Menu

Kiljan Halldórsson

BRUDNO W PIS Y -ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA

By nie być samotnym

kiljan.halldorsson

 By jeszcze tchnąć życie w ten kącik sieciowy, w te pisaniny... Poetka dentystka przyszła mi do głowy, przy okazji wspomnianych niedawno ukłuć... Chciałbym nie być samotny, tak metafizycznie samotny... W zasadzie się to jakoś udaje, ale tylko wtedy, gdy myśl jest gdzieś daleko od tych życiowych podstaw metafizycznych... Coś o mnie dba, coś mnie ratuje. Jak pamiętam - mimo wszystko - jestem jak ten lekkomyślny nieco Castorp, co to uważał, że życie o nim nie zapomni, że jakoś o niego zadba... Życie - owo coś... Co właściwie?... Jakaś dłoń pomocna jawi się w wyobraźni, magiczna dłoń... Ale obok zawsze tkwi jakaś myśl surowa, co podpowiada, zgodna z myślą Camusa, że tkliwości i opiekuńczości to tylko pozory, że za tym stoi idealna obojętność... A szczęścia, nieszczęścia - ot, drogi panie, takie to rozdanie... Z przypadku i kolor oczu, i wzrost, zarost, i charakter, na który zewnętrzność ma swoje odpowiedzi... Północ, bijąca po sercu i głowie... W tym moim życiu po życiu... Nie tak dawno temu na ostro zostałem uderzony, w Oslo. W takim sobie nigdzie, gdzieś między Gråkammen i Slemdal. Nagłe poczucie pustki bolesnej, w całej niestosowności bycia w tym życiu po życiu... Ludzie czasem mówią, że otrzymali nowe życie, ale mówią tak zwykle, gdy przeszli szczęśliwie przez jakąś chorobę, gdy odzyskali sprawność, gdy wrócili do tego, co było przedtem... Ja sam nie mam takiego poczucia powrotu... Zawsze to Oslo, które tak z chęcią i uporczywie odwiedzam, komunikuje mi w tajemny sposób, że jestem gościem z zaświatów, z ciemną studnią w środku. Tak naprawdę żyje się raz. A jak się żyje raz, to i raz się umiera. A ja tak raptem pośmiertnie... Nie tak łatwo urządzić się po tym, gdy wszystko skończone. Wszelkie odbudowy bruka przekonanie o niestosowności wszelkich występujących zdarzeń... Taa, cmentarny i celny Steinn Steinarr się kłania. Na cmentarzu... Poezja szczęśliwie sięga  i po inne treści, pocieszające... We śnie na jawie przyjaźnię się ze starymi nordyckimi bogami, i ze wszystkim, co szepcze o jakimś sensie tego mojego dalszego kroczenia po świecie. Mówiąc: - Mój Boże - człowiek zawsze gada do siebie, jakby gadał do lustrzanego odbicia, no, ale to odbicie przecież - coś jednak innego widzimy - ten tam, którego nie sposób przeciągnąć na swoją stronę... Może Ty, tam gdzieś, Ty, którego spotykam od czasu do czasu oko w oko, przelotnie, opiekujesz się mną, sumieniu niesiesz ulgę, ślesz dobre wytłumaczenia... Ty - kimkolwiek jesteś... Człowiek wewnątrz siebie gada, szuka w tej studni... Może nie jest aż tak pusto?

Nasza poetka, choć z daleka, przyszła mi do głowy... Z okolic Lublina jest pani Anna, która postanowiła wyemigrować na daleką norweską północ, do miasta Alta, gdzie leczy zęby, i gdzie zajmuje się sztuką, sztuką poetycką  i malarską, gdzie zajmuje się poszukiwaniem... Jaki jest człowiek, jaki bóg, który mu towarzyszy, tak z kulturowego rozpędu... Człowiek chce kochać i być kochanym, tak zawsze, w każdej okoliczności, nie chce być sam, sam w tym szybko obracającym się kołowrocie życia, co tak boleśnie umie poszatkować nasze drobne istnienie ... Jak odnaleźć jedność w przeciwności, wieczność pośród klepsydr, pewność w niepewności?... O takie rzeczy pyta pani Anna Keryl, nasza poetka z Norwegii, z Alty pełnej starożytnych ludzkich pamiątek naskalnych... Hm - trwałość sztuki, poezji, bez której, jak chce Halldór Laxness, nie moglibyśmy tu, w tym zakątku wszechświata, przeżyć...

Ładnie kiedyś napisał o twórczości Anny Keryl Tadeusz Polanowski - co przywołuje w tekście "Pustelnica poezji" Janina Januszewska - Skreiberg ("Od Ibsena do Twardowskiego" , "Med hjertet i to land"), niestrudzona kronikarka polsko - norweskich związków kulturalnych - że autorka przekazuje ważne prawdy egzystencjalne i widzi świat w tradycyjnym, ludowo - religijnym aspekcie. A że może się wydawać naiwna, rymowana, nieco sentymentalna?... Jakie to w gruncie rzeczy cenne, że u niej centralnymi pojęciami są: życie, dobro, miłość, śmierć, przemijanie, ból, dusza, Bóg,  w tych rymach... Piękno, życie, dobro, Bóg, śmierć, przemijanie, ból, dusza - same nienowoczesności w nienowoczesnych formach... I inni cieszyli się, że poetka odważyła się być taka nienowoczesna, staroświecka... Sam Czesław Miłosz przychylnie odniósł się do poezji autorki z Alty...

Choć tamto serce może nie po ludzku ciepłe, ale jednak... Ludzie chcą kochać tak na stałe... I w nieludzkie rzeczy biegnie ich myśl...Trudna sprawa... Może jednak jest ktoś w tym ciemnym dole?... Patrząc głęboko w noc, patrzy się w górę czy w dół?... Ratuj, poezjo!

Anna Keryl

"Ty jesteś"

Ty jesteś miłość wszechogarniająca,

A my w Twym świetle,

Jak w promieniach słońca.

Ty jesteś miłość nie ziemska, lecz Boska,

Gdym w niej zagubiona,

Nie sięgnie mnie troska.

Ty jesteś miłość, miłość przebaczenia,

Zdejmujesz ciężkie belki

Z barków sumienia.

Ty jesteś miłość w zamian nic niedająca,

Mimo chłodu serca

Jednako gorąca.

Ty jesteś miłość, miłość doskonała,

Przychodzisz z ducha,

Nie wstydzisz się ciała.

Ty jesteś miłość w nas i między nami,

Rzuceni w wszechświat,

A jednak nie sami.

Ty jesteś miłość harmonii całości,

Miłość wszechświata,

Miłość mej miłości.

***

Ze zbioru "Pieśń o perle", Kronika, Oslo 2000.

 

Piołun i wanilia

kiljan.halldorsson

Co tu gadać... Zły czas pod wieloma względami. W domu ludzko - psi szpital, wakacje w zasadzie pozamiatane, zaduch i remont elewacji z szuraniem, stukaniem i wiertarami... W głowie mątwa... I jeszcze na dodatek głupoty wewnętrznego okupanta pod kierownictwem ogrodowego krasnala z plastikowej drabinki... Jak nie idzie, to nie idzie.

Mam w pamięci kilka świeżych ukłuć, że aż mi się chce wiać. Ale życie bliskich nieszczęśników trzyma mnie w pionie i w miejscu...

No, ale i tak trzeba, żeby było ładnie... Wczoraj gdzieś w telewizorni widzieliśmy kawałek Opola sprzed lat... Jeju, ile tam dzisiejszych nieboszczyków było, wielkich, wspaniałych ludzi - cudowna Łucja Prus, Marek Grechuta, Młynarski, Osiecka, Kofta... Taki był kiedyś czas ponury, który upiększali artyści - tak to było - nawet estradę zaludniali kiedyś prawdziwi artyści, poeci, z talentem i kulturą... Ponurość powraca, ale mało co umie ją jakoś oddalić, rozproszyć... Trzeba po uroki biec w dal... Dla ładności. Cudowny Jonasz Kofta, który - jeśli się nie mylę - napisał to właśnie w jedną noc, pod presją. Jedna z najczarowniejszych piosenek. Kwiat jednej nocy, co pachnie jak piołun i wanilia... Nie można tego nie znać... Zatem - dla ładności, i dla ożywienia bloga, w czasie złym.

Stjernene synger en selsom sang

kiljan.halldorsson

Złoty pierścionek, w który miał wpatrywać się mały Zenon... - Złoty. Jesteś bogata... Jak ja będę bogaty, będę miał całe łóżko ze złota... Będzie się błyszczeć i w nocy, i we dnie. Będzie kosztowne. Będę wtedy spokojny. Nie będę się niczego bał. Gdy się coś stanie, sprzedam złote łóżko i nigdy nie będę głodny... Tak pisze o Zenonie Przybyszewskim Ewa K. Kossak, dodając: - Przemówiła jego ustami matka, nie zabezpieczona przed troskami jutra, nieustannie na krawędzi głodu i nędzy. Przemówiło też jego, Zenona, doświadczenie i wiedza o życiu... To było wtedy, gdy czekał na rozstrzygnięcia losu u Laury Pytlińskiej, córki Marii Konopnickiej...

No, skandynawskim dzieciom Przybysza szczęśliwie się powiodło... Chociaż tyle. Inaczej było z matką, co skoczyła w życie jak w ogień... Sztuka, świat... Świat, na który przyszła w Kongsvinger 150 lat temu... Przyszła z wiosną, z wiosną też odeszła, niezbyt długo po przyjściu. Trzeba jednak przyznać, że ta garstka przeżytych lat jest niesłychanie treściwa. No i cóż za geograficzna rozpiętość... I jakie nazwiska wokół tej damy z norweskiego zacisza - Edvard Munch, Sigbjørn Obstfelder, Gustav Vigeland, August Strindberg, Stanisław Przybyszewski, Stanisaw Wyspiański, Tadeusz Żeleński - Boy... To tylko część gromadki, te najsławniejsze perełki... Ideał północny - tanecznica, latawica, nieskrępowana, z własnym zdaniem i urokiem... Jak to powiadał Franz Servaes - W tej pani wypadało się kochać! - No i kochali ją, fascynowali się nią panowie i panie, o bardzo różnych orientacjach...

Była piękna? Na swój sposób... Ma rację Józef Hen pisząc w swej książce o Tadeuszu Żeleńskim, że stare fotografie krzywdzą ludzi... Jakoś niepięknie się prezentują ludzie z dziewiętnastego wieku na zdjęciach. Są inni - światło, inna technika, łachy, fryzury... Z naszego punktu widzenia - dziwadła... No - ale oczywiście znamy i Dagny bez dodatków - u Muncha... I z podobizn twarzy u innych, z udanych, uroczych i zastanawiających podobizn, gdzie widać, jak szybko się zmieniała, jak szybko szła w przepaść... Smukła, czysta i wolna - Dagny w ołówku Hugo Höppenera - Fidusa z 1894 - śliczna - jeden z moich ulubionych jej wizerunków... Medal Nalborczyka - szlachetna królewskość - też ładna rzecz... Wyspiański - krakowska Dagny - już z troską, z niepokojem, zmęczeniem... I wreszcie jakby zapowiadana tragedia w warszawskim portrecie pędzla Konrada Krzyżanowskiego - już ostatnie miesiące, 1901 rok...

Dagny Juel... Moja ukochana z zaświatów... Z hedmarskich poziomek, smreków, ze świata wzruszającej architektury norweskiego miasteczka, z ciszy, jasnych nocy i nienazwanych tęsknot...

Pierwszy punkt jej życia - drewnianość udająca miejską kamienność - czerwone deski domu na rogu dzisiejszych ulic Øvre Langelandsveg i Alfs gate. Stamtąd niedaleko do kościoła o nieco wschodniej urodzie, gdzie ją wprowadzono w gromadę chrześcijan... W jakiś czas potem rodzina doktora Juella przeniosła się w pobliże lokalnej twierdzy - pamiątki po pełnych wojowniczego napięcia czasach...Spacerek ku Kirkebakken i Vestre Solørveg, na Jonas Lies gate i jej przedłużenie Løkkegate, przy końcu której do dziś stoi Zacisze, Rolighed, będące przez jakiś czas przytulnym gniazdem rodziny kochanego doktora Hansa... (udało się willi przetrwać - podobnie jak wspomnianej wcześniej budowli Schüsslera - bo od tego to Niemca wywodzą się owe architektoniczne twory - podobnie jak i wiele innych budowli w tym rejonie Norwegii - choć jej losy były trudne, bo po zniknięciu Juelów z Norwegii, dom ten był i zakładem stolarskim i warsztatem samochodowym, i z czasem popadał w ruinę, z której szczęśliwie został podniesiony stając się obiektem muzealnym poświęconym emancypantkom...)

Hans Lemmich Juell był w Kongsvinger i w ogóle w całym Hedmarku trochę jak doktor Chałubiński w Zakopanem, bowiem ten mianowany na przybocznego lekarza królewskiego człowiek z ogromnym poświęceniem i troską pochylał się i nad każdą ludzką drobnicą i nędzą - miał serce, śmigał ratunkowo po całym rozległym okręgu, był przyjacielem miejscowej ludności i odpędził na dobre od niej złowrogie widmo cholery...

Dagny - już bardziej wytwornie - Juel... Jedna z wielu córek doktorostwa - straszne dziecko, od pewnego czasu w chmurach, w których chyba i gdzieś tam w skrytości szybowały myśli niby to konserwatywnego doktora...

Przy tej rocznicy nie będę streszczał życiorysu mej bohaterki - można o tym poczytać przecież w książkach... Wspomnę tylko o pewnym drobiazgu... Gwiazdy już od pewnego czasy śpiewały dziwną pieśń, coraz dziwniejszą... Stille! Stille! Cicho! Cicho! W tym wierszu pisała Dagny Juel o owym dziwnym, zagadkowym śpiewaniu... Różane ogrody, potem dogasająca, kopcąca świeca, i śnieg opadający na serce... Taki spokój... Jakieś wołanie, miłość miniona, gwiazdy spadają...W Obstfelderowskiej muzyczności...

Ostatnio byłem taki okołozakopiański, więc wspomnę urodzinowo o Dagny Juel Przybyszewskiej w Zakopanem... "Mara blada, cień zwiewny" - rozdział z książki Joanny Olczak - Ronikier "W ogrodzie pamięci", której babka miała okazję spotkać Dagny... Niejasne zarysy... Starzy ludzie lubią opowiadać, młodzi nie zawsze chcą słuchać... Dopiero gdy jest już za późno, człowiek sobie myśli - Boże, przecież to ta Dagny... Ówczesne Zakopane - salon literacki, wspaniałe nazwiska, ich wielbiciele, śmietanki towarzyskie, osobliwości, przyszłe legendy...

Była i Dagny... Zakopane jej się podobało. Dobrze się czuła wśród tej przyrody, pośród iglaków... Janina Mortkowicz wspominała pisząc: - "Była sama z dwojgiem małych dzieci i oczekiwała przyjazdu męża. Niezależnie od rozgłosu, jaki ją otaczał, oczarowała mnie pierwszą rozmową i nie dającym się opisać urokiem postaci. Do dziś nie umiem sobie wytłumaczyć jej upodobania w rozmowie ze mną. Rozmawiałyśmy podczas wszystkich wspólnych obiadów i nie zabrakło nam nigdy tematu. Sądzę, że łatwość porozumienia się ze mną w języku niemieckim była jedną z przyczyn tego zbliżenia się. Czuła się zresztą, jak wiadomo, w tym czasie bardzo samotna... Pamiętam jedną z czysto kobiecych rozmów na temat słynnej piękności warszawskiej, Sieni Reichman, córki znanego lekarza warszawskiego, która siedziała naprzeciwko nas. Dagny nie podzielała zachwytów nad jej urodą. Jest banalna - mówiła - banalne niebieskie oczy, banalna różowa twarzyczka, nawet niebieska bluzka jest banalna. Tu wskazała moją, także niebieską, twierdząc, że jej kolor ma charakter. Prawiła mi komplementy w tym rodzaju, pochlebiając mi niezmiernie..."

Pryncypialna panna Janina daleka była w swej filozofii życiowej od dekadentów, kobiet fatalnych, młodopolskich otchłani, ale do Dagny czuła sentyment i szczyciła się tą przelotną znajomością, która zresztą miała i warszawski ciąg dalszy, w czasach pozowania Konradowi Krzyżanowskiemu. Nie wiemy już jednak, o czym rozmawiały... Bo chyba już nie o bluzkach?... Kilka tygodni potem Dagny już nie żyła...

Miała rozgłos, ale trudno było czegoś więcej jej zazdrościć... Po radosnym biegu przyszły choroba, przerażenie, bezradność... Oscar Wilde powiedział kiedyś, że bez żalu uważa swoje życie za jedno wielkie fantastyczne samobójstwo... Czy w Dagny, co ponoć na wzór Wilde'a umiała przystroić się w słoneczniki, tkwiła podobna myśl?... W jej poezji można dostrzec dziwne oczekiwanie na to... Właściwie na co?... Ser du den osende, flakkende kjerte?... Czym jest śmierć? Ktoś powiedział, że to najbardziej niezwykła przygoda, jaką życie ma nam do zaoferowania...

Dagny poddała się losowi... Z ciekawością? Tego się nie dowiemy... Życie sieje, i pędzi w swych przejawach, czasem z osobliwym samolubstwem... A nich mnie porwie licho!

Szybko przyszła świadomość, że to koniec. Tak się urządziła. Tragiczne i upokarzające przejścia, rozłąki, chaotyczna wędrówka po Europie, nieudane przygody uczuciowe, materialna zapaść, nieporozumienia, brak perspektyw... Ostre rysy na koniec, zaciśnięte wargi, niewidzące oczy - ostatni portret... Wielka burza w życiu dziewczyny z cichego, drewnianego Kongsvinger... Na koniec rozchwiany młokos, Władysław Emeryk, i dwa strzały niezbędne do uspokojenia tej burzy - zabójczy i samobójczy, choć w gruncie rzeczy oba były samobójcze...

Niefortunny los, barwny, w rękach mężczyzn... Ech - ci mężczyźni. Dagny znalazła spokój w Gruzji. Jej kości przeleżały na Kukach w jednym miejscu przez prawie sto lat - grób przetrwał dwudziestowieczne zawieruchy, ale po blisko stu latach, dyrektor cmentarza w Tbilisi, Arkadi Czowelidze, dowiedziawszy się, jakiego ma niezwykłego lokatora, panią, co ćmiła cygarety, znała się ze sławnymi artystami, opisywaną przez literatów, malowaną przez Muncha, panią - legendę tamtych modernistycznych lat, postanowił coś dla niej zrobić - i przeniósł jej kości na miejsce bardziej honorowe i łatwe do odnalezienia... Myślę, że źle się stało, wystarczyło odnowić dotychczasowe miejsce spoczynku. Bo po co grzebać w grobach? Niech życie zatrzymuje się tam, gdzie się zatrzymało w momencie pogrzebu... Ale cóż - znów jakiś mężczyzna zdecydował, nawet dobrał się do cicho leżących sobie kości... Ujrzeli ją i w tak daleko posuniętej nagości...

Dagny, co ma dziś 150 lat... Znad norweskiej Glommy, znad naszej Wisły, znad tyfliskiej Kury... Kocham ją, bo kocham jej czas, także jej kraj, i Kraków pięknoszkaradny... Wędrując czasem odwiedzam jej miejsca... Z szaloną ufnością do życia, mimo całej mozaiki złych myśli i strachów... Bo co? Bo liczę jednak, że zawsze znajdzie się jakieś przyzwoite wyjście... A tam - przygoda? Gdy tu już cisza... Czuję, że mam w sobie, że zawsze miałem w sobie dość beztroski... No, przypadkiem jeszcze żyję... Inne wyjścia się znalazły, jeszcze nie do tej największej przygody, póki co...

Święci są niepoprawni. Ale nudni. Są inni niepoprawni - czarowni grzesznicy, przy których nudzić się nie sposób, i którzy nie mniej dają nadziei... Życie w ogóle jest złe, święte i nieświęte... Mam trochę dowodów, że umie się jednak zdobyć na umiar w potworności... Nawet jeśli jest to brutalna kulka w łeb... Ostre cięcie ratunkowe, w porę...

Dziwne pieśni gwiaździstego nieba, w którym ponoć nasze losy zapisane... Niejasne, zagadkowe przesłania, przeznaczenia... Wszystko do wyrównania przez śmierć...

150 lat temu zapaliła się w życiu gwiazdka. Na krótko. Wystarczyło jej jednak czasu na to, by powstała legenda. Nie lada opowieść... Czasy minione tak obrastają czarem...

Sabała

kiljan.halldorsson

Dalej, jak najdalej... I jeszcze jak najwyżej, w miarę możliwości... Wysokości, i czas, co już przeminął.

"Muszę Ci się przyznać, czytelniku - pisał Tytus Chałubiński - że z Jasiem w bardzo życzliwych jesteśmy stosunkach". Jaś to naturalnie Sabała, co twierdził, że smutkiem żyć się nie opłaci.

" - Oj, Jasiu, Jasiu - mówię mu kiedyś - jaka to szkoda, żeśmy na świat nie przyszli oba tak ze sto lat wcześniej, bylibyśmy może razem i poza buczki wyskoczyli. Możebyśmy, co prawda i razem kiedy zawiśli za żebro na haku, jak Janosik, ale zawsze szkoda.

- O hej! - rzecze śmiejąc się Jan, któremu aż się oczy zaiskrzyły i potarł nos rękawem bez żadnych naglących powodów, ale tak sobie, z przyzwyczajenia".

Z Sabałą starym uchodził dawny czas, ciemny, brudny, biedny - z Chałubińskim przychodził czas nowy, nowe życie dla Zakopanego - nowe, czasem lepsze, czasem jednak gorsze... A dziś wszystko już dawności, choć naturalnie to, co od Chałubińskiego się wzięło, ma swój dalszy ciąg, trwający po dzień dzisiejszy, a to, co Sabałowe, jest już dalekim, zastygłym mrokiem przeszłości, mrokiem przedelektrycznym i przedkolejowym.:)...

Mówią, by nie chwalić dnia przed zachodem. Słusznie, bo póki dzień się nie skończył, stać się może wszystko. Chwalić można to, co już minione. Chwali się coś, co już właściwie nie istnieje. Czas, którego już nie ma. A jeszcze gdy to czas, w którym w ogóle nie uczestniczyliśmy? A - to dopiero były czasy! Z jaką rozkoszą człowiek wtapia się w baśń, bez tych wszystkich wysiłków, o które upomina się nasze tu i teraz...

Sabała, Sabała - z czasu, w którym mnie nie było, w który jednak lubię się wtapiać. Wtapiać się w przeszłość, w stare poezje, w duchy, we własne szczeniactwo także... Przeszłość to tygiel, gdzie potrafią sąsiadować ze sobą postaci w rzeczywistości odległe - ale przeszłość to sen, co ma swoje prawa.

Patrzę na Sabałę z fotografii z rodzinnego albumu Witkiewiczów. Radość sprzed ponad wieku, beztroska, śmiech, nawet na ustach surowej ciotki Mery, i mały Witkacy, chrześniak Sabały, cały uradowany. Niepiśmienny filozof i artysta rżnie na złóbcoku jakąś melodyjkę, albo muzyczkę bez melodii... Długowłosy, brudny, właściwie ciemnoskóry. Ta twarz to wolność, brud, wiatr, mróz... Niehigieniczna zewnętrzność, higieniczne wnętrze. Zmitologizowany, zheroizowany łazęga, bitnik, polowacz, powiadali też, że zbójnik, czemu Sabała nie zaprzeczał, bo próżny był, jak każda artystyczna dusza... Robota? Pan Jan nie lubił jej, choć czasem brał się do kosy czy siekiery. Ale źle mu nie było, bo babę miał robotną, i dzieci także... Sam rwał się na górską swobodę, na łowy, na bijatykę, na sen byle gdzie, na gorzałę, i na dobre, męskie towarzycho, bo ponoć bab nie poważał, przez co też i nie palił się do wulgarności. Filozoficznie usposobiony dziad, ponoć uczestnik chochołowskiej wojenki, raczej poganin - aż dziw, że Stolarczyk potężny dał mu być chrzestnym małego Witkiewicza - bo przecież Jan był pogańskim pijokiem, a ksiądz Józef Stolarczyk wierzył, że złe cechy chrzestnych na chrześniaków lubią się przenosić. (Było to widowisko - chrzczone dziecię szło na własnych nóżkach - obok wielkiej Modrzejewskiej i Sabały - pamiątki po dzikich czasach...)

Tatry - trochę umęczone góry, umęczone lasy - ach, jak to musiało być pysznie, gdy całą zakopiańską dolinę porastał czarny smrekowy las! Las pożarł kiedyś przemysł, pożarły i inne ludzkie potrzeby. Wydzierano z gór życie, tak że cud, iż przetrwało ono do dziś... Ale miały też Tatry i swoją pustynność, rozdeptaną dziś przez turystów... Jakież musiało być piękne i nastrojowe to bezprogramowe, odkrywcze wędrowanie Chałubińskiego... Piękno, baśnie, majaczenia... Zjawy i tęsknoty biedoty spod górskich ścian. Bo ileż tam biedna wyobraźnia ludzka ulokowała skarbów... (Swoją drogą coś z usychającego dziada w nas w ogóle pozostało, ponadregionalnie, skoro umiemy śnić o złotych pociągach w tajemniczych tunelach pohitlerowskich - ciągle te same myślowe mechanizmy). I jedyna w swoim rodzaju scenografia, na którą patrzył wielki ludzki, polski gwiazdozbiór kulturalny. Horda talentów i legend... Na te same kształty skalne patrzyli, przeglądali się w lustrach tych samych stawów, pozamieniali się w nieśmiertelne duchy na tej niebezpiecznej wielkiej - maleńkiej przestrzeni... Pisarze, kompozytorzy, malarze, marzyciele, wrażliwcy...

W dziejach Tatr i Zakopanego nie ma drugiej postaci, która by odegrała tak ważną i wielostronną rolę jak Chałubiński. "Nie ma - jak powiadał Stanisław Witkiewicz - w Zakopanem takiej dobrej sprawy, która by nie była przez niego zapoczątkowana lub przeprowadzona". Nawet i słowo "taternik" od niego się bierze... Jeden z tatrzańskich Kolumbów, za którymi przyszło inne życie, z plusami i minusami... Pokochał Chałubiński Tatry, przegnał spod nich cholerę, stał się ich legendą, dobroczyńcą... Ładny facet był z niego. W rysach szlachetny i przyjacielski... Pokochał i tego starego Jasia, któremu tak się poszczęściło, że kulturalni panowie porwali go w nieśmiertelność... Ładnie o tym pisał Jalu Kurek w swych prawdach i zmyśleniach tatrzańskich, ładnie i wzruszająco pisał o nieuchronnych zmianach, o przemijaniu, dając nam pożywki dla tęsknot... Magia chwil - na czym polega? Na tym, że już lepiej być nie może, że nie może być doskonalej... Wszystko jednak mija... Ale pozostaje dość, by było za co życie chwalić. Piękno, fascynacje, przyjaźń, dobre lekcje, z którymi łatwiej iść w nieznane...

Tamta przyjaźń skamieniała aż w pomniku - pan Tytus już na zawsze jest z Sabałą. A z nieśmiertelnymi lecą słowa, dobre i dla nas. Krzepiące.

"Niek śpiom, Ik Miełoś. Mus nom umiyrać, ale zaś ni ma o cym godać. Myśliskie prawo krótkie, nie przezyjemy Giewontu, ba ón nos syćkik pochowo. Coby sie ino nie turbować, jo tak myślem. Lepiy sie ciesyć, jako markocić. Cłowiekowi we smutke w nuku to nijak zyć, jako niedźwiedziowi w kulkom w brzuku".

Lubię umykać i w góry, i w słowa o górach, o górach i ich ludziach... W nuty, w których pobrzmiewają dawne życia, życia smolarzy, drwali, węglarzy, pastuchów, hamerników, hawiarzy, zbójników, szumnych chłopów... Ugładzony przez przemijanie czas, inny, baśniowy... W nutach też jest i coś, co nam się przydać może... Mądry był ten Jasiek Mateja, co go wywołał Stanisław Nędza - Kubiniec - po matce z krwi Sabałowej - nie lada literacki talent... Paweł Gąsienica, tak jakoś zbałamucony duchem swej baby, miał za zbójnicki grosz wystawić kapliczkę - tak, tę koło starego kościółka. Dla klechy - wiadomo - każdy grosz, nawet z rozboju, słodko pachnie, i z rozgrzeszającym zaklęciem łyknie go jak kaczka kluchę. A grosz apetyt rodzi kleszy, więc się o więcej interesant nabożny upomnieć umie: - Wyjmij spod buka coś tam schował, a przynieś tu i połóż na ołtarzu. - A na to ów Mateja: - Cegos kces, bezero, ode mnie? Co ci wadzem? Jak ci trza dutków abo twojemu Panu Bogu, to se som idź po nie na Luptów. Bedzies widzioł, cy ci leko przydom. Opajęcyliście starego Gąsienice, to se go dójcie jak wycielonke, a jo mom was w rzyci na samym dnie. Haj!

Nawracacze nie mieli łatwo pod Tatrami. Tam Bóg - twardy gazda - na nie mniej twardego gazdę trafił...

Zawsze warto iść do góry, w góry... Także w słowach. W nich bowiem legendy, duchy, co też z góry patrzą... Tu, u nas, dziś, na dole gorszący jubel... Chce się uciekać. W prawdy i bajki zmieszane razem. Choćby w góralską malowniczość... Kubiniec - Kurek. Fajnie się uzupełniają... Kubieniec idzie gdzieś tam w czasy królewskie, Jagiellonowe, by dotrzeć do młodych lat Sabały. Kurek zaś przyłapuje Sabałę w 1848, tuż po straszliwościach galicyjskich, i idzie z nim w nowe legendy... Przyjezdni i miejscowi - Chałubiński, Witkiewicz, Modrzejewska, ksiądz Stolarczyk, Klimek Bachleda, Bartuś Obrochta, itd, itd... Nie wszystko tam prawdziwe, ale to nie ma znaczenia... Bo jest serce, czułość, zachwyt... Piękni ludzie w trudach życia. Warto do nich zajrzeć, przypomnieć sobie...

Stanisław Nędza - Kubiniec

"Sabałowe czasy"

Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1959.

*****

Jalu Kurek

"Księga Tatr"

ISKRY, Warszawa 1972.

Flaszko!

kiljan.halldorsson

Droga, cudna...

Tak za bardzo pisać się nie chce. Blog przygasa... Bo albo nie mam czasu, to znów nie chcę mieć czasu. I chęci dodatkowo...

No, ale niech jeszcze blog pożyje... Nie było chyba dość dawno muzyczki, śpiewu... Zatem śpiew, taki okołotrunkowy... Już kiedyś było - chór męski wtedy, przy okazji przybliżania sylwetki Eggerta Ólafssona...

Różnych rzeczy człowiek się dowiaduje. Wczoraj na przykład usłyszałem, że Prezes Polski, Prezes Tysiąclecia ustanowił nowy symbol nienawiści  - białą różę... Muszę się dzisiaj napić, nie chcę, ale muszę się napić. Jak ten przyjemniaczek z obrazka... W sam raz pod pieśń...

Przywołujemy Islandię, w pijacko miłosnym urywku, ratunkowo, w głosie tym razem żeńskim:))

Halldór frá Laxnesi

kiljan.halldorsson

 "Og hver veit nema að Halldór frá Laxnesi eigi eftir að verða óskabarn íslensku þjóðarinnar".

                                                                                                    Arngrímur Jónsson  

 Wiosna, wiosna. Niekoniecznie dobrze widoczna i odczuwana. Bo jeszcze ziąb, bo jeszcze tu i ówdzie śnieg... Ale wiosna być musi, bo tak to już postanowione... (Chociaż ja w tym roku chłodno jestem usposobiony, więc mógłbym tak z zimą przez cały rok - nie przeszkadza mi wiatr ani nie przeszkadzają mi niskie temperatury...)

 Z wiosną przychodzi jakieś takie wyfiokowanie, perfumy, śpiewy radosne ptasząt... Pełna gotowość na przyjęcie lata, po którego pobycie człowiek tez chętnie oddycha z ulgą, gdy może jesiennie odpocząć... A potem znów tęsknoty, odnowienia, odrodzenia...

Bardzo kochał wiosnę Laxness. Ten czas odnowy, wzrastania, radości, nadziei... Sam z wiosną przyszedł - dziś 115 rocznica jego urodzin... Przyszedł na świat w Reykjaviku, przy Laugavegur. A wychowywał się na niedalekiej od stolicy farmie Laxnes, od której wziął potem swoje nazwisko... Halldór frá Laxnesi - potem Halldór Laxness...

Ukochane dziecię narodu, ulubieniec? No tak... "Óskabarn þjóðarinnar". Jak Jón Sigurðsson - niepodległościowy działacz z dziewiętnastego wieku - ojciec islandzkiej wolności. Laxness też stał się taką narodową perełką, która to na dobre wyprowadziła literaturę islandzką z prowincjonalnych opłotków. Laxness - całkowicie lokalny, a jednocześnie światowy. Przedziwnie zmienny, z książki na książkę inny. Poważny i prześmiewczy. Pokazujący, co to patriotyzm wolny od głupich zadęć i ksenofobii... Między innymi... Choć wzbudzał czasem sprzeciwy i gorące dyskusje poprzez swoje polityczne, a także i wyznaniowe wybory (biegł od protestantyzmu przez katolicyzm po marksizm), jako noblista stał się prawdziwą dumą narodu zamieszkującego tę daleką atlantycką wyspę, Islandię...

Islandia - groza i śmiech. Zadziwiająca wytrwałość. Zapoczątkowana przez odważnych, ryzykanckich Wikingów. Północnoatlantycki eksperyment trwa. Raz z górki, raz pod górkę... Od jakiegoś czasu z Laxnessem w tle, co o huśtawkach ludzkiego życia zapisał całe tomy...

Tam - nie ma rady - natura jest blisko człowieka... Bardzo kontrastowa... Zimą wszyscy bali się w chacie - jak pisał Halldór Laxness w "Niezależnych" - "Noce dłużyły się okropnie, dnie do nocy były podobne. Człowiek żyje nadzieją wiosny, a jednocześnie nie wierzy w nią, póki wiosna nie nadejdzie. Jeden kwiatek, jeden krzyk siewki - i nagle spełnia się wszystko, na co czekałeś, do czego dążyć będziesz zawsze, do śmierci." Znów zazielenią się moczary, znów pojawią się ptaki na mokradłach, by w nich niestrudzenie brodzić (ach, ta islandzka ptaszarnia, co przybywa znad oceanicznych otchłani - cud istny!)... Może i miłość zakwitnie znów...

Matka Ziemia okręca się w swym dziwnym śnie, ku światłu, by znów się działy cuda, przypływały nowe siły... O życiu bujnym sen. W dalekich niby to niegościnnościach... Im bardziej niegościnne skrawki ziemi, tym bardziej to życie wydaje się fantastyczne - silne, uparte, radosne... Wystarczy mała sieweczka, a serce mocniej zaczyna bić...

Tak urodzinowo dziś. Laxnessowo... Tak sobie pozwoliłem porymować nieudolnie, wiosennie, w budzących się, mimo chłodu, zieleniach...

 

Halldór Laxness

"Wiosenne zwrotki"

Cóż za jasność dziś wielka,

kwiatu szczęście, rosy porannej kropelka.

O, zieleni kraino!

Ogrodzie życia, zielonego wzrastania,

daj mi moc ku dobroci, siłę dla kochania.

 

Jakże wiele w sercach radości,

na gąbce mokradeł moc skrzydlatych gości.

O, żywych stworzeń kraino!

Zwierzyniec, dom i najmniejszej ptaszyny,

ląd brata mego, cudny sen matczyny.

                                        przełożył z islandzkiego Kiljan Halldórsson

Zakopanoptikon

kiljan.halldorsson

Jedyny normalny i przyzwoity poniedziałek w roku... Niby normalności powinno być więcej, ale jednak tryumfuje zawsze nienormalność i potworność z nieprzyzwoitością... Bardzo to przyzwoity i normalny poniedziałek - człowiek wstaje rano i nie widzi na drodze korka, nie słyszy hałasu, nie widzi tych wszystkich zmotoryzowanych orłów tuż przed smutną metamorfozą - bo przecież większość z nich, gdy już dojedzie do roboty, przepoczwarzy się w drobiące kuropatwy (jakie szczęście, że ich dzieci tego nie widzą - inaczej trudniej byłoby spuścić im przykładne, wychowawcze manto.)

Za nami tydzień pełen wielkich dni. Wielkie piątki, czwartki... A ułożyło się tak, by całą rzecz zacząć Wielką Wampiriadą, w odróżnieniu od comiesięcznej, małej wampiriady, choć równie gorącej w swych bluźnierczych zapałach... Osobliwość, którą można by było jakoś jeszcze wzbogacić, uczynić jeśli nie dniem wolnym od pracy, to przynajmniej dniem stosownego państwowego poczęstunku - dla każdego talerz krwawej polewki z kluseczkami, względnie łycha kaszany na gorąco, z chlebkiem, dołączonym do igrzysk, do występów nekrocelebrytów. Co było czczone? Co to było? Dzień wariata, święto zinstytucjonalizowanego kretynizmu, święto hieny, dzień krzykliwy łgarstwa i durnoty z bluźnierczym pochodem? Obłęd jakiś... Dziwacznie jest, doprawdy... Ale dość o tym. Trudno się nawet z tego śmieć. Bo mamy do czynienia dziś w życiu publicznym ze zjawiskami, których już nie można skarykaturować, przerysować. Niektórzy silą się wprawdzie na satyry, nawet bardzo profesjonalne, ale jakoś tak wychodzą im z tego po prostu produkcje dokumentalne.

Przypomniałem sobie jednak o innej satyrze, stworzonej w okolicznościach, które jeszcze można było przerysować, satyrze, która mogła spocząć na drugiej szali wagi tworząc pogodną równowagę... Na myśl mi przyszła jeszcze w tym wiosennym porywie krokusowym (o, wiosna, wiosna - a tu raptem znów jakiś śnieżne dekoracje, posypki), kiedy to na szlak turystyczny pognały całe hordy ludzi... Tatrzańskie przeludnienie. To wcale nie takie nowe zjawisko, które przyjemnie obśmiał w swej książce "Zakopanoptikon" Andrzej Strug... U Struga pada deszcz, pada deszcz, do szaleństwa - w gruncie rzeczy jego ulubiona pogoda - tak w każdym razie wspominali go znajomi - "Kochał niepogodę, legendarny deszcz zakopiański, mgły i burze, lubił włóczyć się po dolinach, zazierać na szczyty, spocząć przy potoku, rozpalić watrę, łazikować tygodniami, byle patrzeć i patrzeć na ukochane góry." Ludzie z "Zakopanoptikonu" też chcieli patrzeć na góry, być w górach, tylko nie w tym uporczywym deszczu, który doprowadzał do szaleństwa... I wreszcie przyszedł ten jeden, jedyny dzień pogody, gdy całe towarzystwo turystyczne gruchnęło w góry. Także pan Lubystko, który strasznie chciał posiąść panią Ledę, czego ta mu wzbraniała przez długi czas, bo chciała do tego właśnie pogody, krajobrazu, piękna. A gdy przyszło piękno, pogoda - masz ci los - pan Lubystko pękał z pożądania i chciał do swych celów lubieżnych użyć pierwszego lepszego skrawka łona natury, pani jednak okazała się wybredna - tu nie, tam nie, a tu jeszcze wkoło coraz więcej ludzi - już się wydaje, że masz dobrą kryjówkę, a tu raptem widzisz czyjąś ciekawską głowę, albo góral w całkiem czarnych białych spodniach coś by z tobą pohandlował... Czarna rozpacz - a tu spokoju przecież trzeba, i czasu, by panią porozpinać, poodwiązywać, pouwalniać z tych wszystkich gaci - wszak to przecież jeszcze piękna epoka, kiedy to dobieranie się do pani musiało przypominać przekopywanie się przez jakiś straszliwy barłóg... Wszędzie przeszkody - turyści, górale, wreszcie student Kretyn, co rozpaczliwie zbłądził, który ostatecznie odnalazł się, ledwie dwa kroki od szosy, w postaci pozieleniałej od wilgoci zjawy.

Tłok w górach. I tłok w Zakopanem. W powieści Zakopane to jakaś potężna metropolia, tłumna, rozpolitykowana, o bogatym artystycznym życiu. Natłok... Szczególne to miejsce, szczególne to góry - napchane legendą, widziadłami, idealizującymi tęsknotami za odnową narodu. W młodopolskich czasach zrobiła się z tego zakątka oaza wolności, swobody - bez politycznych zawiłości pewnie to miejsce nigdy by się nie dorobiło legendy, ale że nas pożarli, tośmy sobie musieli tworzyć oazy, z tym wszystkim, co dla nas charakterystyczne... Wszystko jest w "Zakopanoptikonie": kłótnia, bijatyka, sejmikowanie bezustanne, wściekłe podziały, Żarliwcy i Gorliwcy, miernoty i zera moralne gotowe z klechami porządzić sobie, nawet jaja z pogrzebu...

Andrzej Strug - poważny pisarz i wielki autorytet okazał się też znakomitym satyrykiem, do czego specjalnej wagi nie przywiązywał - nie starał się o książkową publikację swej zakopiańskiej satyry i długo ten przezabawny tekst pozostawał pamiątką zawartą w czasopiśmie. Dzieło ważne - przeciwwaga dla "Nietoty" Micińskiego (powieściowego Woziwody). O ile "Nietota" to szczyt Młodej Polski Tatrzańskiej (szczyt też mający w sobie satyrę, tyle że ciężkiego, poważnego gatunku), o tyle wesoła powieść Struga jest zamknięciem tejże. Tamta rzeczywistość domagała się już tylko burleskowego ujęcia. Pyk - i nie ma balonika...

Czy wolno Polakowi się dziś śmiać? - Takim pytaniem zaczyna swą komedię Strug... Zawsze przecież, jak to u nas, jakieś ciężkie czasy, albo nasycone powagą... Śmiech jednak jest potrzebny. Czasem ratuje. Choć niekiedy bywa wyrazem bezradności...

Strug zadziałał jak filmowiec (z filmem zresztą później, już w wolnej Polsce, współpracował) - umiejętnie reżyserując ruchem postaci, tworzy przed oczami dzisiejszego czytelnika starą, przepełnioną gagami amerykańską farsę. Jest doprawdy jak w starym kinie. Fantastyczne sceny zbiorowe, walki, tragikomiczne wypadki, masy rozbujane w nieustannym sporze, uzbrojone w rzeczy najdziwaczniejsze... Wszędzie partie, partyjki, stronnictwa, sprzeczne interesy. Jedni chcą Tatr pierwotnych, inni kolei zębnicowej na Świnicę (był rzeczywiście taki osobliwy projekt), jedna pani pensjonatowa lepsza od drugiej, itd, itd... A dookoła deszcz, gnój, błota lawina pełna prehistorycznych pamiątek, zrozpaczeni letnicy, oczywiście knajpa u Płonki (powieściowego Pchełki), taternicy przez pogodę uwięzieni w mieście, zmagający się na wszelkie sposoby z kościelną wieżą (jedynie Gdysz, czyli Mariusz Zaruski, nic sobie z pogody nie robił i szedł po swoje taternickie zdobycze gdzie trzeba), kłamliwi dziennikarze i cały zestaw osobliwości artystycznych i myślicielskich... I dalej deszcz, tworzący aurę tak przygnębiającą, że aż ludzie powoli zaczęli przemieniać się w... kaczki...

Tak... Przedłużająca się zła atmosfera może dusić, zobojętniać, zmieniać ludzi w kaczki, zmieniać świat w kaczy zakątek... Dopóki nie znajdzie się jakiś budziciel - budzicielka...

Pyszna zabawa - przeuroczo obśmiana Młoda Polska... I ta dusza polska, wtedy zniewolona, ale taka jak zawsze... Zapieniona, cwaniacka, uparta; moja prawda, mojsza prawda... I straszno i śmieszno...

Zakopanoptikon. Tytuł znakomity. Zakopane, panoptikum, fotoplastikon... Szalone obrazki.

Zakopane było malutkie, choć było treściwą pigułką... Dziś już nie musimy się zbierać w pigułkowych rozmiarach, by sobie urządzać wolność... Urządzamy się na całkiem sporym obszarze. I coraz większe mam wrażenie, że urządzamy się w swej wolności na cacy... Taki Polopanoptikon - gdy się przyjrzeć... Co dać na drugą szalę?

^^^

Andrzej Strug

"Zakopanoptikon, czyli kronika 49 dni deszczowych w Zakopanem"

Wydawnictwo Literackie, Kraków 1989.

O gwarze w krokusowym czasie

kiljan.halldorsson

I już krokusy. I ludzi tłum. I wiosna... Choć ja się trochę jeszcze za zimą uganiałem...

Zebrało mi się na podróże. Trochę za morze. I trochę za miedzę. Daleko i blisko, w nagłej tęsknocie do udawanej bezdomności. Tu jakiś kąt, tam pokój hotelowy. Czasem chciałbym się nie zatrzymywać. Ale wracam, by się zatrzymywać, naturalnie, ja - typ obowiązkowy, i jeszcze synek troskliwy na dodatek, za nagrodę w postaci garści obelg i parsknięć... Bogowie - jak kiedyś złapię oddech, to będzie trochę późno. Już jest późno... Bym się chętnie na dobre odtargał od życia i frunął przezeń jak papierowy samolocik... Z lekkim tylko opadaniem, gdzie ładnie. No cóż, dobre jednak i opadanie z myślą o powrocie do zabagnionej codzienności z tyłu głowy...

Zatem krokusy. Te góralskie tulipanki, szafranki... Coś by trzeba było przy tej okazji po góralsku. Właśnie minęła 120 rocznica urodzin Gazdy z Kościeliska... Stanisław Nędza - Kubiniec (1897 - 1976). Sabałowy potomek, redaktor i pisarz podhalański, płodny, wybitny i zasłużony dla kultury swego regionu. Sam nie uważał się za pisarza ludowego, pisał literackim językiem, gwarę wprowadzając do twórczości dla celów artystycznej stylizacji. I tak szedł do świata, z Sabałą, Janosikami, z wierszem, prozą, z gwarą... O swej gwarze pięknie napisał:

Stanisław Nędza - Kubiniec

"Do mojej gwary"

Drzewiej... nie wiém kiedy (nie dziéń to juz ani dwa,

cas siąpawicom roków przeseł i nigda sie nie wróci...)

Dawno!

Kie jesce turniom sępie głowy rzeźbiła siwo mgła,

a Bóg łyskawicami jak smyckiem ciągnął po nik

albo hromami plucił,

kie skrzydła orłom rosły i chuć ku słonku ik brała,

a wiater holny ostrzył im pierś do lotu,

kie piérso lić dolinom śmierzciom grała,

 

urodziłaś się ty!...

Tu!...

Moja...

Miéła...

Mowo ojców i braci, i moja

                                       Gwaro podholańsko!

 

I takoś:

ostro - jak stol zbójnickiego noza,

piékno - jak zorza w świtów błysku,

cudno - jako ozwito w turniak róza,

słodko - jak dziéwce przy watrzysku.

 

Hej, moja

miéła

zalubiłek sie w tobie na śmierzć.

 

Wysłaś ku mnie z siklawic tęce,

z słonecnej mgiełki i leluje kwiatu...

Przyniós mi cie sum wiatru i sum orlik skrzydeł,

i śpiew dziéwek z polany...

Wzionek cie na ręce

i idem z tobom pokozać cie światu.

                                                     (1937)

***

Mimo wszystko - miłej wiosny, miłych Tatr, miłych krokusów i wszystkich innych wiosennych kwiatów, miłego słońca, miłej poezji...

 

Þoka

kiljan.halldorsson

Þoka. Tak sobie pozwoliłem zatytułować notkę po islandzku. Bo lubię to słowo. Na równi z norweską "tåke". Na określenie mgły. Całkiem jak Per Olof Sundman, który pisząc o Północy dalekiej wolał używać "tåke", pomijając wszystkie szwedzkie słowa na określenie mgły jako mało poważne i zbyt miękkie... No bo dis, dimma czy nawet töcken jakieś takie są niewystarczające. "Tåke" brzmi i wygląda odpowiednio... Zgadzam się z moim ukochanym Sundmanem w zupełności... I dodaję jeszcze ową "þoka" - za twardość i dodatkową elegancję...

Lubię mgłę, bo można pobawić się w niej w niewidzialność. Bo jest myląca. Bo też jest i jakimś takim głębokim niezdecydowaniem. Blisko - daleko? Świat wielki czy mały? Jasno? Niby tak - nawet bardzo jasno, za dnia, a mimo to prawie nic nie widać. Mokro - ale to przecież nie deszcz...

Mgła dobrze obrazuje tę sferę uczuć, w której jeszcze nic się nie wyklarowało. Czy się śmiać, czy płakać? Jak się tu i teraz do życia ustosunkować... Bywa, że się nie wie... Ambiwalencja...

Narzekamy często na mgłę niewyrozumiale. Widzimy w niej przeszkodę... Bo trudno jechać, bo trudno lecieć... A tu przecież można zniknąć... Kiedyś mi jedna koleżanka powiedziała: - Ty się kiedyś rozpłyniesz we mgle, i nigdy nie wrócisz... O! Żeby tak się mogło stać!! Ja lubię mgły z ich niewyraźnościami. Obiecującymi.

Mgły, niejasności, wahania... Jeśli my tacy boscy, to może i na Stwórcę wypada spojrzeć przez pryzmat tych niezdecydowań atmosferycznych? Co sobie pomyśleć? Co ucieleśnić ma Tamten?

Tamten, podobnie jak my - śmieje się, rozpogadza, to znów płacze i się chmurzy... Co go smuci, co go bawi?... No, można się zastanowić, czy jego poczucie humoru zbieżne jest z naszym, zastanowić nad tym, co się jemu podoba, a co  nam, i czy On taki znów dobry i miły... 

Mgła. Þoka... Veistu ei, maður, að hún er efasemdir skaparans?... Nie wiesz, człowieku, że to stwórcy wątpliwości? Pyta poeta, albo może lepiej wierszopis... (Zawsze bardziej wzrusza mnie wierszopisarstwo, jednak... Takie to już me sympatie!)

Wierszopis. Niestrudzony, płodny szalenie samouk. Stephan G. Stephansson (1853 - 1927). Właściwie Stefán Guðmundur Guðmundsson, znad Skagafjörður, który, jako dwudziestolatek, przez biedę razem z rodzicami wyemigrował do Kanady. Traper się z niego zrobił, i pionier, co się trzy razy osiedlał w kanadyjskich dziewiczościach. Robotny chłop, i robotny pisarz, poeta i epistolograf, co się stał wielkim Kanadyjczykiem i Islandczykiem (cóż to była za ceremonia wielka, kiedy poeta przyjechał w 1917 roku w odwiedziny do swej rodzinnej Islandii, witany jak poetycki bóg...) Wielkości już przebrzmiały, lecz ci, co chcą, pamiętają... Pamiętają w Markerville w kanadyjskiej Albercie, gdzie pisarz osiadł ostatecznie i gdzie zmarł, pamiętają też i nad Skagafjörður, i w ogóle w całej Islandii, i jeszcze tu i ówdzie...

"Andvökur" - tak się nazywa jeden ze zbiorów jego twórczości, co można przetłumaczyć jako "Bezsenne noce". Stephansson bowiem w literaturze robił nocami, po dziennej robocie na roli. Gość cierpiał na bezsenność. Tworzył więc, czytał, uczył się języków, często aż po świt. Niesamowicie to wszystko celebrował. Na literaturę i języki przeznaczył w swym domu specjalny pokój. Miał więc taką swoją świątynię poetycką ten pracowity antykapitalista, antyklerykał, liberał i pacyfista...

"Íslenska þokan"... Spodobało mi się. Z Nim, Tym tam, diabli wiedzą, gdzie, podobnie jak z nami. Czasem wszystko się podoba, czasem nie, a czasem doprawdy trudno powiedzieć i pozostaje tylko mglista bezradność... A co cieszy, a co smuci?... A co wypada?... Czy szczęście znaczy zawsze dobro? Czy Jego szczęście naszym jest? A nasze Jego? Czy moje szczęście rani innych... Można pytać, pytać...

Wierszopis niestrudzony. I mój niezdarny przekład...

Stephan G. Stephansson

"Islandzka mgła"

Od zgniłych, niemiłych wyzywasz

tę mgłę naszą ojczystą.

Czemuż to, człeku, myślą tak łatwo pomijasz

tę stwórcy niepewność oczywistą?

Tak jak ty, czasem trudne ma on zadanie,

by swej pogodzie właściwe dać nazwanie.

Jak widać, ciągle waha się jeszcze:

czas na promienne słońce czy na rzęsiste deszcze.

                                             przełożył z islandzkiego Kiljan Halldórsson

Najgłębsze witalności

kiljan.halldorsson

Zaskoczenia, zjawy i upiory...

Pamiętam, jak to opowiadał Miron Białoszewski o natknięciu się na siebie, siebie odbitego w jakiejś szybie - nagle, po trudnych do uchwycenia przemianach, człowiek odkrywa, że jakiś dziadowski się robi, stary po prostu... To ja? Naprawdę?... Kilka dni temu coś podobnego mi się przytrafiło. Poszedłem na zakupy - bo kto rano wstaje, ten zapierdziela po bułki, i takie... Trochę przepity byłem i niedospany, z kilkudniowym zarostem, nieodwołalnie już siwym z rozpaczy, okapturzony - nagle to wszystko zobaczyłem w oszklonych drzwiach piekarni - i pierwsza myśl była taka: Rety, to jakiś zmaltretowany polarnik u kresu swej nierozsądnej włóczęgi... I jeszcze te oczy, takie cholernie matczyne... Oto mam upiora, oto dowód na życie pozagrobowe. To my nim jesteśmy! (I my mamy trafiać z założenia do nieba - bo rodzice po to robią dzieci - tak przynajmniej tłumaczą - żeby owym dzieciom było lepiej w życiu - lepiej niż tatusiowi i mamusi - niebo jednak uporczywie daleko i daleko)... Ta koszmarna kobieta o to zadbała, choć pewnie nie przypuszczała, że jej dalszy ciąg będzie sobie takim zmaltretowanym, acz całkiem luzackim jednak pedałem... Tę luzackość udało się zachować, więc już coś... Ja już siłą rzeczy o życie pozagrobowe nie dbam - życie w pewnych odgałęzieniach potrafi przystopować, co aż nawet jest budujące... Zresztą - wystarczy się rozejrzeć po osiedlu - życie ludzkie w ogóle postanowiło nieco przystopować, nawet to ponuro zorientowane - dzieci jak na lekarstwo i ktoś z wózkiem wygląda raczej jak jakieś staroświeckie, niehigieniczne dziwadło (niehigieniczne, no bo przecież brak higieny jest podstawowym warunkiem rozprzestrzeniania się życia)... Dostojny spokój - inne cele na horyzontach wielkomiejskich, moc przyjemnostek, miłosna higiena... (O ile w ogóle dzieci biorą się z miłosnych obłapek, a nie z jakiejś płciowej orki mrocznej, z jego introwertycznego zasapania na martwej fali jej obrzydzenia - ja w każdym razie z tych ostatnich ćwiczeń się wywodzę - z prawdziwej uczuciowej flauty, jedynie co najwyżej z porywistych swędzeń i tęsknoty do zabawki człekokształtnej).

Jak zły sen - choć to jawa... Ja, w ciele utworzonym według określonego kodu, sprzedanego przez taką, nie inną parkę. W pewnych drobiazgach, liniach oni są, i pozostaną jeszcze jakiś czas, nawet po odejściu... Ale matka to już przesadziła z tym włażeniem mi w oczy... Złośliwie postanowiła mnie straszyć...

To widziadło dzienne... Jedno z dziennych widziadeł... Chociaż - co tu odróżniać - dzień, noc, sen, jawa - tu i tu jest podobnie... Zwidzenia czy odwiedziny - wszystko z głowowego bagienka... W snach bardziej jesteśmy odwiedzani, na jawie bardziej zaskakiwani - zmarli odkrywani w naszych rysach, albo postaci z mitologicznych igraszek w niecodziennych miejscach... Jakaś boskość w ludzkim ciele - nie - takie rzeczy byłoby trudno przyjąć, choćby miało się do czynienia z najdobrotliwszą i najszlachetniejszą postacią - ach, precz! - co innego zastanawiająco ukształtowany sęk albo maźga na szybie - byle były to twory podobne do znanych, kiczowatych obrazków, do których nic żywego nie byłoby w stanie się upodobnić bez posądzenia o oszustwo... Zjawy nie muszą być jednak tylko takie boskie - mogą być całkiem ziemskie, najzupełniej śmiertelne osoby przedstawiać... Ktoś osobiście nigdy nie poznany choćby z powodów czasowych, może przyjść, w postaci znanej z obrazka... Nie ma wtedy wątpliwości. To był on. Duch jakby...

Można uznać, że to nasze własne twory. Albo, przy jakiejś zabobonności, uważać zarozumiale, że jakieś słynne wielkości plączą się koło nas, akurat nami pośmiertnie zaabsorbowani... Chyba że się ducha wywołuje - ale też skąd pewność, że się jest tym jedynym, i jeszcze godnym zaszczycenia...

Artyście wypada być zabobonnym. I to chyba nie tylko w teatrze, jak uważał Ingmar Bergman. W sztuce jest tyle różnych niewytłumaczalności, wiele jej się przypisuje mocy, otacza wierzeniami. Artysta trochę jest jak kapłan - kręci się w sferze dotkniętej przesądem i zawsze ma do sprzedania taką czy inną baję, z której pożytek niewielki (jeśli się pominie względy natury towarzyskiej), tak jak niewielki jest pożytek z choćby i największej skrzyni wypełnionej duchowym wsparciem, bo gdy ją się otwiera, zawsze jest pusta... W nadmiarze irracjonalności wypada wszak znajdywać miejsce dla innych światów. Nie dziwi mnie więc, że na Ingmara Bergmana gniewał się a to Hjalmar Bergman, a to August Strindberg... Ze Strindbergiem szczególnie były przeprawy, co w swoich wspomnieniach wielki szwedzki reżyser wyszczególnił: Miał robić "Taniec śmierci" - zgarnęła go policja; miał robić "Grę snów" w Monachium - zwariował Adwokat; pracował nad "Panną Julią" - Julia dostała bzika; przy innej "Grze snów" scenograf popadł w depresję, córka Indry zaszła w ciążę, zaś sam reżyser zapadł na jakąś trudną do wyleczenia infekcję... Nie mógł zrozumieć, czemu jego ukochany Strindberg stał się taki dokuczliwy... Wreszcie się spotkali. Strindberg zadzwonił i umówił się z Bergmanem na Karlavägen. Coś tam sobie wtedy wyjaśnili... Ogust - pamiętał, by tak się do dramaturga zwracać - był ponoć życzliwy, nawet momentami serdeczny... Nie wszystko mu się nie podobało, ale trzeba było się liczyć z okresami niełaski...

Tam przyszedł artysta do artysty. Gigant do giganta... No ale że do mnie nocą zakrada się artysta, taki wielki? Sam artystą nie jestem, bo to przecież żaden czas na takie rzeczy, a poza tym zawsze lubię przytulać się w kącie jakiejś mniejszości... I nagle Tomasz Mann, z czasu swych starczych eksplozji talentu, z czasu fizycznych słabości i duchowych mocy, prowadzący mnie - a do licha - pośród egipskich kolumnad palm, w kalifornijskim słońcu... Gawędziliśmy - ale o czym? O czym jeszcze, do cholery, oprócz tego, co mi pozostało w pamięci?... - Ale ty to masz sny - stwierdził Franek. - Chyba wariuję - przypuściłem ja, rozbudzony. - Odwiedza mnie Tomasz Mann, zabiera do Kalifornii i coś mówi o łagodnych dobrodziejstwach rzewienia... To przecież na obstrukcję... - Pewnieś o nim myślał?... A jak kupa?

Nie, właśnie nie myślałem, a w każdym razie nie intensywnie... No i żeby jeszcze takie rzeczy - jakieś zdrowotne paskudztwa... O zdrowotnych sprawach kiedyś pisał, w tekście Jak powstał "Doktor Faustus". Zerknąłem tam ostatnio, po latach, powodowany tym snem... Nawet mnie to rozbawiło, trochę nerwowo... Otwarłem akurat na pooperacyjnych przygodach autora. Mann w czasie Faustusa przeszedł poważną operację. Po niej, gdy jeszcze był mocno oszołomiony po narkozie, zaczął mówić do swojej żony po angielsku - o dziwo - skarżąc się: "It was much worse than I thought. I suffered too much!" I potem pisał: "Dziś jeszcze zastanawiam się nad sensem tego nonsensu. O czym ja mówiłem? Nic przecież z tego wszystkiego nie czułem. Czyż istnieją jakieś takie głębie witalności, w których, przy całkowitym wyłączeniu systemu nerwowego, jednak się cierpi? Czy w najgłębszej podświadomości ból nie daje się odłączyć od cierpienia? Mogłoby to więc dotyczyć nawet "martwego" organizmu, o którym nikt nie wie, jak dalece jest martwy przed ostatecznym rozkładem; i - choćby tylko w sensie nieufnego pytania - mogłoby stanowić argument przeciwko paleniu zwłok. It may hurt - wyrażając to po angielsku."

Trochę mnie to nieufne pytanie rozbawiło, teraz, przy marcu i nadchodzącej rocznicy... Razem z ciotką, która tak szalenie bała się nieboszczyków, a którym w końcu i sama się stała i leży teraz na cmentarzu, mając już jasność co do pewnych spraw zza granicy tego świata, zza granicy, a jednak jak najbardziej cielesnych, kompletowaliśmy strój do trumny dla mojej mamy. Ciotka chciała mamę jak najbardziej poubierać, żeby jej nie było zimno... Rety!! Niby racjonalna kobieta, naukowiec, a tu takie jakieś przeczucia o witalnych głębiach... Nawiasem mówiąc nie chciała też, by mamie mojej było za gorąco. Planowałem bowiem początkowo, by jej zwłoki spopielić, ale wprawiłem tym siostrę mamy w takie przerażenie, że odstąpiłem od tego zamiaru, bo nie lubię sprawiać ludziom cierpienia... Piekłoszczyk więc nie poszedł w płomienie, a ciocia była mi wdzięczna... Hm - ustępuję jednak w obliczu niedorzeczności i absurdalnych wyobrażeń, zakorzenionych w najdalszych głębiach wierzeń...

To są jednak straszliwości... Nic różnego od życia nie można sobie wyobrazić... Wszystko w naszych myślach jest życiem... A życie to udręka. Tylko.

© Kiljan Halldórsson
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci