Menu

Kiljan Halldórsson

BRUDNO W PIS Y -ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA

Muzowulkanizm

kiljan.halldorsson

 Smutny mam czas... W ojczyźnie głupio... Władze mnie brzydzą, społeczność świeczkowa śmieszy... Durnie, durnie, durnie!!!

 A prywatne sprawy oddalają mnie od kaczodudokodoijakichtamjeszczegłupociznoidiotyzmów... Pies mi się pochorował na stare lata, czeka nas operacja, teraz śmigamy po mieście od vetspecjalisty do vetspecjalisty... Hojnie sypię pieniędzmi... Pani psia kardiolog powiedziała dziś memu psiakowi, że ma wspaniałego pana. Ale co to zmienia... Widziałem dziś na tablecie serce mojego psa. To stare serce, z typowymi zmianami, trochę w sobie nieszczelne, ale jak na czternastolatka wcale niezłe... Dziś było robione echo serca. Mnie samemu serce pękało, bo psiak płakał straszliwie leżąc na boku na stole z dziurą. On tak nie lubi być zmuszany do leżenia... Potem był tak wściekły, że obszczekał wszystkie napotkane czworonożne stwory i wydudlał gniewnie całą michę wody w poczekalni, gdy odbierałem wyniki badań... Przed nami jeszcze cała przeprawa... Bardzo mnie to martwi. Wszystko przez jakiegoś paskudnego raka w oku. Jeszcze tego nie przerabiałem...

No dobra, ale uprzyjemnijmy sobie trochę ten niemiły czas... Wyspy dwie, dwa rodzaje gorącości... "Okkar menn í Havana" Nasi - no, moi na pewno... Kuba - wyspa jak wulkan gorąca. I Islandia - wyspa wulkan, wyspa na ogniu, ale z kontrastującym chłodem. Różne przyprawy w muzycznej zupie smakowitej... Lubię to. Dwie wyspy się spotkały. Dwa urocze drobiazgi z atlantyckiej otchłani. Kuba - Islandia... Śpiewa Sigurður Guðmundsson:

Æventyrland

kiljan.halldorsson

Czyli kraina przygody. To tak od Knuta Hamsuna, który powędrował kiedyś na wchód, między innymi do Gruzji, czego owocem stał się potem tom impresji i wspomnień pod takim właśnie tytułem, a także dramat erotyczny "Dronning Tamara"... Norwegia - Gruzja, Gruzja - Norwegia... Dalekie to od siebie strony, a jednocześnie bliskie... Hamsun, a także Dagny Juel, której polska przygoda znalazła swe tragiczne zakończenie w dzisiejszym Tbilisi... Kompozytor norweski Henning Sommerro też zawędrował do Gruzji, nią się zechciał zainspirować, wędrując śladami Knuta Hamsuna oraz właśnie Dagny, której 150 urodziny obchodzimy w tym roku... Kraina baśni i tragicznych, choć też i baśniowych rozwiązań... Sommerro w odwiedzinach w Gruzji, w Gruzji, z której z kolei do Norwegii zawędrował skrzypek Aleksandre Khatiskatsi, który nauki gry pobierał w rodzinnym Tbilisi oraz w Oslo... W Oslo postanowił zostać, i przyłączyć się do tamtejszych filharmoników...

Knut Hamsun, Dagny Juel, Henning Sommerro, Aleksandre Khatiskatsi... Norwegia, Gruzja, Gruzja, Norwegia... Dalecy - bliscy, czarodziejscy... Wpleceni w muzykę, w ten zrozumiały dla wszystkich język.

Czy uda się kogoś zatrzymać na dłużej? : -) Koncert Henninga Sommerro. Solista - Aleksandre Khatiskatsi...

 

Chilcott

kiljan.halldorsson

Kształty, linie, które dają krajobrazy - a do tego, jako tworzywo na usługach artysty, co tam może być pod ręką, z którą się idzie, pustą, do natury... Ach, ta natura - mam coraz bardziej mieszane uczucia, coraz bardziej, cóż jednak pozostaje, temu czemuś, co się gnieździ w tych kiszkach bulgoczących i w tym mózgu wrzącym nieustannie... Ileż to rzeczy ma ten mózg do wykorzystania, przy użyciu rąk, co przychodzą puste... Kamienie, pniaki, gałęzie, kości, mchy, trawy, paprocie, kwiaty... Bezlik tworzywa... Po wspomnianej wcześniej wystawie, w Klaustur - nowa... Karl Chilcott... Szwecja, Islandia, Szwajcaria, Holandia, Dania, Kanada... ze swymi użytecznymi dla artysty różnościami... Podłubać, poukładać, sfotografować... Może być tu ładnie i intrygująco... Człowiek tworzy, z Naturą.

Zapraszam:

Karl Chilcott

Kwadransik nienawiści, czyli wystawianie gargulca

kiljan.halldorsson

Kiedyś pan się kłócił z panią, na mych oczach, i jeszcze na dodatek całkiem publicznie, na alei osiedlowej, pod płaczącą wierzbą... Padły wszystkie możliwe wulgaryzmy, z obu stron, aż wreszcie jedna z nich, tych stron, jasna rzecz, sięgnęła po instrument! Męska to była strona, co to - wiadomo - z wydobyciem instrumentu ma mniejszy problem, mniej wybebeszania  wymagający. - A ch... ci w d... - I owego ch... w całej krasie ujrzałem, bowiem pogniewany pan pokazał odchodzącej pani swe wyposażenie... Hyyyyyyy! - cóż za widok to był! W tak nieoczekiwanym miejscu! W drodze chyba z jakichś prozaicznych zakupów... Tu proza, siata plastikowa, a tu raptem genitalny poemat... Aż bym się na miejscu zagniewanej pani zawahał... Iść precz? A może nie? Bo taka fujarka!! - Naturo ty wariacka!!!!!...

No tak, ale fujarka jednak to taka nieczysta jest, boć to rura tylko wydalnicza... Szczochy, życie... Taa - kłania się Strindberg, co się na taką wulgarność natury oburzał... Sik tu, sik tam - w porcelanę - to jedynie ulga, w ciało damskie - ulga, ale i zło straszliwe, aż się zarumienić można z przejęcia i wstydu - boć wylatuje potem z tych wszystkich klęp, loch, suk, krów (co poradzić - taka chamska nomenklatura) to życie nieszczęsne, wydalone niczym garstka żałosnych ekskrementów...

Jak się człowiek wścieka, to wywala chamskość, nieczystość, dupę pokazuje, fallusem macha, z ryja ciska śliną... Gniew z żalem srają, sikają, rzygają, plują... Tak lubi ów gniew, gdy nie jest w stanie zdobyć się na refleksję, gdy nie ma obok przyjacielskiej ręki, co by mogła pomóc, uspokoić...

My tak tu od wampiriady, do wampiriady... Te wampiriady, te miesięcznice, rozciągają się w czasie, bo już tydzień przed jest gadanie, a potem tydzień po też jest gadanie, analityczne... Nic nie znaczące głupstwo, chamski żart tylko, jaja z pogrzebu, neopogańskie sratytaty, ledwie polityczna nędza, zanik zahamowań, goła dupa bezwstydna, kulturowa i moralna pozanawiasowość, rodzaj już chyba turystycznej atrakcji - takie nasze małe święto duchów, takie sobie ekscesy kradnące przestrzeń, język...

Oto jestem, mówi ten mały... A myśli jego jak białe zeszyty... Oj - tusze dawnej edukacji minęły, wyblakły, głuptactwo zostało nienawistne... Ale i do głupiego te jego gadki... Ach, ty rzygaczu publiczny z podeściku, marzycielu o życiu intelektualnym bazującym na jednoznaczności... Brawo!!... A durnota łyka wszystko jak kaczka kluchy!... Można mówić wszystko, można zachowywać się byle jak, bez hamulców, można łgać patrząc prosto w oczy, i można zbliżać się do dowolnie wyfantazjowanej "prawdy", bez ustanku, z chytrym, wrednym przekonaniem, że przecież nigdy się jej nie dosięgnie, bo przecież ignoranckie fantazje zawsze sobie swawolnie uskakują z dala od brutalnych faktów...

Oto żyjemy dziś w rzeczywistości, którą bawią się jacyś potworni nekrocelebryci, łgarze i cwaniacy, co to nas chcą uszczęśliwiać za nasze własne, w pocie czoła zarobione pieniądze... Może się ockniemy, jak nam zaczną jajka obierać ze skorupek, bo póki co, fantastycznie dajemy się karmić kretyńskimi zastępczościami... Tak więc znów podniecenia wokół comiesięcznego pokazywania uroczystego gargulca na kwadransiku nienawiści, po mszy świętej - tak to usposabiają msze!... - który, jak to na rzygacza przystało, rzyga sobie w poczuciu absolutnej bezkarności.

Jarosławy różne i Janusze cieszyć się muszą... Dopompowani... Komiwojażer jeszcze nam nagadał. Taki zza oceanu. Taki daleki, a tu jakby nam opowiadał o Mickiewiczu i jego Księgach narodu polskiego i pielgrzymstwa... Aleśmy ważni, chrystusowi, nieskazitelni, mocarni... Wlazł żabie śmierdzącej w tyłek słomką, i dmuchnął... Niezatapialność, na długie miesiące... Super sprawa, podniecenia takie, że nawet się nie zwraca uwagi na jakąś obcą łapę gmerającą w portfelu...

Mamy święta... Mroczne trochę takie, pod księżycem, z wampirami, gadającą dynią i gargulcem, ale też i jasności świąteczne, co zlatują magicznym samolotem nieco majtkowo niebieskim - ależ się znów kretyńskie media ekscytowały - i co nas zapewniają o swej zaatlantyckiej miłości... Rachunek - to potem. A teraz - bawmy się... Niech nam powiatowa zajęczy, niech gargulec zaskrzeczy, zadrze się wiecowo nibygłowa... Są organizmy, co mają nibynóżki, my jesteśmy organizmem, co ma nibygłowę... A jak się komuś coś nie podoba - pies go drapał. Prawa zapisane na papierze? Papierem dupę się podciera. Przyzwoitości - a macie! I mamy - to dupę na wierzchu, co udaje twarz, to gargulca - rzygacza comiesięcznego, lękliwego jednak, bo potrzebującego coraz więcej ochraniających go pałkarzy.

No, ale przecież prowincja nasza spokojna jednak. Nadęta. I obśmiana. Więc tym bardziej nadęta, bo naiwnie wierząca, że kiedyś ona się pośmieje... Żeby jednak być ostatnim, to trzeba się z dna wygrzebać... Czy się wygrzebiemy? Bo póki co, grzebiemy w głąb, a jak się grzebie tak w mule, to się można natknąć na różne dziwne stwory... Przecież widziałem ostatnio dwa, wspominane tu już - z mułu, tak, oba, z mułu dennego - jeśli pominąć gargulca - jednemu, co to przeraża swym humorem i bawi powagą, coś oberwało potylicę, drugiemu, na gościnnych występach geszefciarskich, ktoś na głowę włożył kapeć z narciarskiego buta... Pięknie jest... I od "mądrości" promiennie...

A gargulec: rzyg, rzyg, rzyg...

A Bóg widzi, i nie grzmi...

Ale... Nie dziwi nic...

Kyrrðin i inne obrazki

kiljan.halldorsson

Tak, to do dziś, gdyby ktoś zawitał do Skriðuklaustur, w krainę Gunnara Gunnarssona... Wystawa prac Stuarta Richardsona...Kyrrðin, czyli spokój. A jak ktoś nie jest tam, daleko, to zawsze może zajrzeć tu, i naturalnie zorientować się odnośnie innych terminów wystaw, w Islandii i poza Islandią... Ładne obrazki, z niespokojnej - spokojnej Islandii... Ech, te przeciwności!!!

Zapraszam, na sztukę... Stuart Richardson

Vicki

kiljan.halldorsson

Tak , żeby było w pełni, pamiętając o roku 86... Sopocki słowik ze Szwecji... Z pozdrowieniem i uściskami dla Ernesta, co też pamięta... 14 tygodni na liście trójkowej. Vicki Benckert:

Mara Getz, czyli dobre pamiętanie

kiljan.halldorsson

Piątek, trochę z chmurą, trochę z błękitem... Życie się toczy, z porannym lękiem, bo tak za bardzo nie chce się oczu otwierać... Zacząłem znów krótko spać. Tym razem nawet z chwilową radością, że otwieram oczy przed rozpoczęciem dnia. Gdzieś tam słońce wstaje, malowniczo, a ja mam dziecinną nadzieję, że może jeszcze się rozmyśli i zmieni zdanie... Nigdy nie zmienia...

Czeka mnie miejskie lato. Franek kuśtyka o kulach - pan sportowiec... I tak poszedł przez sport do szpitala po zdrowie, na które jednak przyjdzie jeszcze poczekać... Trochę było z tym śmiechu, bo jak pojechałem po ofiarę i zobaczyłem tę girę na sztywno, to tylko jęknąłem - no i co my będziemy robili z taką nogą??... Na domiar złego jeszcze pies nam się sypie. Zawsze psiak był młody, młody, bo był młodszy od Niedźwiedzia, ale przecież już się zestarzał, także, niepostrzeżenie... Jest problem. Coś mu się złego z okiem podziało. Na razie jest tak leczony objawowo, mamy niedługo konsultację u psiego okulisty... Wetgwiazda go będzie badała... Sceptycznie do tego podchodzę. Kieruję się pewnymi wyobrażeniami o przyzwoitości, ale... Martwią mnie te zabawy, ta kolejna wetimpreza z udziałem psiego staruszka, co do której wyobraźnia podpowiada mi, że sporo wydam niewiele osiągając, bo i cudów nie ma... Do dupy... No, ale co poradzić - życie to nieszczęście, więc gdy się wiążemy z jego przejawami, musimy się liczyć z nieprzyjemnościami... Sami też jesteśmy nieszczęściem... Kochanych ludzi wkręcamy w nasze piekła... Ale dość o smutkach... No, może jeszcze tylko wspomnę o tacie... Co z tego jeszcze będzie?... Kiedyś wpadłem do jego lekarki, po recepty... Miła pani doktor, stara, pogodna - zrobiła ze mną wywiad - co robię, ile mam lat, czy mnie stawy nie napieprzają... Na szczęście mnie nie napieprzają. - E, to może nic nie będzie. Bo inaczej to by pan już to miał... Ta, może wolny jestem od tego parcha bolesnego... - Pan jest jedynakiem? - Tak. - Tylko machnęła ręką współczująco... --- Tak, tak, jak chcecie mieć, ludzie, dzieci, róbcie je na potęgę; nie twórzcie jedynaków... Bo jedynak to tylko żałosna zabawka, której łatwo zdemolować życie... Bo to układ - dwójka złego na jednego... --- Mnie opadają powoli witki.

I co jeszcze? W tych złych osobistych sprawach jeszcze cała ta dobra zmiana. Twórcze rozwijanie wszelkich możliwych patologii... I nic się nie dzieje... Usnęliśmy, przesrywając kraj... Prezes z plastikowej drabinki dobitnie pokazuje, że nie mamy szacunku dla siebie... Rozczarowujące to, bo myślałem, że to wszystko, co stało się po 89 roku, to była poważna i wielka sprawa, ale okazuje się, że nie... Żarcik trwa, stare dzieci się bawią, nic już nikogo nie dziwi... Aaaa, kotki dwa.

Uciec... Znajomi ciągną nas na wybrzeże, lecz ta noga sztywna, i ten pies nieszczęsny... Zostają pielesze własne, remont hałaśliwy, trochę roboty w zniechęceniach... I może jeszcze pamiętanie o dobrych, ekscytujących czasach... Ostatnio ze znajomymi tak sobie wspominaliśmy. Zeszło na festiwale, tak przy okazji zamieszania z tegorocznym Opolem... Śmiesznota żałosna. W sumie pies tam drapał... Ostanie Opole, które pamiętam, to to z 1997 roku, sprzed tej powodzi strasznej, na które specjalnie przyjechałem do kraju, na to cudowne wspomnienie o Agnieszce Osieckiej "Zielono mi"... Potem to już nie wiem... Ale przedtem... Zeszło też na Sopot. Ten stary Sopot. Dla mnie to dwa nazwiska, z 86 roku - aj, co to robią pierwsze przebudzenia, pierwsze zaspokojenia apetytów - ech - człowiek jest niemal jak jętka jednodniówka - bo żyje chwilę, a potem, że dycha jeszcze przez dziesiątki lat - dycha, w zadyszce powtórek, coraz mniej zachowując w pamięci... A to, co wtedy, a to, co stamtąd, ze szczeniackości, pamięć ma w sobie w nieustającej świeżości... Mara Getz! Pamiętam ją, jak by to było wczoraj. I jeszcze Szwedka Vicki Benckert. Ale przede wszystkim Mara Getz z USA, która zachwyciła publiczność... Znajomi nie pamiętali, więc rzuciliśmy się w elektroniczne źródła... Jest... Tak to było... Sierpień, czarno - biały telewizor, wakacje w Zembrzycach. I ta Mara Getz... Był taki wtedy zwyczaj, że zagraniczni artyści mieli za zadanie przygotować jakąś polską piosenkę, w tłumaczeniu na wygodną dla siebie mowę... Vicki śpiewała "Nie płacz Ewka", a Mara "Poranne łzy" z repertuaru Krystyny Prońko... Nie mogę sobie odmówić przyjemności zamieszczenia tutaj tego kawałka... Tak to bywa - ludzie się potrafią przykleić do pamięci, wpisać w nią trwale... Dla mnie hasło Sopot, to Mara Getz. Posłuchajcie:

Niedzielne muzeum

kiljan.halldorsson

Było poprzednio o dziwnościach, ukłuciach... W takim niepozornym w sumie nigdzie, w zakamarkach, zaroślach Oslo. Padła nazwa Slemdal... W to nigdzie, w te zarośla, płotki, domki, sosny warto wstąpić, najlepiej w niedzielę... Tam bowiem, przy uliczce Grimelundsveien, kryje się pewna osobliwość, niezbyt dobrze znana, tajemnicza - pamiątka po Emanuelu Vigelandzie (1875 - 1948), młodszym bracie Gustava Vigelanda... No, Gustav Vigeland - wiadomo - spektakularna ozdoba parku Frogner, obowiązkowy punkt turystycznych wypadów do Oslo, norweska duma, choć kiedyś tak kontrowersyjna, wstrząsająca goliznami dawną purytańską publiczność.

I Emanuel - ten mniej znany -  wstrząsnął dawnymi świętoszkami. W Slemdal wybudował sobie ten witrażysta, rzeźbiarz i architekt muzeum, które stało się mauzoleum. Ceglane dziwactwo - brzydkie, bezokienne coś, co przypomina swą bryłą kościół. Co w środku? W świetle reflektorów życie we fresku, a w nim najważniejsze, najbardziej tajemnicze i niesamowite jego przejawy - erotyka i śmierć... Uderzająca artystyczna wizja... W zaciszu, przez lata okryta tajemnicą. I dziś raczej poza głównymi szlakami turystycznymi...

Zostawiam linki, z zachętą:

Emanuel Vigeland

Emanuel Vigeland - visitoslo

By nie być samotnym

kiljan.halldorsson

 By jeszcze tchnąć życie w ten kącik sieciowy, w te pisaniny... Poetka dentystka przyszła mi do głowy, przy okazji wspomnianych niedawno ukłuć... Chciałbym nie być samotny, tak metafizycznie samotny... W zasadzie się to jakoś udaje, ale tylko wtedy, gdy myśl jest gdzieś daleko od tych życiowych podstaw metafizycznych... Coś o mnie dba, coś mnie ratuje. Jak pamiętam - mimo wszystko - jestem jak ten lekkomyślny nieco Castorp, co to uważał, że życie o nim nie zapomni, że jakoś o niego zadba... Życie - owo coś... Co właściwie?... Jakaś dłoń pomocna jawi się w wyobraźni, magiczna dłoń... Ale obok zawsze tkwi jakaś myśl surowa, co podpowiada, zgodna z myślą Camusa, że tkliwości i opiekuńczości to tylko pozory, że za tym stoi idealna obojętność... A szczęścia, nieszczęścia - ot, drogi panie, takie to rozdanie... Z przypadku i kolor oczu, i wzrost, zarost, i charakter, na który zewnętrzność ma swoje odpowiedzi... Północ, bijąca po sercu i głowie... W tym moim życiu po życiu... Nie tak dawno temu na ostro zostałem uderzony, w Oslo. W takim sobie nigdzie, gdzieś między Gråkammen i Slemdal. Nagłe poczucie pustki bolesnej, w całej niestosowności bycia w tym życiu po życiu... Ludzie czasem mówią, że otrzymali nowe życie, ale mówią tak zwykle, gdy przeszli szczęśliwie przez jakąś chorobę, gdy odzyskali sprawność, gdy wrócili do tego, co było przedtem... Ja sam nie mam takiego poczucia powrotu... Zawsze to Oslo, które tak z chęcią i uporczywie odwiedzam, komunikuje mi w tajemny sposób, że jestem gościem z zaświatów, z ciemną studnią w środku. Tak naprawdę żyje się raz. A jak się żyje raz, to i raz się umiera. A ja tak raptem pośmiertnie... Nie tak łatwo urządzić się po tym, gdy wszystko skończone. Wszelkie odbudowy bruka przekonanie o niestosowności wszelkich występujących zdarzeń... Taa, cmentarny i celny Steinn Steinarr się kłania. Na cmentarzu... Poezja szczęśliwie sięga  i po inne treści, pocieszające... We śnie na jawie przyjaźnię się ze starymi nordyckimi bogami, i ze wszystkim, co szepcze o jakimś sensie tego mojego dalszego kroczenia po świecie. Mówiąc: - Mój Boże - człowiek zawsze gada do siebie, jakby gadał do lustrzanego odbicia, no, ale to odbicie przecież - coś jednak innego widzimy - ten tam, którego nie sposób przeciągnąć na swoją stronę... Może Ty, tam gdzieś, Ty, którego spotykam od czasu do czasu oko w oko, przelotnie, opiekujesz się mną, sumieniu niesiesz ulgę, ślesz dobre wytłumaczenia... Ty - kimkolwiek jesteś... Człowiek wewnątrz siebie gada, szuka w tej studni... Może nie jest aż tak pusto?

Nasza poetka, choć z daleka, przyszła mi do głowy... Z okolic Lublina jest pani Anna, która postanowiła wyemigrować na daleką norweską północ, do miasta Alta, gdzie leczy zęby, i gdzie zajmuje się sztuką, sztuką poetycką  i malarską, gdzie zajmuje się poszukiwaniem... Jaki jest człowiek, jaki bóg, który mu towarzyszy, tak z kulturowego rozpędu... Człowiek chce kochać i być kochanym, tak zawsze, w każdej okoliczności, nie chce być sam, sam w tym szybko obracającym się kołowrocie życia, co tak boleśnie umie poszatkować nasze drobne istnienie ... Jak odnaleźć jedność w przeciwności, wieczność pośród klepsydr, pewność w niepewności?... O takie rzeczy pyta pani Anna Keryl, nasza poetka z Norwegii, z Alty pełnej starożytnych ludzkich pamiątek naskalnych... Hm - trwałość sztuki, poezji, bez której, jak chce Halldór Laxness, nie moglibyśmy tu, w tym zakątku wszechświata, przeżyć...

Ładnie kiedyś napisał o twórczości Anny Keryl Tadeusz Polanowski - co przywołuje w tekście "Pustelnica poezji" Janina Januszewska - Skreiberg ("Od Ibsena do Twardowskiego" , "Med hjertet i to land"), niestrudzona kronikarka polsko - norweskich związków kulturalnych - że autorka przekazuje ważne prawdy egzystencjalne i widzi świat w tradycyjnym, ludowo - religijnym aspekcie. A że może się wydawać naiwna, rymowana, nieco sentymentalna?... Jakie to w gruncie rzeczy cenne, że u niej centralnymi pojęciami są: życie, dobro, miłość, śmierć, przemijanie, ból, dusza, Bóg,  w tych rymach... Piękno, życie, dobro, Bóg, śmierć, przemijanie, ból, dusza - same nienowoczesności w nienowoczesnych formach... I inni cieszyli się, że poetka odważyła się być taka nienowoczesna, staroświecka... Sam Czesław Miłosz przychylnie odniósł się do poezji autorki z Alty...

Choć tamto serce może nie po ludzku ciepłe, ale jednak... Ludzie chcą kochać tak na stałe... I w nieludzkie rzeczy biegnie ich myśl...Trudna sprawa... Może jednak jest ktoś w tym ciemnym dole?... Patrząc głęboko w noc, patrzy się w górę czy w dół?... Ratuj, poezjo!

Anna Keryl

"Ty jesteś"

Ty jesteś miłość wszechogarniająca,

A my w Twym świetle,

Jak w promieniach słońca.

Ty jesteś miłość nie ziemska, lecz Boska,

Gdym w niej zagubiona,

Nie sięgnie mnie troska.

Ty jesteś miłość, miłość przebaczenia,

Zdejmujesz ciężkie belki

Z barków sumienia.

Ty jesteś miłość w zamian nic niedająca,

Mimo chłodu serca

Jednako gorąca.

Ty jesteś miłość, miłość doskonała,

Przychodzisz z ducha,

Nie wstydzisz się ciała.

Ty jesteś miłość w nas i między nami,

Rzuceni w wszechświat,

A jednak nie sami.

Ty jesteś miłość harmonii całości,

Miłość wszechświata,

Miłość mej miłości.

***

Ze zbioru "Pieśń o perle", Kronika, Oslo 2000.

 

Piołun i wanilia

kiljan.halldorsson

Co tu gadać... Zły czas pod wieloma względami. W domu ludzko - psi szpital, wakacje w zasadzie pozamiatane, zaduch i remont elewacji z szuraniem, stukaniem i wiertarami... W głowie mątwa... I jeszcze na dodatek głupoty wewnętrznego okupanta pod kierownictwem ogrodowego krasnala z plastikowej drabinki... Jak nie idzie, to nie idzie.

Mam w pamięci kilka świeżych ukłuć, że aż mi się chce wiać. Ale życie bliskich nieszczęśników trzyma mnie w pionie i w miejscu...

No, ale i tak trzeba, żeby było ładnie... Wczoraj gdzieś w telewizorni widzieliśmy kawałek Opola sprzed lat... Jeju, ile tam dzisiejszych nieboszczyków było, wielkich, wspaniałych ludzi - cudowna Łucja Prus, Marek Grechuta, Młynarski, Osiecka, Kofta... Taki był kiedyś czas ponury, który upiększali artyści - tak to było - nawet estradę zaludniali kiedyś prawdziwi artyści, poeci, z talentem i kulturą... Ponurość powraca, ale mało co umie ją jakoś oddalić, rozproszyć... Trzeba po uroki biec w dal... Dla ładności. Cudowny Jonasz Kofta, który - jeśli się nie mylę - napisał to właśnie w jedną noc, pod presją. Jedna z najczarowniejszych piosenek. Kwiat jednej nocy, co pachnie jak piołun i wanilia... Nie można tego nie znać... Zatem - dla ładności, i dla ożywienia bloga, w czasie złym.

© Kiljan Halldórsson
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci