Menu

Kiljan Halldórsson

BRUDNO W PIS Y -ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA

Dzięki, panie Wojciechu

kiljan.halldorsson

Przykre to takie, gdy czas kradnie nam skarby...

Ileż to ról pana Wojciecha Pokory zapadło nam w pamięć. Aż nie wiadomo, od jakiej zacząć wymienianie... Ale jest jedna rzecz, która przy myśli o panu Wojciechu Pokorze, od razu brzmi mi w głowie... Piosenka. Wiersz. Olga Lipińska lubiła zawsze czerpać z poetyckiej szkatułki Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego...

Popłynęła łezka...

Byli inni przede mną. Przyjdą inni po mnie,

albowiem życie wiekuiste, a śmierć płonna.

Wszystko jak sen wariata, śniony nieprzytomnie - 

serwus, madonna...

Gałczyński, Pokora...

Gunman

kiljan.halldorsson

Tak sobie wpadłem na moment... Można jeszcze powspominać Davida... Sprzed lat... Tak to jakoś mi pasuje na dziś, do licha... "Young Lions", Adrian Belew, David Bowie, 1990...

Starość wg Ibsena

kiljan.halldorsson

Ale nie tego norweskiego, tylko według Ibsena z Islandii... Bo i Islandia ma swojego Ibsena, czy raczej miała, bo Árni odszedł przedwcześnie w 2007 roku... Ostatnio zatrzymałem się trochę przy jego poezji, przy jego wrażliwości... Starość - tak przy wczorajszym święcie babci i dzisiejszym święcie dziadka... Dzieci odczuwają pewną szczególną bliskość z dziadkami... Ja kochałem rodziców mojej mamy (moje relacje z rodziną mego ojca są bardziej złożone - słowem mniej w nich pozytywnych emocji, acz po tej stronie przodków mam sporo złoconej porcelany na pamiątkę, pełnej tajemnych znaków i uciesznych smoków, bo chińskie smoki takie właśnie są ucieszne...) Babcia, dziadek, co mnie rozpieszczali, kochali, dla których byłem oczkiem w głowie...

Gdy się jest już w - powiedzmy - średnim wieku, dziadkowie należą do malowniczej przeszłości, (dziadkowie, co ze swoją starością nie stanowili dla dzieciaka żadnego problemu, żadnej przeszkody) i do starości bliskich ma się już inny stosunek. My - w kwiecie wieku, z korzeniami głęboko w ziemi - rzeczywistości - i tamci - rodziciele, kwiaty już raczej cięte... Ibsen mówi o kwiatach ciętych... To, co kształtowało tych starych, już nie istnieje... Przy dobrym układzie jeszcze się ten efekt czasowej kośby utrzymuje: lekami, przysłowiową szklanką wody... Pół biedy, gdy nic się tragicznego nie dzieje, gdy nic nie zawraca głowy... Starość - drażniący tato, drażniąca mama, kłopoty, może nawet dewastacja w miłym zagnieżdżeniu, skrępowanie, skrywany gniew... Kłopoty, i dobre miny do złej gry...

Jeśli w przeszłość - wolimy skakać w dalsze rejony - kłopotliwe bliskości drażnią, choć się rzadko do tego przyznajemy... Kochani staruszkowie, serdeczności, pośród skrywanych zniecierpliwień...

Sam się muszę przyznać do tych - mówiąc najdelikatniej - zniecierpliwień, mając na względzie swoje relacje ze starym ojcem, o którego staram się dbać, pobieżnie... Ja, czczący pamięć o dziadkach...

Ja, sam już stary, czy - lepiej - starawy, bo przecież i ja już odcięty od korzeni, przynajmniej częściowo, bo tak wiele już umarło... Bezdzietny tylko, mało więc kłopotliwy... Wiecheć może, który ktoś kiedyś, w przyszłości, rzuci bez ceregieli na kompost... Tak może i lepiej...

Starzejemy się, a ostrze czasu nie próżnuje, niestety...

ÁRNI IBSEN

Starzy ludzie

starzy ludzie

są jak cięte kwiaty

trzymane w domach

  zaglądamy do nich

  na moment

  ot - dla dolania świeżej wody

zabieramy je do naszych mieszkań

na święta

na specjalne okazje

  ustawiamy

  w najlepszym

  pokoju

niepokojąc się

jak długo

postoją...

  ale bardziej niż to

  znacznie bardziej niż to

  trzeba przyznać

  bardziej niż wszystko

  inne

denerwuje nas

gdy

zaczynają więdnąć

i tracić płatki

  zaśmiecając obrus

  całkiem 

  nie w porę

                 przełożył Kiljan Halldórsson

 

Dwie kobiety

kiljan.halldorsson

Niech będzie dziś wspominkowo, z dwiema kobietami i Davidem...

Tina Turner. Jak jej nie kochać? We wspaniałej, drugiej odsłonie swej kariery. Swoją rolę miał w tym i David Bowie... Stary numer, jeszcze z czasów "Lust for Life" Iggy Popa - "Tonight". David nagrał potem ugrzecznioną wersję tej piosenki z Tiną... No i w końcu wystąpił razem z nią. Zapracowanym artystom udało się znaleźć czas. Chwila - jedna na całą wieczność... Mała wycieczka w lata osiemdziesiąte. Tina Live in Europe... Zawsze jak to widzę i słyszę, poprawia mi się humor...

I druga kobieta - Gail Ann Dorsey. Basistka i wokalistka w Davidowym zespole, od czasów trasy "Outside" aż po "The Next Day". Sporo czasu, trochę płyt, mnóstwo koncertów. Moc dobrych energii, przyjaźń i jakaś fajna artystyczna chemia istniały między nią i Davidem Bowie...

Gail w utworze zmarłego przyjaciela. "Lazarus". W towarzystwie muzyków współodpowiedzialnych za brzmienie niezwykłe krążka "Blackstar"...

Aż trudno mi uwierzyć - to już dwa lata...

Black Star

kiljan.halldorsson

Dziś urodziny mają dwie legendy: Elvis Presley oraz David Bowie.

Całkiem nieprzypadkowo wybrałem na dziś tę właśnie piosenkę Elvisa:

...aftur kemur vor í dal

kiljan.halldorsson

Þó að æði ógn og hríðir,

aldrei neinu kvíða skal.

Öll él birtir upp um síðir,

aftur kemur vor í dal.

Przyjemne rymy, które napisał kiedyś poeta Freysteinn Gunnarsson. Pocieszające. Nie ma się co poddawać szaleństwom natury i mrokom północnej zimy. Zamiecie przeminą, słońce wreszcie wzniesie się nad górami, a z nim powróci w dolinę wiosna...

Im dalej na północ, tym mroczniejsze zimy, i nawet gdy słońce daje trochę światła, często zasłaniają je góry... Zostają więc tajemnicze poświaty, nieregularne rytmy polarnej zorzy, gwiazdy, iskry na śniegu... Inne rodzaje jasności, co czynią świat nierzeczywistym... Mroki, strachy i burze mogą jednak człowieka zaszytego w kącie przytulnej izby skłonić do zastanowienia... Mrok daje czas... Można i przyjść po rozum do głowy. Coś dobrego można postanowić, z myślą o wiośnie, która przecież zawsze powraca...

Mroki, burze i strachy nie muszą być rozumiane dosłownie... To nie tylko astronomie i meteorologie...

W Polsce zima... Ta kalendarzowa nawet łagodna... Ale w ludzkich łbach trwa dziwna zawierucha i zlodowacenia, i mroki nieprzeniknione, w zachmurzeniach wielkich... Aż nawet zabawnie jest. Bo trzeba by było być bez serca, żeby nie parsknąć śmiechem... W życiu ludzkim jednak śmieszności potrafią być szalenie niebezpieczne. Warto o tym pamiętać...

Przychodzi mi na myśl dziś August Strindberg i jego sztuka "Taniec śmierci". Tam jest wprawdzie jeno rodzinny ring, ale przecież łatwo można na nim umieścić i większe zbiorowości ludzkie... Kapitan, a wraz z nim sam Strindberg, zastanawiają się: "Nigdy nie dojdę do tego, czy życie jest poważne, czy jest tylko farsą! Gdy jest żartem, może być najdokuczliwsze, a poważne jest właściwie najwygodniejsze i najspokojniejsze... Ale gdy człowiek w końcu zachowuje powagę, przychodzi ktoś i płata mu figle!..."

Choć lubię zimę z jej figlami i ślizgawkami, w życiu tęsknię jednak za powagą wiosny... Wiosna ma swoją dekoracyjność radosną, ale i mnóstwo życiowej powagi... Bo z powagą i skupieniem zieleni się trawa, rozwijają się kwiaty, siadają ptaki na jajach... Wszystko pragnie w swej powadze, by nie zjawił się żaden figlarz...

Śliczne islandzkie rymy... Moje będą bardziej pokraczne, ale w tym samym duchu... Wiosny i rozsądku wszystkim życzę! Nie poddawajmy się strachom!

Choć szaleją strachy i burze,

niech nikt się nie trwoży w tej ciemnej godzinie.

W końcu przecież rozjaśni się w górze,

zawita znów wiosna w dolinie.

Przerymował Kiljan Halldórsson.

Disco Ava!

kiljan.halldorsson

Dobra - przynajmniej na chwilę, z braku recept na poprawienie sytuacji, oddajmy się tanecznym rytmom. Trzymajmy się jakoś. Trzymaj się, fajny - mimo wszystko - drugi sorcie...

Mam ochotę skończyć ten rok trochę w duchu Monty Pythona... Mili państwo - na koniec trochę fotek niekompletnie odzianych panów, takich z kudłami... (O jej, gdzie ci mężczyźni, wspaniali tacy? Gdzie te chłopy, gdzie...???)

Kumpelka Davida Bowie. Fantastyczna Ava Cherry...

Byli sobie kiedyś ludzie:))

No to disco:

Śrutem w cichą noc

kiljan.halldorsson

Rzeczywiście, googlnąłem w śrut, i wyszło, że śrut nocnej ciszy... Nie dziwi nic, nucę sobie...

A tak swoją drogą, to sam chętnie bym śrutówką rozgonił pewne towarzystwa gromadzące się pośród nocy cichych, by dokonywać ustawodawczych przestępstw... Tak po dupach...

Co się dziwić w gradzie śrutu cichej nocy... My w nich nie, ale oni w nas tak. Takie nasze przyzwolenie!

Sztuczne mgły; pośród wrzasków i kwików telefony na policję, bo po piętnastej zimową porą nad Morskim Okiem ciemno się robi (co za niedopatrzenie twórców "dobrej zmiany"); Panienka Najświętsza to Polka z Częstochowy; pieniążki na pięćset plus są z szufladki Czarodzieja z Żoliborza (tak według badań sądzą ponoć ludzie w znacznej przewadze...)... Można by tak wymieniać podobne idiotyzmy ad infinitum... Zatem cóż może dziwić opajęczenie wszystkiego przez infantylną mafijkę dowodzoną przez strasznozabawną, komuszo usposobioną maszkarę - takie dziecko Rosemary na miarę naszych możliwości... I śrut nocnej ciszy rozpryskuje się na nasze bezradne głowy... A tośmy się załatwili!

Dobre wieści: minister wojny uczyni nas swymi przypadkowymi zakupami i partyzantką odpornymi na wszelkie ataki (bardzo ciekawa zapowiedź przedstawiciela zdobywców - bo Polska w zasadzie jest już krajem napadniętym i zdobytym, bez jednego nawet wystrzału) - będziemy potwornie wprost suwerenni, kto wie, czy nie osiągniemy suwerenności tej, którą cieszy się dziś Korea Północna (uhu - bajeczne tam realia, w których władza rzeczywiście coś znaczy, gdzie wujka można zastrzelić przy użyciu przeciwlotniczego działka...); Bladaczka właśnie zakończyła komunizm (jakże cudowna jest ta Bladaczka, jakże wygłasza te swoje prostoty [zna się to indywiduum na propagandowych mechanizmach], z taką mimiką, iż można się nabrać, można dojść do przekonania, że w głowie Bladaczki dokonuje się jakaś intelektualna praca, jakiś wysiłek fantastyczny)... I śmieje się nam w twarz gęba Pezetpeerowskiego zakapiora - bo taką twarz ma ukatrupienie praworządności...

Wszystko już było... System: pierwszy sekretarz, przewodniczący rady państwa, premier [ale w jakże słusznym dziś sosie metafizycznym] (cóż za nagły rozsądek u badanej publisi, która ten porządek odtwarza z imponującą precyzją, odpowiadając na pytanie, kto ma największą władzę w Polsce...)

Nieformalności się rozpanoszyły, Orwellowska nowomowa, przeinaczanie wszystkiego... Takie stanie na głowie, taka ekwilibrystyka... Żyliśmy w domku z kart. Wszyscy obok mogą zobaczyć, że ich domki też są z kart (o, pilnujcie swoich domków - pajac wybrany pokazuje wam, co się dzieje z domkiem zaniedbanym, traktowanym z obojętnością)... Praworządności, demokracje - wszystko to fundament ma w słowie - wszystko jest na przysłowiową gębę. To, że się przysięgi potwierdza jakimś podpisem na papierze, niewiele znaczy... Słowo to taki ozdobny ptaszek w klatce... Otworzyliśmy tę klatkę - ptaszek okazał się dzikusem...

Drą się świnie równiejsze... Nagła eksplozja niebezpiecznej dziecinady... Gdzie dojrzałość, rozsądek, normalność, dorosłość... Dorosłość - czyżby to tylko łonowe kłaki i spółkowanie? A tak poza tym... Co? Oddawanie się pod opiekę? Przypieczętowane donośnie zaakcentowanym wyrażeniem: AMENT? (sic!) - co by nie było wątpliwości...

Przypadki i głupota... Cóż za pech... Węzeł, w którym mnóstwo niewytłumaczalności...

Przeraźliwa rzecz - skrajny przejaw ludzkiej niedoli bawi się dziś całkiem sporym krajem, całkiem nieodpowiedzialnie, otoczony miernotą, która robi właśnie interesy swego życia...

Póki co, micha jest pełna... Ubogo może jest, ale nie nędznie... Widać większych aspiracji nie ma...

Wylęgła się władza, która chyba już nie będzie chciała konfrontować się z wyborcą... Ona sama sobie umie wystawić cenzurkę... A reszta niech się zajmie jakimiś tam Kardashiankami... Okręt tonie, ale póki co, dają jeszcze whisky i gra orkiestra...

Taki polityczny syf tylko się obala. Taka kolej rzeczy. I to mnie martwi...

Czy poczekamy, aż micha pokaże dno z obtłuczoną emalią?... Wtedy już nie śrut zakłóci cichą noc... Wleźliśmy na krawędź przepaści jakimś obłędnym ognikiem zwiedzeni. Diabeł na mszę dzwoni... Przed nami trudny rok... Oby się nadwiślański dureń w porę otrząsnął... Bo póki co, wszystko wygląda jak impreza ostania przed likwidacją... Gdy się skończy halucynogen, to się podpisze protokół w ostatnim zamroczeniu - odda się ziemię zielonym ludzikom na poligon, a zbiegowisko Polaków posłuży za mięsnych pozorantów. Nie trzeba będzie robić nawet podkoszulków patriotycznych z farbowanymi rozbryzgami rany postrzałowej...

Nie wiem, co myśleć... 2018 - zatem sto lat od tamtej pamiętnej, znaczącej daty... Nie wiem czy ktoś normalny i przyzwoity weźmie udział w obchodach tej rocznicy, czy się odważy... Raczej towarzysze zatrzymają ich w domach...

O, grzechu ty największy, głupoto...

Śrut nocnej ciszy póki co rani serca uśpionej przyzwoitości... Ale sen, sen jest głęboki, strasznie głęboki... Tylko szok i dezorientacja, przy jeszcze całkiem zamkniętych oczach...

Święta, święta

kiljan.halldorsson

Żeby było weselej... Wszystkim zabłąkanym tu Czytelnikom, i w ogóle internetowym Wędrowcom, życzę wszystkiego co najlepsze... Ciepła, miłości, nadziei, pieniędzy... :)

A żeby było dźwiękowo, dołączę jeszcze wesołków... Trochę sparodiowanych głosów norweskiej sceny. Całkiem miła i udana rzecz... Bye og Rønning...

Wesołych Świąt!

Sigbjørn Obstfelder. Wigilia

kiljan.halldorsson

 Sigbjørn Obstfelder (1866 - 1900). Dobry znajomy Edvarda Muncha, Stanisława Przybyszewskiego, Dagny Juel... Norweg ze Stavanger, syn rzemieślnika o niemieckich korzeniach. Dusza pogubiona, niepewna, wędrowna. Chciał być najpierw nordyckim filologiem i filozofem, a potem znów chciał zostać inżynierem i w tym celu wpadł nawet na trochę do Stanów Zjednoczonych, marzył także o muzyce, grywał na skrzypcach, profesjonalnym muzykiem jednak nie został... Ale muzyczność wplótł w poezję, swoistą, nieregularną, i w ogóle w swoje pisarstwo... Neoromantyk, impresjonista, symbolista... Nękany depresjami i gruźlicą, gnał z miejsca na miejsce: Norwegia, Stany, Niemcy, Francja, Szwecja, Dania... Zadebiutował tomem wierszy "Digte" w 1893 roku. Głównym motywem utworów tego tomu jest człowiek absolutnie samotny, zostawiony samemu sobie, pogubiony całkiem w nieprzyjaznej rzeczywistości... Tak jest i w "Wigilii"... Malownicza wigilia, w nieco infantylnej oprawie - dla samotnego człowieka szczególny czas, dotkliwie kłujący... Bohater to już nie dziecko, i nie ma już mamy - jest sam, a jego bożonarodzeniowe światełka to zimne gwiazdy, lśniący śnieg, choinki to gołe drzewa, i zdechły ptak na ozdobę (ptaszkami lubiano kiedyś ozdabiać świąteczne drzewka)... I stara, zakurzona biblia, bajka sprzed lat, nie dająca już nic...

Nawet gdy człowiek nie jest sam, to z biegiem czasu w tej wigilijnej chwili czuje jakiś smutek i pustkę... To niezwykłe, ale zawsze urywam się na taki spacer, już w wieczornych ciemnościach wigilijnych, sam, do parku, pod gwiazdy i gołe drzewa... Surowość w dorosłym życiu...

Lubię ten przedświąteczny zgiełk, światła w mieście, zakupy, ale to wszystko jest z pewnym żalem za dzieciństwem - kiedyś była w tym magia, i wszyscy byli na swoim miejscu, jak trzeba, w tej całej tandecie, wśród prostych potraw, które nabierały szczególnych smaków... Normalniał świat, dziecinniał w pozytywnym sensie... Pewnie gdybym miał dzieci, sam robiłbym dzisiaj teatrzyk, dla nich...

Z tamtej świątecznej gromady nie ma już dzisiaj prawie nikogo... Więc mimo wszystko, choć mam dobry ciepły kąt, duszę jakoś tam bratnią i kota, to moje choinki są już gołymi drzewami, lampkami odległe gwiazdy... Coraz więcej cienia... Biblia zaś to tylko książka... I coraz więcej powodów, by mieć świeczki w oczach...

Niech będzie trochę smutku, przed wesołościami... Obstfelder - w moim przekładzie lichym oczywiście daleki od swej muzyczności:))

SIGBJØRN OBSTFELDER

"Wigilia"

Wigilijny czas!

Wigilijny blask w oknach aż po dach,

w salonach strojne choinki,

płynie ku mnie kolęda poprzez szpary w drzwiach!

 

Tak się szwendam samotnie ulicami,

dziecinne słysząc piosenki.

By spocząć, zadowolić się muszę schodami,

o zmarłej matce przyszła myśl.

                    *

Wreszcie gnam przed siebie polami,

z dala od miasta - pośród gwiazd.

Mój cień prześlizguje się między cieniami,

co rzucają gałęzie martwych drzew.

 

Ciało znalazłem w śniegu iskrach,

świąteczna iluminacja,

ciało, co jeszcze drży,

wróbel - nieborak, zmarznięty już na śmierć.

                    *

Do mojej wracam nory,

zapalam świecę, co za świecznik butelkę ma.

 

Zapalam świecę, co za świecznik butelkę ma

i biblię kładę na komodzie.

 

Na kolana padam przy komodzie

i kurz zdmuchuję z biblii.

 

Składam ręce na mej biblii

i zbiera mi się na płacz.

                              przełożył z norweskiego Kiljan Halldórsson

© Kiljan Halldórsson
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci