Menu

Kiljan Halldórsson

BRUDNO W PIS Y -ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA

Kwadransik nienawiści, czyli wystawianie gargulca

kiljan.halldorsson

Kiedyś pan się kłócił z panią, na mych oczach, i jeszcze na dodatek całkiem publicznie, na alei osiedlowej, pod płaczącą wierzbą... Padły wszystkie możliwe wulgaryzmy, z obu stron, aż wreszcie jedna z nich, tych stron, jasna rzecz, sięgnęła po instrument! Męska to była strona, co to - wiadomo - z wydobyciem instrumentu ma mniejszy problem, mniej wybebeszania  wymagający. - A ch... ci w d... - I owego ch... w całej krasie ujrzałem, bowiem pogniewany pan pokazał odchodzącej pani swe wyposażenie... Hyyyyyyy! - cóż za widok to był! W tak nieoczekiwanym miejscu! W drodze chyba z jakichś prozaicznych zakupów... Tu proza, siata plastikowa, a tu raptem genitalny poemat... Aż bym się na miejscu zagniewanej pani zawahał... Iść precz? A może nie? Bo taka fujarka!! - Naturo ty wariacka!!!!!...

No tak, ale fujarka jednak to taka nieczysta jest, boć to rura tylko wydalnicza... Szczochy, życie... Taa - kłania się Strindberg, co się na taką wulgarność natury oburzał... Sik tu, sik tam - w porcelanę - to jedynie ulga, w ciało damskie - ulga, ale i zło straszliwe, aż się zarumienić można z przejęcia i wstydu - boć wylatuje potem z tych wszystkich klęp, loch, suk, krów (co poradzić - taka chamska nomenklatura) to życie nieszczęsne, wydalone niczym garstka żałosnych ekskrementów...

Jak się człowiek wścieka, to wywala chamskość, nieczystość, dupę pokazuje, fallusem macha, z ryja ciska śliną... Gniew z żalem srają, sikają, rzygają, plują... Tak lubi ów gniew, gdy nie jest w stanie zdobyć się na refleksję, gdy nie ma obok przyjacielskiej ręki, co by mogła pomóc, uspokoić...

My tak tu od wampiriady, do wampiriady... Te wampiriady, te miesięcznice, rozciągają się w czasie, bo już tydzień przed jest gadanie, a potem tydzień po też jest gadanie, analityczne... Nic nie znaczące głupstwo, chamski żart tylko, jaja z pogrzebu, neopogańskie sratytaty, ledwie polityczna nędza, zanik zahamowań, goła dupa bezwstydna, kulturowa i moralna pozanawiasowość, rodzaj już chyba turystycznej atrakcji - takie nasze małe święto duchów, takie sobie ekscesy kradnące przestrzeń, język...

Oto jestem, mówi ten mały... A myśli jego jak białe zeszyty... Oj - tusze dawnej edukacji minęły, wyblakły, głuptactwo zostało nienawistne... Ale i do głupiego te jego gadki... Ach, ty rzygaczu publiczny z podeściku, marzycielu o życiu intelektualnym bazującym na jednoznaczności... Brawo!!... A durnota łyka wszystko jak kaczka kluchy!... Można mówić wszystko, można zachowywać się byle jak, bez hamulców, można łgać patrząc prosto w oczy, i można zbliżać się do dowolnie wyfantazjowanej "prawdy", bez ustanku, z chytrym, wrednym przekonaniem, że przecież nigdy się jej nie dosięgnie, bo przecież ignoranckie fantazje zawsze sobie swawolnie uskakują z dala od brutalnych faktów...

Oto żyjemy dziś w rzeczywistości, którą bawią się jacyś potworni nekrocelebryci, łgarze i cwaniacy, co to nas chcą uszczęśliwiać za nasze własne, w pocie czoła zarobione pieniądze... Może się ockniemy, jak nam zaczną jajka obierać ze skorupek, bo póki co, fantastycznie dajemy się karmić kretyńskimi zastępczościami... Tak więc znów podniecenia wokół comiesięcznego pokazywania uroczystego gargulca na kwadransiku nienawiści, po mszy świętej - tak to usposabiają msze!... - który, jak to na rzygacza przystało, rzyga sobie w poczuciu absolutnej bezkarności.

Jarosławy różne i Janusze cieszyć się muszą... Dopompowani... Komiwojażer jeszcze nam nagadał. Taki zza oceanu. Taki daleki, a tu jakby nam opowiadał o Mickiewiczu i jego Księgach narodu polskiego i pielgrzymstwa... Aleśmy ważni, chrystusowi, nieskazitelni, mocarni... Wlazł żabie śmierdzącej w tyłek słomką, i dmuchnął... Niezatapialność, na długie miesiące... Super sprawa, podniecenia takie, że nawet się nie zwraca uwagi na jakąś obcą łapę gmerającą w portfelu...

Mamy święta... Mroczne trochę takie, pod księżycem, z wampirami, gadającą dynią i gargulcem, ale też i jasności świąteczne, co zlatują magicznym samolotem nieco majtkowo niebieskim - ależ się znów kretyńskie media ekscytowały - i co nas zapewniają o swej zaatlantyckiej miłości... Rachunek - to potem. A teraz - bawmy się... Niech nam powiatowa zajęczy, niech gargulec zaskrzeczy, zadrze się wiecowo nibygłowa... Są organizmy, co mają nibynóżki, my jesteśmy organizmem, co ma nibygłowę... A jak się komuś coś nie podoba - pies go drapał. Prawa zapisane na papierze? Papierem dupę się podciera. Przyzwoitości - a macie! I mamy - to dupę na wierzchu, co udaje twarz, to gargulca - rzygacza comiesięcznego, lękliwego jednak, bo potrzebującego coraz więcej ochraniających go pałkarzy.

No, ale przecież prowincja nasza spokojna jednak. Nadęta. I obśmiana. Więc tym bardziej nadęta, bo naiwnie wierząca, że kiedyś ona się pośmieje... Żeby jednak być ostatnim, to trzeba się z dna wygrzebać... Czy się wygrzebiemy? Bo póki co, grzebiemy w głąb, a jak się grzebie tak w mule, to się można natknąć na różne dziwne stwory... Przecież widziałem ostatnio dwa, wspominane tu już - z mułu, tak, oba, z mułu dennego - jeśli pominąć gargulca - jednemu, co to przeraża swym humorem i bawi powagą, coś oberwało potylicę, drugiemu, na gościnnych występach geszefciarskich, ktoś na głowę włożył kapeć z narciarskiego buta... Pięknie jest... I od "mądrości" promiennie...

A gargulec: rzyg, rzyg, rzyg...

A Bóg widzi, i nie grzmi...

Ale... Nie dziwi nic...

Kyrrðin i inne obrazki

kiljan.halldorsson

Tak, to do dziś, gdyby ktoś zawitał do Skriðuklaustur, w krainę Gunnara Gunnarssona... Wystawa prac Stuarta Richardsona...Kyrrðin, czyli spokój. A jak ktoś nie jest tam, daleko, to zawsze może zajrzeć tu, i naturalnie zorientować się odnośnie innych terminów wystaw, w Islandii i poza Islandią... Ładne obrazki, z niespokojnej - spokojnej Islandii... Ech, te przeciwności!!!

Zapraszam, na sztukę... Stuart Richardson

Vicki

kiljan.halldorsson

Tak , żeby było w pełni, pamiętając o roku 86... Sopocki słowik ze Szwecji... Z pozdrowieniem i uściskami dla Ernesta, co też pamięta... 14 tygodni na liście trójkowej. Vicki Benckert:

Mara Getz, czyli dobre pamiętanie

kiljan.halldorsson

Piątek, trochę z chmurą, trochę z błękitem... Życie się toczy, z porannym lękiem, bo tak za bardzo nie chce się oczu otwierać... Zacząłem znów krótko spać. Tym razem nawet z chwilową radością, że otwieram oczy przed rozpoczęciem dnia. Gdzieś tam słońce wstaje, malowniczo, a ja mam dziecinną nadzieję, że może jeszcze się rozmyśli i zmieni zdanie... Nigdy nie zmienia...

Czeka mnie miejskie lato. Franek kuśtyka o kulach - pan sportowiec... I tak poszedł przez sport do szpitala po zdrowie, na które jednak przyjdzie jeszcze poczekać... Trochę było z tym śmiechu, bo jak pojechałem po ofiarę i zobaczyłem tę girę na sztywno, to tylko jęknąłem - no i co my będziemy robili z taką nogą??... Na domiar złego jeszcze pies nam się sypie. Zawsze psiak był młody, młody, bo był młodszy od Niedźwiedzia, ale przecież już się zestarzał, także, niepostrzeżenie... Jest problem. Coś mu się złego z okiem podziało. Na razie jest tak leczony objawowo, mamy niedługo konsultację u psiego okulisty... Wetgwiazda go będzie badała... Sceptycznie do tego podchodzę. Kieruję się pewnymi wyobrażeniami o przyzwoitości, ale... Martwią mnie te zabawy, ta kolejna wetimpreza z udziałem psiego staruszka, co do której wyobraźnia podpowiada mi, że sporo wydam niewiele osiągając, bo i cudów nie ma... Do dupy... No, ale co poradzić - życie to nieszczęście, więc gdy się wiążemy z jego przejawami, musimy się liczyć z nieprzyjemnościami... Sami też jesteśmy nieszczęściem... Kochanych ludzi wkręcamy w nasze piekła... Ale dość o smutkach... No, może jeszcze tylko wspomnę o tacie... Co z tego jeszcze będzie?... Kiedyś wpadłem do jego lekarki, po recepty... Miła pani doktor, stara, pogodna - zrobiła ze mną wywiad - co robię, ile mam lat, czy mnie stawy nie napieprzają... Na szczęście mnie nie napieprzają. - E, to może nic nie będzie. Bo inaczej to by pan już to miał... Ta, może wolny jestem od tego parcha bolesnego... - Pan jest jedynakiem? - Tak. - Tylko machnęła ręką współczująco... --- Tak, tak, jak chcecie mieć, ludzie, dzieci, róbcie je na potęgę; nie twórzcie jedynaków... Bo jedynak to tylko żałosna zabawka, której łatwo zdemolować życie... Bo to układ - dwójka złego na jednego... --- Mnie opadają powoli witki.

I co jeszcze? W tych złych osobistych sprawach jeszcze cała ta dobra zmiana. Twórcze rozwijanie wszelkich możliwych patologii... I nic się nie dzieje... Usnęliśmy, przesrywając kraj... Prezes z plastikowej drabinki dobitnie pokazuje, że nie mamy szacunku dla siebie... Rozczarowujące to, bo myślałem, że to wszystko, co stało się po 89 roku, to była poważna i wielka sprawa, ale okazuje się, że nie... Żarcik trwa, stare dzieci się bawią, nic już nikogo nie dziwi... Aaaa, kotki dwa.

Uciec... Znajomi ciągną nas na wybrzeże, lecz ta noga sztywna, i ten pies nieszczęsny... Zostają pielesze własne, remont hałaśliwy, trochę roboty w zniechęceniach... I może jeszcze pamiętanie o dobrych, ekscytujących czasach... Ostatnio ze znajomymi tak sobie wspominaliśmy. Zeszło na festiwale, tak przy okazji zamieszania z tegorocznym Opolem... Śmiesznota żałosna. W sumie pies tam drapał... Ostanie Opole, które pamiętam, to to z 1997 roku, sprzed tej powodzi strasznej, na które specjalnie przyjechałem do kraju, na to cudowne wspomnienie o Agnieszce Osieckiej "Zielono mi"... Potem to już nie wiem... Ale przedtem... Zeszło też na Sopot. Ten stary Sopot. Dla mnie to dwa nazwiska, z 86 roku - aj, co to robią pierwsze przebudzenia, pierwsze zaspokojenia apetytów - ech - człowiek jest niemal jak jętka jednodniówka - bo żyje chwilę, a potem, że dycha jeszcze przez dziesiątki lat - dycha, w zadyszce powtórek, coraz mniej zachowując w pamięci... A to, co wtedy, a to, co stamtąd, ze szczeniackości, pamięć ma w sobie w nieustającej świeżości... Mara Getz! Pamiętam ją, jak by to było wczoraj. I jeszcze Szwedka Vicki Benckert. Ale przede wszystkim Mara Getz z USA, która zachwyciła publiczność... Znajomi nie pamiętali, więc rzuciliśmy się w elektroniczne źródła... Jest... Tak to było... Sierpień, czarno - biały telewizor, wakacje w Zembrzycach. I ta Mara Getz... Był taki wtedy zwyczaj, że zagraniczni artyści mieli za zadanie przygotować jakąś polską piosenkę, w tłumaczeniu na wygodną dla siebie mowę... Vicki śpiewała "Nie płacz Ewka", a Mara "Poranne łzy" z repertuaru Krystyny Prońko... Nie mogę sobie odmówić przyjemności zamieszczenia tutaj tego kawałka... Tak to bywa - ludzie się potrafią przykleić do pamięci, wpisać w nią trwale... Dla mnie hasło Sopot, to Mara Getz. Posłuchajcie:

Niedzielne muzeum

kiljan.halldorsson

Było poprzednio o dziwnościach, ukłuciach... W takim niepozornym w sumie nigdzie, w zakamarkach, zaroślach Oslo. Padła nazwa Slemdal... W to nigdzie, w te zarośla, płotki, domki, sosny warto wstąpić, najlepiej w niedzielę... Tam bowiem, przy uliczce Grimelundsveien, kryje się pewna osobliwość, niezbyt dobrze znana, tajemnicza - pamiątka po Emanuelu Vigelandzie (1875 - 1948), młodszym bracie Gustava Vigelanda... No, Gustav Vigeland - wiadomo - spektakularna ozdoba parku Frogner, obowiązkowy punkt turystycznych wypadów do Oslo, norweska duma, choć kiedyś tak kontrowersyjna, wstrząsająca goliznami dawną purytańską publiczność.

I Emanuel - ten mniej znany -  wstrząsnął dawnymi świętoszkami. W Slemdal wybudował sobie ten witrażysta, rzeźbiarz i architekt muzeum, które stało się mauzoleum. Ceglane dziwactwo - brzydkie, bezokienne coś, co przypomina swą bryłą kościół. Co w środku? W świetle reflektorów życie we fresku, a w nim najważniejsze, najbardziej tajemnicze i niesamowite jego przejawy - erotyka i śmierć... Uderzająca artystyczna wizja... W zaciszu, przez lata okryta tajemnicą. I dziś raczej poza głównymi szlakami turystycznymi...

Zostawiam linki, z zachętą:

Emanuel Vigeland

Emanuel Vigeland - visitoslo

By nie być samotnym

kiljan.halldorsson

 By jeszcze tchnąć życie w ten kącik sieciowy, w te pisaniny... Poetka dentystka przyszła mi do głowy, przy okazji wspomnianych niedawno ukłuć... Chciałbym nie być samotny, tak metafizycznie samotny... W zasadzie się to jakoś udaje, ale tylko wtedy, gdy myśl jest gdzieś daleko od tych życiowych podstaw metafizycznych... Coś o mnie dba, coś mnie ratuje. Jak pamiętam - mimo wszystko - jestem jak ten lekkomyślny nieco Castorp, co to uważał, że życie o nim nie zapomni, że jakoś o niego zadba... Życie - owo coś... Co właściwie?... Jakaś dłoń pomocna jawi się w wyobraźni, magiczna dłoń... Ale obok zawsze tkwi jakaś myśl surowa, co podpowiada, zgodna z myślą Camusa, że tkliwości i opiekuńczości to tylko pozory, że za tym stoi idealna obojętność... A szczęścia, nieszczęścia - ot, drogi panie, takie to rozdanie... Z przypadku i kolor oczu, i wzrost, zarost, i charakter, na który zewnętrzność ma swoje odpowiedzi... Północ, bijąca po sercu i głowie... W tym moim życiu po życiu... Nie tak dawno temu na ostro zostałem uderzony, w Oslo. W takim sobie nigdzie, gdzieś między Gråkammen i Slemdal. Nagłe poczucie pustki bolesnej, w całej niestosowności bycia w tym życiu po życiu... Ludzie czasem mówią, że otrzymali nowe życie, ale mówią tak zwykle, gdy przeszli szczęśliwie przez jakąś chorobę, gdy odzyskali sprawność, gdy wrócili do tego, co było przedtem... Ja sam nie mam takiego poczucia powrotu... Zawsze to Oslo, które tak z chęcią i uporczywie odwiedzam, komunikuje mi w tajemny sposób, że jestem gościem z zaświatów, z ciemną studnią w środku. Tak naprawdę żyje się raz. A jak się żyje raz, to i raz się umiera. A ja tak raptem pośmiertnie... Nie tak łatwo urządzić się po tym, gdy wszystko skończone. Wszelkie odbudowy bruka przekonanie o niestosowności wszelkich występujących zdarzeń... Taa, cmentarny i celny Steinn Steinarr się kłania. Na cmentarzu... Poezja szczęśliwie sięga  i po inne treści, pocieszające... We śnie na jawie przyjaźnię się ze starymi nordyckimi bogami, i ze wszystkim, co szepcze o jakimś sensie tego mojego dalszego kroczenia po świecie. Mówiąc: - Mój Boże - człowiek zawsze gada do siebie, jakby gadał do lustrzanego odbicia, no, ale to odbicie przecież - coś jednak innego widzimy - ten tam, którego nie sposób przeciągnąć na swoją stronę... Może Ty, tam gdzieś, Ty, którego spotykam od czasu do czasu oko w oko, przelotnie, opiekujesz się mną, sumieniu niesiesz ulgę, ślesz dobre wytłumaczenia... Ty - kimkolwiek jesteś... Człowiek wewnątrz siebie gada, szuka w tej studni... Może nie jest aż tak pusto?

Nasza poetka, choć z daleka, przyszła mi do głowy... Z okolic Lublina jest pani Anna, która postanowiła wyemigrować na daleką norweską północ, do miasta Alta, gdzie leczy zęby, i gdzie zajmuje się sztuką, sztuką poetycką  i malarską, gdzie zajmuje się poszukiwaniem... Jaki jest człowiek, jaki bóg, który mu towarzyszy, tak z kulturowego rozpędu... Człowiek chce kochać i być kochanym, tak zawsze, w każdej okoliczności, nie chce być sam, sam w tym szybko obracającym się kołowrocie życia, co tak boleśnie umie poszatkować nasze drobne istnienie ... Jak odnaleźć jedność w przeciwności, wieczność pośród klepsydr, pewność w niepewności?... O takie rzeczy pyta pani Anna Keryl, nasza poetka z Norwegii, z Alty pełnej starożytnych ludzkich pamiątek naskalnych... Hm - trwałość sztuki, poezji, bez której, jak chce Halldór Laxness, nie moglibyśmy tu, w tym zakątku wszechświata, przeżyć...

Ładnie kiedyś napisał o twórczości Anny Keryl Tadeusz Polanowski - co przywołuje w tekście "Pustelnica poezji" Janina Januszewska - Skreiberg ("Od Ibsena do Twardowskiego" , "Med hjertet i to land"), niestrudzona kronikarka polsko - norweskich związków kulturalnych - że autorka przekazuje ważne prawdy egzystencjalne i widzi świat w tradycyjnym, ludowo - religijnym aspekcie. A że może się wydawać naiwna, rymowana, nieco sentymentalna?... Jakie to w gruncie rzeczy cenne, że u niej centralnymi pojęciami są: życie, dobro, miłość, śmierć, przemijanie, ból, dusza, Bóg,  w tych rymach... Piękno, życie, dobro, Bóg, śmierć, przemijanie, ból, dusza - same nienowoczesności w nienowoczesnych formach... I inni cieszyli się, że poetka odważyła się być taka nienowoczesna, staroświecka... Sam Czesław Miłosz przychylnie odniósł się do poezji autorki z Alty...

Choć tamto serce może nie po ludzku ciepłe, ale jednak... Ludzie chcą kochać tak na stałe... I w nieludzkie rzeczy biegnie ich myśl...Trudna sprawa... Może jednak jest ktoś w tym ciemnym dole?... Patrząc głęboko w noc, patrzy się w górę czy w dół?... Ratuj, poezjo!

Anna Keryl

"Ty jesteś"

Ty jesteś miłość wszechogarniająca,

A my w Twym świetle,

Jak w promieniach słońca.

Ty jesteś miłość nie ziemska, lecz Boska,

Gdym w niej zagubiona,

Nie sięgnie mnie troska.

Ty jesteś miłość, miłość przebaczenia,

Zdejmujesz ciężkie belki

Z barków sumienia.

Ty jesteś miłość w zamian nic niedająca,

Mimo chłodu serca

Jednako gorąca.

Ty jesteś miłość, miłość doskonała,

Przychodzisz z ducha,

Nie wstydzisz się ciała.

Ty jesteś miłość w nas i między nami,

Rzuceni w wszechświat,

A jednak nie sami.

Ty jesteś miłość harmonii całości,

Miłość wszechświata,

Miłość mej miłości.

***

Ze zbioru "Pieśń o perle", Kronika, Oslo 2000.

 

Piołun i wanilia

kiljan.halldorsson

Co tu gadać... Zły czas pod wieloma względami. W domu ludzko - psi szpital, wakacje w zasadzie pozamiatane, zaduch i remont elewacji z szuraniem, stukaniem i wiertarami... W głowie mątwa... I jeszcze na dodatek głupoty wewnętrznego okupanta pod kierownictwem ogrodowego krasnala z plastikowej drabinki... Jak nie idzie, to nie idzie.

Mam w pamięci kilka świeżych ukłuć, że aż mi się chce wiać. Ale życie bliskich nieszczęśników trzyma mnie w pionie i w miejscu...

No, ale i tak trzeba, żeby było ładnie... Wczoraj gdzieś w telewizorni widzieliśmy kawałek Opola sprzed lat... Jeju, ile tam dzisiejszych nieboszczyków było, wielkich, wspaniałych ludzi - cudowna Łucja Prus, Marek Grechuta, Młynarski, Osiecka, Kofta... Taki był kiedyś czas ponury, który upiększali artyści - tak to było - nawet estradę zaludniali kiedyś prawdziwi artyści, poeci, z talentem i kulturą... Ponurość powraca, ale mało co umie ją jakoś oddalić, rozproszyć... Trzeba po uroki biec w dal... Dla ładności. Cudowny Jonasz Kofta, który - jeśli się nie mylę - napisał to właśnie w jedną noc, pod presją. Jedna z najczarowniejszych piosenek. Kwiat jednej nocy, co pachnie jak piołun i wanilia... Nie można tego nie znać... Zatem - dla ładności, i dla ożywienia bloga, w czasie złym.

Stjernene synger en selsom sang

kiljan.halldorsson

Złoty pierścionek, w który miał wpatrywać się mały Zenon... - Złoty. Jesteś bogata... Jak ja będę bogaty, będę miał całe łóżko ze złota... Będzie się błyszczeć i w nocy, i we dnie. Będzie kosztowne. Będę wtedy spokojny. Nie będę się niczego bał. Gdy się coś stanie, sprzedam złote łóżko i nigdy nie będę głodny... Tak pisze o Zenonie Przybyszewskim Ewa K. Kossak, dodając: - Przemówiła jego ustami matka, nie zabezpieczona przed troskami jutra, nieustannie na krawędzi głodu i nędzy. Przemówiło też jego, Zenona, doświadczenie i wiedza o życiu... To było wtedy, gdy czekał na rozstrzygnięcia losu u Laury Pytlińskiej, córki Marii Konopnickiej...

No, skandynawskim dzieciom Przybysza szczęśliwie się powiodło... Chociaż tyle. Inaczej było z matką, co skoczyła w życie jak w ogień... Sztuka, świat... Świat, na który przyszła w Kongsvinger 150 lat temu... Przyszła z wiosną, z wiosną też odeszła, niezbyt długo po przyjściu. Trzeba jednak przyznać, że ta garstka przeżytych lat jest niesłychanie treściwa. No i cóż za geograficzna rozpiętość... I jakie nazwiska wokół tej damy z norweskiego zacisza - Edvard Munch, Sigbjørn Obstfelder, Gustav Vigeland, August Strindberg, Stanisław Przybyszewski, Stanisaw Wyspiański, Tadeusz Żeleński - Boy... To tylko część gromadki, te najsławniejsze perełki... Ideał północny - tanecznica, latawica, nieskrępowana, z własnym zdaniem i urokiem... Jak to powiadał Franz Servaes - W tej pani wypadało się kochać! - No i kochali ją, fascynowali się nią panowie i panie, o bardzo różnych orientacjach...

Była piękna? Na swój sposób... Ma rację Józef Hen pisząc w swej książce o Tadeuszu Żeleńskim, że stare fotografie krzywdzą ludzi... Jakoś niepięknie się prezentują ludzie z dziewiętnastego wieku na zdjęciach. Są inni - światło, inna technika, łachy, fryzury... Z naszego punktu widzenia - dziwadła... No - ale oczywiście znamy i Dagny bez dodatków - u Muncha... I z podobizn twarzy u innych, z udanych, uroczych i zastanawiających podobizn, gdzie widać, jak szybko się zmieniała, jak szybko szła w przepaść... Smukła, czysta i wolna - Dagny w ołówku Hugo Höppenera - Fidusa z 1894 - śliczna - jeden z moich ulubionych jej wizerunków... Medal Nalborczyka - szlachetna królewskość - też ładna rzecz... Wyspiański - krakowska Dagny - już z troską, z niepokojem, zmęczeniem... I wreszcie jakby zapowiadana tragedia w warszawskim portrecie pędzla Konrada Krzyżanowskiego - już ostatnie miesiące, 1901 rok...

Dagny Juel... Moja ukochana z zaświatów... Z hedmarskich poziomek, smreków, ze świata wzruszającej architektury norweskiego miasteczka, z ciszy, jasnych nocy i nienazwanych tęsknot...

Pierwszy punkt jej życia - drewnianość udająca miejską kamienność - czerwone deski domu na rogu dzisiejszych ulic Øvre Langelandsveg i Alfs gate. Stamtąd niedaleko do kościoła o nieco wschodniej urodzie, gdzie ją wprowadzono w gromadę chrześcijan... W jakiś czas potem rodzina doktora Juella przeniosła się w pobliże lokalnej twierdzy - pamiątki po pełnych wojowniczego napięcia czasach...Spacerek ku Kirkebakken i Vestre Solørveg, na Jonas Lies gate i jej przedłużenie Løkkegate, przy końcu której do dziś stoi Zacisze, Rolighed, będące przez jakiś czas przytulnym gniazdem rodziny kochanego doktora Hansa... (udało się willi przetrwać - podobnie jak wspomnianej wcześniej budowli Schüsslera - bo od tego to Niemca wywodzą się owe architektoniczne twory - podobnie jak i wiele innych budowli w tym rejonie Norwegii - choć jej losy były trudne, bo po zniknięciu Juelów z Norwegii, dom ten był i zakładem stolarskim i warsztatem samochodowym, i z czasem popadał w ruinę, z której szczęśliwie został podniesiony stając się obiektem muzealnym poświęconym emancypantkom...)

Hans Lemmich Juell był w Kongsvinger i w ogóle w całym Hedmarku trochę jak doktor Chałubiński w Zakopanem, bowiem ten mianowany na przybocznego lekarza królewskiego człowiek z ogromnym poświęceniem i troską pochylał się i nad każdą ludzką drobnicą i nędzą - miał serce, śmigał ratunkowo po całym rozległym okręgu, był przyjacielem miejscowej ludności i odpędził na dobre od niej złowrogie widmo cholery...

Dagny - już bardziej wytwornie - Juel... Jedna z wielu córek doktorostwa - straszne dziecko, od pewnego czasu w chmurach, w których chyba i gdzieś tam w skrytości szybowały myśli niby to konserwatywnego doktora...

Przy tej rocznicy nie będę streszczał życiorysu mej bohaterki - można o tym poczytać przecież w książkach... Wspomnę tylko o pewnym drobiazgu... Gwiazdy już od pewnego czasy śpiewały dziwną pieśń, coraz dziwniejszą... Stille! Stille! Cicho! Cicho! W tym wierszu pisała Dagny Juel o owym dziwnym, zagadkowym śpiewaniu... Różane ogrody, potem dogasająca, kopcąca świeca, i śnieg opadający na serce... Taki spokój... Jakieś wołanie, miłość miniona, gwiazdy spadają...W Obstfelderowskiej muzyczności...

Ostatnio byłem taki okołozakopiański, więc wspomnę urodzinowo o Dagny Juel Przybyszewskiej w Zakopanem... "Mara blada, cień zwiewny" - rozdział z książki Joanny Olczak - Ronikier "W ogrodzie pamięci", której babka miała okazję spotkać Dagny... Niejasne zarysy... Starzy ludzie lubią opowiadać, młodzi nie zawsze chcą słuchać... Dopiero gdy jest już za późno, człowiek sobie myśli - Boże, przecież to ta Dagny... Ówczesne Zakopane - salon literacki, wspaniałe nazwiska, ich wielbiciele, śmietanki towarzyskie, osobliwości, przyszłe legendy...

Była i Dagny... Zakopane jej się podobało. Dobrze się czuła wśród tej przyrody, pośród iglaków... Janina Mortkowicz wspominała pisząc: - "Była sama z dwojgiem małych dzieci i oczekiwała przyjazdu męża. Niezależnie od rozgłosu, jaki ją otaczał, oczarowała mnie pierwszą rozmową i nie dającym się opisać urokiem postaci. Do dziś nie umiem sobie wytłumaczyć jej upodobania w rozmowie ze mną. Rozmawiałyśmy podczas wszystkich wspólnych obiadów i nie zabrakło nam nigdy tematu. Sądzę, że łatwość porozumienia się ze mną w języku niemieckim była jedną z przyczyn tego zbliżenia się. Czuła się zresztą, jak wiadomo, w tym czasie bardzo samotna... Pamiętam jedną z czysto kobiecych rozmów na temat słynnej piękności warszawskiej, Sieni Reichman, córki znanego lekarza warszawskiego, która siedziała naprzeciwko nas. Dagny nie podzielała zachwytów nad jej urodą. Jest banalna - mówiła - banalne niebieskie oczy, banalna różowa twarzyczka, nawet niebieska bluzka jest banalna. Tu wskazała moją, także niebieską, twierdząc, że jej kolor ma charakter. Prawiła mi komplementy w tym rodzaju, pochlebiając mi niezmiernie..."

Pryncypialna panna Janina daleka była w swej filozofii życiowej od dekadentów, kobiet fatalnych, młodopolskich otchłani, ale do Dagny czuła sentyment i szczyciła się tą przelotną znajomością, która zresztą miała i warszawski ciąg dalszy, w czasach pozowania Konradowi Krzyżanowskiemu. Nie wiemy już jednak, o czym rozmawiały... Bo chyba już nie o bluzkach?... Kilka tygodni potem Dagny już nie żyła...

Miała rozgłos, ale trudno było czegoś więcej jej zazdrościć... Po radosnym biegu przyszły choroba, przerażenie, bezradność... Oscar Wilde powiedział kiedyś, że bez żalu uważa swoje życie za jedno wielkie fantastyczne samobójstwo... Czy w Dagny, co ponoć na wzór Wilde'a umiała przystroić się w słoneczniki, tkwiła podobna myśl?... W jej poezji można dostrzec dziwne oczekiwanie na to... Właściwie na co?... Ser du den osende, flakkende kjerte?... Czym jest śmierć? Ktoś powiedział, że to najbardziej niezwykła przygoda, jaką życie ma nam do zaoferowania...

Dagny poddała się losowi... Z ciekawością? Tego się nie dowiemy... Życie sieje, i pędzi w swych przejawach, czasem z osobliwym samolubstwem... A nich mnie porwie licho!

Szybko przyszła świadomość, że to koniec. Tak się urządziła. Tragiczne i upokarzające przejścia, rozłąki, chaotyczna wędrówka po Europie, nieudane przygody uczuciowe, materialna zapaść, nieporozumienia, brak perspektyw... Ostre rysy na koniec, zaciśnięte wargi, niewidzące oczy - ostatni portret... Wielka burza w życiu dziewczyny z cichego, drewnianego Kongsvinger... Na koniec rozchwiany młokos, Władysław Emeryk, i dwa strzały niezbędne do uspokojenia tej burzy - zabójczy i samobójczy, choć w gruncie rzeczy oba były samobójcze...

Niefortunny los, barwny, w rękach mężczyzn... Ech - ci mężczyźni. Dagny znalazła spokój w Gruzji. Jej kości przeleżały na Kukach w jednym miejscu przez prawie sto lat - grób przetrwał dwudziestowieczne zawieruchy, ale po blisko stu latach, dyrektor cmentarza w Tbilisi, Arkadi Czowelidze, dowiedziawszy się, jakiego ma niezwykłego lokatora, panią, co ćmiła cygarety, znała się ze sławnymi artystami, opisywaną przez literatów, malowaną przez Muncha, panią - legendę tamtych modernistycznych lat, postanowił coś dla niej zrobić - i przeniósł jej kości na miejsce bardziej honorowe i łatwe do odnalezienia... Myślę, że źle się stało, wystarczyło odnowić dotychczasowe miejsce spoczynku. Bo po co grzebać w grobach? Niech życie zatrzymuje się tam, gdzie się zatrzymało w momencie pogrzebu... Ale cóż - znów jakiś mężczyzna zdecydował, nawet dobrał się do cicho leżących sobie kości... Ujrzeli ją i w tak daleko posuniętej nagości...

Dagny, co ma dziś 150 lat... Znad norweskiej Glommy, znad naszej Wisły, znad tyfliskiej Kury... Kocham ją, bo kocham jej czas, także jej kraj, i Kraków pięknoszkaradny... Wędrując czasem odwiedzam jej miejsca... Z szaloną ufnością do życia, mimo całej mozaiki złych myśli i strachów... Bo co? Bo liczę jednak, że zawsze znajdzie się jakieś przyzwoite wyjście... A tam - przygoda? Gdy tu już cisza... Czuję, że mam w sobie, że zawsze miałem w sobie dość beztroski... No, przypadkiem jeszcze żyję... Inne wyjścia się znalazły, jeszcze nie do tej największej przygody, póki co...

Święci są niepoprawni. Ale nudni. Są inni niepoprawni - czarowni grzesznicy, przy których nudzić się nie sposób, i którzy nie mniej dają nadziei... Życie w ogóle jest złe, święte i nieświęte... Mam trochę dowodów, że umie się jednak zdobyć na umiar w potworności... Nawet jeśli jest to brutalna kulka w łeb... Ostre cięcie ratunkowe, w porę...

Dziwne pieśni gwiaździstego nieba, w którym ponoć nasze losy zapisane... Niejasne, zagadkowe przesłania, przeznaczenia... Wszystko do wyrównania przez śmierć...

150 lat temu zapaliła się w życiu gwiazdka. Na krótko. Wystarczyło jej jednak czasu na to, by powstała legenda. Nie lada opowieść... Czasy minione tak obrastają czarem...

Sabała

kiljan.halldorsson

Dalej, jak najdalej... I jeszcze jak najwyżej, w miarę możliwości... Wysokości, i czas, co już przeminął.

"Muszę Ci się przyznać, czytelniku - pisał Tytus Chałubiński - że z Jasiem w bardzo życzliwych jesteśmy stosunkach". Jaś to naturalnie Sabała, co twierdził, że smutkiem żyć się nie opłaci.

" - Oj, Jasiu, Jasiu - mówię mu kiedyś - jaka to szkoda, żeśmy na świat nie przyszli oba tak ze sto lat wcześniej, bylibyśmy może razem i poza buczki wyskoczyli. Możebyśmy, co prawda i razem kiedy zawiśli za żebro na haku, jak Janosik, ale zawsze szkoda.

- O hej! - rzecze śmiejąc się Jan, któremu aż się oczy zaiskrzyły i potarł nos rękawem bez żadnych naglących powodów, ale tak sobie, z przyzwyczajenia".

Z Sabałą starym uchodził dawny czas, ciemny, brudny, biedny - z Chałubińskim przychodził czas nowy, nowe życie dla Zakopanego - nowe, czasem lepsze, czasem jednak gorsze... A dziś wszystko już dawności, choć naturalnie to, co od Chałubińskiego się wzięło, ma swój dalszy ciąg, trwający po dzień dzisiejszy, a to, co Sabałowe, jest już dalekim, zastygłym mrokiem przeszłości, mrokiem przedelektrycznym i przedkolejowym.:)...

Mówią, by nie chwalić dnia przed zachodem. Słusznie, bo póki dzień się nie skończył, stać się może wszystko. Chwalić można to, co już minione. Chwali się coś, co już właściwie nie istnieje. Czas, którego już nie ma. A jeszcze gdy to czas, w którym w ogóle nie uczestniczyliśmy? A - to dopiero były czasy! Z jaką rozkoszą człowiek wtapia się w baśń, bez tych wszystkich wysiłków, o które upomina się nasze tu i teraz...

Sabała, Sabała - z czasu, w którym mnie nie było, w który jednak lubię się wtapiać. Wtapiać się w przeszłość, w stare poezje, w duchy, we własne szczeniactwo także... Przeszłość to tygiel, gdzie potrafią sąsiadować ze sobą postaci w rzeczywistości odległe - ale przeszłość to sen, co ma swoje prawa.

Patrzę na Sabałę z fotografii z rodzinnego albumu Witkiewiczów. Radość sprzed ponad wieku, beztroska, śmiech, nawet na ustach surowej ciotki Mery, i mały Witkacy, chrześniak Sabały, cały uradowany. Niepiśmienny filozof i artysta rżnie na złóbcoku jakąś melodyjkę, albo muzyczkę bez melodii... Długowłosy, brudny, właściwie ciemnoskóry. Ta twarz to wolność, brud, wiatr, mróz... Niehigieniczna zewnętrzność, higieniczne wnętrze. Zmitologizowany, zheroizowany łazęga, bitnik, polowacz, powiadali też, że zbójnik, czemu Sabała nie zaprzeczał, bo próżny był, jak każda artystyczna dusza... Robota? Pan Jan nie lubił jej, choć czasem brał się do kosy czy siekiery. Ale źle mu nie było, bo babę miał robotną, i dzieci także... Sam rwał się na górską swobodę, na łowy, na bijatykę, na sen byle gdzie, na gorzałę, i na dobre, męskie towarzycho, bo ponoć bab nie poważał, przez co też i nie palił się do wulgarności. Filozoficznie usposobiony dziad, ponoć uczestnik chochołowskiej wojenki, raczej poganin - aż dziw, że Stolarczyk potężny dał mu być chrzestnym małego Witkiewicza - bo przecież Jan był pogańskim pijokiem, a ksiądz Józef Stolarczyk wierzył, że złe cechy chrzestnych na chrześniaków lubią się przenosić. (Było to widowisko - chrzczone dziecię szło na własnych nóżkach - obok wielkiej Modrzejewskiej i Sabały - pamiątki po dzikich czasach...)

Tatry - trochę umęczone góry, umęczone lasy - ach, jak to musiało być pysznie, gdy całą zakopiańską dolinę porastał czarny smrekowy las! Las pożarł kiedyś przemysł, pożarły i inne ludzkie potrzeby. Wydzierano z gór życie, tak że cud, iż przetrwało ono do dziś... Ale miały też Tatry i swoją pustynność, rozdeptaną dziś przez turystów... Jakież musiało być piękne i nastrojowe to bezprogramowe, odkrywcze wędrowanie Chałubińskiego... Piękno, baśnie, majaczenia... Zjawy i tęsknoty biedoty spod górskich ścian. Bo ileż tam biedna wyobraźnia ludzka ulokowała skarbów... (Swoją drogą coś z usychającego dziada w nas w ogóle pozostało, ponadregionalnie, skoro umiemy śnić o złotych pociągach w tajemniczych tunelach pohitlerowskich - ciągle te same myślowe mechanizmy). I jedyna w swoim rodzaju scenografia, na którą patrzył wielki ludzki, polski gwiazdozbiór kulturalny. Horda talentów i legend... Na te same kształty skalne patrzyli, przeglądali się w lustrach tych samych stawów, pozamieniali się w nieśmiertelne duchy na tej niebezpiecznej wielkiej - maleńkiej przestrzeni... Pisarze, kompozytorzy, malarze, marzyciele, wrażliwcy...

W dziejach Tatr i Zakopanego nie ma drugiej postaci, która by odegrała tak ważną i wielostronną rolę jak Chałubiński. "Nie ma - jak powiadał Stanisław Witkiewicz - w Zakopanem takiej dobrej sprawy, która by nie była przez niego zapoczątkowana lub przeprowadzona". Nawet i słowo "taternik" od niego się bierze... Jeden z tatrzańskich Kolumbów, za którymi przyszło inne życie, z plusami i minusami... Pokochał Chałubiński Tatry, przegnał spod nich cholerę, stał się ich legendą, dobroczyńcą... Ładny facet był z niego. W rysach szlachetny i przyjacielski... Pokochał i tego starego Jasia, któremu tak się poszczęściło, że kulturalni panowie porwali go w nieśmiertelność... Ładnie o tym pisał Jalu Kurek w swych prawdach i zmyśleniach tatrzańskich, ładnie i wzruszająco pisał o nieuchronnych zmianach, o przemijaniu, dając nam pożywki dla tęsknot... Magia chwil - na czym polega? Na tym, że już lepiej być nie może, że nie może być doskonalej... Wszystko jednak mija... Ale pozostaje dość, by było za co życie chwalić. Piękno, fascynacje, przyjaźń, dobre lekcje, z którymi łatwiej iść w nieznane...

Tamta przyjaźń skamieniała aż w pomniku - pan Tytus już na zawsze jest z Sabałą. A z nieśmiertelnymi lecą słowa, dobre i dla nas. Krzepiące.

"Niek śpiom, Ik Miełoś. Mus nom umiyrać, ale zaś ni ma o cym godać. Myśliskie prawo krótkie, nie przezyjemy Giewontu, ba ón nos syćkik pochowo. Coby sie ino nie turbować, jo tak myślem. Lepiy sie ciesyć, jako markocić. Cłowiekowi we smutke w nuku to nijak zyć, jako niedźwiedziowi w kulkom w brzuku".

Lubię umykać i w góry, i w słowa o górach, o górach i ich ludziach... W nuty, w których pobrzmiewają dawne życia, życia smolarzy, drwali, węglarzy, pastuchów, hamerników, hawiarzy, zbójników, szumnych chłopów... Ugładzony przez przemijanie czas, inny, baśniowy... W nutach też jest i coś, co nam się przydać może... Mądry był ten Jasiek Mateja, co go wywołał Stanisław Nędza - Kubiniec - po matce z krwi Sabałowej - nie lada literacki talent... Paweł Gąsienica, tak jakoś zbałamucony duchem swej baby, miał za zbójnicki grosz wystawić kapliczkę - tak, tę koło starego kościółka. Dla klechy - wiadomo - każdy grosz, nawet z rozboju, słodko pachnie, i z rozgrzeszającym zaklęciem łyknie go jak kaczka kluchę. A grosz apetyt rodzi kleszy, więc się o więcej interesant nabożny upomnieć umie: - Wyjmij spod buka coś tam schował, a przynieś tu i połóż na ołtarzu. - A na to ów Mateja: - Cegos kces, bezero, ode mnie? Co ci wadzem? Jak ci trza dutków abo twojemu Panu Bogu, to se som idź po nie na Luptów. Bedzies widzioł, cy ci leko przydom. Opajęcyliście starego Gąsienice, to se go dójcie jak wycielonke, a jo mom was w rzyci na samym dnie. Haj!

Nawracacze nie mieli łatwo pod Tatrami. Tam Bóg - twardy gazda - na nie mniej twardego gazdę trafił...

Zawsze warto iść do góry, w góry... Także w słowach. W nich bowiem legendy, duchy, co też z góry patrzą... Tu, u nas, dziś, na dole gorszący jubel... Chce się uciekać. W prawdy i bajki zmieszane razem. Choćby w góralską malowniczość... Kubiniec - Kurek. Fajnie się uzupełniają... Kubieniec idzie gdzieś tam w czasy królewskie, Jagiellonowe, by dotrzeć do młodych lat Sabały. Kurek zaś przyłapuje Sabałę w 1848, tuż po straszliwościach galicyjskich, i idzie z nim w nowe legendy... Przyjezdni i miejscowi - Chałubiński, Witkiewicz, Modrzejewska, ksiądz Stolarczyk, Klimek Bachleda, Bartuś Obrochta, itd, itd... Nie wszystko tam prawdziwe, ale to nie ma znaczenia... Bo jest serce, czułość, zachwyt... Piękni ludzie w trudach życia. Warto do nich zajrzeć, przypomnieć sobie...

Stanisław Nędza - Kubiniec

"Sabałowe czasy"

Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1959.

*****

Jalu Kurek

"Księga Tatr"

ISKRY, Warszawa 1972.

Flaszko!

kiljan.halldorsson

Droga, cudna...

Tak za bardzo pisać się nie chce. Blog przygasa... Bo albo nie mam czasu, to znów nie chcę mieć czasu. I chęci dodatkowo...

No, ale niech jeszcze blog pożyje... Nie było chyba dość dawno muzyczki, śpiewu... Zatem śpiew, taki okołotrunkowy... Już kiedyś było - chór męski wtedy, przy okazji przybliżania sylwetki Eggerta Ólafssona...

Różnych rzeczy człowiek się dowiaduje. Wczoraj na przykład usłyszałem, że Prezes Polski, Prezes Tysiąclecia ustanowił nowy symbol nienawiści  - białą różę... Muszę się dzisiaj napić, nie chcę, ale muszę się napić. Jak ten przyjemniaczek z obrazka... W sam raz pod pieśń...

Przywołujemy Islandię, w pijacko miłosnym urywku, ratunkowo, w głosie tym razem żeńskim:))

© Kiljan Halldórsson
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci