Menu

Kiljan Halldórsson

BRUDNO W PIS Y -ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA

Tamta zima

kiljan.halldorsson

"Wyruszyli do domu. Zejście z gór zabrało dużo czasu, bo Alma i Herdis były tak wyczerpane, że po kilku krokach musiały odpoczywać. Wkrótce spotkali innych uciekinierów, którzy pomogli im w dalszej drodze. Wszędzie spotykali ludzi schodzących z gór. Wyłaniali się z zagajników, kamiennych rumowisk i pieczar. Pohukiwano na siebie i nawoływano. Sąsiedzi i znajomi znów się spotykali. Ludzie, którzy sądzili, że się już nigdy nie zobaczą - znów byli razem. Niektórym udało się zabrać ze sobą bydło i teraz z wymion wychudłych krów wyciskano ostatnie krople mleka. Ciągle przybywali nowi. W końcu utworzył się cały korowód ludzi i zwierząt zdążających ku dolinie. Niektórzy byli tak osłabieni, że wymagali pomocy. Na szczęście droga prowadziła w dół, do niesienia mieli teraz niewiele".

Wracali ludzie, życie wracało do pogorzelisk. Tamta zima, którą Hølmebakk określił mianem Fimbulvinteren. To z nordyckiej mitologii - zima, która miała poprzedzać czas zmierzchu bogów. Termin ten wszedł do codziennej mowy jako nazwa czasu szczególnie ciężkiego, straszliwie ciężkiego. Tamta zima, tamten koniec świata - jedna z jego odsłon w dalekiej, najpółnocniejszej Norwegii, w Finnmarku tak straszliwie doświadczonym podczas tamtej straszliwej wojny światowej.

W roku 44, pod koniec wojny, Finnmark spłonął. Nagle we względną stabilność, choć pośród złowrogich podziałów, w których człowiek nawet we własnym domu ważył słowa, wtargnęła zbrodnia... Najprymitywniejszy przejaw uprawianej przez szaleńców polityki... Dokładnie 17 października 1944 roku na słupach i ścianach domów pojawiły się plakaty informujące o przymusowej ewakuacji. Od wschodu szli Rosjanie, Niemcy postanowili więc zastosować taktykę spalonej ziemi... Ten moment, 17 października 44, był wstępem do największej katastrofy, która wtedy dotknęła kraj: zniszczenie przez Niemców Finnmarku i północnego Troms. Od rzeki Jakobselv na wschodzie aż do Lyngenfjord na zachodzie. Obszar tak wielki, jak łącznie okręgi Rogaland, Vest - Agder, Telemark, Buskerud i Vestfold, został splądrowany i zniszczony". Tylko nieliczne miejsca ocalały. Większość ludzkich siedzib obróciła się w popiół. Wybito zwierzęta, zniszczono łodzie, porty. Ludzi zaś pognano na południe, licząc się z nawet dwudziestoprocentowym ich "ubytkiem".

Jednak nie wszystkich udało się przegnać. Na miejscu pozostało blisko dwadzieścia tysięcy osób. Nagle, na czas jakiś, zniknęli gdzieś w bezkresach północy, w szopach, ziemiankach, pieczarach...

Twardzi ludzie z północy. Przyzwyczajeni do szalejących żywiołów, nie spodziewali się jednak, że najdotkliwiej potraktuje ich żywioł ludzki, z piekła rodem. Naraz musieli stracić wszystko, cały dobytek, domy, których dorabiali się morderczą pracą, a samo ich życie zwisało na włosku... Kiedy nad Taną runął most, ludzie zaczęli spływać w dół. Zaskakujące było to, jak wielu zdecydowało się uciec na pustkowia, by przeczekać pożogę. O chłodzie i głodzie, pod zorzą polarną, która tak pięknie wówczas świeciła, w zaskakująco pięknej pogodzie. O tych ludziach napisał kiedyś opowieść Sigbjørn Hølmebakk (1922 - 1981) - ciekawy pisarz i lewicowy aktywista. Opisana przezeń rodzina Heikki Haldonena jest zmyślona, ale jej losy opierają się na prawdziwych wydarzeniach i jakby w soczewce skupiają cały ból, jaki dotknął tamtejsze społeczeństwo - ideologiczne podziały, kolaboracja, obawy nawet przed swoimi, strach, niepewność, straty, śmierć, nagła rzeź spleciona jeszcze z całkiem świeżą pamięcią o brutalności wojny domowej w sąsiedniej Finlandii, przed której krwawymi łapami wielu szukało schronienia na zdradliwej północy Norwegii... Bohaterstwa, zdrady, szlachetności i łajdactwa - makabryczny kalejdoskop w pięknych surowościach okolic Varanger.

Proste i twarde kobiety. I twardzi mężczyźni, choć czasem jakby bardziej wątpiący i miękcy... Ten kuszący spokój. Myślenie o tym, by się wszystko skończyło, by się osunąć w nicość... Lecz na przekór wszystkiemu złemu, życie się pcha w nowy czas, w kolejne chwile pod słońcem i choćby polarną zorzą. Co za fatalny zbieg okoliczności. Alma właśnie ma rodzić, a tu nagle wszystko trzeba stracić... Ale wszystko dobrze się skończyło. W grocie skalnej... Gorzej było z Herdis, co z maleństwem przedzierała się przez pustkowia - całkiem już sama, z towarzyszącym jej cieniem śmierci, która postanowiła nie ustępować... No, ale przynajmniej dziecko z groty mogło podoić na cztery cycki... Życie się pchało, mimo strat i dotkliwych przeciwności...

Most nad Taną runął, można było odetchnąć, ale to nie był jeszcze koniec potworności... Bo po drugiej stronie Niemcy wykazywali się zbrodniczą gorliwością niemal do samej kapitulacji. Ludność była rozczarowana... Tyle było obietnic, które słali z zagranicy król Haakon i premier Johan Nygaardsvold. Rosjanie doszli do rzeki Tana, zaledwie. I nie nadciągnęły żadne oddziały norweskie... Do samego wyzwolenia Niemcy buszowali po kraju. Jeszcze z początkiem maja 1945 roku w Hopseidet zamordowali bestialsko sześciu rybaków, wśród których trzech było ledwie nastolatkami...

Ludzie, ofiary i oprawcy, potrafią wiele znieść. To i budujące, i przerażające... Warto o takich wypadkach pamiętać, zwłaszcza gdy upiory zaczynają się gdzieś tam w cieniu przeciągać, jakby wypoczęte po śnie...

Fimbulvinteren. Straszna zima. Tamta zima...

Sigbjørn Hølmebakk

"Tamta zima"

Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 1972

Pełno i pusto

kiljan.halldorsson

 Zima. Na całego. Co zawsze musi przyjść po lecie. Ciepło, zimno, jasno, ciemno, skurcz, rozkurcz, lubię, nie lubię, pełno, pusto, etc, etc... Rytm. Raz i dwa. Dwa - żeby było rytmicznie...  Ty i ja... W jednym sercu... Jak na tej ziemi rozbujanej... Lubię prostoty treściwe.

Linda Vilhjálmsdóttir

"W sercu"

Drogi przyjacielu

jak ci pewnie wiadomo

nie tylko ja rządzę w tym sercu

Jesteśmy dwójką

w komorach naprzeciwko

co pełne i puste na przemian

                      przełożył Kiljan Halldórsson

Widoki

kiljan.halldorsson

Dają dużo. Może najwięcej tym, których duch miota się, pozbawiony oparcia, szybując zbyt wysoko i spadając potem zbyt nisko... Coś zewnętrznego zawsze się przydaje. Taka to już religijna natura człowieka... Jeśli nie bóg, to może sztuka; jeśli nie ona, to może przyroda... Jak sobie poradzić z końcem świata? Jak sobie poradzić w ogóle z życiem, w którym zawsze jakiś koniec świata nastąpić musi, choćby najmniejszy, bez spektakularnych fajerwerków, zawsze jednak pełen grozy tak trudnej do zniesienia...

W tatrzańskich okolicznościach zawsze pełen jestem wspominania. Nie tylko myślę o własnych przeżyciach, ale też o przeżyciach innych, tych z poprzednich pokoleń... Nie mogę nie pamiętać o Czesławie Oknińskiej, przyjaciółce, kochance Witkacego, przy której mój koniec świata jest tylko upiorkowatą igraszką. Była przecież gotowa umrzeć, tam, na Polesiu, razem z nim. Umarł jednak tylko on. Ona się podniosła. Sama już jak diabli. Przed nią stały jeszcze dziesiątki, jak się okazało, tragicznych lat. Tragicznych i bolesnych. Rozpętała się wojna z okropieństwami, których musiała doświadczyć, ona, niedoszła samobójczyni... Jeszcze próbowała. Po tym zostały ślady ukrywane potem pod szerokimi bransoletami - pod mankietami pani Czesi... Jak straszny musiał być ból tej nieoficjalnej Witkacowej... Kilka lat zdmuchnęło wszystko - została jedynie malownicza legenda, w świecie niemal nie do poznania, choć jakże znanym z wizjonerskich zdań Stanisława Ignacego Witkiewicza... Została jedynie natura. I niedobitki w raju utraconym... Wrócił z wizytą Choromański, który we wspomnieniach, mimo woli, kręcił się koło niezwykłego czaru Witkaca, czaru ze świata, który spłonął. Wróciła też na czas jakiś Oknińska. Na Bystrym, w kancelarii sanatorium dziecięcego znalazła zatrudnienie na prawie dekadę. Ta, co się przeliczyła z siłami... "Jeśli wytrzymam - pisała w jednym z listów - zawdzięczam tylko przyrodzie. Toteż do niej uciekam i jak bardzo przyciśnie myślenie - robię olbrzymi spacer i w jakiejś dolince zostawiam żale, przygnębienia i jakże często łzy, aż mi wstyd potem - ale to ulgę przynosi. Z ludzi Witkiewicza - oprócz moich gospodarzy - prawie nikogo tutaj nie ma. I źle to i dobrze". Opisała ją w "Skórce od słoniny" znajoma, Maria Dąbrowska: "Wygląda, jakby życie dobrze się po niej przejechało. Biedny mały meteor, odpryśnięty od jakiejś konstelacji. Szuka śmierci, nie mogąc znaleźć życia. Mnie żal tej nieszczęśliwej. Ona skrywa dramat, o którym nie wiemy."

Przyroda słucha wielu żalów. A czasem przyjmuje w milczeniu czyjeś zrozpaczone życia... Dobre piękno, niczym łagodny i przyjmujący bóg troskliwy. Ludzie, bywa, uciekają z własną tragedią, po końcu świata, do piękna natury... Wiedzą o tym Tatry, wiedzą o tym norweskie Lofoty...

Najczęściej się jednak nie udaje. Zwycięża złe życie. I jest tylko tęsknota za tym, by znaleźć się gdzieś indziej, czego zapowiedzią zdają się być wszelkie niesamowitości natury... Hm - uparte kojarzenia dobra z pięknem...

Lubię patrzeć w dale... Lubiłem w ponurych przeczuciach... Lubię teraz, gdy już gnój życia przetrawiłem... Miałem rację w swoich powątpiewaniach. Mądre przerażenia. Trzeba było zawczasu zrobić porządek... Teraz patrzę z perspektywy tego, co przeżył; jakby nie do końca pewny nieba spokojności, zdecydowany ostatecznie na piekło, w którym przecież tak wiele przyjemności odnaleźć można... Człowiek to zwierz okrutny i łapczywy, i strachliwy zarazem... Ledwo w co wierzę, zatem moje więzienie ma w sobie bezlik wątpliwości, jest za to niesłychanie przestronne... Niebezpieczne i przestronne...

Kiedyś nad zatoką szeroką, nad Breiðafjörður, żałowałem, że nie miałem przy sobie broni palnej... Piękno wzywa do śmierci, z jakąś niesłychaną ochotą spycha moje myśli w śmierć... Może tylko się tak drażni wrednie... Bo gdybym wtedy miał broń? Czy czułbym się taki zdecydowany? Byłem w każdym razie zrozpaczony, że musiałem wracać do ludzi, tam, bezbronny, w puszczającym gorącą parę Reykhólar...

Nie zastrzeliłem się, nie puściłem w wodę głęboką, nie rzuciłem w przepaść... Patrzę tylko tęsknie... Skopany. Choć na szczęście mam się przy kim budzić... Słodkie przeszkody, wstrzymujące apetyty... Patrzę, jak lata się osuwają w nicość. To, co ludzkie, strasznie się zmienia... Przyroda, jeśli się jej za bardzo nie tyka, zdaje się niezmienna... Wierzymy, że gdzieś tam, w niej, zaklęte jest wszystko, co zdarzyło nam się utracić... Wszak w przyrodzie nic ponoć nie ginie.:)

Widoki. Z jakimiś mglistymi nadziejami. Czasem aż strach wypowiedzieć... Lubię czasem tak sięgnąć wyżynom ledwie do pasa. Tak na przykład jak w Zakopanem na Antałówce. Większość zmian kryje się gdzieś w dole - poza tym jest jak zawsze - z jednej strony grzbiet Gubałówki, z drugiej pasmo Tatr z ich niezmiennymi kształtami... To samo tło, choć tak wiele światów się skończyło...

Albo poziom morza. Jak w tym urzekającym, wspomnianym już islandzkim Reykhólar. Inne moje miejsce - ile już tych miejsc się narobiło - też z górami, choć jakże innymi... Jak ktoś nie płynął nigdy statkiem na Islandię, to tam może mieć wyobrażenie, jakim to widowiskiem jest ten ląd dla morskich wędrowców spragnionych zacisznej przystani... Z tego wysuniętego skrawka ziemi widać wiele, jakby z zewnątrz, oczami przybysza z morza - ponad zdradzieckimi szkierami, nad zatoką szeroką wznoszą się góry. Patrząc ku Efri - Brunná ma się widok na cały Saurbær i Skarðsströnd... Jaką nadzieją musiał być taki widok dla tamtych wędrowców, pierwszych osadników. Jakie to musiały być motyle w brzuchu, jaka adrenalina... Nadzieje, które przechowuje ta ziemia - podobieństwo uczuć. Wtedy, teraz... Życie, śmierć - zawsze coś. Byle jakoś po swojemu...

Jak to opowiadał Halldór Laxness słowami Arnasa Arnæusa..."Stałem po nawietrznej na pokładzie statku, jak kiedyś stali wychłostani wichrem piraci z Norwegii, których pędziły przez fale burze i niepogody... i nagle taki widok przed oczami. Nie ma wspanialszego widoku od Islandii wynurzającej się z morza. Tylko ten widok pozwala zrozumieć ową tajemnicę, że tam właśnie zostały napisane najwspanialsze księgi..."

Księgi przedziwne, w świecie, gdzie się tyle przywidzieć może... Przy Efri - Brunná jest dziwna góra - jak wielka babka, z której jakiś łakomy olbrzym wykroił stosowny dla siebie kawałek... Wyrwą - wąwozem płynie rzeczka czysta, absolutnie pitna, której można opowiedzieć o swych smutkach... Kiedyś nad tą górą widziałem coś na kształt czarownicy na miotle, co leciała. Podobnie jak góra, była całkiem czarna na tle wściekle czerwonego nieba letniego zmierzchoświtu... W powietrzu frunął człowiek. Baba, której szaty powiewały na wietrze... Pewnie to był sen, choć wolę, by było inaczej, bo to przecież ciekawsze... W każdym razie jak się z tego być może snu otrząsnąłem, to góra nadal była czarna, a niebo nad nią obłędnie czerwone... Dziwne rzeczy mogą dziać się na Północy. Rzeczy czasem dość od czapy, z których można się pośmiać. Jak robił to choćby wspomniany Laxness pisząc czy to o walkach z olbrzymkami czy o umarlaczce szykującej na stypę po sobie jedzenie dla utrudzonych wędrówką żałobników...

Żywe trupy, zmartwychwstańcy... Jak sobie o nich pomyślę, i o widokach znad Breiðafjörður, to od razu przyjść musi na myśl i Eiríkur rauði Þorvaldsson, którego dobrze znamy, bo to przecież ów słynny Eryk Rudy. Pochodził, jak ci piraci, z Norwegii. A stał się Islandczykiem, a potem Grenlandczykiem. Za półwyspem widzianym z Reykhólar jest jego kraina, bo tam kiedyś, koło dzisiejszego Búðardalur, gospodarzył, potem zaś na wyspie Öxney u wejścia do fiordu Hvamm, by wreszcie, stawszy się wywołańcem, osiedlić się z rodziną na Grenlandii, skąd z kolei jego syn, Leifur heppni, wyruszył odkrywać Amerykę... Europa wyciągała delikatnie swoje macki. Ze swymi historiami. Z nowymi nadziejami... Dziwna ziemia - płyniesz, płyniesz, i zawsze na coś można trafić...

Pierwszy europejski Grenlandczyk zdaje się być człowiekiem pogranicza. Jest na granicy dzikiej swego świata, w znanym i nieznanym, w znanym, bo przecież fiordy południowej Grenlandii coś mu przypominają, są dość swojskie, a jednocześnie jest to przecież coś nowego... I ducha ma też zmąconego. Eryk jest jeszcze twardym poganinem, ale inni już nasiąkli trochę chrześcijaństwem... Sigrid w "Sadze o Eryku" u progu śmierci zdaje się widzieć fylgje. Wie, że umrze, bo w gromadzie duchów widzi także siebie. W niesamowitościach pomoru trupy potrafią wstawać. Tak się dzieje z samą Sigrid, tak też dzieje się z synem Eryka, Thorsteinem, który jeszcze chciał się zobaczyć z Gudrid. Gudrid się odważyła, dla spokoju, no bo wiadomo, jak się umarlaka nie wysłucha, to będzie straszył, to będzie się naprzykrzał... Niestety wyobraźnia ludzka nie jest najtęższa, więc przekaz od człeka już z drugiej strony jest raczej drętwy - ot - pociskanie chrześcijańskich dyrdymałów... Pochowajcie mnie jak trzeba, a z bożą pomocą sama tylko pomyślność wszystkich czeka... Lecz bóg żaden Grenlandczykom nie pomógł. Z końcem średniowiecza wszystko ucichło. Ale o tej jakiejś Grenlandii pamiętano (Grenlandia - mówi się, że ten Grønland, Zielony Ląd, to takie pierwsze reklamowe hasło, mające zachęcić ludzi do zdobywania nowych ziem - swoją drogą Brattahlíð - ziemia Eryka, latem wygląda całkiem przyjemnie i całkiem zielono) i w 1712 roku król duński wysłał tam Hansa Egede, który jednak stał się misjonarzem zawracającym głowę Inuitom, bo potomków Wikingów już tam nie zastał. Po nich pozostały ruiny i groby... Mówi się, że miast przystosowywać się do coraz surowszych warunków, bardziej byli skłonni inwestować w kolorowe szkiełka dla swoich kościółków i swego boga... 

Czy o jakiś morał można by było się pokusić, przy okazji boga lubującego zaglądać do nas przez witraże i widoków morskich i górskich, bliskich i dalekich...? Zewnętrzności. To, co gdzieś tam, pośród szczytów, w cieniach dolin, za zatoką, za oknem pełnym kolorowych szkiełek, wśród gwiazd - ileż w tym może być obietnic - bezpieczeństwo, ciepło, miłość odzyskana, którą porwał zły czas, spokój... To kusi, choć człowiek już się nauczył, że większość zależy od niego samego, a te zewnętrzności... One same nie dadzą nam nic. Nie ma co czekać... I nie ma co się im za bardzo poddawać.

No - i tak to można z Tatr zawędrować na Grenlandię. Z dzisiejszości w daleką przeszłość także... By powiedzieć jeszcze jeden banał - że świat jest taki piękny, bosko piękny, co absolutnie nic nie znaczy... Dobrze o tym pamiętać, jeśli chce się przeżyć.

Żyję. Dość chyba ładnie. Z przyrodniczą podpórką, tak na żale, tęsknoty i uroczystości. To też nie ma wielkiego znaczenia... No i niechze ta... I takie.:)

Pijmy wino

kiljan.halldorsson

...za kolegów...

Tak żeby jakoś blog żył, mimo że się słowa żadne nie chcą cisnąć pod palce... W zjesienniałym zniechęceniu i mgle... Mgła...

Tak się przyczepiają piosenki czasem. Znienacka się przypominają... Dziś, na ten czas, w sam raz. Dawna już rzecz, słowa Agnieszki Osieckiej... Najlepsze wykonanie to to Piotra Fronczewskiego w Kabarecie Olgi Lipińskiej... To jakoś tak zaraz po stanie wojennym było...

Tatrzańskie... Szymańska

kiljan.halldorsson

Taaa, U Koffiego, w komentarzach, zapracowuję sobie na odsiadkę.:)) A u siebie to tak grzeczniej, z umiarem... A poza blogosferą to tak sobie może trochę zapracuję na zdrową zadyszkę...

Jutro zwiewamy trochę w realności podtatrzańskie. Żeby się trochę oderwać od szarzyzn codziennych... Zapewne będzie uroczyście... Gdzieś tam w wysoczyzny nadmierne pewnie nie będziemy się pakowali, ale zapewne uda się wdepnąć na jakąś starą ścieżkę... Pamiętam z bardziej młodzieńczych czasów (niech będzie, że dzisiaj jestem po prostu mniej młodzieńczy), jak na tatrzańskim szlaku spędziłem mile czas wśród panów, co tak po latach, po dziesiątkach lat, powrócili... Dziś już sam jestem trochę takim panem, chociaż w Tatrach jestem dość często, ale jakby te wspomnienia z lat szczeniackości są najbardziej wyraziste, i do nich najchętniej się wraca, do tamtych wędrówek...

Najbardziej tatrzańska poetka, z tych lat naszych, dopiero co minionych?? "Sezon w Tatrach i po sezonie" 1981. Maria Kalota - Szymańska... W październiku minęła 90 rocznica jej urodzin, latem zaś piąta rocznica śmierci... Rocznice, rocznice...

Oj, w poezjach niektórych coraz bliższe odczucia...

MARIA KALOTA - SZYMAŃSKA

"Na starym szlaku"

Lata zaciskają pętlę

na mojej szyi

kiedy szlakiem młodości

wędruję w wysokie góry

 

Rozsadza nadmiar tlenu

płuca

zatrute powietrzem dolin

kiedy wędruję ku górze

jak żółw

powoli

powoli

 

Krew

rozpiera mi żyły

wali dzikim potokiem

Kiedy po starych śladach

wędruję

w góry wysokie

Z dużym księżycem pod jubileusz

kiljan.halldorsson

Blogowoświątecznie... Wychodzi, że jutro minie 10 lat... W innym wieku byłoby to straszliwe, ale mnie już czas pędzi z góry, a jakby wcale nie pędził - takie to paradoksy... Nie ma już takich strasznych zmian... Poza tym, że ciągle ktoś zdycha. Ale taka kolej rzeczy... Mnie też już bliżej niż dalej, co mnie specjalnie nie martwi... Nawet lepiej, że mam już swoje lata i dziś nie muszę być tym młodym startującym, startującym gejczykiem... Brr - otrząsam się na samą myśl, że mógłbym dziś być młodzieniaszkiem, w tym hołociejącym i dziczejącym świecie... (Ale tak to już musi być - dla każdej chwili następna jest już zdziczałą, połyskliwą popłuczyną...)

10 lat temu napisałem tu o gadulstwie, na które cierpi świat... Cierpi nadal... Tyle niepotrzebnych słów, w świecie, w którym już dawno wszystko powiedziano... Ile przez ten czas niepotrzebnie dogadano, dograno, dokomponowano... Ale ludzie ciągle zapominają, albo pomijają pamięć innych, świeżutcy jak niezapisana tabliczka... O, przez niepamięć, brak osobistego doświadczenia, prawie gotowi wojnę wywołać... No tak - wszystko zawsze pierwszy raz, tylko bardziej, dosadniej... Strach pomyśleć, jaki będzie ostatni pierwszy raz... Raz za razem otwierają się nowe ślepia, na nowe zamieszanie...

Czego się 10 lat temu nie spodziewałem? Chyba tego, że tak ochoczo odżyje mentalny komuch... Odżył... O jej - wszystko już było... I aż się człowiek chce odwrócić...

Do księżyca, na przykład, się odwrócić... Dziś ma być ponoć szczególnie wielki. Miło mi  z tego powodu. Że tak się to na przykład zbiegło z rocznicowym czasem. Miś spod księżycowego znaku pod wielkim księżycem, właśnie teraz, w rocznicy krągłej... (Oj - ale to trochę jednak niepokojące, biorąc pod uwagę wampiryczność obecnych władz. Warto by było pomyśleć z większą troską dziś o Prezesie i Psychoantosiu!! Może nie powinni dziś wieczorem opuszczać domowych pomieszczeń?)

Księżyc. Mój przyjaciel. Działający, lecący, orbitujący, a tak przecież na amen martwy... Martwi przyjaciele. Jak padli bogowie, o których się myśli, iż się któregoś pięknego dnia przebudzą, by pomóc zrobić porządek... Jak choćby padły Baldur, który taką jest jednak nadzieją... Jeszcze będzie pięknie...

Gadulstwo. Sam się ociupinę wpisuję... Może i komuś z tego powodu przyjemnie? Można się przysiąść o każdej porze, bez kłopotania żadnego, w zaciszu domowym, w półmroku rozświetlonym ekranem... (Niech się czuje dziesięcioletnio pozdrowiony [a] ten [ta], co się przysiada).

Tak, w sumie dobrze jest. Aż nawet bym się chciał zrobić tu sprośny, ale już mi nie wypada, no bo już te poezje, jakieś tam tematyczne rozległości... W tych okolicznościach nie wypada...

Wypada może wiersz? Kultury dobro... Ach, ile tych kultur. I dbałości rozmaitych, zdrowych... Panie i panowie od kultury. Tak jak panie i panowie od gimnastyki. Są wszyscy tacy najważniejsi i najmądrzejsi. Tyle w nich wiary w dobro - w tych z góry patrzących dobrotliwcach. A świat ciągle wygląda, jak wygląda, zawsze niemal w łapkach rzezimieszkowych, też unurzanych w kulturkach, łebskich i fizycznych...

Każdy jednak się jakoś musi odnaleźć. Sam, może tylko z drobną pomocą, ale z tymi pomocami... Mmm... Złudy, złudy. Tyle że urocze... Choć i to nie zawsze. Ale na grymas może w sam raz... Ni ma rady!

Żeby z kultury dobrem... A nie zostawiając jednak wielkich złudzeń... Uczcijmy jeszcze Gluzińskiego... To mi się bardzo podoba:

TOMASZ GLUZIŃSKI

nie idźcie za mną

krok mój coraz cięższy

 

a mało kto

               wybiera jak ja

ścieżki najdogodniejsze

 

nawet gdy się wspinam

staram się stąpać w dół

 

i nie próbuję przeskakiwać

z kamienia na kamień

po prostu przelewam się

jak ślimak

 

              nie idźcie

za mną

 

          choć przecież

jestem jednym z tych

o których powiedzieć

że zmierzają donikąd

jest niedorzecznością

chyba największą

 

Zakopane, 11 I 79

 

Z kwietnia 76

kiljan.halldorsson

Rzeczy z minionych lat takie mogą być zasmucająco aktualne... Ale dobrze, dobrze - wszak nadzieja, jasności... Zima dosłowna przed nami. Licho wie, czy długa? Zdania synoptyków jak zwykle podzielone. Mniej dosłowna zima już trwa - ile jej jeszcze przed nami? Może zahaczy nam o kwiecień, może nawet o maj? Nagrobny taniec na balu degeneratów trwa... Taniec obrońców przed tajemnym promieniowaniem... Dziadogady pokatastrofalne, wyuzdańcy, wziątkodajcy, ochłapemrzucający... Okadzone kadzidłem władcze zbydlęcenie i durnota - na życzenie łatwowiernej publisi z wyłączoną pamięcią długotrwałą, i na życzenie obojętnych, którym nie chciało się ruszyć tyłka... Ile tego wstydu jeszcze?

Ale trzeba jakoś trzymać się w pionie. Się odżywiać, by siłę mieć, dbać o siebie, o porządek i o słabszych... Przecież to w końcu minie... Trzeba żyć, dalej... Nawet najohydniejsze żywioły cichną...

Z chęcią tu dziś przypominam Tomasza Gluzińskiego, którego trzydziesta rocznica śmierci minęła w tym roku... Kontekst wprawdzie wprawia w zakłopotanie, ale... Poeci się jednak przydają... Nawet ci z minionych czasów, co już nie żyją... Nie żyją, choć przecież żyją, mówią... Zatem poeta, z moich ulubionych "Szczątków emocji"...

TOMASZ GLUZIŃSKI

nie zapomnijcie

                                "Masz minutę czasu i siedem milionów

                                 słuchaczy; co chcesz im powiedzieć?"

                                                    "Radio-Kurier" - 3 IV 76

 

usuwajcie śnieg z jezdni i chodników

pamiętajcie o zaopatrzeniu w węgiel

ziemniaki kapustę nie zapomnijcie

o uszczelnieniu okien dokręceniu

kranów zamykajcie drzwi nie pozwólcie

ginąć głodującym ptakom nie traćcie

nadziei przecież zima nie może trwać

wiecznie

Zakopane, kwiecień 1976

Pøbel i Vardø

kiljan.halldorsson

Dzisiejsze święto mnie nie zajmuje. Nadto jestem przygnębiony. Odetchnę, gdy skończy się ten skandal. To może potrwać... Tak więc na przekór wybiegam myślą daleko...

"Hen. Na północy Norwegii"... Przy tej okazji sięgam myślą do wspomnienia z Vardø, miasta, gdzie się na świecie zjawił kiedyś wesoły Øivind Bolstad. Najpółnocniejsza twierdza i najbardziej na wschód wysunięte norweskie miasto... To już lata temu, przy okazji długiej wędrówki po przestrzeniach Finnmarku. Chcieliśmy tam z przyjacielem pojechać z takich właśnie geograficznych powodów. No i żeby się przejechać podmorskim tunelem, co to jeszcze król Olaf V szumnie otwierał...

Vardø to takie miasto niespodzianka. Koniec świata, kres kontynentalnej Europy, a tu raptem jeszcze kawałek na wschód od Varanger wysepki, i miasto. Całkiem spore, z kolorkami... Dość taka dziwna jazda tunelem, bo nikt poza nami z niego nie korzystał, co zrodziło obawy, czy w ogóle się zeń wydostaniemy, a jak się wydostaliśmy na powierzchnię wyspy, to znowu pustka, choć przecież zamieszkana, przynajmniej częściowo... Duże inżynierskie przedsięwzięcie, w prawie nic... Z którego zaczęto uciekać.

Miejsce o całkiem bogatej historii, już od średniowiecza mające znaczenie, z twierdzą, z rybami, z handlem, swego czasu nawet kościelnie przeklęte jako gniazdo szatańskie - podobno wcale sporą gromadkę kobiet puszczono tam z dymem za czary... Strasznie tam wiało i siekł kłujący deszcz po dziobie. W jakiś sposób było to fascynująco przygnębiające miejsce. W sam raz na zamieszkanie przy końcówce. Tak sobie zawsze myślę, gdy wpadam w takie siedliska surowe... (Podobnie myślę o islandzkiej Grímsey - tyle że tam to już życie ludzkie ma mikroskopijny rozmiar, przez co jest nawet bardziej urzekające i kuszące...) Pustacie mnie nęcą, i myślę sobie, że gdy nadejdzie czas, ulokuję się tam gdzieś na zdech. Tamte strony o śmierci mi szepczą, i niech to nie będzie poczytane za obelgę... Zdech to piękna i wielka tęsknota... Bardzo by mi pasowało umrzeć na tych dalekich krańcach... Tylko żeby ten moment wyczuć, by się nie kłopotać o środki do wszelkich zawracań głowy niezbędne...

Pomyślałem o Vardø jak o takiej fanaberii. Urok mieszkania w czymś takim, gdy już się nie ma nic do roboty... Miejsce na spokój. O ten w takich miejscach wcale nie trudno, jeśli się jest naturalnie odpowiednio usposobionym człowiekiem. Bo i w jakimś szaleństwie arktycznej niepogody, paradoksalnie, jeszcze się można weń bardziej zagłębić, otulić nim szczelniej, gdy za oknem dzicz i ciemność...

Vardø to już poważne arktyczności, z których wielu postanowiło uciec... Miejsce poczęło upadać, wyludniać się... Zmiany, zmiany, które w ogóle ciężko dotknęły tamtejszych ludzi. Zwłaszcza tych rdzennych, którym cała ta nasza cywilizacja zabrała ich tradycje... Lepiej poradziły sobie kobiety, wzięły się za kształcenie, by nie być kimś, kogo można kupić za flaszkę wódki, w mężczyznach zaś za wiele pokomplikowania, dumy - przegrywają więc, topią się w gorzale, w tęsknotach za renami, nieatrakcyjni...

Ale przejdźmy do samego Vardø... Coś takiego do śmiechu, dla tych z wypasów południa. Skupisko młodocianych rodziców i zbieraczy butelek. Pustoszejąca beznadzieja, masa upadłościowa bez perspektyw, na krańcach świata, którą zainteresowała się sztuka... Pøbel, artysta uliczny, odkrył miejscówkę w telewizji... Tak, to rzeczywiście charakterystyczne dla Norwegów, że im się nie bardzo chce wędrować po dalekich zakamarkach swojego kraju... Pøbelowa świadomość nie miała w sobie, do czasu, owego niszczejącego Vardø...

Pøbel - taka ksywka - co znaczy łobuz, chuligan, nieokrzesaniec... Pøbel uliczny, miejski, ale też i od ulicy chętnie uciekający, znajdujący teren dla swych działań, gdzie rudery, stare stodoły, szopy... Lubi nietrwałość, rozkład współdziałający z powstałą sztuką - stary rupieć, pogięta chata, zdechły kaszalot - to dobry podkład... Smarował Pøbel artystycznie i w dużych miastach Norwegii, ale też i na Lofotach, w Reykjaviku na Islandii, no i do tego Vardø przybył, żeby się tam zadziało... Przyjechali też inni...

Napisała o tym niedawno Ilona Wiśniewska, która w tych północnościach norweskich zamieszkała, napisała w książce "Hen. Na północy Norwegii" (Wyd. Czarne, 2016)...

Separując się blogowo od tutejszych ponurości, ślę myśl na północ i dla chętnych zostawiam parę linków, gdzie można obejrzeć trochę materiałów dokumentujących artystyczne działania w Vardø, i przeczytać o tym we fragmencie książki wspomnianej autorki...

A jeszcze sam chyba tu do tamtych odległych stron powrócę w jakiejś notce...

 

www.kulturradet.no/kunstloftet/vis-prosjekt/-/kl-pb-11-streetart-i-vardo

www.peron4.pl/vardo-hen-na-polnocy-norwegii/

komafest.com

 

Droga wiodła przez Narvik

kiljan.halldorsson

"Trzy są rzeczy, których nic nie zmąci - pustka górska, nieruchomość mórz i życie. Możemy tu paść wszyscy i wielu, bardzo wielu innych, ci, co są w dole i w odwodzie, i w sztabach, i jednym, jedynym rysem nie poznaczy nasz koniec gładkości tych rzeczy odwiecznych."

Spokój jest jak zwykle. O ile tylko pogoda nie kaprysi, nie wariuje... Między szaleństwami zawsze cisza. A ta północna o szczególnie wielkim jest ciśnieniu. Może być niewiarygodnie ciężka...

Pejzaż ten sam. Jak zawsze w swym spokoju. Drogi dziś tylko lepsze...

"To miasto, wyrosłe niespodziewanie w pustkowiu północnych gór, z trzech stron oblane morzem, znikąd niedostępne, bielało w dole jak gród tajemniczy z zapomnianej rycerskiej sagi, gniazdo stworów przemyślnych a złych."

W Narviku zagnieździł się Niemiec. W cennym Narviku, z koleją do rudodajnej szwedzkiej Kiruny... Trzeba było miejsce odbić... Ale cała mordercza gra okazała się być bitwą o pietruszkę albo czapkę gruszek...

Już po Wrześniu, po wszystkim, nasi w rozproszeniu, na nowo się formujący, ci, co zdążyli się wydostać, a także ci co jeszcze wcześniej ulecieli z tych swoich często ciężkich nędz ojczyźnianych.

Ksawery Pruszyński, wspaniały pisarz, reportażysta, był w tej kampanii norweskiej, tłukł się o Narvik... Jak sam powiedział, nie chciał pisać ani historii, ani kroniki, ani pamiętnika, ani reportażu, chciał stworzyć opowieść. Ale ta mistrzowska opowieść jest tym wszystkim naraz!

Dużo myśli u Pruszyńskiego. Na wojnie jest jak w klasztorze. Są luki, spokoje oczekiwań pośród niebezpieczeństw, i myśl lubi poszybować, albo podrążyć w głębiach. Wojna to nie tylko przeżycia wojenne. To wykrojony na chybił trafił wycinek jakiegoś kraju; ekran, po którym biegnie obrazami film... Człowiek się przypatruje, znajduje czas na podziw, na porównania.

Ten północny wycinek świata, trochę jakby obca planeta, jest zaskoczony wojenną burzą... "Ludzie są tu cisi - pisał Pruszyński - mili, prości i nic nie rozumiejący. Od setek lat żyli życiem wegetatywnym, spokojnym, rozsądnym. Dawno zapomnieli o zdobywczych szaleństwach Wikingów, którzy z takich fiordów północnych na płaskich łodziach żaglowych spływali w ujścia Sekwany i Dźwiny, Tamizy i Wisły, by burzyć i zakładać państwa. Dawno stali się narodem wielkich trustów rybackich, mleczarskich kooperatyw, uniwersytetów ludowych... " Nad podziw schludna skromność. I nieprzewrotowość, choć u steru socjaliści. Dziwili się przybysze. W domach skromnych pełno książek, pianin, ani śladu w tym zabiciu dechami bretońskich brudów, ani śladu naszych przedwojennych nędz....

To jednak nie krajoznawcza wycieczka. Bo eksplozje, bo świst kul. Roztopy, błocka, zimno północnej wiosny... Aż żal, że w surowym urokach trzeba jednak liczyć się z końcem, przedwczesnym... Ktoś truchleje, ktoś inny działa jak automat, jakoś dziwnie pewny końca - nagle biała ściana, brak wizji przyszłości, niemożność planowania... Choć życie jeszcze trwa, jeszcze wszystko wydaje się możliwe, nie ma już nic... Przeczucie nie zmyliło. Człowiek w każdej chwili, o każdym czasie, może się pogodzić, zrezygnować...

Życie to stąpanie po osuwisku. Zawsze tak jest, choć na wojnie odczuwa się to wyraźniej, gwałtowniej. Przyjaciół zabiera śmierć, przyjaciół zabierają oszalałe ideologie... Jakże młody Niemiec Gallen jest pewny swego, jak w tym szaleństwie, którym zaraziła go władza w rodzinnym kraju, jest przekonujący w swych argumentach... Uwodzicielstwo zła, zła, które w pewności siebie, w zadufaniu, nie bierze w rachubę swej własnej zagłady... Jeszcze się puszy, w nowym czasie, który tworzy, za którym inni jeszcze nie nadążają... Nowa wojna, nowe techniki, nowe dyscypliny...

Pod Narvikiem nie brak miejsca na refleksję o wykluwaniu się nowego świata, także na smutną refleksję o Polsce sprzed Września, także na nadzieję... Czy warto się wykrwawiać... Wyżyny i niziny - frontowo razem. A to inżynier, a to literat, malarz Podhalańczyk, wyrobnik z małopolskiej straszliwej nędzy, dla którego cała ta ojczyzna miała ledwie pogardliwego kopa...

Gorycze i tęsknoty... Może się nic nie ziści... Nawet się Tatry przypominają. Świat umie być piękny. Tam, te góry oblane roztokami fiordów, w powoli zieleniejącej wiośnie, dale górskie, niebieskawe. Wszystko jednak obce. Żeby tylko nie paść tutaj, gdzie ta ziemia taka inna...

Piękną polszczyzną o strasznych rzeczach w pięknym acz obcym kraju, o wydarzeniach spod Narviku, o walkach na Ankenes napisał Pruszyński, o Podhalańczykach, co obok Norwegów, Francuzów i Anglików tłukli się z Niemcami na tej północnej, wojennej majówce. Napisał o ich myślach, marzeniach, nadziejach. O życiu i śmierci, o naszych zmorach i porachunkach... I o Karin, co dziwniejsza była od naszych dziewczyn...

Do zdemolowanego Narviku powrócili Niemcy. Zdziwieni. Ale gdzie indziej działy się rzeczy dramatyczniejsze... Zatonął "Grom", w śmierć poszło trochę ludzi. Wreszcie i cała wojna się skończyła, i diabli wzięli Hitlera, Quislinga... Miasto wróciło do swego rytmu, swej pracy pośród niezwykłej cichości, która i przez dudnienia wojenne potrafiła przedostać się do ludzkiej duszy... W północnym, malowniczym, surowym śnie pozostały pamiątki. W mieście ma swój plac zatopiony "Grom". Zaraz obok, przy Falkbergets vei stoi polski marynarz z pociskiem... Pomniki, groby - Ankenes, Håkvik...

Czy było o co się bić? Czy warto było? Być tam, daleko? Padać tam, daleko? Na tym wojennym uboczu? Z tym polskim znaczkiem?

Polska. A nad nią jakiś zły czar... "Złe zawsze w Polsce powraca. Zmienia szaty, zmienia nazwy, zmienia smutnych bohaterząt swego dramatu. Ale powraca. Ale to się nie zmienia. I oto naszym zadaniem, nawet ginąc, jest powiedzieć światu, że my właśnie giniemy po to, aby i to istotne, wciąż u nas w nowej zmartwychwstające postaci, nigdy nie zmartwychwstało więcej."

A my już wiemy, co się podziało, zaraz po, a także i wiele, wiele lat później...

Przypomnijmy sobie Pruszyńskiego...

Ksawery Pruszyński

"Droga wiodła przez Narvik"

PIW, Warszawa 1956

David. London Bye Ta - Ta

kiljan.halldorsson

I tak te cienie zaduszkowe się kładą... Jakby najczarniejszy sen. Że też przyszło mi myśleć o Davidzie zaduszkowo! Co za czasy!

Wspominki i dźwięki... I czas dzisiejszy... Stara rzecz, w której palce maczał Visconti... Jak i w rzeczach najostatniejszych. Koła się zamykają. Starocie nabierają nowych treści...

 (... ) Don't like your new face,

that's not nice.

Got to go far, far,

London bye ta - ta...

© Kiljan Halldórsson
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci