Menu

Kiljan Halldórsson

BRUDNO W PIS Y -ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA

Cicha przyjaciółka

kiljan.halldorsson

 Marzec już... Czas leci, męczy, trudzi, i nawet nie ma kiedy poblogować... :-) Ostatnio najczęściej bywam poirytowany, a nawet wściekły. Ot tak - bo natłok obowiązków, bo ciągle jakieś pieprzone drobiazgi, które uprzykrzają życie - o rety - to się coś urwie, to chałupę zaleje, to się ludzie nie sprawdzają - bo coś obiecują, a potem zawodzą... I dnia przybywa, choć - do licha - nie ma jak noc, litościwie ciemna, i spokojna...

Sny są takie jednak miłe. No, wprawdzie bywają koszmary, lecz mam wrażenie, że jawa ma w ofercie o wiele większy zestaw tychże. I większą przyjemność mam, gdy spływa mrok wieczorny... Zresztą - wieczory i noce to nie tylko sen - wszak przecież wyrko to i miłosne przytulanki, szeptanki, fontanny szampańskie naszych własnych soków... Życie staje się znośne... No a sen? Sen... Słodki sen. Dobrze, dobrze rozumiem Tomasza Manna, co wszystkie swe łóżka życia miał w serdecznej pamięci... O, sam Tomasz Mann mi się niedawno przyśnił. Bardzo byłem zdziwiony, oszołomiony po przebudzeniu. Magia snu. Zmarli, co przychodzą nad ranem, nawet ci, których za życia nie dane było człowiekowi spotkać. Na boga, to naprawdę była Kalifornia, i to był on... Ale to temat może na inną notkę...

A dziś... Poetycko może, norwesko... O przyjaźni z nocą... O jej - jak ja lubię wierszydełka, literackie marnostki, literackie wcześniactwo... Gabriel Scott (1874 - 1958)... Scott to tak na cześć Waltera Scotta - bo jeszcze do tego dochodził pominięty artystycznie banalny Jensen. Gabriel, urodzony w Szkocji syn pastora. Związany z norweskim południem, początkowo z Høvåg, gdzie tato jego pełnił duszpasterską posługę, a potem z wyspą Tromøya, tą samą, na której trochę później dorastał Knausgård, ta literacka osobliwość, co potrafi być zajmująca nawet opowiadając o chodzeniu do kibla... Gabriel Scott - wiara, skromność i cierpliwość w zmaganiu się z przeciwnościami losu. No i przyroda. W takich hasłach można ująć twórczość tego mechanika - bo nim był pisarz z zawodu wyuczonego... Mechanik uparł się, by być pisarzem. I nim został, mając nawet znaczne osiągnięcia jako m. in. twórca literatury dla dzieci ("Trip, trapp, træsko"). A zaczął od poezji i opowiadanek, bez jakichś wielkich artystycznych wartości. Grzebiąc niedawno w arendalskich archiwach natknąłem się na dziewiętnastowieczne początki Scotta... O, jak to same rzeczy umieją do człowieka dotrzeć... Ja też tak lubię noc... To taka codzienna przecież odmiana, mniej się od dnia nudzi, tyle w niej odświeżenia... Droga nocy, cicha przyjaciółko... :) Uspokajające ciemności, przymilne kołdry i poduchy.:)

Gabriel Scott

"Do mej cichej przyjaciółki"

Kocham cię, nocy, gdy na świat rzucasz

swój welon gęsty i ciemny.

Kocham cię, nocy, gdy po dnia trudach

spokój mi zsyłasz senny.

Kocham cię, nocy, gdy mi pić dajesz

ze swej czary zapomnienia...

Cicha przyjaciółko moja,

jakże się czas przy tobie odmienia.

                            przełożył z norweskiego Kiljan Halldórsson

Brott och brott

kiljan.halldorsson

Życie, życie... Nawet jak lata upłyną, człowiek nie bardzo umie się do tego ustosunkować... Jakaś osobliwa kupa gluta, wydzielina, łonowa wypluwka, dygocząca, skazana naturalnie na wyschnięcie, zwykle pod zwyczajowym krzyżykiem... Po co? Na co?... Co to jest? Poczucia w galaretowatości, pasmo dyskomfortów... Szukanie pozytywnych braków, braku niewygód... Trudna sztuka... Ale co, gdyby nastąpił tryumf absolutny pozytywnych braków?... Nie, to już nieżycie, coś całkiem odwrotnego a niewyobrażalnego... Denis Diderot... Jak to prawił Kubuś Fatalista o ludziach... "Od rana do wieczora wyklinają to życie, a nie mogą się zdobyć, aby je porzucić! Czyżby to znaczyło, iż, razem wziąwszy, życie nie jest takie złe, lub może obawiają się trafić na coś gorszego?"

Liczą na coś lepszego, lecz nic nie wiedzą! Sen? Być może. Hamletowskie roztrząsania. Sen może lepszy? Czasem dni są jak zły sen, aż człowiek myśli - byle tylko dotrwać do nocy, gdzie już kolega śmierci włada... Noce bywają tak uspokajająco beztreściwe... Sen - głęboki i pusty... Oby tak było!

Nadzieje... Cmentarne spokoje. Zalesione znakami naszej tragicznej sytuacji, bezwyjściowej... Nad mieszkaniem nieboszczyka krzyż, na powietrzu. Pod nim już nic się nie rusza i nie skarży...

"O crux! Ave spes unica!" Na alei cyprysowej cmentarza Montparnasse w Paryżu. Spacerujący tam Strindberg odczytywał napisy nagrobne i zaplanował sobie, że sam coś takiego będzie miał na swojej mogile, co też się i stało. Wzniesiono mu ponury krzyż smołowany z takim napisem właśnie... Bądź pozdrowiony krzyżu, nasza jedyna nadziejo... Odczytuję to najdosłowniej - może gdy ta symboliczna ohyda znajdzie się wbita w ziemię dwa metry nad nami, przyjdzie spokój? Może...

Poinfernalny Strindberg wpada w wir problematyki winy i kary... Sięga w niedaleką przeszłość i barwi papier mściwymi literami... Można przy tej okazji wywołać znów ducha, który w tym roku będzie mógł się cieszyć rocznicową krągłością... W czerwcu miną 150 urodziny Dagny Juel, o której Strindberg nie wyrażał się najprzychylniej... (zachlana zdzira, gad, padlina)... Coś musiało być na rzeczy, coś porwało go w tej kobiecie, ba - porwała go jak trąba powietrzna, o której wspomina pisząc w sztuce "Brott och brott" na temat Henrietty... Przypasował mu temat - mógł jednocześnie zastanowić się nad zawiłościami pełnego zbrodni życia, a także załatwić swoją osobistą sprawę z Dagny...

Dagny nie zajmuje wiele miejsca w twórczości Augusta Strindberga - jej postać bardziej obecna jest w rozplotkowanych listach, w których odczytać można, jak to pisarz, jakoś tam urażony, planuje akcję, by oddać Dagny pod nadzór policyjny jako ulicznicę... Pisał do Bengta Lidforssa: "Podłóż pod to ścierwo torpedę, by wyleciała w powietrze. Gdyby mnie to interesowało, pozwoliłbym policji potraktować ją jak prostytutkę któregoś ciemnego wieczora, kiedy się puszcza. To stara dobra zemsta." Naturalnie nic takiego się nie stało, ale Strindberg postanowił nieco dokuczyć pisząc swoją "komedię" w aktach czterech o zbrodniach i zbrodniach... Nieszczęście wisi tam w powietrzu od samego początku, od sceny cmentarnej, od pozdrowień dla krzyża i samobójczej zapowiedzi Jeanne... W "Zbrodniach i zbrodniach" odnaleźć można kółeczko berlińskie: Maurycy - Przybyszewski, Henrietta - Dagny Juel, Adolf - Munch, Jeanne - coś jakby "bandycka kochanka" Marta... Jest trochę inaczej niż w było w rzeczywistości, ale ta rzecz o budowaniu szczęścia na ruinach cudzego życia, na cudzym nieszczęściu, a nawet śmierci, za całkiem przejrzystym woalem ukazuje, co trzeba... Przybyszewski - pisarz Maurycy, żyjący w nieformalnym związku z Jeanne, daje się porwać rzeźbiarce Henrietcie (Dagny), która porzuca dla niego Adolfa, co to chciał za wszelką cenę chronić Henriettę... I zaczynają się kłopoty. Maurycy odnosi sukces, jest więc świetnym lepem. Szczęście to jednak - powiada Strindberg - ziarno, z którego wyrasta nieszczęście. Cieniem staje się śmierć Marion - córeczki Maurycego z nieformalnego związku, śmierć tej, o której gruchająca do siebie parka upojona sukcesem mówi jak o przeszkodzie... Maurycy staje się podejrzanym i ląduje nawet w więzieniu, zaś Henriettę Agent traktuje jak dziwkę, chce ją zarejestrować i sprawować nad nią nadzór... Henrietta z dobrego domu - paryską kurwą.

W Henrietcie rozpoznano Dagny, a właściwie wyobrażenia Strindberga na jej temat. Ale też i trochę prawdy. Bo Dagny, podobnie jak Henrietta, wyrwała się w świat z dobrego domu, by zakosztować życia, by użyć życia, intensywnie... I wpadła w rzeczywistość takich, nie innych przypadków... Musiała też ta "berlińska Aspazja" zmierzyć się z cieniem śmierci, jaki zawisł nad jej związkiem z Przybyszewskim (samobójstwo Marty Foerder - przykra sprawa, z powodu której mąż Dagny trafił do aresztu, podobnie jak Maurycy ze sztuki z powodu śmierci małej Marion)...

Strindberg wykorzystał te przygody berlińskie, by opowiedzieć, jakimi to zbrodniarzami bywamy... Nie musimy nawet kłuć, strzelać, bić - a możemy czuć się jak przestępcy. Popełniamy zbrodnie, o których nie mówi żaden karny kodeks, ale stajemy przed najokrutniejszym trybunałem - własnym sumieniem... W końcu zbiera się sąd, i skazuje...

W prawdziwej Dagny zalągł się lęk. Opowiada nam o tym. Nie o wydarzeniach, ale o odczuciach, odczuciach kobiety, jakie zawładnęły jej sercem po śmierci rywalki ("Når solen går ned")

Cenę za skorzystanie z uroków życia zapłaciła wysoką... Trzy okresy w życiu kobiety. Obraz Muncha z 1894 roku. Ta na środku to ona, to jej rysy - goła, szczęśliwa, odprężona zabawnisia... Jakby wróżba, bo dalej jest ponuro... Dalej, w życiu, były mordercza słabość mężczyzny, Kraków nieszczęsny, ręka Wyspiańskiego, który już w niej sportretował w przepiękny sposób troskę, zmęczenie i złe przeczucia...

Strach, przerażenie... To dość typowe dla Dagny, dla jej twórczości... Czasem człowiek lubi się poekscytować niepewnością przyszłości - patrzy w nią jak w horror na ekranie, nie bardzo wierząc w napotkane wizje... Jest gorąco i dreszczowo, ale jeszcze człowieka nie zatyka, jeszcze działa w jakiejś swobodzie i nadziei... Złe bóle, czarne sieci, w których grzęzną sny...

Sztorm w mój dom uderza

wyrywa z trzaskiem drzwi

i widzę - w progu stoi lęk -

szary, bezlitosny, zły...

Stoję bezbronna, gdzie mój miecz -

odrąbać straszną głowę precz!

Mściwy księżyc skrada się pod dom,

nocą uchyla drzwi

i cichcem wchodzi doń:

w mroku widzę wyciągniętą dłoń

długą, martwą - o, nie!

Nie uścisnę jej!

Gdy słońce na niebiosach krzyczy

w dzień i rzuca złocisty grosz

w mój dom,

otwierają się szeroko drzwi

i paszcza potwora patrzy na mnie w nich!

Tak to się lęk trzepotał w duszy Dagny. W uwodzicielce, w kusicielce, której przypadek zesłał mężczyzn, co o jej losie zdecydowali... Czego uniknęła? Jakie jeszcze mroki życie miało w zanadrzu?...

Złe słowa, myśli lekkie, nasze zbrodnie niekoniecznie karalne, przypadki, spełnione złe życzenia, sny...

*

Przypadek to rzadko coś innego niż samo życie... Ładne zdania o przypadkach wpadły mi kiedyś w oko:

"Przypadki istnieją po to, by mamić ludzi lub sprawiać im radość. Są niczym deszcz, który pada zarówno na niesprawiedliwych, jak i prawych. Mogą służyć dobru, mogą i złu. To one kształtują tak zwane ludzkie losy, w większym lub mniejszym stopniu. Kiełkują z niczego; niespodziewane, dziwne i niewyjaśnione."

                                                             Arnaldur Indriðason, "Hipotermia"

Gísli Halldórsson

kiljan.halldorsson

Skończyłby dziś 90 lat... Skończyłby, ale niestety aż tak długo nie dane mu było pożyć... Gísli Halldórsson, aktor i teatralny reżyser, którego zawsze tak miło wspominam. Jedna z najważniejszych twarzy islandzkiego kina lat dziewięćdziesiątych, tych lat, kiedy jeszcze kochałem kino i gdy jeszcze tyle było we mnie złudzeń i ekscytacji tym całym życiem...

Gísli zaczął karierę w początkach lat pięćdziesiątych - uczył się aktorskiego fachu pod okiem Lárusa Pálssona (1914 - 1968), znaczącej postaci w Leikfélag Reykjavíkur, której plany kariery aktorskiej w Kopenhadze pokrzyżowała wojna. (Lárus znalazł się w 1940 roku w przeszło dwustuosobowej grupie Islandczyków uwięzionych przez wojnę w kontynentalnej Europie, których w niezwykłych okolicznościach ewakuowano na stateczku "Esja" z fińskiego jeszcze wtedy Petsamo - niesamowita musiała być to przygoda - ucieczka na daleką północ, potem rejs wśród żywiołów - przez morze jesienne i wojnę;  ponoć na pokładzie ciasnym atmosfera była bardzo artystyczna...) Lárus dopłynął szczęśliwie do Reykjaviku, a po jakimś czasie zajął się dzisiejszym jubilatem...

Czasem na rozgłos czeka się długo. Gísli przez całe lata związany z teatralnymi deskami Reykjaviku, w świat kina wszedł dopiero w latach osiemdziesiątych, bo i wtedy tamtejsze kino zaczęło właściwie swój poważny żywot, szybko wspinając się na artystyczne wyżyny. Przełomem był rok 1991 i nominowany do Oscara obraz Friðrika Þóra Friðrikssona "Börn náttúrunnar" (Dzieci natury) i rola starego Þorgeira. Uroczy to był film, o którym tu kiedyś wspominałem (Ars moriendi)... Film o starości, o niezależności do końca, o powrocie do młodości, do tej pierwszej miłości, co okazała się być też i tą ostatnią, po grobową deskę... I tak po sześćdziesiątce Gíslego zauważył świat...

Jak myślę o tamtych latach i o tamtym kinie, to Gísli jest pierwszy... Zagrał jeszcze w kilku filmach, u Friðrika ("Djöflaeyjan" według przezabawnej prozy Einara Kárasona o tym, jak to do Islandii przybyła Ameryka; "Á köldum klaka" - o podróży "do miejsc, których nie ma na mapie"), a także u innych twórców (m. in.: "Sigla himinfley" - jak lubię, gdy śpiewa "Ég veit þú kemur í kvöld til mín"...) Ostatni raz pojawił się na ekranie w roku swej śmierci (1998), w obrazie "Dansinn" (reż. Aúgúst Guðmundsson) będącym ekranizacją opowiadania świetnego pisarza farerskiego Williama Heinesena...

Jedna z twarzy moich drogich lat dziewięćdziesiątych... Ludzka, prawdziwa, taka trochę farmerska i rybacka... Ze znikającego w coraz szybszym tempie świata... Było coś ujmującego i jednocześnie tajemniczego w tej postaci. Szczególnie w oczach, w których kryła się mądrość i znajomość wielu tajemniczych spraw, w jakie obfituje przecież kraina duchów i elfów...

Na ozdobę dzisiejszego wpisu będzie trochę muzyki ze słynnego obrazu "Dzieci natury"... Hilmar Örn Hilmarsson. "Suðurgata"... Taka ulica w Reykjaviku. Klimatyczna bardzo w swym odcinku przycmentarnym - droga między życiem a śmiercią - z jednej strony miasteczko umarłych, z drugiej miasteczko żywych: domeczki nad malowniczym stawem, z kościelną wieżą w tle...

Drogi Gísli - pamiętam...

Karzeł

kiljan.halldorsson

W czasach karłów coś o karle. O karle spod skandynawskiego pióra i...

Pär Lagerkvist wybrał scenerię w renesansowej Italii. Doskonałe miejsce i doskonały czas - piekielna pigułka, co pokazuje, w jakiej zadziwiającej symbiozie żyło sobie zło i piękno. Italskie dzieje tamtych czasów to przecież historia podstępów i gwałtów, skrytobójczych postępków i pojednawczej obłudy - to czas nieustannej wojny wszystkich ze wszystkimi, z jakże bujną, kwitnącą kulturą w tle.

Zatem karzełek italski, taki inny trochę, specjalny, nie żaden piskliwy żartowniś, żadna zabawka, tylko ponura samotnicza kreatura z poddasza, zło i nienawiść stłoczone w niewielkich rozmiarach, ale o ogromnych wpływach... Karzeł mieszka na dworze książęcym, gdzie roi się od ludzi. Głównie to postaci godne pogardy albo zgoła nienawiści i poczucia wstrętu... Karzeł jest sam - życie raczej go brzydzi - nie potrzebuje kobiet, nie musi się mnożyć, bo zwykli ludzie sami sobie dają radę w dostarczaniu światu karłów, wyręczają go - o swój ród może być spokojny... Tylko książę - nie do końca zrozumiały - zaciekawia. A miłość? - Kiedyś lubieżna księżna go o nią zapytała... - Pokochałbym tylko mężczyznę! - Mężczyznę? Kogo? Może Boccarossę? - Karzeł się aż zaczerwienił. Jego zła maleńkość właśnie wojowniczą męską potęgę miała na myśli, dla której liczyły się jedynie dochodowe uległości względem najdzikszych zachcianek wojowniczych tyranów.

Świat to bajoro, choć wykwitają zeń bajeczne kwiaty filozoficznych i artystycznych dążeń. Człowiek chce sięgać gwiazd, odkrywać tajemnice, zgłębiać zagadkowość człowieka - mistrz Bernardo jako żywo przypomina Leonarda... Musi minąć jednak trochę czasu, zanim wcześniej upokorzony artystycznymi upodobaniami uczonego gościa karzeł nabierze dlań szacunku i podziwu - stanie się to wtedy, gdy odkryje, jak myśliciel oddaje się projektowaniu najwymyślniejszych wojennych machin.

Ludzie głównie się bawią... Tylko ponury karzeł się nie bawi. On jest, jak przyczajona gdzieś burzowa chmura. Zabawa, zabawa - bezmyślne zajmowanie się - niczym. Dziwny sposób obcowania z rzeczami i sprawami "na niby". Nie bierze się ich takimi, jakimi są, poważnie, tylko "udaje się". Astrologowie igrają z gwiazdami, książę igra ze swymi budowlami, kościołami, scenami ukrzyżowania i dzwonnicami, Angelika bawi się lalkami - wszyscy bawią się, wszyscy udają. Tylko ja gardzę udawaniem - powiada o sobie karzeł. - Tylko ja jestem.

Karzeł jest, jest w świecie niedorzecznym. Tyle bzdurnych powikłań w ludzkich głowach. A wszystko przecież takie proste. Tak prosto złe. "Jakżeż wyglądałoby życie, gdyby nie było niedorzeczne. Niedorzeczność jest wszak samym fundamentem, na którym ono spoczywa. Na jakiejż innej podstawie można by je było zbudować, trwałej podstawie, która nigdy by się nie ugięła. Wielka idea może być podkopana inną wielką ideą, a potem nią rozsadzona, obalona. Ale niedorzeczność jest niedosięgalna, niezniszczalna, niezachwiana. To prawdziwy fundament i dlatego też ją wybrano za podstawę. Że też trzeba się tyle namedytować, żeby to zrozumieć. Ja to wiem sam z siebie. To mój żywioł - wiedzieć...

Co za radość, gdy przychodzi wojna... Małe zło jest w swym piekielnym niebie. Skacze w radosnej wściekłości, choć nie we wszystkim może uczestniczyć, bo brak mu przecież sprawności i wielkości... Może się jednak rzucić na jakąś bezbronność. Ale może też być użyteczny w grach podstępnych... Pokój, który nadszedł, był tylko obłudnym pojednaniem. W ruch poszła trucizna, którą i swoje sprawy załatwiał, z księżną i jej kochankiem...

Złe maleństwo puściło w ruch lawinę zła, w czym dopomogły mu okoliczności - kryzys, zaraza... Zło i nieszczęście w pełnej krasie, choć niezmiernie obrzydliwe - bo przecież życie jest obrzydliwe.

Ludzie mówią, że cierpienie to kara boża za wielkie ludzkie grzechy. Powiadają, że trzeba się ugiąć... I ja jestem skłonny uważać to za karę. Ale nie wiem, czy to ich Bóg tak ludzi chłoszcze. Równie dobrze może to być jakaś inna, bardziej ponura siła...

"Siedzę czasem na górze, w moim karlim okienku, i patrzę na miasto."

Ach - księżna, pośród ogólnej katastrofy, po śmierci kochanka, wpada w wyuzdaną religijność, w eksces rodem z chlewa... Obłąkanie wreszcie daje wyraz głęboki a zagadkowy, uduchowiony, dla artystycznego świątka, obrazka świętego. Obita, skatowana przez karła, stanie się czczoną świętą... Ponura to siła, co pcha naprzód dochodowy religijny interes...

"Kiedy ludzie wierzący mają wybierać między tym, co nie jest prawdą, a tym, co jest prawdą, wybierają zawsze to, co nie jest prawdą. Kłamstwo jest o wiele bardziej nastrojowe i osobliwsze niż prawda i dlatego je wolą."

Ot - zbawca, siła napędowa twórczego szaleństwa. Sam jeden, sobie wystarczający, czysta nienawiść, zły pokurcz, który żyje wyłącznie swym karlim życiem... Czasem pan wtrąca go do lochu, ale tylko po to, by znów go uwolnić...

"Zauważyłem, że czasami wzbudzam w ludziach lęk. Ale boją się samych siebie. Sądzą, że ja ich przerażam, czyni to jednak karzeł kryjący się w nich, człekopodobna istota o małpiej twarzy, wystawiająca głowę z głębi ich duszy. Ogarnia ich strach, bo nie wiedzą, że mają w sobie inną istotę."

Karzeł wie, że suweren i tak odepnie mu z rąk kajdany... Jest spokojny i cierpliwy. Bo czas płynąć musi, a z jego nurtem zdążać musi nienawiść, co tworzy historię państw, społeczeństw...

***

Czasem mam wrażenie, że widuję takiego karła... Paskudne odbicie naszych wnętrz... Oto - do cholery - my... Suweren zszedł do lochu i zdjął kłódki? Ten, co wszystko wie, śmieje się zgniło małpią twarzą... Nędzny i zły - a jak zły, to świetnie wie, o co biega... Zatem czas karła? Będzie się coraz bardziej srożył, jeśli zanadto uwierzymy w los... Tam więcej losu, gdzie mało rozumu i aktywności. Skoro tło italskie się zjawiło, niech będzie i Machiavelli, co mówił, iż potęga losu ujawnia się tam, gdzie nie ma zorganizowanej siły oporu; tam kieruje on swe ataki, gdzie wie, że dla powstrzymania go nie zbudowano grobel ani tam. Szansę mają silni i zdecydowani - losowi ulegają bezwolnie słabi. Dotyczy to zarówno jednostek, ale też i całych grup ludzkich i państw. Pomyślny rozwój jest dla tych, co aktywnie troszczą się o swój byt i o swoją przyszłość... Trzeba więc pomyśleć, czy warto wypuszczać z podziemi i strychów naszą własną małpiarnię... Lekkomyślnie, krótkowzrocznie... Los to ponura siła...

***

Pär Lagerkvist

"Karzeł"

Itaka, Poznań 1993

Ze złego

kiljan.halldorsson

Się wlecze - styczeń... Choć są sprawy, co pędzą, na łeb, na szyję, donikąd...

Czasem zniechęcenie bywa zabawne. Zdarzają się dni, kiedy nie chce mi się nic... Kiedy od rana niepokoje. Bo na przykład pies na mnie nie ujada. Bo jak wstaję, to zwykle ujada. Bo jak się nie drze, to znaczy, że mu coś dolega... Zasrana starość, co to nie radość... Lubię, żeby wszystko było w porządku... Coraz mniej bawią mnie zmiany, bo to i przecież w pewnym momencie wszystko musi się już zaczynać zmieniać na gorsze...

- Jezu, niech się ten dzień już skończy - jęknąłem raz siedząc na wyrku, w porannym rozczochraniu, całkiem jeszcze bieliźniany...

- Przecież ledwo zaczęło świtać, zlituj się, Miśku! - To rozradowany Franek w łóżkowych bebechach. - Ubaw od świtu. Aż zwariować można...

- Kto z Misiem wojuje, od Misia wariuje.

Zmiany, zmiany. Zawsze jakieś. A tu jeszcze na dodatek "dobra zmiana", co prze do przodu z posępną gwałtownością, i nawet z dyplomatyczną odwagą, nawiązując śmiałe relacje z nieistniejącymi krajami, sama na krawędzi rzeczywistości, cała w pojęciowych odwrotnościach - niby gada po naszemu, a zrozumieć jej nie sposób. W biegu donikąd, w nicość, ze wzdęciem godnościowym słabeusza, który absolutnie robi wszystko, by stać się w swej grotesce tworkiem niepotrzebnym... Aż nas w końcu pożre jakaś żaba zielona, i ani nie beknie, a choćby i jej się odbiło, nikt się tym nie przejmie.

Nie, oczywiście nic takiego nie musi nastąpić... Może to tylko taki poślizg? W każdym razie teraz trwają ochocze demolki, plucia i defekacje na ładnych do niedawna posadzkach. I co? Zatkało kakało? Radocha pyszna, jaką można mieć tylko w poczuciu bezkarności... Gówniarze, wszędzie... Gówinarze zmianowi, gówniarze w opozycji... Pisakownica - wiadereczka, łopateczki... Tylko - o rety! - kto to zrobił, kto to zrobił?? - kto Jarkowi dał sztychówę, co za grabarz jeden?? ---- Sztychówka - dobra rzecz - wbija się w grunt jak w masło, można dłubać pułapki albo i ciąć po łbach... Niebezpieczna rzecz w gówniarskiej piaskownicy, w rękach pulchnych purchaweczki, mamusisynusia na wieki wieków, co złego od dobrego nie odróżnia... Aaaaa! Jedno wielkie a, prefiksowe... Aaaaa - amoralność, anormalność, arozumność...

No tak - ale przecież złe zawsze górą... Tak patrzeć trzeba - to mniej kłopotliwe. Po co głowę łamać nad czymś, co nie takie znowu warte tych całych troskliwych pochyłów... Człowiek pochylony zawsze się bardziej wystawia na niebezpieczeństwo - jest bowiem w co kopać, z chichotem...

Dobre to taki negatywek, co się snuje, bruździ, psuje, przeszkadza... Człowiek, któremu dobre uczynki się zdarzają, to wie. Sumienie nawet może pogryźć, kara za takie wyskoki dobroci jest nieuchronna...

Złe to grunt. Cuchnący, wyziewny, ale i żyzny, skłonny dawać pożywkę i dobremu, i pięknemu... Jak to mówi Leverkühn do Serenusa: Świat materialny, ta wroga tobie niesamowitość struktury świata, jest niewątpliwie warunkiem moralności, która bez niego nie miałaby żadnego gruntu, i może właśnie dobro należy nazwać kwiatem zła - une fleur du mal...

Obrzydliwa materia często też, jeśli już się zdobyła na świadomość, kombinuje, jak by się tu zlać we wszystko napotkane, jak pierwsza lepsza woda jakaś...

Prawda, do której ciągle zbliża się wódz malutki z drabinki plastikowej... Oj, tam, na końcu - kto wie - może po prostu seria bolesnych zastrzyków... Więc jakiś lek! A dla nas, po drodze, może jakaś nauczka. Może jeszcze będzie dobrze i przepięknie. Człowiek by tak chciał...

Póki co... Co? Grubiańskie wypieranie się prawdy, pogarda dla rozumu, kuchenne mity, mylenie degeneracji z czasem minionym... Trucizny, rozanielone chamstwo, energia wywoływana zdziczałymi fantazjami, nieprzydatność parlamentarnej dyskusji... Bajki, obłędne fikcje, czcze wymysły, które mogą nie mieć absolutnie nic wspólnego z prawdą, rozsądkiem czy nauką, stają się twórczą siłą warunkującą życie i historię i tym samym okazują się dynamiczną rzeczywistością...

Prawda ma kłopoty, gdy napotyka przemoc. Niestety...

Powyższe wyrazy to naturalnie Mann z "Doktora Faustusa"... Wielkość i piękno, które w gruncie rzeczy jest wykwitem zła, co wykiełkowało z ziarna, które na swój właściwy czas czekało wytrwale... Ponieważ Tomasz Mann chciał być zawsze jak Goethe, musiał więc i napisać swojego Fausta. Już w epoce Buddenbrooków coś na ten temat szkicował, ale musiało się wiele wydarzyć, wiele zła, by ten kulturalny kwiat mógł zaistnieć... Czekało ziarenko na katastrofy małe, intymne, na drobne łotrostwa oraz na wielkie łotrostwo i wielką katastrofę z tego wielkiego łotrostwa wyrosłą... Małe zła, wielkie zła - problematyczna niemieckość z jej furiami, zwykłe ludzkie nieszczęścia, obłędy i własne, samotne cierpienie, cierpienie niedopieszczonego homoseksualisty, w półcieniu... Piekielny zestaw, w sam raz dobry na paliwo do pięknego, piekielnego dzieła...

Zło daje dziwne owoce - smaczne i niepokojące, w którym jest przecież opis, fascynujący opis tego, co w nas ciągle siedzi - opis potwora. Opis życia... Piękna historia, wspaniały bieg - niestety po okręgu...

Zło fascynuje... To wielka pozytywna siła. Pokazywał to świetnie też Lagerkvist dając do zrozumienia, że i najświętsze świętości i najurokliwsze kulty cudodajne mają cuchnące podłoże - takie jak gnój księżnej z "Karła", sponiewieranej na przegniłej słomie swego posłania, wyuzdanej także w swej pokutniczej religijności...

 Zło też ma siłę leczniczą - jak powiada Lagerkvist w "Kacie" - To wprost okropne, jak ludzie są chciwi wszystkiego, co ma z tym związek. Gdy nocą wracam do domu koło wzgórza z szubienicą, panuje tam taki zgiełk i tajemna krzątanina, aż serce zamiera człowiekowi w piersi ze strachu. To stamtąd, co każdy wie, aptekarze, zaklinacze i inni bezbożni czarownicy dostają swój towar, za który biedacy i uciśnieni muszą płacić drogimi pieniędzmi i ciężkim potem. Mówią, że leżą tam trupy odarte aż do nagich kości, tak że wcale nie poznać, iż kiedyś za życia to byli ludzie. Cóż, sam wiem tak dobrze jak i wy, że to ma siłę i nie można się bez tego obejść, gdy przyjdzie wielka bieda, sam to zresztą wypróbowałem na sobie i na mojej babie, ale mimo to mówię: tfu! Tfu, wstyd! Nie tylko wieprze i ptaki niebieskie żywią się padliną, my też to czynimy!

Jakże obfite w rozmaite dobrodziejstwa jest nasze życie, ile wynalazków, co swe źródło mają w wojowniczych straceństwach, ile też ciągle nadziei, że poprzez wściekłość, bijatykę, upokorzenia, religijny eksces można dotrzeć choćby do rajskiego przedsionka...

Ciągle jakiś taniec wokół wisielczego pagórka. Zło musi się dziać, żeby było dobrze...

Trochę to smutne... Choć tyle, że nie mam dzieci. Zawsze to mniej wstydu...

Co to my sobie szykujemy? Co to za samotniczy fuzel się robi, i to w samej strefie zgniotu?... Ciekawe - co dobrego po tym tańcu upiorów będzie? Jestem zaciekawiony, choć i zaniepokojony, bo byłoby przecież bezpieczniej, gdyby heca działa się w jakimś San Escobar... - Co tam oni sobie robią? - takie pytanie byłoby lepsze od tego, które ciągle sobie zadaję, tu, tu: - Co my sobie tu robimy?? Czemu tak, i teraz?? Słabeuszki lekkomyślne, wkrótce może w ogóle niepotrzebne?

Patrząc wstecz

kiljan.halldorsson

Dziesiąty stycznia... Tak to się ułożyło. Rok temu. Umarł David Bowie, tuż po swoich urodzinach, tuż po ukazaniu się płyty, ostatniej, jak się okazało. Z czarną gwiazdą czarny krążek... Jedna z najlepszych jego rzeczy...

Dopiero po końcu człowiek zauważa, jak się wszystko dziwnie plecie... Cóż za wycyzelowane dzieło! Człowiek mówi tak zdziwiony, gdy patrzy wstecz... Jedność konieczności i przypadku... Taki, nie inny charakter, taki, nie inny zawód - takie, nie inne w związku z tym przypadki... Tak to się dzieje - o tym kiedyś rozprawiał Schopenhauer, o transcendentnych spekulacjach na temat zamierzenia...

Życie dziwne, sploty dziwne...

Czas znowu chyba na piosenkę... No tak, tak najprościej, piosenka, i blog żyje. Człowiek się specjalnie nie napracuje... "Velvet Goldmine"...  Z czasów Ziggy'ego. Była kiedyś bonusem do albumu "The Rise and Fall of Ziggy Stardust and the Spiders from Mars".

Zazębienia... Moja mama uwielbiała tę piosenkę. Zatem mieliśmy coś wspólnego... No i jeszcze płyta wspomniana. Okładka. Heddon Street. W tle budynek, gdzie kiedyś chyba była poczta, teraz jest bar The Living Room W1, a kiedyś, przed tym wszystkim, jeszcze przed pierwszą wojną, była Cave of the Golden Calf... Jaskinia, co była chyba pierwszym gejowskim klubem, efemeryda, przy tworzeniu której udział miała Frida Strindberg, była żona Augusta... Tak się to w życiu plecie...

Rok Davida

kiljan.halldorsson

Był to. Tak wielu uważa. Biorąc pod uwagę to niezwykłe oddziaływanie artysty zza grobu.

Elegancki Bowie. W jakiś niesłychany sposób zmówiony z mocami, które, choć ostatecznie bezlitosne, poszły na pewne ustępstwa, czyniąc ukłon sztuce, którą gwiazdor w niebywale mocny sposób otoczył swoją śmierć.

Gdy gasł, my czekaliśmy na nową płytę. Po dwóch dniach od premiery, to dźwiękowe dzieło, ostatnie, jak się okazało, nabrało jeszcze większej głębi. Także odchodząc, Bowie udowodnił, że mogą dziać się rzeczy najdziwniejsze, uznawane za niemożliwe... Czarna gwiazda, żałobna... Jeszcze ta kropka nad i - ostatnie zdjęcia, elegancja i wręcz diabelski uśmiech... Nie do wiary. Do końca zaskakujący, i w tej swojej kruchości szalenie silny... Znów zrobił coś niepowtarzalnego. Ten niepowtarzalny człowiek, który do samego końca odmieniał ten świat... Cieszę się, że mogłem go słyszeć, widzieć... Że mogę to czynić nadal...

Ciągle jestem pod wrażeniem. I chyba zawsze będę... Życie, sztuka, śmierć... Pełen widok, donośne brzmienie, a jednocześnie starannie ukryte przestrzenie prywatności... Cisza i uporządkowany hałas w jednej chwili... Klasa do samego końca...

Jeszcze muzyczny drobiazg... Coś z dawnych lat, z okolic "Diamond Dogs"... Jedna z moich najulubieńszych piosenek...

 

 

Czułe serca

kiljan.halldorsson

"Engan tók Hrefna mann eftir Kjartan. Hún lifði litla hríð síðan er hún kom norður og er það sögn manna að hún hafi sprungið af stríði".

Laxdæla opowiada... Już o tym kiedyś było, przy okazji tej sagi, o Laxardalczykach. Miłości, wściekłości, rozpacze... Jeden islandzki bloger mi tak myśl nasunął, pisząc o tym, że pewien procent ludzi trafiających do szpitali z problemami sercowymi to ofiary niezwykle silnych emocji... Takie ofiary są teraz, takie były zawsze, o czym opowiadają i stare islandzkie księgi... Nagle trach - jakby się żyć nie dało. Zdrowych ludzi nagle zabija rozpacz... Nagle. Albo trochę później. Tak jak Hrefnę z sagi, która straciła Kjartana. Nic już nie mogło naprawić tego zła. Zrozpaczone życie musiało się wymknąć, gdzieś tam... Żaden inny - tylko ten i z nim. Tu i w zaświatach. Hrefna w końcu umarła z rozpaczy, jak powiadali ludzie... Tak jak Nanna z prozaicznej Eddy - matka boskiego rozjemcy Forsetego, co po śmierci Baldra padła z rozpaczy i legła obok ciała ukochanego w ogniu jego pogrzebowego stosu...

Pomyślałem o swej babce, co po śmierci dziadka już nie chciała żyć... Energiczna i wesoła osoba nagle wpadła w ciemności smutku. Jeszcze trochę pożyła, ale bez większych chęci... Szybko umknęła w zaświaty...

Pomyślałem też o sobie, sprzed nieco ponad dziesięciu lat, o swojej rozpaczy... Może to zabrzmieć nieco komicznie, ale gdybym nie miał wtedy psów, to kto wie, czy bym się nie dał uwieść magnetyzmowi zaświatów... Ostatek sił dyktowany obowiązkowością kazał mi się każdego ranka podnosić... Zimny dreszcz mnie ogarnia, gdy sobie o tym przypomnę...

Życzyć wypada wszystkim, by ich serca nie były wystawiane na zbyt ciężkie próby... Kochajcie się, trwajcie w zdrowiu, miejcie kasę... Niech was zło omija łukiem szerokim. :)

Klucz utracony w wychodku

kiljan.halldorsson

Mroczna pora, co? Ciemności nocne spływają wcześnie, późno zaś odchodzą. Znakomity czas dla działań na rzecz "dobrej zmiany" (jakie ona ma twarze! - wśród nich nawet rozbawione oblicze pezetpeerowskiego zakapiora)!! Wyjątkowy to kraj, kraj, w którym nietoperze nie hibernują...

Święta - wydawać by się mogło, że świat normalnieje... Ciągle mam w sobie takie poczucie naiwne, że zdążamy do świąteczności, by zapaść w jakiś przyjemny stan, już na zawsze... Wszystko jednak mija - świąteczność się kończy i w jej miejsce wnika w życie coś ohydnie zdechłego... Nadchodzi styczeń - niby nowość, świeżość, pierwszy miesiąc, a ma w sobie jakąś okropną zgniliznę... Wstrętna codzienność... Poczucia wstrętu miałem kiedyś więcej, wtedy, gdy chodziłem do szkoły, której szczerze nienawidziłem, nienawidziłem, bo nigdy nie byłem dostatecznie dziecinny, ani dostatecznie dziecinny na podstawówkę, ani też dostatecznie dziecinny na uniwersytet - cierpień więc zaznałem co niemiara.

Świąteczność jest jak sen, sen rozciągnięty na dzień, na dni nawet... W codzienności świat normalnieje późną nocą, w świąteczności normalność staje się bardziej namacalna, nie wstydzi się białego dnia... Sen. Sen. Jacobsen... Rolf Jacobsen, którego wiersz tu kiedyś spolszczyłem. Norweg chciał, by bóg uczył nas języka snu, w którym dłonie człowieka są takie niegroźne, serca zaś są jak rozwijające się pąki kwiatów... Są jednak i inne sny - te straszne sny na jawie, bezczelne, buńczuczne, niebezpieczne nawet... O nich pisał z kolei kiedyś Islandczyk Steinn Steinarr... Czasem można kogoś lekkomyślnie w takich snach skutecznie ukołysać. Obserwujemy to tu, dziś, nad Wisłą, w kraju beztrosko oddanym do zabawy kilkudziesięcioletniemu dziecku, dalekiemu wszelkim marzycielskim upoetycznieniom... Sny wariackie tego dziecka otaczają pustkę... Fantastyczny, równy, gładki zjazd donikąd przed nami... Rozpędzamy się dopiero na tej zjeżdżalni, w swej samotnej, niezrozumiałej zabawie... Teraz niektórzy starają się złapać za poręcz. Oby nie była za śliska...

Jak to się człowiek lubi zagapiać. Ma w tym nawet jakieś upodobanie... Przypomina mi się opowiastka Mirona Białoszewskiego o kluczu, co to mu wpadł do wychodka, masakrycznego wychodka w warszawskich ruinach... Już się ubiera, wciąga spodnie, a tu nagle szur, szur, plask... Niech cię cholera - klucz do nory poszedł w gówna. A jeszcze można było coś zrobić - zawsze jest jeszcze ten decydujący moment, kiedy człowiek może coś robić, który jednak, zamiast rzucać się, by ratować sytuację, patrzy jak urzeczony na małą katastrofę, lekko nawet ubawiony niespodziewanym zdarzeniem... Heca jednak staje się kłopotem - nagle głupkowate wydarzenie wywraca rzeczywistość do góry nogami... To taka drobna rzeczywistość jednego człowieka, który raptem traci dach nad głową. Oczywiście chwilowo, i nawet bez pretensji ze strony współlokatorów, jak się okazało... Sprawy jakoś się układają, choć bywa, że burzą dotkliwie szyki...

W naszej wielkiej sprawie też głupkowate a tragiczne wypadki wywołały zawirowania... Nie uczyniliśmy nic, by powstrzymać zawczasu szaleństwo, tylko patrzyliśmy, jak ten Miron patrzył się na klucz radośnie osuwający się w dziurę z gównem... Nagle skoczyliśmy ratunkowo, kiedy ta nasza patria skryła się już w czeluści. (Czeluść - nawet to ma taki religijny wydźwięk - no ale gdy się weźmie pod uwagę choćby bluźnierczość kościelnej hierarchii i prezesowe wampiriady przypałacowe - to czeluście zdają się być jak najbardziej na miejscu.) I teraz drepczemy wokół feralnego wychodka, na spodzie którego wesoło kotłują się piekielne robaki, rozbudzone tak znakomitym kąskiem... Dopiero teraz zaczynamy zdawać sobie sprawę, jak w istocie znakomity jest ten kąsek...

Oby się wszystko jakoś ułożyło. To się jeszcze da wyłowić, umyć. Byle z tym nie zwlekać...

O - jakie to przykre - kiedyś inni wrzucali nas w szambo - dziś sami sobie to zrobiliśmy. Aż ludzie na zewnątrz przecierają oczy ze zdumienia...

Byle nie zwlekać - bo za jakiś czas możemy po prostu zniknąć... Chyba że tego chcemy... Bo może ta cała rzecz wcale nie taka potrzebna?

Rozmyślam nad zatrzaśnięciem się w wieży z kości słoniowej... Jeszcze tego nie robię tak całkiem, i nie chciałbym być do tego zmuszony... Się zobaczy...

Idzie rok. Nowy. Z siódemką. Dla mnie lata z siódemką były zawsze znakomite. Jeju! Będziemy mieli z Frankiem pełną dekadę! Szok!

Czego życzyć na Nowy Rok? Już ja wiem! Franek mówi, że to taki życzeniowy brutalizm. Bo ja życzę ludziom po prostu pieniędzy. Nie ochłapów, tylko pieniędzy. Oscar Wilde mówił kiedyś, że młodzi ludzie myślą, że najważniejsze w życiu są pieniądze, gdy zaś dorastają, przekonują się, iż tak jest w istocie... Wypada życzyć pieniędzy, bo ludzie z pieniędzmi są jakoś mniej kłopotliwi.

 

Það snjóar

kiljan.halldorsson

Jest śnieżnie. Bieli się za oknem... Klimaty są ponure, ale jakoś przecież trzeba sobie z tym radzić. Miałem pisać jakieś mroczności, ale odłożę to na potem... Bardziej dziś wchodzę w śnieg... Idę w śnieg, co umie wiele przysypać. Idę w magię zimy i w świąteczności, co się już od czasu jakiegoś panoszą... W sumie to lubię... Zostawiam czytelników z odrobiną islandzkich dźwięków... Sigurður Guðmundsson i Memfismafían...

 

© Kiljan Halldórsson
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci