportowe gazetki... No tak - zasłużony, anioł nie człowiek, wybitny naukowiec i krzewiciel fizycznej kultury, działacz wielokrotnie odznaczany... Umarł kochaś mojej mamci piekłoszczki... Jeszcze jedne drzwi się zatrzasnęły... W ostatnich latach prawie się nie kontaktowaliśmy, bo ja nie bardzo chciałem, bo wolałem unikać wszystkiego, co kojarzyło mi się z matką. Tak czy owak, poczułem ukłucie w sercu, żal... Bo w sumie do faceta nic nie mam - bardzo go lubiłem, za jego energię, za genialne poczucie humoru... Mamcia - tanecznica to wszystko też lubiła - gość wziął ją w rozrywkowe obroty, pozwolił zapomnieć o rodzinnej smucie... W niektórych obrotach sam brałem udział, w dzikim śmiechu wypijając z nim całkiem pokaźne morze wódeczki... Niech to cholera - pakowano go do ziemi dokładnie w tej chwili, w której zdechł mój Budrek... Kochaś strasznie lubił tego psiaka, któremu zdarzyło się zakłócić kilka piłkarskich spotkań... Bo Budrek lubił latać za piłką .:)... Tak, pewnie figuruje gdzieś tam w sędziowskich raportach:)

Kolejny powód do smutku, jakiejś małej tęsknoty... Jezu, jak czas niekiedy potrafi zacierać ślady... Po domu, w którym mieszkała mama, nie ma już śladu. Wszystko jakby nie istniało... Miejsce odmieniło się zupełnie... Tam kochaś lubił przebywać, swoją rodzinę pozostawiając w odstawce... No, ale gdy przyszło zdychanie, rodzina oddała się bolesnym wysiłkom, niezastąpiona i pełna godnej gotowości, i pozostała w żalu nieutulona... He, he...

Ech, te domy, te rodziny... Ogniska domowe - jakże często piekielne... Nie od rzeczy to nazwanie, to ognisko, doprawdy... Ogień lubi się rozochocić, a emocje dlań są równie życiodajne jak tlen... Coś o tym wiem.

Dom, mir domowy - hehe - diabeł się cieszy - wspaniała przestrzeń w naszych duchowych realiach wrednych dla bezkarności; zacisze dla wszelkiego rodzaju nadużyć i przestępstw: dla gwałtu, pobić, kradzieży, upokorzeń, zniewagi, plucia...

Dom to też miejsce opuszczenia... I w tej wersji jest mi znany... Czasem zdarzają się powroty... Jakże nowotwory przywracają człowieka na łono... Nagle żony drogie się znajdują, albo synkowie... Kosztowne ekscesy... Ratunku, ratunku... I nagle Ojcze nasz i Zdrowaś Maryjo...

Kochaś miał już swoje lata, ale żeby nie było tak przyjemnie, natura zawsze ma w zanadrzu jakieś nieprzyzwoitości... Pomógł mu nowotwór... Bogowie, jak słyszę hasło "nowotwór", to mi włosy dęba stają. Jestem tym przerażony... Śmierć kosą nowotworową wykosiła mi trzy czwarte otoczenia. Nie darowała ludziom, nie darowała psom... Czasem bywam zaskakiwany po latach... Jakiś czas temu w Reykjaviku, jadąc ze znajomym koło Rauðavatn, rozgadałem się z sentymentem o pewnej przyjacielskiej duszy mieszkającej w pobliżu, dzięki której kiedyś w moim życiu zadziało się kilka fajnych rzeczy, fajnych i ważnych... Mieszkającej w pobliżu... Żeby tak było!... Kierowca się smutno uśmiechnął... Pan od biologii... Zaraz się dowiedziałem, że Hilmar - przyrodnik, a poza tym fantastyczny folklorysta i zawołany kuchcik i miłośnik życia, dawno temu się  z nim rozstał, z owym życiem... Chociaż kiedyś kontakty się urwały, to świadomość, że znajomek jest, była najnaturalniejszą oczywistością, bo przecież człowiek był młody... A tu się okazało raptem, po latach, że w czasie, kiedy walił się mój świat, i on odchodził, również dotknięty zasranym nowotworem... Zamilkłem podczas tamtej przejażdżki... Zostało mi po nim w szufladzie trochę starych listów. Pamiątki, stemple z prehistorii, pisanie z całkiem zamkniętej epoki, z kolejnej miejscówki, co już pusta dla mnie... Obiecywałem sobie, że wpadnę, odwiedzę, choć i tak już było za późno... O, spóźnialski, niedbały ja!

Umieranie, umieranie... W tych naszych upragnionych zadomowieniach, gdzie tylko chwilami znośnie. Przychodzi zawsze czas, kiedy człowiek ze strachem otwiera rano oczy...

W sierpniu lubiłem uciekać na podmiejskie łąki, w resztki kwietnej dzikości, w koniki polne i inne robaki... Kusząco puste ręce, takoż pusta głowa.

Nic, tylko w pole wiać, nawet w badyle jesienne i gawrony, co sobie same radę dają, co bardziej dyskretne są, gdy idzie o nieszczęścia...

Domy mogą straszyć... Ten szerzej rozumiany dom, Polska, też mnie dziś troszkę straszy... Jest tak, jakby ktoś na nas napadł. Tak w każdym razie ja czuję. (Doprawdy - nie potrzeba żadnych zewnętrznych wrogów - można go znaleźć w środku, i dać mu wolną rękę, poprzez głupotę, złość, obojętność...) Że też mogliśmy pozwolić na to, by bawił się nim mały nihilista skryty na melinie przy Ciemnogrodzkiej. Dziwaczny stwór, jakby rupieć z poradzieckiego lamusa, gra sam ze sobą w szachy - spryciarz ma łatwe dość zadanie, zabawa idzie gładko, bo pionki i figury to we wspaniałej większości moralne i intelektualne dno... Bawi się swymi zabawkami, a przy okazji rozgrywa wszelkie drugosortowe niezadowolencje, bo one lubują się w zgrupowaniach wyizolowanych i senność w nich tak imponująca jak u jakichś wielkich niedośpiałków. Naiwne taktowności, potulności i głuchoty, bo każda gromadka przy swojej rzepce.

Dziwni jesteśmy. W Euroazjatyckim rozkraczeniu. Te tam ogromy superkontynentu mają osobliwy magnetyzm. Ech, te nieobyczajności, te wesołe, giętkie nieucywilizowania, i jebał pies... Ktoś kiedyś fajnie powiedział, że Polak to taki Rosjanin, który udaje Francuza... W nas przecież tyle Francji - elegancji... Bątąpierdą... Cóż za style i smaki, jak już umiemy ze znawstwem cyckać winka, jakie papu mamy, a piripiri, a fifirifi, a dzidzilala... A tu raptem upiora budzimy, oprycha bolszewickiego (i to w jakich zadziwiających mariażach, okadzonych i skąpanych w kapuśniaczku wody omodlonej), sami w osobliwych strachach rozbudzeni, w trującym tumanie zabobonu... Tak się daliśmy rozrąbać i skąpać w najdziwaczniejszej brei, będącej mieszaniną brudnych strumieni zdziczałych świadomości... Pfe!

Chce mi się w pole wiać, choćby i w gawrony!!!!

Prawie nic

kiljan.halldorsson

I już jesień znów, pierwsze ogniska żółtych płomieni liści na brzozach... Małe uśmiechy dla barw i pięknego światła kurczących się dni... Po lecie, które w tym roku przemknęło mi niezauważone...

Ciągłe znikania... Znów się dowiedziałem o paru odejściach... Znikają ludzie, znikają psy... Im późniejsza noc, tym mniej świateł się pali... Ponure prawa, zbyt starzy przyjaciele, okrutnie krótkowieczne psy, i spóźnienia wynikłe z niedbałości...

I znów po jakimś czasie jest. Coraz ciszej wokoło, choć świat może sobie krzyczeć i szaleć...

Robimy sobie niedługo urlop... Skok na kilka dni do Oslo... Puste mieszkanko, małe oddzielenie się, i spotkania kolejne z własnymi cieniami, echami, co się ledwie we mnie trzymają kupy... (Trzeba tylko tam dolecieć, a ja, biedny, im starszy jestem, tym bardziej boję się samolotów... Co to się dzieje?)

Życie mija, a ja ciągle się telepię, cudem jakimś, z tymi swoimi matczynymi ślepiami - nie mógłbym się wyrzec tego macierzyńskiego potwora... Ja zmieszany z upiorem, i z całym tłumem gasnących istot - z sobą samym w kawałkach, w mało do siebie pasujących elementach układanki... Tandetny wyrób...

Nie zgaszę chyba swojej melancholii, jednak, trzeba więc będzie o nią jakoś zadbać, oblec w jakieś przyjemne aksamity, otulić czasem pierzynką, przygrzać przy ognisku... I dodać troszkę śpiewów, łagodnych i mniej łagodnych...

Dziś niech będzie łagodnie... Coś, co samemu sobie lubię dziś pośpiewać...

Cudowna Elżbieta Adamiak, ta Królowa Krainy Łagodności, tak miłe budząca wspomnienia, czasem dalekie już, pachnące niekiedy lasem i ogniskowym dymem, z obiecujących lat...:)

Śliczna piosenka:

Powiada kanonik z Oxfordu

kiljan.halldorsson

Był sobie kiedyś duchowny anglikański, kanonik w Oxfordzie, dawno temu, w wieku XVII, co się szalenie melancholią interesował. Nazywał się Robert Burton i stworzył coś na kształt encyklopedii melancholii...

Na nagrobku jego stoi:

Paucis notus, paucioribus ignotus

Hic iacet Democritus Junior

Qui vitam dedit et mortem

Melancholia

Demokryt Junior - także melancholik.

Burton powiadał, że człowiek jest najnieszczęśliwszą istotą na ziemi, a to z powodu pierworodnego grzechu, który jest pierwszą przyczyną depresji. To smutne przekleństwo ciąży na wszystkich ludziach. Ale różne oblicze ma ta straszliwa choroba. Kto ma rozsądek, potrafi uchronić się przed przyrodzoną melancholią, choć tak naprawdę nigdy nie pozostanie od niej wolny, bo w życiu przykrości są nieuchronne... Ułomna, śmiertelna natura!

Wpadłem znów w czeluść smutku, z nadzieją jednak, że rozumność przywróci mnie do równowagi... W obliczu cierpień świata to drobiazg, bo to tylko śmierć psa, która jednak strąciła mnie w skowyty rozpaczy... Ostatnie małe ogniwko łączące mnie z dawnym życiem prysnęło... Po walce raczej niedorzecznej i kosztownej... Starałem się zrobić wszystko, a i tak mam okropne poczucie winy, jak zwykle... O, durne a kłujące myśli, że może gdyby inaczej, gdyby tak, gdyby siak... Spodziewałem się tego, a jednak nie byłem aż tak gotów... Nawet nie zauważyłem, że było tego roku jakieś lato. Czuję się tak, jak bym stracił najlepszego kumpla... Był niemal jak mój cień; wierny przybłęda - przylepek...

Nie wiem, czy jeszcze zdecyduję się na jakieś zwierzę... Powinienem być zahartowany, ale im jestem starszy, tym bardziej przeraża mnie życie... Nie rozumiem, dlaczego tak wiele istot w moim otoczeniu umarło w męczarniach, na jakieś nieprawdopodobne dziwactwa... Jestem porażony tego rodzaju zjawiskowością, tym fajerwerkiem zła, jaki nęka mnie od kilkunastu lat.

Mogłem się do niczego nie przywiązywać... Kiedyś tak żyłem... Ale chciałem czegoś innego...

Dziś ostatnia pamiątka żywa uchwyconego kiedyś szczęścia też już jest przeszłością...

Wpadłem w XXI wiek z istną lawiną śmierci... Boleśnie oswobodzony... No, jest jeszcze coraz bardziej bezradny ojciec - kolejna dziwaczność, zlepek cierpień, złości, niejasności. - Kto to w ogóle jest?

Droga w tę marę była prosta i stroma - z górki na pazurki... Może wkrótce coś wspomnę o drodze... Aż mnie znów ciągnie, żeby się tam zadumać...

Kiedyś słyszałem jakiś wywiad z Hanną Bakułą, która powiedziała, że nie zna bardziej wolnej osoby od siebie - żadnej rodziny na karku, żadnych zwierząt... Ot - recepta na wolność... I na brak złych wpływów, działania jakiejś klątwy - choć Franek mówi, że się nie boi...

Hm - tak trzeba się jakoś wkleić w drobiazgi. Dobrze radzi wspomniany Burton - drap się tam, gdzie cię swędzi. Daj se ulgę. Pracuj, przez zajęcie uniknij melancholii...

Daj wyraz swemu smutkowi, a stanie ci się drogi, powiadał Oscar Wilde...

Nie ma nic słodszego... nic bardziej przeklętego... nic smutniejszego jak melancholia, powiada znów Robert Burton...

Jak już się nie można uwolnić, niech smutek będzie jak najsłodszy, najdroższy...

Samotność

kiljan.halldorsson

Samotność? Gdyby można w nią uciec... Czasem, nie kryję, chciałbym w nią uciec, ale tam zaraz, za zakrętem - duchy... Ludno, zawsze ludno, i nie wiadomo, co lepsze... To, co tu, czy to, co z mgły i nocnych tchnień?...

Przypomina mi się rycerz Antonius Block z filmu "Siódma pieczęć" Ingmara Bergmana, który to w rozmowie ze Śmiercią wyznaje: "Obojętność wobec przyjaciół sprawiła, że żyję teraz w samotności pośród zjaw. Zostałem więźniem moich snów i wyobrażeń".

Tak, koresponduje to z rozdziałem "Pseudocommunity" z książki Antoniego Kępińskiego "Schizofrenia"... "Człowiek jest tak bardzo istotą społeczną, że nigdy nie może być samotny. Gdy jest sam, jego marzenia wypełniają się różnymi postaciami prawdziwymi i fikcyjnymi, bliskimi i dalekimi, sympatycznymi i antypatycznymi. Nawet w marzeniach sennych przeżywane obrazy zapełnione są różnego rodzaju ludźmi".

Słowem, zawsze jakaś obecność... Albo żywa nieobecność... I z czasem coraz gęściej... Nie ma ucieczki w pustki i spokoje, bo tam zawsze coś, ktoś jest...

Uroczo i prosto - o, dzięki ci, prosta poezjo - napisała o tym jedna z moich ukochanych poetek z Islandii, Vilborg Dagbjartsdóttir: -

Vilborg Dagbjartsdóttir

"Samotność"

Nocny wiatr zmarszczył

zasłonę w oknie, śląc

jakiś delikatny zapach

  Osobliwy spokój

  przepełniony skrytą obecnością

  - czyżby to jakieś kroki?

Mój fotel bujany

w kącie w półmroku

kołysze się leciutko - pusty

                  przełożył z islandzkiego Kiljan Halldórsson

                        

Fame

kiljan.halldorsson

Idę , jak widać, na łatwiznę... Ach, ale mam tak przykry czas, że się gadać nie chce... Ale że musiałem poślęczeć trochę nad robotą, no to i tak sobie, w przerwach, zaglądam tam i tu... No i tak zajrzałem... Ktoś mi ostatnio powiedział, że George Michael fajnie zaśpiewał "Fame". Faktycznie. Jakoś nigdy wcześniej tego nie słyszałem. I jestem absolutnie zaskoczony...

To niech będzie taki kącik coverów.:)

Jakoś nie umiałem uczcić tu Georege'a Michaela. To w sumie daleka przeszłość, jakieś szczeniackie słuchania potajemne, żeby się koledzy nie śmiali. :)))) Jeszcze na kaseciaku, o dziwo czynnym, mogę posłuchać "Make It Big" Wham!, gdzieś tam się plącze płytka "Faith", ale to w zasadzie wszystko... Garść słodkich wspomnień ze słodko - gorzkich lat osiemdziesiątych...

Teraz pokochałem George'a... Wspaniały cover. "Fame" Twórcy: David Bowie, Carlos Alomar, John Lennon... Wykonanie: George Michael...

Z jótjóbowych komentarzy: "They died in the same year. David and George. Fuck me"; "Funky as fuck"...

Głosy umarłych - do licha...

George>>

Nico. "Heroes"

kiljan.halldorsson

To teraz to książkowe znalezisko, wypadzisko... Kiedyś tam, przed laty wydane "Hokus Pokus" Vonneguta. Franek sięgnął po tę pozycję z ciekawości... Do licha, chyba nawet tego nie zdążyłem przeczytać, choć lata minęły... Między kartki wetknięta jeszcze starsza rzecz - jakież to osobliwości nie służą za zakładki - liście, banknoty, papierki urwane, wycinki... Z "Hokus Pokus" wyleciał nekrolog Nico... - Popatrz, Miśku!... 1988... Na Ibizie jechała po jakieś jaranko, na rowerze - i nagle trach... Aż się wzruszyłem - prawie trzydzieści lat. Z jakichś powodów zachowałem wycinek z jakiegoś chyba "Non stopu"... Hm - jak Nico, to oczywiście Velvet Underground, Lou Reed, Andy Warhol... Pamiętamy słynną okładkę z bananem... Nico to też David Bowie... Nie wiem, kiedy się poznali, w każdym razie Nico była w 1973 roku częstą gościnią w podparyskim Château d'Hérouville, w czasie, gdy David Bowie nagrywał tam przeuroczą płytę "Pin-Ups", tę fantastyczną pożegnalną nutę ze swym zespołem Spiders from Mars... Bowie wspominał ten czas jako coś magicznego, pięknego... Słuchać to zresztą w muzyce, i w śpiewie - "Pin-Ups" to bodaj najlepiej zaśpiewana płyta Davida!:)

Nico fascynowała Davida... Kilka lat potem strasznie chciał, żeby artystka zaśpiewała jego utwór "Heroes"... "Heroes" - tak, właściwie obowiązkowo wzięci w cudzysłów... Tak winno być, zawsze...

Dziwna, elektryczna, kontrowersyjna heroinowa dama... Rusza mnie... To był album "Drama of Exile" W dobrych dźwiękach epoki... Na płycie jest też kawałek Lou Reeda "I'm Waiting for the Man", znany już z krążka z bananem Warhola... Często tego słucham, w wykonaniu Davida, z koncertowej płyty "Live Nassau Coliseum'76"...

Fantastyczne czasy, wspaniali artyści. Wszyscy, cholera, już nie żyją...

Takie małe wspomnienie dziś, co wypadło z "Hokus Pokus"...

A teraz już Nico...

 

Korzystanie z życia

kiljan.halldorsson

(...) På den tid var det Svens sædvane om vinteren at opholde sig hjemme på Gåreksø hvor han til stadighed holdt firsindstyve karle på sin bekostning. Han havde en drikkehal der var så stor at det ikke på Orknøerne var nogen anden lige så stor.

                                    z "Orknøboernes saga" wg Ægidiusa

I tak płynie sobie czas, ciężki trochę, smutny, z ledwie dostrzeżonym latem w tle...

Jak tylko mogę, osładzam czas baśnią i starodawnością... Islandzkie opowiastki o duchach; nieśmiertelny Andersen (ach, te Mannowskie iście klimaty "Małej syrenki" i "Ołowianego żołnierzyka"!!!); do tego sagi... Tak, trzeba dorosnąć do pewnej refleksyjności, by wejść w ten świat... Taaa - jasne, Skandynawia górą... :)

Przy jednej okazji przyszło zastanowienie czy sam z życia skorzystałem? To w sumie dobre pytanie dla kogoś, kogo musnęła już ta cała smuga cienia...:) Zrazu przyszła odpowiedź twierdząca, no bo przecież miałem dość przyjemności, zwiedziłem wiele krajów, i jest ktoś, w kim wzbudzam miłe uczucia... To dużo... Ale zaraz zjawia się coś innego, co szepcze mi szpetnie, że to raczej życie skorzystało ze mnie, by się na mnie brutalnie przejechać jak na chabecie jakiejś lichej... Tak, prawda leży tam, gdzie leży, w tym wypadku jakby pośrodku, ale jednak pewien wiking skłonił mnie do powątpiewania w ten cały środek... Oj, tę prawdę wypada przesunąć w kierunku niekorzystnym.:)

Firsindstyve... Uroczy staroświecki liczebnik: cztery dwudziestki, ergo osiemdziesiąt. Tyle chłopa miał na utrzymaniu jeden z bohaterów Sagi o Orkadach... No cóż - Franek stwierdził, że w lichych żyjemy czasach... No nie ma szans ani na wyspę do pijatyk, ani na tak liczne a wierne towarzystwo... Późne to już były czasy, epoka ostatnich wikingów, wśród których wzorcową postacią był Sveinn Ásleifarson (1115 - 1171)... Facet utrzymywał osiemdziesięciu rozbójników, siał z nimi zboże, potem jechał z nimi na wiosenną rozpierduchę, wracał na żniwa, po czym brał chłopaków na jesienną rozpierduchę i po kolejną porcję łupów. A jak przychodziła zima, całe to obłowione chłopstwo oddawało się heroicznemu chlaniu w największej na Orkadach pijalni napojów wyskokowych...

Sveinn - rabuś, rozbójnik, pirat w starym stylu; warchoł wikłający się też uciesznie w politykę, w tym całym kotle dwunastowiecznej orkadzkiej wojny domowej, wojny trzech jarlów, popierający po kolei wszystkich uczestników awantury, sprzymierzony ostatecznie z Rögnvaldem, po którym pozostał wspaniały kościół św. Magnusa, który do dziś cieszy oko swą zaskakującą potęgą w małym orkadzkim Kirkwall, otoczony nastrojowym cmentarzem (aż by się chciało tam poleżeć, doprawdy)...

Sveinn w końcu z polityki wojowniczej się wycofał, ale do starości pozostał zbójem - wikingiem. Weteran nie mógł się obejść bez wypraw. Jeszcze mu postało w głowie jedno łupieskie rififi - ruszył na Dublin, tam jednak czekała nań pułapka... Uparcie szukał guza, a skoro szukał...

Bardzo mi się ten zbój spodobał. To sianie i rabowanie z chłopami. I ta jego imprezownia, ta drikkehal dla wyszkolonych towarzyszy...

Co powiedzieć - zaimponował mi jeden z ostatnich wikingów, i wypada tylko stwierdzić z westchnieniem, że dawno już minął taki dobry czas... W świetle imprezowni na Orkadach przyznać muszę, że aż tak bardzo z życia nie skorzystałem i zapewne nie skorzystam... A niech mnie diabli - chciałbym mieć na utrzymaniu 80 zbójów. Chlać z nimi, siać i rabować... :))

Heroes

kiljan.halldorsson

 Miałem ostatnio takie znalezisko książkowe, które mi przywiało myśl o nieśmiertelnej piosence Davida... Ale dziś... Lemmy, David - co odeszli w sąsiednich miesiącach... Dobra - teraz to, a następnym razem książkowe znalezisko...

 Nie bardzo lubię, gdy inni śpiewają i grają Davida, ale jeśli nie gwałcą materiału, to jest OK! Robert Fripp dał kiedyś żelazne ramy temu numerowi, i lepiej nie wychodzić za daleko, lepiej być blisko doskonałości, prostej doskonałości... Motörhead. Lemmy. David Bowie. Heroes... Tego mi trzeba na dziś. I niech wam się przyda...

 

Cornelis

kiljan.halldorsson

Tak wypada znowu muzycznie. Może i lepiej, bo co tam gadać... Jutro Cornelis Vreeswijk skończyłby 80 lat... Tak długo jednak bard nie pożył, bo i w tym roku minie 30 rocznica jego śmierci... Szwedzki pieśniarz o niderlandzkim pochodzeniu... Oryginalny, ale także odtwórca mistrzowskich rzeczy Bellmana czy Taubego... Się kręci łezka... Ta pieśń przypomina mi jeszcze nie tak dawne czasy, kiedy uważałem, że chodzenie do kina ma sens... "Aberdeen" - piękny film Hansa Pettera Molanda, o tym, że zawsze można dojrzeć, z cudną muzyką Preisnera... Ale na końcu akurat nie Preisner zabrzmiał, a szwedzko - niderlandzki bard, bardzo też popularny w Norwegii... Końcowa scena ze wspomnianego filmu...

To tak wspomnieniowo, pod ten księżyc sierpniowy, co tak mnie już zawsze wzruszać będzie... Małe moje skandynawskie wzruszenia... Księżyc, on, ona, on stary, ona coś jakby trochę zbyt młoda...

 

 

© Kiljan Halldórsson
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci